Page 1

Photo by Volker Skierka

Janosch (ur. 1931), popularny na świecie autor i ilustrator książek dla dzieci, w legendarnej już powieści Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny w drapieżny i groteskowy sposób opisał krainę swojego dzieciństwa, które przeżył w małej robotniczej osadzie na peryferiach Zabrza. Nieprawdopodobne anegdoty, czarny humor, duch sowizdrzalskiej opowieści połączony z empatią dla bohaterów i zmysłem obserwacji składają się na obraz świata przesyconego magiczną aurą i opisywanego z bezlitosną czułością. Z tragicznych ludzkich losów i nieszczęść nierzadko głośno się śmiejemy, pisarz egzorcyzmuje bowiem koszmary satyrą i absurdem. Do czasu ukazania się Piątej strony świata Kazimierza Kutza Cholonek pozostawał jedyną wielką powieścią o Śląsku, powieścią najprawdziwszą – i najzabawniejszą. W pierwszym polskim wydaniu (1974) powieść została ocenzurowana i dopiero w tej edycji fragmenty opowiadające o „wyzwoleniu” Śląska i wyczynach Armii Czerwonej ukazują się po raz pierwszy. To diabelsko zabawna książka o krainie dzieciństwa słynnego dziś w świecie Ślązaka, który wyjechał do Niemiec w 1945 roku. Wydana w Polsce nieomal czterdzieści lat temu, jest cichą biblią humorystów. Opisuje życie śląskiego lumpenproletariatu w latach 30. w małej robotniczej osadzie nieopodal ówczesnej granicy polsko-niemieckiej, tak że można ze śmiechu spaść z krzesła. Książka jest arcydziełem, a Janosch ojcem literatury górnośląskiej. Kazimierz Kutz Cena detal. 36,90 zł

Patronat honorowy Małgorzata Mańka-Szulik Prezydent Zabrza

Janosch_Cholonek_okl_druk.indd 1

2011-08-23 10:49:24


czyli dobry Pan Bóg z gliny Z języka niemieckiego przełożył Leon Bielas

Wydawnictwo Znak Kraków 2011


Z niczego nie ma nic! Świętkowa

24

Łatwo powiedzieć: ulica Oślowskiego i to od niepamiętnych czasów! A przecież ulica dopiero od roku tak się nazywała. Przedtem było tam tylko kilka domów i mówiło się: hań koło Czerniawki. Aż przyszedł Nawrat i spowodował, że ulica otrzymała nazwę. Ale tu znowu można się przekonać, co znaczy szachrajstwo. Nawrat był zatrudniony w tym urzędzie, gdzie to te nazwy ulic i placów wymyślają; krok po kroku, mówili, ma się tu wszystko ucywilizować. I wtedy wstawił się Nawrat za tym, by tę ulicę ochrzczono imieniem proboszcza Oślowskiego, bo Nawrat był kiedyś ministrantem i cieszył się jego protekcją. To znowu była taka rzecz: wykonywanie szyldów ulicznych zlecano Skupinowi, który nieźle się na tym dorobił. A dlaczego? Ponieważ Nawrat i Skupin byli w zmowie i popierali się wzajemnie. Mimo że był jeszcze inny szyldziarz, Glacki z ulicy Klausa. Z drugiej strony trzeba znowu powiedzieć, że Glacki był ewangelikiem, a takich ludzi nie należałoby popierać. Całe to pogaństwo tutejsze, skądże się


to wzięło? Bo ludzie się nie nawracali. Wszystko to było spekulacją Nawrata. Oślowskiego, kalkulował Nawrat, na pewno ogłoszą świętym, gdy tylko zostanie dowiedzione jego wniebowstąpienie. Nie na darmo dożył dziewięćdziesięciu ośmiu lat. Bóg wie, co robi. I co potem? Potem Nawrat będzie mógł powiedzieć: – Ja, Nawrat, koledzy, cały czas z ręką na pulsie! Wiedziałem, co się święci. Ma się to wyczucie! – Tak szacunkowo, to po dwudziestu, trzydziestu latach powinno to nastąpić. Wtedy starostą będzie prawdopodobnie Hudlosz, tak sobie to wyliczył Nawrat. Awans idzie tak a tak długo, te wszystkie zatwierdzenia i to wszystko wlecze się swoją drogą, z jednego miejsca do drugiego, musi otrzymać różne stemple, trochę sobie tu i tam poleży. Wtedy Hudlosz będzie miał tę posadę tam u góry, a następny w kolejce jest on, Nawrat. A może wystrzeli w górę jak kometa? Jak to było wtedy z tym Nawratem, kiedy spowodował tę zmianę nazwy ulicy? Pelka nie mógł wtedy utrzymać języka za zębami i wszędzie szkalował Nawrata. – Ja wam powiem, czego on chce! Chce ludziom zaimponować. Ja sam byłem świadkiem, jak Oślowski smarował mu dupę miodem, dajcie mi spokój! Ambitny pieron był już w szkole, tak że musieliśmy go tłuc po pysku. Zawsze w pierwszej ławce, nauczyciel z przodu, nauczyciel z tyłu, dajcie mi spokój z tym Nawratem! Pelka z Nawratem żyli jak pies z kotem. Nawrat był ożeniony z Cylką od Potrawy. Jej ojciec był tokarzem. Ona była jedynaczką, z grubymi nogami. Mieszkali na osiedlu Gagfah i mieli dla siebie połowę domku. To też nie jest w porządku. – On miał tylko dom na oku, dajcie mi spokój, ja go znam – mówił Pelka. – Ten pieron dokładnie sobie to obmyślił: Jeśli Potrawa ze swoimi płucami pożyje jeszcze tyle a tyle lat, to stara pójdzie w jego ślady. Mają tylko jedną córkę, będzie wesele na hałdach, a ja, Nawrat, będę tam mieszkał sam, z Cylką. Rozwali się jak baron, przystanek tramwajowy pięć minut od domu, klozet spłukiwany wodą, wszystko

25


26

superelegancko. Codziennie o piątej fajerant. Potem pieron pójdzie do domu, łacie włożyć i Cylkę capnąć pod kiecką, dajcie mi spokój z tym Nawratem! Znam ja tych z administracji, świnie i tyle! Gówno i tyle! Ja wam powiem: grubo się pomylił, bo Potrawa ma płuca w porządku i pożyje sto lat, a Nawrat ożenił się z Cylką po próżnicy. Nawrat spekulował więc, że po pewnym czasie kanonizacji farorza Oślowskiego nie da się już zapobiec. Wtedy otrzyma polecenie: – Zajmijcie się tym, panie Nawrat, to wasz resort, i ochrzcijcie tam jakąś ulicę jego imieniem. Ostatecznie żył tutaj i działał. – A wtedy będzie mógł powiedzieć: Już o tym pomyślałem, moi panowie – i zaprezentuje się z najlepszej strony. – Ale tak prawdę mówiąc, to nieźle się spisał na swoim weselu – powiedział Pelka – no, Nawrat ze swoją Cylką. Kiedyśmy obaj, Nowak ze swoją jedną nogą i ja, Pelka, pokazali mu, gdzie pieprz rośnie, mój drogi! Fest karlus ten Nowak, mówię wam! Kiedyś podczas wojny światowej wlazł na rosyjski tank, spokojnie dźwignął klapę, a potem poświęcił swoją butelkę brunatnej gorzałki i wlał do środka – ciachnął zapałką! Brrrmmm! Koniec! – Żelazny krzyż pierwszej klasy. Kiedy więc się pobrali, Nawrat z Cylką, ten pieron Nowak stanął za Nawratem, wyciągnął brzytwę z kieszeni, podniósł Nawratowi szaket na zadku i obciął mu szelki. I tu można było od razu się przekonać, jaki to z tego Nawrata zasrany blagier. Na zewnątrz zawsze niesłychanie elegancki, a tu na weselu bez spodnioków! Galoty zjechały mu aż na trzewiki, z czego znowu najwyraźniej widać, że mu na Cylce w ogóle nie zależało. Tak z figury to była z niej prawdziwa piękność, trzeba przyznać, i stary Potrawa musiał tam swoje pomyśleć, pra. Niezły blamaż! Na wszelki wypadek Świętkowa dołączała do swojej modlitwy wieczornej zawsze sekwencję „I módl się za nami, święty Oślowski”. Świętkowa bowiem odnosiła się do Nawrata i jego spekulacji z pewnym szacunkiem, gdyż dowiedziała się


od starej Piterki, która potrafiła trochę wróżyć i znaki objaśniać, że święty Oślowski ukazał jej się już trzy razy. Raz na cmentarzu, gdy chciała oczyścić grób swojego nieboszczyka, stał za nagrobkiem i pytał o to i owo w swojej starej parafii, i miał się pozytywnie wyrazić o Nawracie. Od Cylki znowu dowiedziała się w największym zaufaniu, że sam Nawrat pisał jakąś litanię do świętego Oślowskiego, o czym Oślowski w niebie na pewno już wiedział. Dwa razy ukazał się jeszcze Piterce w domu: akurat gdy wytarła miskę ze święconą wodą i raz przy oknie. – Coś w tym Nawracie musi być – powiedziała Świętkowa na podstawie tych znaków z nieba i zawsze pierwsza kłaniała się Cylce Nawrat, mimo że należało się odwrotnie, bo Cylka była o rok młodsza. Najlepiej będzie, jeśli pozostanie z nią w dobrych stosunkach, dopóki się to wszystko nie wyjaśni. – Nie, nie, moi drodzy  – odparła Świętkowa  – kto ma tyle rozumu, ten musi kimś być. Z niczego nie ma nic! A w ogóle to Pelka jest mańkutem. Zawsze to mówię, jak już coś tam się nie zgadza, to i inne rzeczy nie będą się zgadzały. To jest tak jak z tymi artystami. Pelka na przykład, jak wróci wieczorem do domu, to ledwo skończy wcinać tłuczone kartofle, natychmiast wypędza dzieci na dwór, zamyka drzwi i od wewnątrz zatyka starą skarpetką dziurkę od klucza, aby – broń Boże! – ktoś nie próbował podglądać, i już łapie swoją starą. I natychmiast zaczyna się robota, aż cała buda się trzęsie! U Pawlików na dole już trzy razy spadł młynek z bifeju, a raz nawet dziecku na głowę i teraz jest głupie. No, powiedzcie sami, czy to jest w porządku? Ta jego baba pochodzi nawet z niezłej rodziny, a on do niej jak królik! Ledwo trochę odzipnie po tym wszystkim, a ten już wraca z roboty i znowu zaczyna. Ale człowiek nie chce się wtrącać do cudzych spraw! Nasza ciotka Hejdla to zawsze mówiła, że artyści są tacy sami. Kiedyś na odpuście występował tu w budzie taki, co za pieniądze pokazywał swoją babę: b e z p o d b r z u s z a! W budzie, p u b l i c z n i e, wstęp pięćdziesiąt fenigów. Ja takich rzeczy

27


28

nie popieram i nie poszłabym tam. No i jak mogło do czegoś takiego dojść? Dupczył pewnie tak długo, aż nic nie zostało. Dajcie mi spokój z tymi chłopami! Ciotka Hejdla powiedziała do nas: Pamiętajcie, dziouchy, chłopy są jak te króliki! I do końca życia nie wzięła sobie chłopa. Taka była chytra. U Świętków takie rzeczy się nie zdarzały. Tam było wszystko w porządku i czysto. Obdarzyła Świętka trzema dziouchami, dwa płody nieżywe i koniec, fajerant. Jeśli jeszcze od czasu do czasu przychodził i próbował zgłaszać pretensje, krzyżowała ramiona na koszuli nocnej, a w razie potrzeby odpychała go i mówiła: – Co znowu, Świętek, zachowujesz się zawsze tak głośno, że budzisz dzieci! Co one pomyślą o swoim ojcu? – Z czasem, chwalić Boga, zupełnie mu przeszło. Kobiecie z trzema dziewczynami nie jest łatwo. Haruj i haruj, aż ci ręczyska odpadną, a kto to może wiedzieć, jakie cię za to spotka podziękowanie? Świętkowa na targu wykonywała zawód handlarki. On, Świętek, miał „posadę w magistracie”, jak mówiła Świętkowa do obcych. Był czyścicielem ulic. Nie było to właściwie kłamstwo, bo czyszczenie ulic podlegało magistratowi. Najstarszej córce było Hejdla, po ciotce Hejdli, która była też matką chrzestną. Druga to Maria, zwana Michcią, która upatrzyła sobie tego Stanika i dostała go. Najmłodszej było Tekla. Miała dopiero piętnaście lat, ale była już w pewnych rękach. – Jeśli dzioucha jest piękna – mówiła Świętkowa – to chłopy za nią głupieją. Logiczne. Dziewuchy Świętkowej odchodziły jak ciepłe bułki, co nie było znowu takie dziwne, gdyż wdały się w matkę. Subtelne rysy twarzy, piękne, gęste włosy, a głupie też nie były. Tekla od trzynastego roku życia obcowała z niejakim Detlevem Hübnerem. Elegancki człowiek! Bez skazy i zmazy, żadnych pryszczy czy jakiejś woni cielesnej, zaledwie odrobinę spocone ręce, ale z zewnątrz olśniewające zjawisko. Włosy na głowie z natury pięknie ondulowane, a i z eleganckiej rodziny


pochodził karlus. Jeśli chodzi o Michcię, to trudno uwierzyć, jaki z niej był jeszcze anioł! Mimo że już w samym środku życia, niedługo kobieta w kwiecie wieku, a Stanik też nie był niewiniątkiem. Lecz cały dzień grała dzioucha z dziećmi w piłkę, ganiała z nimi po podwórzu, a bawiąc się w chowanego, była zawsze zręczna i pomysłowa. Jeśli nie było pogody, brała dzieci z naszego domu na górę i grali przy stole kuchennym: „Wszyscy pracownicy współpracować, współpracować, leci gołąb...”. Prosta to gra towarzyska, ale odpręża. Grający stukają wskazującymi palcami w brzeg stołu, a prowadzący grę mówi: „Gołąb... albo pies... albo dom leci...”. Chodzi tu o szybki refleks, bo przy ptaku i gołębiu gracze podnoszą palce w górę, a przy domu i psie – nie! Zły ruch oznacza przegraną. To nie jest łatwe i wymaga szybkiej orientacji. Hejdla była żoną Jankowskiego, ale Jankowskiemu od dziewiątego roku życia brakowało palca. Po prawej drugiego od końca, zwanego serdecznym. – Lepiej o jeden palec za mało i nieskazitelny niż przeciwnie – powiedziała wtedy Świętkowa, gdy Hejdla przyszła z Jankowskim, oznajmiając, że chce wyjść za niego. Jeśli człowiek ma taką skłonność, to nad wszystkim łamie sobie głowę. Na przykład Świętkowa, gdy myślała o Jankowskim. Załóżmy, że nadszedł dzień Sądu Ostatecznego! Każdy musi stanąć przed obliczem Boga, w pełni swojej ziemskiej powłoki, nie może mu brakować żadnego członka, ciało mniej więcej z okresu swojego rozkwitu, powiedział kiedyś proboszcz Kozioł, a więc tak mniej więcej w wieku dwudziestu lat. A tu przychodzi taki Jankowski! Brakuje mu palca od dziewiątego roku życia i jak to te łobuzy zwykli czynić, nie pomyśleli o przyszłości i nie poszukali wtedy tego palca. Poszli do stawu łowić ryby. Jankowski zawsze pierwszy, jeśli chodzi o rozmaite psoty, odlewa się do butelki po piwie wypełnionej karbidem. Leje i leje, i nie może skończyć. Karbid już się zaczyna gotować, ale – diabli wiedzą dlaczego – on wciąż

29


30

nie kończy, w ostatniej chwili jeszcze flaszkę korkuje i chce ją akurat wrzucić do stawu, inni już się schowali, a wtedy butelka eksploduje i odrywa mu palec. Bo u Jankowskich była zawsze maślanka na obiad, a to wytwarza dużo wody. Musisz szczać i szczać, bez końca. W przeciwnym razie nie doszłoby może do tego. Tak to właśnie jest, człowiek nigdy nie wie, czy coś mu wyjdzie na zdrowie, czy nie, bo z drugiej strony znowu powiadają, iż maślanka jest bardzo zdrowa. Ale poza tym temu Jankowskiemu nie można było właściwie niczego zarzucić, a Świętkowa wciąż powtarzała: – Na kolanach powinna nasza Hejdla Panu Bogu dziękować, że tak akuratnego chłopa dostała. Nie ma dosłownie niczego, czego nie umiałby w gospodarstwie naprawić. A czysty, że hej! Gdy wraca z kopalni, myje sobie przed spaniem nogi, mimo że na kopalni już brał prysznic. Czy też na Sądzie Ostatecznym ci, co stracili nogę na wojnie, będą jeszcze mieli tę swoją protezę? Bo drzewo w żadnym wypadku nie zachowa się przez te tysiące lat. A w ogóle nie należy tyle myśleć, bo człowiek może od tego zwariować, myślała Świętkowa. Od czego wariują ci wszyscy poeci, romansopisarze i wyżsi urzędnicy? Za dużo rozumu mają w głowie. Niedobrze znowu dla tego Jankowskiego jest to, że... No, na ten przykład, chciałby zostać fortepianistą. Powiedzmy chciałby przegrać sobie kilka palcówek dla wprawy. Albo poćwiczyć gamy. Wtedy od razu się wyda, że brakuje mu palca; bo jeśli brakuje palca, brakuje też i tonu. Logiczne. Albo też zostanie specjalistą od ciężkiej muzyki, Beethoven, Mozart i jak oni się tam wszyscy nazywają. W tym wypadku jest znowu trochę lepiej, bo przy tym wartkim pinkaniu nikt nie zauważy, jeśli czegoś brakuje. Inaczej znowu wygląda sprawa, jeśli chodzi o muzykę piękną. Powiedzmy, że taki muzykant gra znane melodie, na przykład: „Co robisz z kolanem, Hans, z kolanem, drogi Hans...”. Piosenkę, gdzie każdy zna każdy ton i może śledzić całą melodię. Tam od razu można zauważyć, że brakuje czegoś. W kawiarni Kochmanna jest co wieczór


zabawa. Muzykują tam, co się zowie, zawsze najnowsze szlagiery. Albo na przykład taki Paul Lincke! Lincke też jest niezły. Pasuje do każdej okoliczności. Raz nawet na pogrzebie kapela górnicza zagrała taki ładny numer Linckego, ponieważ akurat to wyćwiczyła i potrafiła dobrze zagrać, i nikt nie miał o to pretensji. Przeciwnie! Krewni zmarłego wyrazili się do dyrygenta, że mógłby jeszcze coś takiego zagrać. Jeśli coś jest dobrze zagrane, jest na pewno ładne. Mieszkał tu jeden, co sobie kupił gramofon, ale zabrakło mu pieniędzy na płyty i gramofon mu zardzewiał. Szkoda pieniędzy! A jeśli do jakiegoś lepszego domu zjadą niespodziewanie goście, zawsze można wystąpić z Linckem. To jest dopiero muzyka! To jest rytm! Z tego nawet wykształceni mają coś, a nawet każdy inny człowiek. He, niech mi znajdą drugiego takiego muzyka jak Lincke! Choć rodzicom takich muzyków wcale nie jest łatwo, myślała Świętkowa. Pomyślcie tylko: Najpierw trzeba płacić te drogie lekcje fortepianowe. Potem znowu nauczyciel muzyki mieszka przeważnie gdzie indziej, dochodzi więc do tego opłata za tramwaj. A przy tym nie da się nigdy przewidzieć, czy z dziecka będzie muzykant, czy nie, bo iluż to nie kończy szkół? A teraz przypuśćmy, że zostanie muzykantem, i tu znowu nie wiadomo, znajdzie pracę czy nie, bo właśnie w sztuce jest najwięcej bezrobotnych. A do tego trzeba jeszcze doliczyć nerwy, którymi się płaci za to wieloletnie rzępolenie w izbie. I czy to wiadomo, jak to dziecko później będzie się odnosiło do rodziców? Właśnie z wykształconymi tak to przeważnie bywa, że nie potrafią później podziękować. Kiedy Świętkową nachodziły takie myśli, skrobaczka kartofli wypadała jej z ręki, spoglądała przez firanki w siną dal i poruszała wargami. Człowiek bez palca jest, niestety, tylko człowiekiem bez palca, nie jest stuprocentowy! Czegoś mu brak. Nie na darmo szyje się czarne rękawiczki skórzane na miarę, a odnośny palec w środku rzeźbi dokładnie z drzewa.

31


32

O zbójniku Szydle powiadają, że na prawej ręce ma skórzaną rękawicę, wystaje z niej środkowy palec, którego widać nie ma. Szydło jest podobno namiętnym szkaciarzem i ostatnio był u Kapicy w szynku, widocznie w lasach czuł się zbyt samotnie. Grali w „17 + 4”, a ponieważ Szydło ciągle wygrywał, odezwał się Gajda: – Ty pieroński chachorze, ściągnij no tę rękawicę! Szydło najpierw walnął go stołem w głowę, potem wyskoczył przez szybę zamkniętego okna i tyle go widziano. Nie byłoby się to zdarzyło, gdyby miał wszystkie palce. – Nie, ludzie – mówiła Świętkowa – zawsze to powtarzam, kto ma wszystkie palce, ten jest od początku w lepszej sytuacji. Ale być może człowiek za dużo o tym rozmyśla. Z drugiej strony myślę sobie zawsze, iż lepiej jest, jeśli człowiek więcej myśli, nie żyje wtedy tak jak głupia kura z dnia na dzień. Pan Bóg nas stworzył na swój obraz i podobieństwo. Jak to tam jest u tych ewangelików, tego nie wiem. W Sławięcicach jeden zwariował od ciągłego rozmyślania. Wszystko razem jest dobre i złe. Łatwe to to nie było dla takiej kobiety jak Świętkowa, żyć z chłopem, który jest bezbożnikiem. W żadną niedzielę nie poszedł do kościoła, nie modlił się przy jedzeniu; trzeba było się za niego wstydzić przed własnymi dziećmi. Był zupełnie inny niż Świętkowa i całkiem możliwe, że nie łamał sobie nad niczym głowy. Świętek mawiał zawsze: „Jeśli się tak naprawdę zastanowić, to całe to rozmyślanie nie ma sensu”. Kobietę takie rzeczy gryzą. Ciąży to na niej i z czasem ją wykoślawia. Bo człowiek chciałby po śmierci znowu spotkać się ze wszystkimi znajomymi w niebie. I jak to będzie wyglądało, jeśli zabraknie wtedy akurat głowy rodziny? Żeby tylko dzieci nie wdały się w niego! Z drugiej strony znowu trzeba powiedzieć, czysty z niego człowiek. Nie było dnia, żeby nie umył się do pasa i codziennie nogi na dokładkę. Mydłem. Na kopalni wprowadzili teraz obowiązkowe mycie. Gdyby nie to, chłopy wracaliby do domu jak świnie i brudni kładliby się do łóżka.


Ale Jankowski też był czysty. Na razie spał z Hejdlą na starej leżance w kuchni koło pieca, dopóki nie otrzymają własnego mieszkania. Druga leżanka, w małej izdebce, była nowa, tę do małżeństwa wniosła Świętkowa. Należało tę prawdę chłopu nieustannie przypominać. Cóż bowiem on wniósł do małżeństwa? Komodę, starą i poplamioną na wierzchu. Michcia więc mieszkała w izdebce i to było z różnych względów dobre: Matka miała dziecko jeszcze przez pewien czas dla siebie i mogła mieć na nią oko. Stanik zaraz po ślubie okazał się dzikim ogierem i nie było tygodnia, żeby w niedzielę nie miał sprawy do dziewczyny. Dziecko takie po prostu wymagało matczynej opieki, dopóki nie stanie na własnych nogach. Ileż to razy dzioucha przychodziła, by się poskarżyć na niego! Wystarczyło ich pół godziny zostawić sam na sam! Ale to już Świętkowa wpoiła swoim dziouchom od małego: „Schodźcie chłopom z drogi, bo oni są jak – nie przymierzając – zwierzęta! Mają w głowie ciągle to samo, i żłopią!”. Świętkowa tak rzecz urządziła, by Michcia zaraz po ślubie dostała własny pokój. Kobieta ma prawo do intymności! Skrzynię z kartoflami zabrali z izdebki i wstawili do komory. Dopóki Stanik nie stworzy sobie własnej egzystencji, miała się tam rozgościć. – Ładne stosunki muszą panować u tych Cholonków – mówiła Świętkowa – całkiem jak w tej Rosji, co się tak słyszy na ten temat. Stanik wraz z braćmi śpi w kuchni na miechach z kartoflami, przykrytych słomą, a ojcowie mają swoje łóżko w jedynej izdebce, na zadku. Przy tym mogą jeszcze być zadowoleni, że troje dzieci od razu przy porodzie stracili. Człowiek nie powinien drugiemu niczego złego życzyć, ale jeśli Lulek, który leży w lazarecie, nie wyżyje, to reszta przynajmniej będzie miała czym oddychać. Ale to znowu jest taka rzecz, słyszeliście o tym, Zdrasz? Jak to oni tam na kopalni temu Lulkowi, gdy był na stronie, ździebłko dynamitu wsypali do fajki? Przed dwoma tygodniami. Ale czy to taki młody synek musi już kurzyć? Teraz wisi między życiem a śmiercią,

33


34

a przy tym palenie kosztuje. Musieli to zrobić? Mogło przecież trafić na kogoś innego. Tym łobuzom ino figle w głowie. Gdy Świętkowa opowiadała znajomym o Michci, starała się zatuszować fakt, że córka tak kiepsko wyszła za mąż. „Stanik, mąż naszej średniej córki, śpi na razie w wielkim mieszkaniu swoich rodziców. Powiedziałam sobie, dzieciom niech będzie wygodnie, tak długo jak się da. Zaoszczędzą przy tym trochę grosza na czynsz i zięć będzie to mógł odłożyć na bok. Wtedy będą mogli sobie stworzyć egzystencję. Mogą zamieszkać wspólnie w jakiejś willi”. Ludzie na parterze mieszkali jak zwierzęta. Świętkowa mawiała: „Kto nie chce żyć porządnie, ten na nic lepszego nie zasłużył”. Mieszkanie na dole było tańsze. „Bo wszystko ładują w brzuch” – stwierdziła Świętkowa. „Jak ino stary w piątek przyjdzie z pensją, wnet lecą do sklepu Jäschkego i robią wielkie zakupy: margaryna, cukier w nieprzebranych ilościach, trzy konewki najtańszego piwa i hulaj dusza! Ale żeby tak coś odłożyć na wyprawę dla dzieci? Skądże znowu!” Weźmy taką Kowolkę... Gdy Świętkowa przypomniała sobie Kowolkę, jej usta robiły się wąskie jak brzytwa, a to dlatego, że gdyby Kowolka przed dwoma tygodniami nie miała tego snu, wszystko byłoby w porządku. Dziecko byłoby już na świecie, a nie przyszłoby dopiero jutro, 29 lutego. Dodatkową trudność stanowiło to, że Kowolka była w prostej linii krewną Świętkowej, i to kuzynką czwartego stopnia; bo złe sny mogą się odnosić i do krewnych, a że tak było, zostało tutaj udowodnione! Na szczęście Świętkowa była od trzynastego roku życia z Kowolką na „pani”, gdyż wtedy, gdy obie były jeszcze w sodalicji mariańskiej, Kowolka, z domu Zdrowa, rozklachała, że Świętkowa przywlekła wszy do sodalicji. Koniec z przyjaźnią, szlus! A teraz ten sen! Przez tę Königową z drugiego piętra wszystko się wydało. Podobno Kowolka przed dwoma tygodniami, zaledwie stary wyszedł z domu, poleciała do Piterki, która się wyznaje na przepowiadaniu i objaśnianiu


snów, a potrafi też karty kłaść i przyszłość z ręki wyczytać, i na gorąco jej opowiedziała, co jej się o niej, o Świętkowej, śniło. Widziała ją na ciężarówce, jak kradła cukier. „Ciężarówka z lewej ku prawej czy z prawej ku lewej?” Piterka zadawała pytania, a potem nastąpiła wykładnia: „... ciężarówki oznaczają spóźnienie. Cukier oznacza coś złego. Ale niech się pani nie martwi, pani Kowol, bo dobrym znakiem było to, że Świętkowa stała wyżej od pani! Przyjdzie to na Świętkową! Jej średnia córka spodziewa się dziecka, no nie? Dziecko przyjdzie opóźnione, pani Kowol...”. Ale i Piterka niezgorsze ścierwo! Wytłumaczyła sobie wszystko tak, jak jej akurat pasowało. A jednak coś w tym było! Kiedy mianowicie Koziołkowej, której chłop wtedy wracał furmanką z Kędzierzyna, a zasnąwszy na przejeździe, wypadł z wozu i zabił się na miejscu, kiedy, powiadam, Koziołkowej przyśniły się róże i poszła z tego powodu do Piterki, też jej się wkrótce zmarło. A właściwie należałoby mniemać, że róże oznaczają coś pięknego! Świętkowa też sobie kiedyś kazała przez Piterkę karty ułożyć, a ponieważ to i tak już dwie marki kosztowało, to przy okazji pozwoliła sobie też dać dwie rady na całe życie: „Ja wam powiem, pani Świętek, co jest najlepsze! Najlepsze, co się może wam przyśnić, to mąka. Krupczatka wyborowa, im bielsza, tym lepszy znak. Mąka oznacza przyrost, wygraną, szczęście w grze. A często w takim śnie pojawia się też jakaś cyfra, którą należy zapamiętać! A potem natychmiast do kolektury loteryjnej i kupić ten los. I nie dajcie sobie w żadnym wypadku wmówić przez sprzedawcę innego losu! Wszyscy oni są ze sobą w zmowie i już wiedzą z góry dokładnie, kto wygra. Im bardziej będzie wam odradzał, tym bardziej trzeba upierać się przy swoim numerze! Gwarancja: milion macie już w kieszeni! Ale to oznacza również szczęście znaleźne. Dajmy na to, że idziecie ulicą. Trzeba mieć oczy otwarte i spoglądać cięgiem w ziemię! Naraz zobaczycie tam małą skórzaną teczkę dyplomatkę. Wtedy najlepiej udawać, że się

35


36

nic nie widzi, zwolnić kroku, ostrożnie się obrócić na lewo, na prawo, do przodu i do tyłu, czy ktoś nie widzi, a potem należy rzucić sweter na teczkę, podnieść obie rzeczy i zniknąć w jakiejś bramie. Ale bez pośpiechu, bo pośpiech wzbudza podejrzenia. W bramie najlepiej wyjąć pieniądze z teczki i włożyć spokojnie do majtek. Tam ich nikt nie będzie szukał. Mimo że będzie wam teczki żal, trzeba ją wyrzucić, żeby nie było dowodu, pani Świętek! A teraz położę wam jeszcze szybko parę kart, abyśmy mogły rzeczywistości spojrzeć w oczy, bo przedtem to była tylko spekulacja. Jeśli pijecie dużo przed snem, będziecie też dużo śnili, a wtedy, pani Świętek, nie jest wykluczone, że przyśni się wam mąka. W życiu wszystko jest przeznaczeniem. Ale nawet gdyby dziecko miało się urodzić 29 lutego, nie wszystko będzie stracone, bo ogrzanie poświęconego medalika nad świecą z Pierwszej Komunii Świętej i przyciśnięcie go do czoła dziecku opętanemu przez diabła jest równie skuteczne jak chrzest w nagłej potrzebie. „Nie pozwolę Kowolce na to, o  nie!”  – powiedziała Świętkowa.


Astry to najwdzięczniejsze kwiaty. Gluchowa

Czarny Stanik z Częstochowy też jej najwyraźniej nie wysłuchał, żadnego strzykania w krzyżu, żadnego parcia od środka, żadnego napięcia w kroku – Michcia siedziała na szezlongu i beczała. – Pomóż sobie sam, to i  Bóg ci pomoże  – rzekła Świętkowa. – Tu, weź to wielkie pudełko nivea za osiemdziesiąt fenigów i nasmaruj się! Nivea jest dobra na wszystko, mawiała zawsze ciotka Hejdla. – Gdzie nasmarować, mamo? – Na dole! Nie udawaj głupiej, normalnie nie wyglądasz na taką, co upadła na głowę! Michcia podniosła trochę kieckę, ale posmarowała sobie niveą obok majtek tylko kawałek brzucha, bo jeśli już musisz się zdecydować, czy słuchać Boga, czy ludzi, wybieraj zawsze Boga, mówił proboszcz Kozioł na kazaniu. Bo tam na dole nigdy by się nie dotknęła, za nic w świecie. Szóste przykazanie!

37


38

Świętkowa nie stała obok niej. Uchyliła tylko drzwi, jak się należy. – „Ja z moimi córkami zawsze dyskretnie”, powiedziała kiedyś do Pelkowej. „Jeśli moje córki mają swoje intymności i te rzeczy, wiecie, jeśli chcą się podmyć, natychmiast wychodzę na dwór lub zamykam drzwi. Jeśli obyczaje i przyzwoitość zanikną w rodzinie, to już koniec, pani Pelka”. Pelkowie mieszkali na tym samym piętrze co Świętkowie, dokładnie naprzeciwko. Dzieliło ich przepierzenie, którego zazdrościli Świętkom wszyscy, bo na całej ulicy Oślowskiego, gdzie domy zbudowano według schematu F – czerwone mury ceglane, dwa piętra po cztery mieszkania, bez piwnic, płaski dach pokryty smołowaną papą, co było najtańsze – na całej ulicy Oślowskiego nie było takiego przepierzenia obok mieszkania, a przy tym bez podwyżki czynszu. Przepierzenie zbudował bez pozwolenia przed mniej więcej dwoma górniczymi pokoleniami niejaki Kowalczyk, Polak z Kongresówki, który z powodu jakiegoś przestępstwa musiał uciekać i został górnikiem. Potem reszta Kowalczyków musiała opuścić mieszkanie, bo on zginął na kopalni. Wtedy wujek Świętka się tam sprowadził, niejaki Jendrella, który zmarł znowu na pylicę. A wtedy Świętek natychmiast się ożenił i wprowadził do mieszkania. Przepierzenie zostało, mimo że zarząd kopalni miał wiele do powiedzenia w sprawach mieszkaniowych. Na przykład żądano od lokatorów, by co dwa lata na zmianę malowali sień. Podłogę czerwoną farbą. Mówiono, że to z powodu tych bakcyli. Tak jakby ktokolwiek mógł nie wiedzieć, że chodzi po prostu o pluskwy! Ale co znaczy ta odrobina farby wobec pluskiew? Wmawianie sobie, i tyle! Paskudztwo częściowo ginie, to prawda, jeśli wystarczająco grubo posmarować za listwami przy podłodze. Gdy tylko pluskwa nauczy się latać, natychmiast zwiewa, a wtedy możesz sobie smarować, ile chcesz. Pelka powiedział: – Gdyby się tak zastanowić i porównać: Ilu ludzi zginęło do dziś przez robactwo? Nie znam ani jednego. W tym


wypadku bardziej niebezpieczne są te nowomodne bakcyle i choroby. A będzie jeszcze gorzej, im więcej Murzynów i Żydów zostawią przy życiu, od których pochodzą te wszystkie bakcyle. Niestety, czasem najlepsi ludzie giną przez bakcyle. Kudlosz, który tu przedtem mieszkał, też. Pewnego pięknego poranka, tak z dnia na dzień, bez jakichś szczególnych oznak dostaje się do szpitala i umiera. Nikt nie wie dlaczego. A ja myślę, że to te bakcyle. To był człowiek, ten Kudlosz! Pół flachy denaturatu wypijał jednym haustem i nic mu nie było. Od schodów prosto, a potem w lewo mieszkali na drugim piętrze ci Königowie, co to on był maszynistą, a naprzeciwko zaś Wondraszowie, co to on był rębaczem. – Königowa zgrywa się przed ludźmi jak stara dziwa – powiedziała Świętkowa. – Wymawia słowa jak jaka baronessa i opowiada, że pluskwy od nas do niej przechodzą, a jej chłop od ukąszeń spać nie może, bo ja ponoć wywierciłam małe dziurki w ścianie. Tak jakby maszynista miał delikatniejszą skórę na dupie niż inni ludzie! Ja miałabym być taką idiotką, żeby jakieś dziury w ścianie borować! A po co? Żeby ich smrody się do nas przedostawały i żebyśmy się podusili! Te pluskwy to z pewnością idą od tych chachorów Wieczorków! Kto choć raz w barakach mieszkał, ten ma pluskwy; przechodzą ścierwa przez ścianę niczym wiertarka pneumatyczna, mówię wam! Co też znowu nie jest prawdą, bo Wieczorki mieszkali pod numerem piątym, w domu zaraz obok. Pośrodku był mur ogniowy. Mury takie są smołowane, a przez smołę nie przejdzie żadna pluskwa, jeśli nie musi. Przybyloczka powiedziała, że te pluskwy mogą być równie dobrze od Dralli, bo gdy Dralla pracował jeszcze na szybie numer dwa, to pluskwy mu raz wylazły z kieszeni marynarki, co najmniej setka. Chociaż z drugiej strony... pluskwy nie są znowu takie straszne! Jeśli człowiek jest czysty, może je utrzymać w ryzach. W ogóle można powiedzieć, że człowiek czysty jest też pracowity. Na przykład pół roku temu kolej malowania sieni

39


40

przypadła na Jankowskiego. Przyniósł więc z kantyny, która z kopalni otrzymała czerwoną farbę po niższych cenach, od razu kilka wiader więcej, bo co się ma, to się ma, i zaraz po fajerancie zaczął u góry malować. Najpierw czyściutko listewki u podłogi. Pozwalał farbie ściekać za listwy, żeby wszystkie pluskwy pozdychały. Potem pociągnął dylówkę, wyrównał dziury kitem szklarskim i na koniec położył klocki i deski, by łatwiej było chodzić. Ale zostało jeszcze trochę farby, więc pomalował parapety okienne. Czerwone z czerwonym zawsze się zgodzi. Pomalował też ramy okienne, żeby zanadto nie odbijały od reszty. Farbą olejną, która jeszcze została, wymalował wzdłuż sieni piękną lamperię. To na pewno nie zaszkodzi, bo farba olejna się tak nie brudzi jak farba robiona na kleju roślinnym. Zostało jeszcze trochę farby, więc podwyższył lamperię o parę centymetrów, trzykrotnie, aż doszedł do sufitu. Sufitu nie chciał malować, bo to nie bardzo pasuje, sufity na czerwono. Resztą farby wypacykował drzwi Pelce. Naturalnie za jego zgodą, jego baba nie miała tu nic do powiedzenia. Pelka wlał mu za to parę sznapsów, a potem zaczęli obaj malować. Najpierw drzwi Wondrasza, który też im nalał kilka głębszych, a potem drzwi Świętkowej, bo o sobie uczciwy człowiek myśli na końcu. Ponieważ u Pelki parapety, ramy i drzwi między pokojami też już były wytarte, więc wszystko pomalowali, a farbie ciągle nie było końca. Pomalowali więc Pelce ściany pięknie na czerwono, a gdy Pelkowa zaczęła beczeć, wypędzili ją na dwór. Dzieci były całe czerwone, bo czegóż się można po takich smarkaczach spodziewać? Smarowały po ścianach, gdy matki nie było, i w ogóle używały sobie. Farby wystarczyłoby jeszcze na drzwi Königów, ale tu już czuwała Świętkowa, aby Königowa nie odniosła jakiejś korzyści z Jankowskiego. O północy Pelka z Jankowskim zasnęli, a resztą farby Jankowski wysmarował następnego dnia latrynę od zewnątrz, od wewnątrz i sedes, a Świętkowa umyślnie nie powiedziała o tym Königowej. Sądząc po odcisku tyłka, musiała to być Königowa, która się tam przykleiła. I słusznie się stało!


Z farby, która pozostała, mógł jeszcze Jankowski swobodnie całą izbę wymalować, dobrze to wyglądało. Kiedy inkasent przyszedł odczytać zużycie prądu, od razu powiedział, że to jest najpiękniejsze piętro na całej ulicy Oślowskiego. W piątym szybie pracował kiedyś pewien Austriak. – Austriacy – mówiła Świętkowa – noszą siano na plecach, bo nie mogą sobie pozwolić na ręczne wózki. – Ten też się pomylił i kupił parę wiader za dużo tej farby. Wymalował na czerwono nawet sufit, stół kuchenny, stołki, kredens, w ogóle wszystkie meble, a na koniec nawet wiadro. Ale właściwie nie można było powiedzieć, żeby to jakoś źle wyglądało. Tu, na ulicy Oślowskiego każda rodzina miała swój wózek ręczny. A w ogóle to już po samym wózku można poznać, z kim się ma do czynienia. I czy właściciel wózka ma o sobie dobre mniemanie, czy nie. Czy wózek łatwo i elegancko bierze zakręty, bo jest zadbany i dobrze nasmarowany, czy też klekoce i obciera dyszel, koła ma jak jaja i nie daje się popchnąć w żadnym kierunku. Brakuje mu szprych, ma obluzowane czy też wylatują na każdym kroku? Wszystko to ma swoje znaczenie. U Świętków wszystko było w porządku. Dyszel siedział na sto dwa! Jankowski wymalował wózek pięknie na czerwono i zrobił u góry biały szlaczek dla ozdoby. Mimo że brakowało mu palca. Z powodu tego przeklętego karbidu! Pierwszy ojciec Świętkowej, Kotyrba, nawet umarł przez ten karbid. Ściślej: z powodu karbidu! Wtedy, w okresie wielkiej biedy, gdzie ludzie nie mieli co jeść, Kotyrba chciał z wiadrem karbidu przekroczyć granicę, bo w Bielszowicach gospodarze dawali za to słoninę i mąkę. I był akurat w środku Czerniawki, wiadro na głowie (Czerniawka była najwyżej metr pięćdziesiąt głęboka, a Kotyrba miał metr siedemdziesiąt jeden), kiedy niemieccy celnicy do niego wygarnęli, strzał prosto w głowę, a woda zagotowała się w tym miejscu jak wulkan. Pomyślcie tylko, ile było tego karbidu! Polacy odstrzeliwali mniej ludzi. Ale o tym każdy mówił co innego: Zając twierdził, że to dlatego, iż są porządniejsi

41


42

i że żal im każdego. Pelka mówił, że to dlatego, iż nie mają precyzyjnej broni i nie potrafią celować. On sam miał kiedyś polski karabin, zupełnie nowy, a na trzeci dzień już mu się muszka chwiała. – Nie ma broni nad niemiecką – mówił Pelka. – Każdym strzałem kładziesz jednego. Powiadam, najlepszy jest mauzer. Poczekaj! Jak tylko chłopcy dorwą się tu do rządów, niech mi tylko spluwę dadzą, a ja już zrobię porządek w Porębie. Kiedy Kotyrba już nie żył, matka Świętkowej wyszła za niejakiego Borowskiego, który miał jedną nogę dłuższą, a jedną krótszą. Z zawodu kowal, żona go odumarła. Będąc wdową z pięciorgiem dzieci, musiała być zadowolona, że ją w ogóle ktoś chce. Pięcioro dzieci potrafi swoje zeżreć, a krótka noga nikomu nie przeszkadza. Dzieci Kotyrby nie przywiązały się jednak do starego Borowskiego. Dopiero na łożu śmierci jedna z córek Kotyrby przez pomyłkę odezwała się do niego: „ojcze!”. Teresa zawsze mówiła do niego „wy”. Tutaj, z górnego okna sieni domu numer trzy, można było go dawniej oglądać, jak regularnie niczym zegarek kuśtykał o piątej ulicą w dół. Szedł na pole przy Czerniawce. Było to około fajerantu, który jeszcze z dawniejszych czasów siedział mu w kościach, pora, by usiąść i zapalić fajkę. Na polu było takie miejsce, gdzie dawniej on i jego pierwsza żona urządzili ogród, stała tam jeszcze ławka, jak za dawnych czasów. Usiadł i spoglądał jednym okiem w stronę Bielszowic, gdzie żyły jeszcze dwie jego siostry. Jedno oko jest lepsze niż żadne, to drugie stracił przed dwudziestu laty od przelatującej iskry. Słońce zachodziło za laskiem Gwidona. Co roku pojawiały się astry, zasadzone jeszcze przez jego żonę, a on spulchniał palcem wskazującym ziemię i wycierał go o spodnie. – Nasz drugi ojciec ma dobrą rękę do kwiatów – mówiła Świętkowa. – Co zasadzi, to rośnie. Istnieją ludzie, którzy sypią nawóz i wychodzą ze skóry, by mieć piękny ogród, a tymczasem nic im nie chce rosnąć. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje. – Co roku w marcu przychodził z pestkami


słoneczników w kieszeni, rozsypywał je na ziemi i zasypywał butem. Rosły, a on wyrywał słabe pędy, zostawiając mocne. Z jedenaściorga dzieci pozostało mu pięcioro, wliczając w to Paulka. Ten był mocny jak koń. Niejaki Kudlik przyniósł z Rosji wiadomość, że Paulka widział tam na stacji rozrządowej w Witebsku. Widocznie wcale nie poległ, jak to opowiadali Borowskiemu! Opis się zgadzał: podobny do niedźwiedzia, łapy jak koła młyńskie, a pod litewką skrzypki, jak dawniej. Chętnie grał na skrzypkach. Nie grał szybko, ale gdy tak sobie usiadł i zagrał od ucha, to zawsze się rozpłakał. W Witebsku – mówił Kudlik – niósł worek kartofli na plecach, sadzeniaków. Ale potem zginął mu z oczu, bo przez stację przejeżdżał pociąg towarowy i Paulek musiał do niego wskoczyć. – Po co te kartofle? – pytał Borowski. Prawdopodobnie chciał je tam zasadzić. Stary Borowski ciągle jeszcze mieszkał tam, gdzie przebyli razem trzydzieści lat i gdzie przed nim mieszkał Kotyrba z żoną: jedna izba, komora i kuchnia, trochę poniżej ziemi, tak że podczas deszczu woda wlewała się przez drzwi. Ściany też były wilgotne, no i grzyb. Borowski wciąż był bardzo zręczny i pod kuchennym stołkiem dopasował sobie kawałek drewna, by mógł na nim wygodnie postawić swoją krótszą nogę. Chleb trzymano w blaszanym pudle, by go myszy nie zjadły. Na zewnątrz używał laski, jedynej rzeczy, jaką odziedziczył po ojcu, ale za to z dobrego drzewa! Latem i zimą nosił baranicę. Z czasem zrobiła się wewnątrz równie czarna jak z zewnątrz. W lecie, podczas upałów, nosił ją więcej przekrzywioną do tyłu, w zimie podczas mrozów wbijał ją na czoło i na uszy. Gdy wieczorem kładł się spać, a nie było zimno, zdejmował ją i kładł na dylówce obok łóżka. Chorował na artretyzm i łatwo mógł wywrócić flaszkę wódki, bo źle ręką celował, wolał więc butelkę wkładać do baranicy. Porządny łyk spirytusu, kiedy się człowiek obudzi, zabija wszystkie bakcyle, ogrzewa i czyści wewnątrz. Spirytusu

43


44

mógł sobie kupić z renty. Wtedy do obiadu nie potrzebował niczego, z wyjątkiem kawałka suchego chleba, rozmiękczonego w wodzie, a wieczorem ciepła zupa. Borowski był tylko raz w życiu chory, w osiemdziesiątym szóstym roku życia, przez trzy godziny, potem umarł. Ale wtedy już wiedział, gdy tylko rano wstał i nie miał apetytu na gorzałkę: z jego ojcem było to samo. Tego dnia Borowski już nawet nie wstał, włożył tylko czystą koszulę do trumny, przykrył sobie twarz baranicą i zamknął oczy na wieki. Tego dnia przyszła do Świętkowej siostra i powiedziała: – Chodź no do starego Borowskiego, jeśli masz trochę czasu, bo umarł. Musiał mieć piękną, szybką śmierć, bo wczoraj jeszcze był na chodzie. Poszłam tam i chciałam mu wody w konewce zanieść, bo z powodu tego artretyzmu nie mógł w ostatnim czasie utrzymać konewki w rękach. Włożył czystą koszulę i przykrył sobie twarz baranicą, może to i lepiej dla niego. Boroczek! – Jezus Maria, biedny Borowski – powiedziała Świętkowa i zaczęła szlochać. – Musiało się to akurat dzisiaj zdarzyć, kiedy jest targ? Leć na dół, Michcia, i zapytaj Przybyloczki, czy ci może pożyczyć tę czarną suknię Lucy. Powiedz, że starzyk umarli. Hejdla, ty masz ciemnomodrą kieckę, ta też pasuje. Ja sobie dziś wieczorem odpruję ten biały szlaczek z mojej czarnej sukni. Czy ojciec miał do mnie jakiś interes, gdy umierał? – A co ze mną? – Tekla, mając te swoje trzynaście lat na karku, uderzyła w lament. – Żadnej sukni dla mnie? Ja mam z gołą dupą siedzieć w domu, kiedy tak lubię chodzić na pogrzeby? Z bekiem poleciała do komory i zaciągnęła zasłonę. – Weź sobie moją starą czarną kieckę. Idź do Słupiny, niech ci ją opnie szpilkami i przejedzie po tym żelazkiem. Dam jej za to coś z naszego ogródka. A załóż majtki, żebyś nas nie zblamowała przed tą, wiesz, jaka ona jest? Mówi potem, że nie mamy co na tyłek włożyć.


Photo by Volker Skierka

Janosch (ur. 1931), popularny na świecie autor i ilustrator książek dla dzieci, w legendarnej już powieści Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny w drapieżny i groteskowy sposób opisał krainę swojego dzieciństwa, które przeżył w małej robotniczej osadzie na peryferiach Zabrza. Nieprawdopodobne anegdoty, czarny humor, duch sowizdrzalskiej opowieści połączony z empatią dla bohaterów i zmysłem obserwacji składają się na obraz świata przesyconego magiczną aurą i opisywanego z bezlitosną czułością. Z tragicznych ludzkich losów i nieszczęść nierzadko głośno się śmiejemy, pisarz egzorcyzmuje bowiem koszmary satyrą i absurdem. Do czasu ukazania się Piątej strony świata Kazimierza Kutza Cholonek pozostawał jedyną wielką powieścią o Śląsku, powieścią najprawdziwszą – i najzabawniejszą. W pierwszym polskim wydaniu (1974) powieść została ocenzurowana i dopiero w tej edycji fragmenty opowiadające o „wyzwoleniu” Śląska i wyczynach Armii Czerwonej ukazują się po raz pierwszy. To diabelsko zabawna książka o krainie dzieciństwa słynnego dziś w świecie Ślązaka, który wyjechał do Niemiec w 1945 roku. Wydana w Polsce nieomal czterdzieści lat temu, jest cichą biblią humorystów. Opisuje życie śląskiego lumpenproletariatu w latach 30. w małej robotniczej osadzie nieopodal ówczesnej granicy polsko-niemieckiej, tak że można ze śmiechu spaść z krzesła. Książka jest arcydziełem, a Janosch ojcem literatury górnośląskiej. Kazimierz Kutz Cena detal. 36,90 zł

Patronat honorowy Małgorzata Mańka-Szulik Prezydent Zabrza

Janosch_Cholonek_okl_druk.indd 1

2011-08-23 10:49:24

Cholonek  

Janosch Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you