Issuu on Google+

STEPHEN BUNGAY

BITWA

O ANGLI}


Stephen Bungay

Bitwa o Anglię Przekład

Jan Wąsiński

Wydawnictwo Znak Kraków 2010


„Wielka Brytania jest najniebezpieczniejszym wrogiem ze wszystkich, jacy mogą stanąć na drodze Trzeciej Rzeszy”. pułkownik Joseph „Beppo” Schmid, szef wywiadu Luftwaffe, 22 listopada 1939 roku

Pamięci doktora filozofii Matthew Buncombe’a (1958–1993), który w ogromnym stopniu wpłynął na charakter niniejszej książki


Spis treści

Wstęp

9

Prolog

17

Część pierwsza PRZYGOTOWANIA 1. Człowiek, który wywalczył bitwę 23 2. Zamiary wroga 57 3. Niemcy dostają skrzydeł 70 4. Obrońcy brytyjskich przestworzy 104 5. Myśliwscy pogromcy bombowców 130 6. Niedoceniane lotnictwo bombowe 161 7. W pogoni za liczbami 171 8. Krótki żywot „Lwa Morskiego” 198 9. „Orzeł” bez szponów 210 10. Koncepcje strategiczne obrońców 231 Część druga CZAS BITWY 11. Wróg u bram 253 12. La Manche w lipcu – czas na Kanalkampf 262 13. Lotnicy 287 14. Kanał w sierpniu – czekanie na „Orła” 319 15. Gra w kości ze śmiercią 330 16. Fiasko orlego dnia 360 17. Najdonioślejszy dzień 378 18. Najzacieklejszy dzień 391 19. Nowe otwarcie 409 20. Prześladowcy i prześladowani 421 21. Taktyka w teorii i w praktyce 439 22. Bazy pod obstrzałem 472 23. Lotniska i centrale 501 24. Piloci 511 25. Londyn na celowniku 527


spis treci

26. Dzień bitwy o Wielką Brytanię 27. Ruchy starannie pozorowane

554 584

Część trzecia POKŁOSIE 28. Wojna na górze 607 29. Przetasowania po bitwie 618 30. Osąd nad bitwą 630 31. Najwspanialsze starcie 664 Epilog Posłowie

681 691

Załącznik nr 1: Luftwaffe w bitwie o Anglię 693 Załącznik nr 2: Fighter Command (RAF) przed bitwą o Anglię 701 Załącznik nr 3: Fighter Command (RAF) w bitwie o Anglię 706 Źródła bibliograficzne Podziękowania 715 Bibliografia 717 Spis map 727 Indeks osób 729

711


ROZDZIAŁ JEDENASTY

Wróg u bram

W

niedzielę 14 lipca 1940 roku po południu Charles Gardner, młody dziennikarz radiowy BBC, dotarł w wozie transmisyjnym do klifowego wybrzeża nad Dover. W odległości kilku kilometrów od brzegu można było dostrzec niewielki konwój brytyjski prujący przez wody Cieśniny Kaletańskiej. Technik już zdążył przygotować mikrofon, gdy reporter nagle dostrzegł nad okrętami sylwetki samolotów. W ciągu następnych kilku minut Gardner miał okazję nadawać na cały kraj z pierwszej ręki bezprecedensową relację z bitwy o Anglię. Z jego komentarzy przebijał niekłamany podziw dla pilotów myśliwskich, z którymi zresztą radiowiec miał wcześniej okazję zetknąć się we Francji, a także silny dreszczyk emocji, związany z dynamiką rozgrywającej się na jego oczach sceny: Co my tu mamy – zaczął Gardner – Niemcy w locie nurkowym bombardują konwój na morzu. Jest tu raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, aż siedem niemieckich Ju 87. Jeden właśnie nurkuje w stronę obranego celu. Zbombardował! A nie, jednak nie! Spudłował, proszę Państwa! Żaden okręt nie został trafiony. W ramach konwoju płynie dziesięć statków, ale [junkers] nie trafił żadnego z nich (...).

Tembr głosu Gardnera wyraźnie przybierał na sile i dramaturgii: Ale oto wyłaniają się nasze myśliwce. Już nadlatują! Niemcy schodzą maszynami bardzo ostro w dół, mogę zobaczyć, jak bomby opuszczają samolotowe luki i wpadają do wody. Do moich uszu dobiega odgłos broni maszynowej, ale nie mogę dojrzeć naszych spitfire’ów. Na pewno gdzieś tam są. Oho, uwaga! Właśnie spada jakiś samolot!




ii. czas bitwy

Sprawozdawca na chwilę zawiesił głos, próbując ogarnąć wzrokiem podniebne pole bitwy. Wkrótce jeszcze bardziej podnieconym tonem powrócił do swojego sprawozdania: Ktoś trafił Niemca, spada do wody, za nim ciągnie się długa smuga dymu, pikuje całkowicie pozbawiony kontroli. W tej właśnie chwili z kabiny wyskoczył człowiek na spadochronie. To junkers 87, za chwilę uderzy o taflę wody. Przygotujmy się, to stanie się właśnie teraz... Chlusnęło! Ależ słup wody! Cóż, obecnie mamy już całkiem wariackie zamieszanie nad kanałem! Nie jestem w stanie stwierdzić, które samoloty należą do naszych, a które do wroga. Walka trwa w najlepsze, mogę usłyszeć terkot karabinów. [Na dalszym planie rozlega się nagle silny wybuch.] A to była, jak mogą sobie Państwo wyobrazić, eksplozja bomby. Właśnie nadlatuje jakiś spitfire. Nie ma zbyt wielu wybuchów. Znowu lecą bomby – i znowu chybiają. Tak, mili Państwo, w całym tym rozgardiaszu [Niemcy] nie zdołali jeszcze trafić w konwój.

Walka w powietrzu zdawała się dobiegać końca. Wszystko trwało niesamowicie krótko. Gardner doniósł nawet, że dostrzegł dwóch kolejnych ludzi na spadochronach, po chwili jednak zreflektował się – to były tylko mewy. Na szczęście dziennikarz ten nie był osobą, która odpowiadała za potwierdzanie domniemanych strąceń. Swoich słuchaczy uspokoił zapewnieniem, że oprócz jednego sztukasa, który spadł do morza, nie doszło do innych zestrzeleń. Gardner mógł też dojrzeć spadochron powoli opadający w stronę powierzchni wody. Nigdzie nie było łodzi, które mogłyby wyłowić rozbitka. „Zapewne czeka go długa wycieczka wpław w stronę lądu” – zauważył reporter. Następnie zapadło milczenie. W tym czasie w pobliżu wozu transmisyjnego BBC zebrało się kilku przypadkowych gapiów. Znienacka głos Gardnera ponownie przerwał ciszę: O proszę, dokładnie nad naszymi głowami, ale znacznie wyżej, gdzieś na wysokości dwudziestu pięciu, może nawet trzydziestu tysięcy stóp, rozgrywa się kolejna bitwa. Ach, świetnie! Właśnie trafiliśmy jakiegoś messerschmitta! Wybornie, doprawdy! Już pikuje w stronę ziemi (...). Czy słyszą Państwo to poruszenie, nas, tutaj zebranych? Już po nim. Teraz spada dosłownie jak wystrzelona raca, zmierzając niemal pionowo w dół. Przesuńmy się nieco, żeby jeszcze przez chwilę mieć go przed oczami. (...) Hm, no cóż, pilot tym razem nie wyskakuje z kokpitu.


. wróg u bram



Gardner starał się zająć taką pozycję, by widzieć moment katastrofy, lecz było to niemożliwe, samolot bowiem spadł po przeciwnej stronie wzgórza. Jedyne, co mógł dostrzec, to kłęby gęstego dymu, chociaż nie ulegało wątpliwości, że obserwował śmierć jakiegoś człowieka. „Nie możemy zaliczyć tego przypadku jako pewnego zwycięstwa, bo nie widziałem momentu samej katastrofy” – dopowiedział sprawozdawca, jakby chciał wyjaśnić słuchaczom zasady, podług których liczono ostateczne straty i rozstrzygano o trafieniach. Dalej Gardner wyjaśnił swojemu niewidzialnemu audytorium, jak ciężko przychodzi mu sensowne przedstawienie przebiegu wydarzeń, które w tak nieprawdopodobnie szybkim tempie rozgrywają się wysoko w przestworzach. Pojedynki zdawały się kwestią sekund, a na przestrzeni minuty niebo potrafiło zapełnić się maszynami i zaraz potem opustoszeć. Chociaż dziennikarz uczciwie przyznał, że niepodobna było odróżnić brytyjski samolot od niemieckiego, za każdym razem gdy spadała jakaś maszyna myśliwska, uznawał, iż jest to któryś z messerschmittów. Najprawdopodobniej obserwował potyczkę, która rozgrywała się nieco niżej, niż to ocenił, na wysokości trzech tysięcy, może czterech i pół tysiąca metrów – gdyby bowiem wszystko miało miejsce siedem lub dziewięć kilometrów nad ziemią, jak w pełnym uniesieniu zakładał Gardner, wówczas jedyne, co mógłby dostrzec, to samolotowe smugi. Jednakże nawet na owym dwukrotnie niższym pułapie na niebie rysowałyby się z perspektywy ziemi tylko drobniutkie kontury maszyn. Następnie Gardner zauważył coś jeszcze. Pochłonięty tempem zmieniających się jak w kalejdoskopie wydarzeń, mówił do mikrofonu w taki sposób, jakby zwracał się do kogoś stojącego obok niego na klifowym wybrzeżu: O tam, tam, proszę spojrzeć, tam rozgrywa się kolejne starcie. Mamy cztery, pięć, nie, nawet sześć samolotów wykonujących ostre zwroty i kółka. Posłuchajcie tylko Państwo tego terkotu karabinów! Któryś samolot właśnie siedzi na ogonie jakiejś innej maszyny. Co z tego wyniknie... Świetnie, ścigają ich teraz nad kanałem! Trzy spitfire’y dobierają się właśnie do trzech uciekających messerschmittów. No to jest zupełnie niesamowite, ależ ich gonią! Spitfire znajduje się tuż za pierwszymi dwoma Niemcami. Dopadnie ich, jak amen w pacierzu. Naprawdę nigdy nie widziałem czegoś tak wspaniałego. Nasi chłopcy z RAF-u mają przeciwnika na widelcu. Nasz samolot już dogania messerschmitta. Chciałoby się powiedzieć, że zaraz schwyta go za nogi!

Niczym fanatyczny kibic dopingujący zawodnika na trasie Gardner nagle zaczął zachowywać się, jakby znajdował się obok brytyjskiego pilota w jego kokpicie: „A teraz na muszkę go. Dajesz, George! Już go masz! Strzelaj! Strzelaj!”.




ii. czas bitwy

Reporter szybko jednak „powrócił” na ziemię, nieco rozczarowany: „Nie, jednak nie, odległość między maszynami wydaje się stąd mniejsza, niż jest w rzeczywistości. Choć mało stąd widać, to myślę, że za chwilę coś się stanie z jednym z tych messerschmittów. Nie chciałbym być w skórze tego pilota”. Gapie jeszcze bardziej stłoczyli się na nabrzeżu i spoglądali w stronę Francji, oddalonej zaledwie o trzydzieści kilka kilometrów od klifu. Zdaje się, że go dopadł, a może się mylę? Nie, nie mylę się, proszę spojrzeć! Hm, tylko gdzie, gdzie patrzeć dokładnie? Kompletnie nic nie widzę. Coś tylko można dostrzec po lewej od tych czarnych punkcików. Widzą Państwo? Ależ tak! Tak, teraz i ja to widzę! Musieli go strącić. Zdecydowanie, nasz spitfire już przestaje się nim interesować. Tak myślę, proszę Państwa, że jeden z messerschmittów musiał roztrzaskać się w drobny mak na francuskim wybrzeżu1.

Mniej więcej cztery godziny później relacja w niezmienionej treści pojawiła się w eterze, stając się pierwszą w historii publiczną transmisją (niemal) na żywo z wydarzeń zachodzących na obszarach ogarniętych wojną. My, reprezentanci powojennych pokoleń, przywykliśmy już do korespondencji wojennych „z ostatniej chwili”, wówczas jednak ogół społeczeństwa nie miał jeszcze okazji usłyszeć nieocenzurowanego komentarza biernego uczestnika militarnej potyczki, nagranego w trakcie jej trwania i udostępnionego publiczności po zaledwie kilku godzinach. Co prawda relacje naocznych świadków można było czytać w prasie codziennej od czasu serii korespondencji Williama Howarda Russella z wojny krymskiej w 1854 roku dla „The Times”, lecz nigdy dotąd nie słyszano nagrania bezpośrednio z miejsca zdarzenia, okraszonego oryginalnym dźwiękiem spadających bomb i terkoczących karabinów maszynowych. Audycja Gardnera wzbudziła więc autentyczną sensację2. 1

2

Transkrypcja obszernych fragmentów powyższego sprawozdania znajduje się w książce Petera Haininga Spitfire Summer. The People’s Eye-View of the Battle of Britain, London 1990, s. 13–21. Całej audycji można wysłuchać w Państwowych Archiwach Dźwiękowych (National Sound Archive). Osiągnięcia Gardnera w zakresie relacjonowania na żywo rychło zostały przyćmione przez jego niemieckich odpowiedników, niektórzy z nich bowiem latali razem z pilotami Luftwaffe i nadawali na żywo z kokpitów bombowców biorących udział w nalotach na Londyn. Należy jednak zauważyć, że nie byli to pracownicy wydawnictw prasowych, lecz ludzie Josepha Goebbelsa ze związanych z wojskiem specjalnych oddziałów propagandowych (Propaganda-Kompanien). Owi korespondenci wpierw przechodzili pełne przeszkolenie wojskowe, mieli bowiem brać udział w walce, gdyby okazało się to konieczne, a przede wszystkim otrzymywali ściśle militarne zadanie, które polegało na psychologicznym wywarciu wpływu na żołnierzy i cywilów. O obiektywnym przekazie sprawozdawczym nie mogło być mowy.


. wróg u bram



Dział listów gazety „The Times” wkrótce zapełnił się pisemnymi reakcjami od czytelników. Jeden z pierwszych komentarzy został opublikowany 17 lipca i należał do wielebnego R.H. Hawkinsa, byłego lotnika z czasów Wielkiej Wojny, który po upływie dwudziestu lat pełnił pastorską posługę w Carlisle: Jako lotnik z czasów poprzedniej wojny chciałbym na łamach Państwa gazety zaprotestować przeciw formie radiowego sprawozdania na żywo z bitwy powietrznej nad Cieśniną Kaletańską, które w niedzielny wieczór nadano w ramach audycji BBC News. Niektóre fragmenty były na tyle żenujące, że należy je tutaj wypomnieć, natomiast autor przeszedł samego siebie, jeśli chodzi o odrażającą formę, w jakiej przedstawiono je słuchaczom. Czy tam, gdzie w starciu stawką staje się ludzkie życie, musimy być raczeni relacją na żywo na poziomie, nie przymierzając, komentarza z wyścigów jeździeckich Grand National w Aintree czy też finałowego spotkania Pucharu Anglii?! Czy ekipa BBC naprawdę sądzi, że pokrzepi wiarę w narodzie poprzez radosne komentowanie ponurych szczegółów z placu boju?3

Generał brygady Guy Dawnay był kolejnym emerytowanym wojskowym, który również musiał doskonale zdawać sobie sprawę, co w rzeczywistości kryje się za tak chwytliwymi określeniami jak zaserwowane przez Gardnera zdanie: „Teraz spada dosłownie jak wystrzelona raca”. Dwa dni później ten były oficer postanowił dołączyć do listy oburzonych głosów: Chciałbym wyrazić podziękowania za wydrukowanie sprzeciwu pana Hawkinsa w odniesieniu do niedawnej, godnej ubolewania decyzji BBC o przeprowadzeniu bezpośredniej relacji z walki powietrznej w pobliżu Dover. Niski poziom smaku, wyczucia, empatii i wyobraźni zaprezentowany przez BBC niewątpliwie musi każdego porządnego obywatela napawać szczególnym wstrętem4.

Niemniej jednak tego samego dnia na łamach gazety pojawiły się także zupełnie przeciwne w swojej wymowie komentarze czytelników. Pan C. Fisher, zamieszkały w północnym Londynie, nie zgadzał się ze stanowiskiem wielebnego Hawkinsa:

3 4

Więcej w: Ph. Knightley, The First Casualty. From the Crimea to Vietnam. The War Correspondent as Hero, Propagandist, and Myth Maker, London 1989, s. 220, 221, 233. Are We at War? – Letters to The Times 1939–1945, red. A. Livesey, London 1989, s. 75. Tamże.




ii. czas bitwy Moim zdaniem mieliśmy do czynienia z czymś zupełnie innym niż „komentarz z wyścigów jeździeckich Grand National w Aintree czy też z finałowego spotkania Pucharu Anglii”. Mnie samemu relacja wydała się porywająca – czułem się, jakbym osobiście brał udział w starciach, i szczerze się uradowałem, że tak wiele maszyn przeciwnika zostało strąconych, a pozostałe zmuszono do sromotnej ucieczki. Poczułem się podbudowany na duchu dzięki lepszemu zrozumieniu (które zawdzięczam formie przyjętej przez BBC) odwagi i poświęcenia pilotów RAF-u, a także realiów i okoliczności zwycięstwa, które ci chłopcy odnieśli w naszym własnym interesie. Jesteśmy dumni z ich postawy, a opis przedstawiony przez redaktora Gardnera umożliwiał nam radowanie się wspólnie z nimi. Wydaje mi się, że jego sposób komentowania zdołał w jakiejś mierze uchwycić determinację angielskich lotników. Skoro nasz opór uchodzi za szlachetny i słuszny, to chyba jest oczywiste, że chcemy łączyć się w radości z odniesionego sukcesu5.

Dwa pierwsze cytaty – autorstwa byłych wojskowych, którzy osobiście zetknęli się z okropieństwami konfliktu zbrojnego – odwołują się do uniwersalnych zasad moralnych: wyczulenia oraz ludzkiej przyzwoitości. Z kolei cywil, niemający tego typu doświadczeń wojennych, ale czujący osobiste zagrożenie wywołane nagłą bliskością bombowców nieprzyjaciela, do której nikt na Wyspach nigdy nie nawykł, czuł się uspokojony słowami relacjonującymi przebieg wydarzeń i niepodważalnym męstwem powietrznych obrońców. BBC poczuło się zobligowane do złożenia stosownych wyjaśnień. Dwudziestego drugiego lipca Frederick Wolff Ogilvie, człowiek, który zadecydował o nadaniu audycji, odpowiedział swoim krytykom. W jego przekonaniu „brytyjscy żołnierze nie prowadzą wojny na smutno”: Śmiertelna powaga, jaka cechuje wojska niemieckie, obca jest Anglikom. W naszych chłopcach dostrzeżemy pogodny realizm, a czyż w trakcie zaciętej wojny nie jest on zgodny ze stanem ducha całego społeczeństwa brytyjskiego? To straszne, że w tak piękną lipcową niedzielę ci młodzi ludzie nie pluskają się w nurtach kanału, lecz zamiast tego uczestniczą nad jego wodami w walce na śmierć i życie. Niestety, takie są jednak realia i nie ma w tym ani krztyny winy ze strony naszego kraju. Tak więc ci młodzi ludzie stają w obliczu owych realiów, nie tracąc przy tym charakterystycznego dla całego narodu, doskonałego nastroju. Czy ludność cywilna życzyłaby sobie, żeby przedstawiać jej to w odmienny sposób?6 5 6

Tamże, s. 75, 76. Tamże, s. 76, 77.


. wróg u bram



Tak więc społeczeństwo brytyjskie zaangażowało się w debatę, jaki obraz wojny chciałoby otrzymywać oraz jaki wpływ na poziom morale wśród ludzi mają sprawozdania medialne. Debata publiczna przebiegała w niezwykle kulturalny sposób. Dwudziestego trzeciego lipca generał Dawnay znowu zabrał głos, dziękując panu Ogilviemu za tak „uprzejme” zmycie głowy i mówiąc, że w swoim poprzednim liście chciał jedynie wskazać, iż „metoda stosowana podczas meczów piłkarskich” jest „nieodpowiednia”; wyraził też nadzieję, że publiczne wyrażenie przez niego poglądów „skłoni BBC do większej taktowności, jeśli chodzi o relacje o tak kapitalnym znaczeniu”7. Dla wielu innych osób relacje reportera Gardnera, który był naocznym świadkiem opisywanych przez siebie wydarzeń w okolicach Dover, nie budziły najmniejszych wątpliwości. Tak naprawdę jednak radiowiec ten miał blade pojęcie na temat scen rozgrywających się przed jego oczami, do czego zresztą sam przyznawał się w większym bądź mniejszym stopniu. Gardner akurat trafił na jedyny tego dnia poważniejszy nalot, jaki został przeprowadzony przez mniej więcej trzydzieści sztukasów z pułku IV/LG1, którym towarzyszyła osłona złożona z podobnej liczby Bf 109 z szeregów III/JG3. Około trzeciej piętnaście po południu maszyny agresora zostały przechwycone przez klucz „A” wchodzący w skład przebywającego akurat na patrolu Dywizjonu 615 oraz przez kolejnych siedem hurricane’ów z Dywizjonu 151 z bazy Rochford. Siły te szybko zostały wsparte przez tuzin spitfire’ów z Dywizjonu 610 oraz pozostałe hurricane’y z dowodzonego przez „Sandy’ego” Sandersa klucza „B” w ramach Dywizjonu 615, który stacjonował na wysuniętym lądowisku Hawkinge tuż za Folkestone. Niektóre z domniemanych spitfire’ów, o których opowiadał Gardner, niemal na pewno zaliczały się do modelu Hawker Hurricane. Część Dywizjonu 615 przedarła się w pobliże niemieckich bombowców nurkujących, a trzej podporucznicy lotnictwa Peter Collard, John Henry Gaynor i Petrus Hendrick Hugo podczas tej samej akcji trafili samolot pilotowany przez porucznika Sonneberga z IV/LG1 – to właśnie tę maszynę obserwował spiker radiowy BBC, gdy runęła prosto do morza. Nie ocaleli ani Sonneberg, ani towarzyszący mu radiotelegrafista, przy czym ten drugi został uznany za zaginionego. Każdy z trzech brytyjskich podporuczników zgłaszał pretensje do strącenia owego Ju 87. Ostatecznie Collard uzyskał jedno potwierdzone trafienie, Gaynorowi i Hugowi wspólnie przypisano inne. Człowiekiem opadającym na spadochronie niemal na pewno był podporucznik lotnictwa Michael Mudie z Dywizjonu 615, którego samolot został strącony przez messerschmitty osłaniające niemieckie samoloty bombowe. Jeszcze w kokpicie odniósł ciężkie poparzenia i chociaż został potem wyłowiony z wody przez jednostkę marynarki, następnego dnia wyzionął ducha. 7

Tamże, s. 77.




ii. czas bitwy

Gdy sztukasy już zarządziły odwrót w stronę Francji, niemieckie myśliwce eskortujące wciąż toczyły boje z Brytyjczykami, z kolei kilka spitfire’ów z Dywizjonu 610 goniło messerschmitty nad kanałem La Manche do chwili, gdy z powodu ograniczonej ilości paliwa musiało zawrócić w stronę Anglii. Samolot, którego pościg za dwoma Bf 109 opisywał rozemocjonowany Gardner, najprawdopodobniej należał do podporucznika lotnictwa Petera Litchdielda. Młodemu pilotowi ostatecznie uznano skuteczne trafienie jednego messerschmitta, co było jego pierwszym i jedynym niepodważalnym zwycięstwem do chwili, gdy cztery dni później on sam poniósł śmierć w walce. Jedna ze ściganych niemieckich sto dziewiątek doszczętnie rozbiła się podczas awaryjnego lądowania w okolicach Boulogne-sur-Mer w pobliżu Calais, a jej pilot odniósł obrażenia. Kolejny uszkodzony Bf 109 wylądował w Wissant, lecz w tym przypadku niemiecki lotnik wyszedł z zajścia bez szwanku. Wciąż natomiast pozostaje zagadką kwestia samolotu, który runął po drugiej stronie wzgórza – chyba że w rzeczywistości Gardner miał na myśli odległą o raptem trzydzieści kilometrów Francję i obserwował łabędzi śpiew jednego z messerschmittów z lotniczego pułku JG3. Maszyna, która utonęła w wodach Zatoki Świętej Małgorzaty, najprawdopodobniej była hurricane’em pilotowanym chwilę wcześniej przez podporucznika Mudiego. Natomiast tego samego dnia katastrofie uległ jeden z hurricane’ów z Dywizjonu 111, rozbijając się tuż po starcie. Być może Gardner widział upadek właśnie tej maszyny po drugiej stronie wzgórza. Niestety nie wiemy jednak, o jakiej porze mogło dojść do tego wydarzenia. Na podstawie powyższej dziennikarskiej relacji na żywo łatwo zauważyć, jak mylące mogły być starcia w powietrzu – i to nawet dla postronnych obserwatorów z ziemi. Zestrzelenie junkersa Gardner skojarzył z sylwetką lotnika opadającego na spadochronie, tymczasem jedno z drugim nie miało żadnego związku. Korespondent nie zauważył również, że jedną ze strąconych maszyn był brytyjski hurricane. Mimo to doszedł do słusznych wniosków: w owym niewielkim starciu był on świadkiem zwycięstwa Brytyjczyków. Zaatakowany konwój morski nie został nawet draśnięty, dwa niemieckie samoloty zostały zniszczone, a trzeci odniósł uszkodzenia, Brytyjczycy zaś musieli spisać na straty jeden samolot wraz z pilotującym go człowiekiem. Churchill rychło przesłał pisemne gratulacje dla „swoich chłopców z Sześćset Piętnastego”. Piloci owego dywizjonu, jak donosi dziennik operacyjny jednostki, żałowali jedynie tego, że „Zieloni [określenie pilotów z innej sekcji z tego samego dywizjonu – dop. tłum.] nie załapali się na tak przednią zabawę”8.

8

Dziennik Dywizjonu 615, ark. 540, w: Public Record Office (PRO), Kew, Operations Record Books, Squadrons: AIR 27/2123.


. wróg u bram



Po audycji Gardnera o godzinie dziewiątej wieczorem nastąpiło radiowe orędzie premiera Wielkiej Brytanii. Niewątpliwie dziennikarz przysłużył się do wzbudzenia odpowiednich nastrojów w narodzie, a Churchill poszedł tym samym tropem: przywołał wizję wyspiarskiej twierdzy, która ze spokojem oczekuje uderzenia, „otoczona morzem i oceanem znajdującymi się pod kontrolą Royal Navy, od góry zaś osłaniana dzięki waleczności i poświęceniu lotników”. Wcześniejsza o kilka godzin relacja dziennikarska dobitnie świadczyła o prawdziwości jego słów, należałoby więc pochwalić ramówkę BBC. Z owego przemówienia premiera słuchacze po raz pierwszy dowiedzieli się również, jakie są dwa podstawowe przymioty brytyjskich lotników – „waleczność i poświęcenie”; miesiąc później Churchill wyróżni je w sposób, który zapadł w zbiorową pamięć. RAF zadał pięciokrotnie większe straty w porównaniu z tymi, które sam poniósł, chociaż – jak zauważył premier – były to dopiero nieśmiałe początki, jeśli chodzi o nadchodzącą bitwę. Następnie zaś Churchill, zaprzeczając swoim własnym, późniejszym i o wiele słynniejszym słowom o „tak nielicznych”, zaczął mówić o naprawdę dużej liczbie ludzi, którzy gotowi byli bronić brytyjskiego wybrzeża, o siłach Home Guard oraz o milionie pięciuset tysiącach żołnierzy pod bronią. Dalej wspomniał też o całej rzeszy anonimowych istnień, które wiernie przyjdą z patriotyczną pomocą już w trakcie konfliktu. Jak podsumował, „to będzie Wojna Nieznanych Żołnierzy” i wszyscy chcą jej kontynuacji, tak aby „mroczna hitlerowska zaraza została wypleniona z naszych czasów”9. Następnego dnia Dowding napisał do Churchilla o tym, jak był „głęboko poruszony transmisją przemówienia z niedzieli. Wypowiedział Pan myśli, które są nam wszystkim bliskie, chociaż my nie potrafimy się tak dobitnie wysłowić”10. Podsumowując, Gardner podał do wiadomości brytyjskich słuchaczy, że wróg faktycznie stoi już u bram Zjednoczonego Królestwa i coraz silniej zaczyna na nie napierać. Churchill z kolei podkreślił, że Brytyjczycy nie mają zamiaru zapraszać adwersarza do środka. Zadanie, by wrota pozostały dla niego zamknięte, należało już jednak do Hugh Dowdinga.

9

10

A War of the Unknown Warriors, przemówienie z 14 lipca 1940 roku, w: W.S. Churchill, Into Battle. Winston Churchill’s War Speeches, oprac. R. Churchill, London 1941, s. 247–251. M. Gilbert, Winston S. Churchill, t. 6: Finest Hour, 1939–1941, London 1989, s. 665.


70. rocznica najważniejszego starcia powietrznego w historii! Sprawa honoru dla polskich pilotów, sprawa życia i śmierci dla wolnego świata. Jesienią 1940 roku – siedemdziesiąt lat temu – myśliwcy w służbie brytyjskiej korony oraz ich polscy i czescy sojusznicy stali się najgroźniejszymi przeciwnikami Hitlera. Mało kto sądził, że uda im się powstrzymać niezwyciężoną dotąd niemiecką machinę wojenną. W Bitwie o Anglię Stephen Bungay opisał to starcie jak nikt inny. Autor nie daje czytelnikom jedynie kolejnej „opowieści o lotnikach i ich wspaniałych maszynach”. Bohaterami są w niej wszyscy uczestnicy bitwy – od mechaników i operatorów radarów po dowódców i polityków. Ważni są tu nie tylko Anglicy, Polacy i Czesi, ale także ich przeciwnicy w niemieckich mundurach. Liczy się nie tylko celny ogień wymierzony w przeciwnika, ale także taktyka, strategia i wola walki. Bitwa o Anglię to książka, dzięki której po raz pierwszy poznamy naprawdę całą historię zmagań RAF-u z Luftwaffe. Autor świetnie rozumie, że do zwycięstwa potrzebne jest bohaterstwo, ale wie też, że samo bohaterstwo nie wystarczy. Zdaje sobie sprawę, że nie da się bez emocji opisać walki z wrogiem, który może zaatakować z każdego kierunku z prędkością sięgającą kilkuset kilometrów na godzinę. Właśnie dlatego napisał najlepszą książkę o bitwie o Anglię. „Stephen Bungay otwiera przed nami zupełnie nowe horyzonty”.

„Wingspan”

„Najlepszy jak dotąd obraz bitwy o Anglię, namalowany z niezrównaną dbałością o szczegóły”. „Times Literary Supplement” „Tej książki po prostu nie wolno przegapić!” W serii ukazały się także:

Cena detal. 69,90 zł

„Glasgow Herald”


Bitwa o Anglię. 1940