Page 1


Wydawnictwo Znak . Krak贸w 2014


Ten pociąg odjeżdżał z Dworca Centralnego o  dziesiątej z  minutami, weszłam do przedziału pierwsza, dopiero potem pojawił się kolejny pasażer. Mruknął coś pod nosem i mimo że miejsce naprzeciw mnie przy oknie było wolne, usadowił się przy drzwiach. Nie wiem dlaczego, pomyślałam, że stroni od ludzi, nic wtedy o  nim nie wiedziałam, ani kim jest, ani dokąd zmierza. Mógł wysiąść na pierwszej lepszej stacji, nie zamieniwszy ze mną słowa. Powinnam być zadowolona, że trafiłam na takiego milczka, najgorsi są bowiem podróżni gadatliwi, wścibscy, zadający kłopotliwe pytania. Przemieszczając się często z racji swojego zawodu, wynalazłam sposób obrony przed takim nagabywaniem: udawałam, że śpię. Mój towarzysz

5


podróży też chyba na to wpadł, bo przymknął oczy. Przyjrzałam mu się ukradkiem: ciemne, krótko ścięte włosy z pasmami siwizny na skroniach, twarz o  regularnych rysach, policzki pokryte kilkudniowym zarostem. Miał przy sobie tylko niewielki plecak, który niedbale rzucił na półkę. Może dlatego, że byliśmy w przedziale sami, mój wzrok uparcie wędrował w  jego stronę. Czułam, że nie śpi. Wyglądał mi na kogoś, kto podróżuje od wielu dni. Może był cudzoziemcem i jechał do Krakowa zwiedzać zabytki. Nie wiem dlaczego, ale odniosłam wrażenie, że on nie jest stąd. Wkrótce przedział zapełnił się ludźmi i  przestałam się nim zajmować, odnotowałam jedynie, że nie wysiadł w Krakowie, a więc zapewne jego miejscem docelowym, podobnie jak moim, było Zakopane. Udawałam się tam na rozmowę z  salową z  pewnego warszawskiego szpitala, która przedziwnym zrządzeniem losu została wytypowana jako pionek w grze tajnych służb. Centralne Biuro Antykorupcyjne chciało dopaść jej szefa, ordynatora oddziału, na którym pracowała. Być może spektakularne aresztowanie było potrzebne rządzącej partii w  jej rozgrywkach politycznych,

6


więc na oczach zdumionego personelu ordynator został wyprowadzony ze szpitala w kajdankach. Wkrótce potem w  taki sam sposób wyprowadzono salową. Bez żadnych wyjaśnień zamknięto ją w celi, spędziła tam samotnie noc, a rano pojawiła się strażniczka z czystą kartką papieru i długopisem w ręku i powiedziała: – Podpisz tu na dole i będziesz wolna. – Co mam podpisać? – spytała uwięziona. – No... że byłaś świadkiem przyjmowania przez ordynatora łapówek od mafii. – Ja tego nie podpiszę, bo to nieprawda – odrzekła, przypieczętowując tym swój los. Przesiedziała w  areszcie dwa lata, tymczasem zlicytowano jej dom za grosze. Dobrzy ludzie zapłacili za nią kaucję, więc mimo toczącego się przeciw niej procesu wyszła na wolność, tyle że nie miała już domu. Na szczęście inni dobrzy ludzie wzięli ją do siebie. I  ja tam właśnie jechałam. Byłam bardzo przejęta, kiedy naczelny w skrócie przedstawił mi jej sprawę, wprost nie mogłam uwierzyć, że coś podobnego mogło się wydarzyć w moim kraju, który nie zapomniał jeszcze obrzydliwych ubeckich metod.

7


– Widocznie za krótko żyjesz – powiedział.  – Pożyjesz dłużej, przestaniesz się dziwić. Wydawało mi się, że żyję dostatecznie długo, aby wiedzieć, co jest dobre, a co złe. Wychowywały mnie dwie kobiety, matka i babcia. Ojciec odszedł, gdy miałam niecałe dwa lata. Trzeba powiedzieć, że zachował się przyzwoicie, bo zostawił nam bardzo piękne mieszkanie w  alei Róż w  pobliżu Łazienek. Często chodziłam tam z babcią do parku, wystarczyło przejść przez ulicę. Babcia zabierała mnie też na koncerty pod pomnikiem Chopina, czym raczej nie byłam zachwycona. Kiedy miałam czternaście lat, mama podjęła niezbyt szczęśliwe życiowe decyzje, musiałyśmy opuścić mieszkanie i  zamieszkać pod Warszawą w  wynajętym domu. Była to właściwie rudera z  kaflowymi piecami, bez bieżącej wody, jedyny czynny kran znajdował się w  piwnicy. Wszystkie obowiązki, palenie w piecu, noszenie wody, spadły na babcię, bo ja i mama dojeżdżałyśmy do Warszawy: ja do szkoły, a mama na Politechnikę, gdzie pracowała jako bibliotekarka. Któregoś dnia babcia na mój widok nie wstała z fotela. Kiedy dotknęłam jej ręki, była zimna. Usiadłam na podłodze i  położyłam głowę

8


na jej kolanach. Tak nas zastała mama. Bardzo płakała, obwiniając siebie, że przez głupie decyzje zgotowała swojej matce taki los. – Ona ci wybaczyła – próbowałam ją pocieszyć. Było mi bardzo ciężko po śmierci babci, bo wszystkim dyrygowała, nawet śmiałyśmy się z mamą, że jest takim generałem w naszej rodzinie. To ona w najdrobniejszych szczegółach ustalała porządek dnia, każda z nas miała jakieś obowiązki: mama robiła zakupy, ja wynosiłam śmieci i  zamiatałam podwórko. Zawsze po powrocie z  Warszawy, przy obiedzie, opowiadałyśmy sobie dzień. Po śmierci babci rozpierzchłyśmy się z  mamą w  dwie strony, każda z  nas zaczęła prowadzić osobne życie. Właściwie przestałam jadać obiady, bo przeznaczone na nie pieniądze wydawałam głównie na kino. Uwielbiałam ten moment, kiedy gasły światła i  ekran się rozjaśniał. To był dla mnie bardziej realny świat niż ten poza salą kinową. Po maturze postanowiłam nawet zdawać do szkoły teatralnej, ale na wszelki wypadek papiery złożyłam też na wydział dziennikarski. Byłam zdumiona, kiedy się okazało, że otrzymałam zielone światło na obu uczelniach. Po namyśle

9


wybrałam dziennikarstwo, chyba dlatego, że jednak nie widziałam siebie jako aktorki, wolałam pozostać widzem. Poza tym znalazłam sobie wzór do naśladowania – była nim znana dziennikarka i podróżniczka, która wydała wiele książek o swoich podróżach. Po studiach trafiłam na staż do niskonakładowego, za to cenionego w  środowisku dziennikarskim tygodnika „Na Wprost” i naczelny zaproponował mi etat. Pensja była, co tu dużo mówić, raczej symboliczna, ale dochodziły do tego wierszówki, więc wkrótce stać mnie już było na wynajęcie kawalerki, co uznałam za pierwszy życiowy sukces.

Pociąg zbliżał się do końcowej stacji w Zakopanem, więc pasażerowie oprócz mnie i  tego mężczyzny zerwali się z  miejsc. Podniosłam się, dopiero gdy koła zaczęły hamować. Nieznajomy też wstał. Zaskoczyło mnie, że jest wyższy, niż sądziłam. Wyraźnie czekał, żebym opuściła przedział jako pierwsza. Szłam w tłumie podróżnych w stronę wyjścia do miasta, gdy nagle coś kazało mi odwrócić głowę.

10


Zobaczyłam, że mój niedawny towarzysz podróży klęczy na peronie, ludzie przechodzą koło niego, ale on zdaje się tego nie dostrzegać. Na jego twarzy malowało się takie cierpienie, że wstrząsnęło to mną. Chciałam nawet do niego podejść i spytać, czy nie potrzebuje pomocy, ale już wstał i  wyminął mnie, a ja, nie do końca rozumiejąc, dlaczego to robię, ruszyłam za nim. Zatrzymał się na przystanku autobusowym, było na nim niewiele osób, więc po namyśle postanowiłam wziąć taksówkę. Zapowiedziałam kierowcy, że jeśli człowiek, którego wskażę, wsiądzie do autobusu, ma za tym autobusem jechać, ale w bezpiecznej odległości. – Bedzie – odpowiedział. Wkrótce nadjechał autobus, nieznajomy z  pociągu wsiadł, a my podążyliśmy za pojazdem. – Warto to iść w koszta – odezwał się taksówkarz – dla takiego buzeranta? – Dla kogo? – nie zrozumiałam. – No dla tego panocka! Wzruszyłam ramionami. – Jestem tutaj służbowo! – To wy może z  policji?  – Taksówkarz wyraźnie się przestraszył.

11


– Z żadnej policji  – odrzekłam niecierpliwie  – niech pan lepiej pilnuje autobusu! – Ni ma obawy, mnie nie odjedzie – mruknął – przecie mom bryke dobro. Nieznajomy z  pociągu wysiadł na przystanku w Kościelisku, więc odprawiłam taksówkę i ruszyłam w ślad za nim. Czułam się trochę jak myśliwy, który właśnie osaczył swoją zdobycz. Nie wiem dlaczego, postanowiłam śledzić tego człowieka. Co mnie w  nim tak zafrapowało? Czy to dziwne zachowanie na peronie było jakimś znakiem? Szedł szybkim krokiem i  trudno mi było za nim nadążyć, starałam się tylko, aby nie zniknął mi z  oczu. Właśnie skręcił z  głównej drogi i  zaczął się wspinać pod górę, a ja oczywiście za nim. Nie było tu już domów, po obu stronach wysokiej skarpy ciągnęły się pola, zaniepokoiłam się więc, czy na pustej przestrzeni nie zorientuje się, że ma ogon. Na szczęście dalej pojawiły się gęste krzewy i łatwo mogłam się za nimi ukryć. Na szczycie wzniesienia droga nagle się urwała, a mężczyzna zniknął za rzędem świerków. Drzewa musiały wcześniej grać rolę żywopłotu, nieprzycinane wystrzeliły jednak w górę, tworząc szczelny

12


parawan, poza którym trudno było cokolwiek dojrzeć. Wszystko wskazywało na to, że za nimi znajduje się dom. Najważniejsze, że mój „obiekt” został zlokalizowany. Nawet gdyby ten mężczyzna tutaj nie mieszkał, od właścicieli mogłabym później zdobyć o nim jakieś informacje. Wiosna się wyraźnie spóźniała, dzień był pochmurny i wietrzny. Sceneria jak z  powieści Emily Brontë  – pomyślałam, mając nadzieję, że nieznajomy z  pociągu nie okaże się drugim Heathcliffem. Nawet był jakoś fizycznie do tamtego podobny, zresztą na Podhalu pełno jest takich Heathcliffów o  ponurym spojrzeniu i  mrocznej duszy. Jeżdżąc jako reporterka po Polsce, dość często tutaj zaglądałam. Kiedyś w czasie oględzin miejsca, w którym powiesił się młody góral, jak się okazało, syn znanego zakopiańskiego restauratora, policjantka, zesłana tu z centralnej Polski na staż, rozgadała się: – Co tutaj dochodzić i  sprawdzać, przyszedł halny i  połowa Zakopanego i  okolic dostała wariactwa. My tu nawet śmiejemy się między sobą: „Idzie halny, trzeba chować sznury od żelazka i postronki”.

13


Halny to najbardziej tajemnicza sprawa w tamtych okolicach, wieje z  prędkością siedemdziesięciu, a bywa, że i stu kilometrów na godzinę i ma jakiś wyjątkowo depresyjny wpływ na psychikę ludzką. Jest w tym naprawdę coś niesamowitego. Tuż przed nadejściem wiatru nad szczytami górskimi pojawia się charakterystyczny wał chmur, a jego uderzenie bywa straszne, potrafi łamać wiekowe świerki jak zapałki. O mieszkańcach Podhala miałam jak najgorsze zdanie. Gdyby odrzucić te wszystkie legendy o  ich niezależności i  honorze, pozostaliby ludzie mali duchem, zawistni, broniący swego nawet wtedy, kiedy przekracza to granice zdrowego rozsądku. Dwie rzeczy ludowi podhalańskiemu wychodziły: picie wódki i  mnożenie potomstwa. Niezliczone dzieci zostawały spadkobiercami po rodzicach, którzy  – aby było sprawiedliwie  – obdzielali każde niewielką działką. I  takie jest teraz Podhale, poszatkowane, własność ziemi spoczywa głównie w  prywatnych rękach. Aby scalić kawałki i  coś na nich wybudować, trzeba byłoby się między sobą dogadać, a  to marzenie ściętej głowy. Wcześniej argumentem nie do odrzucenia

14


były podpalenia krnąbrnego sąsiada i z  tego powodu zaczęto stawiać drewniane chałupy tuż obok siebie, wtedy ten, co podkładał ogień, też mógłby się spalić. Spory przeniosły się więc przed oblicze Temidy i  nie bez powodu sąd w  Zakopanem nazywany jest „sądem góralskim”. Procesują się tam o wszystko: o miedzę, o dług wartości dwudziestu złotych, o krzywe spojrzenie... A ich okrutny stosunek do zwierząt! Po tym jak padł koń, który ciągnął przeładowany wóz z turystami do Morskiego Oka, zrobiło się spore zamieszanie, gazety i  telewizja odsądzały woźniców od czci i wiary. No i co? Nic. Zaprzęgi śmierci dalej jadą pod górę... Powinnam była się stąd zabierać, bo „inwigilowany” w każdej chwili mógł się wyłonić zza świerków. Na pewno mnie zapamiętał z  pociągu i  od razu by się domyślił, że go śledzę. W drodze powrotnej miałam wiatr w  plecy, więc niemal zbiegałam ze wzgórza, ale na dole nie mogłam złapać taksówki i  mimo że byłam spóźniona na spotkanie, musiałam zaczekać na autobus. Z dziennikarskiego nawyku podsłuchiwałam, co inni oczekujący mówią między sobą, a  to, co mówili, okazało się bardzo interesujące. W pewnej

15


chwili pojawiła się stara góralka zakutana w wełnianą wzorzystą chustę. – Podobno młody Madej wrócił nazod – powiedziała do kobiety, która stała na przystanku. – Co pleciecie! – tamta się obruszyła. – Ludziska go widzieli, jak seł do swojej chałupy. – Moze widzieli mare! – No, na pewno mare!  – Ta w  chuście się obraziła. Chwilę obie milczały. – A ftóry to, Jadam czy Stasek? – spytała zagadnięta. – A fto ta wie, przecie som oko w oko. – A  jako wyglondoł? Chyba bedzie ze dwadzieścia roków, jak ich we świat poniesło? – Jo ta nie wiem, ale jak jeden przyśtuderowoł, to i  drugi za nim przydzie. Przecie byli nierozłoncni jako dwa smreki na jednym pniu. – Jak to bliźnioki. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, o kim te dwie góralki rozmawiały, swoją drogą wiadomości rozchodziły się tutaj lotem błyskawicy. Nadjechał bus i ludzie zaczęli się tłoczyć przy drzwiach.

16


Byłam niezbyt uszczęśliwiona, że prywatny przewoźnik podebrał pasażerów temu z rozkładu jazdy, bo może czegoś ciekawego jeszcze bym się mogła dowiedzieć. Teraz miałam za zadanie odszukać w Zakopanem dom, w którym zatrzymała się bohaterka mojego reportażu. Zaopatrzona w bilet powrotny, powinnam wyjechać stąd wieczorem, ale oczywiście w tej sytuacji postanowiłam zostać. Ze znalezieniem taniego pensjonatu nie było kłopotu, bo po sezonie niemal wszystkie świeciły pustkami. Na wielu domach wisiały tabliczki: „Wolne pokoje z  telewizorem i  łazienką”, nawet na ulicy koczowali łapacze, jak ich nazywałam, zachwalający pensjonaty, a w nich oczywiście pokoje z łazienkami. Właściciele willi Nostalgia, którzy przygarnęli nieszczęsną salową, okazali się bardzo gościnni, zaprosili mnie na obiad, chociaż się wymawiałam. Do stołu usługiwała góralka, która – jak się potem okazało – mieszkała w Kościelisku, a więc mogła coś wiedzieć o rodzinie Madejów ze wzgórza. Ale najpierw musiałam spełnić swój obowiązek i  nagrać rozmowę z panią Stasią. Szła w moją stronę, wspierając się na kulach, była wychudzona, miała

17


rzadkie włosy związane w kitkę i  mysią twarz, którą zasłaniały okulary w  rogowej oprawie. Już samym swoim wyglądem budziła litość, nic więc dziwnego, że ci wyjątkowi ludzie ją do siebie zaprosili, choć wkrótce się miało okazać, że naprawdę wyjątkowa była właśnie ona. Usiadłyśmy w  niewielkim saloniku, gosposia przyniosła nam herbatę. Moja bohaterka odstawiła kule i  wyjęła z  kieszeni różaniec, a  widząc moje spojrzenie, wyjaśniła, że pomaga jej „uładzić myśli”. Skoro tak, włączyłam magnetofon: Ja: Pani Stanisławo, dlaczego nie podpisała pani wtedy, zaraz po aresztowaniu, tego papieru? P.S.: Bo wiedziałam, co oni chcą z  tym zrobić, chcą oskarżyć pana ordynatora, a  to dobry człowiek, dobry dla ludzi i dla świata... Ja: A wystawiał lewe zwolnienia dla mafii? P.S.: Wystawiał zwolnienia, jak kto potrzebował, panu ordynatorowi było wszystko jedno, czy ktoś jest z mafii czy nie z mafii, dla niego chory to był chory. Zresztą najwyższe instancje pana ordynatora uniewinniły. Ja: Ale pani nadal ma kłopoty, w  sądzie toczy się sprawa przeciwko pani, zlicytowano pani dom,

18


odebrano rentę. Więzienie do końca zrujnowało pani zdrowie. Warto było walczyć z wiatrakami? P.S.: Przykazanie mówi, aby nie dawać fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu, a ja chodzę do kościoła. Ja: Mogłaby się pani wyspowiadać i grzech byłby odpuszczony, a nikt by pani nie zabrał domu i renty. P.S.: Ale ja mam sumienie! Sumienie! Dawno nie słyszałam tego słowa. Właściciele willi, para lekarzy, kilka lat temu przenieśli się tutaj z Warszawy. Oboje kochali góry, mimo dość zaawansowanego wieku wspinali się, jeździli na nartach. – Żyjemy tu trochę jak w klasztorze – zwierzyła się pani Agnieszka – nie spotkaliśmy nikogo, z kim chcielibyśmy się zaprzyjaźnić, ale może wychodzi to na dobre, bo lepiej się słyszy własne myśli. O pani Stasi powiedziała: – To bohaterka. Jej sprawa przywodzi na myśl prześladowania pierwszych chrześcijan. Podobno w więzieniu ją głodzono, żeby zmusić do oczernienia przełożonego. – Po prostu dostała się w  tryby brudnej polityki.

19


– To na pewno, co za absurdalne zarzuty jej stawiają? Że za namową ordynatora, z którym miała utrzymywać stosunki intymne, założyła konto w Szwajcarii, aby mógł przelewać tam pieniądze od mafii. No przecież istnieją jakieś granice prawdopodobieństwa! Ta schorowana kobieta kochanką profesora! Albo ona i  konto w  Szwajcarii! Każdy normalny człowiek wiedziałby, że to kompletna bzdura, a sądy przerzucają się tą sprawą jak gorącym kartoflem. Życzę tym tępogłowym sędziom, żeby się nim udławili. Uśmiechnęłam się smutno. – Trzymają się procedur. – Powiedzieć pani, gdzie mam takie procedury?!  – wykrzyknęła moja rozmówczyni o  wyglądzie prawdziwej damy. Udało mi się też porozmawiać z  gosposią doktorostwa panią Danutą. Okazała się osobą bardzo komunikatywną. Wystarczyło, że spytałam ją o Madejów ze wzgórza, a dowiedziałam się od razu, że nad tą rodziną zawisła klątwa. Najpierw ojciec zostawił żonę dla jakiejś młodszej ze świata, był cieślą, ciągle wyjeżdżał, aż za którymś razem nie wrócił. Kobieta została sama z trójką dzieci, najstarsza

20


Jagoda miała wtedy czternaście lat, a dwaj młodsi bracia bliźniacy Adaś i Stasiek po osiem. Siostra im trochę matkowała, bo Madejowa zatrudniła się jako kucharka w  hotelu i  wychodziła rano, a  wracała wieczorem. To było zgodne rodzeństwo, dobrze się uczyli. Cała trójka śmigała na nartach i  kiedy chłopcy podrośli, w zimie dorabiali na stoku, ucząc dzieciarnię jeździć. Jagoda po maturze dostała się na architekturę w Krakowie i dojeżdżała do domu tylko na sobotę i  niedzielę, ale bracia dawali już sobie sami radę. Zły los o  ich rodzinie jednak nie zapomniał  – mówiła pani Danusia  – „nopierwej zwinena sie matka, a  jak sie załoba skońcyła, to w jednom sobote córka posła ze swoim kawalerem na zobawe, ale du domu juz sie nie wrócieła”... Podobno się pokłócili i wyszła pierwsza z karczmy. Długo jej szukali, były ogłoszenia w  prasie, plakaty z  jej zdjęciem rozlepiono w  całej okolicy. I kamień w wodę. Początkowo podejrzenie padło na jej chłopaka, nawet potrzymali go w  areszcie, ale potem musieli wypuścić, bo jak nie ma ciała, to nie ma zbrodni. Ludzie różnie zaczęli gadać, że znudził się jej miejscowy narzeczony i, niewierna jak jej ojciec, uciekła z innym, albo że się naraziła

21


władzy, bo jeszcze za komunistów roznosiła ulotki po Zakopanem i podtykała znajomym i  nieznajomym. Była za Solidarnością. Podobno tego dnia, co Jagoda zniknęła, ktoś widział samochód z zaciemnionymi szybami, a przecież wiadomo, kto czymś takim jeździ. Porwali dziewczynę z  zemsty i  według słów pani Danusi „zadowili, jak kiedyś świętej pamięci księdza Popiełuske”...

– A który to był rok? – spytałam. – To było, pani, niek przyboce... niedługo przed tymi wyborami, co to ksiondz straśnie grzmioł z ambony i kozoł syćkim iść głosować... – Czyli przed osiemdziesiątym dziewiątym rokiem – udało mi się jej przerwać. – Moze i haw tak było – zgodziła się. – I znalazła się ta studentka? – Naśli jom w  lesie w  Kirach... była owiniento w derke, ale psy bacy Wawrytki jom wykopały... – Wiadomo, kto ją zamordował? W milczeniu pokręciła głową. – W  rok po pogrzebie Jagody chłopcyska pole posprzedawali, Stasiu Madej pojechoł do Hameryki

22


jakis tam biznes robić, Adaś poseł za siostrom na studia... Ale i jego wywioło za wode... gazdówka stoi pusto, marnieje... Już nie – pomyślałam. To, czego się dowiedziałam o rodzinie Madejów, otwierało mi drogę do domu na wzgórzu. Mogłam spokojnie zapukać do drzwi, przedstawić się i poprosić o wywiad. „Jak pan odnajduje Polskę po latach nieobecności?” Nazajutrz, kiedy przedarłam się przez świerkowy zagajnik okalający zagrodę, stanęłam jak wryta. Miałam przed sobą drewnianą chałupę z podziurawionym gontowym dachem, z oknami zabitymi na krzyż i  drzwiami wiszącymi na jednym zawiasie. Po chwili wahania weszłam do środka. Znalazłam się w  wąskiej sieni, było tam kilkoro drzwi, otworzyłam pierwsze z brzegu. Od razu uderzył mnie zapach stęchlizny, wnętrze było zrujnowane, w rogu znajdowała się kaflowa kuchnia z żeliwną płytą i fajerkami, a na niej okopcone garnki. Był jeszcze zniszczony kredens i  drewniany prostokątny stół, pod ścianą zobaczyłam leżący na podłodze śpiwór. Wyglądało na to, że nieznajomy z pociągu spędził tutaj noc. To była dobra

23


i zła wiadomość: ta dobra, że nie zniknął mi z oczu, a zła, że mógł być jak ja zszokowany obecnym wyglądem rodzinnego domu, a  co za tym idzie nieskory do zwierzeń. Może należało przełożyć nasze spotkanie, ale z  drugiej strony uczucia, jakie nim targały tuż po powrocie, były właśnie czymś najciekawszym. Chodziło o świeżość wypowiedzi. Stałam pośrodku kuchni, zastanawiając się, co powinnam teraz zrobić, aby nie spalić tematu, kiedy skrzypnęły drzwi i  pojawił się w  nich mężczyzna z pociągu. W ręku trzymał siatkę z zakupami. – Skąd się tu pani wzięła? Dobre pytanie  – pomyślałam, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć. – Jestem dziennikarką i... Na jego twarzy pojawił się grymas. Nie pozwolił mi dokończyć. – Tam są drzwi! – Ale mnie tu nikt nie przysłał, to ja sama, zależy mi bardzo... proszę dać mi szansę... – Szansę na co? – Na rozmowę. – A  o  czym?  – Jego oczy niebezpiecznie się zwęziły.

24


– O panu... o pańskim powrocie do Polski... – Co pani o mnie wie? – W jego głosie była już jawna wrogość. – Śledziła mnie pani! Kto za tym stoi? – Ja za tym stoję... ja sama... usłyszałam rozmowę na przystanku... dwie góralki rozmawiały o pana powrocie... – Na przystanku? Chyba jechaliśmy razem w przedziale... – Właśnie dlatego chciałam dowiedzieć się o panu czegoś więcej. Napięcie było tak silne, że po policzkach pociekły mi łzy. Wyraz twarzy mojego rozmówcy się zmienił. Chyba nie bardzo wiedział, jak się ma zachować w sytuacji, kiedy ktoś płacze. – Widzi pani, jak to wszystko wygląda – powiedział już innym tonem.  – Będę tu miał mnóstwo roboty... Nie mam czasu na rozmowy... – Sam chce pan odbudować tę ruinę?  – wyrwało mi się. – Ja panu pomogę. Roześmiał się. – Tak? Wejdzie pani na dach i poprzybija łaty? – Mogę podawać gwoździe.

25


Zabójca_Maria Nurowska  

Maria Nurowska, pisząc tę powieść, czerpała inspirację z prawdziwych historii, które zdarzyły się na Podhalu. "Zabójca" to historia Joanny P...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you