Issuu on Google+


Spis treści

Wstęp  9

Rozdział pierwszy Rodzinne korzenie   11

Rodzina Holzerów   11 Rodzina Mayerów   15

Rozdział drugi Rodzice  37

Rozdział trzeci Przed wojną   45

Rozdział czwarty Wojna: normalność na niby   56

Rozdział piąty Wojna: pogoń za życiem   77

Rozdział szósty Powstanie i wygnanie   96

Rozdział siódmy Koniec wojny i powojenne początki   106

Rozdział ósmy Ocaleni krewni   114

Rozdział dziewiąty Szkoła i polityka   120


6

Spis treści

Rozdział dziesiąty Studia  132

Rozdział jedenasty Magisterium i doktorat   146

Rozdział dwunasty Uniwersytet i Moguncja   160

Rozdział trzynasty Walka z syjonizmem i 1968 rok   175

Rozdział czternasty Wieczna docentura... i życie prywatne   184

Rozdział piętnasty Poza Krakowskim Przedmieściem: obozy, objazdy, wykłady   190

Rozdział szesnasty Opozycyjne kontakty   198

Rozdział siedemnasty Karnawał Solidarności  – i po karnawale   209

Rozdział osiemnasty Jaworze  219

Rozdział dziewiętnasty Esbecka gra i książka o Solidarności   228

Rozdział dwudziesty W zachodnim Berlinie   235

Rozdział dwudziesty pierwszy Schyłek PRL   246


Spis treści Rozdział dwudziesty drugi Początki III Rzeczypospolitej i pobyt w Wiedniu   254

Rozdział dwudziesty trzeci Znów w Warszawie, III Rzeczpospolita się rozwija   271

Rozdział dwudziesty czwarty Konferencyjny maraton   280

Rozdział dwudziesty piąty Ostatnie lata   294

Postscriptum  305 indeks nazwisk   308

7


1

Rozdział pierwszy

Rodzinne korzenie

O

 moich przodkach i ich krewnych lub powinowatych postanowi­ łem napisać szeroko w takim stopniu, w jakim mam o nich infor­ macje. Sądzę bowiem, że uzyskać można w ten sposób interesujący obraz niektórych przynajmniej problemów charakterystycznych dla specyficz­ nej grupy asymilujących się i wchodzących w szeregi inteligencji gali­ cyjskich Żydów. Zapewne część tych problemów podobna była do tych, które występowały w innych krajach masowego osiedlenia ludności ży­ dowskiej, a więc przede wszystkim w Rosji czy właściwie na należących do niej obszarach dawnej Rzeczypospolitej. Znaczne różnice występowa­ ły jednak przy porównaniu z krajami, w których było niewielu Żydów. Asymilacja żydowska miała tam charakter mniej czy bardziej powszechny. Po wydarzeniach XX wieku  – po wymordowaniu ogromnej więk­ szości polskich Żydów i po emigracji w najróżniejsze strony świata wielu tych, którzy przeżyli, po czasami niemal całkowitym zespoleniu się przez małżeństwa i konwersję religijną z ludnością krajów zamieszkania  – jest to fragment swoistej historii świata wygasłego, do której źródła pisane zo­ stały przetrzebione, z ustnych przekazów wiadomo niewiele, a nieliczni pozostali potomkowie rodów mają na ogół nikłe kontakty między sobą.

Rodzina Holzerów Mój pradziadek po mieczu (trochę śmiesznie brzmi takie stereotypo­ we określenie w odniesieniu do Żydów)  – Mojżesz Holzer  – urodził


12

historyk w trybach historii

się zapewne około 1840 roku. Jego żona a  moja prababka, z  zapi­ su Sara Golda, najpewniej Gołda (nie znam jej nazwiska panieńskie­ go), w 1894 roku już nie żyła. Lwowska rodzina Holzerów nie mia­ ła nic wspólnego z  krakowskimi Holzerami, bogatymi bankierami. W 1894 roku Mojżesz Holzer był „przedsiębiorcą budowlanym”, co mogło oznaczać, że sam lub z sezonowo zatrudnianymi pomocnikami znajdował zajęcie przy budowach. Jeżeli odziedziczył fach po przod­ kach, byłaby to stolarka, świadczyłoby o tym bowiem nazwisko (od niemieckiego słowa Holz  – „drewno”) nadane pod rządami austriac­ kimi, które we Lwowie rozpoczęły się po pierwszym rozbiorze Polski. Syn Mojżesza, mój dziadek, urodził się 1 września 1865 roku. Używał w  rodzinie imienia Zygmunt, choć według akt stanu cywil­ nego imię jego brzmiało Schilem. Z akt tych wynika także, że 2 mar­ ca 1869 roku urodził się we Lwowie jego brat Hillel. Nigdy o nim nie słyszałem. Nie wiem też, czy Zygmunt miał inne rodzeństwo. Imiona metrykalne dziadka i jego brata świadczyłyby o tym, że ich rodzice nie byli zasymilowani. W rodzinach zasymilowanych chętniej sięgano po imiona bardziej neutralne, jak Józef i Adam czy choćby Jakub i Dawid. Pradziadkowie Holzerowie zadbali o pewne świeckie wykształce­ nie mojego dziadka. W latach 1879–1881 uczęszczał on do drugiego gimnazjum we Lwowie, ośmioletniego, z językiem wykładowym nie­ mieckim, do pierwszej i  drugiej klasy. Nie ma jego nazwiska w  spi­ sach z następnych lat. Albo na tym zakończył naukę (co odpowiada­ łoby łącznie, wraz ze szkołą elementarną, sześciu latom jej pobierania), albo przeszedł do innej szkoły. Dziadek w 1894 roku zapisany został w aktach stanu cywilnego jako koncypient, co oznaczało niskiej rangi pracownika umysłowego. W 1902 roku w lwowskiej księdze adresowej figurował nadal jako „kon­ cypient adwokacki”, a w 1910 roku  – jako „solicytor adwokacki”. Ten drugi tytuł był bardziej dumny, ale właściwie w języku polskim niesto­ sowany, o niejasnym znaczeniu. Zygmunt Holzer ożenił się 9 września 1894 roku. Miał już dwa­ dzieścia dziewięć lat. Zapewne wcześniej nie mógł sobie pozwolić na utrzymanie rodziny, co potwierdzałoby moje przypuszczenia o  nie­ wielkiej skali „przedsiębiorstwa” mojego pradziadka. W  żydowskich


1.

Rodzinne korzenie

13

rodzinach panowało przekonanie, że bez samodzielności finansowej nie wolno się żenić. Dziadek pracował w następnych latach jako urzędnik w lwowskim kuratorium oświaty. W autonomicznej Galicji, a później w państwie niepodległym jego znajomość języka polskiego i umiejętność znajdo­ wania się w polskim środowisku były więc niewątpliwie bardzo zaawan­ sowane. W każdym razie z przekazu ojca wiem, że językiem domowym jego rodziców był polski, a nie jidysz, co wskazywałoby na to, że kul­ turowa asymilacja jego rodziców już się w znacznej mierze dokonała. Dziadka Holzera widziałem we Lwowie, kiedy przyjechaliśmy na ostatnie przedwojenne wakacje w lipcu 1939 roku. Był już na emery­ turze. Niewątpliwie spotykałem się z nim i wcześniej, ale tego nie pa­ miętam. Podczas naszego spotkania modlił się w mieszkaniu, a strój modlitewny i słowa modlitwy mnie, dziecku wychowanemu areligij­ nie, wydawały się egzotyką. Potem dziadek wziął mnie do lwowskiej synagogi. Prawdopodobnie poszliśmy do tak zwanego Templa, Syna­ gogi Postępowej, skoro dziadek był wprawdzie pobożnym, lecz zasymi­ lowanym Żydem. Rozmawialiśmy po polsku, wymowa dziadka musia­ ła być zaś poprawna, nie zwróciła bowiem mojej uwagi. Synagoga Postępowa we Lwowie należała do wiernych nurtu ży­ dowskiego oświecenia  – haskali, który zapoczątkował w  Niemczech w  połowie XVIII wieku Moses Mendelssohn. Podstawowym założe­ niem haskali było uczestnictwo Żydów we współczesnej oświacie świec­ kiej, a więc także opanowanie języka kraju, w jakim żyli, porzucenie jidysz, który nazywano żargonem, i ograniczenie języka hebrajskiego do funkcji religijnych, podobnych do tych, które w katolicyzmie peł­ niła wówczas łacina. W Galicji haskala pojawiła się z pewnym opóźnieniem. „Tempel” powstał w 1846 roku i skupiał rodziny bardziej wykształcone i zeuro­ peizowane. Początkowo wprowadzono w  nim kazania w  języku nie­ mieckim, w  tym też bowiem kierunku rozwijała się w  pierwszej po­ łowie XIX wieku żydowska asymilacja. W ostatnich dziesięcioleciach XIX wieku dominowała już w lwowskiej Synagodze Postępowej polo­ nizacja. Większość Żydów galicyjskich pozostawała jednak pod wpły­ wem ortodoksów i chasydów. Podczas okupacji niemieckiej Synagoga


14

historyk w trybach historii

Postępowa uległa zniszczeniu, podobnie jak niemal wszystkie lwowskie synagogi i żydowskie cmentarze. Teściem dziadka Zygmunta był  – żonaty z Libą z domu Buschbaum  – Salomon Hersz Hahn, negocjant we Lwowie. Oznaczało to kupca nie­ co większej lub nawet znacznej rangi. Babcię nazywano w rodzinie Er­ nestyną, choć w aktach stanu cywilnego zapisana została jako Estera. Urodziła się w 1872 roku. Zmarła kilka lat przed II wojną światową. Pradziadek Hahn miał z pierwszą żoną pięć córek i jednego syna, a z drugą dwie córki. Syn popełnił samobójstwo. Moja babcia była naj­ starszą z córek. Drugą z sióstr była Sabina, zamężna Korman. Zginęła podczas wojny. Trzecia siostra  – Amalia (Meli), później Labinerowa  – była wdową po dwóch mężach, bezdzietną, zginęła zamordowana we Lwowie w sierpniu 1942 roku. Czwarta siostra Rena była znacznie młodsza od Ernestyny. Urodziła się w 1885 roku, a więc trzynaście lat po mojej babce i tylko dziesięć lat wcześniej niż mój ojciec. Wyszła za mąż za Natana Goldschlaga, pocho­ dzącego z Bolechowa. Jego rodzina miała w okolicach tego miasta mają­ tek ziemski. Była bardzo spolonizowana, skoro Natan podczas I wojny światowej przez pewien czas służył w Legionach. Skończył potem stu­ dia farmacji i w Podhajcach otworzył aptekę. Zmarł w 1940 roku, jesz­ cze za rządów sowieckich. Rena ukończyła w Wiedniu studia uniwer­ syteckie, uzyskała doktorat z chemii i uzupełniła to studiami farmacji. Do 1932 roku uczyła chemii w gimnazjum żydowskim z językiem wy­ kładowym polskim we Lwowie. Zginęła podczas okupacji niemieckiej. Najmłodsza rodzona siostra mojej babci  – Anna Kornelia (Nela)  – wyszła za mąż za weterynarza Józefa Lifschütza (czy Lüfschitza). Ukoń­ czyła studia medycyny i pracowała jako lekarka. Mieszkali w Dobromilu, mieli córkę Ludmiłę. Przed wojną przyjęli chrzest. Nela przeżyła wojnę w obozie w Starachowicach. Jej mąż poszedł do lasu, aby ukryć się przed Niemcami, i ślad po nim zaginął. Ludmiła była z matką w obozie i tam zginęła podczas przypadkowego wybuchu produkowanego granatu. Dwie przyrodnie siostry mojej babci  – bezdzietna Lusia i Maryla  – także zginęły podczas wojny. Pierwsza z mężem mieszkała w Zborowie i miała tam przed wojną skład apteczny, druga wyszła za mąż za lekarza Diamantensteina i z rodziną przebywała w Chodorowie.


1.

Rodzinne korzenie

15

Z tego, co dotyczy sióstr mojej babci Holzerowej, z domu Hahn, wnieść można, że jej rodzice byli asymilowani. Nie wynika to jednak z ich imion. Zapewne do asymilacji doszło więc dopiero w pierwszym pokoleniu. Córka Reny pisała, że matka „żydowskiego ani hebrajskie­ go nie znała”, nie były to więc języki, którymi komunikowano się w ro­ dzinie Hahnów. Dwie siostry mojej babki, Rena i Nela, ukończyły studia wyższe. Fakt ukończenia studiów, i to z doktoratem, przez kobietę urodzoną w 1885 roku był nie tylko w rodzinach żydowskich tamtego czasu i nie tylko w Polsce rzadkością. Rena Hahn studiowała w Wiedniu przed I wojną światową jako młoda dziewczyna. Czy wyszła za mąż przed stu­ diami albo podczas nich? Córki urodziła w stosunkowo późnym wieku, bodaj trzydzieści siedem i trzydzieści dziewięć lat. Skoro jej o kilka lat młodsza siostra Nela również ukończyła studia i pracowała jako lekarka, musiało to się wiązać z atmosferą kultu oświaty i emancypacją dziewcząt. Mój ojciec Ignacy Holzer miał dwóch młodszych braci. Maury­ cy (Musio) mieszkał we Lwowie z  żoną i  ze starszym ode mnie kil­ ka lat synem Dusiem (moda na takie zdrobniałe formy była wówczas powszechna). Pracował jako nauczyciel gimnazjalny, miał wyższe wy­ kształcenie. Rodziny braci odwiedzały się, spotykałem więc jako małe dziecko tych troje krewnych, ale tego nie pamiętam. Wszyscy zginęli we Lwowie w 1942 roku. Najmłodszy brat Norbert, Niunio, mieszkał w Warszawie przy uli­ cy Mariańskiej. Miał żonę Miriam, Marysię, i córeczkę Niusię, kilka lat młodszą ode mnie. Nie uzyskał wyższego wykształcenia, pracował jako urzędnik w prywatnej firmie. Z tą częścią rodziny ojca miałem przed wojną sporo kontaktów, bywałem u nich z wizytami. Niusia była jed­ nak o wiele ode mnie młodsza, ponadto była dziewczynką. O wspól­ nej zabawie mowy być nie mogło.

Rodzina Mayerów Jednym z pradziadków po stronie matki był Natan Mayer. Urodził się oko­ ło 1840 roku. Pochodził z Sambora. Jako człowiek dorosły początkowo


16

historyk w trybach historii

był administratorem w dobrach ziemskich. Sprowadził się do Lwowa w 1870 roku i został tam właścicielem młyna oraz piekarni. Być może nie nastąpiło to natychmiast, jego syn bowiem, a mój dziadek, jesienią 1882 roku podał na Uniwersytecie Wiedeńskim jako zawód ojca „ku­ piec”, a dopiero rok później „właściciel młyna”. Młyn parowy mieścił się w  1897 roku na Zamarstynowie, któ­ ry był wówczas nienależącą do obszaru miasta wsią, a do Lwowa włą­ czono go dopiero po I wojnie światowej. O młynie brak więc infor­ macji w lwowskich księgach adresowych. Mieszkanie Natana Mayera i piekarnia znajdowały się jednak w mieście, przy ulicy Młynarskiej, a w 1902 roku przy ulicy Piekarskiej. Natan Mayer miał troje rodzeństwa. Siostra Matylda wyszła za przedstawiciela starej i znanej lwowskiej rodziny żydowskiej Aleksan­ dra Zussmana Bałabana. Małżeństwo nie układało się dobrze i dwoje dzieci, syna Majera i córkę Reginę, wychowywała matka. Syn stał się później jednym z najwybitniejszych badaczy historii Żydów w Polsce. Był to Majer Bałaban, urodzony 20 lutego 1877 roku. Od 1920 roku mieszkał w Warszawie jako dyrektor Seminarium Rabinicznego, a póź­ niej również profesor Uniwersytetu Warszawskiego. W studenckich la­ tach związał się z ruchem syjonistycznym. Ci młodzi lwowscy syjoniści wydawali swoje czasopismo w języku polskim, gdyż jidysz lekceważyli, a hebrajski znali słabo, poza Bałabanem, który jako historyk biegle go opanował. Majer Bałaban był bardzo religijny, ale choć wykazywał zro­ zumienie dla ortodoksji i naukowo wiele się nią zajmował, należał do wiernych z Synagogi Postępowej. Wprawdzie niemal wszyscy jego krewni z rodziny Mayerów nie przejawiali religijnej gorliwości, a niektórzy stali się formalnie bezwy­ znaniowcami lub chrześcijańskimi konwertytami, Majercia (tak go krewni, także moi rodzice, nazywali) Bałabana uważano za chlubę ro­ dziny. Bywaliśmy u niego z wizytami na Siennej 38, ale w pamięci po­ zostały mi tylko niewyraźne rysy jego twarzy. Drugą siostrą Natana była Anna, która początkowo zawarła je­ dynie ślub religijny z  niejakim Klubergiem. Potem musiała jednak wziąć także ślub uznawany formalnie, jej córka nosiła bowiem nazwi­ sko męża (w przeciwieństwie do syna Samuela, który miał nazwisko


1.

Rodzinne korzenie

17

matki). Kluberg był pobożnym Żydem  – i  jak wielu bardzo poboż­ nych nie miał czasu na pracę. Bracia Anny wymogli na niej, żeby się rozwiodła. Zmarła w 1908 czy 1909 roku. Anna miała troje dzieci. Samuel Mayer był fotografikiem we Lwo­ wie, a potem w Rawie Ruskiej  – ożenił się z Cecylią Langweil, córką jubilera. Miał syna Leona i córkę Annę. Leon zginął podczas wojny. Przeżyła Anna (Andzia) z mężem farmaceutą Abrahamem (Umkiem) Weinfeldem. Do 15 czerwca 1943 roku ukryci byli w aptece przy Ryn­ ku w Rawie Ruskiej, gdzie przed wojną Umek pracował. Potem dał im schronienie w szafie volksdeutsch i tłumacz w miejscowej placów­ ce gestapo Robert Krysiński, uznany w Yad Vashem za Sprawiedliwe­ go wśród Narodów Świata. Po wojnie Weinfeldowie wyemigrowali przez Czechosłowację do Stanów Zjednoczonych i tam oboje zmarli w latach dziewięćdziesią­ tych XX wieku. W Pradze spotykał się z nimi w końcu lat czterdzie­ stych mój brat, a mój syn Ryszard rozmawiał z Weinfeldami w��Nowym Jorku i nagrał ich wspomnienia na kasety magnetofonowe. W pobliżu Nowego Jorku mieszkają córka Weinfeldów Dalia z mężem Inu (który nie pochodzi z Galicji) oraz ich dzieci: Danielle i Tamara. Spotkałem się z nimi podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych. Córka Anny  – Paula (Pepa) Kluberg  – wyszła za mąż za skrzypka w  operze wiedeńskiej Hermanna Czernetza. Potomkiem z  tego mał­ żeństwa był urodzony w 1910 roku austriacki działacz socjalistyczny Karl Czernetz. Nie utrzymywał z rodziną w Polsce kontaktów. Należał do lewicy socjalistycznej, a po anszlusie Austrii do III Rzeszy wyemi­ grował. W Wielkiej Brytanii prowadził podczas wojny działalność or­ ganizacyjną i propagandową przeciw nazizmowi. Po wojnie wrócił do Austrii. Był parlamentarzystą i działaczem partyjnym, stał się zdecydo­ wanym przeciwnikiem komunistów. Od 1975 roku do śmierci w 1978 roku sprawował urząd prezydenta Zgromadzenia Doradczego Rady Eu­ ropy, zalążka Parlamentu Europejskiego. Syn Anny Józef  – czy jednak nie z drugiego małżeństwa, począt­ kowo nosił bowiem nazwisko Menkes  – był adwokatem w Drohoby­ czu, wychrzcił się i przyjął nazwisko Mielański. O jego dalszych losach nic mi nie wiadomo.


18

historyk w trybach historii

Trzecim z rodzeństwa mojego pradziadka Natana był brat, które­ go imienia nie znam. Posiadał majątek w Winniczkach pod Lwowem. Miał troje potomków: Munieczka (zapewne Emanuela lub Zygmun­ ta) z dziećmi Aleksandrem i Zofią, Tusię  – zamężną z bardzo wziętym lwowskim adwokatem i  radcą prawnym Habsburgów z  Żywca, Lu­ cjanem Mildwurmem  – i Malwinę, po zamążpójściu Schaffer. Tusia miała córkę Ludmiłę (Milunię), a Malwina  – urodzoną w latach dwu­ dziestych córkę Maksymilianę (Maksunię). Wszyscy oni zginęli z rąk niemieckich w 1942 roku. Można by się w tym miejscu zastanowić nad dziwnymi losami ro­ dzin. Wnuk Kluberga, tak pobożnego Żyda, że nie mógł pracować, ale także kuzyn wybitnego polsko-żydowskiego historyka i syjonisty Bała­ bana, stał się najpierw lewicowym socjalistą, a później wybitnym nie tylko austriackim, lecz również europejskim politykiem. Do refleksji skłania też inna kwestia. Padają nazwiska, imiona (w większości spo­ lonizowane czy  – jak w wypadku Czernetza  – zgermanizowane). Co łączy tych wszystkich ludzi, a  przynajmniej mężczyzn z  tej rodziny? Oczywiście wykształcenie. Bałaban  – profesor historyk, Mielański i Mildwurm  – adwokaci, Weinfeld  – farmaceuta, Lifschütz  – weterynarz, Diamantenstein  – le­ karz, Maurycy Holzer  – nauczyciel gimnazjum. W tym wyliczeniu był także fotograf, zawód wówczas elitarny. Inna sprawa, że brakuje informa­ cji o wyższym wykształceniu kobiet, poza Reną i Nelą, córkami Hahnów. Mój pradziadek Natan Mayer stał się wybitną postacią życia ży­ dowskiego we Lwowie. Jego siostrzeniec Majer Bałaban pisał, że Natan znał dobrze literacki język niemiecki i – co było wówczas wśród Żydów rzadkie  – pięknie mówił po polsku (był też muzykalny i grał na skrzyp­ cach), choć w wykształceniu świeckim był samoukiem. W 1895 roku wszedł do Rady Gminy Żydowskiej, potem został członkiem zarządu Izby Handlowej i podobno pierwszym Żydem radnym miejskim. Na zdjęciu Natan wygląda jak zamożny chrześcijański mieszczanin, bez na­ krycia głowy i bez brody, z wypielęgnowanymi długimi wąsami i bo­ kobrodami, w eleganckim surducie. Natan Mayer odgrywał też w latach 1883–1898 ważną rolę w za­ rządzie lwowskiej Synagogi Postępowej. Miał dobre wykształcenie


1.

Rodzinne korzenie

19

religijne, był doskonałym hebraistą i talmudystą, a w Synagodze Po­ stępowej uważano go za znawcę problemów rytuału templowego. Oko­ ło 1883 roku został członkiem zarządu, od 1893 roku był wiceprze­ wodniczącym, a  w  latach 1896–1898  – przewodniczącym zarządu „Templa”. Było to więc wtedy, kiedy do kazań w nim wkraczał język polski, choć na stałe „Tempel” spolonizowano dopiero w 1906 roku. Uroczy­ ście obchodzono polskie święta narodowe, ale także świąteczne dni au­ striackiej rodziny cesarskiej. To akurat nie odróżniało Żydów od Pola­ ków i katolików. Za cesarza i jego rodzinę modlono się też w kościołach, a w państwowych uroczystościach brali udział polscy notable. O pozycji Natana w lwowskim środowisku żydowskim  – choć był przybyszem z wschodniogalicyjskiej prowincji, co stwarzało pew­ ne utrudnienie  – świadczy nie tylko to, że siostrę wydał za Bałabana. Kilku jego synów ożeniło się z córkami najlepszych żydowskich rodzin Lwowa. Bałabanowie, Sokalowie i Friedowie byli już w 1856 roku wy­ mieniani w spisie nieruchomości lwowskich jako jedni z właścicieli. W lwowskiej księdze adresowej z 1910 roku żonę Natana zapisa­ no jako wdowę. Moja matka pamiętała odwiedziny u niego, a więc za­ pewne odszedł z tego świata między 1903 (miała wtedy pięć lat) a 1909 rokiem, raczej bliżej tej pierwszej daty. Matka nie wspominała bowiem o pogrzebie swojego dziadka  – gdyby była nieco starsza, na pewno by w nim uczestniczyła. Pradziadek Natan miał ośmiu synów. Czterech z pierwszą żoną, moją prababką Anną  – jak podano w  aktach stanu cywilnego „recte Chaną”, z domu Thurnheim  – pochodzącą z Jarosławia i urodzoną w pierwszej połowie lat czterdziestych XIX wieku. Na przełomie XIX i XX wieku rodzina jarosławska Thurnheimów wydała kolejno trzech studentów medycyny w Krakowie. Po wczesnej śmierci mojej prabab­ ki, zapewne na początku lat siedemdziesiątych XIX wieku, Natan Ma­ yer miał następnych czterech synów z drugą żoną, również Anną. Do tego ślubu doszło prawdopodobnie na początku lat osiemdziesiątych, gdyż drugi syn małżeństwa urodził się w 1884 roku. Ponieważ syno­ wie z pierwszego małżeństwa byli jeszcze dziećmi, macocha stała się dla nich matką, jak uważali  – bardzo dobrą i troskliwą.


20

historyk w trybach historii

Drugą żonę nazywano Nitti, jak wspominała jej wnuczka, a moja ciotka Danusia, w  której domu  – czy właściwie domu jej rodzi­ ców  – w Krzeszowicach dożywała ostatnich lat. Chyba trochę pokrę­ ciła, w lwowskich księgach adresowych z 1910 i 1913 roku Anna zapi­ sana jest bowiem jako Netti. Wygląda to na zdrobnienie od Anety, i to raczej w niemieckiej formie Anette. Może więc w domu Natana uży­ wano języka niemieckiego? Znów pewna refleksja. Rodziny były wielodzietne, kontroli uro­ dzin nie znano. Dość często jednak  – tak było i z Salomonem Her­ szem Hahnem, i z Natanem Mayerem  – pierwsza żona umierała, po­ zostawiając gromadkę dzieci. Mężczyzna po pewnym czasie znów się żenił i płodził następną gromadkę. Nie były to czasy, w których kobie­ ty żyły dłużej niż mężczyźni. Powody śmierci kobiet przeważnie wią­ zały się z tą gromadką dzieci, z połogami, które przy niższym niż dziś poziomie medycyny i higieny łączyły się z zagrożeniem życia. Synowie Natana Mayera, a przynamniej kilku z nich, kształcili się w lwowskim drugim gimnazjum, z językiem wykładowym niemieckim. Znane ono było z wysokiego poziomu nauczania. Niezwykłe było to, że wszyscy ukończyli studia wyższe. Inna sprawa, że oznaczało to rów­ nież, że nikt z nich nie kontynuował dzieła ojca, który we Lwowie sły­ nął jako twórca szczególnego rodzaju bułeczek, zwanych majerkami. Jeszcze w lwowskiej księdze adresowej z 1910 roku zapisano Emanue­ la Mayera, syna Natana, jako właściciela piekarni i realności. Prawdo­ podobnie później młyn i piekarnia zostały sprzedane. Starszy od mojego dziadka Józefa, urodzonego w 1865 roku, był w  tym rodzeństwie Samuel, który za młodu wyjechał do Holandii i przebywał tam do śmierci. Wraz z rodziną przyjął chrzest i został pro­ testantem, kalwinem. Później jego żona z dwojgiem dzieci, córką Anną i synem Ludwikiem (Lou), wróciła do Polski. Przeżyli wojnę, ale nie wiem, co się z nimi dalej działo. Dwóch synów pozostało jednak w Ho­ landii. Obaj uważali się za Holendrów. Pewnie nawet nie podejrzewa­ no ich podczas wojny o żydowskie pochodzenie. Widziałem się z nimi w 1964 roku. Obaj już nie żyją. Z Karolem, starszym z moich holenderskich wujków, spotkałem się w  Rotterdamie. Był znanym dziennikarzem w  „Rotterdamsche


1.

Rodzinne korzenie

21

Courant”, przez wiele lat międzywojennych korespondentem w Ber­ linie. Ożenił się z Holenderką. Rozmawialiśmy po niemiecku, z języ­ kiem polskim miał bowiem kłopoty. Willem Adrian Maijer, urodzony w  1895 roku, mieszkał ze sparaliżowaną po przebyciu choroby Hei­ nego-Medina żoną w Amsterdamie. Rozmawialiśmy po polsku, świet­ nie władał tym językiem. Tłumaczył literaturę polską na niderlandzki, między innymi Prusa, Sienkiewicza, Żeromskiego, Dąbrowską, An­ drzejewskiego. W 1964 roku otrzymał odznakę „Zasłużony dla Kul­ tury Polskiej”. Z następnym pokoleniem moich holenderskich krewnych nie mam kontaktów. Nie spotkałem ich podczas mojego pobytu w Holandii. Nie mieli oni związków z językiem polskim i kulturą polską. Jedna z dwóch córek Karola została pastorem Kościoła ewangelicko-reformowanego, podobno pierwszą kobietą pastorem w Holandii. Syn Willema Karol pracował jako fotografik. Kolejnym po moim dziadku synem Natana był Aleksander (Senio) Mayer, lwowski adwokat, żonaty z Malwiną, wywodzącą się z szacow­ nej lwowskiej rodziny Friedów (a jej matka pochodziła z innej znanej rodziny lwowskiej Hellerów). Aleksander działał w B’nai B’rith, żydow­ skim bractwie, uważanym często za paramasońskie. W 1932 roku był wiceprezesem jego ogólnopolskiego Komitetu Generalnego. Do B’nai B’rith należało kilku innych moich krewnych, także mój ojciec i mój dziadek Józef. Majer Bałaban był członkiem Komitetu Generalnego. Aleksander Mayer dysponował oszczędnościami swojego rodzeń­ stwa i powierzonymi mu kapitałami wielu osób, lokując środki w róż­ nych przedsiębiorstwach. Firmy te zbankrutowały podczas wielkiego kryzysu lat 1929–1933, a wraz z nimi Aleksander. W 1934 roku w łaźni podciął sobie żyły i zmarł. Od rodziny dostałem sądowy odpis sporzą­ dzonego przez Aleksandra Mayera spisu jego długów i wierzytelności z 28 października 1930 roku, z wyraźnymi aluzjami do planu samo­ bójstwa. Plan ten zrealizował ponad trzy lata później, zapewne usiło­ wał jeszcze walczyć o wyjście z rysującej się w tym spisie beznadziej­ nej sytuacji finansowej. Drugi spis długów i  wierzytelności sporządził tuż przed śmier­ cią 22 marca 1934 roku. Był to więc szczególnego rodzaju testament.


22

historyk w trybach historii

Pragnął pożegnać się z życiem względnie uczciwie, nie tając swoich zobowiązań, choć mogły one co najwyżej obciążyć spadkobierców, najbliższą rodzinę. Spis z 1934 roku kończył się dramatycznymi zda­ niami: „Aż nadto grzechów mego żywota, a zarazem dowodów mej indolencji czy «pechu», zwłaszcza jeżeli się zważy, jak marnie ja od­ nośnie swej osoby żyłem i jak stosunkowo mało używała moja żona. Dawałem więcej niż mnie stało i... ostatnie dwa interesy, tj. Piekar­ ska [był to hotel należący w  połowie do Aleksandra Mayera, silnie obciążony hipotecznie] i zwłaszcza Huta [zbankrutowana Huta Szkła w Żółkwi, produkująca butelki do piwa, w której Aleksander Mayer był wspólnikiem ze swoim szwagrem]! Obym owej chwili zrobienia interesu nie był doczekał! Byłbym umarł względnie zasobnie i jako człowiek «rozumny»”. Katastrofa Aleksandra Mayera była także finansowym wstrząsem dla wielu jego krewnych. W 1930 roku wśród swoich zobowiązań wy­ mieniał on mojego dziadka Józefa na kwotę 10 tysięcy dolarów, dru­ giego brata Izydora na kwotę 10,6 tysiąca dolarów, kuzyna Samuela Mayera (fotografika ze Lwowa i z Rawy Ruskiej) na kwotę 4,3 tysiąca dolarów i krewnego żony (może jej brata) Seweryna Frieda. Niektóre z tych sum zmieniły się w 1934 roku (mój dziadek już nie żył, pozosta­ ła jednak po nim wdowa), ale do listy wierzycieli doszli jeszcze bracia Wilhelm (na kwotę 400 dolarów) i Zygmunt (na kwotę 310 złotych) oraz Wilhelm Fried. Pojawiały się nazwiska innych, dalszych krewnych. Dla historyka gospodarki byłby to interesujący przykład bankructwa w czasie wielkiego kryzysu, które pociągało za sobą ciężkie skutki dla bliższej i dalszej rodziny. Bankructwo Aleksandra niektórych jej człon­ ków zrujnowało finansowo. Pozostało po Aleksandrze Mayerze dwoje dorosłych potomków. Syn Józef (Ziunek), urodzony 25 stycznia 1896 roku, podczas I wojny światowej studiował na Uniwersytecie Wiedeńskim na różnych kierun­ kach związanych z kulturą i ze sztuką, ale żadnego nie ukończył. Aby nie pozostawać wyłącznie na utrzymaniu ojca, jako młody człowiek przygrywał w kinach do niemych filmów. Później studiował aktorstwo i wystąpił w lwowskim Teatrze Miejskim jako Poeta w Weselu Stanisła­ wa Wyspiańskiego. Szybko przeniósł się jednak do Berlina, gdzie starał


1.

Rodzinne korzenie

23

się doskonalić w znajomości reżyserii i wiedzy o filmie. Wrócił do kra­ ju, reżyserował kilka sztuk w teatrach Łodzi i Lublina. Przyjął wtedy pseudonim Mayen. Bez większych sukcesów finan­ sowych prowadził kabaret Semafor (o którym złośliwi mówili, że ta nazwa to skrót od „Senia Mayera forsa”). Ambicje tej sceny musiały być duże, skoro w latach 1925–1926 kierownictwo muzyczne przejęła w nim Anda Kitschman, legenda polskiej lżejszej muzy, od warszaw­ skich teatrów operetkowych przed I wojną światową do Kabaretu Sie­ dem Kotów Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i  Mariana Eilego w Krakowie po II wojnie światowej. Semafor nie zdołał się jednak utrzymać i od 1927 roku Mayen związany był z lwowskim dziennikiem „Chwila”, redagowanym głównie przez syjonistów, choć popularnym także wśród asymilatorów. Wyjechał jako korespondent prasy polskiej i niemieckiej do Paryża. Znów wrócił do Lwowa na początku lat trzydziestych i stał się jednym z pierwszych w Polsce reżyserów, a później także autorów słuchowisk radiowych. Wy­ stępowali w nich między innymi najwybitniejsi ówcześni aktorzy: Mie­ czysław Frenkel, Stefan Jaracz, Wojciech Brydziński, Janusz Warnecki. Józef Mayen ożenił się na początku lat dwudziestych. Z żoną Fe­ licją (Felą) miał urodzoną w 1924 lub 1925 roku córkę Martę, którą cechowała podobno błyskotliwa inteligencja i duża uroda. Małżeństwo nie układało się dobrze i przed wojną się rozstało. Siostra Ziunka Anna Helena (Niuta), urodzona w 1902 roku, studiowała w Pradze, została lekarką. Wyszła tam za mąż za adwokata Feygla. Jej małżeństwo także nie układało się dobrze. Najmłodszym rodzonym bratem mojego dziadka był Emanuel (Munio), który w późniejszym okresie wychrzcił się i przyjął imię Zyg­ munt. Był inżynierem po studiach na politechnice, mieszkał w War­ szawie przy ulicy Mikołaja Kopernika 33 i zajmował w latach między­ wojennych wysokie stanowisko naczelnika wydziału w Ministerstwie Komunikacji. Kiedy go poznałem, był już na emeryturze. Miał cho­ rowitą i garbatą żonę Bronisławę (Lonię). Przed wojną czasami skła­ daliśmy im wizytę, a ponieważ byli bezdzietni, rodzice zawsze mnie napominali, abym był grzeczny. Stryjostwo byli nobliwi, mieszkanie mieli duże i eleganckie. Jako katolicy gorliwie praktykowali, a do ich


24

historyk w trybach historii

znajomych i przyjaciół należeli podobno biskupi. Oboje zmarli śmier­ cią naturalną na początku wojny. Najstarszym z rodzeństwa przyrodniego mojego dziadka był Izydor (Izio), urodzony w 1884 roku. Po studiach prawniczych został adwo­ katem w Krzeszowicach. Prowadził między innymi sprawy Potockich. Jego żoną była pochodząca ze znanej lwowskiej rodziny Sokalów Berta (Tusia), która była dobrze wykształcona, między innymi świetnie znała język angielski, co wtedy było rzadkie, w modzie były francuski i nie­ miecki. W Krzeszowicach u Izydora przebywała do śmierci w latach trzydziestych jego matka Anna, druga żona mojego pradziadka Natana. Potockim nie przeszkadzało, że Izydor Mayer był syjonistą (wszedł nawet do zarządu miejscowej Organizacji Syjonistycznej w Krzeszowi­ cach). Był to zresztą jedyny przywiązany do swojej żydowskości z sześ­ ciu dłużej żyjących synów Natana Mayera. Z pozostałych dwaj się wy­ chrzcili, trzej zaś czuli się bardziej Polakami niż Żydami. Córka Izydora Mayera Dagny (Danusia) studiowała w Krakowie, ale przed wojną studiów nie ukończyła. Poznała tam swojego męża Ar­ tura (Anka) Wojtyńskiego, ekonomistę i dobrze zapowiadającego się pianistę, w poglądach politycznych  – podobnie jak teść  – sympatyka syjonizmu. W 1939 roku urodził się im syn Aleksander (Olek). Na po­ czątku wojny wszyscy uciekli do Lwowa. Młodo, choć już po studiach, zakończyli życie dwaj inni przyrodni bracia mojego dziadka. Jan (Jańcio) zmarł na gruźlicę. Bernard (Bercio) pojechał do Afryki i tam zmarł przed I wojną światową. Najmłodszym przyrodnim bratem był Wilhelm. Uczył języka niemieckiego w pań­ stwowym żeńskim gimnazjum Królowej Jadwigi we Lwowie. Ukończył więc studia germanistyczne. Miał chorowitą żonę i córkę Annę. Zostali zamordowani przez Niemców w 1942 roku we Lwowie (czy też wywie­ zieni na śmierć do Bełżca). Rodzina mojej babki po kądzieli pochodziła z Brodów. Miasto to jeszcze w 1830 roku, pewnie niedługo przed urodzeniem się jej rodzi­ ców, było obok Lwowa główną galicyjską metropolią (Kraków jeszcze do Galicji wówczas nie należał). W drugiej połowie lat sześćdziesiątych XIX wieku okres świetności Brodów  – wielkiego ośrodka handlowe­ go pośredniczącego między centrami Europy Środkowej i Zachodniej


1.

Rodzinne korzenie

25

a obszarami państwa rosyjskiego, jednocześnie ważnego centrum ży­ dowskiego oświecenia (haskali)  – już minął. Przyczynił się do tego straszliwy pożar z 1859 roku. Moi pradziadkowie, małżeństwo Barbagów, zmarli, gdy Maria Adela i i jej brat Herman byli małymi dziećmi. Pradziadek Efraim Ja­ kób Barbag był w Brodach, według jednego zapisu z 1870 roku, nego­ cjantem, według drugiego z tego samego roku, spedytorem. Zapewne zajmował się handlem towarami przywożonymi z większych odległo­ ści i dalej sprzedawanymi. Było to zajęcie typowe dla zamożniejszych Żydów w Brodach. W 1825 roku, w związku z jakimiś problemami wekslowymi, pa­ dało nazwisko zajmującej się handlem Slatty Barbag. Na cmentarzu żydowskim w Brodach pochowani zostali w 1903 roku Edele Barbag i w 1906 roku Jakob Dow Barbag. Drugie, niezbyt częste imię Ade­ la mojej babci mogłoby wskazywać na to, że byli to krewni Efraima Jakóba. W  spisie uczniów, którzy w  1893 roku ukończyli czwartą kla­ sę szkoły w Brodach, wymienieni są Isak i Max, synowie „erwerblos” (a więc bez zatrudnienia) Jakoba Leewa Barbaga. Na liście ofiar Holo­ kaustu z Belgii znajduje się Barbag (bez podania imienia), urodzony w Brodach w 1862 roku. W 1903 roku przyszedł na świat w Brodach późniejszy profesor geografii na Uniwersytecie Warszawskim, Józef Bar­ bag, który zmarł w Warszawie w 1982 roku. O żadnej z tych osób nie słyszałem od moich rodziców, by byli na­ szymi krewnymi, ale mało prawdopodobne, żeby w liczących niespeł­ na 20 tysięcy mieszkańców Brodach żyły zupełnie niespokrewnione ze sobą rodziny o tym samym, dość rzadkim nazwisku. Według badacza, który zajmował się nazwiskami Żydów galicyjskich, w nazwisku Bar­ bag początkowe dwie spółgłoski były pierwszymi literami hebrajskich słów „syn rabina”, a dwie dalsze  – pierwszymi literami jego personaliów. Żona Efraima Jakóba, z domu Markus, miała całkowicie zmoder­ nizowane imię Charlotta. W monografii o Brodach (Börries Kuzmany, Brody. Eine galizische Grenzstadt im langen 19. Jahrhundert, Wien 2011) pojawia się w końcu XVIII wieku jako jeden z żydowskich prominen­ tów Marcus Josef. Podejrzewam, że był to raczej Józef Markus, może


26

historyk w trybach historii

mój prapradziadek albo dalszy krewny. Sądząc po imionach mojej pra­ babki i jej dzieci, rodzina musiała być zasymilowana, choć może cią­ żyła ku niemieckości. W Brodach silne tendencje asymilacyjne w gru­ pie zamożnych Żydów z reguły kierowały się ku kulturze niemieckiej. Herman Barbag urodził się we Lwowie 17 stycznia 1865 roku, a Maria Adela przyszła na świat także we Lwowie 26 grudnia 1866 roku. Skoro ich ojciec czynny był w Brodach, przypuszczać można, że we Lwowie miesz­ kali rodzice Charlotty  – Markusowie, albo żyła tam siostra Charlotty, za­ mężna za Metzisem. Decyzja o porodzie we Lwowie spowodowana by­ łaby przekonaniem o znacznie wyższym tam niż w Brodach poziomie opieki medycznej. Przynajmniej część rodziny Metzisów bardzo wcześnie przeszła pro­ ces asymilacji i zdobyła wykształcenie, gdyż już od 1827 roku Dawid Metzis pobierał we Lwowie nauki w gimnazjum „ad Dominicanos”. Być może Metzisów łączyły też więzi rodzinne z Brodami, na cmentarzu pochowano tam bowiem w 1929 roku Beilę, żonę Abrahama Metzisa. O pochodzeniu rodziny Barbagów spoza Lwowa świadczy to, że w lwowskich aktach stanu cywilnego (prawda, że przewertowanych tyl­ ko częściowo) oba te nazwiska się nie pojawiają  – poza wpisami o naro­ dzinach Hermana i Marii Adeli. Występuje jednak dwukrotnie nazwi­ sko Markus, przy czym w wypadku ślubu Naftaliego Markusa (czy był to brat Charlotty?), urodzonego w 1846 roku, odnotowane jest jego pochodzenie z Brodów, ale miejsce zamieszkania we Lwowie. W aktach Uniwersytetu Wiedeńskiego znalazłem, że formalnym opiekunem Hermana Barbaga, a więc zapewne także mojej babki, był kupiec z Brodów Leon Sigall. Rodzina Sigallów, Segallów czy Segalów (chodzi chyba o tę samą, różnice w pisowni nazwisk żydowskich były wówczas częste) należała do elity majątkowej i intelektualnej wschod­ niej części Galicji. Autor monografii o  Brodach wymienia Sigallów wśród ośmiu wielkich żydowskich przedsiębiorców handlowych, z re­ guły skłaniających się ku haskali. O Leonie Sigallu pisze, że był człon­ kiem rady nadzorczej założonej w 1869 roku spółki akcyjnej  – wielkiej tkalni lnu, a w 1881 roku wraz z innymi „najbardziej szanowanymi” żydowskimi mieszkańcami Brodów znalazł się w Komitecie Wsparcia dla Żydowsko-Rosyjskich Emigrantów.


1.

Rodzinne korzenie

27

Osierocone dzieci, moja babka i  jej brat, wychowywały się jed­ nak u wujostwa, małżeństwa Metzisów. Odtąd datowała się miłość jak między rodzeństwem z nieco starszym od nich synem opiekunów Jó­ zefem Metzisem, urodzonym 18 listopada 1862 roku. Był on później inżynierem w  Drohobyczu, niezwykle wpływowym i  zamożnym dy­ rektorem koncernu naftowego „Galicja”. Nie założył rodziny i często pomagał swoim krewnym. Badacz żydowskich galicyjskich nazwisk wywodzi nazwisko Metzis od „mecyi”  – okazji. Wprawdzie jestem w tym zakresie laikiem, ale wy­ dawało mi się, że to odwołanie do Metzu w Lotaryngii, miasta, w któ­ rym znajdowała się liczna żydowska gmina, a wielu wywodzących się z niej Żydów migrowało do innych krajów i miast. W Niemczech przyj­ mowali oni czasami nazwisko Metz. W  ośmioklasowym gimnazjum Józef Mayer rozpoczął naukę w 1874 roku, w wieku dziewięciu lat. Jego kolegą i rówieśnikiem był Herman Barbag. Wskazywało to na początkową naukę prywatnie w domu, gdyż w szkole elementarnej musieliby uczęszczać do czterech klas, a przyjęci mogliby być do niej najwcześniej po ukończeniu sześciu lat. Kiedy dorastali, musieli wyglądać jak Pat i Pataszon (to anachro­ nizm, te filmowe postaci pojawiły się bowiem dopiero na początku lat dwudziestych XX wieku). Herman Barbag był bardzo niski, miał za­ ledwie 1,53 metra wzrostu, Józef Mayer mierzył zaś 1,87 metra. Uczyli się w  drugim gimnazjum we Lwowie, z  językiem wykła­ dowym niemieckim. Z siostrą Hermana Barbaga, Marią Adelą, Józef Mayer zaznajomił się więc zapewne w dzieciństwie. Po maturze obaj studiowali medycynę w Wiedniu. Decyzja studiowania tam wynikać mogła z braku wówczas wydziału medycyny we Lwowie. Był w Krako­ wie, ale mieszkańcy Lwowa uważali to miasto za prowincjonalne. Do Wiednia mogła przyciągać także obecność w nim wielu rodzin pocho­ dzących z Galicji czy nawet ze Lwowa. Ponieważ Herman Barbag urodzony był 17 stycznia 1865 roku we Lwowie, a Józef Mayer 5 lutego tego samego roku w Monastercach w powiecie stryjskim (gdzie prawdopodobnie Natan Mayer był wów­ czas administratorem dóbr), to w  chwili rozpoczęcia studiów jesie­ nią 1882 roku mieli niewiele ponad siedemnaście lat. Obaj studiowali


28

historyk w trybach historii

jeszcze w roku akademickim 1886/1887, a później odbywali zapewne praktykę, w czasie której zdawali egzaminy doktorskie, tak zwane rygo­ roza. Józef Ma­yer zaliczał je w trzech latach: 1888, 1889 i 1890. W tym ostatnim roku uzyskali obaj promocję doktorską  – Herman w czerw­ cu, a Józef w lutym. Herman Barbag deklarował wprawdzie w kwestionariuszu na stu­ dia, że jego językiem ojczystym jest niemiecki, ale po powrocie do Lwo­ wa był członkiem „Sokoła” i wspierał Narodową Demokrację, co budzi­ ło zdziwienie, a czasami wesołość w rodzinie. Podczas I wojny światowej był austriackim lekarzem wojskowym. Po wojnie nadal praktykował we Lwowie, gdzie zmarł na raka płuc przed II wojną światową. Obaj przyjaciele ożenili się w tym samym czasie, wkrótce po uzy­ skaniu doktoratu. Józef Mayer, który rozpoczął praktykę w Medeni­ cy, powiat Drohobycz, pojął za żonę Marię Adelę Barbag 3 sierpnia 1890 roku. Moja babcia miała wtedy, jak na owe czasy, wiek zaawan­ sowany, bo niemal dwadzieścia cztery lata, ale zapewne ze ślubem cze­ kano na ukończenie studiów. Herman Barbag rozpoczął z kolei prak­ tykę we Lwowie i mieszkał w miejscu bardzo dystyngowanym  – przy śródmiejskiej ulicy Sykstuskiej. 17 sierpnia 1890 roku poślubił mło­ dziutką, mającą bowiem wtedy zaledwie dziewiętnaście lat, Bronisła­ wę (Brońcię) Langnass z Przemyślan, sierotę noszącą nazwisko matki, zwaną jednak powszechnie Sternberg, gdyż wychowaną w domu leka­ rza Jakóba Sternberga. Nawet w rodzinach asymilujących się słowiań­ skie imię żony Hermana było wówczas rzadkością. Herman Barbag ze swoją znacznie wyższą żoną miał dwoje dzieci  – syna Seweryna (Sewera) i córkę Halinę (Halę). Sewer znany był przed wojną jako muzykolog, awangardowy kompozytor i wykładowca kon­ serwatorium we Lwowie. Jego pierwsza żona Irena po rozwodzie wy­ chrzciła się i została panią profesorową, później rektorową Marchlewską w Krakowie. Tam przetrwała jako „aryjka” całą wojnę. Sewer Barbag też się wychrzcił i ożenił z zakochaną w nim do szaleństwa studentką, znów Ireną. Miał podobno duże opory, mogła bowiem być jego córką. Siostra Sewera Hala miała dwóch mężów, z którymi kolejno się roz­ wiodła (czy też oni rozwiedli się z nią). Spotkałem ją i jej matkę tuż przed wojną, w lipcu 1939 roku, we Lwowie przy ulicy Obozowej 6.


1.

Rodzinne korzenie

29

Nie wiem, w  jakim duchu narodowym wychowywali mojego dziadka Józefa ojciec i macocha. W Wiedniu zadeklarował w kwestio­ nariuszu na studia niemiecki jako język ojczysty, podobnie jak jego przyjaciel i przyszły szwagier. Żywił jednak, w każdym razie w latach późniejszych, gorące polskie uczucia patriotyczne. Jego wnuk Roman wspominał: „Na moje dziesiąte urodziny dziadek dał mi w prezencie grubą książkę Historia Polski z dedykacją: «Zawsze pamiętaj! Jedna jest matka  – ta, która cię na świat wydała, jedna jest ojczyzna  – ta, w któ­ rej na świat przyszedłeś»”. Po ślubie dziadek początkowo praktykował w  mniejszych miej­ scowościach Galicji Wschodniej  – w Medenicy i Gródku. Do Lwowa przeniósł się po około pięciu latach. Specjalizował się w ginekologii i przez wiele lat był asystentem (nie było to płatne) w klinice gineko­ logicznej Uniwersytetu Lwowskiego, u profesora Marsa. Podczas woj­ ny został powołany jako lekarz do wojska. Lecząc chorych, zaraził się w 1914 roku cholerą, ale pozostał przy życiu. Babcia z jedynym przebywającym jeszcze w domu dzieckiem, szes­ nastoletnią córką, moją późniejszą matką, i ze zwolnionym z wojska dziadkiem znaleźli się na rok w Wiedniu. Z wydanej drukiem księ­ gi wojennych uciekinierów z Galicji wiem, że doktor medycyny Jó­ zef Mayer mieszkał wraz z czterema osobami przy Laudongasse w nie­ złej dzielnicy Josefstadt. Pojęcia nie mam, kim były dwie osoby, poza jego żoną i córką, czyli moją matką, starsza córka studiowała bowiem w Pradze. Nie czuli się samotnie, gdyż w Wiedniu znalazła schronie­ nie rodzina brata mojego dziadka, Aleksandra, a zapewne przybyło tam również wielu znajomych. Od 1903 roku niemal aż do śmierci Józef Mayer na pół roku przenosił swoją praktykę do Krynicy, która uchodziła wówczas jako uzdrowisko za cudowne miejsce do leczenia bezpłodności kobiet. Musiał być tam postacią znaną i ze swoim wzrostem charakterystycz­ ną, skoro zapamiętał go ze swojego dzieciństwa, a więc lat dwudzie­ stych, Kazimierz Brandys i pisał o nim w Miesiącach. Uważał go za bardzo starszego pana, ale w  dzisiejszych kategoriach dziadek nie był tak sędziwy, skoro kiedy zmarł w 1933 roku, liczył sześćdziesiąt osiem lat.


30

historyk w trybach historii

We wspomnieniu Brandysa mojemu dziadkowi towarzyszył pies, mylnie identyfikowany jako ratlerek. W  rzeczywistości była to stale wspominana przez moją mamę suczka foksterierka Dzidka. Pozostała ona w rodzinnej pamięci jako wzór psiej inteligencji. Kult psiej wier­ ności i mądrości był mi przekazywany od dzieciństwa. W końcu lat dwudziestych dziadek i babcia przeprowadzili się do Warszawy (jako członek B’nai B’rith dziadek przeniósł się z loży lwow­ skiej do warszawskiej we wrześniu 1928 roku). Mieszkali przy ulicy Fryderyka Szopena 19. Właściwie go nie pamiętam, choć tyle o nim słyszałem i tyle oglądałem jego fotografii, że czasami wydaje mi się, że sobie go przypominam. To raczej niemożliwe  – kiedy umarł, miałem niewiele ponad trzy lata. Józef Mayer, podobnie jak Herman Barbag, był nałogowym pala­ czem i tak samo zmarł na raka płuc. Obaj byli lekarzami, ale w ich cza­ sach nie wiązano jeszcze (w każdym razie nie wiązano tak ściśle) nałogo­ wego palenia z zagrożeniem chorobą nowotworową. Podczas pogrzebu dziadka, którego grób znajduje się na cmentarzu żydowskim przy uli­ cy Okopowej, przemawiał znany historyk i polityk żydowski Mojżesz Schorr, a w imieniu B’nai B’rith żegnał członka braterstwa doktor Tau­ ber. W nekrologu w „Naszym Przeglądzie” pisano, że zmarły wygłaszał w B’nai B’rith we Lwowie, a później w Warszawie, wykłady historyczne. Zgadzało się to z rodzinnym przekazem, że dziadek był szczególnie zain­ teresowany historią. Prowadził też wykłady naukowe w Stowarzyszeniu Lekarzy i był zastępcą przewodniczącego Zrzeszenia Lekarzy w Krynicy. Póki żył mąż, babcia Maria prowadziła gospodarstwo. Zawsze w domu była służąca, zgodnie z obyczajami zamożniejszych rodzin. Pa­ miętam ją jako niską i szczupłą starszą kobietę. Po śmierci męża miesz­ kała w kawalerce na pierwszym piętrze domu pod numerem 4, stoją­ cym przy ulicy, która wówczas nazywała się Wilanowska, a  obecnie zmieniła nazwę na Gwardzistów, aleją Wilanowską jest bowiem inna i bardzo ważna arteria. W tej kawalerce co drugi tydzień zostawałem w sobotę po połu­ dniu i w niedzielę do wieczoru (ze względu na szkołę musiałem wracać do domu). Lubiłem siadać na szerokim parapecie okiennym. Na parte­ rze było mieszkanie rodziny syna babci Edwarda. Babcia pragnęła, aby


1.

Rodzinne korzenie

31

ktoś mieszkał blisko niej, miała bowiem ciężką cukrzycę i stale brała zastrzyki insuliny, ale chciała być niezależna. Józef i  Maria Mayerowie mieli czworo dzieci. Najstarsza z  ro­ dzeństwa mojej matki była Anna Karolina (Lina), która urodziła się w 1891 roku w Medenicy. Od urodzenia miała wadę stawu nogi i ku­ lała. Była to prawdopodobnie dysplazja stawu biodrowego, częste scho­ rzenie noworodków, zwłaszcza płci żeńskiej. Jednym z przejawów postę­ pu w medycynie jest to, że obecnie powszechnie bada się niemowlęta i skutecznie leczy. W końcu XIX wieku nawet w rodzinie lekarskiej nie potrafiono przeciwdziałać kalectwu. Choć nie było to dla dziewcząt łatwe, Lina poszła na studia me­ dyczne, uruchomione już na Uniwersytecie Lwowskim. Wyrzucono ją stamtąd, także jej kuzyna Edwarda Elstera, za udział w niedozwolonej akcji Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej, do której należeli. El­ ster kończył studia w Wiedniu, Lina w Pradze, nie chciała bowiem stu­ diować po niemiecku (ani też po polsku w Krakowie). Podczas studiów we Lwowie Lina poznała swojego przyszłego męża Ludwika Rosenberga, który w 1911 roku, po śmierci ojca, przeniósł się z Krakowa na drugi rok medycyny. Dla obyczajowości tych czasów podwójnie interesująca była przekazywana rodzinnie historia. Jeden ze studentów wyraził się przy Linie i Ludwiku dość obelżywie o kwalifi­ kacjach kobiet do zawodu lekarza. Sprawa skończyła się pojedynkiem (szczęśliwie bez większych obrażeń). Ludwik na początku I wojny światowej wstąpił do Legionów. W la­ tach międzywojennych Rosenbergowie praktykowali w  Łodzi, a  od 1926 roku w sezonie kuracyjnym, tak samo jak dziadek Józef Mayer, wyjeżdżali do Krynicy i prowadzili tam praktyki lekarskie. Mieli dwo­ je dzieci, syna Romana, urodzonego w 1919 roku, i córkę Janinę, uro­ dzoną w 1924 roku. Na rok czy dwa lata przed wybuchem wojny zli­ kwidowali mieszkanie w Łodzi i przenieśli się do Krynicy. Jako dziecko byłem u nich z wizytą w Łodzi. Mieszkali przy ulicy Piotrkowskiej 152, w bardzo dużym mieszkaniu. Mogłem mieć wów­ czas najwyżej niespełna siedem lat, gdyż w 1937 roku Romek, który ze względu na numerus clausus nie mógł dostać się na medycynę w Polsce, wyjechał studiować we Włoszech. Pamiętam z tej wizyty tylko tyle, że


32

historyk w trybach historii

Romek zaprowadził mnie do kina na film z dziwnymi awanturami pi­ rackimi  – wszystko działo się na ekranie szybko i niczego niemal nie zrozumiałem. Był to pierwszy film w moim życiu i nie podziałał na mnie zachęcająco. Dopiero rok czy dwa lata później przezwyciężyłem moją niechęć do kina, kiedy obejrzałem w  warszawskim Palladium (to było wtedy supereleganckie kino) Królewnę Śnieżkę Walta Disneya. Wszystko pojąłem, było wspaniale. Na wiele wojennych lat pozostało wspomnienie, odnowione w 1945 roku, choć miałem już wtedy pięt­ naście lat i z filmów dla dzieci powinienem był wyrosnąć  – ze wzglę­ du na wiek i przeżycia. Starszy syn Józefa i Marii Mayerów Edward urodził się w 1893 roku w  Gródku Jagiellońskim. Studiował we Lwowie prawo, ale go nie ukończył (pewnie przeszkodziła w tym wojna), później pracował w koncernie naftowym „Galicja” i został jego przedstawicielem w War­ szawie. Ożenił się z pochodzącą z warszawskiej rodziny piękną kobietą o klasycznej urodzie  – Dorotą (Dorą). Kolejno urodziło im się dwóch synów niesprawnych umysłowo, z chorobą Downa, Władysław około 1928 roku i Aleksander około 1932 roku. Kiedy bywałem u babci na Wilanowskiej, namawiano mnie, abym pobawił się z Olkiem. Nie było to jednak łatwe. Nie potrafił on właściwie mówić, choć nie był agre­ sywny, w przeciwieństwie do swojego starszego brata. Po 1939 roku Olek stał się podobno także agresywny, ale mieszkał we Lwowie i się nie spotykaliśmy. Młodszy syn moich dziadków, Alojzy (Lojzek, Lox), urodził się też w  Gródku 24 października 1894 roku. Przed wojną zdał matu­ rę i w 1914 roku powołano go do wojska austriackiego. Po krótkim przeszkoleniu został oficerem. Walczył przeciw Rosjanom. Pozostał jako oficer w wojsku polskim i brał udział w wojnie polsko-rosyjskiej 1920 roku. Zwolniony do rezerwy, podjął studia prawnicze na Uniwer­ sytecie Lwowskim, ale  – podobnie jak brat  – ich nie ukończył. Rozpo­ czął pracę w koncernie naftowym „Galicja” w Drohobyczu i się ożenił. Jego żona Fanny (Fania) urodziła się w Stanach Zjednoczonych w ro­ dzinie zrusyfikowanych Żydów, ale wraz z rodzicami wróciła na Wołyń. Tam poznał ją podczas wojny Lojzek. Fania była bardzo ładna, o uro­ dzie dziewczęcej. W 1924 roku urodziła im się córka Irena.


1.

Rodzinne korzenie

33

W połowie lat trzydziestych przenieśli się do Warszawy, mieszkali przy ulicy Koszykowej. Bywałem u nich, ale ze względu na różnicę wie­ ku nie miałem z Irką większego kontaktu. Lojzek założył biuro dorad­ cze organizacji pracy biurowej „Orga” przy ulicy Wilczej 38. Pracowała w nim jego przyszła druga żona Janina Klimczyk. Podobno już wtedy łączył ich romans. Janina była znacznie młodsza od Lojzka, ale całko­ wicie siwa, podobno od dwudziestego roku życia. Dla mentalności galicyjskiej rodziny Mayerów charakterystyczne było, że obie synowe  – jako urodzone pod panowaniem rosyjskim  – ni­ gdy nie zostały w pełni zaakceptowane. Traktowano ich pochodzenie, obojętne czy z Warszawy, czy z Wołynia, jako znacznie gorsze od włas­ nego i od pochodzenia wielu innych dalszych krewnych. Tego proble­ mu nie było z zięciami, obaj bowiem pochodzili z Galicji. Barbagowie spokrewnieni byli z pochodzącymi z Gorlic Blausteina­ mi, dziećmi Maryni Blausteinowej, żony adwokata, zmarłej na raka jesz­ cze przed wojną. Jej dwóch synów  – Fredek i Michał  – oraz córka Józ­ ka Schaechter zginęli podczas wojny. Ocalał tylko mąż Józki, adwokat z Krakowa Jakub Schaechter, który później mieszkał w Tel Awiwie-Jafie. Również z  Barbagami spokrewniony był lekarz Edward Elster. Wraz z żoną Olgą, też lekarką, pracowali podczas okupacji w żydow­ skim szpitalu we Lwowie, w którym prowadzono z sukcesem badania nad zwalczaniem tyfusu. Syn Elsterów Roman zmarł jednak, i to właś­ nie na tyfus, a oni sami zginęli w Bełżcu. Tuż przed wojną wyjechała do Stanów Zjednoczonych ich córka Elżunia, z którą pozostała w Pol­ sce rodzina nie zdołała później nawiązać kontaktu. Z Barbagami albo Rosenbergami spokrewniona była rodzina Jurka Jedlickiego. Jurek, jego brat Witold i matka przeżyli wojnę, ojciec zginął. Zapewne to z Barbagami spokrewnieni byli też Kittayowie. Dość dziwne nazwisko wskazywałoby na to, że w tej dalszej rodzinie wystę­ pować musiały kiedyś związki z chasydyzmem, gdyż kitajami (Chiń­ czykami?) nazywano popularnie chasydów, ale w Rosji. Może jednak po prostu ich przodek, który otrzymał takie nazwisko, miał rysy twa­ rzy uważane za azjatyckie? Kittayowie byli całkowicie zasymilowani. W mojej rodzinie naj­ częściej wspominano Mieczysława Leopolda Kittaya, na ogół jednak


34

historyk w trybach historii

z imionami Poldka albo Lo, inżyniera, znanego bardziej od innej stro­ ny. Jako iluzjonista, hipnotyzer i magik, uważany był za niezwykłą po­ stać. Po konwersji religijnej ożenił się z Niemką i miał z nią syna Al­ lana. Mieszkali w Polsce, ale za rządów Adolfa Hitlera żona rozwiodła się z nim, wróciła do Niemiec i podała, że syn był owocem romansu z aryjskim Niemcem. Dla dobra dziecka potwierdził to jej były mąż. Lo Kittay przeżył wojnę i w 1945 roku brał udział w zakładaniu teatru „Syrena” w Łodzi. Opowiedział w czasie spotkania z członkami mojej rodziny, że Allan wstąpił do Waffen SS i zginął w wieku około dwudziestu lat na froncie sowieckim. Lo Kittay zmarł niedługo po za­ kończeniu wojny. Dwie jego siostry, Sydzia, przełożona pielęgniarek w jednym ze lwowskich szpitali, i Hala, lekarka okulistka w Krakowie, zginęły podczas wojny jako Żydówki. Takie to bywały paradoksy. Bra­ tanek zafascynował się nazizmem i zginął w jego sprawie, rodzone ciot­ ki naziści zamordowali zaś jako Żydówki. Bardziej całościowa charakterystyka mojej rodziny prowadzić mu­ siałaby do kilku wniosków. Najważniejszy był jej pluralistyczny charak­ ter. Wcześnie rozpierzchła się ona po świecie, od Afryki, przez Holan­ dię i Wiedeń, do Lwowa, Warszawy i Łodzi. Większość pozostawała przy judaizmie, choć w jego formie tak zwanej postępowej, ale na ogół (nie dotyczyło to Bałabanów czy mojego dziadka Holzera) nie prak­ tykowała, nie przestrzegała zasad religii w życiu codziennym i nie ob­ chodziła świąt żydowskich. Przynajmniej w pokoleniu moich rodziców wszyscy zamieszkujący w  Polsce krewni mówili literackim językiem polskim, nie znali w ogóle lub znali bardzo słabo jidysz, uważali się za Polaków. Wyjątkiem był Majer Bałaban, który znał świetnie nie tylko jidysz, lecz i hebrajski, co wiązało się jednak z jego zainteresowania­ mi naukowymi i syjonistycznymi poglądami politycznymi. Niektórzy członkowie rodziny byli konwertytami  – albo na katolicyzm, albo na protestantyzm. Moi rodzice z wyraźną pogardą traktowali chasydów jako żydowską ciemnotę, zresztą specjalnie nie czynili różnicy między nimi a ortodoksami. Wielokrotnie używałem tu terminu „asymilacja”. Jej najważniej­ szymi wyznacznikami były: porzucanie tradycyjnych strojów żydow­ skich, uczęszczanie dzieci i młodzieży do świeckich szkół z językiem


1.

Rodzinne korzenie

35

najpierw niemieckim, później przeważnie polskim, używanie jednego z tych dwóch języków w życiu rodzinnym oraz zainteresowanie kultu­ rą niemiecką i polską. Nie wiem, jak to było w rodzinach moich krew­ nych w XIX wieku, kiedy przeszli oni od posługiwania się jidysz do nie­ mieckiego lub polskiego. Wiadomo, że w Brodach przez cały XIX wiek przeważała przy asymilacji germanizacja. We Lwowie było podobnie tylko do lat siedemdziesiątych tego stulecia. Opublikowałem kiedyś kilka artykułów o galicyjskiej żydowskiej asymilacji. Drogowskazem asymilacji wydawał mi się obraz z książki Alfreda Nossiga Jan Prorok, wydanej po polsku w 1892 roku i opisują­ cej wydarzenia dwanaście lat wcześniejsze. Podczas spacerów na lwow­ skiej promenadzie najpierw kroczyli starzy, rozmawiając w jidysz, póź­ niej dorośli, rozmawiając po niemiecku, wreszcie młodzież dyskutująca po polsku. Alfred Nossig był w drugim gimnazjum we Lwowie tylko o klasę starszym kolegą mojego dziadka Józefa Mayera i zapewne obaj mieli podobne doświadczenia młodości. Gdybym miał więc snuć hipotezy, to moim prapradziadkom (których danych personalnych nie znam) przypisać powinienem język jidysz, moim pradziadkom (jak Barbago­ wie z Brodów, Natan Mayer i jego obie żony, Salomon Hersz Hahn i jego obie żony) niemiecki, a moim dziadkom (i to wiem już na pew­ no) polski. Sprawa czasami się jednak komplikuje. Być może nie brakowało też takich postaw, które uwiecznił podczas powstania 1863 roku w swoim wierszu (napisanym po niemiecku!) Maurycy Rappaport, lekarz i poeta ze Lwowa. W tłumaczeniu tak brzmiały fragmenty: „z Orientu fantazja, a w piersi słowiański zapał, jak wcześnie dusza moja zapłonęła. [...] Być Polakiem i Żydem to wieniec podwójnego nieszczęścia”. Natan Ma­yer, pobożny Żyd wywodzący się z małego miasta Sambora (niespełna 9 ty­ sięcy ludności, w tym prawie jedna trzecia Żydów), który władał lite­ rackim językiem polskim i językiem niemieckim, a wszystkich synów kształcił w polskich lub austriacko-niemieckich szkołach wyższych, być może ambiwalentnie odbierał problemy narodowe. W każdym razie do refleksji skłaniają sprawozdania drugiego gim­ nazjum we Lwowie, z językiem wykładowym niemieckim. Uczęszczało


36

historyk w trybach historii

do niego wielu Żydów, a  w  latach siedemdziesiątych i  osiemdziesią­ tych XIX wieku stanowili oni większość uczniów, choć na początku XX stulecia już nieco mniej niż połowę. Charakterystyczne było, że o ile we wcześniejszym okresie z reguły deklarowali oni, zapewne z polece­ nia rodziców, narodowość niemiecką (w Austrii formalnie nie istniała narodowość żydowska), o tyle kiedy był w tym gimnazjum mój ojciec, w 1906 roku, ponad połowa uczniów Żydów zadeklarowała narodo­ wość polską. Wspólne całej rodzinie były różne zawody inteligenckie. Mężczyzn i  kobiety obowiązywało ukończenie szkoły średniej z  maturą, wielu członków rodziny (choć przeważnie mężczyzn) studiowało, niektórzy do doktoratu, najczęściej medycynę, prawo lub humanistykę. Zdarza­ ły się także  – jak w wypadku Józefa Metzisa czy jednego z braci moje­ go dziadka Mayera  – studia techniczne. Interesujący jest też aspekt demograficzny. W pokoleniu moich pradziadków dwie rodziny miały bardzo liczne potomstwo, choć w obu po owdowieniu męża, z dwóch żon. W jednej rodzinie było ośmiu sy­ nów, w drugiej siedem córek i jeden syn. W trzeciej rodzinie pradziad­ ków oboje rodzice wcześnie zmarli, o liczbie potomków mojego pra­ dziadka Holzera nie mam zaś informacji. Z kolei w pokoleniu moich dziadków potomstwo było mniej liczne, a w pokoleniu moich rodzi­ ców przeważał model „dwa plus dwa” lub „dwa plus jeden”.



Historyk w trybach historii. Wspomnienia_Jerzy Holzer