Page 1


Wojciech Karpiński


WOJCIECH KARPIŃSKI

Twarze

Zeszyty Literackie


Pamięci Krzysztofa Junga

I ciągle widzę ich twarze, ustawnie w oczy ich patrzę — ich nie ma — myślę i marzę, widzę ich w duszy teatrze. [...] Ja słucham, słucham i patrzę — poznaję — znane mi twarze, ich nie ma — myślę i marzę, widzę ich w duszy teatrze! Stanisław Wyspiański


Wspomnienia z Wyspiańskiego

To było sto lat temu, dwa momenty magiczne w historii polskiej kultury. Traktuję te rocznice jako prywatne święto, bo przemawiają do mnie osobiście: 20 listopada 1900 roku ślub u Panny Marii w Krakowie i parodniowe wesele w Bronowicach, a niedługo potem, 16 marca 1901 roku, prapremiera w krakowskim teatrze. Od prawie już pół wieku, od pierwszej lektury Wesela, od pierwszego oglądanego przedstawienia, od tamtych przeżyć niezapomnianych, bez wahań, bez przerwy, do dzisiaj, odbieram tę sztukę jako rozlegającą się w mojej głowie gorączkową rozmowę, jako głos żywy, współczesny, mówiący do mnie o sprawach najważniejszych, zarazem publicznych i najbardziej osobistych. Nigdy, ani wtedy, ani teraz, nie starałem się zamknąć Wesela w przesłanie, nie porywałem się na wyjaśnianie symbolów, nie interesowało mnie przypisywanie tej sztuki kierunkom artystycznym, prądom politycznym, nie, słyszałem głos skierowany do mnie, wiele głosów szepczących te prywatne wyznania w fascynującym rytmie pół misterium, pół musicalu. Tak było wtedy, bodajże wiosną 1956 roku, gdy z rodzicami poszedłem na przedstawienie Wesela w warszawskim Teatrze Domu Wojska Polskiego (później Dramatyczny), premiera odbyła się w lipcu 1955, powrócił wówczas Wyspiański, jak powróciły Dziady, po latach nieobecności na scenach polskich, jako jaskółka odwilży czy też rozluźniającej się niewoli. Dotąd pamiętam głos Racheli — Haliny Mikołajskiej, Maryny — Ireny Laskowskiej, Poety — Jana Świderskiego, lecz przede wszystkim w uszach rozbrzmiewał mi płomienny dialog Dziennikarza ze Stańczykiem, głos jednej duszy, jednej świadomości, rozmawiającej ze sobą, ze mną, o tych sprawach, o których inni nie potrafili — i nie chcieli — mówić. 7


Promieniowanie Muratowa

Niedawno ukazał się gruby tom napisany przez barwną i znaną postać anglosaskiego życia kulturalnego: Clive James, Cultural Amnesia, London–New York 2007. Praca nad tą księgą zajęła autorowi czterdzieści lat. Jej tematem jest walka z niszczącą siłą zapominania w kulturze. To proces dla kultury zabójczy: gdy z powodów politycznych, obyczajowych, duchowego lenistwa, ideologicznego zaślepienia, całe pola tematyczne, całe rodzaje literackie, całe grupy społeczne, religijne, narodowe, kulturowe skazywane zostają na milczenie, wykreślone z pamięci. Clive James urodził się i spędził wczesną młodość w Australii, studia odbył w Anglii na uniwersytecie w Cambridge. Jako dziennikarz radiowy i autor programów telewizyjnych zjeździł świat. Jego pasją jest odkrywanie zapoznanych twórców. Czyta w wielu językach obcych: po francusku, niemiecku, po włosku, po hiszpańsku, nauczył się też w czasie swoich podróży rosyjskiego, a nawet japońskiego. Stara się poznać te kultury i przedstawić swoje odkrycia żywo, w angielszczyźnie wysokiej próby. Cultural Amnesia stanowi podsumowanie tych odkryć. Clive James na prawie 900 stronach przedstawił w porządku alfabetycznym ponad setkę postaci, o których powinniśmy pamiętać, aby rozumieć, skąd przychodzimy, gdzie się znajdujemy, dokąd zmierzamy. Od Anny Achmatowej po Stefana Zweiga kreśli sylwetki osobowości znaczących dla naszego czasu. Te sylwetki prezentowane są żywo, niektóre zaciekawiają bardziej, inne mniej. Jedna mnie zupełnie olśniła, pisana jakby w innej tonacji od pozostałych, odczytać można między wierszami radość z niezwykłego odkrycia, odblask zafascynowania przedstawianą postacią i opisywanym dziełem. Jest to sylwetka Pawła Muratowa, a właściwie wielki — i mądry — hymn 33


Czytanie Chiaromontego

Jesienią 1972 roku, w Warszawie, po powrocie z pierwszej podróży do Włoch, napisałem szkic o Nicoli Chiaromontem. Co mnie poruszyło w jego postawie? Wydał mi się różny od większości znanych mi autorów zajmujących się problematyką praw i obowiązków jednostki wobec zbiorowości. Dostrzegłem w jego myśleniu coś zarazem osobistego i antydogmatycznego. Spotkaniu z jego tekstami towarzyszyła chęć rozmowy, jakby mówił specjalnie do mnie, o rzeczach ważnych, a zazwyczaj przemilczanych. Nie wiedziałem wtedy, jak celnie utrafiłem: poznawanie przeze mnie Chiaromontego, odkrywanie jego twórczości trwa już kilka dziesięcioleci; rozmowa z nim nie jest zamknięta, daleko jej do tego. Chciałbym opowiedzieć o moim poznawaniu Chiaromontego: kogo czytałem wtedy, w Rzymie i w Warszawie w 1972 roku, kiedy trafiłem na jego słowa, dlaczego rozmowa trwała także później i jaki był jej przebieg. Mój szkic o Chiaromontem z roku 1972, roku jego śmierci, przedstawiał sylwetkę suwerennego humanisty, kogoś, kto nie daje się zamknąć w określeniu „myśliciel polityczny”, bo interesuje go pełny człowiek. Nie pozwala się uwięzić schematom ideologicznym, ale związki jednostki z polis stanowią stały przedmiot jego analiz. Interesował mnie Chiaromonte, autor Credere e non credere, tak nazywał się po włosku tom jego refleksji nad jednostką wplątaną w burze historii, wolę jednak tytuł wydania angielskiego The Paradox of History. W tej książce, jedynej wtedy opublikowanej oprócz La situazione drammatica, zbioru recenzji i artykułów teatralnych, autor nie odsłania się bezpośrednio, mówi do nas jakby przez podstawione osoby, przez analizę sytuacji moralnych, politycznych, egzystencjalnych ukazanych na kartach Stendhala (Fabrizio del Dongo 42


Polskie twarze Prometeusza

1. Prometeusz dał ludziom ogień, rozbudził w człowieku ducha, nauczył go rozmaitych kunsztów, przyczynił się do jego wyzwolenia, obudził wolę wolności. Postać Prometeusza przynosi w literaturze europejskiej od końca XVIII wieku ważny wzorzec emancypacji człowieka. Jak wygląda figura Prometeusza z polskiej perspektywy, jaką rolę odgrywa w polskiej literaturze? Można powiedzieć, że poszukiwanie ideału emancypacji (sposobów wybicia się na niepodległość) było nurtem przewodnim literatury polskiej w wieku XIX i w wieku XX, źródłem jej siły i powodem jej słabości. Gdy względnie wysoko rozwinięta społeczność została w akcie rozbiorów pozbawiona zasadniczych mechanizmów wyrażania swoich aspiracji, tę rolę przejęła literatura. Nie mogła czynić tego w kraju, zduszonym cenzurą, czyniła to na wychodźstwie. Stąd rola przywódców narodu, jaka przypadła w XIX wieku wielkim pisarzom, Mickiewiczowi, Słowackiemu, Krasińskiemu, trzem wieszczom. Potem włączono do tego grona Norwida. Tę sy tu ację do sko na le okre ślił, w la tach sześć dzie sią tych XX wieku, Paweł Hertz w eseju Myśli o Krasińskim: „Pojęcie «trójcy romantycznej» było charakterystycznym objawem nie zaspokojonego w naszych warunkach w wieku XIX poczucia ładu. Jeśli nie można było mieć dwuizbowego parlamentu, podziału na władzę wykonawczą i ustawodawczą, trzech stanów społecznych odpowiednio ukształconych — wówczas mieć należy przynajmniej trzech wieszczów. [...] Była więc literatura polska jak gdyby parlamentem”. Ta funkcja, dobrze przez Hertza określona, narzucała obowiązki i ograniczenia. Zagrożenie wi60


Jerzy Giedroyc: kustosz pamięci

Od dawna wydaje mi się, że pytanie o stosunek Jerzego Giedroycia do historii stanowi zasadniczą perspektywę dla zrozumienia niezwykłego zjawiska, jakim był twórca Instytutu Literackiego. Chciałbym przedstawić kilka refleksji związanych z tym tematem i zanotować kilka zapamiętanych migawek. Sądzę bowiem, że w wypadku Jerzego Giedroycia mamy do czynienia z owocnym splotem czterech elementów: był on redaktorem polityki (suflerem idei, krytykiem poczynań statystów i ugrupowań); był redaktorem kultury polskiej (przede wszystkim literatury); był wydawcą (organizował administrację pism, zapewniał ich finansowanie); był wreszcie archiwistą (stworzył bazę dokumentacyjną dla swojej działalności, troszczył się o utrwalenie zapisów przeszłości). Okazał niezwykły organizacyjny talent w czterech dziedzinach: polityki, kultury, finansów, dokumentacji. Talent w każdej z tych dziedzin jest rzadki, złączenie tych talentów w jednej osobowości było zjawiskiem jedynym. To złączenie stoi u podstaw głębi i trwałości oddziaływania Jerzego Giedroycia. Idąc dalej tym tropem, chciałbym zaryzykować uogólnienie, że przed wojną, u redaktora „Polityki”, doszły do głosu, w formie jeszcze niepełnej, dwa z tych talentów: do polityki i do organizacji bazy finansowej. Dopiero u redaktora „Kultury” znalazł wyraz pełny splot wszystkich czterech wspomnianych elementów: stworzył Instytut Literacki, wydawnictwa, które oddziałały trwale na politykę i na kulturę naszej epoki nie tylko w Polsce; stworzył finansowe i organizacyjne podstawy dla tej instytucji, której zapewnił trwałość, zdumiewającą nie tylko jak na warunki emigracyjne; stworzył wreszcie Dom „Kultury”, jego bibliotekę, jego archiwa, jego zbiory sztuki, dokumentów. I tu 73


Redaktor i krytyk: Giedroyc i Jeleński

We wrześniu 1950 roku mieszkający w Neapolu dwudziestoośmioletni Polak, z wykształcenia ekonomista, zatrudniony jako urzędnik w międzynarodowej instytucji, otrzymuje list z propozycją współpracy od mieszkającego pod Paryżem czterdziestoczteroletniego Polaka, z wykształcenia prawnika, redagującego emigracyjny miesięcznik. Tak zaczyna się trwająca prawie cztery dziesięciolecia korespondencja Jerzego Giedroycia z Konstantym Jeleńskim. Ich listy składają się na ważną opowieść o współczesnej kulturze polskiej, zarazem przynoszą interesujący portret obu korespondentów, dwóch osobowości nieprzeciętnych, w wielu punktach uderzająco odmiennych, ale zadziwiająco się nawzajem uzupełniających. W listach nie mówią o sobie, lecz o przeczytanych książkach, artykułach, o spotkanych ludziach, o piśmie, które ich złączyło, o „Kulturze”. Jeden z nich jest jej twórcą, drugi staje się jej czołowym krytykiem. Trzeba powiedzieć od razu: w listach obaj okazują się pisarzami wysokiej klasy, potrafią celnie posługiwać się słowem, narzucić pewien ton, pewien styl rozmowy, pewną konwencję. Ta konwencja pozwalała im przechodzić ponad rysującymi się między nimi różnicami. Korespondencja trwała od roku 1950 do roku 1987, daty śmierci Konstantego Jeleńskiego. W archiwum Instytutu Literackiego zachowało się ponad 800 listów. W latach 1950–56 korespondencja była bardziej intensywna, listy obszerniejsze i dotyczące szerszej tematyki. W latach sześćdziesiątych Jeleński często dyktował po francusku sekretarce kilka słów informacji. Listy Giedroycia bywały równie lakoniczne. Korespondencja ożywała, gdy tylko należało coś zrobić dla „Kultury” i dla kultury polskiej. 81


Zwycięstwo Giedroycia

Umarł w wieku 94 lat, do końca twórczo aktywny, i to nie jako prywatny człowiek, lecz jako instytucja, którą stworzył, uosabiał, i która odegrała w historii Polski, w historii Europy XX wieku rolę zasadniczą. Umarł tak, jak zapewne sobie tego życzył, w pełni działania: wrześniowy numer „Kultury” (636) został rozesłany na niewiele godzin przed jego zgonem, kończył przygo towa nia nu me ru paź dzier ni kowe go. Po szedł na ba da nia do kliniki. W nocy z 14 na 15 września 2000 roku serce we śnie przestało bić: une mort subite, nagła śmierć — stwierdzili lekarze. Zachował do ostatniego momentu zadziwiającą sprawność umysłu, umiejętność pracy i ciekawość świata. Mogłem to stwierdzać na zebraniach Funduszu Pomocy Niezależnej Literaturze i Nauce Polskiej: był w tym gronie najstarszy, od najmłodszego dzieliło go przeszło pół wieku, ale to w jego oku zapalało się nagle światło i pamiętał o stypendium już raz komuś przyznanym przed laty, albo dopytywał się rzeczowo o losy jakiejś kwoty; to on na ostatnim spotkaniu rzucił pomysł zwrócenia się do przedsiębiorców polskich o wspomożenie Funduszu i na niewiele dni przed śmiercią wysłał pierwsze listy w tej sprawie. Gdy umierał, przeżył o trzy lata księcia Adama Czartoryskiego. Od dziesięcioleci było jasne, że ich dokonania można porównywać. Ponad czterdzieści lat temu w szkicu o „Kulturze”, żartobliwie elegijnym i nadal zadziwiającym trafnością charakterysty ki i ży wo ścią kre ski, Za gu bie ni ro man ty cy: pa ne gi ryk — pamflet — próba nekrologu? — Wacław Zbyszewski konstatował, że do miejsc związanych na trwałe z polską historią w Paryżu i jego okolicach dopisać należy Maisons-Laffitte. Ale dzisiaj przecież to zestawienie dwóch wielkości wymaga zasad92


Jerzy Stempowski: talizmany niespiesznego przechodnia

1. Jerzego Stempowskiego już przed wojną otaczała legenda. Po wojnie uległa jeszcze wzmocnieniu. Pozostawał jednak w cieniu. Publikował niewiele. Sam wspominał o niechęci do „czernienia papieru”, jak określał pracę pisarską. A jednocześnie uznawany był za najznakomitszego polskiego eseistę XX wieku. Kim był ów, jak sam się nazywał, „niespieszny przechodzień”, „samotny wędrowiec”? Pochodził z zamożnej rodziny ziemiańskiej od XVIII wieku osiadłej na Ukrainie, z tej „półtora szlachty”, której najlepsi przedstawiciele dobrze zasłużyli się polskiemu życiu umysłowemu. Jego ojciec, Stanisław, liberalny publicysta, był czołową postacią polskiej masonerii. Jerzy Stempowski chodził do szkół w Warszawie, kontynuował naukę prywatnie i w gimnazjum w Odessie, maturę zdał w 1911 roku w Niemirowie. Studiował w Krakowie, w Monachium, Genewie, Zurychu i Bernie. Już w latach chłopięcych i młodzieńczych zadziwiał niezwykłą erudycją. Żył w kręgu wielu kultur, interesował się wieloma dziedzinami nauki i sztuki. Znał wiele języków. Czy miał jakąś jedną pasję, która nadawałaby kierunek jego pracom i dniom? Chyba nie, starał się precyzyjnie i z dystansem obserwować świat. Z uwagą i sceptycznym uśmiechem analizował tętno życia społecznego i życia umysłowego. Jego postawę dobrze charakteryzuje anegdota, którą sam opowiadał: w jego latach studenckich w Niemczech istniał Kirchensteuer, podatek kościelny; każdy stały mieszkaniec musiał zgłosić wyznanie, na rzecz którego chciał ponosić opłaty. Stempowski zostawił rubrykę niewypełnioną. 95


Wnętrze Czapskiego: krew i słońce

W roku 1996 mija sto lat od urodzin Józefa Czapskiego. Pamiętało o tym UNESCO. Zgromadzenie Ogólne uchwaliło na wniosek komitetu wykonawczego, że organizacja włączy się do obchodów tej rocznicy. A co zrobiły „czynniki oficjalne” w Polsce i w krajach, z którymi Czapski związany był życiem i dziełem? Niewiele. Ktoś powie, że rocznice są tylko wygodną, choć często schematyczną formą porządkowania pamięci. Zgoda. Ta rocznica jest jednak szczególnego rodzaju, dotyczy specjalnej osoby, dzieła o niezwykłej historii: Czapskiego przez lat kilkadziesiąt metodycznie wykreślano z pamięci, jego książek nie publikowano, obrazów nie wystawiano. Rocznica stanowi okazję, aby choćby częściowo wyrównać krzywdę — wyrządzoną nie tylko jemu, lecz nam wszystkim. Czapskiego należałoby uhonorować wystawą, która byłaby otwarta w Pradze, w miejscu jego urodzin, a potem zostałaby pokazana w Polsce, Rosji, Niemczech, Francji. Wystawa taka jest potrzebna tym krajom. Nie tylko przecież Polacy powinni uczcić Czapskiego, także Francuzi, Rosjanie, Czesi, Austriacy, Niemcy. Poświęcona mu wystawa powinna być wystawą europejską, bo takim artystą, takim człowiekiem był Czapski. Międzynarodowa wystawa Czapskiego stanowiłaby wyraz uznania dla tych wartości kulturalnych, które dzisiaj są szczególnie ważne. I byłaby, z polityczno-duchowego punktu widzenia, symbolicznym zamknięciem Wielkiej Schizmy w Europie. Przeciw ideologicznemu, politycznemu i kulturalnemu rozłamaniu na Wschód i Zachód protestowali tylko nieliczni — Czapski jest ich symbolem, jak i symbolem tej protestacji jest dom w Maisons-Laffitte, jak i symbolem jest udział Józefa Czapskiego i Jerzego Giedroycia w berlińskim Kongresie Wolności Kultury 108


„Wybrane strony” Czapskiego

Wybrane strony Czapskiego to dla mnie jedno z najważniejszych dzieł, jakie się w Polsce ukazały od odzyskania wolności. Nie mam co do tego wątpliwości. A jednocześnie każde bliższe określenie tej niezwykłej publikacji wzbudza wątpliwości. Najważniejsze? Jest to książka zarazem uderzająca lekkością, swobodą spojrzenia. Od dawna było wiadomo, że dzienniki Czapskie go sta nowią do ku ment za sad ni czej wa gi w hi sto rii kultury XX wieku, nie tylko polskiej, lecz również europejskiej. Ale też od dawna wiadomo, że jest to dokument sekretny, dziesiątki i dziesiątki zeszytów pokrytych pismem często już w momencie notowania nieczytelnym dla samego autora, setki rysunków, wkle ja nych, wy ry wa nych, prze no szo nych do in nych tomów, odległych... Nieraz, przed laty, pochylając się z Czapskim nad kajetami jego notatek, i potem, po jego śmierci, myślałem, jak można się zbliżyć do tego niezwykłego zapisu polskiej pamięci i wyobraźni, zarazem uderzającego otwartością i skrytego jak palimpsest: jak odczytać dzienniki Czapskiego i jego widzenie siebie, nas, świata? Otóż wydawcy tych dwóch wspaniałych tomów dokonali rzeczy niezwykłej, a zarazem uderzającej prostotą. To jest prawdziwie kolumbowe odkrycie: tak, teraz wydaje mi się ono narzucać jako oczywistość, ale trzeba było wpaść na ten pomysł i jeszcze doprowadzić do jego materialnej realizacji, wspaniałej. Tak, Wybrane strony: z tysięcy kartek dziennika należało wybrać te, które trafiają do nas, ożywają pod naszym spojrzeniem i ożywiają nas. Zrealizowała ten pomysł Emilia Olechnowicz, a opiekę i nadzór nad projektem roztoczył Piotr Kłoczowski, dyrektor Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską. Muszę powiedzieć, że gdyby ten Instytut wydał jedynie tę publikację, 117


Polowanie z ogarami (na śmierć Miłosza)

Od dawna myślę, że pożegnaniem Czesława Miłosza z sobą i z nami — żyjącymi, do czasu — i przywitaniem z następcami w sztafecie pokoleń na Nieobjętej Ziemi — są końcowe linie Zimy: Wielkie było polowanie z ogarami na sens niedosiężny świata. I teraz gotów jestem do dalszego biegu O wschodzie słońca, za granicami śmierci. Już widzę górskie pasma w niebiańskiej kniei, Gdzie za każdą esencją odsłania się esencja nowa.

To on jest gotów, nie my, nie ja. To on znalazł słowa. Jeszcze jeden jego dar, lecz nie zwalnia nas z wysiłku ujęcia w słowa — czego? — jego obecności. Przyczyn naszej wdzięczności. Wiem, jakie miejsce zajmował od dziesięcioleci w moim życiu duchowym, w polskiej literaturze, w kulturze Zachodu — i to nie tylko XX wieku... Ale czy można się do takiego podziękowania przygotować? Szukam formuł, bezradny. Półtora wieku temu Zygmunt Krasiński, w jakże trudnej sytuacji, osobistej, narodowej, społecznej, artystycznej, na wiadomość o śmierci Mickiewicza znalazł, w prywatnym liście do przyjaciela, Adama Sołtana, słowa niezapomniane, które stały się dla ludzi później żyjących sformułowaniem odkrywczym i oczywistym (czy nie były równocześnie niebezpieczną mitologizacją? — jeżeli nawet, to wielką): „Pan Adam już odszedł od nas. Na tę wieść pękło mi serce. On był dla ludzi mego pokolenia i miodem, i mlekiem, i żółcią, i krwią duchową, my z niego wszyscy. On był nas porwał na wzdętej fali natchnienia swe120


G. H. G.: droga i dom

Mija właśnie pół wieku od czasu, gdy w Warszawie jako kilkunastolatek przeczytałem Inny świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Ta lektura była dla mnie szokiem. Nie polityczne śmiałości stanowiły rewelację, lecz literacka transpozycja walki o wewnętrzną swobodę. W Innym świecie przedstawiono utratę wolności i jej odzyskanie, walkę o duchową suwerenność. Zostały opisane śmierć i zmartwychwstanie, także zmartwychwstanie zmysłów, budzenie się reakcji na świat, na zmienność, na innych ludzi. Zrozumiałem, że mam przed sobą wielkiego pisarza, który zdołał literackimi środkami ukazać swoją drogę do wolności. Jest świadomy, na jakie niebezpieczeństwa wystawiają go te wysiłki. Zwycięstwo nigdy nie jest całkowite i ostateczne, ale wielkość tych zmagań leży właśnie w trudności obranej drogi, w ciągłym podejmowaniu wysiłku. Zrozumiałem, że dla autora Innego świata każda następna publikacja jest szczególnie trudnym wyzwaniem. Tak było do końca. Konsekwencję w podejmowaniu tej drogi oglądałem z przejęciem i wdzięcznością. Miałem uczucie, że tutaj toczy się moja sprawa, zamierzenie ważne dla ludzi współczesnych. Zrozumiałem, że śmierć i zmartwychwstanie przedstawione w Innym świecie nie są jedynym wyzwaniem, przed jakim stanął Gustaw Herling-Grudziński. Stanowiły wszakże bardzo wysokie publiczne postawienie poprzeczki. Takie wymagania stawiał sobie i światu. Będzie się starał im sprostać, choćby contra mundum. Sam wyznawał, że Inny świat pisał ze zdumiewającą jak na niego łatwością, która nigdy się potem już nie powtórzyła. Wkrótce nastąpił okres wyjątkowych pisarskich trudności. 123


Spotkania (na śmierć Herberta)

W dzień śmierci nie potrafiłbym wypowiadać ogólnych zdań o wielkim poecie ani silić się na naukowe formuły mające wyjaśnić jego twórczość. Nie jestem teoretykiem poezji, nie piszę wierszy. Jestem nałogowym czytelnikiem poezji, codziennie zaglądam do jakiegoś tomiku, sięgam po nie prawie automatycznie. Te utwory są jak amulety, może jak modlitwa. Pomagają patrzeć, czuć, rozumieć. Pomagają żyć. Wśród twórców, do których stale powracam, jest Zbigniew Herbert. Dziś, w dniu, gdy odszedł, myślą wracam do pierwszych spotkań z jego poezją. Nie umiem tych spotkań wyczerpać w słowach, ich magia to magia poezji, polega na takim właśnie zestawieniu słów, że działają jak amulet. Bliski mi poeta to ten, którego wiersze mnie ożywiają. Kiedy nastąpiły ożywcze spotkania z poezją Herberta? Kiedy stał się jednym z moich poetów? Nasuwają się wspomnienia spotkań, za które jestem szczególnie wdzięczny. Minęło już czterdzieści lat, jak czytałem t o m i k stanowiący jego późny debiut. W Strunie światła znalazłem wiersz do mnie osobiście skierowany, mówiący nowym tonem treści dla mnie istotne. Nie starałem się ich wyrazić inaczej niż słowami wiersza, nie potrzebowałem tłumaczeń, powtarzałem słowa magiczne, uważałem je za prywatną własność (później ze zdumieniem się dowiadywałem, że inni też tak ten utwór traktowali, jako ich tajemną własność) — Do Marka Aurelego: „Dobranoc Marku lampę zgaś / i zamknij książkę Już nad głową / wznosi się srebrne larum gwiazd / to niebo mówi obcą mową”. Wszystko, co wyszło spod pióra autora tych słów, budziło moje zainteresowanie. Samego autora poznałem w dziesięć lat 129


Wolny człowiek (o dzienniku Zygmunta Mycielskiego)

Zabieram głos na temat książki roku 2000 nie dlatego, abym porywał się na wyselekcjonowanie najlepszej czy najważniejszej książki opublikowanej w tym roku. W takim stosunku do literatury jest coś niesprawiedliwego: numeracja zawodników na mecie; mierzenie na jednej pomiarce dzieł, których siła polega przecież na tym, że nie dają się sprowadzić do wspólnego mianownika. A zresztą wybór, gdybym go musiał dokonywać, byłby wśród książek roku 2000 dla mnie oczywisty: To Miłosza. Znakomity tom największego poety polskiego naszych czasów. Rzeczą niezwykłą jest to, że napisał te wiersze człowiek zbliżający się do dziewięćdziesiątki. Nie były też dla mnie niespodzianką książki klasyków polskiej literatury, moich pisarzy zbójeckich, jak Herbert i jego Labirynt nad morzem, jak Gustaw Herling-Grudziński i jego ostatnie opowiadania i fragmenty Dziennika pisanego nocą. Wszystko, co ci autorzy publikują, jest dla mnie ważne. Do innej kategorii należy wstrząsający dokument Sąsiedzi Jana Tomasza Grossa. Historia zagłady żydowskich mieszkańców Jedwabnego nie da się sprowadzić do sensacji, miesiąca czy roku, stała się już, mam nadzieję, częścią polskiej świadomości. Inną książkę chciałbym koniecznie wymienić, bo stanowiła dla mnie naprawdę zaskoczenie i nadal pozostaje według mnie nie dość doceniona. Myślę o Dzienniku 1950–1959 Zygmunta Mycielskiego. Wydany przez Iskry z datą 1999, ukazał się w księgarniach na początku lutego 2000. Książkę zaliczam do najważniejszych książek polskich ostatnich kilku dziesięcioleci. Dlaczego? Otóż Mycielski, jako jedyny bodajże z piszących 132


Paweł Hertz: podróże i rozmowy

1. Paweł Hertz żył w okresie trudnym dla polskiego słowa, dla polskiej pamięci. A zrobił dla polskiego słowa, dla naszej pamięci niewypowiedzianie wiele. Zadziwia ogrom jego dokonania: jako poety, prozaika, tłumacza, edytora. Był człowiekiem głębokiej wiedzy i licznych talentów. A jednak to nie jedynie wiedza i talent powodują, że wielu ludzi czuje się dziś jego dłużnikami — i będzie takich ludzi z pewnością więcej, gdy wymiar postaci zostanie należycie uchwycony. Co uderzało od pierwszych kontaktów z jego tekstami, co ulegało jeszcze spotęgowaniu w kontaktach z człowiekiem, to przede wszystkim odwaga kroczenia własną drogą, konsekwencja, pamięć i wrażliwość — suwerenność i poczucie służby. Poświęcił się zadaniom, które sobie wyznaczył. W sposób czasem aż wyzywający dawał wyraz swej samoistnej postawie, suwerennej wobec mód intelektualnych lub tego, co za takie mody uznawał, lecz służebnej wobec własnej wizji kultury i obowiązków wobec niej. Urodził się w Warszawie 29 października 1918 roku, na dwa tygodnie przed odrodzeniem Polski. Wywodził się ze środowiska liberalnej inteligencji mieszczańskiej żydowskiego pochodzenia, z rodziny całkowicie spolonizowanej, zamożnej, lecz nie bogatej (na te niuanse społeczne on, czytelnik i tłumacz Prousta, admirator i edytor Tomasza Manna, był zawsze uwrażliwiony). Rósł w niepodległym państwie. Jako uczeń zdumiewająco wcześnie pisywał — i drukował — klasycyzujące wiersze. W 1934 roku otrzymał wyróżnienie w konkursie poetyckim „Wiadomości Literackich”, nie skończył jeszcze szesnastu lat! 136


Krzyś

Przedstawiał się zawsze, także przez telefon: Krzyś. Chciał, by go tak nazywano. Tak też o nim mówiono, aż po nekrologi jego uczniów zwracające się w dotkliwą pustkę słowami bezpośrednimi i naturalnymi: Panie Krzysiu! lub jeszcze naturalniej: Krzysiu! Był dla mnie uosobieniem życia, również dlatego tak trudno pisać mi o nim w czasie przeszłym. I był w każdym calu artystą, całym sobą, we wszystkim, co mówił, co robił, jak reagował na świat i na ludzi. Takim właśnie, wcieleniem życia i artyzmu, był od początku naszej znajomości, przed ćwierć wiekiem, takim pozostał do końca, do tej nagłej śmierci, gdy astmatyczny atak pozbawił go oddechu nad ranem 4 października 1998 roku i gdy następnego dnia po południu odszedł na zawsze — zostawiając nas, ludzi go kochających, jego przyjaciół, jego uczniów, w stanie porażenia i osłupienia: to przecież niemożliwe, był przecież życiem i sztuką, fantazją, odwagą, talentem. I zdaje się nam, że to odejście, niemożliwe, czegoś od nas wymaga... Przez te ćwierć wieku zmieniał się, rozwijał, dojrzewał. Budował, zrywami, swoje dzieło, którego wspaniałości i wagi sam chyba w pełni nie doceniał, a nam teraz ukazuje się ono z przejmującą, swobodną, delikatną siłą. Od początku przecież widoczny był w nim ten błysk indywidualności i talentu, to spojrzenie na świat oczami artysty, oczarowanymi i zadziwionymi, i odważnie wyznającymi swoje admiracje. Gdy go poznałem wiosną roku 1975, studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, interesował się kierunkami awangardowymi, jego dyplom dotyczył wizualnych i niewizualnych aspektów przestrzeni, zajmował się sztuką dla niewidomych, 167


Obrazy, sny, obłoki (z listów Krzysztofa Junga)

Warszawa, 16 III 1982. [List przysłany do Stanów z Berlina Zachodniego przez Volkera Janischa, który przyjechał do Warszawy z transportem żywności od politechniki berlińskiej]. „[...] od miesiąca pracuję i działam, tyle że nie w galerii, a w prywatnych pracowniach. Potem może wyślę Ci zdjęcia. Robię rysunki z zawiązanymi oczyma. Pierwszy pokaz oparty był na grafice Goyi Gdy rozum śpi, budzą się demony. Na dużym brystolu miękkimi ołówkami naniosłem schemat kompozycji Goyi. Jak mówili widzowie, był zupełnie czytelny. W trakcie rysowania zmieniał się pierwowzór w bardzo ekspresyjną czarną chmarę ptaków. Trzeba oczywiście zobaczyć wszystkie etapy na zdjęciach, żeby otrzymać całość z rysunkiem końcowym. Zresztą ten końcowy rysunek też bardzo ładny. Tak więc jak widzisz, daję sobie radę [...]. Jeżeli będziesz chciał mi coś wysłać, to proszę o Salome Straussa, to bardziej potrzebne niż żarcie”. Warszawa, 6 III 1983. „Dużo rysuję. Miękkimi grafitami i gumką. Szukam światła. Syntezy przestrzeni otwartej (pejzaż) i zamkniętej (wnętrze). I tępię z uporem moje skłonności estetyzujące, siedziały mi w żołądku jak wrzód i nie dawały się prze drzeć na mięt no ści wi dze nia. Chcę jak n a j k r ó c e j, n a j p r o ś c i e j oddać to, co mnie zachwyca. To n a j k r ó c e j często trwa długo, ale odwaga to najważniejsze. Tak długo czekałem na moment, kiedy odezwie się we mnie namiętność mówienia z taką siłą. Widzisz, Wojtku, niby to wszystko wiedziałem, że trzeba być wiernym sobie, że nie trzeba na siłę stwarzać «nowego», że należy mówić to, co zachwyca, a jednak 191


Krzysztof Jung: kondycja poety

Poproszono mnie, abym w związku z wypadającą 11 lipca 2011 sześćdziesiątą rocznicą urodzin Krzysztofa Junga (1951–1998), niezwykłego artysty i człowieka, napisał w sposób zwięzły i przystępny o jego osobowości i jego dziele. Zadanie nie jest łatwe, ale czyż mogę się uchylać? Byłem przecież uprzywilejowanym świadkiem tego życia i dzieła. Mam świadomość wyjątkowego daru, jaki otrzymałem. W dodatku zaproszenie wyszło od redakcji portalu homiki.pl, która robi dużo dla przypomnienia Krzysztofa Junga, a w przededniu sześćdziesiątej rocznicy jego urodzin, 10 lipca, organizuje spotkanie przy jego grobie. Krzyś (tak się do niego zawsze zwracałem, tak zwracam się nadal, tak go nazywali wszyscy — od Józefa Czapskiego, starszego od niego o pół wieku, po jego uczniów, młodszych o pokolenie) był wcieleniem żywotności, życia, ciągłych poszukiwań i ciągłej przemiany w stałości. I mielibyśmy myśleć o nim, żywym, swobodnym, przy grobie? A jednak cmentarze warszawskie mają w sobie dziwny czar (żywotność — chciałoby się powiedzieć), a grób Krzysia, zaprojektowany przez Grzegorza Kowalskiego, zwieńczony wspaniałą rzeźbą Barbary Falender, Narcyzem, nagim Krzysiem, przedstawionym w całym blasku swej urody, należy do najpiękniejszych, jakie zdarzyło mi się widzieć. Ten pomnik młodo zmarłego artysty na warszawskich Powązkach Wojskowych stanowi na pewno dobre miejsce do refleksji nad życiem i dziełem Krzysztofa Junga. Kim był dla nas, jego przyjaciół, dla mnie? Od pierwszych spotkań nie miałem wątpliwości, że jest to człowiek niezwykły, ale nie przez zamykanie się w wieży z kości słoniowej, przez oderwanie od życia, od „zwykłych” ludzi. Reagował namiętnie na świat i na ludzi, w tym tkwiła jego siła. Starał się dotrzeć 204


Tło „Sylwetek politycznych”*

Książka Od Mochnackiego do Piłsudskiego ukazuje się pod tym tytułem i w tym kształcie po raz pierwszy, w ćwierć wieku od jej napisania. W formie okaleczonej przez cenzurę wyszła nakładem Instytutu Wydawniczego Znak w Krakowie w 1974 roku jako Sylwetki polityczne XIX wieku. Dziś bez znajomości ówczesnego tła niełatwo pojąć, dlaczego prezentacja krótkich sylwetek z XIX stulecia mogła stać się wydarzeniem i dlaczego dopiero obecnie, po przeszło dwóch dziesięcioleciach, ukazuje się ich pełny tekst. Książka powstała w Warszawie w latach 1971–72. Wszystkie szkice były składane do druku w „Tygodniku Powszechnym”. Dwie sylwetki — Romana Dmowskiego i Józefa Piłsudskiego — cenzura skonfiskowała w całości już w „Tygodniku”. Inne ukazywały się z ingerencjami cenzorskimi. Pierwsze teksty publikowaliśmy pod pseudonimami: Marcin Król jako Tadeusz Wawer, ja jako Franciszek Dinheim, następne pod własnymi nazwiskami. Tom, noszący tytuł Od Mochnackiego do Piłsudskiego i podtytuł Sylwetki polityczne XIX wieku, składający się z dwudziestu szkiców i przedmowy prof. Henryka Wereszyckiego, najpierw czekał na zatwierdzenie przez ministerstwo w planie wydawniczym Znaku, potem długo leżał w cenzurze, która w rezultacie skonfiskowała w całości pięć sylwetek: Adama Gurowskiego, Henryka Rzewuskiego, Bolesława Limanowskiego, Romana Dmowskiego i Józefa Piłsudskiego (a więc również *

Posłowie do: Wojciech Karpiński, Marcin Król, Od Mochnackiego do Piłsudskiego. Sylwetki polityczne XIX wieku, Warszawa, Świat Książki, 1997.

207


Wprowadzenia do „Książek zbójeckich”

Do pierwszego wydania — Londyn 1988 Zacząłem układać książkę o pisarzach emigracyjnych pamiętną jesienią 1980 roku. Do czasu „Solidarności” wymienianie drukiem choćby nazwisk wielu bliskich mi twórców spotykało się z zakazem cenzury. Ich dzieła nie istniały — często nie istnieją do dziś — w oficjalnym obiegu. Dopiero powstanie tego wielkiego ruchu społecznego i związane z nim Polskie Odrodzenie przyczyniło się do zmiany sytuacji. Chciałem wywiązać się z długu wdzięczności wobec tych, którzy naznaczyli młodzieńczą wrażliwość i nadal są mi szczególnie bliscy. Narzucało się siedem nazwisk: Jerzy Stempowski, Józef Czapski, Aleksander Wat, Witold Gombrowicz, Czesław Miłosz, Gustaw Herling-Grudziński, Konstanty Jeleński. Układam ich, tutaj i w rozdziałach książki, w kolejności dat urodzenia, nie zaś moich spotkań z ich dziełami czy siły ich oddziaływania. Gdy we wrześniu 1981 wylatywałem do Stanów Zjednoczonych, sądziłem, że pozostaje jeszcze parę rozdziałów, z którymi po powrocie do Warszawy zdołam się uporać w kilka tygodni, najwyżej kilka miesięcy. Okazałem się naiwny niczym Hans Castorp. Zmieniały się miejsca postoju, punkty obserwacyjne. Kontynuowałem pracę w Paryżu. Gdy zaczynałem pisać Książki zbójeckie, nie były jeszcze wydane Zbiegi okoliczności Jeleńskiego ani Świat na haku i pod kluczem i Dziennik bez samogłosek Wata, ani Tumult i widma i Dzienniki, wspomnienia, relacje Czapskiego, ani trzeci tom Dziennika pisanego nocą Herlinga-Grudzińskiego, gdy to piszę, nie ukazał się jeszcze tom czwarty. Nie istniały wówczas ani Nieobjęta ziemia, ani Kroniki Miłosza, a przecież już pojawiają 219


Prywatna historia wolności*

W Prywatnej historii wolności przedstawiam poszukiwanie wolności przez konkretną osobę, jej autora, w konkretnym miejscu, w Polsce lat siedemdziesiątych, między grudniem 1970 a grudniem 1981. Tak było. Poszczególne rozdziały książki powstawały podczas tamtej dekady. Nie wprowadzałem zmian. Postaram się w skrócie powiedzieć, kto gdzie kiedy i dlaczego tę Prywatną historię wolności pisał. Mam nadzieję, że nie tracąc swego prywatnego charakteru, stanie się przez to bardziej zrozumiała. * A było tak: „Urodzony w niewoli, okuty w powiciu” (rocznik 1943)... Nie, inaczej powinienem zacząć. Od wczesnych lat miałem poczucie sztuczności i fałszywości oficjalnego świata i oficjalnego języka. Mój świat, a w każdym razie jego ważna część, był inny, toczył się gdzie indziej, domagał się innego języka, innych miał bohaterów i przeciwników, inne autorytety moralne i intelektualne, inną klasykę, inną awangardę. Czy spowodowały to przede wszystkim cechy charakteru, czy ówczesne uwarunkowania polityczno-kulturalne, a zapewne jedno i drugie w trudnym do wydzielenia stopniu, interesowałem się innymi pi sa rza mi współ cze sny mi niż ci ofi cjal nie wy no sze ni na świeczniki, innymi także niż czytani przez moich rówieśników. Inaczej patrzyłem na teraźniejszość i czego innego szuka*

Przedmowa do: Wojciech Karpiński, Prywatna historia wolności, Warszawa, Iskry, 1997.

228


Spis rzeczy

Wspomnienia z Wyspiańskiego / 7 Promieniowanie Muratowa / 33 Czytanie Chiaromontego / 42 Polskie twarze Prometeusza / 60 Jerzy Giedroyc: kustosz pamięci / 73 Redaktor i krytyk: Giedroyc i Jeleński / 81 Zwycięstwo Giedroycia / 92 Jerzy Stempowski: talizmany niespiesznego przechodnia / 95 Wnętrze Czapskiego: krew i słońce / 108 „Wybrane strony” Czapskiego / 117 Polowanie z ogarami (na śmierć Miłosza) / 120 G. H. G.: droga i dom / 123 Spotkania (na śmierć Herberta) / 129 Wolny człowiek (o dzienniku Zygmunta Mycielskiego) / 132 Paweł Hertz: podróże i rozmowy / 136 Krzyś / 167 Obrazy, sny, obłoki (z listów Krzysztofa Junga) Krzysztof Jung: kondycja poety / 204 Tło „Sylwetek politycznych” / 207 Wprowadzenia do „Książek zbójeckich” Prywatna historia wolności / 228 Indeks nazwisk / 241

/ 219

/ 191

Wojciech Karpiński, Twarze  

"Twarze" Wojciecha Karpińskiego to duchowa autobiografia rozpisana na szereg portretów szczególnie mu bliskich twórców, dawnych i współczesn...

Wojciech Karpiński, Twarze  

"Twarze" Wojciecha Karpińskiego to duchowa autobiografia rozpisana na szereg portretów szczególnie mu bliskich twórców, dawnych i współczesn...

Advertisement