Page 1

PRACOWniA Struktur Mentalnych — zeszyt 5 kwiecień 2012 Warszawa


WSTĘP Piąty zeszyt Pracowni Struktur Mentalnych oddajemy po krótkiej przerwie spowodowanej bieżącymi wydarzeniami. W czasie, kiedy nie wydawaliśmy zeszytów, zorganizowaliśmy kilka bardziej bezpośrednich działań. Przejęliśmy dyskusję o otwartości Akademii, zorganizowaliśmy w galerii Turbo debatę na temat miejsc występowania oraz istoty sztuki, wspomogliśmy również – od studenckiej strony – wybory rektorskie na ASP. Przy okazji każdego wydarzenia wydawana była jednodniówka z tekstami towarzyszącymi. Nasze działania odbierane są serio, z czego bardzo się cieszymy i jesteśmy dumni. Skutkiem ubocznym takiego stanu rzeczy, są problemy z drukowaniem zeszytów.

Skończyliśmy współpracę ze szkolną drukarnią. Od piątego numeru usamodzielniamy się również w czysto materialny sposób. W bieżącym zeszycie podejmujemy problem lokalności. Piszemy o miejscach w naszym otoczeniu, charakterze i wyglądzie własnej okolicy. O przestrzeni społecznej modnej, ale też tej bardziej wstydliwej.

Łukasz Izert i Kuba Maria Mazurkiewicz


Być, nie bywać

Do szkoły to raczej na rowerze, w kawiarni przy stoliku jak za komuny, a oburzać się na ACTA. Do kościoła w berecie, w niedzielę na obiad tłusty rosół i złość przed telewizorem lub Pałacem Prezydenckim. Dwie prowizoryczne postawy, dwa obrazy funkcjonowania w rzeczywistości, które swobodnie można ze sobą przeciwstawić – czy to w mediach czy w najzwyklejszej rozmowie. I jeden i drugi prawdziwy, sam doświadczam ich na co dzień. Różnica jest jakościowa: pierwszy uchodzi za coś naturalnego, spokojnego i fajnego, natomiast drugi sam siebie ośmiesza, jest nudny i nieciekawy, a nawet szaleńczy. Wiadomo, kawiarnia fajniejsza niż bar mleczny. To bardzo błędny ogląd sytuacji czy rzeczywistości w ogóle. W tak zarysowanym modelu traktuje się ją nie jako zbiór różnorodnych lecz pojmowanych symetrycznie elementów, a jedynie rodzaj gry z mechanizmami, które dobrze jest znać – inaczej game over. Nazwałbym to jeśli nie ślepotą, to „przymykaniem oka” na świat. Nie w jakimś generalnym, abstrakcyjnym zakresie, ale tym bliskim, obejmującym to biurko, ten blok, tych ludzi z tramwaju, artykuły z gazet lub portali publicystycznych. W rzeczywistość tak jak ją rozumiem wpisują się zarazem spite w sobotę miasto, filmiki z YouTube’a jak i telewizyjne wiadomości i protesty polityczne. Wchodzi w to także ludzka mentalność, przemyśliwanie pewnych zdarzeń, wyciąganie wniosków i ich artykułowanie – nie tylko na poziomie kultury.

Nie podpisuję się pod twierdzeniem, że język artystyczny jest lepszym od innego, np. obywatelskiego czy potocznego. Może i jest modniejszy, bardziej sexy i szlachetny, ale nie zawsze celny i konieczny. Dla mnie sztuka stanowi narzędzie do komunikowania czegoś i tym samym podlega regułom komunikacji – jeśli nie ma się nic do powiedzenia, lepiej nie mówić. Tym samym jest jednym z wielu elementów rzeczywistości składającej się także z dużej ilości innych sposobów wypowiedzi, artykulacji różnych problemów. Spychanie jednych w obszar nienormalności tylko dlatego, że nie wpisują się w model modnych kawiarni z książkami, rowerami i meblościanką albo bywaniem w muzeach czy galeriach jest tak naprawdę mentalnym niedorozwojem, nieumiejętnością poradzenia sobie z najprostszymi związkami i znaczeniami – uciekaniem od rzeczywistości w monotematyczną i niezajmującą już grę oferującą jedynie pozór wolności, ustawiony świat. A jak to wygląda w świecie artystycznym? Znamienne są słowa Wilhelma Sasnala o sytuacji podczas dyskusji poświęconej nowemu numerowi Krytyki Politycznej: O ile pamiętam pierwsza osoba z publiczności, zaczęła od tego, jak właściwie ma zadać pytanie skoro cała rozmowa toczy się na poziomie niedostępnym dla przeciętnego człowieka1 No właśnie – „świat artystyczny”, a nie świat po prostu. Dodając do tego modną też wśród wielu twórców frazę „mam poglądy jako obywatel, jako artysta nie” otrzymujemy nie tyle ostre, stanowcze rozgraniczenie problemów artystycznych i społeczno-politycznych, lecz wspomnianą wcześniej kulawość w najprostszych spostrzeżeniach, chowanie się pod cieplutki, spokojny, zaśmierdły koc. Jest jakiś strach przed nieskrępowanym otwarciem się na otoczenie, życie. Ci, co to czynią wcale nie koncentrują się na wielkich ideach, palących problemach: niedoskonałościach kapitalizmu, ACTA czy wietnamskich biedakach pracujących za dolara dziennie w fabrykach z modnymi ciuchami – zerkają za to na blok lub budę z kebabem. Dobrym przykładem Wojciech Bąkowski, który mimo zdecydowanej niechęci oraz odżegnywania się od „sztuki publicystycznej”, a więc w jakiś sposób związanej z przestrzenią publiczną tworzy prace – głównie piosenki Niwei czy „Filmy mówione” – bardzo akceptujące


szeroko pojmowaną rzeczywistość, którą znakuje pozytywnie, przyjmując ją taką, jaką jest we wszystkich swych przejawach. U Bąkowskiego rzeczywistość jest w pełnym wymiarze, czuć ją, widać i słychać: czy to w słowach o rodowodzie z blokowiska, czy też brudnych, analogowych środkach wyrazu. Paradoksalnie artysta, który ucieka od obszaru społecznego, „zajmowania stanowiska”, jest bardziej „społeczny” niż niejeden z artystów deklarujących się artystą związanym z tą sferą. Sprawy społeczne, publiczne to fragment rzeczywistości, w której funkcjonujemy. Kto dostrzega

jedynie jej wycinek – lajki na Facebooku, muzea, galerie, kino Muranów, kubek ze Starbucks’a – mentalnie tylko w niej bywa.

1. Sasnal. Przewodnik Krytyki Politycznej, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008.

Janek Owczarek kwiecień 2012 trupiazupa.blogspot.com/2012/04/byc-nie-bywac.html

Opryskliwa życzliwość

Któregoś razu jechałem Marszałkowską w zapchanym tramwaju i dumałem nad mijanymi miejscami. Brak świetlistego muzeum nowoczesności – świątyni współczesnej, wynagradza wiele wielkoformatowych kapliczek rozmieszczonych wokół. Ich płachty pokrywają liczne ściany śródmiejskich budynków. Przy metrze Świętokrzyska widzę wielki baner i dmuchaną reklamę. Dalej zaklejone Domy Towarowe, opakowaną Rotundę i zasłonięty Universal. Znienawidzone plandeki i wielkoformatowe wydruki krzyczące o pędzącym, za nami i przed nami, kapitalizmie. Porozrzucane jakby przypadkowo budynki zwiększają poziom irytacji, spowodowanej niemocą poradzenia sobie, z nieustanną chyba, przestrzenną transformacją – tą postmoderną totalną. Wiek XIX, socrealizm, modernizm i wiek XXI – wszystko skłębione wzdłuż szerokiej szosy przecinającej miasto.

Emocjonalna zaduma nad losem publicznej przestrzeni narastała w mojej głowie w rytm stuku szyn. Reklamowy dizajn mieszał się w oczach ze sznurówkami na straganach i świecącymi witrynami. Młodzi żule, starzy playboye, pachnący lajfstajlowcy i podgniłe żebraczki pędzili chodnikiem. Plastyczna rzeczywistość skupiła się w samym centrum miasta. Esencjonalne życie rozlało po ulicach, ścianach i dachach. Tramwajowa szyba stała się ekranem, na którym obserwowałem obrazki łatwe do skrytykowania. Oczywiście nie jakoś krytykancko. W pełni konstruktywnie! Znane recepty napływały mi do głowy jedna po drugiej. Tak bym troszkę poddusił, lekko ułożył i wyprostował. Trochę zmodernizował i unowocześnił, trochę uspołecznił i pokolorował. Stan słusznej refleksji, nad brzydotą, aspołecznym charakterem miejsc w stolicy i brakiem wesołej przestrzeni publicznej dla – co jak co – Europejczyków,

rys. Kuba Maria Mazurkiewicz


Być, nie bywać

Do szkoły to raczej na rowerze, w kawiarni przy stoliku jak za komuny, a oburzać się na ACTA. Do kościoła w berecie, w niedzielę na obiad tłusty rosół i złość przed telewizorem lub Pałacem Prezydenckim. Dwie prowizoryczne postawy, dwa obrazy funkcjonowania w rzeczywistości, które swobodnie można ze sobą przeciwstawić – czy to w mediach czy w najzwyklejszej rozmowie. I jeden i drugi prawdziwy, sam doświadczam ich na co dzień. Różnica jest jakościowa: pierwszy uchodzi za coś naturalnego, spokojnego i fajnego, natomiast drugi sam siebie ośmiesza, jest nudny i nieciekawy, a nawet szaleńczy. Wiadomo, kawiarnia fajniejsza niż bar mleczny. To bardzo błędny ogląd sytuacji czy rzeczywistości w ogóle. W tak zarysowanym modelu traktuje się ją nie jako zbiór różnorodnych lecz pojmowanych symetrycznie elementów, a jedynie rodzaj gry z mechanizmami, które dobrze jest znać – inaczej game over. Nazwałbym to jeśli nie ślepotą, to „przymykaniem oka” na świat. Nie w jakimś generalnym, abstrakcyjnym zakresie, ale tym bliskim, obejmującym to biurko, ten blok, tych ludzi z tramwaju, artykuły z gazet lub portali publicystycznych. W rzeczywistość tak jak ją rozumiem wpisują się zarazem spite w sobotę miasto, filmiki z YouTube’a jak i telewizyjne wiadomości i protesty polityczne. Wchodzi w to także ludzka mentalność, przemyśliwanie pewnych zdarzeń, wyciąganie wniosków i ich artykułowanie – nie tylko na poziomie kultury.

Nie podpisuję się pod twierdzeniem, że język artystyczny jest lepszym od innego, np. obywatelskiego czy potocznego. Może i jest modniejszy, bardziej sexy i szlachetny, ale nie zawsze celny i konieczny. Dla mnie sztuka stanowi narzędzie do komunikowania czegoś i tym samym podlega regułom komunikacji – jeśli nie ma się nic do powiedzenia, lepiej nie mówić. Tym samym jest jednym z wielu elementów rzeczywistości składającej się także z dużej ilości innych sposobów wypowiedzi, artykulacji różnych problemów. Spychanie jednych w obszar nienormalności tylko dlatego, że nie wpisują się w model modnych kawiarni z książkami, rowerami i meblościanką albo bywaniem w muzeach czy galeriach jest tak naprawdę mentalnym niedorozwojem, nieumiejętnością poradzenia sobie z najprostszymi związkami i znaczeniami – uciekaniem od rzeczywistości w monotematyczną i niezajmującą już grę oferującą jedynie pozór wolności, ustawiony świat. A jak to wygląda w świecie artystycznym? Znamienne są słowa Wilhelma Sasnala o sytuacji podczas dyskusji poświęconej nowemu numerowi Krytyki Politycznej: O ile pamiętam pierwsza osoba z publiczności, zaczęła od tego, jak właściwie ma zadać pytanie skoro cała rozmowa toczy się na poziomie niedostępnym dla przeciętnego człowieka1 No właśnie – „świat artystyczny”, a nie świat po prostu. Dodając do tego modną też wśród wielu twórców frazę „mam poglądy jako obywatel, jako artysta nie” otrzymujemy nie tyle ostre, stanowcze rozgraniczenie problemów artystycznych i społeczno-politycznych, lecz wspomnianą wcześniej kulawość w najprostszych spostrzeżeniach, chowanie się pod cieplutki, spokojny, zaśmierdły koc. Jest jakiś strach przed nieskrępowanym otwarciem się na otoczenie, życie. Ci, co to czynią wcale nie koncentrują się na wielkich ideach, palących problemach: niedoskonałościach kapitalizmu, ACTA czy wietnamskich biedakach pracujących za dolara dziennie w fabrykach z modnymi ciuchami – zerkają za to na blok lub budę z kebabem. Dobrym przykładem Wojciech Bąkowski, który mimo zdecydowanej niechęci oraz odżegnywania się od „sztuki publicystycznej”, a więc w jakiś sposób związanej z przestrzenią publiczną tworzy prace – głównie piosenki

zciweikruzaM airaM abuK .syr


szeroko pojmowaną rzeczywistość, którą znakuje pozytywnie, przyjmując ją taką, jaką jest we wszystkich swych przejawach. U Bąkowskiego rzeczywistość jest w pełnym wymiarze, czuć ją, widać i słychać: czy to w słowach o rodowodzie z blokowiska, czy też brudnych, analogowych środkach wyrazu. Paradoksalnie artysta, który ucieka od obszaru społecznego, „zajmowania stanowiska”, jest bardziej „społeczny” niż niejeden z artystów deklarujących się artystą związanym z tą sferą. Sprawy społeczne, publiczne to fragment rzeczywistości, w której funkcjonujemy. Kto dostrzega jedynie jej wycinek – lajki na Facebooku, muzea, ga-

lerie, kino Muranów, kubek ze Starbucks’a – mentalnie tylko w niej bywa. 1. Sasnal. Przewodnik Krytyki Politycznej, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008.

Janek Owczarek kwiecień 2012 trupiazupa.blogspot.com/2012/04/byc-nie-bywac.html

Opryskliwa życzliwość

Któregoś razu jechałem Marszałkowską w zapchanym tramwaju i dumałem nad mijanymi miejscami. Brak świetlistego muzeum nowoczesności – świątyni współczesnej, wynagradza wiele wielkoformatowych kapliczek rozmieszczonych wokół. Ich płachty pokrywają liczne ściany śródmiejskich budynków. Przy metrze Świętokrzyska widzę wielki baner i dmuchaną reklamę. Dalej zaklejone Domy Towarowe, opakowaną Rotundę i zasłonięty Universal. Znienawidzone plandeki i wielkoformatowe wydruki krzyczące o pędzącym, za nami i przed nami, kapitalizmie. Porozrzucane jakby przypadkowo budynki zwiększają poziom irytacji, spowodowanej niemocą poradzenia sobie, z nieustanną chyba, przestrzenną transformacją – tą postmoderną totalną. Wiek XIX, socrealizm, modernizm i wiek XXI – wszystko skłębione wzdłuż szerokiej szosy przecinającej miasto.

Emocjonalna zaduma nad losem publicznej przestrzeni narastała w mojej głowie w rytm stuku szyn. Reklamowy dizajn mieszał się w oczach ze sznurówkami na straganach i świecącymi witrynami. Młodzi żule, starzy playboye, pachnący lajfstajlowcy i podgniłe żebraczki pędzili chodnikiem. Plastyczna rzeczywistość skupiła się w samym centrum miasta. Esencjonalne życie rozlało po ulicach, ścianach i dachach. Tramwajowa szyba stała się ekranem, na którym obserwowałem obrazki łatwe do skrytykowania. Oczywiście nie jakoś krytykancko. W pełni konstruktywnie! Znane recepty napływały mi do głowy jedna po drugiej. Tak bym troszkę poddusił, lekko ułożył i wyprostował. Trochę zmodernizował i unowocześnił, trochę uspołecznił i pokolorował. Stan słusznej refleksji, nad brzydotą, aspołecznym charakterem miejsc w stolicy i brakiem wesołej przestrzeni publicznej dla – co jak co – Europejczyków,


przerwał dyszący mi w plecy przypakowany facet. Mówi do telefonu: „Jadę zajebanym tramwajem – samymi pewnie, kurwa, rdzennymi Warszawiakami!”. Żywe stwierdzenie stołecznego patrioty celnie trafiło w mętlik powoli powstający w mojej głowie. Otrzeźwiło kolonizatorskie zapędy. Kropla potu spłynęła po plecach. Nie wiem, czy z powodu tłoku. Może jednak jej przyczyną było przypomnienie sobie, że podobnie jak większość pasażerów, faktycznie nie jestem z Warszawy. Była to być może kropla obawy, albo, co pewniejsze, wstydliwej skruchy. W jednym momencie przed oczyma przesunęło mi się kilka obrazów mazowieckiej wsi, w której się wychowałem. Rozgrzana słońcem szosa obrośnięta trawami z obu stron. Mijane po drodze pstrokate domki i „Dzień dobry!” do napotkanych mieszkańców. Niepewny przyjazd rowerem do sklepu otoczonego przez grupkę lokalsów. Pani w sklepie może nie tak miła, jak sprzedawca kawy w topowej kawiarni, albo organizatorzy wesołego, letniego wydarzenia w publicznej przestrzeni. Mimo to jej opryskliwość wydaje się bliższa człowiekowi, niż sztuczna otwartość i sformatowana życzliwość w różnorodnych miejscach typu „pro”. Zapewne podobne przeżycie bliskości, lokalności i bezpośredniego, żywego – nie zawsze super miłego i grzecznego – kontaktu, mają ludzie pochodzący z innych miejsc. Z blokowisk, centr dużych i małych miast, czy z każdego miejsca, które jest dla nich bliskie. Zrozumiałym wydaje się podskórne pragnienie poprawy sytuacji życiowej, wyglądu otoczenia, w którym się przebywa i relacji między ludźmi. Jednak samo zwracanie uwagi na formę tego otoczenia, zewnętrzne przejawy stykania się ludzi, takie jak życzliwość przy niezobowiązującym spotkaniu, albo obawa przed urażeniem kogoś, na dłuższą metę powodują tylko narastanie nieporozumienia. Jeśli nie zwracamy uwagi na naprawdę poważne różnice w swoich przemyśleniach i wyobrażeniach, nawet tych dotyczących powszednich spraw, nie uda się nam w pełni porozumieć, a tym samym zbudować publicznej przestrzeni.

Działania, które podejmowane są w celu zmodernizowania, czy uspołecznienia tejże przestrzeni ograniczają się zwykle do wizualnego przybliżania miejskiego otoczenia (bo też ograniczone jest to raczej do dużych miast). Robienia, z poszczególnych miejsc, czegoś na kształt domu, czegoś przyjaznego. Zapewne jest to, w pewnym stopniu, przydatne. Jednak najczęściej takie ulepszanie jedynie ukrywa najpoważniejszy problem – brak zaczepienia ludzi we własnej okolicy. We wsi, społeczności, mieście, kraju itd. Nie można poczuć się, jak w domu, w miejscu, które jedynie wygląda jak dom. Uda się to dopiero, kiedy będzie się myślało o nim, jak o domu. Bycie u siebie to przenikliwe i wyrozumiałe zobaczenie, jak wygląda okolica. Po pierwsze dogłębne zrozumienie zastanej sytuacji. Później podjęcie ciężkiej pracy przy oddolnej zmianie – zaczynając od siebie samego. Pozbywanie się klapek standardowych aspiracji i gotowych wyobrażeń, nadbudowanych przez niepoważną łatwość zmian samych form. Istotą zmiany oddolnej jest otwarcie myślenia i nieskrępowane mówienie, o rzeczach ważnych dla każdego człowieka z osobna. Myślenia i mówienia przez każdego konkretnego człowieka.

Kuba Maria Mazurkiewicz kwiecień 2012 mazurkiewicz.gablotakrytyki.pl/1128


KOMUNIKACJA > DEKORACJA Reklama rządzi w przestrzeni publicznej Warszawy. Bilbordy, llightboxy, banery, plandeki, ekrany, balony, oprócz informowania i zachwalania produktów, uczą dziś wzorów stylu i zachowań, w które zachęcają się wpisywać. Reklama stała się dominującym w przestrzeni publicznej nośnikiem współczesnej filozofii życia. Filozofii powierzchownej, w której dominuje konsumowanie, zabawa i aktualnie modny sposób bycia. Towarzyszą tej sytuacji tożsamościowe kompleksy. Gdy spojrzymy na podawane nam jako wzory kolorowe kłamstwa, photoshopowe wizerunki, perfekcyjne nastroje, wieczną młodość, witalność, dostatek i bezpieczeństwo i porównamy je z naszym codziennym życiem, powstaje wielka przepaść. Sporadyczne instalacje, murale, wlepki, szablony, ozdobne napisy i masa nieczytelnych bazgrołów to wciąż słaba konkurencja dla całej rzeszy wielkoformatowych nośników reklamowych i piętrzących się tablic przy trasach wylotowych. Pojawia się problem przekazu, który w wypadku reklamy jest zawsze wyraźny, a u opozycji rozmywa się często w estetycznych formach. Ulica wymaga podejścia plakatowego. Ze strony artystów brakuje konkretów. Ich działania w przestrzeni publicznej są często dalekie od rzeczywistego oddziaływania, ponieważ mentalnie wciąż pozostają w galeriach, a na interpretację ich wątłych komunikatów silą się przeważnie tylko

Miejsce tożsamości

Jakiś czas temu czytałem artykuł dotyczący zanikania barów mlecznych w Warszawie. Wiem, że właściciele i klienci narzekają na realia rynkowe, które bezlitośnie wypierają sens istnienia tych miejsc. Wiem też, że zarówno starsi ludzie jak i studenci walczą, żeby uchronić je przed zniknięciem. Cała sprawa, mówiąc

krytycy. Brakuje otwarcia na zwykłego człowieka, prób wyzwolenia swojej sztuki z postrzegania jej w kontekście świata sztuki. Wzywam do odebrania reklamie monopolu na komunikat wizualny w przestrzeni publicznej. Wzywam do współpracy artystycznych grup i środowisk, mogącej być przeciwwagą dla wysokobudżetowych kampanii reklamowych. Wzywam do walki o autentyczne postrzeganie rzeczywistości, siebie i drugiego człowieka. Zdjęcia na poprzednich stronach: Projekt HaM, który realizuję w Podziemiach Centrum w Warszawie na lightboxach dzierżawionych przez H&M to serie wlepek zaprojektowanych pod konkretne miejsce na uprzednio sfotografowanej reklamie i drukowanych na przezroczystej folii. HaM w założeniu uzupełnia stereotypowe i sztuczne przedstawienia, nadając im nowe znaczenia bądź zbli-

żając do bardziej prawdopodobnej rzeczywistości.

Łukasz Izert kwiecień 2012 izert.gablotakrytyki.pl/73

szczerze (i może brutalnie) jest dla mnie tak samo ciekawa jak i obojętna. Powód jest prosty – rzadko kiedy korzystam z tego rodzaju usług. Podobne zainteresowanie wywarłby na mnie fakt likwidacji McDonaldów, pomimo tego iż są to dwa z gruntu różne lokale gastronomiczne. Najzwyczajniej nie utożsamiam się z żadnym z nich. Właśnie… tożsamość. Każdy z nas lubi przebywać w towarzystwie ludzi podobnych do siebie. Rozmowa z osobami o zbliżonych poglądach i sposobie zachowania pozwala nam się odnaleźć, pozbyć uczucia samotności, wzmocnić przekonanie, że nasza osobowość ma swoją rację bytu. Potrzebny nam jest ten punkt odniesienia, ponieważ w pewien sposób określa naszą


tożsamość w stosunku do ogromnej masy ludzi, z którymi dzielimy przestrzeń. Dlatego wszelkie subkultury, grupy zainteresowań, zrzeszenia, stowarzyszenia, fancluby itp. twory społeczne są tak atrakcyjne. Oczywiście ludzie oprócz abstrakcyjnej przestrzeni muszą posiadać także tą realną, czyli jakieś miejsce, gdzie się spotykają lub po prostu przebywają w swoim towarzystwie. Będą to analogicznie wszelkiego rodzaju kluby, pracownie, a także teatry, kina, restauracje i… bary mleczne. Łatwo można zauważyć, że miejsca spotkań odpowiednich grup mają swój specyficzny klimat. Wszyscy wiemy w jakich miejscach najlepiej nam się spędza czas, ponieważ odpowiada nam ich estetyka, styl, wystrój, a także przekrój ludzi którzy tam przychodzą. Utożsamiamy się z pewnymi cechami, które można przypisać zarówno miejscom jak i konkretnym osobom. Bary mleczne również mają swoją tożsamość. Zapewniają ją m.in. „miłe” Panie z obsługi, starsi ludzie przychodzący regularnie na obiady, oszczędni studenci i młodzi biznesmeni z okolicznych firm, a także piękna cerata na stole, tradycyjne polskie menu i atrakcyjne, dokładne co do grosza ceny. Bary mleczne przenoszą nas w przeszłość, utożsamiając to, co kojarzy nam się ze starą Warszawą. Są to miejsca zwykłe, naturalne i proste, w jak najlepszym znaczeniu tego słowa. Trudno sobie jednak wyobrazić, żeby na przykład młoda, ambitna i nowoczesna specjalistka marketingu, pracująca w zagranicznej korporacji utożsamiała się z jakimkolwiek barem mlecznym. W świecie sushi, zdrowej, ekologicznej (i drogiej) żywności, kubków kawy z Coffee Heaven i lodów z McDonalda zwykły kotlet z ziemniakami i surówką nie wygląda już tak atrakcyjnie. Zwłaszcza jeśli Pani z obsługi nie ma srebrnej tabliczki z imieniem, a zamiast pięknego uśmiechu może nam jedynie zaproponować oschłe „schabowy!”. No i to jedzenie wśród starszych osób, które przypominają o tym, że młodość się w końcu kończy… coś strasznego. W naszym konsumpcyjnym świecie coraz więcej osób mniej lub bardziej świadomie tworzy swój wizerunek, traktując się jako towar, który trzeba odpowiednio zareklamować i sprzedać. Wiąże się to m.in.

z przebywaniem w modnych, eleganckich miejscach i w atrakcyjnym towarzystwie. Stołowanie się w barach mlecznych byłoby dla takich ludzi złym PR’em, powodem do wstydu, dziadostwem, strzałem w kolano. Tych natomiast którzy się utożsamiają z takimi miejscami i lubią z nich korzystać jest już coraz mniej. Rozumiem w pewien sposób walkę o bary mleczne, ale myślę, że ciężko wymagać od świata, żeby się zatrzymał i cofnął. Obecnie ludzie mogą korzystać w Warszawie z ofert dziesiątek restauracji, pizzerii, fast foodów, czy dietetycznego cateringu i to nie wychodząc z domu. Każdy z tych lokali, jeśli chce się utrzymać na rynku, musi aktywnie się reklamować, dbać o wystrój, wizerunek i miła obsługę. Bary mleczne są pozbawione całej tej marketingowej otoczki, i mimo iż kilka z nich cieszy się naprawdę duża popularnością i nie narzeka na brak klienteli, to możliwe, że za jakiś czas znikną wszystkie. Myślę, że szansą na zachowanie tożsamości tych miejsc jest stworzenie czegoś nowego, co będzie do nich nawiązywać charakterem, ale przystosuje się do obecnych realiów. Moim zdaniem lokale typu 4/8/24, jak np. Bar Warszawa, są ciekawym przykładem tego jak można wykorzystać ten potencjał, a ich popularność wyznacznikiem ilości osób, które utożsamiają się z podobnym klimatem. Problemem mogą być natomiast ceny, które dla wielu osób korzystających z barów mlecznych będą już za wysokie. Walczącym życzę zatem powodzenia, a na koniec chciałbym pozostawić luźną refleksję – czy jesteśmy w stanie stworzyć lokale o tak mocnej tożsamości, żeby przetrwały swoje czasy i żeby ktoś chciał o nie kiedyś walczyć? Czy może w świecie budek z kebabami i cheeseburgerów po 4 złote nie ma już takiej potrzeby?

Michał Zając kwiecień 2012 teksty.gablotakrytyki.pl/406


Zeszyt 5 wydany przez Pracownię Struktur Mentalnych kwiecień 2012, Warszawa Redakcja: Kuba Maria Mazurkiewicz (kuba.mazurkiewicz@gmail.com) Łukasz Izert (lukasz.izert@gmail.com) Współpraca: Janek Owczarek, Michał Zając, Gablota Krytyki (www.GablotaKrytyki.pl) Opracowanie graficzne, skład i łamanie: Kuba Maria Mazurkiewicz Oprawa: Michalina Dąbrowska i Łukasz Izert Wydanie 1 Nakład: 100 egzemplarzy Tekst główny złożono krojem Antykwa Półtawskiego 10 pt (www.jmn.pl)


Zeszyt 5 Pracowni Struktur Mentalnych  

Zeszyt poświęcony problemom przestrzeni publicznej.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you