Issuu on Google+

dzi eci ęca a k a de m i a f u tbolu s. 8-9

Nr 11 (203) lRok XVII listopad 2012 r. lISSN 1426 0190 Indeks 334 766 lwww.echo.erzeszow.pl Cena 2 zł, VAT 5% Miesięcznik Towarzystwa Przyjaciół Rzeszowa

Okrągła kładka nad skrzyżowaniem alei Piłsudskiego z ul. Grunwaldzką jest już na ukończeniu. Uroczyste otwarcie nastąpi 17 listopada. Fot. Józef Gajda.

pr e z y de nck i e konsu ltacje

Prezydent Tadeusz Ferenc, prowadzi doroczną konsultację z mieszkańcami poszczególnych osiedli swojego projektu budżetu na rok przyszły. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyż powtarza to corocznie, każdorazowo rozliczając się z bieżących poczynań urzędników magistrackich i poszczególnych jednostek zadaniowych miasta. Wsłuchuje się także uważnie w to, co boli mieszkańców, doskwiera im w codziennym życiu i co chcieliby zmienić. Ale zaskakuje mnie prowadzona bodaj od dwóch lat niczym nieuzasadniona kampania antyferencowska. Pojawia się zjadliwa krytyka zarówno idei tych spotkań konsultacyjnych, jak i samego ich przebiegu. A już używanie na te spotkania określeń typu cyrk Ferenca jest tak samo trafne i finezyjne, jak nazwanie beczki kapusty primabaleriną. Można rzeczywiście nie pojmować tego medialnego kociokwiku, prowadzonego wyłącznie dla samego przyłożenia prezydentowi. To niby jak ma kontaktować się z mieszkańcami, jeśli nie poprzez spotkania bezpośrednie, w czasie których każdy może swobodnie wypowiadać się bez żadnych ograniczeń? Ponadto mieszkańcy mają prawo do usłyszenia, co w mieście zrobiono, a co się zamierza zrobić. Myślałem dotychczas, że najbardziej agresywna w swojej irracjonalnej zaciekłości jest stasrzejąca się panna na diecie, przed menstruacją i rzucająca jeszcze palenie. Ale to przy niektórych przedstawicielach naszych mediów lokalnych małe piwo. Przebili takie egzystencjalne zjawisko. Przy sposobności przypina się prezydentowi jakieś przyjaźnie szemrane, złych i nieporadnych doradców, co ma zaświadczać o rzekomych słabościach. Nie osądzajcie człowieka według przyjaciół jego, nawet tych przyszywanych mu. Przecież Judasz Iskariota miał zupełnie przyzwoitych i cnotliwych przyjaciół i co z tego? Wbrew czarnowidzącym wieszczom i ich przepowiedniom ludzie na spotkania z prezydentem licznie przychodzą, bo chcą przychodzić. Nie słyszałem o żadnym doprowadzaniu kogoś siłą. Przychodzą, ponieważ są ciekawi, co prezydent zamierza w ich osiedlu i mieście dokonać. I wcale te spotkania nie są takie uładzone. Ludzie potrafią

bronić swoich racji bez zbędnych i fałszywych adwokatów. Potrafią ta k ż e sfor mu łować własną wizję swojego otoczenia, która nie zawsze musi pokrywać się z tą magistracką. Bywam na tych spotkaniach, ale nie spotkałem się jeszcze z żadnym przypadkiem lekceważenia kogokolwiek zabierającego głos. Natomiast regułą jest rzeczowa argumentacja i dochodzenie do jakiegoś rozsądnego rozwiązania. I to Spotkanie prezydenta z mieszkańcami osiedla Załęże. zarówno w sprawach z pozoru drobnych, a Na tych spotkaniach odcisnęło jakieś piętno uprzednie na kluczowych kończąc. Nie chcieli niektórzy mieszkańcy majstrowanie przy statutowych regulacjach związanych z Miłocina i północnej Baranówki drogi, nikt im jej nie przeprowadzeniem wyborów samorządu osiedlowego i jego wciska na siłę. Znaleziono inne rozwiązanie. Chcą inni zakresu uprawnień. Skonfliktowało to większość rad osiedodatkowy chodnik w osiedlowym parku, będą mieli. Nie dlowych z Radą Miasta, a zwłaszcza jej Komisją Porządku miejsce tu na omawianie przebiegu poszczególnych spotkań Publicznego i Współpracy z Samorządem. Zresztą zupełnie i ich efektów. Na to przyjdzie czas podsumowań. Ale nie niepotrzebnie. Zniesmaczone jednostki samorządu zaczęły można obojetnie przechodzić obok prób zdyskredytowania zerkać w kierunku prezydenta i u niego szukać wsparcia dla sensu tych konsultacji i wręcz ich ośmieszania. swoich racji samorządowych. Kłania się tu parlamentarne Jestem przekonany, że gdyby takich spotkań nie było, nieróbstwo, bowiem już od kilku lat krąży po sejmowych rozległby się jazgot, że władza miejska unika konsultacji z komisjach, biurkach, a nawet półkach projekt ustawy, obywatelami, bo z pewnością boi się konfrontacji bezpośred- która ma precyzyjnie określić rolę, kompetencje i miejsce niej, z pewnością coś przed mieszkańcami ukrywa. Można samorządu mieszkańców w całej strukturze władzy. Chodzi formułować przeróżne farmazony wedle z góry założonej o to, aby nie był to przysłowiowy kwiatek do kożucha, a tezy, gdyż jak mawiał pewien klasyk, nauka radziecka zna realne przedłużenie władzy przedstawicielskiej do obywateli. takie przypadki, ale warto przynajmniej starać się unikać w Intencja szczytna i pragmatyczna, lecz, niestety, obecnie tym śmieszności, zapyziałej zaściankowosci i wręcz głupoty. wyłącznie hipotetyczna. Lepiej skupić się na merytorycznej sferze przebiegu spotkań. Roman Małek


2

ECHO RZE­SZO­WA

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

Ustawa o kredycie konsumenckim sprawiła, że lichwa stała się w Polsce całkowicie legalna. Jeżeli tylko firma się do tego przyzna, państwo pozwoli jej działać. Ogłoszeń o chwilówkach, czy kredytach od ręki jest teraz pełno. Najczęściej wiszą na słupach oświetleniowych, czy rozpropagowywane są na ulotkach. Jak podaje TVN, ludzi przyciąga łatwość uzyskania pieniędzy. Jednak mało kto sprawdza, co jest Zdzisław DARAŻ napisane małym drukiem, a tam zdarzają się przypadki oprocentowania w skali roku sięgającego kilkudziesięciu tysięcy procent (sic!). Ci, którzy decydują się na takie pożyczki muszą wiedzieć, że wpadają w ręce lichwiarzy. Mamy więc do czynienia, z jednej strony ze wzrostem liczby ludzi potrzebujących pomocy państwa, choć maleje liczba uprawnionych do takiej pomocy (brak waloryzacji progów dochodowych), z drugiej zaś dość szybko rosnącą liczbę bogaczy. Mimo oczywistych statystyk pokazujących jak bardzo sukces na zdominowanym przez korporacje i wielkie firmy rynku jest trudny i obciążony ryzykiem, trwa propaganda każąca widzieć w drobnych przedsiębiorcach koło zamachowe gospodarki.

KOMENTARZE

bezkarna lichwa

Dodatkowym czynnikiem deklasacji osób aspirujących do klasy średniej jest kryzys zadłużenia. Obok dochodu nominalnego, przy ocenie poziomu życia gospodarstw domowych, należy uwzględniać tzw. dochód rozporządzalny. Rodziny o stosunkowo wysokich dochodach mogą wydać na bieżące potrzeby życiowe jedynie niewielką część dochodu, gdyż resztę zabiera bank, albo komornik. Z raportu przygotowanego na podstawie danych firmy windykacyjnej KRUK wynika, że średnio dłużnicy są winni niemal 4 tys. zł. Natomiast statystyczny Kowalski zalega na kwotę – 2 935 zł. W zdecydowanej większości długi te powstały w wyniku niespłacania rat pożyczek i kredytów gotówkowych, zadłużenia na kartach kredytowych, zalegania ze spłatą rat za sprzęt RTV czy AGD, nieuregulowanych rachunków za telefon lub kablówkę. Według raportu szybko rośnie średnie zadłużenie gospodarstw domowych. Ponad 17 proc. kredytów konsumpcyjnych nie jest spłacanych, podczas gdy rok wcześniej ten wskaźnik wynosił 13 proc. To logiczne, skoro z badań wynika, że 17 proc. polskich rodzin przeznacza co miesiąc na spłatę stałych zobowiązań ponad 50 proc. swoich przychodów. Osoby i rodziny, które wpadły w spiralę zadłużenia i często nigdy już nie będą w stanie swoich długów spłacić, są postawione w sytuacji bez wyjścia. Każdy ich zarobek zostanie zajęty przez komornika, który te zajęte dochody będzie przekazywał na poczet swoich kosztów oraz spłaty odsetek od zadłużenia. W ten sposób, pomimo spłaty, kwota zadłużenia nie maleje. Rodziny te są skazane na życie w ubóstwie, tym bardziej, jeśli mamy do czynienia z długiem solidarnym (zadłużenie czynszowe), obciążającym także dorosłe uczące się dzieci, wierzytelnością obciążającą oboje małżonków, lub długiem nabytym w spadku. Leszek Sadkowski, Maciej Goniszewski dodatkowo wyjaśniają „Popularna Encyklopedia Powszechna” wydana w Warszawie w 2002 roku podaje: „lichwa – przestępstwo uregulowane według kodeksu karnego, polegające na wyzyskiwaniu przymusowego położenia innej osoby przez zawarcie umowy nakładającej na tę osobę obowiązek świadczenia rażąco niewspółmiernego w porównaniu ze świadczeniem wzajemnym”. O ile w Polsce od momentu wprowadzenia ustawy o kredycie konsumenckim nie jest to przestępstwo, o tyle reszta definicji zgadza się. Provident wyzyskuje to, że wielu Polaków nie może wziąć kredytu w banku, bo nie spłacają już zaciągniętych zobowiązań. Nakłada też na nich świadczenia rażąco odbiegające od standardu rynkowego. Jako przykład niech posłuży pożyczka 5 tys. zł na 19 miesięcy. Osoba decydująca się na kredyt w Providencie zapłaci co tydzień 120 zł, co daje miesięcznie 480 zł. Po 90 tygodniach odda Providentowi 10 tys. 800 zł. Dla porównania wybrałem Bank Pocztowy. W porównywarce kredytowej nie miał najkorzystniejszej oferty, ale podobnie jak Provident proponuje klientom bardzo łatwy dostęp do swoich punktów. Miesięczna rata wynosi 300 zł, więc po 19 miesiącach (90 tygodniach) oddamy bankowi 5 tys. 700 zł. Jak z tego wynika, w banku można wziąć kredyt oprocentowany w skali 19 miesięcy na poziomie 14 proc., podczas gdy Provident pobiera za ten sam okres 116 proc. Jest więc to oferta spełniająca słownikową definicję lichwy – dla osoby w przymusowym położeniu i „nakładająca na tę osobę obowiązek świadczenia rażąco niewspółmiernego w porównaniu ze świadczeniem wzajemnym”. W Polsce obowiązuje wprawdzie ustawa antylichwiarska, określająca maksymalną wysokość oprocentowania kredytu, ale tylko oprocentowania, a to nie jedyny koszt, jakim firmy pożyczkowe obciążają pożyczającego. Provident każe sobie płacić dodatkowo za przygotowanie oferty, zabezpieczenie i obsługę domową. Dzięki temu oferta Providenta jest zgodna z prawem.

INTERESUJĄCE Podkulski dotrzymuje słowa

Galeria Rzeszów powstało w samym sercu Rzeszowa, przy skrzyżowaniu ulic wylotowych do Krakowa, Lublina i Warszawy, w sąsiedztwie najważniejszych instytucji w mieście. Niespotykane dotąd możliwości w samym centrum Podkarpacia. Dziesiątki tysięcy klientów. Splot biznesu, rozrywki i handlu. Najbardziej pożądane miejsce w Rzeszowie. Całkowita powierzchnia komercyjna 40 000 m kwadr., parking wielopoziomowy na 1200 miejsc. Przewidywane są następujące funkcje: powierzchnie handlowe, hotel Rzeszów, centrum konferencyjne, multikino, restauracja widokowa.

CENTRUM BADAWCZE Baza naukowo-dydaktyczna Uniwersytetu Rzeszowskiego jest w szybkim tempie rozbudowywana. Obecnie trwają przygotowania do rozpoczęcia budowy nowego gmachu, w którym mieścić się będzie Podkarpackie Centrum Innowacyjno-BaGaleria Rzeszów nocą. Fot. Józef Gajda. dawcze Środowiska. Obiekt o powierzchni prawie 900 m kw. powstanie w campusie uczelni w Zalesiu, a kosztować będzie 9,4 mln zł. Znajdą się w nim sale wykładowe i ćwiczeniowe oraz laboratoria, wyposażone w specjalistyczny sprzęt do badań gleby, wody i powietrza. Korzystać z niego będą studenci kierunków biologii i ochrony środowiska studiujący na Wydziale Biologiczno-Rolniczym uniwersytetu. Działa tu już 20 jednostek organizacyjnych, w tym: Katedra Agrobiologii i Ochrony Środowiska, Biochemii i Biologii Komórki, Biologii Środowiska, Biotechnologii i Mikrobiologii. Nowy obiekt ma być przekazany do użytku w 2014 roku. Kazimierz Lesiecki

JUBILACI Prezydent Rzeszowa, Tadeusz Ferenc, wręczył kolejne medale za długoletnie pożycie małżeńskie 14 parom. Wśród udekorowanych było 5 par z osiedla Zwięczyca. W uroczystości uczestniczył przewodniczący Rady Osiedla, Janusz Micał, bowiem Jubilaci to osoby bardzo zaangażowane w pracy na rzecz tamtejszego osiedla.

Jubilaci ze Zwięczycy z prezydentem Ferencem. Fot. Józef Gajda.

62. rok akademicki 5 października br w najstarszej uczelni technicznej Podkarpacia, Politechnice Rzeszowskiej im. Ignacego Łukasiewicza, odbyła się inauguracja 62. roku akademickiego. Nowy rektor, prof. dr hab. inż. Marek Orkisz, mówił o planach rozwoju uczelni i dążeniu do tworzenia nowych kierunków studiów zgodnie z potrzebami regionu i kraju. Będą modyfikowane programy nauczania tak, aby absolwenci byli wyposażeni nie tylko w wiedzę teoretyczną, ale też dobrze przygotowani do pracy. W tym roku PRz kształcić będzie ponad 16 tys. studentów na 26 kierunkach. Przy okazji warto odnotować i pogratulować ukazania się kolorowego już czasopisma uczelni. „Gazeta Politechniki” od początku swego istnienia pełni nie tylko ważną rolę informacyjną, ale także promocyjną i integracyjną, wrosła w życie naszej uczelni i codzienność jej pracowników, pisze we wstępie Marta Olejnik, redaktor naczelny „GP”.

Tekst i fot. Józef Gajda

Immatrykulacji dokonuje nowowybrany rektor, prof. Marek Orkisz.

PRZYTUPY MIEJSKIE NIEZBĘDNA KINDERSZTUBA Turystyczna Trasa Podziemna jest bez wątpienia rzeszowską atrakcją. Pod warunkiem jednak, że nie spieprzą jej wyrobnicy od oprowadzania. A coś takiego przytrafiło się w październiku. Do naszego grodu zjechali radzić nie tylko z kraju lekarze specjaliści w sile około setki. W programie były także atrakcje turystyczne. Jedną z grup opiekował się w charakterze Cicerone z PTTK, jeden z bardziej doswiadczonych przewodników. Dotelepali się do trasy podziemnej z 12-minutowym opóźnieniem, gdyż ruch utrudniali biegacze uliczni. Jakież było jego zdumienie, gdy z podziemi wyszli zdecydowanie zniesmaczeni. Nie tym co ujrzeli, lecz tym co usłyszało to zacne doktorskie grono. Otóż podziemny przewodnik, ponoć niejaki Łukasz, gdyż nie raczył przedstawić się, na dzień dobry obsobaczył ich jak jakichś pętaków za spóźnienie i za karę wiódł ich po piwnicach w sprinterskim tempie i emanującą z niego łaską wielkopańską strojną w gbura. Ale przecież mógł ich też wywalić bez oprowadzenia. A co! Ileż ten przewodnik po mieście musiał później natrudzić się, aby to paskudne wrażenie jakoś zatrzeć. Do końca chyba jednak nie udało

,

się. Może warto staranniej dobierać przewodników, aby nie spieprzyć gościnnego wrażenia i walorów trasy?

URZĘDNICY NA PEDAŁACH W rzeszowskim magistracie przełom. Wydział Ochrony Środowiska i Rolnictwa dostał z ministerstwa nagrodę za skuteczność popularyzatorską „dnia bez samochodu” i postanowił zakupić dla pracowników dwa odpowiednio przystosowane wielocypedy, którymi zamierzają służbowo poruszać się po mieście. No, no, do tej pory nie do pomyślenia, bo ponoć prestiż urzędnika na tym cierpi. Ale prestiż takiego burmistrza Londynu, Borisa Johnsona, jakoś nie cierpi, podobnie zresztą jak i urzędników gdańskiego magistratu. Panie z wzmiankowanego wydziału są nawet wielce rade i zadowolone, dyrektor Homa ponoć także. Chciałabym jeszcze kiedyś dożyć tej pociechy i ujrzeć pedałującego służbowo po mieście boskiego Henryka Wolickiego, że o rzeczniku Chłodnickim nie wspomnę. Ależ się rozmarzyłam! Nawojka Kumak


ECHO RZE­SZO­WA

Miasto

MIEJSKIE DECYZJE

zamek dla kultury

Z kronikarskiego obowiązku należy przypomnieć długą drogę odzyskiwania rzeszowskiego zamku dla kultury. Młodzi ludzie nie wiedzą, że jeszcze nie tak dawno na murach zamku wisiały druty kolczaste, a wokół zlokalizowane były budki ze strażą więzienną. Uczestniczyłem z innymi działaczami kultury w zabiegach, aby usunąć wiezienie z zamku. Więzienie zostało przeniesione w okresie PRL do Załęża. Uczestniczyłem również w opracowaniu programu użytkowego dla projektowanego przeniesienia instytucji kultury WDK i Muzeum Okręgowego. Dlatego z ogromną radością przyjąłem uchwałę intencyjną Rady Miasta o wróceniu do pomysłu – przywrócić zabytkowy zamek dla kultury. Prezydent Tadeusz Ferenc uzgodnił wstępne warunki przejęcia zamku Lubomirskich w Rzeszowie. Problemem mogą okaza�� się jednak finanse. Koszt utrzymania obiektu to kilka milionów złotych rocznie. Według najnowszych ustaleń, zamiana nieruchomości jest możliwa, ale koszty operacji musi przejąć na siebie miasto. W Warszawie polecono, aby Rzeszów przygotował program funkcjonalno-użytkowy nowego gmachu Sądu Okręgowego, który w tej chwili mieści się w zamku Lubomirskich. Miasto miałoby także przekazać działkę pod jego budowę, sąsiadującą z Sądem Rejonowym, przeniesionym na ul. Kustronia w 2010 roku. Prezydent T. Ferenc argumentuje: - Koszty budowy takiego obiektu szacujemy na ok. 50 mln zł. Kto miałby je ponieść? To byłoby raczej nasze zadanie, ale jest sporo możliwości dofinansowania go z zewnętrznych funduszy. Gotowy budynek miasto zamieniłoby na zamek. Taka transakcja byłaby dla Rzeszowa bardzo opłacalna. - Wartość zamku szacuje się na minimum pół miliarda złotych. Z pewnością jako centrum kulturalne przyciągnąłby do Rzeszowa sporo turystów, którzy zostawiliby tu pieniądze.

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

3

Co tam panie w radzie

w radzie bez zmian

- Ważną sprawą jest aspekt historyczny, którego nie da się wycenić. Niewykluczone, że do przedsięwzięcia dołoży się samorząd województwa. Dlaczego? Bo skorzystałoby na nim podlegające marszałkowi Muzeum Okręgowe. A część działki przy ul. Dołowej marszałek kupił od miasta z rabatem pod budowę biblioteki i centrum naukowego. W tej sprawie prezydent Ferenc rozmawia ze swoją partyjną koleżanką, wicemarszałek Anną Kowalską. Tradycyjnie przeciwko tym planom wystąpił przeciwnik prezydenta dr Krzysztof Kaszuba, ekonomista z Rzeszowa. Argumentował - Owszem, zbiory na zamku byłyby znakomicie wyeksponowane, a nowy gmach sądu byłby bardziej funkcjonalny. Zastanawiam się tylko, czy rzeczywiście turyści tak chętnie odwiedzaliby muzea, które dziś świecą pustkami. I przypomina, że 20 lat temu przystosowano zamek Lubomirskich na potrzeby sądownicze. Wstawiano specjalne drzwi, okna, przystosowywano wielkość pomieszczeń pod ławy. Wydano duże pieniądze. Wspiera go, pomimo druzgocącej krytyki działalności muzeów, Bogdan Kaczmar, dyrektor Muzeum Okręgowego w Rzeszowie. Argumentuje: - Zamek w środku to korytarzowiec, nie ma nic wspólnego z muzeum. Sporo pieniędzy należałoby także przygotować na zabezpieczenia. Jako centrum kultury budynek byłby konglomeratem rozmaitych instytucji, z których każda wymaga innych środków bezpieczeństwa i przygotowania pomieszczeń. To gigantyczne przedsięwzięcie logistyczne i finansowe. Rozumiem, że muzealnik stoi na stanowisku iż obiekt kultury, w którym zaborca austryjacki lub hitlerowski okupant zorganizował magazyn lub skład złomu w obiekcie dającym świadectwo polskiej kultury ma w dalszym ciągu być, bo szkoda pieniędzy na rewitalizację. Takiej ocenie nie poddawaliśmy się w PRL i więzienie z zamku zostało wyprowadzone. Zdzisław Daraz

Końcówka roku zapowiada się w Radzie Miasta sporą intensywnością w radzeniu. Oprócz spraw bieżących trwają bowiem przymiarki do budżetu na rok przyszły. Oby tylko cała para nie poszła w partyjny gwizdek, zamiast w koła napędowe rozwoju miasta. W czasie sesji nadzwyczajnej nie obeszło się bez wywijania cepami przy uchwalaniu dodatkowych 5,5 mln zł ze środków budżetow ych na dokończenie łącznika załęskiego z autostradą. Zwyciężył rozsądek i niezbędne dodatkowe środki na łącznik przenajświętsza rada uchwaliła. Teraz roboty powinny ruszyć z kopyta. W czasie sesji statutowej pojawił się drażliwy problem produkowanych przez nas śmieci. Unia nakazała od 1 lipca przyszłego roku przejęcie tego nieco smrodliwego problemu przez magistrat. On właśnie będzie zawierał umowy z tymi, którzy zechcą śmieci odbierać, a także pobierał stosowne opłaty od wszystkich producentów śmieci. Jeśli tak, to pojawiła się konieczność ustalenia organizacji, zasad i trybu funkcjonowania całego mechanizmu. Problem pojawił się już przy sposobie ustalania stawek odpłatności. Można je ustalać w przeliczeniu na osobę, powierzchnię mieszkalną czy stan zużycia wody. W Rzeszowie przyjęto przelicznik osobowy. Oczekiwano, że nastąpi wzrost kosztów wywozu śmieci, ale to, czym uraczyli nas na dzień dobry magistraccy urzędnicy, woła o pomstę do nieba. Chcieli nam

zafundować wzrost z dotychczasowych 5,85 zł na osobę do 14,04 zł. Od razu zrodziło to spór z Porozumieniem Spółdzielni Mieszkaniowych zrzeszającym 10 rzeszowskich spółdzielni. Wystarczyło nieco potupać i urzędnikom nie wiadomo dlaczego wyszło 10,35 od osoby. Coś mi się wydaje, że rachmistrze mają rozregulowane liczydła i zachowują się, jakby ważyli psa razem z budą, obrożą i łańcuchem. To może już lepiej liczyć na palcach? Prezydent Ferenc uspokajał, że rzeczywisty koszt będzie znany dopiero po rozstrzygnięciach przetargowych. W konsekwencji radni uznali, iż projekt uchwały śmieciowej jest niedopracowany i wymaga dodatkowych analiz oraz stosownych przemyśleń. Zatem punkt ten zdjęto z porządku obrad i projekt uchwały skierowano do odpowiednich komisji problemowych. Powrócił na sesję drażliwy problem budowy drogi w Miłocinie. Sam zamysł realizacji tej inwestycji wywołał spore emocje wśród mieszkańców Miłocina i północnej części Baranówki. Został zatem zdecydowanie oprotestowany. W konsekwencji zaczęto poszukiwać innych rozwiązań. Znaleziono możliwość poprowadzenia tej drogi inaczej. Przez to osiedle droga do strefy w Dworzysku nie będzie zbudowana wbrew woli mieszkańców. Niemałe emocje, jak w każdym roku, wzbudził zamiar zafundowania mieszkańcom zimowo-świątecznej iluminacji w

centrum miasta. Przewidywany łączny koszt takiego przedsięwzięcia oszacowano na 600 tys. zł. No i tradycyjnie zaczęło się przeliczanie tej kwoty na bułki dla biednych. Radna Kaźmierczak uznała taki wydatek za przesadną fanaberię, zaś radny Chlebek za kwotę zbyt niską, ponieważ taka iluminacja byłaby mile widziana również w peryferyjnych osiedlach. I bądź tu mądry Grzegorzu Dyndało! Dodatkowe oświetlenie ozdobne stało się już nieodłącznym elementem zimowego pejzażu miasta. W tym roku również w Rzeszowie rozbłyśnie. Ciśnienie u sporej części radnych znacznie podniósł projekt uchwały zakładający przekazanie deweloperowi 4 arów placu Garncarskiego w zamian za 14 arów działki przy ulicy Zawiszy Czarnego. Niektórzy potraktowali to jako wyzbywanie się rodowych sreber, albo coś w tym rodzaju. Zaczęły się jakieś kalkulacje wmontowane w ceny miejskich gruntów oraz walory urbanistyczne owego placu Garncarskiego, których jednak gołym okiem nijak nie da się dostrzec. Potraktowano zamianę niemal jak ożenek starucha z młódką, który zawsze przypomina kupowanie książek przez analfabetę. Wiadomo, czytać będą sąsiedzi. W konsekwencji projekt uchwały padł niczym Tomek Wiśniewski, który wcale tak nie nazywał się. Nomen omen! Roman Małek

nasza telewizja nagrodzona

Rzeszowski Oddział Telewizji Polskiej został wyróżniony prestiżową nagrodą imienia Oskara Kolberga „Za zasługi dla kultury ludowej” na rok 2012, czyli w XXXVII edycji tej nagrody. Przyznawana ona bowiem jest od 1974 roku i każdorazowo wręczana około 12 lauretom rocznie, w bardzo uroczystej scenerii warszawskiego Zamku Królewskiego. Cóż wchodzi w skład

tego wyróżnienia? Okolicznościowy dy plom, medal zaprojektowany przez Annę Januszkiewicz oraz określona gratyfikacja finansowa. Jak nietrudno domyślić się, nasza telewizja regionalna dostąpiła tego zaszczy tu za dokumentowanie, utrwalanie i upowszechnianie bogatej spuścizny kultury ludowej szeroko pojętego Podkarpacia. Dowodzona przez wytrawnego znawcę folklo-

ru, Jerzego Dynię, ekipa telewizyjna przemierzyła ten obszar wzdłuż i wszerz wielokrotnie. Ich dorobek prezentowany był w telewizji w kilku cyklach. Szerzej do tego powrócimy niebawem, a tymczasem gratulujemy sporego wyróżnienia kierownictwu oddziału oraz twórcom telewizyjnego bogactwa prezentującego folklor naszego terenu. Rom

,

trójgłos o 50-leciu bwa w rzeszowie

Biuro Wystaw Artystycznych w Rzeszowie jako instytucja kultury została powołana przez Wojewódzką Radę Narodową w Rzeszowie w 1962 roku. Jego pierwszym kierownikiem, autorem statutu i programu działania był artysta malarz Cezary Kotowicz. Drugim ważnym wydarzeniem było uroczyste otwarcie Domu Sztuki, mieszczącego się w wyremontowanej i odpowiednio zaadaptowanej synagodze. Znalazły się w niej dwie piękne sale wystawowe, pomieszczenia dla BWA oraz 11 pracowni plastycznych dla artystów. Oddanie do użytku Domu Sztuki zbiegło się z otwarciem pierwszej, ogólnopolskiej wystawy „Jesienne Konfrontacje”. Była to bardzo prestiżowa, licząca się w kraju inicjatywa młodego, rzeszowskiego środowiska. Organizowano je potem aż do 1989 roku. Wskrzesił je po 20 latach, jako Triennale Polskiego Malarstwa Współczesnego „Jesienne Konfrontacje”, współczesny dyrektor, art. malarz Ryszard Dudek. Z okazji 50-lecia BWA ukazało się piękne i bogate w fakty i reprodukcje wydawnictwo. Jest w nim prawie wszystko, co warto wiedzieć. Ja poprosiłem trzech artystów o krótkie wypowiedzi, dwóch byłych kierowników BWA oraz obecnego jego szefa. Artysta malarz Jerzy Majewski: Była nas spora grupa młodych, pełnych energii i chęci działania artystów. Wszystko zaczęło się od Grupy XIV. Chcieliśmy tworzyć

i ek sp ono wać swoje prace. Dlatego szukaliśmy odpowiednich pomieszczeń. Ówczesny Rzeszów nie posiad a ł ta k ich. Powołaliśmy komitet organizacyjny. Tworzyli go członkowie rzeszowskiego oddziału Związku Polskich Artystów Plastyków. Najpierw robiliśmy szum. Pomagali nam młodzi dziennikarze propagujący nasze pomysły i zyskujący dla nich przychylność społeczeństwa i władz. Przypomnę: Adolfa Jakubowicza, Zbigniewa Wawszczaka, Krystynę Świerczewską, Wiesława Głowacza, Jana Grygla. Chcieliśmy pozyskać do tych celów zniszczoną synagogę. Tłumaczyliśmy, że odremontowana i odpowiednio przystosowana byłaby pierwszym po II wojnie w Polsce oddanym do użytku domem sztuki z dwiema salami wystawowymi, zaś w nadbudowanej części powstałoby 11 pracowni dla artystów, czego także nie było w tamtych powojennych latach. Zyskaliśmy przychylność władz administracyjnych i politycznych, młodych konserwatorów zabytków Jerzego Tura i Jerzego Żurawskiego, oraz Tadeusza Dudzińskiego, który był przewodniczącym Wojewódzkiej Komisji

Planowania Gospodarczego i obiecał znaleźć potrzebne pieniądze. Każdy z członków naszego komitetu miał przydzielone zadanie. W zamian obiecano przydzielenie pracowni w pierwszej kolejności. Robiliśmy więc społecznie wiele projektów. W dniu otwarcia Domu Sztuki każdy mający już pracownię musiał zająć się przydzielonymi gośćmi. Walka o te pracownie toczyła się także między Związkiem a kierownictwem BWA. Biuro potrzebowało odpowiednich pomieszczeń dla sprawnego funkcjonowania. My nie chcieliśmy zrezygnować z pracowni. Poparło nas kierownictwo Wydziału Kultury i Sztuki PWRN. BWA zrezygnowało z szeregu udogodnień, ścieśniło się. ZPAP miał wiele różnych pomysłów. Jednym z nich była organizacja plenerów w Bieszczadach. Dwa pierwsze odbyły się w Myczkowcach, trzeci już w Solinie. W okresie, gdy kierowałem BWA (1973-1978), kontynuowałem plan wystaw koleżanek i kolegów z naszego okręgu, gdyż była to okazja do pokazania ich dorobku i zmobilizowania ich do specjalnego wysiłku. Zorganizowałem m.in. wystawy znanym i cenionym twórcom, związanym z naszym regionem, np. Leszkowi Hołdanowiczowi i Józefowi Wilkoniowi. Zaprezentowali swoją twórczośc także Jerzy Nowosielski oraz Marek Sapetto. Z ciekawostek, które zapamiętałem, to historia zaginięcia przesyłki

do Gdańska. Zawierała prace artysty, który wystawiał u nas. Dopiero po miesiącu kolejarze odnaleźli ją. Autor nie otrzymał odszkodowania, na które liczył.

Artysta malarz Józef Gazda: K ierowałem BWA w latach 196619 7 2 . P r z e ją łem je po Cezar ym Kotow iczu. P r z e k a z a n ie było per fekcyjne. Podziwiałem go za umiejętności w doborze kadr y, organizacji biura, dokumentacji, pracy. To on rozpoczął przygotowanie wystawy prac art. rzeźbiarza Mariana Kruczka oraz kraty, oddzielającej kawiarnię od przedsionka. Ja sfinalizowałem obie te sprawy. Starałem się pokazywać coś ciekawego i dobrego, może nawet i szokującego, by zachęcić mieszkańców do przyjścia do Domu Sztuki i oglądnięcia ekspozycji, do zainteresowania się sztuką współczesną. Dość zaskakująca była ekspozycja Zdzisława Beksińskiego. Jeszcze dziś widzę zaskoczonego Stefana Hardeja, kierownika miejscowej cenzury, gdy oglądaliśmy przysłane rysunki. Po dyskusji nie zakwestionował żadnego. I to dobrze, bo Z. Beksiński był już znany w kraju i poza jego granicami. Wypadało i

nam pokazać artystę z Sanoka. Udało mi się pokazać oryginalne grafiki Pablo Picassa, mimo że wiele ośrodków w kraju zabiegało także o tę wystawę. Bardzo ciekawa była wystawa współczesnego malarstwa francuskiego. Mieliśmy z nią pewne kłopoty. Wielkość niektórych obrazów wymagała szybkiego przygotowania specjalnych ekranów i zmiany dotychczasowego układu powierzchni wystawienniczej. Ale wcześniej musieliśmy wyjąć okno i poszerzyć jego otwór, aby ptrzetransportować do wewnątrz jedną olbrzymią skrzynię z obrazami. Na szczęście znałem murarza, który na czas wykonał tę robotę. Za mojej kadencji wielu ciekawych i bardzo znanych twórców wystawiało swoje prace, m.in.: Mieczysław Wejman, Czesław Rzepiński, Jan Wodecki, Antoni Rząsa. Ten ostatni pochodził z Futomy, był wychowankiem i nauczycielem szkoły Kenara w Zakopanem, rzeźbił tylko w drewnie swoją siekierką. Zostawił nam Pietę, z którą wiąże się ciekawa i zabawna historia, ale opowiem o tym kiedy indziej.

A r t ysta m a l a r z Ryszard D u d e k , dyrektor od 2006 roku: M o i m celem jest pokazywanie

ciąg dalszy na s. 10


4

ECHO RZE­SZO­WA

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

Żyją wśród nas

zdzisław niedzielski

najważniejsza jest konsekwencja w działaniu Urodził się 21 kwietnia 1935 roku w Sanoku. Studia wyższe na kierunku geografia ukończył na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi w Uniwersytecie Jagiellońskim, uzyskując tytuł magistra geografii. Pracę nauczycielską rozpoczął w 1953 roku po ukończeniu szkoły ogólnokształcącej stopnia licealnego i równocześnie uzyskaniu dyplomu nauczyciela szkół podstawowych w Gorlicach. Nakazem pracy został skierowany do Szkoły Podstawowej Męskiej w Rymanowie. W latach 1955-1957 odbył służbę wojskową w Oficerskiej Szkole Artylerii Przeciwlotniczej w Koszalinie. Po zakończeniu służby wojskowej wrócił do zawodu nauczycielskiego w Szkole Podstawowej i Liceum Ogólnokształcącym w Rymanowie. W latach 1965-1968 pracował jako podinspektor szkolny w Krośnie. W 1968 roku w związku z wyborem go na komendanta Rzeszowskiej Chorągwi ZHP przeniósł się do Rzeszowa. Po trzech latach pracy w ZHP objął funkcję zastępcy kierownika Wydziału Nauki i Oświaty KW PZPR. W latach 1974-1990 pełnił funkcję prezesa Zarządu Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Rzeszowie. Przez wiele lat swoją działalność społeczną koncentrował w organizacji ZHP. Przeszedł wszystkie funkcje w strukturach tej organizacji do komendanta chorągwi włącznie. Zaczęło się w Gorlicach. Jako licealista pełnił tam funkcję przewodnika zastępu, następnie w latach 1953-1955 był przewodnikiem drużyny męskiej przy Szkole Podstawowej w Rymanowie. W 1956 roku po I Zjeździe odbudowanego ZHP przez pięć lat pełnił funkcję drużynowego drużyny harcerskiej. W tym czasie doprowadził do utworzenia szczepu harcerskiego w miejscowej szkole, w skład którego wchodziły cztery drużyny zuchowe i cztery drużyny harcerskie. Był zastępcą komendanta Hufca ZHP w Sanoku, a w 1961 roku został mianowany komendantem Hufca ZHP w Krośnie. Organizował i prowadził wiele obozów i zimowisk oraz kursów instruktorskich. Jako delegat uczestniczył w konferencjach chorągwianych i w pięciu zjazdach ZHP, podczas których wybierany był w skład Centralnej Komisji Rewizyjnej i dwukrotnie do Rady Naczelnej. W okresie pełnienie funkcji komendanta Chorągwi Rzeszowskiej doprowadził do rozwoju drużyn specjalnościowych wśród młodzieży starszej. W I Centralnych Manewrach Techniczno-Obronnych, organizowanych przez ZHP w 1968 roku w Smoczce k/Mielca, drużyny specjalnościowe przyczyniły się do zajęcia przez Chorągiew Rzeszowską pierwszego miejsca. W 1968 roku oddano do użytku ZHP w Ustrzykach Dolnych chorągwiany ośrodek szkoleniowo-turystyczny. Od 1974 roku w czasie letnich miesięcy był on siedzibą Sztabu Operacji „Bieszczady 40”. Był inicjatorem powołania drużyn

zbliżenia

Anna Pieczek Można posłużyć się stereotypem, że życie studenta opiera się wyłącznie na hucznych zabawach, egzystowaniu od sesji do sesji. Jest to jeden z gorszych przypadków i brak zrozumienia sensu, istoty

wodnych w chorągwi rzeszowskiej. Zakup sprzętu żeglarskiego oraz dobór kadry instruktorskiej pozwolił na zorganizowanie pierwszych dwóch obozów żeglarskich w Polańczyku (1970 i 1971). W 1974 roku rozkazem Naczelnika ZHP mianowany został harcmistrzem PL. Otrzymał wyróżnienia i odznaczenia, m.in.: Krzyż Oficerski i Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Medal Komisji Edukacji Narodowej, Złoty, Srebrny i Brązowy Medal za Zasługi dla Obronności Kraju, Medal 40-lecia PL, Złoty Krzyż za Zasługi dla ZHP, Złotą Odznakę ZNP, Odznakę Zasłużony Bieszczadom, Odznaki Zasłużony dla Województwa Rzeszowskiego i Przemyskiego. Został w yróżniony Medalem Zasłużony dla Politechniki Rzeszowskiej im. Ignacego Łukaszewicza oraz Medalem Pamiątkowym za zasługi w rozwoju uczelni WSP w Rzeszowie. Swoją wiedzę nt. funkcjonowania harcerstwa udokumentował w kilku swoich publikacjach: „Rzeszowska Chorągiew ZHP w latach 1944-1986 (75 lat Rzeszowskiego Harcerstwa)” – 1986; „Metoda pracy harcerskiej w zarysie” – 2003 (jako współautor); „Z kart historii harcerstwa w Rymanowie” - 2010. Jest autorem hasła o Rzeszowskiej Chorągwi ZHP w „Leksykonie harcerstwa” z 1988 roku. Obecnie współredaguje ze strony Podkarpackiej Chorągwi ZHP tzw. księgę „Poczet harcmistrzyń i harcmistrzów”, która nakładem Komitetu Organizacyjnego Harcerskich Spotkań po Latach ma być wydana w przyszłym roku. Jako prezes Zarządu Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Rzeszowie zmodernizował ośrodki kształcenia zawodowego w miastach powiatowych byłego województwa rzeszowskiego pod potrzeby zdobywania i rozszerzania kwalifikacji zawodowych, z których rocznie korzystało około 40 tysięcy słuchaczy różnych kursów. Za jego prezesowania rozbudowano warsztaty dla młodzieży w Rzeszowie, Krośnie, Przemyślu i Sanoku. Na początku lat 80. uruchomiono do szkolenia dwie pracownie komputerowe w Rzeszowie i Krośnie, jako jedne z pierwszych na terenie obecnego województwa podkarpackiego. W oparciu o własną bazę ZDZ prowadził działalność dydaktyczno- wychowawczą z młodzieżą w Zasadniczej Szkole Zawodowej w Rzeszowie. Pracownicy ZDZ mieli zapewnioną możliwość wypoczynku w ośrodku wypoczynkowym w Berezce k/ Polańczyka. ZDZ wyróżniał się w produkcji wielu wyrobów, zwłaszcza z zakresu elektroniki, które cieszyły się dużą popularnością i miały zapewniony zbyt w kraju. Dorobek i perspektywy rozwoju ZDZ zostały spopularyzowane w Zeszytach Metodycznych –1977. W latach 1984-1990 był radnym i przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej w Rzeszowie. Wspólnie z prezydentem miasta Ludwikiem Chmurą realizowali

C z ę s t o powracamy na łamach naszego czasopisma do uczniowskich osiągnięć w nauce, sporcie i kulturze. Tym razem chciałStanisław Rusznica bym powrócić jeszcze raz do sportu. Kilkanaście dni temu obradował XVII Wojewódzki Zjazd Szkolnego Związku Sportowego. Delegaci podkreślali, że wychowanie fizyczne, sport, turystyka ze względu na swój zasięg stanowią fundament w procesie kształtowania psychofizycznego dzieci i młodzieży oraz wywierają wpływ na rozwój intelektualny, psychiczny, etyczny i społeczno-kulturowy. Są one bowiem dziedzinami w

moim zdaniem

tylko współpraca da sukcesy

program gospodarczy i społeczny zakładający uczynienie z Rzeszowa miasta nowoczesnego, doganiającego szybko większe ośrodki w kraju. Za kadencji Zdzisława Niedzielskiego powstały w Rzeszowie m.in.: elektrociepłownia i oczyszczalnia ścieków w Załężu oraz południowa obwodnica centrum miasta (al. Witosa, al. Batalionów Chłopskich, al. Powstańców Warszawy, al. Armii Krajowej). Dobrze układała się wówczas współpraca urzędu miasta ze spółdzielniami mieszkaniowymi, które mogły powstawać i rozwijać się dzięki uzyskiwaniu uzbrojonych terenów. Wybudowano wówczas prawie w całości osiedle Krakowska Południe, a inne zostały znacznie rozbudowane. Rozwijało się budownictwo wielorodzinne i jednorodzinne. W ciągu roku oddawano od 1 do 1,4 tys. mieszkań. Kontynuowano roboty przy rewaloryzacji rzeszowskiej starówki. Odbudowano pomnik Adama Mickiewicza. MRN ustanowiła nagrody Miasta Rzeszowa w dziedzinie literatury oraz kultury i sztuki. Kontynuowane były wyróżnienia osób uhonorowanych wpisem do Księgi Zasłużonych dla Miasta Rzeszowa. Rzeszów stał się dużym ośrodkiem uczącej się młodzieży i kształcących się studentów w wyższych uczelniach. W latach osiemdziesiątych ilość mieszkańców wzrosła o około 32 tys., osiągając liczbę na koniec 1990 roku – 153 tys. ludności. Z. Niedzielski w różnych okresach pracy zawodowej udzielał się społecznie, był m.in: członkiem Wojewódzkiej Komisji ds. Reformy Systemu Edukacji Narodowej, sekretarzem Rady Społecznej Politechniki Rzeszowskiej. Obecnie jest aktywnym członkiem Towarzystwa Przyjaciół Rzeszowa. Stanisław Rusznica

najwyższym stopniu pożądanymi i akceptowanymi przez młodzież. W naszym województwie jest ustabilizowana liczba zawodników startujących w imprezach organizowanych przez SZS. Corocznie bierze w nich udział ponad 105 tysięcy młodych sportowców. Statystycznie stanowi to 35 proc. uczniów – mówił prezes PW SZS, podkarpacki kurator oświaty Jacek Wojtas. W strukturach SZS są międzyszkolne i uczniowskie kluby sportowe, które posiadając odpowiednie warunki szkolą młodzież uzdolnioną sportowo, zapewniając rozwój jej talentu i start w zawodach wysokiej rangi. Imprezy sportowe organizowane przez SZS są wspomagane przez coraz więcej młodych nauczycieli wychowania fizycznego, a także nauczycieli innych przedmiotów, rodziców i miejscowych działaczy sportowych. Musimy zdawać sobie sprawę, że usportowienie młodzieży tylko poprzez lekcje wychowania fizycznego i nawet jej masowy udział w rozgrywkach, to jeszcze nie wszystko. Mamy kluby sportowe specjalizujące się w różnych dyscyplinach sportu. Przy ścisłym współdziałaniu z nimi nasi uczniowie mogą i osiągają wiele znaczących sukcesów. Moim zdaniem, to one powinny na szeroką skalę korzystać z dorobku SZS. Z wszelakiego rodzaju imprez winny wyławiać najzdolniejszą i utalentowaną sportowo młodzież. Dobrych przykładów wzajemnej współpracy mamy wiele, chciałoby się, aby była ona powszechniejsza. Sukcesy utalentowanej młodzieży stanowią jedną z najlepszych promocji szkół, firm, miejscowości itp. Kilka przykładów z obecnego roku. Ostatnio nasze młode akrobatki, siostry Regina i Celina Małek oraz Klaudia Ciupak występujące jako zespół pn. „ETC Rzeszów” świetnie zaprezentowały się w programie TVN „Mam Talent”. Są one podopiecznymi trenera Grzegorza Bielca z Towarzystwa Gimnastycznego Sokół w Rzeszowie. Drużyna siatkarska chłopców z Gimnazjum Sportowego trenowana przez Jacka Podporę i Grzegorza Wisza zdobyła mistrzostwo świata w Toulon we Francji. Adrian Pacak z Zespołu Szkół Elektronicznych zdobył I miejsce w Mistrzostwach Polski w Kick-boxingu. Z tej samej szkoły Michał Bartusik zajął również I miejsce w Mistrzostwach Polski Juniorów w Judo i V miejsce w Pucharze Europy.

potrzeba sztuki

studiowania. Oprócz powyższego (dążymy do obalenia takiego stereotypu), to nie tylko „siedzenie” w uczelnianych salach. Jest coś jeszcze. Nie tak dawno pasjonaci literatury czy teatru mogli dać się ponieść dwóm magicznym światom. Symboliczna przestrzeń, rzeczy, które wymykają się ludzkiemu rozumowi, specyficzne kreowanie postaci, to wszystko, i jeszcze więcej, składa się na znaki rozpoznawcze Olgi Tokarczuk. Swój świat dała poznać zarówno rzeszowskim czytelnikom w szerszym gronie, jak i na uniwersyteckim spotkaniu. Podobne inicjatywy i zaproszenia nie dają umrzeć sztuce literackiej. Zawsze będzie grupa zainteresowanych i tych, którzy doceniają artystów. Ponadto, skoro istnieją kierunki humanistyczne, najwyraźniej warto dbać o naszą kulturę. Są chętni, by ją podtrzymywać i

kontynuować. Istnieje potrzeba, aby nadal funkcjonowały książki w postaci tradycyjnej. Nie da się jednak ukryć, że prędzej czy później zaleje nas fala „e-” (niespożywczych) a mianowicie: e-podręczników, tu: szkolnych i coraz to więcej e-book ’ów. Wszystko dąży do uproszczenia, więc taka forma jest mile widziana (przez leniuchów). A co na to ma powiedzieć pisarz, „nieuczestniczący w życiu do końca” (cyt. za Olgą Tokarczuk), który z radością przybywa na spotkanie autorskie, by podpisać ładnie wydaną książkę? Wszelakie spotkania były, są i będą tradycją uniwersy tetu. Rok temu, dzięki pani Anecie Adamskiej z rzeszowskiego Teatru Przedmieście, narodziła się inicjatywa połączenia trzech tradycji scenicznych. Przypomnienie Józefa Szajny, Jerzego Grotowskiego i Tadeusza Kantora dało okazję,

by poznać co cennego wydała rzeszowska ziemia. W tym roku „Źródła Pamięci” były pretekstem, aby zaprosić gości z Polski i ze świata. Mało kto zdaje sobie sprawę, że nazwisko chociażby Grotowskiego znane jest w Japonii. Teraz była okazja, aby posłuchać, w jaki sposób twórczość trzech artystów była i jest odbierana oraz rozpowszechniana. Część spotkań, odbywająca się w Uniwersytecie Rzeszowskim, zgromadziła zarówno studentów, uczniów jak i innych zainteresowanych. Projekcje filmowe spektakli „Nigdy tu już nie powrócę” i „Repliki” wywołały niemały wstrząs w młodszej części odbiorców. Szokujące i niebanalnie skonstruowane obrazy w pokrętny sposób przedstawiały proste, ale przemyślane założenia twórcze. W czasach, kiedy dąży się do uproszczenia i wygodnictwa, może

to być ciężkie do przyswojenia. Dlatego też tego rodzaju spotkania służą temu, aby tłumaczyć i przedstawiać pewne zjawiska. Daje to możliwość zaszczepienia jakiejś pasji, ma moc, aby zainteresować i sprawia, że nie przechodzimy obok sztuki obojętnie. Każda reakcja, dobra czy zła, pozostaje odzewem na pewnego rodzaju kreację. Współcześnie dochodzimy do takiego etapu, gdzie mają miejsce szokujące wydarzenia w życiu społecznym. Dużo się o nich mówi, drąży, a nawet zachwyca (generalnie tym, że inni się zachwycają – tylko czym?). Dziwimy się patrząc na poczynania artystów. Zapominamy, że od zawsze sztuka była i jest po to, aby właśnie zadziwiać. Przede wszystkim jednak zachwycać. Przy tym ma jakieś sedno i sprawia, że do niej wracamy, czerpiemy z jej niewysychającego źródła.


ECHO RZE­SZO­WA

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

5

muzeum mleczarstwa

Kilka numerów wstecz pisałem o rzeszowskich muzeach, o jednym, a chodzi tu o Muzeum Mleczarstwa, już na końcu artykułu zamieściłem tylko krótką wzmiankę. Otrzymałem za to srogą burę, i słusznie. Niedawno wybrałem się na ulicę Warszawską, do Zespołu Szkół Spożywczych im. Tadeusza Rylskiego, aby po latach ponownie odwiedzić szkolną placówkę muzealną i zostałem mile zaskoczony nie tylko tym, co zobaczyłem, ale też ogromnym zaangażowaniem dyrekcji szkoły i pasją nauczycieli pełniących bezinteresownie funkcje „kustoszy” muzeum. Zapewne niewielu mieszkańców Rzeszowa wie, że zalążkiem obecnego Zespołu Szkół była Krajowa

Wilk do mieszania serów.

Szkoła Mleczarska otwarta w 1903 roku jako pierwsza tego typu placówka powstała na ziemiach polskich. Szkoła powstała nie w Rzeszowie, lecz w Staromieściu, które wówczas, i jeszcze długo potem, było oddzielną wsią. Przy szkole od jej początków działał Szkolny Zakład Mleczarski. Historia szkoły jest na tyle interesująca, że godna jest oddzielnego artykułu. Może kiedyś do tego tematu powrócimy. Muzeum ma też swoją, niemniej interesującą historię. O jego początkach w muzealnym folderze napisano: „Pierwsza ekspozycja maszyn i urządzeń miała miejsce w 1953 roku z okazji 50-lecia szkoły. Ekspozycję przygotował nauczyciel technologii i maszynoznawstwa, Jan Rajca, włączając do pomocy uczniów. Wraz z nimi przez kilka lat gromadził, konserwował i powiększał zbiory maszyn mleczarskich, k tóre sł u ż ył y ja ko pomoce naukowe.” Dwadzieścia jeden lat później z inicjatywy ówczesnego dyrektora szkoły, Lecha Łabaja, powstała Szkolna Izba Pamięci. Warto tu dodać, że dyrektor malował. Jego obraz y przedstaw iające budy n k i szkolne z tamtych czasów zdobią wnętrza muzeum. On też był organizatorem Muzeum Spółdzielczości i Szkolnictwa Mleczarskiego, które otwarto w 1986 roku, zaś dwa lata później

udostępniono dla zwiedzających. Muzeum mieściło się w salach szkolnych, następnie w roku szkolnym 2007/2008 zostało przeniesione do budynku dawnej szkolnej mleczarni, otrzymało też obecną nazwę. Inicjatorem tego przedsięwzięcia była absolwentka tut. Technikum Mleczarskiego, obecna dyrektorka szkoły pani mgr inż. Aleksandra Wanic. Pomagała jej w tym grupa nauczycieli, w tym również kilku emerytowanych. Muzeum Mleczarstwa to jedyna tego typu placówka muzealna w Polsce, unikatowy i bezcenny zbiór dokumentów z historii nie tylko galicyjskiego, ale i całego krajowego mleczarstwa i spółdzielczości mleczarskiej oraz maszyn i urządzeń służących do produkcji mleczarskiej, poczynając od XIX wieku po lata siedemdziesiąte minionego stulecia. Są tu prymitywne gospodarskie urządzenia i wytwory znanych firm – Westfalia, Lefeldt, Alfa-Laval i innych. Wiele z nich to eksponaty wprost unikatowe. Jak już wspomniano muzeum mieści się w pomieszczeniach zabytkowego, ponad stuletniego budynku dawnej szkolnej mleczarni. Przetrwały tu jeszcze, pochodzące z początków powstania zakładu, kocioł do wytwarzania pary i lokomobila parowa służąca niegdyś do napędu maszyn mleczarskich i generatora prądu. W pierwszej sali zgromadzone są dokumenty i pamiątki związane z powstaniem szkoły, możemy tu poznać życie i działalność jej założycieli i pierwszych dyrektorów: Tadeusza Rylskiego, Jana Licznerskiego i Jana Cesula. W następnej sali znajdują się pamiątki związane

jest co. Wyraził przekonanie, że na pewno zrobiono wiele dobrego i o tym trzeba mówić. Uczestnicy spotkania otrzymali trzecie wydanie „Księgi Uczestników Harcerskich Spotkań po Latach (2003-2012)”, wzbogacone w większości o fotografie prezentowanych instruktorów, znacznie uzupełnione i skorygowane. Do książki dołączona została płyta DVD ze zdjęciami z poprzednich spotkań. Warto wspomnieć, że wydawnictwo to jest pomysłem hm. Stanisława Puchały, byłego zastępcy naczelnika ZHP, pochodzącego z Kosiny koło Łańcuta. Wielu instruktorów prezentowało swój dorobek wydawniczy. Można było zaopatrzyć się w różne książki, śpiewniki, nagrania płytowe. Z

grupy rzeszowskiej Zdzisław Niedzielski przywiózł swoją książkę pt. „Z kart historii Harcerstwa w Rymanowie”, a Zdzisław Daraż książkę pt. „Z kresowych stanic”. Na spotkaniu grupa instruktorów została wyróżniona pięknymi, kolorowymi, własnymi portretami oraz listami gratulacyjnymi. Zaszczyt ten spotyka seniorów, którzy obchodzą w danym roku osiemdziesiątą rocznicę urodzin. Jest to wyraz szacunku dla ich osiągnięć i pracy dla dobra Związku. Z naszej Podkarpackiej Chorągwi ZHP wyróżnieni zostali hm. Halina Mielniczek z Mielca i hm. Zdzisław Daraż z Rzeszowa. W latach poprzednich wyróżniona została hm. Zofia Nowakowska. O aktualnej sytuacji i programie

z działalnością s z k o ł y, l i c z ne fotograf ie, pierwszy sztandar z 1939 roku. Schowa ny w konwi na mleko zakopanej w ogrodzie szczęśliwie przetrwał lata niemieckiej okupacji. Kolejna sala to już ha la produ kcyjna obrazująKocioł do wyrobu serów. ca działalność za k ładu m leczarskiego. Są tu unikatowe w do mleka, w tym wirówka Lefeldta skali europejskiej maszyny i urzą- używana w tutejszym zakładzie dzenia do wytwarzania serów, twa- szkolnym w latach 1903-1915. Ostatnia z sal muzealnych rożku i masła, są to prasy i formy, – sala maszyn i urządzeń oraz wygniatacz talerzowy, oryginalna tokarka do serów kolistych, mie- sprzętu mleczarskiego mieści się dziany kocioł do warzenia serów, w przyziemiu głównego budynku dziewiętnastowieczny ręczny wałek szkoły. Jest tu interesująca kolekdo wygniatania masła i masielnica cja wirówek do mleka, od tych najstarszych używanych w mlez tego samego okresu. Czwarte pomieszczenie to sala czarniach pod koniec XIX wieku zwana Sercem Muzeum. Znajdują po niemal współczesne modele. I się tu archiwalne dokumenty doty- to już koniec opowieści o Muzeum czące początków spółdzielczości Mleczarstwa. Myślę, że jego opiemleczarskiej, historii szkoły, księgi kunowie wybaczą mi poprzednie zakładów mleczarskich, podręcz- niedopatrzenie. I jeszcze sprawa formalna. niki i czasopisma mleczarskie, stare fotografie itp. Ekspozycję Muzeum dostępne jest do zwiesąsiedniej sali nazywanej Począt- dzania po wcześniejszym telekiem Drogi Mlecznej otwierają fonicznym, lub elektronicznym fotografie dawnych zlewni mleka, uzgodnieniu terminu. Zachęcam. które dostarczano w konwiach Warto je zobaczyć i posłuchać furmankami. Czasy to niby nie barwnych opowieści jego kustoszy. tak niedawne, a jakże odległe. Są A funkcję tę sprawują nauczyciele: tu m.in. różne, niekiedy bardzo panie Monika Kluz-Kula, Halina jeszcze prymitywne aparaty i urzą- Pilch i Zdzisława Sanetra ora pan dzenia laboratoryjne do badania Kazimierz Latocha. Zainteresomleka, jego świeżości, czystości i wani mogą tu nabyć interesujący zawartości tłuszczu, interesująca i obszerny folder o muzeum oraz kolekcja wirówek i pasteryzatorów monografię szkoły. Stanisław Kłos

harcerskie spotkania po latach

Tegoroczne „Harcerskie spotkania po latach” odbyły się 23 września. To już dziesiąty raz wszystkie drogi poprowadziły instruktorów harcerskich do Starego Młyna w Miedzeszynie koło Warszawy. Przybyli oni tam, żeby tradycyjnym obyczajem spotkać się i móc w bratnim kręgu wrócić wspomnieniami do minionych lat. W spotkaniu uczestniczyli głównie byli etatowi instruktorzy ZHP różnych pokoleń z całego kraju. Harcmistrz Andrzej Ornat, były naczelnik ZHP, przewodniczący komitetu organizacyjnego spotkań mówił, że ich celem jest danie wszystkim poczucie wspólnoty instruktorskiej, poczucie wartości pracy i wychowawczego oddziaływania na harcerzy. Wspominać

nocne tupanie na kładce

Kilkadziesiąt osób tupało i skakało, biegało dookoła i kucało lub wykonywało różne inne ruchy, a na koniec maszerowało w zwartym szyku niczym wojskowy oddział. Tak przebiegał test wytrzymałościowy nowo zbudowanej, okrągłej kładki dla pieszych nad skrzyżowaniem alei Piłsudskiego z ulicą Grunwaldzką w Rzeszowie. W charakterze ruchomego balastu wystąpili pracownicy firmy, która kładkę zbudowała oraz studenci Politechniki Rzeszowskiej. Test przeprowadzono nocą pod nadzorem naukowców z Politechniki Rzeszowskiej. Specjalistyczne urządzenia mierzyły częstotliwość drgań konstrukcji, jej ugięcie oraz przemieszczenia poziome. Poprzedniej nocy kładka przeszła statyczną próbę obciążenia. Za pomocą dźwigów ułożono na niej 45 palet z elementami budowlanymi, o łącznej wadze ponad 70 ton. Wymagało to zamknięcia, na wszelki wypadek, ruchu kołowego na tym odcinku alei Piłsudskiego. Oba testy wypadły pomyślnie. Zdaniem specjalistów próba z tupaniem i skakaniem na kładce była cięższa dla jej konstrukcji, niż obciążenie paletami, ale sprostała ona założonym wymaganiom tech-

nicznym. Teraz nic już nie stoi na przeszkodzie, by kładkę oddać do użytku. Ma to nastąpić 17 listopada i to w odpowiedniej oprawie. Przygotowuje się podobno rewię w wykonaniu modelek oraz popisy akrobatyczne. kal

Fot. Józef Gajda

Delegacja podkarpackich instruktorów ZHP. ZHP na najbliższy okres poinformowała naczelniczka ZHP hm. Małgorzata Sinica. Z Podkarpackiej Chorągwi w spotkaniu wzięli udział: Zdzisław Daraż, Zdzisław Niedzielski, Stanisław Rusznica, Adam Krzanowski, Andrzej Prugar i Wacław Mika. Wyjazdy na harcerskie spotkania nie byłyby możliwe,

gdyby nie wsparcie Podkarpackiej Chorągwi ZHP, w tym głównie komendantki hm. Władysławy Domagały, która tym razem pofatygowała się osobiście po harcersku odprawić chorągwianą delegację instruktorów na miedzeszyńskie spotkanie. Stanisław Rusznica


6

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

Z mojej loży

Był rok 1952, kiedy do Rzeszowa przyjecha ła m łod ziut k a absolwentka Wydziału Wychowania Fizycznego Un iwers y tet u Jag iel lońsk iego. Na uczelni miała również zajęcia taneczne, toteż zaczęła pracować w rzeszowskich szkołach, a także jako choreograf w bardzo w tamtych Jerzy Dynia latach znanym z pracy z młodzieżą Międzyszkolnym Ośrodku Prac Pozalekcyjnych. Czasy były trudne, kostiumy ubożuchne, spódnice szyte z prześcieradeł, ale cóż to znaczyło wobec zapału do takiej pracy.

całe życie tańcząc

Po kilku latach trafiła do Politechniki Rzeszowskiej – wówczas Wyższej Szkoły Inżynierskiej. Oprócz zajęć z wf była jedną z inicjatorek zorganizowania na uczelni folklorystycznego zespołu pieśni i tańca, który przyjął nazwę POŁONINY. Z tą nazwą były trochę przepychanki z osobami zasiadającymi w najważniejszych gabinetach wojewódzkich, które zawyrokowały, że połoniny to nie jest słowo czysto polskie. Polityka polityką, a zespół rozwijał się, krzepł, poszerzał swój repertuar. Kierująca nim Alicja Haszczak opracowała w latach 1969-1981 ponad 20 suit – wiązanek tańców, przede wszystkim z regionów ówczesnego województwa rzeszowskiego. Nie opierała się na wiedzy książkowej. Sama wyjeżdżała w teren, spotykała się z leciwymi tancerzami, opisywała tańce i potem włączała je do repertuaru POŁONIN. Była to praca pionierska, wymagająca dużej odpowiedzialności w dobieraniu tańców, aby unikać błędów merytorycznych i zachować etnograficzną prawdę. Rezultaty pracy stawały się coraz bardziej znane w Polsce, poza granicami kraju, w środowiskach polonijnych. Zaczęła być zapraszana do prowadzenia kursów dla młodych choreografów, związała się z organizowanymi w Rzeszowie światowymi festiwalami polonijnych zespołów folklorystycznych, została dyrektorem utworzonego w Rzeszowie dla młodych polonusów czteroletniego Polonijnego Studium Choreograficznego. Została członkiem Rady Ekspertów d/s. Tańców Polskiej Sekcji CIOFF, a także Polskiego Towarzystwa Etnochoreologicznego. Zdobyte doświadczenia w terenie skłoniły p. Alę do przyjęcia propozycji napisania książki FOLKLOR TANECZNY ZIEMI RZESZOWSKIEJ. Na 370 stronach opisała tańce: rzeszowskie, przeworskie, lasowiackie, Pogórzan z okolic Krosna, Jasła i Gorlic. Na kilkudziesięciu fotografiach pokazane zostały sposoby trzymania się w tańcu par, układy dłoni, nóg. Transkrypcjami nagrań muzycznych zajął się wówczas rzeszowski pedagog, muzyk-folklorysta Stanisław Szabat. Podobno ze względu na brak papieru dopiero po kilku latach oczekiwań i monitów w stolicy, w 1989 roku książka ukazała się. Alicja Haszczak była m.in. konsultantem podczas opracowywania przez Telewizję Polską dla Fundacji Kultury Wsi tańców przeworskich i rzeszowskich do cyklu programów TAŃCE POLSKIE – ŚLADAMI OSKARA KOLBERGA. Do dziś podróżuje, jurorując na wielu konkursach i przeglądach, a także ucząc zespoły polskich tańców. Tańce lasowiackie opisała w książce wydanej w roku 2006 przez CIOFF, zaś w 2008 roku czuwała nad stroną merytoryczną wydanego przez Radio Rzeszów dwupłytowego albumu, który stanowi doskonałą pomoc dydaktyczną do nauki tańców regionów Polski Południowo-Wschodniej. W 2011 roku zasiadła do pracy nad następną książką, oczywiście o tańcach. Tym razem skupiła się bardzo szczegółowo nad tańcami rzeszowskimi, poszerzając treść o zebrane w latach ostatnich materiały z tej części województwa. Pięknie wydana pod względem edytorskim książka opuściła drukarnię w ostatnich dniach października. Egzemplarz nr 1 zaprezentowany został 21 października w nowoczesnej i pięknej sali widowiskowej Politechniki Rzeszowskiej, podczas uroczystego koncertu zorganizowanego z okazji jubileuszu 60-lecia działalności artystycznej Alicji Haszczak i nadania odznaczenia GLORIA ARTIS. Jubilatka zebrała już w przeszłości sporą kolekcję ważnych i bardzo ważnych odznaczeń. Na szczęście jej praca była dostrzegana przez władze w różnych latach. Towarzyskie spotkanie po koncercie potwierdziło fakt bardzo sympatycznych kontaktów pomiędzy wychowankami, a ich Mistrzynią. Pani Alu, życzę dużo zdrowia i zachęcam do zabrania się do pracy nad ludowymi tańcami obrzędowymi z naszych regionów. No bo któż to zrobi? Alicja Haszczak TAŃCE RZESZOWSKIE, rysunki Marcin Zych i Józef Ryś, zdjęcia - Marcin Zych, Józef Ryś, Katarzyna Mach, Agnieszka Klin, Muzeum Etnograficzne w Rzeszowie, opracowanie materiału muzycznego – Jerzy Dynia, skład komputerowy tekstu muzycznego – Jacek Laska. Skład komputerowy tekstu książki – Ewa Furman, Marcin Zych. Książka ukazała się na zlecenie Stowarzyszenia Przyjaciół i Wychowanków Studenckiego Zespołu Pieśni i Tańca POŁONINY. Wydawca PHU MITEL S.C. Wydanie współfinansowane ze środków otrzymanych od Gminy Rzeszów. Rok wydania 2012.

Echa kulturalne

ECHO RZE­SZO­WA

RZESZOWSKI KALEJDOSKOP KULTURALNY Pro et contra Rzeszowskie Spotkania Teatralne

Bezpardonowa walka niektórych polskich środowisk kultury o swobodę wypowiedzi doprowadziła do sytuacji odmiennej od zakładanej. Nasze estrady zostały opanowane przez tzw. zachodnią tandetę. Na deskach polskich sal widowiskowych można mówić i pokazywać wszystko, łącznie z obscenicznymi widowiskami pełnymi wulgaryzmów. A wszystko w imię dużej kasy. Stworzono specjalne programy, których celem jest dyskredytowanie osiągnięć kulturalnych PRL. Równocześnie na wszystkich kanałach nadawane są filmy z okresu PRL, ale z wyjątkami. Bez „Ogniomistrza Kalenia”, „Żony dla Australijczyka”, „Domku z kart” i jeszcze wielu innych.

„Ludowe obrzędy doroczne w Polsce południowo-wschodniej”

Za tę pozycję wydaną przez Muzeum Okręgowe w Rzeszowie, autorstwa Andrzeja Kaczmarskiego, uznaną przez Stowarzyszenie Twórców Ludowych za najlepszą książkę o kulturze ludowej, muzeum otrzymało „Ludowego Oskara”. Wręczenie statuetek „Ludowego Oskara” odbyło się 30 października w Lublinie. Prezes Stowarzyszenia Twórców Ludowych, Waldemar Majcher, poinformował, że jury wyłoniło laureatów spośród 32 wniosków zgłoszonych przez 27 instytucji, organizacji i osób prywatnych. O nagrodzie twórców ludowych stało się głośno na początku roku, gdy polscy artyści otrzymali list od kancelarii prawnej reprezentującej w Polsce interesy Amerykańskiej Akademii Filmowej, która przyznaje słynne filmowe Oscary. Amerykanie domagali się zmiany nazwy nagrody argumentując m.in., że zastrzegli nazwę Oskar (pisanej też przez „c”) i że polscy twórcy wykorzystują popularność ich nagrody. Polscy artyści, którzy nazwę swojej nagrody ustanowili na cześć etnografa Oskara Kolberga, początkowo chcieli zmienić nazwę swojej nagrody, ale po medialnej burzy otrzymali bezpłatną pomoc prawną jednej z renomowanych kancelarii. W naszym imieniu ta kancelaria wymieniła pisma z kancelarią Amerykańskiej Akademii i póki co sprawa ucichła. Sądzę, że dla wszystkich stało się jasne, że nie kradniemy nazwy nagrody i dlatego nie zmieniliśmy nazwy - powiedział Majcher.

Nowością jest fakt, że karnety na „RST VizuArt” kosztują 600 zł od osoby. Remigiusz Caban, dyrektor Teatru im. W. Siemaszkowej w Rzeszowie, wspólnie ze scenografem Leszkiem Mądzikiem zaproponowali nową formułę dawnych Rzeszowskich Spotkań Teatralnych. Teraz jest to RST VizuArt, konkurs dla scenografów i kostiumografów. Na rzeszowskiej scenie zobaczymy 10 przedstawień z kilku ostatnich lat, w których scenografia nie jest jedynie tłem, ale ważnym elementem budowania spektaklu. Tym razem wabikiem, który ma przyciągnąć widzów do teatru nie są nazwiska znanych z telewizji aktorów, lecz reżyserów, a przede wszystkim scenografów i to jest główna nowość, która odróżnia nową formułę teatralnej imprezy od starych rzeszowskich spotkań. Do konkursu staną spektakle takich twórców, jak Jan Klata „Wesele hrabiego Orgaza” w wykonaniu Narodowego Starego Teatru im. H. Modrzejewskiej w Krakowie czy Agaty Dudy-Gracz „Galgenberg” w wykonaniu Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie. Na otwarcie i zakończenie imprezy zobaczymy spektakle, które współtworzył dyrektor artystyczny imprezy Leszek Mądzik. Będzie to „Osąd” z Wrocławskiego Teatru Pantomimy im. H. Tomaszewskiego i „Makbet” z Teatru im. J. Osterwy w Lublinie. „Galgenberg” Agaty Dudy-Gracz będzie mogło zobaczyć tylko 60 osób. Na taką widownię jest zaprojektowany. Stąd też do sprzedaży, która ruszyła w poniedziałek, trafiło tylko 30 karnetów. Najdroższe są oczywiście nazwiska: za spektakl Jana Klaty i Agaty Dudy-Gracz trzeba zapłacić po 100 zł. Po 80 zł są bilety na spektakl otwierający i zamykający imprezę: „Osąd” i „Makbet”, a także na konkursowe „Jajo węża” z Teatru im. S. Jaracza w Łodzi w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej i scenografii Justyny Łagowskiej, po 70 zł są bilety na „Białe małżeństwo” Teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach, 50 zł za „Bruno Schulz - historia występnej wyobraźni” z Teatru Lalki i Aktora Pinokio w Łodzi, w reżyserii Konrada Dworakowskiego i scenografii Andrzeja Dworakowskiego, 40 zł - „Ja im jeszcze pokażę. Hommage a Różewicz” w wykonaniu Lothe Lachmann . VizuArt potrwa od 17-25 listopada. Zdzisław Daraż

jubileuszowa poezja

Jadwiga i Ludwik Kupiszewscy Jeden z październikowych wieczorów w klubie 21. Brygady Strzelców Podhalańskich rozbrzmiewał nostalgiczną piosenką i liryczną poezją Jadzi Kupiszewskiej, z najnowszego jej tomiku „Zostawić dzień”. Całość miała jeszcze zupełnie niecodzienny wymiar, bowiem państwo Jadwiga i Ludwik Kupiszewscy obchodzili właśnie swoje złote gody. Zresztą do tej okazji dostrojona została i prezentowana poezja, która swoją refleksyjną frazą wpisywała się znakomicie w nastrojową, nieco melancholijną atmosferę tego wieczoru. Było w niej wszystko, co przystoi lirycznemu oglądowi swiata i postrzeganiu rzeczywistości w całej palecie jej emocjonalnych i refleksyjnych barw. Taka bowiem jest właśnie liryka Jadzi Kupiszewskiej, taka jak jej autorka – pełna wrażliwej i pogodnej zadumy nad darem miłości, boleścią

samotności i wartościami ludzkiego bytu. Licznie przybyłych przyjaciół i wielbicieli artystycznych talentów Jadzi z galanterią powitał gospodarz klubu, ppłk Kazimierz Gałka, zaś walory estetyczne tomiku „Zostawić dzień” z właściwą sobie sceniczną swadą zaprezentował Stach Ożóg, który następnie podjął wraz z autorką recytatorski trud przybliżenia zebranym artystycznego sensu wybranych utworów. Stach odczytał także skierowany do jubilatów list gratulacyjny prezydenta Rzeczpospolitej, Bronisława Komorowskiego. Harmonijnie utrafione w nostalgiczny nastrój dawne przeboje zaśpiewali członkowie klubowego zespołu Ewy Jaworskiej-Pawełek „JEDNA CHWILA” w składzie: Agnieszka Podubny, Kaja Adamczyk, Katarzyna Wąsacz, Monika Krawiec i Michał Podgórski. Później już tylko lampka wina, moc gratulacji, życzeń i tyle serdeczności ile w noc sylwestrową i u cioci Zuli na imieninach łącznie. I ja tam byłem... Do gratulacji z rozkoszą dołącza się cały zespół redakcyjny ECHA. Roman Małek

saga sybiracka

Zaczęło się od „Syberiady polskiej” w 2001 r., potem był „Czas kukułczych gniazd” i jakby suplement do tych powieści „Tajga”, a zbiór opowiadań „Cedrowe orzechy” prapoczątkiem tej powieściowej sagi rodziny Dolinów. Z głównym bohaterem, Staszkiem, którego poznajemy w Syberiadzie jako dziesięcioletniego chłopca, gdy 10 lutego 1940 wyrwany przez NKWD nocą, z rodziną i wszystkimi polskimi mieszkańcami wsi Czerwony Jar na Zbigniew Domino Podolu, zesłany został na Sybir, do tajgi nad Pojmę. Teraz ukazała się trzecia powieść z tego sybirackiego cyklu „Młode ciemności”. Podobnie jak poprzednie, wyda-

na została przez warszawskie Wydawnictwo Studio EMKA. W powieściowym Staszku Dolinie odczytuje się życie autora i prawie biograficzne wręcz fakty. Kresowo-syberyjski cykl w tej powieści przetwarza się już na czas tuż powojenny. – Jestem z pokolenia dzieci wojny, dorastałem w Polsce Ludowej. Przeżyte nie mija, powraca w pamięci, odkłada się warstwami doświadczenia – mówi Zbigniew Domino, pisarz, sybirak, autor kresowo-syberyjskiej sagi powieściowej. Ryszard Zatorski Zbigniew Domino, Młode ciemności, Studio EMKA, Warszawa 2012.


ECHO RZE­SZO­WA

Echa kulturalne

lubaczowskie impresje plastyczne

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

7

old rzech jazz band

Wernisaż w Urzędzie Marszałkowskim

Zespół Old Rzech Jazz Band

Mirosław Karapyta. Fot. Ryszard Zatorski Krąży opinia, że w Lubaczowie jest największe w kraju nasycenie plastykami. W stosunku do ogólnej liczby mieszkańców na pewno. I albo mieszkają oni tutaj nadal, albo dzielą swój twórczy czas pomiędzy to rodzinne miasto, a inne miejsca na globie. Józef Izydor Dobrowolski przyjechał wprost z Paryża na wernisaż lubaczowskich artystów, prace których można podziwiać na wystawie otwartej 5 listopada br. w holu Urzędu Marszałkowskiego w Rzeszowie. Oprócz niego, prezentują tam swe malarstwo także czterej inni artyści – Krzysztof Krzych, Janusz Szpyt, Jerzy Plucha i Janusz Potoczny. – Każdy z nich ma swój własny świat artystycznych wizji, ale łączy ich bogactwo wyobraźni – stwierdziła na wernisażu Barbara Kubrak z Muzeum Kresów w Lubaczowie. Należy zauważyć, że są to artyści znani z wielu wystaw w kraju i za granicą, aktywnie też pomagający kolejnym pokoleniom szlifować talenty plastyczne, co obecnie czyni np. dyrektor Krzysztof Krzych, kierując jarosławskim liceum. Także marszałek Mirosław Kara-

pyta, który otwierał wystawę, z satysfakcją wspomniał, że sam należy do tej malarskiej artystycznej rodziny lubaczowskiej. A burmistrz Lubaczowa Maria Magoń zauważyła, że od dawna nie tylko w muzeum, ale w wielu prywatnych zbiorach znajdują się malarskie prace marszałka, niegdyś także zawodowo związanego z jej miastem. – Z ogromną satysfakcją i dumą – stwierdziła – możemy tutaj pokazać ogrom wyobraźni naszych artystów i poprzez sztukę właśnie przybliżać i rozsławiać nasz Lubaczów. Nie omieszkała przy tym zachęcić do odwiedzenia tego miasta, przyjaznego i gościnnego, z ciekawą historią wzmiankowaną już w dokumentach z początku XIII wieku. A w pewnym zakresie zapisaną w wielu wydawnictwach i obrazowaną wielością materialnych dowodów zgromadzonych w lubaczowskim Muzeum Kresów, które znane jest z inicjatyw o randze krajowej, a nawet szerszej, przybliżających sztukę plastyczną, by wspomnieć tylko o Triennale Polskiego Rysunku Współczesnego. Ryszard Zatorski

lubomir radłowski 1920-2001

Urodził się w Monasterzyskach koło Buczacza, w województwie tarnopolskim. Po II wojnie swiatowej, po ukończeniu studiów dziennikarskich Lubomir przeniósł się do Rzeszowa. Od 1958 roku był dyrektorem Centrali Wynajmu Filmów w Rzeszowie. Pisywał na łamach „Nowin Rzeszowskich” oraz pism polonijnych. Był pierwszym w Rzeszowie członkiem Towarzystwa Łączności z Polonią Zagraniczną „Polonia” i jednym ze współzałożycieli jej rzeszowskiego oddziału. Wspólnie z Czesławem Świątoniowskim i Romanem Brożem zainicjowali zorganizowanie w Rzeszowie Światowego Festiwalu Polonijnych Zespołów Folklorystycznych. Angażował się w organizację każdej kolejnej jego edycji. Współtworzył oddział Krajowej Agencji Wydawniczej w Rzeszowie i przygotował dla niego lokal w 1974 roku. Zasłynął jako jeden z kilku organizatorów wspaniałych balów prasy i pierwszych wyborów miss rzeszowskich.

zbigniew dydek

No i ani obejrzeliśmy się, a znakomitemu zespołowi dowodzonemu przez naszego redakcyjnego druha, Jurka Dynię, OLD RZECH JAZZ BANDOWI stuknął skromny, bo pięcioletni jubileusz, ale zawsze to już coś. Zespół swoją żywotność mógł wykazać, bowiem został przygarnięty do niemal matczynej piersi osiedlowej kultury, obecnie zwanej Rzeszowskim Domem Kultury wraz z przyległościami. Oni to zawsze z uporem powtarzają. O samym zespole pozwolę sobie powymądrzać się w następnym numerze. Teraz ograniczę swoje wypociny do relacji z arcyatrakcyjnego wieczoru w domu kultury w Wilkowyi, pod nostalgicznym zawołaniem „Jazzowa jesień w Rzeszowie”. Nie wiem jak organizatorzy to robią, ale w gruncie rzeczy z dosyć pospolitej i banalnej sali potrafią prostymi zabiegami zrobić nastrojową, usposobioną artystycznie przestrzeń, w której niemożebna jest wszelaka nieobyczajność. A decydują o tym nie tylko urocze symbole jesieni na stołach. Kapelusze z głów! Po francusku nie będę pokrzykiwał. Całość rozpoczęła z właściwym sobie wdziękiem telewizyjna Ilona Małek. To jest wielka klasa! Świetna prezencja, znakomita dykcja, no i piękna polszczyzna! Starał się do niej dostroić Paweł Międlar. Czasem nawet z powodzeniem. W edukacyjny, nikomu niepotrzebny sztafaż słowny próbowała spragnionych jazzu

wtłoczyć Elżbieta Lewicka. Z pewnością sir Winston Churchill przewracał się w grobie. Z uporem twierdził bowiem, że każdy zabierający głos musi mieć swiadomość, iż ma wyczerpać temat, a nie słuchaczy. Ale moderatorka Lewicka to postać w gruncie rzeczy sympatyczna i inteligentna, bowiem zrozumiała w lot reakcję widowni. Zespół zaprezentował to, co ma najlepszego. Świetnie zrobiony jazz tradycyjny, znakomite popisy solowe w interpretacji klasycznych standardów muzycznych, ogromną dozę muzycznego humoru, estradową klasę no i ...tyle witalnej dynamiki, że stodoła mała. A ja, gdy spoglądałem na śpiewającą w paskudnej kondycji zdrowotnej Mariolę Niziołek, to nawet literatura piękna mi brzydła. A jak wówczas prał w blaszaki Heniu Wądołkowski, dmuchał w saks alt Jurek Dynia, szarpał druty Andrzej Warchoł, klarnecił Tadeusz Karczmarz, na banjo popisywał się gościnnie Stefan Ryszkowski, a puzon prostował z werwą Sebastian Ziółkowski, to tylko wiem ja i pchły moje. Ten, kogo tam nie było, stracił nie tylko muzyczną ucztę, ale przede wszystkim atmosferę, której już nie będzie, bo była. Znakomitym muzykom i niezwykle sympatycznym rzeszowianom, którymi przecież są, walę czapką do ziemi, a kielichem pod niebiosa! Roman Małek

w cytrynowych obłokach Zanim podzielę się kilkoma słowami o zbiorze poetyckim Marka Petrykowskiego - Cytrynowo, pragnę przywołać kilka spostrzeżeń o autorze. Petrykowski związany jest od urodzenia z Krosnem, gdzie mieszka i pracuje do dziś w budownictwie. Osobiście znałam Marka do tej pory jako działacza Związku Zawodowego BUDOWLANI na szczeblu okręgowym i krajowym. Jakież było me zdziwienie, gdy kilka dni temu okazało się, że w tym twardo stąpającym po ziemi działaczu, skrywa się poeta. Poeta nader wrażliwy i skromny. Ubolewam, że na okładce wspomnianego tomiku nie widnieje ani jego zdjęcie, ani też notka biograficzna o autorze. Zamieszczona jest natomiast recenzja Jana Tulika zatytułowana Podróż w nieszczelny błękit, i do niej w tym momencie pragnę nawiązać. Jan Tulik, z czym i ja się zgadzam, uważa, że debiut Petrykowskiego jest bardzo udany. I dalej czytamy: szeleszczą na jego kartach wyszukane słowa, ale to nie jedynie szelest spółgłosek, czy onomatopeicznych figur. To celne metafory na tle oszczędnych obrazów, dzięki temu wiersze te czyta się z ukłonem dla jesiennych poblasków – jesiennych, gdyż tę porę roku często kojarzymy z melancholijną lirycznością. Muszę również przywołać postać Jerzego Stefana Nawrockiego, pełniącego funkcję sekretarza rzeszowskiego oddziału Związku Literatów Polskich, który opatrzył ten zbiór poetycki wstępem, w którym pisze:

Wiersze Marka Petrykowskiego zmuszają do podążania tropem jego myśli, wynikających z przeżyć i obrazu ich poetyckiego zapisu, ich odczuć oraz skojarzeń. Myślę, że tak jak i dla J.S. Nawrockiego, tak i dla mnie wiersze Petrykowskiego są zwarte, oszczędne w metodzie przekazu. Mam jednak nadzieję, że rodząca się w Petrykowskim wena poezji nie spocznie na Cytrynowo i że na powrót dane nam będzie odkrywać jego wyobraźnie poetyckie, które jak mniemam skrywa autor głęboko, jak chociażby w wierszu Architektura, gdzie dostrzega uginające pylony smukłością nóg, - i dalej przechodząc - spadają fasady nagie sterylne jak narodziny w martenowskim piecu. By w końcowych wersach dostrzec ostygłą formę. Ubolewam nad tym, że ten zbiór poetycki jest dostępny jedynie koneserom poezji. Mam jednak nadzieję, że trafi na półki księgarskie, gdyż jest to poezja nie tylko dla dorosłych, ale i dla młodzieży. Czego z uściskiem dłoni życzę autorowi. Dorota Kwoka

1923-1991

Urodził się w Brzozowie. Małą maturę zdał w I Gimnazjum w Rzeszowie. Wykształcenie uzupełnił po wojnie. W okresie okupacji hitlerowskiej związał się z ruchem oporu (AK). Po wyzwoleniu Rzeszowa wstąpił do II Armii Wojska Polskiego, ukończył szkołę oficerską i walczył do końca wojny na froncie, a potem z bandami UPA. Po przejściu do rezerwy w 1947 roku pracował kolejno w: Banku Rolnym, Państwowej Komunikacji Samochodowej, Komitecie Wojewódzkim Stronnictwa Demokratycznego. W tym okresie ukończył zaocznie studia prawnicze w Uniwersytecie Wrocławskim (1962 r.). W latach 1961-1969 był zastępcą przewodniczącego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Rzeszowie. W 1969 roku został posłem do Sejmu V kadencji. Pracował w oddziale wojewódzkim PKO jako zastępca dyrektora. Od 1973 roku aż do emerytury pracował w Muzeum Okręgowym jako starszy kustosz, a następnie zastępca dyrektora. Ukończył studia podyplomowe z zakresu muzealnictwa. Mógł więc zrealizować swoje zainteresowania i połączyć je z działalnością turystyczno-krajoznawczą, którą rozpoczął jeszcze w latach 50. W każdej pracy wyróżniał się solidnością i dużym zaangażowaniem. Potrafił łączyć obowiązki zawodowe z działaniami społecznymi. Stąd nagradzano go i wyróżniano dość często. Otrzymał m.in.: krzyże Oficerski i Kawalerski OOP, Krzyż Partyzancki, Krzyż Armii Krajowej, medale Wojska Polskiego I, II i III klasy, odznakę Grunwaldu, zasłużonego działacza kultury i turystyki.

Miejskie Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej - Rzeszów Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Ul. Staszica 24, 35-051Rzeszów tel. (017) 854 52 22, fax. (017) 854 17 07 www.mpec.rzeszow.pl  Dostarczamy ciepło do prawie 70% budynków w Rzeszowie,  Projektujemy, wykonujemy i modernizujemy: 

przyłącza i węzły cieplne,

instalacje wewnętrzne c.o. i c.w.u.,

sieci ciepłownicze,

ekspertyzy i orzeczenia techniczne,

 CAŁODOBOWE POGOTOWIE CIEPŁOWNICZE - 993  Zajmujemy się konserwacją instalacji wewnętrznych c.o. oraz węzłów cieplnych,

Wynajmujemy transport i maszyny budowlane.

45 lat tradycji zobowiązuje…

„Ten, który zmienia polski przemysł”


8

ECHO RZE­SZO­WA

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

dziecięca akad takie były początki

Projekt utworzenia w Rzeszowie szkółki piłkarskiej dla dzieci w wieku od 4 do 7 lat zrodził się w czasie spotkania byłych piłkarzy Resovii i Stali, a obecnie trenerów Waldemara Kłosa i Leszka Rejusa

dają się w dalszym rozwoju. Jest to koleżeństwo, poszanowanie przeciwnika, przywiązanie do barw klubowych. Jeszcze jedna istotna rzecz – do rzeszowskiej Akademii przyjmowane są przedszkolaki , a więc dzieci w wieku 4-6 lat. Szkółki klubowe w Polsce nie zajmują się szkoleniem takich maluchów, a w krajach, gdzie piłka nożna stoi na wysokim poziomie, jest to rzecz normalna. Waldemar Kłos zajął się przygotowaniem akcji reklamowej, a Leszek Rejus przygotowaniem zajęć pokazowych, w których miały wziąć udział dzieci z naboru. Wcześniej zebrano informację o tego typu szkółkach, działających w Polsce, zarówno te wiszące w Internecie, jak i z bezpośrednich rozmów z prowadzącymi takie szkółki trenerami na terenie całej

nie hali, sprzętu sportowego oraz treści zajęć, ponieważ dzieci były w różnym wieku. Ostatecznie w zajęciach 26 lutego 2011 roku, w hali sportowej na Podpromiu wzięło udział 19 chłopców. Dla podopiecznych przygotowano pamiątkowe dyplomy i drobne upominki, zorganizowano spotkanie z rodzicami. W pierwszych zajęciach gościnnie wziął udział Wiesław Cisek, 13-krotny reprezentant Polski, były piłkarz Resovii, warszawskiej Legii i Widzewa Łódź. Zajęcia prowadzili byli zawodnicy Resovii Zbigniew Maćkowiak i Waldemar Kłos oraz rzeszowskiej Stali Leszek Rejus i Jacek Hus. Wszyscy mają uprawnienia trenerskie. Regularne zajęcia rozpoczęto od 5 marca 2011 roku. Zajęcia odbywały się raz w tygodniu, w hali

Turniej piłkarski przedszkolaków.

... w październiku 2010 roku. Kłos, jako trener obserwował młodych adeptów futbolu na stadionie Resovii oraz podczas turnieju halowego. Widząc duże zaangażowanie, zarówno chłopców jak i rodziców

Polski. Przygotowania trwały cztery miesiące.Wizytowano ponad 30 przedszkoli na terenie Rzeszowa i w okolicach, jak również kilka szkół, gdzie rozwieszono plakaty i rozdawano ulotki.

Zajęcia na boisku podczas zajęć, postanowił porozmawiać ze swoim przyjacielem, też trenerem, Leszkiem Rejusem, celem zorganizowania grupy dzieciaków i prowadzenia z nimi zajęć. Kolejny impuls miał miejsce w listopadzie 2010 roku, gdy w prasie lokalnej ukazało się ogłoszenie o naborze chętnych do Dziecięcej Akademii Piłkarskiej w Dębicy. Na kolejnym spotkaniu obaj trenerzy doszli do wniosku, że skoro można w Dębicy, dlaczego nie spróbować w Rzeszowie, mieście liczącym 180 tysięcy mieszkańców? Przyjęto zasadę, że podczas naboru nie będzie żadnej selekcji, ponieważ dla prowadzących każde zgłoszone dziecko było ważne. Nie nastawiano się na wychowywanie gwiazd futbolu, lecz na zaszczepienie dzieciom sposobu na aktywne spędzanie wolnego czasu poprzez gry i zabawy ruchowe w połączeniu z podstawowymi elementami piłki nożnej. Zajęcia te wyrabiają od najmłodszych lat cechy, które przy-

Początki były jak zwykle trudne. Mimo reklamy we wszystkich rzeszowskich przedszkolach początkowo odzew był niewielki. Przez długi czas było kilka zgłoszeń. Stąd też inaugurację zajęć przesuwano dwukrotnie. Sytuacja zmieniła się po feriach zimowych, kiedy na liście widniało kilkanaście nazwisk. Jednak im bliżej terminu zajęć, tym więcej przyjmowano zgłoszeń. Łącznie do zajęć pokazowych zgłosiło się około 30 osób. Kolejny etap to przygotowa-

Zajęcia na boisku

na Podpromiu. Dzieci podzielono na dwie grupy, starszą i młodszą. Wszystkie dzieci zostały wyposażone w stroje piłkarskie z logo Akademii, własnym imieniem i numerem na koszulce. Począwszy od początku maja zajęcia prowadzono dwa razy w tygodniu do końca czerwca na boisku orlika przy ul. Słocińskiej. Była bardzo duża rotacja dzieci. Okres rozruchu prowadzonego projektu zakończono Turniejem Piłki Nożnej dla Dzieci pod nazwą „Powitanie wakacji”, w którym udział wzięło 40 dzieciaków z Rzeszowa i Dębicy. Ponieważ z każdym tygodniem działalności dołączały do grupy nowe dzieci, na koniec czerwca było ich już ponad 30, postanowiono wraz z sympatykami tego pomysłu utworzyć stowarzyszenie pod nazwą Dziecięca Akademia Futbolu w skrócie DAF Rzeszów 2011, gdzie prezesem wybrano Leszka Rejusa a wiceprezesem Waldemara Kłosa. Stowarzyszenie utrzymywało się głównie ze składek członkowskich rodziców jak również z pomocy Wydziału Sportu UM Rzeszowa, który wspierał organizację turniejów. Dużą pomoc w czasie organizacji turniejów udzielał Akademii wiceprezydent miasta Rzeszowa Stanisław Sienko.

Oceniając dot ychczasowe działania, wyraźnie widać duży postęp w poczynaniach dzieci, zarówno pod względem sportowym jak i w dyscyplinie od momentu rozpoczęcia zajęć do chwili obecnej oraz chęć uczestniczenia w zajęciach. Jest coraz mniejsza rotacja w grupach, a kilkunastu chłopców bierze udział w zajęciach od początku istnienia akademii. Na najbliższe

co da

miesiące zaplanowano udział w kilku turniejach halowych oraz zaplanowano organizację drugiego już Turnieju Mikołajkowego w dniu 1 grudnia. Korzystając z patronatu szkoleniowego Akademii Ajaxu, monitorowana jest grupa 40 chłopców w kategoriach wiekowych: U-8, U-10 i U-13, którzy biorą udział w II etapie konkursu Piłkarskie Szkółki Nivea. Wykorzystywany

Grupa z roczników 2004-2006 na stadionie miejskim po zajęciach. Z tyłu tren Aleksander Adamowicz. Fot. K. Szary


ECHO RZE­SZO­WA

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

9

demia futbolu co z tego wynikło?

Pierwszy sezon działalności DAF rozpoczęto po wakacjach, w dniu 1 września 2011. Na trening zgłosiła się bardzo duża grupa dzieci z rocznika 2002-2003. Wszystkie dzieci podzielono na 4 grupy: I rocznik 2007/2006, II rocznik 2005, III rocznik 2003 i IV rocznik 2002. W każdej po około 15 dzieci, łącznie około 60 osób. Do sztabu szkoleniowego, do trenerów: Rejusa, Kłosa i Husa dołączyli trenerzy Grzegorz Bojarski i Aleksander Adamowicz. Zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu pod okiem dwóch trenerów na boisku orlik przy Szkole Podstawowej w Słocinie. W okresie zimowym zajęcia odbywały się w hali sportowej Szkoły Podstawowej nr 11 i w hali na Podpromiu, a od grudnia 2011 w hali Elektronik przy Zespole Szkół Elektronicznych w Rzeszowie. Akademia zorganizowała w grudniu 2011 roku Turniej Mikołajkowy dla dzieci starszych w 8-osobowych drużynach. Udział wzięły: Akademia z Tarnowa, Akademia im. Rejmana z Krakowa, Akademia „Harnasie” z Tymbarku, Korona Kielce i inne zespoły. Czyli okolo 140 dzieci z rocznika 2002 i

alej?

jest w tym celu system szkolenia opracowany przez trenerów Ajaxu, który systematycznie jest wprowadzany i adaptowany do warunków i możliwości realizacji założeń szkoleniowych. Grupy najmłodsze zachęcane i przygotowane są do uprawiania sportu poprzez gry i zabawy z wykorzystaniem podstawowych elementów piłki nożnej. Grupy starsze uczą się współpracy,

zachowania w grupie oraz podstawowych umiejętności piłkarskich, pozwalających na przejście do kolejnych etapów szkolenia specjalistycznego. W planach DAF na kolejny sezon jest zgłoszenie do rozgrywek zespołu orlików, oraz w maju lub czerwcu 2013 roku uczestnictwo w turnieju międzynarodowym.

nerzy DAF. Od lewej: Jacek Hus, Grzegorz Bojarski, Leszek Rejus, Witold Kłos i

Szkółki piłkarskie NIVEA na ulicach Rzeszowa. Fot. NIVEA kursu. Polegał on na przeszkoleniu trenerów. Trenerzy Ajaksu przez 4 dni demonstrowali sposoby prowadzenia treningów, udostępniono materiały szkoleniowe, dostęp do platformy, gdzie można korzystać przez 10 miesięcy z ich doświadczeń, treningów. Z Ajaxu DAF otrzymała kompletne wyposażenie w sprzęt sportowy do prowadzenia zajęć (50 kompletów strojów, 50 piłek, bramki itp.) oraz dostęp do materiałów szkoleniowych Akademii Ajaxu.

Zajęcia na boisku 2003 z 16 akademii z terenu Podkarpacia i Małopolski. Ten turniej będzie rozgrywany cyklicznie w każdym sezonie. Jest wprowadzony do kalendarza rozgrywek między akademiami. Zorganizowano też turniej MINI EURO 2012 w czerwcu 2012 roku, w którym udział wzięło 16 drużyn, razem około 160 dzieci z rocznika 2005. Turniej odbył się pod patronatem prezydenta miasta Rzeszowa, Tadeusza Ferenca. Drużyny wystąpiły w reprezentacyjnych strojach. Rzeszowska DAF również brała udział w 9 turniejach organizowanych przez akademie z Podkarpacia, a grupa z rocznika 2002 występowała w Turniejowej Lidze Orlika. Z tych czterech grup jedynie najmłodsi nie brali udziału w turniejach, pozostali jeździli na organizowane turnieje na terenie województwa przez zaprzyjaźnione akademie: Dębicy, Krosna i Jasła. W marcu 2012 akademia wzięła udział w I etapie konkursu Piłkarskie Szkółki Nivea pod patronatem Ajaxu Amsterdam i wywalczyła prawo udziału w II etapie. Konkurs polegał na wyłonieniu 100 szkółek piłkarskich z Polski, które zostaną objęte patronatem Ajaxu. Akademie i szkółki musiały zaprezentować i zareklamować się w Internecie. Szkółki wyłonione zostały przez głosowanie. Z tysiąca szkółek rzeszowskiej DAF udało się dostać do wspomnianej grupy 100 szkółek objętych patronatem. Po tym sukcesie zaproszono szkółki do drugiego etapu kon-

Trenerzy DAF wzięli udział w czterodniowym szkoleniu wraz z trenerami Ajaxu, którzy pokazywali, jak korzystać z platformy akademii, oraz jak wygląda szkolenie w jednej z najlepszych szkółek piłkarskich na świecie. Poprzez uczestnictwo w tym konkursie trenerzy akademii zostali zobowiązani do realizacji tego programu, opracowanego przez szkoleniowców Ajaxu. Każdy trening jest dokumentowany i przesyłany e-mailem do Warszawy a tam jest oceniany przez komisję pod kątem, jak jest wykorzystany sprzęt, materiały treningowe i myśl szkoleniowa trenerów Ajaxu. Na podstawie zebranych punktów przez komisję, zostanie wybrana najlepsza dziesiątka szkółek, która weżmie udział

w turnieju piłkarskim na obiektach w Amsterdamie, a pierwsza piątka szkółek z Polski będzie miała możliwość treningu na tych obiektach przez 10 dni w sierpniu 2013 roku. Widać duże zaangażowanie się klubu Ajax w szkolenie dzieci, dlatego też należy wykorzystać tę szansę, ponieważ szkolenie dzieci w tej dyscyplinie sportu w Polsce stało na niskim poziomie. Na zakończenie pierwszego sezonu działalności DAF, przed rozpoczynającym się turniejem EURO 2012 w naszym kraju, Akademia gościła reprezentanta Polski, Marcina Wasilewskiego, który przebywał z krótką wizytą w Rzeszowie i odwiedził dzieci na zajęciach. Popularny „Wasyl” opowiadał o przygotowaniach do turnieju oraz rozdawał autografy i robił zdjęcia z dziećmi z Akademii. Takim miłym akcentem zakończono I regularny sezon działalności Dziecięcej Akademii Futbolu w Rzeszowie. II sezon 2012/2013 rozpoczęto 3 września od utworzenia kolejnych dwóch grup z rocznika 2008/2007 i grupy z rocznika 2004. Aktualnie w zajęciach akademii uczestniczy 88 chłopców z roczników 2008, 2007, 2006, 2005, 2004, 2003 i 2002. Zajęcia w okresie letnim prowadzone były na nowo powstałym kompleksie sportowym przy stadionie miejskim w Rzeszowie, a w okresie zimowym będą w hali Elektronik. W planach DAF na kolejny sezon jest zgłoszenie do rozgrywek zespołu orlików, oraz w maju lub czerwcu 2013 r. uczestniczyć w turnieju międzynarodowym. Należy też nadmienić, że rzeszowska Akademia Futbolu jest przysłowiowym oczkiem prezesa Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej, członka władz PZPN, Kazimierza Grenia, który wspiera Akademię poprzez zakup okolicznościowych dyplomów, pucharów czy upominków dla dzieci – uczestników turniejów.

Wizyta reprezentanta Polski, Marcina Wasilewskiego, na boisku orlika w Słocinie. Ryszard Lechforowicz Fot. Janusz Pytel, DAF


10

ECHO RZE­SZO­WA

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

dzieje oświaty w wysokiej głogowskiej... cz. IV

Gimnazjum w Wysokiej Głog. Od 1 sierpnia 1991 roku do końca lipca 2006 roku placówką oświatową w Wysokiej Głogowskiej kierował Władysław Podgórski. Swoją pracę rozpoczął od remontu budynku. Mógł to uczynić, ponieważ udało mu się otrzymać z Kuratorium Oświaty odpowiednie fundusze z przeznaczeniem na zmianę pokrycia dachowego. Wykonano dach dwuspadowy, kryty blachą w miejsce stropodachu, krytego papą. W dniu 13 października 1994 roku odbyła się uroczystość przywrócenia Szkole Podstawowej imienia dawnego patrona i nadania jej sztandaru. Szkoła otrzymała imię Jana Kantego, księdza i profesora Akademii Krakowskiej, późniejszego Uniwersytetu Jagiellońskiego. W uroczystości tej uczestniczyło wielu znakomitych gości, m.in.: poseł na Sejm RP Stanisław Rusznica, przedstawiciel Kurii Biskupiej ksiądz infułat Józef Sondej, kurator oświaty Jan Stanisz, burmistrz Miasta i Gminy Głogów Młp. Kazimierz Rokita, dyrektorzy szkół z gminy, społeczeństwo wsi. Uroczystość rozpoczęto mszą świętą w kościele parafialnym pw. Matki Bożej Różańcowej. Przed budynkiem szkoły kurator Jan Stanisz odczytał akt nadania szkole imienia św. Jana Kantego. Z tej okazji przedstawiciele społeczności lokalnej przekazali dyrektorowi szkoły, Władysławowi Podgórskiemu, sztandar, który następnie przekazany został uczniom. Kurator Jan Stanisz oraz burmistrz Kazimierz Rokita dokonali odsłonięcia tablicy pamiątkowej z wizerunkiem patrona szkoły (tablica została wmurowana w ścianę korytarza na parterze budynku). Ksiądz infułat poświęcił tablicę. W sali gimnastycznej po wystąpieniach kuratora, posła i burmistrza, uczniowie

przedstawili część artystyczną poświęconą patronowi szkoły. Odbyło się zwiedzanie szkoły, wystawy poświęconej życiu i działalności akademickiej Jana z Kęt, była możliwość wpisania się do księgi pamiątkowej. Reforma oświaty, szczególnie postanowienia zawarte w ustawie o systemie oświaty, postawiły władze samorządowe, społeczeństwo wsi oraz dyrektora szkoły przed nową rzeczywistością. Zmiany programów nauczania, powołanie do życia gimnazjów i utworzenie zespołów szkół (w Wysokiej zespół szkół powołano 1 września 1999 roku) warunkowało rozpoczęcie budowy budynku dla Gimnazjum w Wysokiej Głogowskiej. Dzięki sprawnie działającemu Komitetowi Budowy Gimnazjum, Radzie Rodziców oraz w ydatnej pomocy burmistrza miasta i gminy Głogów Małopolski, Kazimierza Rokity oraz Podkarpackiego Kuratora Oświaty, Stanisława Rusznicy, a także duchowym wsparciu kolejnych proboszczów parafii, księży Edwarda Wilka i Zbigniewa Gargasia, w ciągu dwóch lat dobudowano do budynku szkoły podstawowej od strony wschodniej segment (parter i piętro). W nowo wybudowanym budynku gimnazjum znalazło się 7 sal lekcyjnych, w tym pracownia komputerowa oraz biblioteka w pełni wyposażona w sprzęt komputerowy, szatnia ogólna i przebieralnie dla dziewcząt i chłopców, przeznaczone tylko na potrzeby wychowania fizycznego. Utworzono gabinet stomatologiczny, wyposażony w nowoczesny sprzęt. Był bardzo potrzebny nie tylko uczniom, ale i społeczności lokalnej. Gimnazjum uroczyście otwarte zostało 2 września 2002 roku. Otrzymało ono sztandar oraz imię Jana Pawła II. Zanim do tego doszło, wychowawcy klas wspólnie z uczniami poznawali postać patrona; wzbogacali swą wiedzę o jego życiu, zapoznawali się z tematyką homilii papieskich, opracowywali gazetki. Ogłoszono kilka konkursów: jeden plastyczny pod hasłem „Pielgrzym Świata”, a drugi konkurs wiedzy o Janie Pawle II. Uwieńczeniem konkursów było wyeksponowanie wyróżnionych prac na wystawie

w dniu nadania szkole imienia Jana Pawła II. Uczniowie byli na wycieczce w Wadowicach. Wędrując śladami Karola Wojtyły, zwiedzili muzeum, poznali najciekawsze miejsca związane z jego osobą. Od 1 września 2005 roku dołączyło do zespołu szkół również przedszkole. W 2005 roku szkoła podstawowa otrzymała z Kuratorium Oświaty kompletne wyposażenie pracowni komputerowej, jak również wyposażenie biblioteki w sprzęt komputerowy, tworząc tym samym w szkole internetowe centrum informacji multimedialnej. Po 40 latach pracy w oświacie, w tym 15 latach na stanowisku dyrektora szkoły, w 2006 roku Władysław Podgórski odszedł na emeryturę. W wyniku przeprowadzonego konkursu obowiązki dyrektora zespołu szkół powierzono dotychczasowej zastępcy, Jolancie Kwarcie, która z sukcesami pełni tę funkcję do dziś. W okresie tych zmian pracowali następujący nauczyciele: Monika Ali Kham, Krystyna Bazan, Tomasz Błażej, Ewelina Brudz, Joanna Bujak, Beata Bułaś, Marta Cisło, Jolanta Chorzępa, Marzena Dronka, ks. Marcin Dudek, Agata Dulska-Jeż, Barbara Furman, Bożena Furman, ks. Zbigniew Gargaś, Anna Gąsior, Paulina Gniewek, Karolina Gotkowska, Bożena Grygiel, Bogusław Grzebyk, Barbara Hatt, Dorota Hejnas, Elżbieta Kaszuba, Mieczysław Kot, Małgorzata Kołodziej, Iwona Krawiec, Sylwia Król, ks. Dawid Krzeszowski, Bronisława Kunas, Bogdan Kwarta, Jolanta Kwarta, Teresa Ligęza, Bernadetta Littak-Wdowik, Magdalena Lis, Marta Mach, Danuta Mazur, Leokadia Modelska, Dominika Paprocka-Conde, Krzysztof Pado, Paweł Pawliczak, Dariusz Piotrowski, Zofia Podgórska, Joanna Poręba, Magdalena Rząsa, Bernadeta Sałek, Ewelina Selwa, Barbara Słotarska, Andrzej Suszek, Bożena Sobek, Mirosław Szpyrka, Małgorzata Stopa, Dagmara Świrad, Agnieszka Zając, Anna Zając, Krystyna Zajączkowska, Tadeusz Zygo, Małgorzata Wąsik, Agnieszka Węglowska, Agnieszka Wilk, Anna Wójcikowska. P.S. Listę obecnie pracujących nauczycieli zaznaczono wytłuszczonym drukiem. Stanisław Rusznica

rozśpiewany klub seniora

W Domu Kultury „Krak” w osiedlu Krakowska Południe regularnie od 12 lat, w każdy wtorek w celach towarzyskich spotyka się grupa kilkudziesięciu osób. Są to emeryci w różnym wieku, tak kobiety jak i mężczyźni. Animatorem i duszą zebranych jest Bogdan Janosz. Osoba ta to znany w osiedlu animator kultury o kreatywnych umiejętnościach. Muzyk, społecznik, który bezinteresownie co tydzień przez kilka godzin akompaniuje śpiewanym tu piosenkom. Pochodzi z rodziny muzycznej. A od 12 lat jest członkiem kapeli podwórkowej „Wiarusy”. Prezesem Klubu Seniora od wielu lat jest Maria Rzeszutek, a jej zastępcą Władysława Wójcik. Uczestnicy tych wieczorów to ludzie niegdyś różnych zawodów. Wielu z nich zaangażowanych jest w działalność społeczną. Wymieniony już Bogdan Janosz jest członkiem samorządowej rady osiedla. Z kolei Bronisław Śliwiński pełni funkcję prezesa rzeszowskiego oddziału Towarzystwa Walki z Kalectwem. Warto wspomnieć, że trzy osoby: Maria Rzeszutek, Władysława Wójcik oraz Józefa Nowak są w Klubie Seniora od początku. Programy tych wieczorów są bardzo bogate i różnorodne. Oto jestem na jednym klubowym spotkaniu. Na stołach pojawiają się przyniesione przez panie ciasta. Podawana jest również herbata, kawa. Panuje ogólna wesołość. Do akcji wkracza Bogdan Janosz. Otwiera teczkę, z której wyjmuje kilkadziesiąt śpiewników i rozdaje je uczestnikom. Po czym uciszając zebranych rzuca pytanie: Od jakiej piosenki dzisiaj zaczynamy? Ktoś z sali odpowiada – Samotny leśny kwiat, str. 21. Muzyk na gitarze akompaniuje i wszyscy

podejmują śpiew. Po w ykonaniu tej piosenki padają kolejne propozycje. Repertuar jest więc wybierany przez wszystkich i wszyscy też śpiewają. Mniej aktywnych Bogdan Janosz zachęca imiennie. Co niektórzy podrywają się nawet do tańców. Są też piosenk i w w ykonaniu Od lewej: solo, śpiewająca Halina Władysława Wójcik nagradzana jest brawami. Po wykonaniu kilkunastu piosenek jest przerwa w śpiewach. Głos zabiera Maria Śliwińska i wszystkich podrywa do ćwiczeń gimnastycznych. Po fizycznej zaprawie znowu piosenki. I znowu przerywnik. Tym razem Maria Śliwińska wygłasza krótką pogawędkę o racjonalnym żywieniu. Gdy kończy, jest krótka dyskusja. I nadal śpiew, a w kolejnym przerywniku jest miejsce nawet na humor. Zapewnia go opowiadanie zabawnych historii. Niepostrzeżenie w miłej atmosferze mijają trzy godziny. Pora kończyć. Mają miejsce serdeczne pożegnania. Rzecz cenna, że tych klubowych spotka�� nie narzucił nikt z góry, a narodziły się one spontanicznie. Fakt, że odbywają się one nieprzerwanie już 12 lat, najlepiej zaświadcza, że inicjatorzy powołania klubu trafili w autentyczne potrzeby ludzi. Nie powinno więc dziwić, że klub wpisał się na trwale w społeczny pejzaż osiedla Krakowska Południe. Na spotkaniach nie ma mowy o monotonii, powielaniu tych samych wzorców. Bogatą oprawę mają tu Walentynki, Andrzejki. A na poże-

trójgłos o 50-leciu ciąg dalszy ze s. 3

najciekawszych i najlepszych twórców, których dzieła powinni poznać rzeszowianie. Jeżdżę po Polsce, śledzę w Internecie, by znać na bieżąco najciekawsze zjawiska. Otwarci jesteśmy na cały świat. Współpracujemy z miastami partnerskimi Rzeszowa, prezentujemy więc artystów z: Węgier, Rumunii, Grecji, Słowacji, Ukrainy, Austrii, Niemiec, a także z Litwy. Prezentujemy dorobek naszych artystów w tamtych krajach oraz innych. W Brukseli prezentowaliśmy artystów z Podkarpacia. Organizujemy międzynarodowe plenery, w których udział brali również koledzy z takich krajów, jak: Chiny, Indie, Korea Południowa. Czołową wystawą są Ogólnopolskie Jesienne Konfrontacje, wskrzeszone po 20 latach i organizowane teraz co trzy lata. W rankingu jest to jedna z trzech największych obecnie, profesjonalnych wystaw malarstwa w Polsce. W ostatniej edycji (2010 r.) nadesłano 799 prac 272 artystów. Do wystawy zakwalifikowano 82 prace 67 autorów. Tradycyjnie organizujemy coroczny konkurs „Obraz, grafika, rzeźba roku”. Prowadzimy także galerię

debiutów. Rocznie mamy około 36 wystaw premierowych. Bronimy się przed masowością i bylejakością. Organizujemy tylko imprezy profesjonalne. U nas wszystko ma być z górnej półki. A plany, zamierzenia? Marzy się mi utworzenie w Rzeszowie Współczesnej Galerii Malarstwa Unii Europejskiej. Jedyną dobrą okazją do zrealizowania tej wizji będzie przeznaczenie na ten cel pomieszczeń odzyskanego zamku Lubomirskich. Wtedy mogłaby być stała ekspozycja oraz wymienna , wędrująca. Zapraszalibyśmy artystów z krajów Unii Europejskiej i poszczególnych regionów. Drugim moim zamiarem jest sfinalizowanie pięknego pomysłu, od lat funkcjonującego w naszym środowisku, utworzenia w Rzeszowie stałej ekspozycji sztuki współczesnej. Rzeszów jest jednym z tych miast wojewódzkich w Polsce, które jeszcze nie ma stałej galerii. Byłoby to spełnienie pierwotnej idei Biura Wystaw Artystycznych. W piwnicach BWA czeka w tej chwili około 1500 dzieł, które mogłyby być zaczynem.

30-lecie

Podkarpacka Okręgowa Izba Radców Prawnych obchodziła 12 października jubileusz swojego 30-lecia. Podczas uroczystości zorganizowanej przez radcowski samorząd w Hotelu Prezydenckim w Rzeszowie odbyło się wręczenie odznaczeń państwowych i korporacyjnych z udziałem wicewojewody podkarpackiego, Alicji Wosik. W swoim przemówieniu wicewojewoda zwróciła uwagę na to, iż od 1989 roku budujemy nowe państwo wraz z nowymi podstawami ustrojowymi

i systemem prawnym. Przemiany te wymagały dużego tempa legislacyjnego, które stanowiło ogromne wyzwanie dla środowiska prawniczego i administracji publicznej. Podkreśliła także, że "nie udałoby się Polsce dokonać takiego skoku cywilizacyjnego, gdyby nie pomoc i praca radców prawnych, obecnych w każdym samorządzie, urzędzie marszałkowskim, wojewódzkim czy innych instytucjach". ZD

50 lat statystyki

Z okazji 50-lecia działalności Urzędu Statystycznego w Rzeszowie ukazało się wydawnictwo „Rzeszów w liczbach”. Ta ciekawa publikacja ukazała się dzięki wsparciu Urzędu Miasta oraz Wyższej Szkoły Prawa i Administracji Przemyśl-Rzeszów. Z danych zawartych w książce dowiadujemy się, że

Rzeszów na tle innych miast wypada bardzo korzystnie pod wieloma względami. Np. pod względem liczby studentów na tysiąc mieszkańców wyprzedza wszystkie miasta Unii Europejskiej. Rzeszów należy do najszybciej rozwijających się miast w Polsce. Józef Gajda

listy Agata Jamuła, Maria Rzeszutek, Wójcik i Bogdan Janosz. gnania lata, jesieni na stoły trafiają przepiękne i bogate plony ogrodów. Swoją tradycję mają już tu uroczystości imieninowe. Niezwykle cenne są też koleżeński klimat i bezpośredniość. Wszyscy mówią sobie po imieniu. Warto podkreślić, że klub działa bez wsparcia finansowego, bez jakichkolwiek dotacji. Wszelkie koszty, łącznie z poczęstunkami, pokrywane są z własnych składek. Ludzie na emeryturze, szczególnie w dużych aglomeracjach, bywają skazani na samotność i społeczną izolację. Pociąga to za sobą spustoszenia w ich psychice. Przyśpiesza procesy starzenia się, obniża poczucie własnej wartości. A przecież odwiecznym pragnieniem człowieka jest potrzeba kontaktów, uznania, dzielenia się z innymi swoimi kłopotami i radościami. Receptą na spełnienie tych potrzeb jest integracja, podejmowanie inicjatyw stawiających sobie za cel zbliżanie ludzi. Przykład rozśpiewanego Klubu Seniora z osiedla Krakowska Południe zaświadcza, że bez nakładów, kosztów, życiu na emeryturze można nadać barw i uczynić je ciekawszym. Marian Ważny

Odessa przeprasza za Banderę

Odeska organizacja społeczna "Dozór" wystosowała list do ambasadora Polski na Ukrainie i Konsula Generalnego RP w Odessie, w którym przeprosiła za zniewagę, którą wyrządził Polakom prezydent Ukrainy, Wiktor Juszczenko, nadając poplecznikowi nazizmu, Banderze, wysokie odznaczenie państwowe. Oto pełna treść listu (za portalem zaxid.net). List z Odessy: Organizacja społeczna „Dozór" w imieniu mieszkańców miasta Odessy oraz południowych obwodów Ukrainy, przeprasza naród Polski, którą reprezentują Państwo na naszej ziemi - za tę zniewagę, którą wyrządził Polakom prezydent Ukrainy, Wiktor Juszczenko, nadając poplecznikowi nazizmu, Banderze, wysokie odznaczenie państwowe. Pamiętamy, że Stepan Bandera jest winny wielu zbrodni wobec narodu polskiego, przy czym tego faktu akurat współczesna, ukraińska ideologia państwowa nie neguje. Bandera pozostał w ludzkiej pamięci jako człowiek, który aktywnie współpracował z nazistowskimi okupantami. Przy

wsparciu Niemców banderowcy popełnili niezliczoną ilość zbrodni, w szczególności przeciw polskiej ludności zachodu Ukrainy. Szanujemy pamięć ofiar ludobójstwa Polaków Wołynia i innych regionów oraz uważamy, że historycznym obowiązkiem Ukrainy jest zachowanie zdolności do obiektywnej oceny własnej przeszłości. Niestety, ukraińskie władze aktywnie fałszują dziś naszą wspólną historię. I zupełnie nie interesują się tym, jakim „splunięciem" w twarz sąsiedniemu,przyjaznemu narodowi może stać się taka ich polityka. Przyznanie tytułu Bohatera Ukrainy Stepanowi Banderze - mordercy i terroryście - jest jaskrawym tego potwierdzeniem. My, mieszkańcy Odessy i obywatele Ukrainy, szczerze potępiamy ten krok prezydenta Ukrainy, jak również wszelkie inne działania skierowane na heroizację popleczników nazizmu i organizatorów masowych mordów cywilnej ludności. Zapewniamy Państwa, że naród ukraiński na ogół nie podziela miłości Wiktora Juszczenki do faszystowskich zbrodniarzy.


ECHO RZE­SZO­WA

Spotkania z przeszłością

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

11

ipn zbrodniarze upa nie interEsują

Instytut został powołany 19 stycznia 1999 na mocy ustawy z 18 grudnia 1998 o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. W drugiej wojnie światowej zginęło około 6 milionów Polskich obywateli. Najbardziej precyzyjnie władze Polskie rozliczyły ludobójstwo nad obywatelami polskimi żydowskiego pochodzenia. Ostro rozliczono się z Moskwą za wywózki i Katyń. Pozostawiono na uboczu zbrodnie ludobójstwa popełnione na Polakach przez faszystów z UPA. Zamordowanych w okrutny sposób, Dlaczego tak się dzieje? W wielu publikacjach pomija się milczeniem wszystko, co może okazać się niewygodne dla ukraińskich nacjonalistów. IPN odmawiał przekazania stronie ukraińskiej materiałów archiwalnych na temat zbrodni UPA na potrzeby postępowania sądowego zmierzającego do odebrania tej organizacji statusu „walczącej o niepodległość Ukrainy”. Na niedawnej konferencji w Warszawie prokuratorzy IPN-u potwierdzili, że polskie władze państwowe blokują prowadzenie dochodzeń w sprawie ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej. Idea rozprawiania się z antybanderowskimi poglądami na poczynania Ukraińskiej Powstańczej Armii realizowana jest bardzo skutecznie. W IPN wyciszana. Po drugiej wojnie światowej za olbrzymie pieniądze CIA na Ukrainie i poza nią zostały odbudowane struktury UPA jako narzędzie działań sabotażowych wobec ZSRR. Nadto zaś uruchomiony został potężny przemysł wybielający tę formację zbrojną, a w szczególności fabrykujący dowody podporządkowane banderowskiej wizji historii. Dzięki jego funkcjonowaniu na całym świecie rozwinięta została szeroko zakrojona akcja propagandowa. Tymczasem w naszym kraju w okresie PRL-u nie wolno było pisać o zbrodniach dokonywanych przez ukraińskich nacjonalistów. Nie prowadzono więc systematycznych badań nad tą problematyką. Później sytuacja niewiele się zmieniła. W okresie 22 lat funkcjonowania tzw. wolnej Polski nasza prokuratura nie była w stanie doprowadzić do zatrzymania ani jednego zbrodniarza wojennego spośród masowo ujawniających się na Ukrainie członków UPA. Jest to zdumiewające, zważywszy, że w UPA nie było ludzi niewinnych, bowiem chrzest bojowy w tej formacji polegał na wykonaniu krwawej egzekucji(scena z filmu „Ogniomistrz Kaleń”). Nie ulega wątpliwości, że nienależycie funkcjonują państwowe ośrodki dokumentacyjne, a wśród nich powołany do życia Instytut Pamięci Narodowej. W głowie nie może się pomieścić, że mimo iż ten ośrodek badawczo-śledczy nosi także nazwę Komisji Ścigania Zbrodni Prze-

ciwko Narodowi Polskiemu, to zatrudnia ludzi pokroju Grzegorza Motyki, zaangażowanego bardziej w usprawiedliwianie poczynań UPA, niż dokumentowanie zbrodni dokonanych na Polakach żyjących na Kresach. Powszechnie wiadomo, że właśnie pod redakcją Motyki ukazały się haniebne, otumaniające polską młodzież „Teki edukacyjne”, dotyczące stosunków polsko-ukraińskich w latach 1939-1947. Motyka, któremu czytelnicy londyńskiego pisma „Głos Emigracji” i „Kwartalnik Kresowy” przyznali za kłamstwa historyczne nagrodę „Oślich Uszu”, po wielu protestach środowisk kresowych został z IPN-u zwolniony, ale wkrótce ponownie go tam zatrudniono. Osoby zakłamujące prawdę o działalności ukraińskich nacjonalistów zaludniają polskie uczelnie. Pracują głównie w instytutach ukrainistyki oraz w instytutach historii i politologii. W zakłamywanie i przemilczanie prawdy o dawnej i dzisiejszej OUN silnie zaangażowana jest polska prasa. Po utworzeniu w Polsce IPN, właśnie ta instytucja obsadzona została wieloma historykami pochodzenia ukraińskiego, którzy pod szyldem wspólnej walki z „komuną”, przekształcili IPN w Instytut Ukraińskiej Powstańczej Armii. To nie są słowa bez pokrycia. Pisał o tym przerażony tym, co zobaczył, pan redaktor Jan Engelgard w tygodniku „Myśl Polska”. Ze względu na trafną ocenę tego zjawiska i w celu uniknięcia pomyłki w interpretacji, cytuję ten artykuł dosłownie w całości. „Engelgard: Instytut Pamięci Ukraińskiej Powstańczej Armii. Kiedy jeden z moich kolegów wyszperał w Internecie, na stronie IPN, kilka nazwisk w „Indeksie represjonowanych w PRL z powodów politycznych” i mi je pokazał – nie mogłem uwierzyć i przeczytałem dwa razy. Nie, pomyłki nie było. Pod literą B znaleźliśmy od razu cztery nazwiska „bojowców” UPA schwytanych w roku 1947 przez polskie lub czechosłowackie organa bezpieczeństwa. Znalezienie się upowców na tej liście to swego rodzaju nobilitacja – „represjonowani z powodów politycznych” – to brzmi jak wyróżnienie i oddanie hołdu. Dodam tylko, że IPN nie zdecydował się umieścić w tym rejestrze np. Lecha Wałęsy, ale zdecydował się na umieszczenie członków sotni UPA, grasujących w Bieszczadach, zabijających polskich żołnierzy i palących polskie wsie. Podajmy kilka przykładów. Wasyl Brewka (ur. 8 VIII 1915), analfabeta, członek sotni „Hromenki” (tej z filmu „Żelazna sotnia”), brał udział w atakach na jednostki WP w Uluczu i w lesie k. Dobrzanki. Wyrok śmierci wykonano 1. X. 1947 r. W kwestionariuszu wymienia się nazwiska „osób represjonujących”, czyli w tym przypadku pracowników Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa

kalendarium 1 listopada 1918 – we Lwowie żołnierze podlegający Ukraińskiemu Komitetowi Wojskowemu opanowali większość gmachów publicznych. W odpowiedzi powstały spontanicznie w zachodniej części miasta dwa polskie punkty oporu. 1 listopada 1939 – Prezydium Rady Najwyższej ZSRR przychyliło się do prośby Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Ukrainy i włączyło ją do ZSRR. 2 listopada 1988 – katastrofa samolotu pasażerskiego An-24 pod Rzeszowem 5 listopada 2003 – umiera Władysław Kruczek, twórca wielkiego Rzeszowa. 7 listopada 1914 – rozwiązaniu ulega Rada Miasta Rzeszowa. Wkroczyli ponownie Rosjanie. 7 listopada 1918 – powstanie Tymczasowego Rządu Ludowego w Lublinie. listopad 1965 – uroczyste otwarcie BWA i inauguracja pracy galerii wystawą, która stała się znanym wydarzeniem w Polsce – „Jesienne konfrontacje”. 11 listopada 1918 – odzyskanie niepodległości przez Polskę. Koniec I wojny światowej. 14 listopada 1969 – lądowanie pierwszego człowieka na księżycu 15 listopada 1939 – Prezydium Rady Najwyższej USRR w Kijowie włączyło tzw. Ukrainę Zachodnią do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. 29 listopada 1939 – Prezydium Rady Najwyższej ZSRR dekretem narzuciło mieszkańcom tzw. Zachodniej Ukrainy obywatelstwo sowieckie.

Zamordowani przez UPA.

w Rzeszowie i pionu sądowego w Grupie Operacyjnej „Wisła”. Następny delikwent, Józef Boczkowski (ur. 8 VIII 1926 ), 4 klasy szkoły powszechnej, członek UPA, brał udział w napadach na jednostki WP i jednostki czechosłowackie. Następny, Bryliński Stefan (ur. 20 IX 1922), 5 klas szkoły powszechnej, członek sotni „Osypa”, potem „Burłaki”, oskarżony m.in. o „usiłowanie oderwania od Państwa Polskiego części jego obszaru”. To tylko kilka przykładów – na liście figurują dziesiątki nazwisk członków UPA. Powstaje pytanie – jak to się stało, że w tym rejestrze umieszczono upowców? Jakie były przesłanki merytoryczne i polityczne? Można łatwo się domyśleć, że za takim rozwiązaniem stoi grupa pracowników IPN o wyraźnie probanderowskiej proweniencji. Są oni w IPN od samego początku. To ci pracownicy razem z naiwnymi polskimi historykami opracowali sławetny „Atlas podziemia niepodległościowego”, w którym straty UPA w walce z WP i KBW wliczono lekką rączką do strat polskiego podziemia! Mimo, że w ogromnej większości przypadków podziemie polskie zwalczało UPA, gdzie tylko się dało. Czy jednak hasełko „walki z komuną” może być aż tak zaczadzające, by godzić się na taką manipulację? Czy w imię tej obsesji mamy stawiać pod pręgierzem żołnierzy WP i KBW (w dużej części pochodzących z Kresów, często członków Samoobrony i AK), a wynosić na piedestał członków organizacji, która nosi na sobie piętno zbrodni ludobójstwa? Czy polscy kierownicy IPN nie mogą zrozumieć, że gdyby po 1945 roku nastała Polska „londyńska”, to także rozprawiłaby się z UPA, bo chodziło tu nie tylko o zapewnienie spokoju i bezpieczeństwa, ale i rację stanu? Kto więc w tej poronionej logice jest zbrodniarzem, a kto bohaterem – gen. Stefan Mossor, przedwojenny oficer, wybitny

sztabowiec, dowodzący Grupą Operacyjną „Wisła”, czy analfabeta z sotni „Hromenki”? To wstyd, że musimy dzisiaj zadawać takie pytania. IPN to instytucja zbudowana na fundamentach fałszywej ideologii, w dużej mierze antypolskiej. Sprytnie podrzucona przez pogrobowców UPA idea „walki z komuną” sprawia, że IPN poluje na Polaków z WP i KBW, a na listę represjonowanych wciąga analfabetów z sotni „Hromenki”. I to ma być budowanie fundamentów wolnej Polski? Czy w imię mitycznej walki z nie istniejącą „komuną” musimy się jako państwo i naród tak upokarzać? I do czego to wszystko doprowadziło? – do totalnej kompromitacji w skali międzynarodowej, kiedy patron tej historycznej wizji na Ukrainie, Wiktor Juszczenko, uznał Banderę „Bohaterem Ukrainy”. IPN ma w tym swój udział, bo ściśle współpracował ze swoim probanderowskim odpowiednikiem w Kijowie, dostarczając mu dokumenty archiwalne na temat „prześladowań” UPA i wpisując na „listę represjonowanych w PRL” członków tej zbrodniczej organizacji. Niech o tym, wiedzą ci wszyscy wrzeszczący, że zamach na IPN, to niemal zamach na Polskę”. Jest rzeczą zrozumiałą, że dopóki ta V Kolumna OUN – usadowiona w Polsce na różnych szczeblach – będzie działać tak jak działa, to Kresowianie będą traktowani jak intruzi, a zbrodniami UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej obarczani będą Rosjanie (Wołyń), a na pozostałym terenie odziały AK, Wojsko Polskie, KBW, UB, WOP, MO. Coraz bardziej też nagłaśniane będą sprawy Katynia i Smoleńska, by w tym szumie zagłuszać najpotworniejszą zbrodnię XX wieku, dokonaną przez OUN UPA, jaka dokonana została przez nich na Polakach w drugiej wojnie światowej. Zdzisław Daraż


12

ECHO RZE­SZO­WA

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

MÓJ POWOJENNY RZESZÓW

Bogusław Kotula Kiedy przestanie praktycznie funkcjonować przekonanie wśród skrajnych grup polskiego katolicyzmu, że Żydzi ukrzyżowali Chrystusa, a maca musiała mieć dolewkę katolickiej krwi, jeszcze obecnie trudno powiedzieć. Śmierć Chrystusa na krzyżu, to dla katolików podstawowa prawda o Bożym Królestwie, ktore czeka wierzących po ziemskiej śmierci. Czy wszyscy wejdą do Królestwa Niebieskiego? Prawdopodobnie tylko sprawiedliwi! Niebo czeka na prawdziwie wierzących w Boga. Co czeka po śmierci Żydów? To nieprawdopodobnie długa droga wyłożona pytaniami, na które odpowiedzi liczą się w tysiącach. Można zadać jedno pytanie. Czy Europa chrześcijańska potrafiła korzystać ze swojej historii liczącej parę tysiecy lat? Ci, którzy zajmują się historią świecką niejednokrotnie zapominają, że prawdziwe jej dzieje oparte są przede wszystkim na sporach teologicznych i religijnych walkach. Przeciwstawność

Stanisław Kłos

Listopad to wyjątkowo smutny miesiąc. Dnie coraz zimniejsze i krótsze, niebo najczęściej okryte szarymi chmurami, mgły i deszcze to niemal codzienność. Minione niedawno Święto Zmarłych, czas masowych odwiedzin cmentarzy, skłaniało do zadumy nad życiem tych, co odeszli z tego świata. Cmentarze to od zarania ludzkości osobliwe miejsca dla wszystkich kultur. I tu chciałbym opowiedzieć o niezwykłej nekropolii skrytej pośród pagórów i lasów Roztocza Południowego, wprawdzie położonej daleko od Rzeszowa, na północno-wschodnich krańcach województwa, ale godnej poznania. To stary greckokatolicki cmentarz wsi Stare Brusno lokowanej w XV wieku, wsi, która od ponad półwiecza już nie istnieje. Zamieszkała niemal wyłącznie przez Rusinów (Ukraińców) została w latach powojennej zawieruchy wysiedlona i zniszczona. Jej zabudowania rozciągały się w górnej części

zaprawdę, zaprawdę powiadam wam...

Nowego Testamentu staremu Testamentowi? Jeden decydujący szkopuł. Dualistyczne przeciwstawienie Starego i Nowego Testamentu oraz, co za tym idzie, złego demiurga Jahwe dobremu Bogu ewangelii, wieszczonemu przez Jezusa. Wysiłki Kościoła zawsze szły w kierunku utrzymania więzi między Starym i Nowym Testamentem i co za tym idzie utrzymania dogmatu Trójcy Świętej. Jezus Chrystus mówił do maluczkich – wiara cię uzdrowiła! Te trzy słowa starczą wielu katolikom do dzisiaj. A to, że Bóg stworzył człowierka, to mało? A zatem w co wierzy Żyd, w co zaś Polak? Czy starczy na to parę prostych zdań? Księga Genezis jest zdumiewającą częścią Tory. Wielkością judaizmu jest medytacja nad Torą. Wielkością katolicyzmu jest fenomen czterech ewangelii świętych. Komu to wystarcza, komu nie? Gdy zaczynałem poznawać rzeszowskich Żydów, niejednokrotnie chciałem zapytać o ich wiarę. Nie odważyłem się. Prawie nigdy sami o tym nie mówili. W międzywojennym Rzeszowie funkcjonowały trzy synagogi i kilkanaście domów modlitwy. Mieszkało w mieście około 15 tysięcy starozakonnych. Co dały te proporcje? Wiele było świąt żydowskich, wiele nakazów i zakazów, a do tego nieprawdopodobne zróżnicowanie społeczne. 15 tysięcy Żydów przeciwko niewiele ponad dwudziestu tysiącom Polaków katolików! To tak plus minus. Co

daje takie porównanie? Prawie wcale nie zetknąłem się z przedwojenną inteligencją rzeszowską pochodzenia żydowskiego. No,. Może tylko z Paulem Sternschussem, z profesorką uniwersytetu Rabinowicz, adwokatką Bertą Rosner i oczywiście z Klarą Maayan, Eugenią Bigs i Perslą Płotnicką. Szczególnie wymieniam panie, bo one znakomicie mówiły i pisały po polsku. Wszystkie rodowite rzeszowianki z wyjątkiem Pesi Płotnickiej, która urodziła się w Tyczynie. Żyje tylko profesor Gienia Bigs, w Australii. Reszta żydowskich znajomych to prości mieszkańcy żydowskiego Rzeszowa, którzy tworzyli przed wojną swoisty koloryt miejski. Przyznaję, nie wiem jak się modlić za ich dusze, może wystarczy tylko westchnąć do mojego Boga? Pinek Sternschuss z ulicy Lwowskiej ukończył w Rzeszowie „Konarskiego”, a po maturze zaczął prawo na Jagiellonce. Wystraszony ławkowym gettem wyjechał do Grenoble, gdzie ukończył znaną akademię handlową. Czy Pinek czuł się Polakiem? W każdym razie nie czuł się Żydem. Ciekawe? Mieszkał i umarł w Paryżu. Jego długie listy to wzór polskiej stylistyki, ortografii i kaligrafii. Wiele nauczył mnie o przedwojennym, żydowskim Rzeszowie. Chwalił się zawsze, że ukończył wysokie gimnazjum im. Konarskiego i że po sąsiedzku ukończył kurs pilotażu szybowcowego. Sam był bogaty, bogato ożenił się, a wszystko to zawdzięczał,

jak niednokrotnie pisał, swojemu polskiemu myśleniu. Ciekawe, choć trochę dziwne. Czy te listy pisane do mnie są do końca prawdziwe i szczere? Kiedy Tosiek Karpf, syn właściciela kamienicy przy ulicy Przesmyk, przyjechał do Rzeszowa, był już bardzo chory. Prosił, żeby nie robić mu zdjęcia. A przecież było z niego kawał chłopa! Przedwojenny zawodnik i trener bokserskiej drużyny Bar Kochba, major elitarnej jednostki wojskowej w Anglii. Dwa metry wzrostu, dobrze ponad sto kilo wagi. Boguś, ja nie mogę wyglądać tak parszywie na dzisiejszym zdjęciu. Miał zaawansowanego raka krtani, nie mógł mówić, płakał tylko na każdej ulicy Rzeszowa. Klara Maayan, Żydówka z Jabłońskiego. Bardzo mądra, bogata i prawa. Gdy jechaliśmy samochodem z Rzeszowa do Bratysławy, opowiedziała mi swoje wojenne i okupacyjne losy. Jak można było to wszystko przeżyć? „Bogusław, sama nie wiem jak przeżyłam. W Rzeszowie, Lwowie, Mińsku i Warszawie. Dlatego tobie pierwszemu to opowiadam.” Właśnie, Klara opowiedziała mi o rzeszowskich rodzinach, które przechowywały Żydów. Byłem zaskoczony. Znakomity znawca rzeszowskich Żydów, prof. Wacław Wierzbieniec, posiada dogłębne wiadomości typu statystycznego, nazewniczego, ściśle historycznego. Franciszek Kotula

Żydów w Rzeszowie widział na własne oczy. W swoich publikacjach rozpoznawał ich kolor, czuł ich zapach, może nawet czasami myślał tak jak oni. Jakie zatem ślady zostawili po sobie ci z Gałęziowski, Silberówki, Duckerówki, Baldachówki, Nowego Miasta, Micka Adamkiewicza i Kolejowej? Synagogi świecą żydowskimi pustkami, w sklepach nie pachnie kamfiną, śledziami i wilgocią, kirkut na Czekaju to prawie orlik, na ulicach nie kurzy się od gęsich piór, a na korytarzach sądowych cicho jak makiem zasiał. Do mnie już nie ma kto pisać. Odeszli, by już nigdy nie wrócić do swojej Reisze.

bruśnieńska nekropolia

doliny rzeczki Brusienki obrzeżonej niewysokimi wzgórzami. W miejscu gdzie była, rośnie dziś las, a sama dolina tworzy dzikie uroczysko. Teren dawnej wsi położony jest kilka kilometrów na północ od Horyńca Zdroju, a sam cmentarz po prawej stronie drogi prowadzącej z Polanki Horynieckiej do stadniny koni Polanka. Pośród drzew i zarośli wyłaniają się kamienne krzyże i nagrobki, jest ich tu dwie, a może i trzy setki. Całość tworzy swoistą galerię rzeźby nagrobnej zadziwiającej rozległością, ilością i różnorodnością form. Wszystkie wykonane są z miejscowego twardego piaskowca wapiennego, którego w okolicy jest dostatek. Jedne są jasne, jakby dopiero co zrobione, inne okryte wyraźnie patyną czasu, poczerniałe ze starości, omszone i poszczerbione. Wiele innych, powalonych i pogruchotanych ginie w bujnym zielsku. Widać tu prymitywnie ciosane krzyże i kunsztowne pomniki nagrobne, ozdobione płaskorzeźbami, rzeźbami i inskrypcjami, zadziwiające doskonałością warsztatu. Najczęściej są to krzyże, bądź bogato rzeźbione cokoły zwieńczone krzyżami, rzadziej posągami aniołów lub świętych postaci. Często są to już tylko same cokoły, gdyż górne ich części zniszczył czas i ludzie, inne po prostu stały się łupem złodziei. Ile cennych rzeźb powędrowało w świat, nikt nie wie. Dominują krzyże, często z wizerunkiem ukrzyżowanego, niekiedy spięte szarfą lub wieńcem, ale można tu też zauważyć piękne stele nagrobne, posągi, w tym jeden bardzo pr ymity wny, jakby

niedokończony. A może, w założeniu twórcy, taki miał być? W dolnej, najstarszej części cmentarza, dominują nieduże kamienne krzyże, pokryte grubą powłoką mchów i porostów, z reguły równoramienne w formie bardzo proste, wręcz prymitywne i toporne. Wyglądem przypominają popularne niegdyś tzw. krzyże pokutne, które i na Roztoczu można często spotkać przy drogach i pośród pól. Najstarsze nagrobki sięgają drugiej połowy XVIII wieku, te najokazalsze pochodzą z drugiej połowy XIX stulecia i początków następnego. Najstarsza możliwa do odczytania data to rok 1810. W sąsiedztwie cmentarza, po wschodniej stronie zbiegającej w dół starej dróżki, znajduje się cerkwisko, jak potocznie określa się miejsce po cerkwi. Okazała murowana świątynia z 1906 roku została zburzona w 1956 roku. Do dziś pozostała tu zarosła drzewami sterta gruzu. Nieopodal przetrwały jeszcze dwa okazałe kamienne pomniki i wsparty o drzewo prymitywny krzyż, być może najstarszy ze wszystkich, będący zapewne pozostałością pierwotnego, przycerkiewnego cmentarza. Można powiedzieć, że nekropolia ta, podobnie jak wiele innych, to w gruncie rzeczy normalny, stary, opuszczony cmentarz. Ten w pewnym sensie jest być może jedyny, bowiem wszystkie nagrobki są wytworem miejscowego, ludowego kamieniarstwa, można powiedzieć, że całych pokoleń kamieniarzy i to jest wręcz fascynujące.

Górna część cmentarza. Co najmniej od XVI wieku w Bruśnie zaczęto eksploatować bogate złoże kamienia, wapieni i twardych piaskowców wapiennych. Z wapienia wypalano wapno, z piaskowca wykonywano kamienie młyńskie i tzw. brusy i osełki do ostrzenia narzędzi, pozyskiwano też kamień na cele budowlane. Zapewne już w XVII stuleciu zaczęto z niego wykuwać krzyże. Kamieniarstwem trudniły się tu całe rodziny, a zawód przechodził z pokolenia na pokolenie. Samoucy stali się z czasem artystami w swoim fachu. Kamieniarstwem zajmowała się niemal cała wieś, stąd też wykształciło się tu swoiste centrum kamieniarstwa, znane jako bruśnieński ośrodek kamieniarski. Szczególny okres rozkwitu przeżywało od drugiej połowy XIX wieku do I wojny światowej, upadło ostatecznie wkrótce po następnej wielkiej wojnie, gdy zabrakło twórców. Wśród tutejszych rzeźbiarzy najbardziej znaną postacią był Grzegorz Kuźniewicz

(1871-1948), jeden z nielicznych tu mistrzów kamieniarstwa, który zdobył fachowe wykształcenie. Był Rusinem – Ukraińcem, ale mieszkańcem tej ziemi, polskiej ziemi. Jego dłuta jest piękny pomnik nagrobny na cmentarzu w Horyńcu, wzniesiony na mogile żołnierzy polskich poległych w walce z Ukraińcami na przełomie lat 1918/1919. Jak widać, byli i są, różni Ukraińcy. Pomimo upływu dziesiątek lat od wysiedlenia wsi kamienne nagrobki wciąż trwają. Czas jednak robi swoje. Cmentarz powoli, ale niestrudzenie, pochłania przyroda. Być może właśnie dzięki temu jest on tak zachwycający, skłaniający do zadumy nad życiem spoczywających tu pokoleń i losami tej ziemi. Zagubiona wśród lasów bruśnieńska nekropolia to widome świadectwo skomplikowanej historii tych swoistych, podkarpackich kresów. Jeżeli nie można jej zobaczyć, to przynajmniej warto o niej coś wiedzieć.

nowomowa

zabrać stanowisko w sprawie chlupy narodowej

Chlupa narodowa – miano przylepione przez internautę skandalowi z zalaniem stadionu narodowego przed eliminacyjnym kopaniem balona z angolami. Ktoś nie nakazał wajchowemu od zasuwania dachu, że ma przestawić stosowną wajchę, pomimo zdecydowanie deszczowych prognoz i dlatego z murawy stadionu zrobiło się pole ryżowe. Tylko chlupało jak się patrzy! W dodatku winien wszystkiemu był wajchowy, który miał tyle do powiedzenia, co kobieta taliba. Pięćdziesiąt tysięcy kibiców popłynęło w kałuży wściekłości i bezsilności. Nie mogli pojąć, po jaką cholerę wybulili ze swoich podatków grubo ponad 2 mld złociszy na tę narodową chlupę? Świat również nic z tego nie kumał, tylko chichrał się na potęgę. Ażeby było jeszcze śmieszniej, na drugi dzień przy super słonecznej pogodzie mecz rozegrano z zasuniętym dachem, czyli w zaduchu. Czyż to nie przypomina jazdy ruskim rowerem po pijaku i bez

trzymanki? Polak potrafi! Nawet dorobić się za ciężkie pieniądze słynnej na cały świat chlupy narodowej. Osobiście uważam – ogłosił w jakiejś tam sprawie poseł Kłopotek. Dał tym do zrozumienia, że ma jeszcze własne, poza koniczynowe uważanie, czyli myślenie prywatne. Można z tego również logicznie wnosić, iż uważa politycznie w tym konkretnym przypadku bez żadnego pośrednictwa, czyli nie wchodzi wówczas myślenie nieosobiste. Jeśli zaś tak, to kto według posła Kłopotka uważa nieosobiście, czyli za pośrednictwem kogoś innego? A jeśli poseł takowego oświadczenia na wstępie nie złoży, to należy rozumieć, iż uważa też nieosobiście? Chociaż już sam fakt, że poseł cokolwiek uważa, jest ewenementem. Tylko po jaką cholerę musi czynić to osobiście? A tak między nami - bez względu na to, czy poseł uważa osobiście, czy nieosobiście, zaufanie społeczne ma bliskie zeru. Któż bowiem dzisiaj wie-

rzy politykom, poza radiomaryjnym elektoratem? Ozusowanie – taką inicjatywę koniczynową w Sejmie ogłosił poseł Sawicki. Chodziło mu o zamiar wtłoczenia w przepastne ramiona ZUS umów śmieciowych. Ponoć z tego ma zrodzić się szczęśliwość socjalna wszystkich umownych śmieciarzy w naszym ukochanym kraju. Specjaliści od logiki gospodarczej chichrają się z tego na potęgę, ale dziarskości i niczym nieuzasadnionego optymizmu koniczyny to nie umniejsza. Sama zaś konstrukcja językowa charakteryzuje się wyjątkową urodą. Jest to bowiem forma rzeczownika odczasownikowego. To zaś oznacza, ze musi istnieć czasownik ozusować, którego nikt w Polsce nie zna, poza, oczywiście, posłem Sawickim, zapewne. Per analogiam podrzucam bezinteresownie panu posłowi kilka innych derywatów i ich skrótowych źródłosłowów. KOR – korować – korowanie; SOR – soro-

wać – sorowanie; PPR – pepeerować – pepeerowanie; PiS – pisować – pisowanie; PSL – peeselować – peeselowanie; KUL – kulować – kulowanie; UJ – ujotować – ujotowanie; PKP – pekapować – pekapowanie; SDP – esdupować – esdupowanie. Aby uzyskać formę dokonaną zarówno czasownika, jak też odczasownikowego rzeczownika, wystarczy dorzucić przedrostek o-. Proste? Jak futerał na cepy i językowa myśl posła! Zabrać stanowisko – powinny ponoć władze ekstraklasy balona kopanego w sprawie rasistowskiego skandalu autorstwa białostockich kibiców. Tak uznał redaktor Paweł Orpik z lokalnej redakcji gazety koszernej. Tylko kto je zechce później oddać? Z kontekstu wynika, że chodziło mu o wyrażenie oficjalnej opinii o rasistowskim zajściu z nigeryjskim kopaczem grającym w Jagiellonii, Ugo Ukahem. Redaktorowi skrzyżowały się w jakimś pismackim widzie dwa związki fraze-

ologiczne – zabrać głos i zająć stanowisko. A może mu wyrazy poprzestawiały dzieci? Tego nie wie nikt! Zabrać stanowisko nie jest związkiem frazeologicznym, gdyż potocznie oznacza pozbawienie stanowiska, a nie zajęcie. Jest mniej więcej takim samym idiotyzmem znaczeniowym jak zajęcie głosu. Gdyby coś takiego rzekł europoseł Ryszard Czarnecki, prowadzący zdecydowanie w moim rankingu drastycznych przypadków klęski polskiej logopedii, nie miałbym żadnych pretensji. Ale żurnaliście poważnego dziennika koszernego taki lapsus nie przystoi. Proponuję rekolekcje językowe u profesora Miodka, albo innego Bralczyka. Chociaż najlepiej byłoby chyba u Walerego Pisarka, bowiem z tego co wiem profesorowie Stefan Reczek i Witold Doroszewski już korepetycji nie udzielają. A gazeta jakoś zipać musi bez kulawego języka swoich wyrobników! Roman Małek


ECHO RZE­SZO­WA

Rozmaitości

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

13

wspomnienia z minionych lat 120 lat budowlanych W zaduszkowy wieczór kolejny raz wziąłem do ręki skromnie opracowaną w komputerze na prywatny użytek książeczkę zatytułowaną WSPOMNIENIA Z MINIONYCH LAT. Napisał ją, a raczej spisał wspomnienia, prostym, żołnierskim językiem Władysław Dynia, pseudonim „DORSZ”, brat mojego Ojca Andrzeja. Kim był DORSZ? Urodził się w podrzeszowskiej wiosce Rudna Mała, 29 marca 1911 roku, jako jedenaste dziecko Walentego i Apolonii. Dość wcześnie zaczął pomagać rodzicom w pracach na roli, pasał krowy. W wieku 16 lat współorganizował Wiejskie Koło Młodzieży, uczestniczył w zajęciach przysposobienia wojskowego, Związku Strzeleckiego. W 1933 roku został wezwany do zgłoszenia się w Rzeszowie przed kiomisją poborową. Po otrzymaniu kategorii A dostał przydział do piechoty. W lipcu 1933 rozpoczął służbę w 49 pułku piechoty w Kołomyi. W dalszej części „Wspomnień” opisuje przebieg służby, uczestnictwo w szkoleniach, manewrach, awansach, o tym jak został podoficerem zawodowym i wreszcie o przebiegu mobilizacji 27 sierpnia 1939 roku. Kampanię wrześniową rozpoczął z 19 pułkiem na Radziku pod Płockiem. Przeżył starcia z niemieckimi oddziałami, bombardowania, był w okrążeniu. 19 września rozpoczął tułaczą wędrówkę, piechotą do domu dotarł w ostatnich dniach września. Jako przedwojenny zawodowy podoficer WP szybko znalazł się w kręgu zainteresowań tworzącego się podziemia. W pierwszych dniach maja 1940 roku nawiązał kontakt z nauczycielem, Tomaszem Tralą, ps TUŃCZYK i zaprzysiężony: „w obliczu Boga wszechmogącego i najświętszej Marii Panny, królowej Polski…” Komendant Placówki Głogów, Józef Rzepka z Bratkowic, nadał Mu pseudo „DORSZ” oraz zadanie

zorganizowania plutonu bojowego w Mrowli i okolicznych wioskach. Prowadzony w Rudnej Małej przez DORSZA sklep był dobrym punktem kontaktowym, także miejscem szkolenia podwładnych w zakresie szkoły podchorążych. We wspomnieniach DORSZ wymienia wielu członków organizacji, ich pseudonimy. Opisuje też szkolenia praktyczne. W październiku 1943 roku zawarł związek małżeński ze swoją łączniczką Julią Kot. Ze związku tego urodzili się synowie Krzysztof i Marek. 24 lipca 1944 roku ogłoszona została Akcja BURZA. „Co żołnierz Ma? Żołnierz ma wykonywać rozkazy!” Dorsz w pierwszej wersji miał być dowódcą plutonu bojowo-dywersyjnego. Ostatecznie otrzymał funkcję oficera uzbrojenia. W tej części wspomnień DORSZ szczegółowo opisuje działania w rejonie od Bratkowic po Głogów. Po wkroczeniu na te tereny oddziałów armii radzieckiej, po wspólnej naradzie, żołnierze oddziałów biorących w akcji rozeszli się do domów. Nadszedł nowy okres. Jak wspomina – pod koniec września 1944 roku przyszedł do niego LIN i zapowiedział, że właśnie DORSZ wraz z dwoma żołnierzami ma wziąć udział w akcji na więzienie w Rzeszowie. Dorsz początkowo nie wyrażał zgody, ale magiczne słowo rozkaz zamknęło dyskusję. Dorsz wyznaczył dwóch żołnierzy. Ci jednak nie wyrazili zgody. W ich miejsce wyznaczeni zostali Franciszek Trzeciak – RÓJ i Władysław Hadryś - SEN. Podczas przydzielania zadań okazało się, że to nie DORSZ a LIN był wyznaczony przez dowództwo na tę akcję. Tak twierdzi w swoich wspomnieniach. Grupa DORSZA (1 + 4) na akcję otrzymała karabin maszynowy bren, 3 pistolety maszynowe, pistolet colt i miała za zadanie zajęcie stanowiska w fosie koło głównej bramy więzienia, od strony ul. Hetmańskiej. Data

akcji była przesuwana. Z tego też powodu po starciu z obsadą więzienia w nocy z 7/8 października akcja zakończyła się niepowodzeniem. Nie przewidziano, że tej nocy będzie świecił księżyc i oddział chroniący zamek strzelał do wycofujących się grup jak do przysłowiowych kaczek. Były straty. Dające do myślenia są fakty, że mieszkania gdzie miały się odbyć narady przed atakiem na zamek, były spalone. Był jakiś zdrajca? 17 stycznia 1945 roku DORSZ został aresztowany w swoim domu przez NKWD. Okazało się, że NKWD wiedziało o jego działalności konspiracyjnej bardzo dużo. Przez Chorzelów, (chyba) Staszów, Częstochowę, Olkusz, Ojców, Montelupich w Krakowie, 16 lutego znalazł się w pociągu towarowym zmierzającym na tereny ZSRR. Po dwunastu dniach podróży, podczas której w yrzucono w śnieg 70 ciał zmarłych, dotarł do łagru obok kopalni Lidiewka. Potem była Zelannaja i łagier przy sowchozie Bolszewik. Były jeszcze następne przeprowadzki. Była też praca w kopalni węgla zakończona wypadkiem. Pominę cytowanie wspomnień z tej drogi krzyżowej. I wreszcie przyszedł 6 października 1947r. Do wagonów załadowano Polaków i przez Charków oraz Kijów pociąg zajechał do Brześcia n/Bugiem. Załatwianie formalności przeciągało się, ale była to już kwestia czasu. Powrócił do domu i swojej rodziny dokładnie 2 listopada tegoż roku, w Dniu Zadusznym. Byłem przy powitaniu, bowiem w tym dniu przyjechałem do Rudnej wraz z rodzicami z Przewrotnego, gdzie mieszkaliśmy, na groby dziadków. Jerzy Dynia PS. St.sierżant AK Władysław Dynia zmarł 6 czerwca 1993 roku i pochowany został obok żony Julii, ppor. WP oraz rodziców na cmentarzu w Rudnej Małej.

Obchodzony w tym roku jubileusz 120-lecia Związku Zawodowego „Budowlani” jest okazją do przypomnienia jego historii. Rzeszowscy budowlani zorganizowali na tę okoliczność piękne spotkanie, łącząc go z obchodami „Dnia Budowlanych”. Zrobili to 12 października br. w dawnym Klubie Olimpijczyka z udziałem centralnych władz związkowych i samorządowych miasta Rzeszowa. Stanisław Ruszała, przewodniczący zarządu okręgu podkarpackiego, zaprosił na spotkanie liczne grono działaczy związkowych oraz prezesów firm budowlanych. Miło było uczestnikom spotkania gościć m.in.: w iceprzewodniczącego zw iązku zawodowego „Budowlani” Ireneusza Goździołko, wiceprezydenta miasta Rzeszowa Marka Ustrobińskiego, przedstawiciela pracodawców Marka Bartosiewicza, przewodniczącego Rady Nadzorczej RSM Bolesława Kosiorowskiego, wiceprezesa RSM Stanisława Ruszałę, wiceprezesa „Kruszgeo” Tadeusza Kruka, wiceprezesa Krośnieńskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego Piotra Zawiszę, wiceprzewodniczącego RW OPZZ Władysława Kubickiego. Wielu działaczy związkowych zostało uhonorowanych medalami 120-lecia Ruchu Zawodowego „Budowlani”. Zaszczytu tego dostąpili: Krystyna Czernicka, Dorota Kwoka, Alicja Lampart, Tadeusz Kruk, Janusz Lewicki, Krystyna Moskwa, Jerzy Pyziak, Zygmunt Rzerzicha, Lesław Solecki, Józef Tadla, Piotr Zawisza. Odznakę Honorową Związku Zawodowego „Budowlani” otrzymali: Jacek Dykiel, Wiesław Chom, Janusz Irzyk, Marek Kędra, Wiesław Pająk, Szymon Sroka, Michał Żyła. Edward Bazan z Rzeszowskiej Spółdzielni Mieszkaniowej otrzymał taki medal podczas uroczystości centralnych w Warszawie. Decyzją Kapituły odznaką „Zasłużony dla Budownictwa” wyróżniono: Jana Palenicę i Romana Witkosia. W swoim wystąpieniu Stanisław Ruszała, szef podkarpackich budow-

lanych, zwracając się do uczestników spotkania, a za pośrednictwem ich do wszystkich budowlańców powiedział m.in. „Budowlani” to jedna z najstarszych polskich organizacji związkowych. Jej podstawowe zadania nie zmieniły się w zasadzie od początku powstania. Związek nasz jest kontynuatorem tradycji i historii 120-letniej działalności tego ruchu. Jesteśmy organizacją podtrzymującą ciągłość pracy pokoleń związkowców w budownictwie, przemyśle materiałów budowlanych, spółdzielczości mieszkaniowej oraz w nowych branżach, jak: przemysł drzewny, leśnictwo i górnictwo oraz produkcja materiałów drogowych. Nie jest to tylko spuścizna historyczna. Zadziwiająco wiele problemów działania sprzed lat pozostaje naszymi problemami. Oznacza to, że praca związkowa nigdy się nie kończy, nie ma spraw pracowniczych i związkowych, których nie trzeba byłoby bronić wciąż z tą samą determinacją. A więc te 120 lat to powód do dumy i zobowiązanie, dla nas teraz i dla naszych następców. Ci, którzy uważają, że rolą związków jest nieustanna walka z pracodawcą w oderwaniu od realiów ekonomicznych gospodarki i przedsiębiorstwa – nie mogą być skuteczni i poważnie traktowani. Rola związków to rola odpowiedzialnego i niezależnego partnera społecznego, stawiającego własne warunki zgodnie z interesami pracowników, ale zdolnego do kompromisów i realnych możliwości. Obie strony powinny się traktować po partnersku – dążyć do porozumienia przynoszącego korzyści zarówno pracownikom jak i umożliwiające dalszy rozwój i utrzymanie działalności zakładu pracy. Na zakończenie zaproszeni goście życzyli budowlańcom satysfakcji z ich trudnej, ciężkiej i odpowiedzialnej pracy. W podobnym duchu nadeszły też życzenia pisemne od włodarzy województwa i miasta Rzeszowa: dr. Mirosława Karapyty, Małgorzaty Chomycz-Śmigielskiej i Tadeusza Ferenca. Stanisław Rusznica

TANKUJ Stacja benzynowa ul. Lubelska


14

ECHO RZE­SZO­WA

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

iii mistrzostwa rzeszowa orkęgowe święto działkowców

Michno, Radek Skoczylas, Grzegorz Ciszewski, Patryk Rzońca, Mariusz Nędza, Patryk Bąk. W drużynie dziewcząt grały: Angelika Kruczek, Karolina Mikuła, Patrycja Gwizdała, Aleksandra Kaplita, Aleksandra Koszela, Monika Cabaj, Wiktoria Żebrakowska, Joanna Sykała, Kinga Nędza, Kamila Sanecka, Agnieszka Sykała, Monika Skrabalak. Trener Jerzy Motyka mówi, że znakomita gra jego Drużyna chłopców z Gimnazjum nr 10. podopiecznych dziewcząt III Mistrzostwa Rzeszowa szkół podi chłopców jest wynikiem stawowych i gimnazjalnych dziewcząt i systematycznego uczestniczenia ich w chłopców trwały 9 dni. Odbywały się w zajęciach pozalekcyjnych z piłki nożnej. październiku na stadionie CWKS Resovia. Przyczynia się do tego też dobra atmosfera Wzięło w nich udział około 700 uczestni- w szkole i przyjazny stosunek do sportu ków z 9 szkół podstawowych i 10 gimna- wszystkich nauczycieli. zjów. Rozegrano 131 meczów, strzelono Kolejne miejsca od drugiego dalej w 440 goli, rozdano 162 puchary, 18 piłek i grupie szkół gimnazjalnych zajęły gimnazja 9 rękawic. o numerach 9 (68 pkt), 5 (52 pkt), 11 (46 Tytuł Mistrza Rzeszowa szkół podsta- pkt), 6 (42 pkt), 2 (32 pkt), GMS Resovia wowych zdobyła Szkoła Podstawowa nr 10, (25 pkt), Gimnazjum Sportowe (25 pkt), 3 uzyskując w klasyfikacji generalnej 91 pkt. (20 pkt), 8 (12 pkt). Otrzymała ona puchar przechodni i sprzęt Nagrody ufundowała firma GROJZ zajsportowy o wartości 800 zł. Drugie miejsce mująca się sprzedażą olejów silnikowych z 82 punktami zajęła Szkoła Podstawowa nr przemysłowych oraz wszelkiego rodzaju fil8, otrzymując w nagrodę sprzęt sportowy trów i innych akcesoriów samochodowych o wartości 500 zł. Trzecie miejsce z 67 (paski, świece, wycieraczki, kosmetyki). punktami przypadło Szkole Podstawowej Świadczy ona również usługi w zakresie nr 12, która otrzymała w nagrodę sprzęt wymiany oleju, opon oraz naprawy samosportowy o wartości 300 zł. Następne w chodów, konserwacji, klimatyzacji i diagnokolejności miejsca przypadły szkołom nr 3 styki komputerowej. Jest autoryzowanym (61 pkt), 1 (48 pkt), 28 (32 pkt), 16 (30 pkt), dealerem firm Castrol, BP, Mobil. Takich 22 (12 pkt) i 13 (10 pkt). sponsorów potrzeba nam więcej. W grupie szkół gimnazjalnych wzięło Stanisław Rusznica udział 10 gimnazjów. W klasyfikacji generalnej pierwsze miejsce zajęło Gimnazjum nr 10, uzyskując w sumie 70 pkt. Szkoła ta otrzymała w nagrodę okazały puchar przechodni i sprzęt sportowy o wartości 800 zł. Sukces ten powtórzony został po raz drugi. Indywidualne wyróżnienia otrzymali Monika Cabaj i Denis Stojek, którzy zostali uznani najlepszymi zawodnikami w turnieju. W drużynie chłopców grali: Dominik FijałDrużyna dziewcząt z Gimnazjum nr 10. kowski, Denis Stojek, Radek

NASZA WODA TO CZYSTA PRZYJEMNOŚĆ !

Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji Spółka z o.o. 35-055 Rzeszów, ul. Naruszewicza 18 sekretariat: 17 85 36 728, fax: 17 85 09 658 centrala: 17 85 09 600 pogotowie 994, 17 85 35 539 (całodobowo)

OFERUJE:

www.mpwik.rzeszow.pl

■ USŁUGI PROJEKTOWE ■ SERWIS POMP FLYGT ■ USŁUGI SPRZĘTEM SPECJALISTYCZNYM ■ BADANIA LABORATORYJNE WODY

■ USŁUGI GEODEZYJNE

hotel światowej sieci

W rzeszowskim centrum handlowym Millenium Hall otwarty został hotel światowej sieci Hilton. Jest on pierwszą placówką tej sieci na Podkarpaciu i jedną z nielicznych w Polsce. Nowy, czterogwiazdkowy hotel dysponuje ponad setką pokoi, w tym dwoma apartamentami. Pokoje są komfortowo wyposażone, m.in. w telewizory, ergonomiczne miejsca do pracy oraz mają bezprzewodowy dostęp do szybkiego Internetu. Rzeszowski Hilton Garden Inn nastawia się przede wszystkim na gości biznesowych oraz na organizowanie w nim konferencji i szkoleń. Udostępnia dziewięć sal konferencyjnych

Nasze laboratorium ścieków posiada certyfikat akredytacji PCA

Podkarpacka Nagroda Gospodarcza 2009, Diament Forbesa, Zielony Laur 2009, Złota Setka „Nowin”

o łącznej powierzchni 650 m kw. oraz foyer o powierzchni 240 m kw. Największa sala konferencyjna może pomieścić 420 osób. W hotelu jest restauracja oraz bar dysponujące łącznie 110 miejscami. Otwarcie hotelu Hilton połączone zostało z imprezami zorganizowanymi z okazji pierwszej rocznicy działalności Millenium Hall. Uświetniły je gwiazdy polskiej estrady, wernisaż wystawy prac Zdzisława Beksińskiego oraz inne atrakcje dla dzieci i dorosłych. Kazimierz Lesiecki

dzień seniora

Dokładnie w 34 rocznicę pontyfikatu naszego wielkiego Polaka-papieża, 16 października 2012 roku spotkali się seniorzy-emeryci jednego z najaktywniejszych klubów w Rzeszowie. Słowo senior dla niektórych brzmi może zuchwale, zbyt obcesowo, bezceremonialnie, a może zbyt gwałtownie? Słowo to nie pasuje do ludzi z naszego otoczenia. W naszym klubie seniorzy to ludzie młodzi duchem, którzy radość życia czerpią z każdej nadarzającej się chwili, spotykamy się na wycieczkach, pielgrzymkach, ogniskach. Chodzimy na spektakle teatralne, na koncerty do filharmonii, na gimnastykę w basenie, uczestniczymy we wtorkowych wieczorkach tanecznych, na imieninach itp. Przygotowujemy przedstawienia na różne okazje. I tak to jest już 32 lata, bo tyle istnieje nasz klub – mówiła w czasie rozpoczęcia spotkania, przewodnicząca Irena Walczak. Pięknymi rymowanymi słowami przekazała również życzenia wszystkim emerytom. W poniedziałki pomyślności, a we wtorki kosz radości, w środy, czwartki precz zmartwienia! Niech i w piątki strapień nie ma. Na soboty i niedziele życzymy odpoczynku wiele. Niech wam życie płynie miło! ��eby wam trosk ubyło. Niech każdy dzień dostarcza wam radości i uśmiech zawsze w waszych sercach gości. Niechaj problemy was

omijają, a zawsze wszyscy was kochają. Bo jak nikt na świecie, wy na to zasługujecie. Był czas na wręczenie kwiatów i życzenia. Skierowali je jak zawsze również pięknymi słowami: były senator i prezydent miasta Rzeszowa Mieczysław Janowski, radny i zarazem kierownik Administracji Osiedla 1000-lecia RSM Bogusław Sak, przewodniczący rad spółdzielczej i samorządowej Jan Potera i Bronisław Wiśniewski oraz kierowniczka ODK Halina Kostoń. Przy akompaniamencie zespołu muzycznego zaśpiewano tradycyjne „sto lat…” Irena Walczak, mózg wszelkich poczynań emerytów w Klubie Seniora, organizuje wtorkowe spotkania przy muzyce, połączone z tańcami. Klub zaprasza wszystkich chętnych emerytów z całego miasta. Organizacją wszelkich działań klubu zajmuje się jego zarząd oraz według potrzeby inni członkowie. Dziś Klub Seniora liczy około 100 stałych członków. Irena Walczak skupiła wokół siebie grono wspaniałych ludzi tworzących zarząd klubu. Są to: Kazimiera Falkowska, Krystyna Krok, Celina Kuczma oraz Anna Kwiecień. Oczywiście klub ma pełne wsparcie gospodarzy, Osiedlowego Domu Kultury „Tysiąclecia” Rzeszowskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Stanisław Rusznica

krótko Rzeszów największym ośrodkiem akademickim w Unii Europejskiej. Taką informację podał Eurostat, czyli Europejski Urząd Statystyczny. Z danych tej informacji wynika, że w Rzeszowie studiuje 353 studentów na 1000 mieszkańców. To najlepszy wynik wśród wszystkich krajów Wspólnoty.

■ PODŁĄCZENIA WOD-KAN

■ BADANIA LABORATORYJNE ŚCIEKÓW

W październiku działkowcy zorganizowali swoje Okręgowe Dni, tym razem połączone z poświęceniem sztandaru Ok ręgowego Związku Podkarpackiego Polskiego Związku Działkowców. Sztandar z rąk prezesa Krajowego Związku PZD, Eugeniusza Kondrackiego, podczas X Nadzwyczajnego Zjazdu Delegatów w Warszawie odebrała Agnieszka Sycz, prezes podkarpackich działkowców. Prezes Eugeniusz Kondracki pokusił się wówczas o wygłoszenie znamiennej sentencji, którą można uznać za motto Działkowcy na ulicach miasta ze świeżo poświęconym całego wystąpienia: „Niech ten sztandar zawsze was jednoczy i gromadzi sztandarem. pod swoimi skrzydłami”. Uroczystość ta zbiegła się z dziesięcioleciem brzega i starosta rzeszowski. Natomiast osobiście powstania okręgowego związku w Rzeszowie. przybyli, między innymi, wiceprerzydent RzeszoOkręgowe Dni Działkowców rozpoczęła msza wa Roman Holzer i burmistrz Łańcuta Stanisław w katedrze rzeszowskiej, gdzie ów sztandar został Gwizdak. Nie zabrakło także honorowego prezesa godnie poświęcony. Później wszyscy uczestnicy Tadeusza Sulikowskiego. uformowali zwarty szyk i ze świeżo pokropionym Były, a jakże, związkowe odznaczenia we sztandarem, poprzedzani marszowo usposobio- wszystkich odmianach szlachetnych kruszców ną orkiestrą dętą zafundowali sobie przemarsz dla zaangażowanych społeczników. Rozstrzyulicami miasta do świetlicy Rodzinnego Ogrodu gnięty został także konkurs „Wzorowy ogród Działkowego „Nasz Gaj”. Tutaj nastąpiły oko- działkowy roku 2012”. Najważniejsze trofeum licznościowe wystąpienia, wbijanie gwoździ w konkursowe, okazały puchar zgarnął wiceszef sztandarowe drzewce, a także wpisy do księgi naszej Komisji Rewizyjnej i równocześnie prezes pamiątkowej. Prezes Agnieszka Sycz w swoim ogrodu „Małopolanin” w Rzeszowie, Bolesław treściwym wystąpieniu wyakcentowała najważ- Pezdan. Gratulujemy! niejsze problemy ruchu działkowców oraz zwarty Całość domknęli artystycznie Dorota Kwoka zarys dziesięcioletniego dorobku. Nie mogło w i Stach Ożóg. Cały czas trwał kiermasz wyrotym wystąpieniu zabraknąć problemów związa- bów wikliniarskich, rękodzieła artystycznego, nych z pracą nad projektem nowej ustawy o ogro- szkółkarskich atrakcji oraz wyrobów z miodu. dach działkowych i troski o przyszłość prawną Tu prawdziwym przebojem stała się miodówka. ogrodów. Swoje listy przesłali wielcy nieobecni, I ja tam też byłem... czyli posłowie Zbigniew Chmielowiec i Jan Bury, Roman Małek prezydent Tadeusz Ferenc oraz prezydent Tarno-

*** Dzieci z 15 rzeszowskich przedszkoli rozpoczęły naukę języka chińskiego. Prezydent Tadeusz Ferenc, autor pomysłu, uważa, że język chiński może być tak samo ważny jak język angielski. Obecne Chiny to jedna z największych i najszybciej rozwijających się gospodarek świata. Do Rzeszowa przyjechała z Chin pani Jao Ping, aby nauczać naszych milusińskich. ***

Firma INB Podbeskidzie naprawi zapadające się nasypy na budowanym łączniku Rzeszowa z drogą ekspresową S 19. Roboty będą kosztować 23,5 mln zł i mają potrwać do końca roku. Dodatkowe prace pochłoną 18 mln zł. Z budżetu miasta na wzmocnienie podłoża wyasygnowano 5,5 mln zł. Łącznik pozwoli dojechać z ronda załęskiego do autostrady A w Nowej Wsi. *** Na stronie PKP PLK http://www.plk-sa.pl/ artykuly/woj-podkarpackie.pkp jest lista podkarpackich linii kolejowych proponowanych do remontu w latach 2007-2013. Główną pozycję zajmuje linia Rzeszów-Ocice. 67 km tej linii ma być wyremontowane kosztem 219 milionów złotych. Pieniądze mają pochodzić głównie z funduszy europejskich.


ECHO RZE­SZO­WA

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

pod paragrafem

Wieści spod kija

późna jesień

Listopad z częstymi opadami deszczu, czasem śniegu, silnymi wiatrami oraz coraz niższymi temperaturami - to chyba najsmutniejszy miesiąc w ciągu roku. Kolory złotej jesieni ustąpiły miejsca szarościom. Większość drzew już pozbyła sie liści. Na polach, tam gdzie niedawno zaorane, czarno i brązowo, a gdzie wzeszła ozimina - zielono. Po pierwszych mocniejszych przymrozkach łąki zmieniły swą barwę z zielonej na szaroburą, płową. Wśród traw jednak panuje jednak ożywiony ruch. To gryzonie poszukują opadłych nasion, ostatnich owadów. Na takie rozbiegane nornice, ryjówki, myszy polują lisy, myszołowy, jastrzębie. Wśród bezlistnych gałęzi drzew i krzewów uwijają się nasze rodzime sikory oraz przybysze z północy: jemiołuszki i czeczotki. Poszukują ukrytych w ściółce i pod korą owadów, ich larw oraz innych bezkręgowców, a także dojrzałych owoców jarzębiny, bzu koralowego, rozsianych już nasion. W lasach zapanowała cisza, przerywana od czasu do czasu werblem dzięcioła czy skrzekliwym nawoływaniem się sójek. Czasem odezwie się jastrząb lub zakwili myszołów. Dziki tworzą większe stada watahy, a odyńce toczą zawzięte walki o względy loch. Zaczął się bowiem czas rui. W drugiej połowie listopada coraz częściej zdarzają się opady śniegu oraz mocniejsze przymrozki, zmuszając niektóre zwierzęta do szukania zimowych schronień, gdzie większość pozostanie do wiosny przesypiając całą zimę. Nad wodami niemal pusto. Nie do końca jednak. Na większych zbiornikach spotkać jeszcze można ptaki migrujące: łabędzie, kaczki krzyżówki, łyski, mewy, czasem czaple, a nad strumieniami i mniejszymi rzeczkami zimorodki oraz pluszcze polujące na drobne ryby, skorupiaki i owady. Szarpane wiatrami, podeschłe już oczerety szeleszcząc oznajmiają rychłe nadejście zimy. Niektóre rośliny, ich nasiona i pączki zimujące przetrwają ją w dennych warstwach mułu. Inne opadną na dno w całości. Wśród ryb trwa okres jesiennego tarła łososi, troci, pstrągów potokowych, sielawy i siei. Listopad jest dla wędkarzy, zwłaszcza spławikowych, miesiącem trudnym. Biała ryba żeruje bardzo nieregularnie, ale i późną jesienią zdarzają się okazy medalowe. Chociaż i intensywność żerowania maleje, to leszcz, krąp, płoć czy brzana są w zasięgu wędki. Najlepsze są dni słoneczne z temperaturą około +10 stopni Celsjusza. Najskuteczniejsze przynęty: ochotka, czerwone i białe robaki. Wraz z nastaniem jesiennych chłodów i pierwszych przymrozków warto więcej czasu poświęcić drapieżnikom: okoń, szczupak, sandacz, boleń, a nawet węgorz. Gdzie szukać drapieżników? Z okoniem, zwłaszcza w pogodne dni, sprawa jest dość prosta. Ukleja żeruje tuż pod powierzchnią wody, za nią podążają stada okoni. Skuteczna będzie wędka ze spławikiem. Przynęta to mały żywiec, rosówka lub pijawka. Łowimy w pobliżu kładek, pomostów, zatopionych drzew. Szczupaka aż do pierwszego lodu łowimy niedaleko od trzciny, na spadzie na żywcówkę z krąpiem lub płocią jako przynętą. Sandacza w listopadzie możemy spotkać w najbardziej nieprawdopodobnych dla niego miejscach przy trzcinie, na metrowym gruncie. Jednak najlepsze łowiska to ostre stoki. Bardzo intensywnie żeruje miętus. Najlepsza pora to wieczór i noc, chociaż w dni pochmurne bywa aktywny w ciągu całego dnia. Łowimy go przy opaskach brzegowych, w pobliżu zatopionych korzeni nadbrzeżnych drzew i wszelkich przeszkód wodnych na przynęty mięsne: żywiec, martwa rybka, filety, paski mięsa, dżdżownice. Listopadowa pogoda bywa bardzo kapryśna. Potrafi w ciągu dnia zmienić się diametralnie. Dlatego musimy zaopatrzyć się w ciepłą i nieprzemakalną odzież, tak aby przygody wędkarskiej nie przypłacić przeziębieniem. Warto też mieć ze sobą termos z gorącą herbatą. W listopadzie obowiązuje zakaz połowu: łososia, troci, pstrąga potokowego, siei, sielawy, suma oraz ryb prawnie chronionych. Janusz Jędrzejek

Ostatnio w naszym kraju modna stała się dyskusja, czy zezwolić na legalne nabywanie i posiadanie tak zwanego miękkiego narkotyku, za jaki uważa się marihuanę. A tymczasem swoje żniwa zbiera całkowicie legalny, powszechnie dostępny, niemalże w każdym sklepie spożywczym, stosunkowo niedrogi, ale bardzo niebezpieczny narkotyk, jakim jest alkohol. „Przygoda” z alkoholem może zacząć się od niewinnego piwa ze znajomymi, czy od lampki szampana w sylwestrową noc. Osoba ze skłonnością do alkoholu szybciej niż inni ludzie odkrywa, że napój ten jest nie tylko środkiem towarzyszącym zabawie, radości, spotkaniu w grupie, lecz wydaje jej się być lekiem na wszystkie przykre stany emocjonalne. Często w parze z używaniem alkoholu, jako antidotum na gorsze samopoczucie, idzie również brak umiejętności radzenia sobie z sytuacjami problemowymi, z napięciami życia codziennego. CHOROBA, KTÓRĄ MOŻNA ZATRZYMAĆ Niebezpieczeństwo uzależnienia od alkoholu pojawia się w chwili, kiedy człowiek zauważa, że działanie alkoholu odpręża i daje ulgę, redukuje napięcie i niepokój, osłabia poczucie winy, ośmiela, ułatwia zaśnięcie czy pobudza do działania. Jak ocenić to,

Zezem na wprost

WYŁUDZIŁA PONAD MILION

Na 6 lat więzienia oraz blisko 22 tys. zł grzywny skazał Sąd Rejonowy w Rzeszowie mieszkankę tego miasta, Annę Cz., za wyłudzenie ponad miliona złotych od różnych osób. Ma też zwrócić pokrzywdzonym otrzymane od nich pieniądze. Skazana oszukała 22 osoby, obiecując pomnożenie powierzonych jej kwot poprzez inwestowanie ich w rzekome, bardzo opłacalne przedsięwzięcia. W rzeczywistości zaś przeznaczała je na własne potrzeby – wystawny tryb życia, wynajem domu oraz posyłanie dzieci do prywatnych szkół. Zaufanie zjednywała sobie stwarzając pozory osoby wszechstronnie wykształconej, w dodatku legitymującej się tytułem doktora etyki. W rzeczywistości zaś edukację zakończyła w szkole średniej. Na ławie oskarżonych zasiadł również mąż kobiety oskarżony o współudział w oszukaniu jednej z pokrzywdzonych osób. Sąd skazał go na rok więzienia w zawieszeniu i grzywnę oraz zobowiązał do zwrotu, razem z żoną, wyłudzonych 50 tys. zł. Zarówno kobieta, jak i jej mąż nie przyznali się przed sądem, by ich zamiarem było oszukanie klientów. Wyrok nie jest jeszcze prawomocny. Obojgu skazanym przysługuje apelacja do sądu wyższej instancji.

WPADLI PODCZAS WŁAMANIA Kradli, co się dało: motocykle, skutery, rowery górskie, koła i felgi samochodowe, grzejniki, elektronarzędzia oraz sprzęt sportowy. Policjanci z Rzeszowa wraz z funkcjonariuszami z Dynowa ujęli 7-osobową szajkę włamywaczy i złodziei, którzy mają na swoim koncie wiele tego rodzaju przestępstw. Terenem ich działania był Rzeszów i Przemyśl oraz gmina Dynów, skąd pochodzą. Wpadli, gdy plądrowali nocą budowany dom w jednej z poddynowskich wsi. Właścicielowi domu udało się wspólnie z braćmi i ojcem zatrzymać dwóch osobników, których przekazali następnie policji. Idąc po nitce do kłębka policjanci ustalili, że grupa dokonująca regularnych włamań i kradzieży liczy 7 osób. Wszystkich ujęto. Okazało się, że są oni mieszkańcami Bachórza i Dynowa, mają od 17 do 25 lat, trzej zaś to nieletni. Podczas przesłuchania przyznali się do winy. Przeprowadzone rewizje pozwoliły na odzyskanie wielu skradzionych przez nich przedmiotów, w tym 13 skuterów i jednego motocykla.

SKARPETKI ZA 100 TYSIĘCY Mężczyzna, który wybrał z banku w Rzeszowie ponad 100 tys. zł i niósł je w reklamówce, został w biały dzień okradziony. Z gotówką tą ruszył na zakupy. Gdy w pobliżu placu targowego zaczepił go uliczny sprzedawca skarpetek postanowił skorzystać z okazji i sięgnął do reklamówki po pieniądze. Wyciągnął cały plik banknotów, a wówczas sprzedawca skarpetek, wyrwał mu je i uciekł. Mężczyzna nie od razu zgłosił to policji, lecz sam postanowił odszukać złodzieja i się z nim rozprawić. Po chwili zauważył go w towarzystwie innego mężczyzny, ale wtedy stało się to, czego się nie spodziewał. Nieznajomi wyrwali mu reklamówkę z resztą pieniędzy i znikli w ulicznym tłumie. Dopiero wtedy poszkodowany zgłosił się na policję. W wyniku podjętych czynności policjanci z wydziału kryminalnego rzeszowskiej komendy ustalili, że sprawcą kradzieży był prawdopodobnie 41-letni obywatel Rumunii. Wszczęto poszukiwania. Rumun został zatrzymany w Krakowie i przewieziony do Rzeszowa. Został rozpoznany przez pokrzywdzonego. Po przesłuchaniu w Prokuraturze Rejonowej dla Miasta Rzeszowa i przedstawieniu zarzutów wobec Rumuna został zastosowany dozór policji, zakaz opuszczania Polski z zatrzymaniem dokumentów uprawniających do przekroczenia granicy oraz poręczenie majątkowe. Nie wiadomo, co się stało z ukradzionymi 100 tys. zł. kal

Po raz któryś już rozpoczęła się trwająca u nas w nieskończoność deliberacja na temat in vitro, zaostrzenia prawa antyaborcyjnego i o jakimś zamachu smoleńskim. Wygląda na to, że Putin cuzamen z Miedwiediewem nie mogli spać po nocach, bo sen im z oczu spędzał Napoleon naszych czasów, czyli prezydent. Rano szli niewyspani do państ6wowej roboty i tylko w bojaźni oczekiwali na straszne wieści z mocarstwa światowego, czyli Polski, aby znowu w nocy przeżywać męki bezsenności. Musieli zatem zamachnąć się na kogo trzeba i odtąd mają już zdrowy sen. Głupie, ale niektórzy w to wierzą i pewnie dopiero moje wnuczki doczekają czasów, gdy brednie na ten temat umilkną.

i bandy tów, których należy zmusić mądrością owych parlamentarzystów do przyjęcia na świat człekopodobnych, trwałych kalek, a nawet czegoś w rodzaju wegetacyjnych roślin ludzkich. W ten sposób skazują ich na codzienną męczarnię, żebranie o wsparcie w kosztownej niezwykle opiece, w dodatku bez najmniejszej nadziei na poprawę, a tylko na murowane pogorszenie i tak drastycznie ciężkiej sytuacji. Jeśli miałoby mieć jakikolwiek sens i logikę nowelizowanie w ten sposób ustawy antyaborcyjnej, to należałoby w ustawie od razu obarczyć państwo ciężarem pełnej opieki nad tak narodzonymi nieszczęśnikami, a nawet ich rodzicami. A jeszcze lepiej byłoby tym obarczyć również owych mularczyków i gowinów, którzy z pewnością nawet nie za bardzo wiedzą o czym ględzą. Tak jak zakonnica jest jedyną kobietą, która rano wie, co na siebie włożyć, tak ci mędrkowie od razu po przebudzeniu wiedzą, czego potrzeba polskiej rodzinie do szczęścia. Oczywiście, jak najbardziej nieuleczalnej kaleki oraz męczarni i cierpienia do końca życia. To mi znowu uporczy wie przypomina zakładanie klubu abstynentów przez narąbanych dżentelmenów. Wiele medialnego szumu wywołał wyrok unijnego trybunału, który przyso-

To jest zjawisko kabaretowo wesołe i do przyjęcia przez ludzi obdarzonych pewną dozą poczucia humoru. Natomiast ciągłe próby ustawowego pozbawiania ludzi prawa do szczęśliwego i pogodnego życia, nie jest zjawiskiem śmiesznym, lecz strasznym i smutnym. Dzieje się to ze względów doktrynalnych i dogmatycznych, a nie humanistycznych. Skoro w naszym kraju katolików jest ponoć taki procent jak w dobrym spirytusie, to po co jeszcze ustawa sejmowa? Jakież musi być niskie mniemanie hierarchów i chadeckich polityków o sile wiary rodaków, że uciekać muszą się do zmuszania ich do przestrzegania religijnych nakazów ustawowym przymusem administracyjnym pod odpowiedzialnością karną. To aż tak źle jest z poszanowaniem nakazów Kościoła? Myślałem, że tylko z ofiarnością wiernych. Ostatnio znowu znalazło się sporo mularczyków, gowinów i kogoś tam jeszcze z koniczyny, którzy za wszelką cenę chcą zamienić życie wielu rodzin w prawdziwy koszmar. Chcą małżeństwa nie mogące mieć dzieci w sposób naturalny, pozbawić możliwości przeżywania rodzicielstwa i macierzyństwa, poprzez zakazanie stosowania metody in vitro. Z jakichś sadystycznych pobudek zamierzają także odebrać prawo do aborcji w przypadku stwierdzonego medycznie upośledzenia płodu. Zatem zagrożeni wychowywaniem upośledzonych latorośli rodzice i lekarze to banda durniów

lił naszemu rządowi wypłacenie 40 tys. euro zadośćuczynienia za krzywdy pewnej piętnastolatce, brutalnie zgwałconej, która zaszła w ciążę w wyniku tego gwałtu i dlatego sąd orzekł prawo do aborcji. Ale tu zączęła się zabawa w co mi zrobisz, jak mnie złapiesz. Odmawiano aborcji w całym województwie i po upartym dochodzeniu swoich praw pokrzywdzona barbarzyńsko dziewczynka, upokorzona uprzednio ponad miarę, musiała telepać się z rodzicami na drugi koniec kraju, gdzie dopiero jej udzielono pomocy. Podkreślam, pomocy! Rząd ma, i będzie miał, takich przykrości coraz więcej. Jest przecież zarządcą tego całego prawnego, organizacyjnego i sprawczego bajzlu, w którym nie tylko sądy interpretują prawo, ale nawet jakiś zapyziały konował, albo inny weterynarz przez pomyłkę zatrudniony w szpitalu, bo akurat prawdziwi lekarze wyjechali na saksy, albo poszli do klinik prywatnych. Dlaczego u nas biblia jest jak warunki licencyjne. Nikt nie przeczyta, ale wszyscy się zgadzają. I jakiś ortodoksyjny doktryner przykościelny publicznie jeszcze śmie mówić, że prawo powinno zabraniać aborcji nawet w tych wyjątkowo zasadnych przypadkach, bo wówczas nie mielibyśmy takich przykrości z postępową na ogół Europą. Czy on coś słyszał o prawach człowieka, miłości bliźniego i chrzescijańskim miłosierdziu? Wątpię! Roman Małek

znowu para w gwizdek

mity i fakty o alkoholu

czy alkohol jest już poważnym zagrożeniem, początkiem uzależnienia? Oto test, któremu warto się poddać i wyciągnąć wnioski. Odpowiedz sobie na pytania: - Czy kiedykolwiek osoby z bliskiego otoczenia mówiły, że pijesz zbyt dużo albo zbyt często? - Czy kiedykolwiek były w Twoim życiu takie okresy, kiedy rozważałeś potrzebę ograniczenia swojego picia? - Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek, że odczuwałeś wyrzuty sumienia, poczucie winy albo wstyd z powodu swojego picia, jego następstw czy swoich zachowań po wypiciu alkoholu? - Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek, że rano po przebudzeniu, jedną z pierwszych czynności było wypicie alkoholu (także piwa) dla „uspokojenia nerwów” albo w celu zlikwidowania „kaca”? - Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek chować alkohol przed innymi i pić po kryjomu? Jeżeli na większość tych pytań odpowiedziałeś pozytywnie to sygnał, że picie alkoholu zaczęło być w Twoim życiu pewnym problemem. Odpowiedz sobie teraz na pytanie, czy chcesz mieć tych problemów jeszcze więcej? A może już na tym etapie warto porozmawiać ze specjalistą od uzależnień? Jeżeli nadal nie wiesz, co dalej

15

robić i jaką podjąć decyzję odpowiedz na kolejne pytania: - Czy odczuwałeś kiedykolwiek potrzebę wypicia, a czasami nawet poczucie przymusu picia lub tzw. „głód” alkoholu (występujące zarówno w okresie utrzymywania abstynencji jak i podczas picia)? - Czy nasunęła Ci się kiedykolwiek myśl, że ostatnio miewasz trudności w kontrolowaniu swojego picia (np. czasami wypijasz więcej alkoholu niż zamierzałeś, pijesz coraz częściej, miewasz trudność w przerwaniu rozpoczętego picia, a czasami jest Ci trudno odmówić sobie wypicia alkoholu? - Czy kiedykolwiek piłeś alkohol w celu poprawienia złego samopoczucia po „przepiciu” (wypijałeś tzw. „klina” ? - Czy kiedykolwiek zaobserwowałeś obecność bardzo przykrych dolegliwości fizycznych lub bardzo złego samopoczucia psychicznego, przy próbach przerwania picia lub następnego dnia po „przepiciu” (np. niektóre spośród takich objawów jak: silne osłabienie, nudności, wymioty, biegunki, nadmierna potliwość, drżenie rąk lub całego ciała, drażliwość, niepokój, lęki, niemożność zaśnięcia, przerywany sen z koszmarami itp.? - Czy obecnie reagujesz na alkohol inaczej niż kiedyś (masz na przykład „mocniejszą” lub „słabszą” głowę)?

- Czy w ostatnim okresie Twoje kontakty z alkoholem nie ograniczają się najczęściej do dwóch możliwości (albo całkowita, wielomiesięczna czy nawet wieloletnia abstynencja, albo parodniowe czy wielodniowe picie alkoholu, czyli tzw. „ciąg”, który wcale nie musi wiązać się z upijaniem się i opuszczaniem pracy? - Czy przypadkiem nie zrezygnowałeś, na rzecz picia, z niektórych przyjemności i zainteresowań (np. masz mniej czasu dla rodziny, na swoje hobby, natomiast coraz więcej czasu zajmuje Ci „odzyskiwanie formy” po piciu, czy też odrabianie zaległości powstałych podczas picia, zdobywanie pieniędzy na picie, poszukiwanie okazji do wypicia czy też samo picie), a może zmieniłeś pracę, albo wykonywany zawód w związku z piciem? - Czy zdarzało Ci się pić alkohol wbrew zaleceniom lekarza, pomimo kłopotów finansowych czy też problemów rodzinnych, zawodowych, prawnych itp., o których wiadomo, że mogły mieć związek z piciem alkoholu? W przypadku pozytywnych odpowiedzi na te pytania nie ulega wątpliwości, że trzeba się czym prędzej poddać leczeniu odwykowemu. Podjęcie takiej decyzji jest niezmiernie trudne, szczególnie w sytuacji, kiedy niektórzy znajomi łączą alkoholizm z

tym wszystkim, co jest złe, grzeszne, społecznie nieakceptowane. Ale prawda jest zupełnie inna. Alkoholizm to choroba, na którą można mieć wpływ i którą można zatrzymać. ODWYKOWE CENTRUM W Rzeszowie działa Centrum Profilaktyki i Terapii Uzależnień, które ma duże osiągnięcia w zwalczaniu tego rodzaju patologii społecznej. Placówka ta zajmuje się leczeniem i psychoterapią ludzi uzależnionych od alkoholu. Centrum na szeroką skalę rozwinęło również działalność profilaktyczną w zakresie zwalczania alkoholizmu i narkomanii. Udziela też pomocy psychologicznej rodzinom ludzi uzależnionych, podejmuje problemy przemocy w rodzinach, w grupach rówieśniczych oraz przemocy seksualnej wobec dzieci. Rzeszowskie Centrum Profilaktyki i Terapii Uzależnień ma swoją siedzibę przy ul. Kochanowskiego 17, telefon: 017 85 81 181, 017 86 24 018, e-mail: cpitu@odwyk.pl. Publikacja sponsorowania. Pytania testowe zostały zaczerpnięte z pracy dr n.med. Bohdana Tadeusza Woronowicza – kierownika Ośrodka Terapii Uzależnień w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Oprac. KAL


16

Nr 11 (203) rok XVII listopad 2012 r.

Z ŁAWECZKI NAD WISŁOKIEM

chroniczna alergia

Zimno ja koś na tej mojej ławeczce, w nogi chłód ciągnie, a i w nosie jakoś kręci. No i kicham co chwila, czas do lekarza pójść, niechajby posłuchał i tu, i tam, do gardła pozaglądał i jakieś medykamenty przepisał. Do lekarza rodzinnego trzeba wcześniej się zarejestrować, chyba że pójdzie się na chybił trafił i lekarza gorliwie będzie się prosić, to może gdzieś tam na końcu kolejki może przyjmie. Katar i kaszel, to nie jest stan natychmiastowej pomocy lekarskiej, zatem zarejestrowano mnie na wizytę za dwa dni i zostałam przydzielona na 9.15. Zjawiłam się przed gabinetem tuż przed dziewiątą. Było parę osób czekających na lekarską pomoc, to znaczy, że zaraz zgodnie z ustaloną godziną wejdę na przebadanie. Za chwilę przyszła dopiero pani doktor (a na drzwiach było wyraźnie napisane, że przyjmuje od godziny 8.00), po przebraniu się otworzyła drzwi, mówiąc: „ Pierwszy pacjent proszę”, po czym zmierzyła wzro-

kiem kichającą kolejkę i zamknęła drzwi. To, że zaczęła pracę z takim opóźnieniem, nie wymagało żadnych przeprosin (lekarz ma przepraszać zasmarkanych kolejkowiczów?). I tak, z pewnym poślizgiem czasowym weszłam do gabinetu. Wzrok pani doktor nie był łaskawy dla mojego wyglądu; nic dziwnego - nos czerwony, oczy załzawione i dziwny, skrzypiący kaszel. Wysłuchała jednak mego grania w piersiach, zaglądnęła do gardła, następnie pośpiesznie umyła ręce, przepisała receptę i to wszystko. Nawet nie zapytała, czy przypadkiem nie jestem na coś uczulona. „Następny proszę” - rozległo się równocześnie z moim wyjściem z gabinetu. Zaświerzbił mnie język. Alergia, jak nic! Lekarze, podobnie jak politycy nie podlegają krytyce. Jedni i drudzy nie są zobowiązani do solidnego pełnienia swoich obowiązków, a jakiekolwiek przeprosiny z ich strony, to wymysł zasmarkanych, zwykłych zjadaczy chleba. To przecież my, kolejkowicze, wchodząc do lekarskich gabinetów dostarczamy im wszelkiego rodzaju wirusów, których oni mogą się jedynie pozbyć za porównywalne na Zachodzie pensje. Tylko, że na Zachodzie punktualnie otwiera się drzwi swego gabinetu i zupełnie inaczej traktuje zasmarkanego pacjenta... Idę położyć się, nie dosyć, że z nosa mi kapie, to jeszcze świerzbiący dziwnie język. Alergia, po prostu alergia... Nina Opic

ECHO RZE­SZO­WA

Rozmaitości SPORTOWE PUZZLE

rzeszowscy rolkowcy

Nie mieli rolkowcy szczęścia do Rzeszowa – przepędzono ich ze schodów pomnika. Nie zagrzali długo miejsca na placu przed pomnikiem, przepędzili ich z niego krakowscy bernardyni, organizujący w tym miejscu parking podziemny. Rada Miasta toczyła długie dysputy, nie tylko gdzie obiekt zlokalizować ale czy w ogóle go budować, bowiem rolki w Rzeszowie to sport niszowy, a przecież kilka klubów sportowych nie ma swoich boisk. Jak zwykle sprawę energicznie podjął prezydent T. Ferenc, którego ciągłe przepędzanie młodzieży stawiało w niezręcznej sytuacji. Dlatego nadał sprawie skuteczne tempo. Za około 1,4 mln zł zbudowano skatepark w Rzeszowie. Obiekt jest jednym z najnowocześniejszych i największych w kraju. Kilka tysięcy widzów przewinęło się już przez rzeszowski skatepark. Obejrzeli w akcji najlepszych rolkarzy Polski, którzy walczyli w finale Polskiej Ligi Rolkowej (jazda agresywna). Impreza po raz pierwszy odbyła się poza Warszawą. Organizatorzy spisali się na medal (dostępna internetowa transmisja na żywo, widzowie mieli podgląd na żywo na telebimie), zyskali także przychylność niebios – sobota 8 października 2012 była ciepła, słoneczna, co zachęciło rzeszowian do licznej obecności na zawodach. Same zawody dostarczyły kibicom wielu wrażeń. Zawodnicy dawali z siebie wszystko, zebrali mnóstwo braw za akrobatyczne triki. Różnice punktowe były niewielkie, toteż rywalizacja do końca przykuwała uwagę.

Najwięcej punktów we wszystkich 10 eliminacyjnych zdobył mistrz Polski w roku 2012, którym został Tomasz Przybylik (drugi w Rzeszowie), wicemistrzem Krystian Zarzeczny (Jastrzębie Zdrój, trzeci w finale), a Łukasz zajął 3 miejsce W kategorii senior miłą niespodziankę sprawił rzeszowianin Bartosz Kidacki, który zajął pierwsze miejsce. Tak dobry początek dobrze rokuje temu sportowi w Rzeszowie. W naszym mieście działa Szkółka rolkowa która powstała w lipcu 2005 roku, i została założona przez Konrada Tomaka. Impulsem, który wpłynął na stworzenie szkółki była wygrana w programie „Złoty Interes” Janusza Weisa, która w znacznej mierze się przyczyniła do jej powstania. W początkowym etapie powstania szkółki miała ona być typowo rekreacyjną, ale po pewnym czasie okazało się, że znaczna grupa dzieci szybko rozwinęła swoje umiejętności, co zmusiło do podzielenia dzieci na grupy o różnym stopniu zawansowania. Osiągnięcia: 2010 I miejsce JUNIOR Freestyle Slalom w ogólnopolskich zawodach w Kielcach, 2010 I miejsce JUNIOR Speed Slalom w ogólnopolskich zawodach w Kielcach, 2010 II miejsce Speed Slalom Women w międzynarodowych zawodach w Warszawie. 2010 IV miejsce Speed Slalom Women w ogólnopolskich zawodach w Kielcach. 2010 IV miejsce Freestyle Slalom Women w ogólnopolskich zawodach w Kielcach. 2010 IV miejsce Freestyle Slalom Women w ogólnopolskich zawodach w Gdańsku. Zdzisław Daraź

odpowiedzą za nalot

12 ochroniarzy przysłanych przez detektywa Krzysztofa Rutkowskiego 3 kwietnia nocą do Strażowa koło Rzeszowa, by odbili tamtejszą cukiernię, usłyszało prokuratorskie zarzuty. Rzeszowska Prokuratura Rejonowa zarzuca im pozbawienie wolności osób, które ochraniały cukiernię, naruszenia miru domowego oraz zniszczenie mienia. Podłożem całego zajścia był konflikt pomiędzy małżonkami współwłaścicielami cukierni. Kobieta wynajęła ochroniarzy z firmy „Soter”, by strzegli lokalu. Małżonek zaś postanowił odbić cukiernię i wynajął do tego agencję Krzysztofa Rutkowskiego. W nocy kilkunastu jego ludzi ubranych w kamizelki z napisem „Rutkowski Patrol” zjawiło się w Strażowie i zaatakowało cukiernię. Poleciały szyby, do środka wrzucono pojemnik z gazem. Ludzie Rutkowskiego wdarli się do budynku, skuli znajdujących się w nim ochroniarzy, jednemu zabrali broń, po czym wszystkich ułożyli na placu przed lokalem. Dopiero przyjazd policjantów z Rzeszowa położył temu kres. Okazało się w dodatku, że ochroniarze przysłani przez detektywa nie mieli licencji. Kilku od razu zatrzymano, a innych dopiero później objęto śledztwem wszczętym przez rzeszowską prokuraturę. Wkrótce ma ona skierować do sądu akt oskarżenia przeciwko ochroniarzom Rutkowskiego, którzy brali udział w nalocie na cukiernię w Strażowie. kal

czasopismo mieszkańców.

Kargul, ta podejdź do płota. Ta rób co ja robie...

MĄDROŚCI Poeta to taki, co umie w ładny sposób być nieszczęśliwym. S. Lem Niektórzy świecą oczami, bo mają ciemno w głowie. R. Karpacz Piękna kobieta to niebo dla oczu, piekło dla duszy i czyściec dla kieszeni. J. Tuwim Małżeństwo to jeden z tych problemów, wobec których medycyna jest bezradna, doktor, „Ranczo” Ateiści też tankują chrzczone paliwo. A. Decowski Wszyscy ludzie są mądrzy: jedni przedtem, inni potem. chińskie Nie ma kobiet idealnych. Są tylko takie, które potrafią nam przesłonić wady biustem. G. B. Shaw Ale ta mała rośnie. Kiedyś sięgała mego serca, dziś mam ją powyżej uszu. S. Lec Po co kłamać, skoro wystarczy mówić prawdę, żeby nam nie wierzono. Guy de Maupassant Dopóki kobieta ma marzenia, zawsze znajdzie się mężczyzna, który je zawiedzie. L. Jasińska Zebrał Rom

KRZYŻÓWKA 1

2

3

4

5

6

7 8 9 10 11

12

13

14 15 16 Poziomo: 3/ dzielnica Rzeszowa z cmentarzem, 7/ niecka, np. Wisłoka, 8/ funkcja trygonometryczna, obok cotangensa, 9/ pędzona księżycówka, uśmiech sołtysa, 10/ Stefan, patron ulicy z WDK, 11/ proboszcz lub wikary, 14/ ciamajda, guzdrała, 15/ potrzebne i niepotrzebne przedmioty, 16/ kolejowa z peronami. Pionowo: 1/ najbardziej znana miejcowość bieszczadzka z największą w Polsce zaporą, 2/ gzie nie może, babę pośle, 3/ opiekun, protektor, 4/ duże reklamowe płachty, 5/ Andrzej Kowal w Asseco Resovii, 6/ teren Baranówki lub Przybyszówki, 11/ zimny lub gorący okład na bolące miejsce, 12/ działka budowlana, 13/ patron od lania wosku i wróżb. Rozwiązania prosimy przesyłać na kartkach pocztowych pod adresem redakcji. Z tej krzyżówki wystarczy podać hasła zawierające literę Ł. Za prawidłowe rozwiązanie krzyżówki z poprzedniego numeru nagrodę otrzymuje Franciszek Woźniak z Rzeszowa i Eugeniusz Burnat z Gorlic. Emilian Chyła

Wydawca: TOWARZYSTWO PRZYJACIÓŁ RZESZOWA. Redaktor naczelny: Zdzisław Daraż. Redagują: Józef Gajda, Józef Kanik, Bogusław Kotula, Kazimierz Lesiecki, Roman Małek, Stanisław Rusznica, Ryszard Zator­ski. Adres redakcji: 35-061 Rzeszów, ul. Słoneczna 2. Tel. 017 853 44 46, fax: 017 862 20 55. Redakcja wydania: Roman Małek. Przygotowanie do druku: Cyfrodruk Rzeszów, druk: Geokart-International Sp. z o.o. Redakcja nie od­po­wia­da za treść ogło­szeń i nie zwraca materiałów nieza­mó­wio­nych. Zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji tekstów oraz zmiany ich tytułów. email: redakcja@echo.erzeszow.pl, strona in­ter­ne­to­wa www.echo.erzeszow.pl, webmaster: Zdzisław Daraż, ISSN – 1426-0190


Echo Rzeszowa