Page 1


Raz, dwa, trzy... giniesz ty!


ALEK

ROGOZIŃSKI

Raz, dwa, trzy... giniesz ty!


POSTACIE Bartek Jarecki – student aktorstwa, dla którego rola w Jak Cię zabić, kochanie? 4 mogła być przepustką do sławy, choć w sumie nie na tym zależało mu najbardziej. Agnieszka Wiśniewska – dziennikarka, która nie chciała robić reportażu z planu filmowego i, jak się szybko okazało, miała rację, bo nic dobrego tam na nią nie czekało. Oliwka Burzyńska – przyjaciółka Agnieszki, żywa encyklopedia polskiego kina, znająca na pamięć życiorysy większości gwiazd ekranu, i to – na swoje nieszczęście – te prawdziwe, a nie wymyślone na potrzeby Wikipedii i fanów. Paweł „Pepe” Kwiatek – szef kawiarni Take My Cake, naiwnie myślący, że po tym, jak niegdyś jego szalona szefowa, autorka powieści kryminalnych Róża Krull, wplątała go w sprawę kilku morderstw, zdołał się uodpornić na tego typu „atrakcje”.

–5–


Sebastian „Seba” Krasiński – aktor uznawany (przede wszystkim przez siebie) za najbardziej seksownego kinowego amanta wszech czasów. Piotr Janik – rywal Sebastiana w walce o miano „filmowego boga seksu”, niezbyt starannie maskujący niechęć do swojego konkurenta. Jan Witkowiak – reżyser marzący o stworzeniu filmu, który otrzyma Oscara (a w najgorszym przypadku rodzimego Orła), kręcący na razie komercyjne durnoty określane przez krytyków uprzejmym mianem „szmir, od których bolą zęby”. Maria Jankowska – scenarzystka, której krwawe wizje ktoś, niestety, zaczął wcielać w życie. Joanna Maciejak – kierowniczka castingów, lubiąca wyłapywać na nich także aktorów do swoich własnych produkcji, niekoniecznie zresztą fabularnych. Monika Jarosz – wschodząca gwiazda srebrnego ekranu i ulubienica sponsorów, którzy wspólnym wysiłkiem zamienili ją w dziwny twór, określany przez plotkarskie portale nazwą „żywy billboard”. Dorota Karwan – aktorka, która uważała, że uznanie zyskuje się dzięki wizytom w gabinetach piękności i klubach fitness.

–6–


Iwona Mostkowska – pozornie zahukane dziewczę, szalenie rozbawione plotkami o swoim romansie z kolegą z planu filmowego. Ewa Jabłońska – niegdyś rozchwytywana, a obecnie nieco zapomniana diwa polskiego kina, po licznych wybrykach uważana przez reżyserów i producentów za ich najgorszy koszmar. Janina Majak – kostiumolożka, sprawiająca wrażenie istoty z innej planety. Maciej Głuszec – wiecznie marudzący scenograf, którego nawet i Szymon Słupnik miałby ochotę zabić już po kilku godzinach znajomości. Genowefa Pręcik – asystentka planu starająca się traktować wszystkich członków ekipy filmowej jak swoje dzieci, w dodatku cofnięte w rozwoju. Ludwik Solski – powoli zbliżający się do emerytury producent, marzący przy okazji każdego filmu o tym, że za psie pieniądze uda mu się zrobić drugiego Titanica, a w najgorszym wypadku Ogniem i mieczem, tudzież traktujący każdą prośbę o dodatkowe fundusze gorzej niż wiadomość o nadchodzącym końcu świata.

–7–


Matylda Paśnik-Lwik – troszkę zesklerociała emerytowana dziennikarka, będąca niegdyś naocznym świadkiem morderstwa, jakie miało miejsce na planie filmowym. Krzysztof Darski – komisarz, który najpierw dostał sprawę morderstwa, a potem propozycję, żeby rzucił w diabły policję i zaczął występować w ekranizacjach powieści Blanki Lipińskiej i K.N. Haner, co uznawał za miły komplement do czasu, kiedy przeczytał ich książki i zrozumiał, co miałby tam robić, a mówiąc dokładniej – pokazywać. A także gościnnie: Róża Krull – pisarka, która co prawda pojawia się tylko w dwóch scenach, ale nie można jej nie wymienić, bo oczywiście zaraz strzeliłaby focha stulecia. Pozostałych kilku bohaterów to postacie trzecioplanowe, które szybciej znikają, niż się pojawiają, nie zasługują więc na miejsce na tej liście.

–8–


PROLOG – Pamiętaj... To nie był on… – Kobieta patrzyła błagalnym wzrokiem na przerażonego małego chłopca, który ledwo nadążał za łóżkiem pchanym przez wyraźnie przejętych pielęgniarzy po szpitalnym korytarzu. – Nie wierzę w to… Nie mógłby… I ty też nie wierz, nigdy… Czy mogłabym…? Choć na chwilę…? – Popatrzyła prosząco na idącego obok niej lekarza. Ten pokręcił głową. – Nie ma ani chwili do stracenia – powiedział stanowczo. – Ale... to moje... dziecko… – Kobieta wypowiadała kolejne słowa z coraz większym wysiłkiem. – Muszę się pożegnać... Proszę… Błagam! W ostatnie słowo włożyła tyle siły, że zabrzmiało ono na cichym korytarzu bez mała jak rozpaczliwy krzyk. Tylko kamień nie uległby w tym momencie jej prośbie. – Pół minuty, nie więcej! – powiedział lekarz, dając znać pielęgniarzom, żeby się zatrzymali. Dzieciak podbiegł do kobiety tak, że jego głowa znalazła się tuż przy jej wyciągniętej ręce.

–9–


– Wszystko będzie dobrze. – Kobieta pogładziła go po niesfornej, potarganej grzywce, lekko ją wygładzając. – Pamiętaj, że bardzo cię kocham. Bądź teraz dzielny… A jeśli… Jeśli… – Widać było, że boi się powiedzieć coś, co mogłoby do reszty przerazić już i tak mocno przestraszonego chłopca. – Nie pozwól, aby go skrzywdzono… – dokończyła, a jej oczy powoli zaczęły się robić szkliste i senne. – Tak bardzo was kocham… obu… Pamiętaj… – Dłoń, którą gładziła włosy syna, opadła bezwładnie. – Koniec! – rzekł stanowczo lekarz. – Na salę! Migiem! Pielęgniarze ruszyli w jeszcze szybszym tempie niż poprzednio. Chłopiec nawet nie próbował dotrzymać im kroku. Został sam na wielkim korytarzu, wpatrując się w drzwi z napisem „Blok operacyjny”, za którymi zniknęli kobieta, pielęgniarze i lekarz. Stał tam przez kilka minut, dopóki nie pojawiła się też jedna z pielęgniarek. – A co ty się tu wałęsasz? – powiedziała niezbyt sympatycznym tonem, podchodząc do chłopca. – To nie jest miejsce dla dzieci! Skąd się tu wziąłeś? – Moją mamę zabrano na operację – odpowiedział chłopczyk, odwracając do niej głowę i patrząc na nią dużymi, ufnymi oczami. – Chyba muszę na nią poczekać. – Twoją mamę…?! – zdumiała się pielęgniarka, po czym nagle popatrzyła na chłopca z nagłym olśnieniem, uświadamiając sobie, że wie, o kim ten dzieciak mówi. O tej porze w szpitalu odbywała się w końcu tylko jedna nagła i niezaplanowana operacja. Wolała się jednak upewnić. – Czy twoją mamą jest… – Wymieniła nazwisko.

– 10 –


Chłopczyk pokiwał głową. Pielęgniarka, która, podobnie jak cała Polska, doskonale już wiedziała, jaka tragedia wydarzyła się tego wieczoru, przez moment dumała, co ma zrobić w tej sytuacji. Najgorsze, że do tej pory w ogóle nie miała pojęcia, że operowana kobieta jest mamą. Nikt chyba o tym nie pisał. Dziwne. Za to z tego, co pamiętała z lektury gazet, jej były już mąż przebywał od dłuższego czasu za granicą, a reszta rodziny mieszkała na Wybrzeżu, setki kilometrów od szpitala znajdującego się na warszawskim Powiślu. Co robić w takiej sytuacji?! – Czy jest ktoś, kto opiekuje się tobą, gdy mama pracuje? – zapytała. – Masz niańkę? – Niańki są dla małych dzieci – powiedział chłopiec z wyczuwalnym w głosie oburzeniem. – Ja jestem już prawie dorosły. Chodzę do drugiej klasy! – No tak… przepraszam. – Pielęgniarka z trudem powstrzymała uśmiech. – Jakaś opiekunka? Ciocia? Koleżanka twojej mamy? – Umiem zadbać sam o siebie – rzekł z godnością. – Poza tym mama zawsze zabiera mnie ze sobą do pracy. Jak kończę lekcje, to czeka na mnie samochód z kierowcą i jedziemy na plan. Znam wszystkich sławnych aktorów! – W jego głosie zabrzmiała duma. Pielęgniarka zastanawiała się jeszcze przez chwilę. Była już po dyżurze i właściwie powinna czym prędzej wracać do domu, aby wyszykować się na randkę ze świeżo poznanym księciem z bajki. Doskonale zdawała sobie jednak sprawę z tego, że jeśli nawet doprowadzi swojego

– 11 –


nowego małoletniego znajomego do poczekalni i zostawi go tam pod opieką rejestratorki, to nigdy sobie tego nie daruje, a widok jego ufnych oczu będzie ją prześladował i w czasie randki, i długo po jej zakończeniu. Tym bardziej że aktualnie pełniąca dyżur w rejestracji dziewuszka cierpiała jej zdaniem na całkowity brak mózgu, a najnowszy „książę” na dobrą sprawę wcale jej się nie podobał. Miał zajęczą wargę, z uporem maniaka ranił jej uszy słowem „wziełem”, a po pierwszej kolacji nie tylko nie zostawił kelnerowi napiwku, ale nawet pogonił go, żeby szukał dwudziestu groszy brakujących mu do pełnej reszty, i zrobił to w tak odrażający sposób, że ona sama, mocno zażenowana, po cichu zostawiła sympatycznemu chłopakowi napiwek pod swoim talerzykiem. Zachowanie „księcia” raczej nie wskazywało, aby czekała ich wspólna świetlana przyszłość, i pielęgniarka czuła, że machnięcie ręką na kolejne spotkanie nie budzi w niej jakiegokolwiek żalu ani myśli, że oto traci szansę na idealny związek po grobową deskę. – Jeśli pozwolisz, to poczekam razem z tobą, aż coś będzie wiadomo – powiedziała, wyciągając rękę do chłopca. – Mam na imię Krystyna. – Antek. – Chłopiec uścisnął jej dłoń z poważną miną. – Musimy przejść do poczekalni, bo tu za bardzo nie wolno nam stać – powiedziała pielęgniarka, nie wypuszczając ręki malca. – Zaprowadzę cię i posiedzimy tam razem. Jesteś głodny? Kupić ci coś do jedzenia albo picia? Colę?

– 12 –


Dzieciak zrobił zdziwioną minę i popatrzył na nią nieufnie. – Cola rozpuszcza wszystko w środku człowieka i potem jest się chorym – stwierdził potępiająco. – Nie wolno jej pić! Mama mi o tym powiedziała. – Masz bardzo mądrą mamę. – Pielęgniarka się uśmiechnęła. – Czego się w takim razie napijesz? – Poproszę o soczek pomarańczowy. – Wedle życzenia… W stojącym w poczekalni automacie z napojami pielęgniarka kupiła soczek, po czym usadziła chłopca na jednym ze stojących tam krzeseł, a wypatrzywszy przy stanowisku rejestracji policjantów, przeprosiła go na moment i poszła zamienić z nimi kilka słów. Po chwili wiedziała, że krewni malca zostali już powiadomieni o tym, co się stało, i są właśnie w drodze z Gdyni do Warszawy. Uspokojona, wróciła do poczekalni. Chłopiec siedział grzecznie na krześle, pił soczek i wpatrywał się w zawieszone w tym pomieszczeniu tablice zachęcające do rozmaitych badań profilaktycznych. – Strasznie dużo tych chorób – powiedział w zamyśleniu na jej widok. – Chyba nie chciałbym być starym człowiekiem… – Dlaczego? – zdziwiła się pielęgniarka. – Bo przecież prawie wszyscy młodzi ludzie są zdrowi. Dopiero potem się psują. Kiedy są starzy, to muszą pilnować, żeby na coś nie zachorować. Tych chorób jest tak dużo, że jeśli się na wszystkie badają, to chyba już na

– 13 –


nic innego nie mają czasu. A gdy dotrą do ostatniej, to potem muszą się badać od nowa, czy w tym czasie nie zachorowali na pierwszą. I tak na okrągło. Starość to musi być strasznie męcząca. Tym razem pielęgniarka nie zdołała powstrzymać uśmiechu. Szybko jednak się opanowała i usiadła obok chłopca, który wyciągnął do niej kartonik z soczkiem. – Chce się pani poczęstować? – zapytał. – Chyba że się pani brzydzi. U mnie w klasie jest taki chłopak, który zawsze jest brudny, i ja bym się po nim też niczego nie napił. Ale ja jestem czysty, bo się często myję. Nawet zęby, choć nie lubię. Ale one są podobno najważniejsze, bo jak się ich nie myje, to wypadają i potem się brzydko wygląda. Pielęgniarka wiedziała, że odmowa skosztowania soczku może być odebrana jako afront, więc wzięła kartonik, wypiła łyk, po czym zwróciła go malcowi. Ten przez chwilę sączył płyn, po czym westchnął smutno. – Myśli pani – powiedział powoli – że moja mama będzie zdrowa po tej operacji? Pielęgniarka poczuła w głębi serca, że nie może powiedzieć mu prawdy. Wszystkim innym ludziom na świecie – tak, ale akurat jemu nie. – Wydaje mi się, że powinniśmy w to wierzyć. – Z trudem opanowała drżenie głosu. – I możemy się o to pomodlić… – Pomodlić? – Chłopiec spojrzał na nią z nagłym strachem. – Moja mama mówiła mi, że często modlimy

– 14 –


się, gdy wiemy, że potrzeba cudu. Czy teraz go potrzebujemy? Bo… – popatrzył na nią smutnym wzrokiem – …cuda się przecież nigdy nie zdarzają – dokończył. Godzinę później wiadomo było już, że miał rację. Cud się nie zdarzył.


ROZDZIAŁ I Dziewczyna leżąca w pełnej piany wannie sprawiała wrażenie śpiącej. W panującym w pomieszczeniu mroku, rozproszonym jedynie słabym światłem kilkunastu świec, nie dawało się jednak dostrzec, czy ma zamknięte oczy. Jej głowa oparta była o krawędź wanny. Długie, jasne, mokre włosy wysuwały się poza nią, a spływająca z nich woda zdążyła zrobić na podłodze niewielką kałużę. W pomieszczeniu rozbrzmiewały łagodne dźwięki smooth jazzu, na tyle głośne, że zagłuszyły ciche skrzypnięcie drzwi i kroki na posadzce. Mężczyzna, który wszedł do łazienki, był wysoki i barczysty. Miał na sobie czarny kombinezon i kominiarkę, a na ramieniu ogromną, szarą płócienną torbę ozdobioną symbolem pentagramu. Niespiesznie podszedł do stojącej na środku pomieszczenia wanny i sięgnął do torby. Dokładnie wtedy, kiedy zaczął coś z niej wyciągać, okno łazienki rozbłysnęło światłem błyskawicy, a chwilę potem rozległ się ogłuszający grzmot. Niewzruszony tym człowiek w kombinezonie dokończył swoją czynność. W blasku kolejnej

– 17 –


błyskawicy zalśniło srebrne ostrze noża. Wolną ręką mężczyzna chwycił włosy dziewczyny. Ta, najwyraźniej dopiero teraz świadoma jego obecności, wydała z siebie przeraźliwy krzyk i próbowała się oswobodzić, ale w tym momencie jej oprawca uniósł narzędzie zbrodni do góry, a następnie wziął ogromny zamach i… – Cięcie! – rozległ się głośny okrzyk zza pleców mężczyzny. Ten puścił włosy dziewczyny, która odwróciła się i popatrzyła na niego z wściekłością. – Czy mógłbyś w przyszłości być bardziej delikatny? – zapytała, gładząc się po głowie. – Nie po to codziennie moczę włosy w soku z rzepy i znoszę jego fetor, żebyś miał mi teraz połowę ich wyrwać! I czy ktoś – podniosła głos – do stu diabłów, mógłby podgrzać tę cholerną wodę?! Mój kontrakt nie przewiduje, że mam tu robić za morsa! Ani za fokę! – Wybacz mi, proszę – powiedział przepraszającym tonem mężczyzna, po czym zdecydowanym ruchem ściągnął z głowy kominiarkę, ukazując swoje młode, atrakcyjne i przy okazji mocno zatroskane oblicze. – Byłem pewny, że w tej scenie masz perukę! – Żartujesz? – Dziewczyna popatrzyła na niego z oburzeniem. – To niskobudżetówka. Na wszystkim się tu oszczędza. Widziałeś, jakie mają peruki w charakteryzatorni?! Same sfilcowane, stare kołtuny. Wyglądałabym w nich jak Wojciech Pokora w Poszukiwany, poszukiwana. Nigdy bym takiego paskudztwa na głowę nie włożyła! Poza tym…

– 18 –


Nie dokończyła zdania, bo w tej samej chwili podbiegła do nich korpulentna i mocno zaaferowana kobiecina w tak zwanym kwiecie wieku, pełniąca funkcję asystentki planu. W rękach trzymała ogromny kąpielowy ręcznik frotté. Dziewczyna wstała i wyszła z wanny. Ku rozczarowaniu mężczyzny nie była naga. Miała na sobie gustowny cielisty dwuczęściowy kostium kąpielowy. Asystentka troskliwie pomogła jej owinąć się ręcznikiem. – Musisz koniecznie wysuszyć włosy – oznajmiła z takim przejęciem w głosie, jakby była pielęgniarką, która zobaczyła otwartą ranę. – Bo jeszcze się zaziębisz, aniołku. Proszę za mną! Chwyciła dziewczynę za rękę i bez mała zaciągnęła w stronę garderoby. Chłopak odprowadził je spojrzeniem, dumając nad tym, że ostatnie określenie, jakie pasuje do jego koleżanki, to „aniołek”, po czym popatrzył na podchodzącego do niego i lustrującego go pytającym wzrokiem reżysera. Domyślił się, że w chwili, kiedy obserwował seksowną koleżankę, ten zadał mu jakieś pytanie. – Przepraszam, nie dosłyszałem – wyjaśnił pospiesznie. – Mógłby pan powtórzyć? – Pytam, skąd, do jasnej cholery, wziął pan ten bagnet? – powiedział wściekłym tonem reżyser. – Co to ma być? Nóż do szlachtowania prosiaków?! Chłopak popatrzył na trzymane ciągle w rękach narzędzie mordu. – Taki dostałem od scenografa – odpowiedział niepewnie. – Mnie też wydawał się nieco zbyt wielgaśny…

– 19 –


Reżyser wydał z siebie gniewnie pufnięcie. – Maaaaacieeeeeeek! – wydarł się na całe gardło. Po chwili w pomieszczeniu pojawił się malutki, nieco przygarbiony, ubrany na szaro człowieczek, do którego idealnie pasowało określenie „myszowaty”. Reżyser przez moment świdrował go bazyliszkowym wzrokiem. – Czy wyjaśnisz mi z łaski swojej, co to jest? – zapytał wreszcie, wskazując ręką trzymany przez chłopaka przedmiot. – Jak to co? – zdziwił się myszowaty. – Sztylet! – Aha, sztylet... – powtórzył reżyser z przekąsem. – Jesteś tego pewny? Myszowaty popatrzył na niego z zaskoczeniem, po czym sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął z niej kilka pomiętych kartek. – Mam tu przecież napisane... – powiedział, przesuwając sobie duże rogowe okulary z czubka głowy, gdzie dotąd tkwiły zatknięte w jego gęstą czuprynę, wprost na nos. – O, proszę, jak byk! „Jakub podchodzi do wanny i wyciąga z torby sztylet”. Co ci się niby nie zgadza? – Owszem, wyciąga sztylet – potwierdził nadal ironicznie reżyser. – Czyli nóż! A co my tu mamy? Jakiś cholerny miecz! Czy ty już do reszty oszalałeś?! Przypominam ci, że kręcimy Jak Cię zabić, kochanie? 4, a nie nową wersję Krzyżaków! On ma tym poderżnąć gardło gołej lasce, a nie pojedynkować się na błotach Grunwaldu z wielkim mistrzem Ulrichem von Jungingenem! Nie

– 20 –


chcę tu żadnych nagich mieczy, toporów ani innych średniowiecznych rekwizytów. Nóż to nóż! Dotarło?! – Oj, co to się tak zaraz pieklić? – Niespecjalnie przejęty myszowaty wzruszył ramionami. – Nie można tego powiedzieć spokojnie, a nie zaraz wrzeszczeć i się wyzłośliwiać?! Jakbym jeszcze miał mało stresów! Czy ty uważasz, że ja się tu obijam? Wiesz, ile mam na głowie?! Do przyszłotygodniowej sceny spływu na tratwie brakuje mi tratwy, bo moja asystentka cierpi na dysleksję. Reżyser nie za bardzo rozumiał, co wspólnego ma przypadłość zdrowotna asystentki z brakiem jednego z rekwizytów, ale scenograf nie trzymał go w niepewności zbyt długo. – Przeczytała, że chodzi o trawę i zamówiła zapobiegliwie dwie rolki – wyjaśnił tonem, w którym złość mieszała się z rezygnacją. – Mamy teraz sto sześćdziesiąt metrów kwadratowych żywej trawy hodowanej na torfie. Możemy zacząć hodowlę krów. Jakbyśmy kręcili nowych Chłopów, byłoby jak znalazł. Z rana przywiózł ją jakiś kompletnie zidiociały hodowca spod Kielc. Jak to rozłożyliśmy i zaczęliśmy po tym chodzić, to zrobił nam awanturę, że depczemy coś, na wyhodowanie czego jego pradziad poświęcił pół życia tudzież małżeństwo z prababcią, która nie mogła znieść, że kocha ją mniej niż trawnik. Krzyczał, że w ich domu to jest świętość. Łaził potem za nami i wygładzał wszystko specjalną szczotką z takim namaszczeniem, jakby to była święta trawa Hindusów, i to wyciągnięta wprost spod tyłka Buddy.

– 21 –


– Hindusi mają świętą trawę? – zdziwił się reżyser. – Owszem, nazywa się Desmostachya bipinnata – mruknął myszowaty. – Wiem to od mojej córki nimfomanki, która ostatnio została buddystką. Nawet się ucieszyłem, bo jak przeżywała czas fascynacji gotykiem i satanizmem, to wiecznie się bałem, że zacznie urządzać na strychu czarne msze i zje mi kota. Pomyślałem, że teraz się wreszcie ustatkuje, ale gdzie tam! Praktykuje coś, co nazywa Diamentową Drogą. Co tydzień z innym guru, jeśli wiesz, co mam na myśli... W sumie wyszło na to, że też praktykowałem Diamentową Drogę, jak byłem studentem. Tylko wtedy nazywało się to zaliczaniem lasek i nie dorabiało się do tego żadnej buddyjskiej filozofii. A wracając do filmu... Jakby mało było trawy, to do sceny pościgu konnego przywieziono mi ze stadniny jakieś dwie leciwe, niemrawe chabety, które wyzioną ducha, gdy tylko zobaczą, że ktoś chce na nie wsiąść. Ja też bez mała padłem trupem, kiedy doczytałem w dokumentach, ile zażądali kasy za ich wypożyczenie. Jak za zwycięzców tegorocznej Wielkiej Pardubickiej, i to łącznie z siodłami, dżokejami i zapasem siana na dwa lata do przodu! Bandytyzm! Już i tak budżet mi się nie dopina. Jeśli tak dalej pójdzie, to do ostatniej sceny kolacji przy świecach trzeba będzie zrobić krewetki ze styropianu, bo na normalne już nas nie będzie stać. Chyba że sam je złowisz. Nie mówiąc już o tym, że muszę skądś skombinować sutannę do sceny postrzału w kościele, a jest Halloween i wszystkie wypożyczalnie świecą pustkami. Chyba sam

– 22 –


pójdę do kościoła, powiem, że chcę się wyspowiadać, a potem zedrę sutannę z księdza. A wiesz, co to oznacza? Że trafię do piekła, gdzie na pewno skończę w jednym kotle z moją byłą żoną! I to jest ważne, a nie jakiś tam, kuźwa, nożyk… Zaraz go wymienię, wielkie mecyje, po co to się tak unosić... – Oddalił się wolnym krokiem, mamrocząc gniewnie pod nosem. Reżyser odprowadził go wzrokiem, westchnął ciężko, po czym wrócił spojrzeniem do swojego towarzysza. – Kiedyś tu oszaleję i trafię do wariatkowa – powiedział zrezygnowanym tonem. – A co do ciebie to całkiem nieźle sobie na razie radzisz. Kiedy usłyszałem od dyrektorki castingu, że jesteś „odkryciem wszech czasów”, pomyślałem, że na pewno przesadza, ale faktycznie masz talent. Choć nadal nie mam pojęcia, czym jej aż tak bardzo zaimponowałeś. Do tej pory z reguły zawsze marudziła. Aż dziwne... Chłopak nieco się zmieszał. Przez chwilę próbował wyrzucić z głowy wspomnienia erotycznych igraszek, jakim oddawał się wraz z rzeczoną dyrektorką w hotelu Pod Błękitnym Obłokiem przez kilka tygodni, aż do chwili kiedy wreszcie podpisał wymarzony angaż. I potem jeszcze kilka razy, z wdzięczności. Tym bardziej że w sumie nie były to wspomnienia specjalnie miłe. Primo – ze względu na fatalny stan łóżek w owym szemranym przybytku, o którego poziomie najdobitniej świadczyło pytanie, jakie na dzień dobry zadał im z obleśnym uśmiechem prezentujący się jak sutener recepcjonista:

– 23 –


„To na ile GODZINEK chcą szanowni państwo pokoik?!”. Secundo zaś – za sprawą upodobania jego partnerki do uprawiania seksu jedynie w pozycji figurującej w Sztuce kochania Michaliny Wisłockiej pod obrazową nazwą „na jeźdźca”, co w połączeniu z jakością legowiska szybko zaczęło się mu kojarzyć ze średniowiecznymi torturami na madejowym łożu. Po każdej z takich namiętnych randek z reguły lądował u zaprzyjaźnionego kręgarza i dumał, jak właściwie ma mu odpowiedzieć na pytania typu: „Przeleciała ci po plecach jakaś wściekła locha, że znów jesteś taki pokrzywiony?!”. Chłopak był jednak pewny, że wszystkie te niedogodności – i ból pleców, i wyrzuty sumienia, że uprawia seks ze sporo starszą od siebie mężatką, która w dodatku niespecjalnie dba o zachowanie dyskrecji, i nawet ponura świadomość, że takim sposobem dorobił się wśród kolegów miana „galerianki w spodniach” – to mała cena za to, aby dopiąć upragnionego celu. Oczywiście nic z tego nie nadawało się do zdradzenia reżyserowi, chłopak zachował więc milczenie. Tym bardziej że jego rozmówca i tak nie oczekiwał odpowiedzi. – Tak się tylko zastanawiam – powiedział za to powoli – dlaczego zgłosiłeś się na casting akurat do tego filmu? Przecież większość studentów tak szanującej się uczelni jak warszawska Akademia Teatralna marzy o zagraniu Hamleta albo Kordiana, a nie roli w jakiejś komercyjnej szmirze pod hasłem „seks i przemoc”. Chłopak mimowolnie zmarszczył czoło.

– 24 –


– Tak, doskonale wiem, co sobie teraz pomyślałeś. – Reżyser machnął ręką. – „Psioczy, ale przecież sam to kręci”. Jakie mam niby inne wyjście? Ambitnego kina nikt u nas nie chce oglądać, ani tym bardziej dawać na nie kasy. Znasz moją twórczość? Chłopak z widocznym wstydem opuścił wzrok. – Wiem, że ma pan na koncie ponad dwadzieścia filmów – powiedział przepraszającym tonem – ale tych wcześniejszych nie udało mi się nigdzie dorwać. Nie ma ich nawet w Internecie. Obejrzałem tylko trzy poprzednie części Jak Cię zabić, kochanie? Przepraszam… – Nie ma za co! Większość ludzi kojarzy mnie tylko z nich – westchnął reżyser. – I nie mów do mnie pan. Wszyscy tu jesteśmy na ty. – Wyciągnął rękę. – Jan – powiedział, choć oczywiście nie musiał, bo chłopak doskonale znał jego imię. – Bartek. Wymienili uścisk dłoni. – Bruderszaft wypijemy na bankiecie po premierze. O ile w ogóle uda nam się skończyć to dzieło, bo na razie zamiast filmu wychodzi nam syf, kiła i mogiła... – skrzywił się reżyser. – A wracając do mojej, nazwijmy to, twórczości… Na początku, tuż po studiach, nakręciłem kilka filmów, z których byłem cholernie dumny. Pamiętam swój debiut, Wolność czerni. Dramat psychologiczny. Opowiadał o Ślązaczce, którą rzuca mąż górnik i która zaczyna się prostytuować, żeby zarobić na utrzymanie dwójki dzieci, wpada w alkoholizm, a na koniec zabija

– 25 –


swojego sutenera. Jej wewnętrzne monologi na tle kopalni albo witryny sklepu monopolowego były prawdziwym mistrzostwem świata. Kręciliśmy je jednym ujęciem. Najkrótsze trwało dziesięć minut! Co to była za głębia przekazu, artyzm, emocje! Ale na premierze mój ojciec zasnął już po kwadransie i chrapał jak niedźwiedź w gawrze, zagłuszając połowę monologów. Mama po seansie powiedziała: „Myślałam, że czarno-białe filmy kręciło się tylko przed wojną”, a moja chrzestna zapytała, kto komponował muzykę, bo była tak wzruszająca, że chętnie by ją wykorzystała na pogrzebie swojego chomika, który zdechł rano, gdy ganiał w kołowrotku. I tak dobrze, że obie wytrzymały do końca seansu, bo na przykład wujostwo wyszli w połowie, a potem ciocia tłumaczyła, że nie wyłączyła żelazka z prądu, więc wujek musiał ją jak najszybciej zawieźć do domu. Wiele osób magicznym sposobem doznało wtedy identycznej iluminacji i przypomniało sobie podobne zaniedbania. Pod koniec seansu zostało tak z pół widowni. Moja siostra doradziła mi, żebym w czasie kolejnej premiery zamknął drzwi wyjściowe na klucz i na wszelki wypadek założył z drugiej strony żelazną sztabę, tak by widzowie nie dali rady sforsować ich siłą. Uznałem jednak, że po prostu nie będę więcej zapraszał rodziny i znajomych. Z tego powodu na kolejnej premierze siedziałem tylko z ekipą filmową i jedną staruszką, która pomyliła seanse i myślała, że przyszła na komedię z Tomaszem Karolakiem. Potem w czasie kręcenia następnego filmu wydarzył się

– 26 –


ten koszmarny wypadek… Ech… Jakoś mi to podcięło skrzydła. Zrobiłem kilka rzeczy, które nawet nie trafiły do kin, tylko od razu zostały wydane na DVD, potem parę chałtur dla telewizji... Ciężko było, głównie finansowo. Pewnego dnia moja żona zagroziła, że jeśli dalej będzie zmuszona utrzymywać dom, bo ja będę wiecznie żył mrzonkami o zostaniu drugim Bergmanem albo von Trierem, to wystąpi o rozwód. Wykrzyczała mi wtedy, że Woody Allen też nie kręciłby w Polsce filmów, tylko co najwyżej grał na klarnecie w orkiestrze Adama Sztaby. Pewnie miała rację. Sama wybrała i podsunęła mi scenariusz Jak Cię zabić, kochanie?. Pierwsza część jeszcze uszła, bo kręciliśmy ją na podstawie książki, ale kolejne… Szkoda gadać. Nawet autor tej powieści nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Choć to akurat był pozytyw. To jakiś nadęty bubek. Przyjeżdżał co drugi dzień na plan, wścibiał wszędzie nos i o wszystko się pieklił. Na przykład o metalowy płotek w finałowej scenie. Gdy go zobaczył, to najpierw o mało co nie dostał apopleksji, a potem zrobił karczemną awanturę, że pisząc, w wyobraźni widział drewniany. Nie wiem, jakim cudem mieliśmy to odgadnąć. Oczekiwał chyba, że zatrudnimy sztab jasnowidzów, którzy będą co pięć minut doznawać wizji, co też mu się uroiło w tym durnym łbie w czasie tworzenia tego jego arcydzieła z bożej łaski. No ale koniec końców film odniósł wielki sukces i natychmiast musieliśmy kręcić drugą część, a potem kolejną. Każdą gorszą i ze słabszą obsadą, ale nadal dochodową. Sam zobacz,

– 27 –


kto gra tu teraz! Bez urazy, ale głównie debiutanci, poza nimi tylko ulubieńcy tabloidów i portali o dupie Maryni. Kompletne beztalencia. No, może poza tą, pożal się Panie, diwą. Straszna z niej zołza, co już pewnie sam zauważyłeś, ale przynajmniej ma na koncie kilka dobrych ról. Gdyby jeszcze chciało jej się trochę wysilić i przypomnieć sobie, że kiedyś była całkiem niezłą aktorką, to już w ogóle byłoby idealnie. – Słyszałem, że pracuje pan, to znaczy, przepraszam – chłopak szybko się poprawił – że pracujesz od początku z tą samą ekipą techniczną? – Nie całą, bo część się wykruszyła, parę osób wyjechało za granicę, parę umarło – skrzywił się reżyser. – Na ludzi to nigdy nie można liczyć. Ale tak, kilkoro jest ze mną od mojego debiutu. Skoro aktorów wybiera mi producent i ludzie od castingów, którzy nawet nie raczą tego ze mną skonsultować, to przynajmniej resztę ekipy kompletuję z osób, do których mam zaufanie. Choć tyle mi zostało… – Naprawdę nie masz wpływu na obsadę? – zdziwił się chłopak, dla którego oczywiste do tej pory było, że reżyser ma ostatnie słowo w każdej kwestii. No, jeśli nawet nie w każdej, bo pewnie nie musi przejmować się tym, kto dostarczy catering albo posprząta plan po zakończeniu zdjęć, to przynajmniej w kluczowych. To, kto będzie mu się produkował przed kamerą, było chyba w tej hierarchii na pierwszym miejscu. – Daj spokój. – Reżyser machnął ręką. – Po poprzednich awanturach jest mi wszystko jedno. Już przy

– 28 –


pierwszej części usłyszałem, że musimy zatrudnić tych, którzy się dobrze klikają w Internecie, są na tyle atrakcyjni, że potencjalnie nadadzą się na okładkę „Playboya” i „Men’s Health”, oraz oczywiście są dobrze postrzegani przez reklamodawców. Gdy się uparłem, że chcę mieć choć dwójkę aktorów, którzy po prostu potrafią grać, to usłyszałem, że takich w Polsce prawie nie ma, nieliczne wyjątki żądają zaś stawek z kosmosu. I żebym nie kaprysił, bo reżysera zawsze można wymienić, a takiego choćby Sebastiana Krasińskiego nie, bo ma romans z jedną z wydawczyń „Dzień Dobry TVN”, więc na pewno go tam zaproszą w czasie promocji filmu i nie trzeba będzie na to wydawać kasy. Nie mówiąc już o tym, że będzie ładnie wyglądał w obcisłych jeansach i wyciętym T-shircie na okładce „Koktajlu”, gdzie też pracuje jakaś laska, którą przeleciał. Koniec dyskusji! Powiedziałem więc, żeby sobie zatrudniali, kogo chcą. W sumie żadna różnica, jaka miernota będzie mi tu odwalała amatorkę. Nic to i tak już nie zmieni, a ja mam do spłacenia kredyt za dom, który moja żona dekoruje tak, jakbym był szejkiem z Dubaju, a ona przygotowywała pałac dla maharadży. Czy można mieć normalny parkiet? Nie, bo po co? Trzeba mieć dyle z iroko. Bo przecież jeśli jej koleżanki nie przejdą po takim dylu, to uznają, że klepiemy bidę i jesteśmy skończeni. Bartek nie miał bladego pojęcia, co to są „dyle z iroko”, ale widząc smutną minę swojego rozmówcy, na wszelki wypadek pokiwał głową ze współczującym wyrazem twarzy.

– 29 –


– A kto jest z tobą od początku? – zapytał. – Z tych osób, które pracują tu teraz? – Niech się zastanowię… Oczywiście Maciek, ale to może być nasz ostatni raz, bo zamierzam go zabić, kto wie czy jeszcze nawet nie dziś – powiedział reżyser z przekąsem. – Janinka od kostiumów, Poldek, kamerzysta, no i Gieńka, asystentka, złota kobieta. Zawsze ma dla mnie pod ręką kalmsa i melisę. Tutaj to artykuły pierwszej potrzeby. To chyba wszyscy. A nie! Są jeszcze, oczywiście, Joanna, którą znasz, bo cię rekrutowała, no i Maria, nasza scenarzystka. Choć ona pracuje z nami tylko od czasu do czasu. A właściwie po co ci ta wiedza? – Zwykła ciekawość – odpowiedział chłopak szybko. – To mój debiut i wszystko jest dla mnie nowe. Przepraszam, nie chciałem wyjść na wścibskiego... Reżyser popatrzył na niego uważnie. – Nie wyszedłeś. Po prostu… – Jasiu, mordo ty moja! – rozległ się za nimi tubalny głos, należący do jowialnego i korpulentnego, co zresztą często idzie w parze, wąsatego mężczyzny, pełniącego na planie funkcję tak zwanej złotej rączki. – Gdzie mam ustawić ten pal, co to go Maciek zamówił wczoraj? Właśnie go przywieźli… – Jaki znów pal, do jasnego czorta? – jęknął reżyser, odwracając się do niego. – Co ty gadasz? Znów się schlałeś? – No przecież nie piję, bo mnie żona zaszyła – wyjaśnił nadal wesolutko jowialny. – To znaczy kazała mi się zaszyć. Zamiast procentów rozwesela mnie teraz prozac.

– 30 –


W sumie też daje niezłego kopa. A pal jest drewniany. Czterometrowy. To gdzie go stawiamy, mordo moja? – Jak nie Krzyżacy, to Potop – warknął reżyser. – Wsadź sobie ten pal w dupę. Jutro kręcimy bal, a nie scenę nabijania Azji Tuhaj-bejowicza. Do balu potrzebuję żyrandoli, posadzki z marmuru i kominka, a nie jakiegoś zmurszałego kawałka drewna… – Jakiego znowu zmurszałego? Drewno jak ta lala! Polski buk! Reżyser przez chwilę patrzył na zadowolonego jowialnego z mordem w oczach, po czym nagle się przecknął. – Ustaw ten pal na środku planu – powiedział mściwie. – Mam pomysł, kogo na niego nabijemy, i to nawet za chwilę. Maaaaaacieeeeeek! Z krwiożerczym okrzykiem na ustach i w towarzystwie jowialnego oddalił się na poszukiwanie scenografa. Bartek został na planie sam. Rozejrzał się dookoła, po czym przysiadł na krawędzi wanny, wyciągnął komórkę, otworzył w niej notatnik i zapisał w nim kilka imion.

– 31 –

Profile for zbrodniawbibliotece

Raz, dwa, trzy...giniesz Ty!_:_Alek Rogoziński  

Raz, dwa, trzy...giniesz Ty!_:_Alek Rogoziński  

Advertisement