Page 1


PROLOG 8 listopada Proctor delikatnie uchylił podwójne drzwi, wpuszczając do biblioteki panią Trask, która niosła srebrną tacę zastawioną serwisem do herbaty. Bibliotekę, mroczną i wyciszoną, oświetlał jedynie ogień dogasający w kominku. Przed kominkiem w wysokim fotelu siedziała nieruchoma postać, ledwo widoczna w rozmytym świetle. Pani Trask podeszła do niej i postawiła tacę na stoliku. – Pomyślałam, że zechce się pani napić herbaty, panno Greene. – Nie, dziękuję – odparła cicho Constance. – To pani ulubiona. Jaśminowa, pierwszorzędna. Przyniosłam także magdalenki. Świeżutkie, upiekłam dziś rano. Wiem, jak bardzo je pani lubi. – Nie jestem szczególnie głodna. Ale dziękuję, że zadała pani sobie trud.­ – Zostawię je na wypadek, gdyby zmieniła pani zdanie. – Pani Trask uśmiechnęła się z matczyną troską, odwróciła i ruszyła do drzwi. Gdy mijała stojącego w nich Proctora, uśmiech zniknął, ponownie ustępując miejsca wyrazowi niepokoju. – Nie będzie mnie tylko kilka dni – powiedziała półgłosem. – Do weekendu moją siostrę powinni już wypisać ze szpitala. Na pewno sobie poradzicie? 9


Proctor kiwnął głową, odprowadził ją wzrokiem – pani Trask wróciła spiesznie do kuchni – po czym znów spojrzał na siedzącą w fotelu postać. Minęły ponad dwa tygodnie, odkąd Constance zjawiła się ponownie na Riverside Drive 891. Wróciła posępna i milcząca, bez agenta Pendergasta, ani słowem nie wyjaśniając, co się właściwie stało. Proctor – szofer Pendergasta, jego były podwładny z czasów wojska, a obecnie prawa ręka do spraw bezpieczeństwa – uznał, że pod nieobecność chlebodawcy to on powinien pomóc Constance przejść przez to, przez co właśnie przechodziła. Namówienie jej do tego, żeby zechciała cokolwiek powiedzieć, wymagało czasu, cierpliwości i nie lada wysiłku, mimo to jej relacja wciąż nie miała zbyt wielkiego sensu. Wiedział jednak na pewno, że gdy zabrakło gospodarza, wielki dom przy Riverside Drive 891 bardzo się zmienił – zmienił się całkowicie. Zmieniła się także Constance. Po powrocie z  Exmouth w  stanie Massachusetts, gdzie pomagała Pendergastowi prowadzić prywatne śledztwo, na wiele dni zamknęła się w swoim pokoju, bardzo niechętnie przyjmowała posiłki. Gdy w końcu wyszła, wymizerowana i blada jak duch, zdawała się zupełnie inną osobą. Proctor znał ją od zawsze jako kobietę pewną siebie, powściągliwą i  opanowaną, tymczasem teraz a  to apatyczna, a  to pełna niespokojnej energii krążyła po holach i korytarzach, jakby ciągle czegoś szukała. Przestała się interesować wszystkim tym, co ją kiedyś pochłaniało: badaniem historii rodziny Pendergasta, studiami antykwarycznymi, czytaniem i  grą na klawesynie. Po kilku krótkich i nerwowych wizytach, jakie złożyli jej porucznik D’Agosta, kapitan Laura Hayward i Margo Green, nie chciała już nikogo widzieć. Proctor miał wrażenie, że nieustannie ma się na baczności; nie znalazł na

to lepszego określenia. Iskierka dawnej Constance rozbłyskiwała w niej niezmiernie rzadko, tylko wtedy, kiedy dzwonił telefon albo kiedy Proctor przynosił jej odebraną ze skrytki pocztę. Jakby wciąż i wciąż miała nadzieję, że Pendergast jednak się odezwie. Ale on uparcie milczał. Mimo że pewien wysoki rangą urzędnik FBI zarządził poszukiwania i wszczął oficjalne śledztwo poza zasięgiem mediów, Proctor postanowił rozpocząć swoje i zebrać jak najwięcej informacji na temat zaginięcia chlebodawcy. Dowiedział się, że poszukiwania ciała trwały pięć dni. Ponieważ zaginiony był agentem federalnym, zaangażowano w nie wyjątkowe siły. Szukając jakichkolwiek śladów, choćby strzępków ubrania, kutry Straży Wybrzeża dokładnie spenetrowały wody w okolicach Exmouth, a Gwardia Narodowa przeczesała wybrzeże od granicy New Hampshire aż po Cape Ann. Płetwonurkowie uważnie obejrzeli skały, na których mogło uwięznąć wyniesione przez prądy ciało, zbadano sonarem dno. Jednak nie znaleziono nic. Sprawa wciąż była oficjalnie otwarta, lecz skłaniano się ku niewypowiedzianemu wnioskowi, że Pendergast – ciężko ranny w walce, zmagający się ze zdradzieckim odpływem, osłabiony przez przybój i  narażony na niską temperaturę (dziesięć stopni Celsjusza) – po prostu utopił się na otwartym morzu i jego zwłoki spoczęły w głębinach. Ledwie przed dwoma dniami jego adwokatowi – wspólnikowi w jednej z najstarszych i najbardziej dyskretnych kancelarii prawniczych w Nowym Jorku – udało się skontaktować z Tristramem, jedynym żyjącym synem Pendergasta, i przekazać mu smutną nowinę o zaginięciu ojca. Proctor podszedł bliżej i usiadł obok Constance. Gdy siadał, zerknęła na niego z bladym uśmiechem, po czym znów

10

11


spojrzała w ogień. Migotliwe światło rzucało cienie na jej fiołkowe oczy i krótko podcięte ciemne włosy. Odkąd wróciła, Proctor się nią opiekował. Wiedział, że właśnie tego chciałby jego chlebodawca. Jej niepokój wzbudzał w nim nietypowe dla niego opiekuńcze uczucia – czysty paradoks, ponieważ w  normalnych okolicznościach Constance była ostatnią osobą, która pragnęłaby czyjejś opieki. Mimo to wyraźnie czuł, że cieszy ją ta atencja. Wyprostowała się. – Proctorze, postanowiłam zejść na dół. To nagłe oświadczenie zbiło go z tropu. – To znaczy… tam? Tam gdzie przedtem? Constance nie odpowiedziała. – Dlaczego? – Żeby pogodzić się z nieuchronnym. Żeby się tego nauczyć. – Dlaczego nie może pani zrobić tego tutaj, z nami? Nie może pani tak po prostu… Constance odwróciła się i przeszyła go tak ostrym spojrzeniem, że zamarł. Natychmiast zrozumiał, że niczego jej nie wyperswaduje, że to beznadziejne. Ale kto wie, może znaczyło to, że w końcu zaczynała oswajać się z myślą, że Pendergast nie wróci? Może to jakiś postęp? Może. Wstała. – Napiszę list do pani Trask z listą rzeczy, które ma zostawiać dla mnie w windzie służbowej. Będę jadła jeden gorący posiłek dziennie, o ósmej wieczorem. Ale nie przez pierwsze dwa dni, muszę odpocząć od nadmiaru opieki. Poza tym pani Trask nie będzie i nie chciałabym narażać pana na niewygody. Proctor też wstał. Ujął ją za ramię. – Constance, proszę mnie wysłuchać…

Spojrzała na jego rękę, a potem popatrzyła mu w oczy takim wzrokiem, że natychmiast zwolnił uścisk. – Dziękuję, że zechciał pan uszanować moje życzenia. Stanęła na palcach i ku jego zaskoczeniu lekko pocałowała go w policzek. Potem odwróciła się i idąc niemal jak lunatyczka, skierowała się w stronę przeciwległego krańca biblioteki, ku windzie służbowej ukrytej za fałszywymi regałami. Rozsunęła je, wślizgnęła się do kabiny, zamknęła ją za sobą i… zniknęła. Proctor długo patrzył w  to miejsce. Zupełny obłęd. Pokręcił głową. Nieobecność Pendergasta kładła się cieniem na całym domu, na nim też. Musiał pobyć trochę sam, musiał to przemyśleć. Wyszedł z biblioteki, przeciął hol, otworzył drzwi do wyłożonego dywanami korytarza i wszedł na rozchwierutane schody prowadzące do dawnych kwater dla służby. Na drugim piętrze skręcił w kolejny korytarz i po kilkunastu krokach stanął przed drzwiami swojego niewielkiego mieszkania. Otworzył je i wszedł do środka. Powinien był oprotestować jej plan bardziej stanowczo. Pod nieobecność Pendergasta to on za nią odpowiadał. Ale niczego by to nie zmieniło, dobrze o tym wiedział. Już dawno się przekonał, że choć dałby radę niemal każdemu, wobec niej był kompletnie bezbronny. Z czasem, pomyślał, z delikatną zachętą z mojej strony, Constance pogodzi się z odejściem Pendergasta, powróci do żywych i… Obleczona w rękawiczkę ręka błyskawicznie objęła go od tyłu i z potężną siłą ścisnęła klatkę piersiową. Choć zaskoczony, zareagował odruchowo, gwałtownie pochylając się w dół i próbując pozbawić napastnika równowagi, jednak ten się tego spodziewał i pokrzyżował mu plany. W tej samej chwili poczuł ukłucie igły zagłębiającej się w kark. Zamarł.

12

13


– Jakikolwiek ruch byłby wielce niewskazany. Ten dziwny, jedwabisty głos – natychmiast go rozpoznał. Zastygł bez ruchu. Nie mógł uwierzyć, że dał się tak zaskoczyć. Jak to możliwe? Nie uważał, był pochłonięty myślami. Nigdy sobie tego nie wybaczy. Zwłaszcza że miał do czynienia z największym wrogiem Pendergasta. – Jesteś dużo lepiej wyszkolony w sztuce walki wręcz – ciągnął aksamitny głos. – Dlatego pozwoliłem sobie wyrównać szanse. To, co tkwi w twojej szyi, to oczywiście igła. Jeszcze nie nacisnąłem tłoczka. W strzykawce jest pentotal sodu, bardzo silna dawka. Poproszę cię raz i tylko raz: potwierdź gotowość do współpracy, rozluźniając mięśnie ciała. Od twojej reakcji zależy to, czy wstrzyknę ci dawkę znieczulającą, czy też… śmiertelną. Proctor rozważył dostępne opcje. I rozluźnił mięśnie. – Znakomicie – kontynuował głos. – O ile dobrze pamiętam, nazywasz się Proctor, prawda? Proctor nie odpowiedział. Na pewno będzie miał okazję, żeby odwrócić sytuację. Zawsze jest jakaś okazja, musiał tylko pomyśleć. – Obserwuję tę rodzinną rezydencję od dłuższego czasu. Pan domu wyjechał, wygląda na to, że na zawsze. Ponuro tu jak w grobie. Aż dziw bierze, że nie nosicie się na czarno. Proctor błyskawicznie analizował różne scenariusze. Musiał wybrać jeden i go zrealizować. Potrzebował tylko czasu, trochę więcej czasu, wystarczyłoby kilka sekund… – Nie jesteśmy w  nastroju na pogawędkę? Nie szkodzi. Mam na głowie mnóstwo spraw, pozwolisz więc, że się pożegnam, życząc ci dobrej nocy. Gdy tłoczek ruszył, Proctor zdał sobie sprawę, że jednak zabrakło mu czasu i że – ku swemu wielkiemu zaskoczeniu – całkowicie zawiódł.

Profile for zbrodniawbibliotece

Obsydianowa komnata : Douglas Jerome Preston, Lincoln Child  

Obsydianowa komnata : Douglas Jerome Preston, Lincoln Child  

Advertisement