Page 1


Wรณjt

Jak goliล‚em frajerรณw


Wójt Janusz Wójcik

Przemysław Ofiara

Jak goliłem frajerów O piłce, pieniądzach i kobietach

kraków 2016


Wójt. Jak goliłem frajerów. O piłce, pieniądzach i kobietach Copyright © Janusz Wójcik 2016 Copyright © Przemysław Ofiara 2016

wsqn.pl WydawnictwoSQN

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2016

wydawnictwosqn

Redakcja – Joanna Mika Korekta – Kamil Misiek / Editor.net.pl Skład i łamanie – Joanna Pelc Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

SQNPublishing wydawnictwosqn

Fotografie na I i IV stronie okładki – Tomasz Pluta / tomaszpluta.com

WydawnictwoSQN Sprzedaż internetowa labotiga.pl

B

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

244

Wydanie I, Kraków 2016 ISBN: 978-83-7924-545-1

E-booki Zrównoważona gospodarka leśna Praeteritum tempus numquam revertitur


MÓJ ŻYCIOWY ROLLERCOASTER


Jechaliście kiedyś rollercoasterem? Jeśli tak, to wiecie, jak cholernie skrajne emocje temu towarzyszą. Kiedy człowiek czeka na start, jest podekscytowany, cieszy się, że za chwilę przeżyje fantastyczną przygodę. Jest jeszcze dość spokojny, bo zupełnie nie wie, czego się spodziewać. Widział wprawdzie taki przejazd w telewizji czy nawet na żywo w  wesołym miasteczku, ale co z  tego? Ludzie jadą, piszczą, generalnie strachy na lachy. Kiedy maszyna rusza, jest fajnie. Wiatr targa włosy tak mocno, że człowiek wygląda, jakby go przed chwilą prąd popieścił. Ale ciągle jest fajnie. Prędkość, emocje, entuzjazm. To wszystko przez pierwsze kilka sekund sprawia, że chce się więcej. Potem jednak prędkość staje się uciążliwa. Maszyna pędzi to w  górę, to w  dół. I  te zakręty! One są najgorsze. Tak przeraźliwie ostre, że człowiek boi się, że teraz to już na pewno się wypierdoli i przywali łbem o jakieś okoliczne drzewo. Ale jeszcze raz i jeszcze raz się udaje. Jakiś cholerny fart! Znów góra, dół, zakręt. I tak przez kilkadziesiąt sekund, choć ma się wrażenie, jakby trwało to dużo, dużo dłużej. A na końcu, już po zatrzymaniu, kręci się człowiekowi we łbie i chce się rzygać jak po przechyleniu butelki whisky na raz. Po chwili się jednak otrząsa, jest pod wrażeniem i mówi: „Ależ to było dobre!”. Pracowaliście kiedyś jako trener piłkarski? Dziewięćdziesiąt dziewięć procent z was nie, więc na swoim przykładzie opowiem Mój życiowy rollercoaster  

9


wam, jak skrajne emocje towarzyszą tej robocie. Kiedy młody trener zaczyna, jest podekscytowany, wszystko wydaje się nowe, fascynujące, chce się podbijać piłkarski świat. Krok po kroku człowiek wspina się po szczeblach kariery. Oczywiście po drodze spotyka wiele mend, które chcą mu tę wspinaczkę utrudnić, ale musi je wszystkie ominąć lub rozdeptać i zostawić za sobą. Tu też pojawiają się zakręty. Jak każdemu, przytrafiają się przegrane mecze. Podczas zagranicznych wojaży przeżywa się niesamowite historie, czasami mrożące krew w żyłach. Zawsze jednak, jak przebiegła jaszczurka, trener wygrzebie się z każdych tarapatów. I wróci jeszcze silniejszy. Są momenty, że wjeżdża się na szczyt. Zdobywa medal olimpijski, prowadzi reprezentację narodową. Poznaje egzotyczny świat, który przyjmuje człowieka z otwartymi ramionami. Przeżywa się dziesiątki niezwykłych przygód, które wielu ludziom mogą się tylko przyśnić. I tak przez wiele lat, choć myśli się, że upłynęło zaledwie kilkadziesiąt sekund. A po latach, choć jak po rollercoasterze kręci się w głowie, wspomina się wszystko z sentymentem i mówi: „Ależ to było dobre”. Po to powstała ta książka. Chcę, żebyście wsiedli ze mną na ten mój trenerski i życiowy rollercoaster. Chcę, żebyście przenieśli się ze mną do Kabulu, gdzie ratowałem z opresji Polkę przetrzymywaną w afgańskim więzieniu, i byście towarzyszyli mi w Białymstoku końca lat osiemdziesiątych. Opowiem wam, jak żegnałem się z  życiem, kiedy samolot, którym leciałem, prawie rozbił się o szczyty Andów, a także o tym, jak specjalnie dla mnie śpiewał słynny Zenek. Przeczytacie tu też, co sądzę o imigrantach, i dowiecie się, dlaczego wstyd mi za Legię. Będzie śmiesznie, strasznie i ciekawie – będzie Wójt, jakiego znacie i lubicie. Zapraszam na przejażdżkę.


AFGAŃSKI ŁĄCZNIK


Kałasznikow – chyba każdy wie, jak wygląda ten słynny rosyjski karabin. Kaliber 7,62 mm, w  magazynku trzydzieści śmiercionośnych naboi. Jeden z nich przed czterdziestoma laty mógł ugrzęznąć w mojej klatce piersiowej, kiedy ruski celnik na granicy z Afganistanem wycelował we mnie kałacha. Życie, które zależało w tamtym momencie wyłącznie od woli jakiegoś kacapa, przeleciało mi przed oczami. A  wszystko dlatego, że zachciało mi się zostać „afgańskim łącznikiem”. Są historie, które fajnie się opowiada, ale dużo trudniej przeżywa. Tak właśnie jest z przygodą, którą miałem w 1976 roku na granicy afgańsko-radzieckiej. Pozwólcie, że zacznę od początku i opowiem, skąd, do cholery, wziąłem się w  Afganistanie, i  to w  środku regularnej wojny z  Rosją. Otóż byłem tam tylko przejazdem, bo kierowałem się do Pakistanu, gdzie… miałem wziąć ślub. Przebywała tam moja narzeczona, Wisława Janas, której ojciec pracował w pakistańskiej placówce dyplomatycznej. Odbyło się wielkie, huczne wesele, ale wcześniej kilka dni spędziłem w  Afganistanie. Kilka kurewsko stresujących dni. Wylądowałem w  Kabulu, gdzie odebrał mnie konsul. Lotniskowi celnicy, kiedy spojrzeli na paszport kraju zaprzyjaźnionego z ZSRR, puścili mnie bez problemu. Za to ci z zachodniej Europy Afgański łącznik  

13


zostali i byli przesłuchiwani, bo każdy był podejrzewany o szpiegostwo. Takie czasy. W każdym razie z konsulem udałem się do jego mieszkania, gdzie miałem spędzić kilka dni. Nazajutrz poznałem kobietę. Młodą, taką koło trzydziestki, ładną brunetkę. „Niezła polędwiczka”, pomyślałem. Wiedziałem, że gdybym nie był tuż przed ślubem, to zaraz bym ją klepnął w tę zgrabną dupeczkę. Zamiast tego posłałem jej uwodzicielskie spojrzenie. Tak, robaczki, na ten wzrok łapała się każda… Moja nowa znajoma była Polką, która poznała w naszym kraju Afgańczyka i  dla niego przeprowadziła się do jego ojczyzny. Facet rzekomo był biznesmenem, ale jak się później okazało, z niego był raczej taki biznesmen z kiszką w teczce. Opowiadał jej, że zamieszkają w willi z basenem, że będą mieli wielkie luksusy… Bajerant i cwaniak. Przyjechała i szczęka jej opadła, kiedy zobaczyła ziemiankę, w której będzie koczować. – Czym ten twój śniady mężuś handluje, czym się w ogóle zajmuje? – zapytałem. – No… karmi ludzi – odpowiedziała nieśmiało. Uznałem, że ma w Kabulu jakąś knajpę, choć tak po prawdzie trudno mi było sobie wyobrazić fajną restaurację w  tym ogarniętym wojną mieście. Mimo to przyjąłem, że robi kebaby. Jak się później dowiedziałem, oceniłem go zdecydowanie za wysoko. Okazało się bowiem, że facet chodzi z przewieszonym przez szyję sznurkiem, na którym wisi mała deska do krojenia. Na tej desce serwował ludziom swoje specjały. To ci restaurator! Ciekawe, jak się ten jego biznes nazywał. Stawiam na Gówno i Powidło. No ale dziewczyna raz, że się zakochała, a dwa – uwierzyła, że facet faktycznie zarabia kokosy. Nie przewidziała też, że tuż po jej przyjeździe w Afganistanie rozpęta się piekło. Co gorsza, piekło miała też w domu. W Afganistanie kobieta, zwłaszcza cudzoziemka, nie ma kompletnie żadnych praw. Niemal z  dnia na dzień z milusińskiego śniadego Alvaro-Abdullaha facet zmienił się w ty14

WÓJT. JAK GOLIŁEM FRAJERÓW


rana. Kobieta stała się niewolnicą i popychadłem, nie wykluczam też, że była bita, do czego jednak nie chciała mi się przyznać. Chciała stamtąd uciekać. Problem jednak w  tym, że zupełnie nie miała jak tego zrobić. Zaczęła naprędce klecić jakiś plan ucieczki, szukać sposobu, żeby oszukać swojego oprawcę. Niestety, kolega mąż głupi nie był i szybko wyniuchał, że coś jest nie tak. Poszedł do sądu i doniósł na żonę, że próbuje opuścić kraj, mając jednocześnie ważne małżeństwo. Niedługo potem odbyła się rozprawa. Kobieta oczywiście musiała stawić się przed sądem, który uznał ją winną zbrodni przeciwko mężusiowi. No i wpierdolił ją na trzy dni do pierdla. Powiecie, że trzy dni to niedużo i da się przetrwać. U nas może i tak, bo polskie więzienia to przy tych afgańskich hotel Hyatt Regency. Możecie uwierzyć mi na słowo, bo widziałem panujące w  nich warunki na własne oczy. Syf, kiła i szambo. Brakowało tylko tego, żeby ktoś się wysrał na środku korytarza. Kiedy dowiedzieliśmy się z konsulem, że nasza znajoma siedzi za afgańskimi kratkami, postanowiliśmy do niej pojechać, żeby chociaż zawieźć jej coś do jedzenia. Tam jest bowiem tak, że jak nikt ci nie przywiezie żarcia, to zdechniesz z głodu jak pies. Jak strażnicy mają ochotę, to wrzucą jakiś ochłap, a  jak im się zapomni  – musisz głodować. Dziś mogę powiedzieć, że w  różnych przedziwnych miejscach na świecie byłem, ale czegoś takiego nigdy, kurwa, nie widziałem. W  podłodze wyżłobionych było kilkanaście dziur, jam o kształcie wielkiego leja. Wszystko wyglądało jak świąteczna bombka. Na górze było wąskie (miało średnicę mniej więcej metra), a im bliżej dołu, tym bardziej się rozszerzało, by przy końcu osiągnąć średnicę jakichś trzech metrów. Zastanawiałem się, o co chodzi z tymi jamami, potem mi to wyjaśniono. Był to oryginalny rodzaj… więziennej celi. Delikwentowi dawali drabinę, schodził po niej, a kiedy był już na dole „bombki”, wyciągano ją. Dzięki temu nie trzeba było ani Afgański łącznik  

15


strażnika, który musiałby ciągle pilnować, by ktoś nie uciekł, ani nawet żadnych drzwi czy włazu. Nikt na świecie, nawet najlepszy gimnastyk, z tej dziury by nie wylazł. Mógł jęczeć, wyć do Allaha, ale nic by mu nie pomogło. Poza tym nie mieli w tym więzieniu żadnych samobójstw, bo w takiej jamie zupełnie nie było się za co zaczepić – można było najwyżej się rozpędzić i napierdalać łbem w kamienną ścianę. Naprawdę wesoło robi się wtedy, kiedy zaczyna padać deszcz – jeśli zgromadzi się dużo wody, można się tam nawet i  utopić. Wszystko zależy od strażników i… zasobności portfela rodziny osadzonego. Jeśli klawisz dostanie trochę dolarów, przykryje jamę, żeby nie dostawała się do niej woda. Jeśli nie – moknij i top się, kolego. Kiedy przechodziliśmy koło tych dziur, słychać było tylko przeciągłe męskie krzyki – tym bardziej przeraźliwe, bo przelatujący przez wąskie gardło jamy dźwięk nabierał niesamowitego, przedziwnego echa. Muszę przyznać, że Afgańczycy wpadli na całkiem pomysłowe rozwiązanie, choć z humanitarnym przetrzymywaniem więźniów nie miało ono wiele wspólnego. Wracając do naszej uciemiężonej koleżanki: po trzech dniach Afgańczycy faktycznie ją wypuścili. Prokurator cały czas wnioskował o dłuższą odsiadkę – za niesubordynację małżeńską groziło jej nawet kilka lat! Z pewnością by ich nie przetrwała w tej kamienno-betonowej jamie, sądzę, że nie dociągnęłaby nawet do roku. Zaczęliśmy się zastanawiać, co robić. Kobieta wprawdzie była na wolności, ale w zasadzie groziła jej kara śmierci, choć bez wykonywania wyroku. W  końcu wpadłem na diabelski pomysł  – żeby ją przerzucić przez granicę. – Janusz, co ty gadasz? Przez którą granicę? – westchnął konsul. – Przez tę, przez którą się da. Na pewno afgańsko-pakistańska jest wykluczona, nie damy rady. Ale do Związku Radzieckiego może i  się uda. Cały czas ktoś tamtędy przejeżdża. Jest wojna, 16

WÓJT. JAK GOLIŁEM FRAJERÓW


mają bałagan. Pojedźmy tam, zobaczymy, co da się zrobić – przekonywałem. Przeanalizowaliśmy wszystkie za i  przeciw i  uznaliśmy, że zadanie da się wykonać. Dziewczyna nawet nie próbowała dyskutować, od razu się zgodziła. Wiedziała, że to bardzo ryzykowne, ale dla niej była to jedyna szansa. Zapakowaliśmy jej tobołek, w którym miała trochę rzeczy osobistych, ale przede wszystkim – jedzenie i picie. Po dość długiej podróży dziurawymi afgańskimi drogami dotarliśmy do granicy z ZSRR. Zdecydowaliśmy się, że ja z nią pojadę, a konsul poczeka na mnie w umówionym miejscu. Oczywiście on nie chciał dać swojego samochodu, więc pojawił się kolejny problem  – czym przejedziemy przez tę granicę. Wybrnęliśmy z tego bardzo ciekawie – otóż wsiedliśmy do samochodu pełnego radzieckich żołnierzy, którzy wracali z Afganistanu. Podczas przejazdu serce podchodziło mi do gardła, a dupa drętwiała. Radzieccy żołnierze podeszli i  lustrowali każdego wzrokiem. Do mnie i do kobiety wycelowali lufy kałachów, a palce mieli na spustach. Wystarczyło tylko delikatnie musnąć, a nasze klatki piersiowe zostałyby wypełnione świeżą porcją ołowiu. Pogranicznik podszedł, wziął mój paszport. Kiwnął głową z aprobatą – Polak, przedstawiciel bratniego narodu. Potem przyszła kolej na dziewczynę. Nie miała dokumentów, bo Afgańczycy zabrali jej paszport. Zacząłem dyskutować z pogranicznikami, na szczęście jako tako po rusku się porozumiewam. Ona nie odezwała się ani słowem. Głupia nie była, rozumiała, że generalnie to ma przejebane. Trzęsła się – i to tak, jakby było minus piętnaście stopni. Mimo że było dość gwarno, cały czas słyszałem jej ciężki oddech. Głęboki, pełen strachu, im bliżej kontroli coraz szybszy. – Dawajtie diengi – zażądał jeden z pograniczników. Kobieta przeszukała wszystkie kieszenie. Nieszczęsna nie miała za dużo pieniędzy, a i tak musiała przeznaczyć wszystko na łapówAfgański łącznik  

17


kę. Żołnierze nie spuszczali z niej wzroku, a ona, choć pociła się jak jakiś otłuszczony grubas podczas upałów, uśmiechała się, by pokazać, że jest pewna siebie. Wciąż nie wydusiła z siebie słowa, zresztą cieszyło mnie to, bo jeszcze tego brakowało, żeby baba zaczęła z kacapami negocjować. To było na mojej głowie. I udało się – po długich i dość nerwowych negocjacjach przedostaliśmy się na stronę radziecką. Gdy oddaliliśmy się od granicy o  parę kilometrów, poprosiłem kierowcę o zatrzymanie się. Ja już dalej jechać nie chciałem. Dziewczyna wysiadła razem ze mną. – No, mała. Teraz to już radź sobie sama. Ja swoje zrobiłem. Życzę ci powodzenia – powiedziałem na odchodne. Rozpłakała się i  zaczęła dziękować za uratowanie życia. Co prawda, to prawda – gdyby nie konsul i ja, najpewniej zgniłaby w tej potwornej skalnej dziurze. Pożegnaliśmy się, a  ja zacząłem kombinować, w  jaki sposób mam w jednym kawałku wrócić do Afganistanu. Ostatecznie postanowiłem poczekać trochę i zabrałem się z inną radziecką ekipą, która udawała się w drugą stronę. Tym razem przekroczyłem granicę bez najmniejszych problemów, choć oczywiście bałem się jak skurwysyn – wystarczyło, żeby któremuś coś się upierdzieliło we łbie i by mnie rozstrzelał. Nikt by się nigdy nie dowiedział, że Wójcik gdzieś tam w Afganistanie dostał w czapę. Nawet zdążyłem się zakolegować z  jednym ruskim żołnierzem, Sasza chyba miał na imię. Na pożegnanie wyjął menażkę i wznieśliśmy mały toaścik – bez zakąszania. – Wsewo charoszewo – rzucił na do widzenia. Cała operacja (licząc wjazd do ZSRR i powrót do Afganistanu) trwała trzy czy cztery godziny. Konsul czekał na mnie w umówionym miejscu, skąd wróciliśmy do Kabulu. – Co dalej z nią będzie? – wypytywał. Troskliwy misio.

18

WÓJT. JAK GOLIŁEM FRAJERÓW


– Co się głupio pytasz? Teraz żeś się zainteresował? Nie wiem, co będzie. Trzeba było z nią pojechać do Moskwy albo Petersburga. Ciekawe, czy potem byś wrócił – drwiłem. – Wiem, wiem, żadnych szans na powrót. Jakoś dziewczyna musi sobie radzić… – zamyślił się. Po powrocie do Kabulu starałem się o wszystkim zapomnieć, ale łatwo nie było. Jak potem opowiadałem tę historię znajomym w Pakistanie, to się za głowę łapali i pytali, czy mnie aby nie popierdoliło. Była wojna, mogli nas rozwalić i nikt by się nie przejął. Szczęście było jednak po mojej stronie  – choć drugi raz chybabym się nie podjął takiej akcji, nawet gdyby mi oferowali worek dolarów. Aha, wiecie, że nawet nie pamiętam, jak ta dziewczyna miała na imię? Chyba Anna albo Agnieszka. Nie interesowało mnie to kompletnie. W pewnym momencie myślałem tylko o tym, żeby ocalić nam dupy. Po pożegnaniu przestałem się interesować jej losem. Nie wiem, jak swoim urokiem wpłynęła na Ruskich, żeby ją podwieźli gdzieś do najbliższego cywilizowanego miejsca, nie wiem też, czy dotarła do Polski. Kiedy była gdzieś w Związku Radzieckim, ja przygotowywałem się do wesela. Szczęśliwy i  – co najważniejsze – bez ruskiego ołowiu w klatce piersiowej.


SNAJPER


Zawsze miałem dobre oko – i  to nie tylko, jeśli chodzi o  piękne kobiety i  piłkarzy. Faktycznie, dupeczki wybierałem zawsze najlepsze, z piłkarzami też zwykle wychodziło, teraz jednak mam na myśli coś innego. Miałem oko do strzelania. Ktoś gdzieś nazwał mnie nawet „Snajper”! Bardzo mi się to spodobało. W domu oczywiście miałem broń krótką, ale i z długiej potrafiłem dobrze strzelać – tylko wziąć karabin do ręki, ustawić celownik i bach! Oko do strzelania przydało mi się raz. Kiedy… polowałem na tygrysa! Podczas pobytu w Pakistanie mieszkałem w stolicy, Islamabadzie, w pięknym miejscu u podnóży Himalajów. Widoki w tym zakątku świata są przepiękne. Jedziesz sobie drogą po płaskim terenie i nagle, ni stąd ni zowąd, wyrasta przed tobą wielka góra – piękna, zalesiona, zielona jak Łazienki Królewskie w maju, lekko zasnuta mgłą, ale i tak doskonale widoczna. Czyste piękno, czasem nawet myślałem sobie, że dla takich widoków warto było tłuc się przez pół świata. Zakwaterowano mnie w  pięknym apartamencie w  dzielnicy willowej, najbardziej ekskluzywnej części miasta. Z  okna miałem widok na majestatyczne góry, na zboczach których rozsiane były wioski. Oj, tam to była bieda! Wszystkie domy (choć to zbyt szumne określenie) z byle gówna, zero elektryczności. Snajper  

23


Pewnego razu moi serdeczni przyjaciele Pakistańczycy zabrali mnie na wycieczkę po tychże wioskach. Było bardzo miło, choć kurewsko duszno i już po kilkunastu minutach musiałem wyżymać koszulę z potu. Ochłodziło się dopiero wieczorem. Podczas kolacji jeden ze współbiesiadników zaczął opowiadać, że górskie wioski zaczął nawiedzać nieproszony i nieprzewidziany gość. Tygrys! Ludojad! Przychodził sobie i normalnie wpierdalał ludzi – dzieci, kobiety, rosłych chłopów: wszystkich. Na wieśniaków padł blady strach  – i to nie tylko na tych z gór, obawiali się również ci z nizin. Bo kto to wiedział, czy chujowi nie zachce się zejść i  rozrabiać na dole? Chłopi próbowali na niego polować, ale oczywiście nieskutecznie, bo ciężko cokolwiek zdziałać bez sprzętu czy odpowiedniego przeszkolenia. A  tygrys, jak to drapieżnik, jak już raz poczuł ludzką krew, to się rozochocił i ciągle wpadał na gościnne występy! Przybiegał, zagryzał, łapał w paszczę i spierdalał. Najbardziej zagrożone były dzieciaki, bo łatwiej było mu dopaść mniejszego człowieka. Wystarczyło, by raz łapą jebnął, i pyk – po kliencie. Trzeba było szybko działać. Zebrała się specjalna rada i zaczęto się zastanawiać, co z tym fantem zrobić. Postanowiono, że zostanie powołana specjalna ekspedycja, która wyruszy, żeby zgładzić ludojada. Takich ekip powstało kilka, a  ja znalazłem się w  jednej z  nich. Zapytano mnie, jaką chcę broń. Wybrałem sztucer, a także broń półautomatyczną. Może trudno sobie wyobrazić, by dało się polować na tygrysa z półautomatem, ale z drugiej strony… Pomyślałem, że jak skurwiel będzie na mnie biegł, to zanim wyceluję do niego ze sztucera, to będzie po ptokach, tymczasem z półautomatu mogłem go rozjebać w ciągu sekundy. Mieliśmy do dyspozycji specjalnego jeepa, którym dało się wyjechać z każdego błocka czy bajora. Najpierw objechaliśmy wioski, potem jeździliśmy po zarośniętych, niemal dziewiczych leśnych ścieżynkach wydeptanych przez zwierzęta. Tygrys jakby zapadł się pod ziemię. 24

WÓJT. JAK GOLIŁEM FRAJERÓW


W pewnym momencie patrzymy, a  w  oddali coś się porusza. Jest skurwysyn! Krążył sobie nad jakimś mięsiwem, być może oporządzał sobie kolejnego wieśniaka wyciągniętego ciemną nocą z chałupy. Zaczęliśmy strzelać. Huk był nieprawdopodobny, jak podczas salwy honorowej na Święto Niepodległości. Napierdalałem z  mojej flinty jak opętany i  myślę, że co najmniej jedną kulkę mu wpakowałem, ostatecznie jednak odstrzelenie tygrysa przypisano jakiemuś bliżej mi nieznanemu Holendrowi – nawet go później pokazywali w lokalnych gazetach. Podeszliśmy do nieżywego ludojada. Pierwsze wrażenie  – co za wielkie bydlę! Sierść błyszcząca, w  piękne, czarne, podłużne pasy, łapska długie jak gałęzie tych drzew w  pakistańskim lesie, a pazury przeraźliwie ostre, zawijane w dół. Paszczę miał otwartą, więc można się było z  bliska przyjrzeć jego kłom. Były ogromne, a białe takie, jakby regularnie do dentysty chodził. Poza tym białe wąsy wywijające się w nienaturalne zawijasy. Gdy już się napatrzyliśmy, tygrysa wypatroszyli. Miał jeszcze w bebechu części ludzkiego ciała. Legenda o tygrysie ludojadzie długo potem pozostawała żywa wśród mieszkańców Islamabadu. Ludzie dalej bali się wychodzić z domu, myśląc, że po górskich zboczach może krążyć jeszcze jeden ludojad. A ja dziś mogę sobie powspominać, że w Pakistanie nie tylko grałem w piłkę i wziąłem ślub. Bo oto ja, Janusz Wójcik, brałem udział w poważnej operacji i pomogłem ustrzelić zżerającą ludzi bestię.


Koniec fragmentu Zapraszamy do księgarń i na www.labotiga.pl

Wójt. Jak goliłem frajerów. O piłce, pieniądzach i kobietach  

Janusz Wójcik powraca. Tak ostro, dosadnie i zabawnie jeszcze nie było! Były selekcjoner reprezentacji Polski znów przyłożył z grubej rury!...

Wójt. Jak goliłem frajerów. O piłce, pieniądzach i kobietach  

Janusz Wójcik powraca. Tak ostro, dosadnie i zabawnie jeszcze nie było! Były selekcjoner reprezentacji Polski znów przyłożył z grubej rury!...

Advertisement