Page 1


W cieniu Śląska Copyright © Michał Wyrwa 2013 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Sine Qua Non 2013

Redakcja i korekta Kamil Misiek/Editor.net.pl, Joanna Mika-Orządała Skład Joanna Pelc Projekt okładki Paweł Szczepanik Zdjęcia wykorzystane w książce pochodzą z prywatnych archiwów Tadeusza Pawłowskiego i Mateusza Styrnika Autor i Wydawca kierują szczególne podziękowania do przedstawicieli Wrocławskiego Klubu Sportowego Śląsk Wrocław SA za pomoc w przygotowaniu książki i udostępnienie materiałów. All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani
w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu
bez pisemnej zgody wydawcy. ISBN: 978-83-7924-002-9

www.wsqn.pl www.facebook.com/WydawnictwoSQN


CZĘŚĆ I

HISTORIA


Rozdział 1

KOLOS NA GLINIANYCH NOGACH

Breslau, schyłek XIX wieku. Stolica pruskiej prowincji ma już za sobą nieskuteczną próbę ograniczenia wpływów Kościoła katolickiego. Otto von Bismarck ze swym Kulturkampf poszedł w niepamięć, a Cesarstwo Niemieckie brnie przez epokę wilhelmińską. Pierwsze letnie igrzyska olimpijskie kończą się kompromitacją Niemców. Sportowcy wracają do Rzeszy z trzynastoma medalami, podczas gdy Grecy zdobywają ich aż czterdzieści sześć „Atletyczni mężczyźni to lek na całe zło”, myślał Wilhelm II. W takich okolicznościach rodziła się tradycja śląskiej piłki, której prolog napisali… rowerzyści. Jeszcze zanim ktokolwiek myślał o wprowadzeniu pozycji spalonej, serii rzutów karnych czy dogrywki, z mniejszą bądź większą skutecznością promowano futbol. A jako że sport ten powstał na Wyspach Brytyjskich, zaadaptowanie go przez niemiecką kulturę graniczyło z niemożliwością. Szybko uznano go za dyscyplinę niszową, przeznaczoną dla marginesu społecznego. – Bo ani piłka droga, ani sprzętu wiele nie potrzeba, by móc ją kopać – uznali niemieccy animatorzy sportu. Protoplastą wrocławskiego futbolu został student Uniwersytetu Wrocławskiego Tom Dutton. Wiosną 1892 roku, w przerwie między zajęciami na uczelni, rozpoczął treningi ze Starym Towarzystwem Gimnastycznym, czyli ATV Breslau (Alter Turnverein Breslau). Grupa śmiałków, którym niestraszne były szykany ze strony bardziej szanowanych sportowców, ruszyła w podróż po Śląsku. Ich celem była promocja piłki nożnej. Pół


w cieniu Śląska

roku treningów pod okiem Brytyjczyka zaowocowało pierwszym pokazowym meczem ATV, w którym drużyna Duttona zmierzyła się ze składem skleconym przez Hermanna Pieskera – człowieka, który „wynalazł” talent z Wysp. Kto by pomyślał, że sto dwadzieścia lat później Wrocław będzie gospodarzem największej imprezy sportowej Starego Kontynentu? Piłka reprezentacyjna to temat na odrębną opowieść. Zanim miasto przejęli Polacy, na terenach zajętych przez kibiców Śląska funkcjonowały inne zrzeszenia piłkarzy. W  1897 roku powstał Verein für Rasenspiele Breslau, początkowo znany jako „Błyskawica” – SV Blitz. Przez kilka lat był to klub typowo kolarski. A futbol? Zanim na dobre zagościł w ich ofercie, po boiskach biegał już lokalny rywal – VfB – a  swoje marki budowały tak potężne ekipy jak Liverpool FC, Celtic Glasgow, AC Milan czy Hamburger SV. W tej stawce Wrocław przypominał kolosa na glinianych nogach – miasto wielkich możliwości i perspektyw nigdy na dobre nie zaistniało w niemieckim fussballu. Niwa edukacyjna przynosiła Niemcom ogromne korzyści, a wrocławski uniwersytet uznawano za jeden z czołowych w kraju. Problem leżał w sporcie, a konkretniej w futbolu, nad którym aż do 1977 roku ciążyło fatum niższości. Dzięki temu przez lata sukces smakował jednak niepowtarzalnie, bo obco. Ważną zgłoską w  archiwach niemieckiej piłki zapisał się SV Blitz (późniejszy VfR) – w 1900 roku został jednym z osiemdziesięciu sześciu członków założycieli Niemieckiego Związku Piłki Nożnej. Przedstawiciele „Błyskawicy” brali udział w obradach w Lipsku, których zwieńczeniem było uroczyste powołanie do życia DFB. Dla protoplastów futbolu był to swoisty prztyczek w  nos „możnych” sportowców, którzy od tej dyscypliny trzymali się na bezpieczną odległość. Dziś od zdjęć Podolskiego, Neuera i Khediry rozpoczyna się każdy blok reklamowy w niemieckiej telewizji, a  piłka nożna przyciąga na trybuny najważniejsze osoby w państwie. Piłkarskie kluby na terenie Wrocławia wyrastały jak grzyby po deszczu. Rzecz jasna nie miało to żadnego przełożenia na jakość gry, umożliwiało jedynie rozpoczęcie rozgrywek pod szyldem mistrzostw 10


kolos na glinianych nogach

Wrocławia. Brzmi śmiesznie, zważając, że powierzchnia miasta nijak się miała do obecnych granic. Z początkiem XX wieku swoją działalność rozpoczął Schlesien Breslau, co po polsku znaczy… Śląsk Wrocław. Z dzisiejszym WKS-em nie miał jednak wiele wspólnego. SC Schlesien kreowano na nową wizytówkę regionu. Poza nazwą nawiązywał do niego także barwami strojów – żółte koszulki i białe spodenki odzwierciedlały flagę prowincji Śląsk. SV Blitz, VfB oraz SC Preußen weszły w  skład Związku Wrocławskich Klubów Piłkarskich, dzięki któremu w końcu mogły wystartować mistrzostwa Wrocławia. Pierwszy tytuł powędrował do VfB (znanego później jako FC 1898 Breslau), co wówczas nikogo nie dziwiło, bowiem piłkarze tego zespołu mieli za sobą najdłuższy staż na murawie i był to klub wyłącznie piłkarski. W następnym sezonie najlepsi okazali się gracze Schlesien, a co za tym poszło, drużyna wystartowała w  mistrzostwach Niemiec. Rywalem wrocławian była SC Alemannia Cottbus. Mecz rozgrywany pod szyldem pierwszych derbów regionu (nie licząc gier wewnątrzmiejskich) był jednostronnym widowiskiem. Zespół z Breslau nie pozostawił nikomu złudzeń i gładko wygrał 5:1. Na mecz drugiej rundy przeciwko Viktorii Magdeburg Schlesien już nie dojechał, oddając spotkanie walkowerem. Jeszcze w 2009 roku, po powrocie Polonii Bytom do ekstraklasy, próbowano wpoić kibicom, że mecz między bytomianami a Ruchem Chorzów to najstarsze derby Śląska. Trudno doszukać się w  tej tezie krzty prawdy. Organizatorzy spotkania próbowali ratować sytuację – ponoć chodziło im o najstarsze istniejące derby Śląska drużyn wówczas występujących w  ekstraklasie. Ot, małe przeinaczenie… Szybszy rozwój regionalnego futbolu umożliwił założenie 18 marca 1906 roku Związku Piłkarskiego Niemiec Południowo-Wschodnich, w skrócie SOFV (Südostdeutscher Fußballverband). Do wrocławian dołączyli partnerzy z Dolnych Łużyc oraz Górnego Śląska i Legnicy. Od tego momentu, by wziąć udział w mistrzostwach Niemiec, należało udowodnić prym w prowincji Śląsk. Były to rozgrywki elitarne, dla drużyn z SOFV jawiły się jako prawdziwa ziemia obiecana, gdzie o sukcesie należało zapomnieć na długie lata. W pierwszym sezonie rozgrywek Schlesien

11


w cieniu Śląska

12

nawet zrezygnował z wyjazdu do Lipska, gdzie czekała już magdeburska Viktoria. Każdy liczył się z rozmiarami porażki oraz kosztami wyjazdu. Bez dłuższego główkowania zarządzający klubem postanowili więc odpuścić. W kasie zostały pieniądze na inne wydatki, a zamiast upokorzenia porażka walkowerem. Należy jednak zadać pytanie, czy oddanie meczu bez walki nie stanowiło jeszcze większego powodu do wstydu… Schlesien trzy lata z rzędu reprezentował prowincję Śląsk w mistrzostwach Niemiec. W sezonie 1905/06 w rundzie wstępnej, która była zarazem ćwierćfinałem, miejsce w szeregu wskazała im słynna Hertha Berlin. Mecz rozegrany w  Dreźnie przypominał rzeź niewiniątek. Wrocławianie wrócili do domu z bagażem siedmiu bramek, odpowiadając ledwie jedną. Sezon później było już nieco lepiej, jeśli weźmie się pod uwagę jedynie rozmiary porażki. Kolejny zespół z Berlina, tym razem Viktoria 89, po zaciętym boju wygrała 2:1. Dla śląskiej piłki mecz z zachodnimi sąsiadami był dużym sukcesem – już nie wstydliwe 1:7, lecz skromna porażka napawająca optymizmem. Jednak do glorii na niemieckiej ziemi nie przyczyniła się także zmiana warty na czele prowincjonalnych rozgrywek. VfR 1897 Breslau uznał wyższość zespołu z Lipska. W  sezonie 1908/09 Breslau był gospodarzem finałowego meczu o mistrzostwo Niemiec, a na przekór losowi w prowincji najlepsza okazała się łużycka Alemannia Cottbus. Zresztą dla Ślązaków zaporą nie do przejścia był nawet ćwierćfinał, o czym przekonali się chociebużanie. Ale to właśnie oni, w całej dotychczasowej historii SOFV, byli najbliżej przebicia się do finałowej czwórki. O porażce Alemannii zadecydowała dogrywka – SC Erfurt wygrał 4:3. Decyzję o przyznaniu Wrocławiowi finału podjął prezes Niemieckiego Związku Piłki Nożnej, Gottfried Hinze. – Należy promować futbol na Śląsku – apelował szef DFB, który zarazem pełnił rolę… arbitra tego meczu. Spotkanie rozegrane na stadionie Schlesien Breslau, przy obecnej ulicy Powstańców Śląskich, przyciągnęło na trybuny ledwie tysiąc pięciuset widzów (rok później w  Kolonii finał śledziła publiczność ponad trzykrotnie liczniejsza). Losy tytułu miały się rozstrzygnąć między dobrze znaną miejscowym kibicom Viktorią 89 Berlin a FC Phönix Karlsruhe.


kolos na glinianych nogach

Gwiazda rozgrywek, „Feniksy” z Badenii, wygrała 4:2, a  kapitana mistrzowskiej drużyny, Arthura Beiera, okrzyknięto bohaterem narodowym. Drużyna bez trenera na ławce, sklecona przez charyzmatycznego kapitana, w Niemczech nie miała sobie równych. – Tytuł zdobyty we Wrocławiu jest naszym największym sukcesem w historii. Nie osiągnęlibyśmy tego bez Beiera. To człowiek instytucja, który zainspirował resztę kolegów z zespołu. Nie było nas stać na żadną pomoc, większe dofinansowanie czy nawet zatrudnienie trenera – wspominają klubowi działacze. „Feniksy” po fuzji z  VfB Mühlburg zmieniły nazwę na Karlsruher Sport Club; obecnie występują w  trzeciej lidze, do sukcesu z  Wrocławia już nie nawiązali. Po triumfalnym powrocie ze Śląska Emil Firnrohr, członek zwycięskiej drużyny, namalował portret legendarnego kapitana. Postawny, niebieskooki mężczyzna z wąsem, posturą przypominał młodego Józefa Piłsudskiego. Jego wizerunek wciąż można podziwiać w klubowych gablotach Karlsruher SC. Wielki sportowiec zginął śmiercią bohaterską jako trzydziestosiedmiolatek, podczas jednej z ważniejszych batalii I wojny światowej, pod francuskim Verdun. – Zarówno na boisku, jak i poza nim, był wielkim dowódcą i doskonałym żołnierzem. Miał wzorowy charakter, był powołany do liderowania – ocenił Beiera kolega z zespołu, Karl Wegele. Sam mecz, choć nie przyciągnął na trybuny oszałamiającej liczby widzów, znacząco przyczynił się do popularyzacji piłki nożnej na Śląsku. Dyscyplina, której autorstwo przypisuje się Anglikom, przestała być traktowana jak piąte koło u wozu wrocławskich sekcji. Wkrótce do miasta przyjechał profesjonalny klub Bolton Wanderers. Atletycznych Anglików próbowano zatrzymać wszystkimi możliwymi sposobami, ale na nic zdały się próby sklecenia najsilniejszej „jedenastki”. Regionalny dream team był bezradny, „Kłusaki” wygrały aż 12:0. Po wybuchu I wojny światowej rozgrywki w Niemczech wstrzymano. Większość piłkarzy z bronią w ręku ruszyła na front. Cesarstwo Wilhelma II ostatecznie poległo, a on nieco ponad dwa tygodnie po ucieczce do Holandii abdykował. Niemcy uznali to za dezercję i złamanie zasady, głoszącej

13


iż „pokonany król pruski ginie w boju na czele swych żołnierzy”. Historia nie wybaczyła mu tej ewakuacji. W wyniku ustaleń traktatu wersalskiego do Polski przyłączono bez plebiscytu skrawki Śląska z powiatów górskiego, namysłowskiego i  sycowskiego. Z  kolei na Górnym Śląsku doszło do trzech powstań śląskich i plebiscytu przeprowadzonego w warunkach dających przewagę Niemcom. Jego wyniki były niekorzystne dla Polaków, jednak Rada Ambasadorów wytyczyła ostatecznie granicę korzystniejszą dla Polski. W wyniku podziału na przełomie czerwca i lipca 1922 roku mniej więcej jedna trzecia część Górnego Śląska została przyłączona do odrodzonej Polski. Po stronie niemieckiej pozostało jednak ponad pół miliona Polaków, oczywiście z mieszkańcami Wrocławia na czele. Lata dwudzieste, czyli najlepszy okres w przedwojennej historii wrocławskiej piłki, rozpoczął się od triumfalnego awansu Vereinigte Breslauer Sportfreunde do półfinału mistrzostw Niemiec. Wynik spotkania z SpVgg Fürth lepiej byłoby przemilczeć, jednak gwoli dziennikarskiego obowiązku musi on być podany – 0:4. Z jednej strony oznaczał on koniec marzeń o podboju krajowej piłki, z drugiej zaś satysfakcję z osiągniętego poziomu. Przecież nigdy wcześniej śląski klub nie doszedł aż tak daleko, to znaczy nie pokonał pierwszego szczebla, którym był ćwierćfinał. Przed wojną europejskie puchary traktowano jak fikcję. Może w  czyjejś głowie tlił się projekt zorganizowania podobnych zawodów, jednak nie sprzyjała mu napięta atmosfera polityczna. Ogromnym zainteresowaniem cieszyły się więc przyjazdy zagranicznych drużyn do Wrocławia. Oprócz wspomnianego Boltonu miasto gościło Wisłę Kraków, Slavię Praga, Everton czy Újpest Budapeszt. Z  reguły mecze kończyły się dla wrocławian sromotnym laniem, co na własnej skórze odczuła scementowana „jedenastka” VfB Breslau i Breslauer FV 06. Slavia bramki strzelała średnio co sześć minut. Końcowy wynik? – 1:15. Wśród piłkarskiej infrastruktury największym zainteresowaniem cieszył się stadion Schlesien. Tak było do chwili wybudowania Stadionu Olimpijskiego, zatem do 1928 roku. Skąd się wzięła nazwa obiektu, na którym znicz olimpijski nigdy nie zagościł? Jeszcze przed wojną, podczas igrzysk, wyróżnienia wręczano również architektom. Dwa meda-


kolos na glinianych nogach

le, z Amsterdamu (1928) oraz z Los Angeles (1932), powędrowały do autora wrocławskiego stadionu, Richarda Konwiarza. W Ameryce wrocławski stadion otrzymał brązowy krążek. Swego czasu gościł wprawdzie bohaterów igrzysk, ale jedynie tych niemieckich (1930). Na rok przed wybuchem II wojny światowej we Wrocławiu odbył się także Niemiecki Festyn Gimnastyki i Sportu. Rywalizację z trybun śledził Adolf Hitler. Führer od razu zakochał się we Wrocławiu i terenowi sportowemu nadał patrona w postaci Hermanna Göringa, zaś gospodarzom przyznano tytuł „Najwierniejszego Miasta Adolfa Hitlera”. Wódz już od swojej pierwszej wizyty wybrał stałe miejsce noclegowe. Jego zdaniem najwyższe standardy spełniał hotel Monopol, ten sam, z którego kilkadziesiąt lat później korzystała reprezentacja Czech w czasie Euro 2012. Kibice, podekscytowani obecnością Führera, śledzili rozgrywki w zdumiewającej liczbie – zawody obejrzało łącznie aż sześćset tysięcy widzów. Dziewięciodniowe współzawodnictwo we wszystkich możliwych dyscyplinach było ogromną szansą na zaistnienie w  sportowej hierarchii. Krzyk zachwytu nad każdym kolejnym gestem Hitlera przerastał tumult największych stadionów świata. Wódz sportową rywalizację traktował jak misję. Dążył do tego, by niemiecka młodzież była „wytrzymała niczym rzemień, rącza jak chart i twarda jak stal Kruppa”. Według Hitlera sport był również jedną z dziedzin dowodzących wyższości rasy aryjskiej. Niemiecką rywalizację sportową trafnie wyśmiał Emil Ludwig, znany biograf, a z pochodzenia… Niemiec. W taki oto sposób wyraził swoją niechęć do reżimu hitlerowskiego: „Niemcy nie mają nawet wiernego odpowiednika słowa fair, tak jak nie mają odpowiednika słowa gentleman. Bogaty język niemiecki przejął te terminy w ich angielskiej formie. Niemcom, szkolonym na żołnierzy, brak ducha sportowego i radości współzawodnictwa; są narodem bez »koników«”. Podczas gdy Europa zachwycała się urokami Stadionu Olimpijskiego, do użytku oddano inną ważną w historii Śląska Wrocław arenę. Od 1936 roku pierwszym gospodarzem stadionu przy ulicy Oporowskiej został Breslauer SpVg 02, zespół powstały w wyniku fuzji Vereinigte Breslauer Sportfreunde oraz Breslauer Sportclub 08.

15


w cieniu Śląska

16

Nowy klub był jednym z głównych reformatorów systemu ligowego na Śląsku. Po objęciu władzy przez nazistów powstała Gauliga – najwyższa klasa rozgrywkowa w  Niemczech, której kres położyło dopiero przeniesienie polskiej granicy na zachód od Wrocławia. Aż do 1942 roku wyłaniano jedną najlepszą drużynę na Śląsku – tytuł ten wędrował między Bytomiem a Gliwicami. Po drugiej reformie rozczłonkowano Gauligę Schlesien na górno- oraz dolnośląską. Nowa liga na terenie Niemiec nie ułatwiła Ślązakom drogi po sukces w kraju. Największy triumf przyniosły rozgrywki Pucharu Niemiec. Na pół roku przed wybuchem II wojny światowej, 5 marca 1939 roku, reprezentacja Śląska w końcu sięgnęła po jakieś trofeum. Drużyna oparta na mistrzach lokalnej Gauligi, graczach Vorwärts-Rasensport Gleiwitz, wsparta duetem z Wrocławia, szła jak burza. W pierwszej rundzie śląski walec rozjechał Marchię Północną (5:0), a następnie Wschodnią (4:1). Półfinałowy mecz z Wirtembergią odbył się w stolicy Południowo-Zachodnich Niemiec, Stuttgarcie. Do przerwy, po błędzie Mettkego, bramkarza Śląska, prowadzili gospodarze. Zespół ze Szwabii był bliżej wyśnionego finału, jednak w futbolu wielokrotnie zdarzają się niespodziewane zwroty akcji, budujące swoistą legendę, a także cuda, które nieodmiennie sprzyjają popularności tej dyscypliny. Kto wie, może wtedy, w ramach półfinałowego meczu o Puchar Niemiec, również zdarzył się cud? Przypominało to jednak raczej ludzką pomyłkę, dzięki której ta gra błędów nabrała jeszcze większego kolorytu. To nie Mettke ani żaden z zawodników Wirtembergii padł łupem krytyków. Jak solidarnie potwierdzały niemieckie media, wynik spotkania wypaczył sędzia Helmuth Fink. Frankfurcki arbiter nakazał obydwu zespołom rozpocząć drugą połowę sześć minut przed czasem. To była woda na młyn reprezentacji Śląska: zdezorientowani rywale z rozpaczą zerkali, jak Pawlitzki i spółka wykonują wyrok skazujący. Śląsk niczym wytrawny bokser wypunktował Wirtembergię w ostatniej akcji meczu. 2:1 i faworyci musieli obejść się smakiem. W przeddzień finałowego starcia w Dreźnie nikt nie kreował regionalnych podziałów. Śląsk był jeden i nieważne, czy mowa była o Gliwicach, czy Wrocławiu. Liczyło się wyłącznie zwycięstwo, wola, by utrzeć nosa tym bogatszym z Bawarii. Tym, których szeregi tworzyli gracze Bayernu


Pomimo wybuchu II wojny światowej w Niemczech wciąż wyłaniano mistrzów regionu oraz kraju. O tym, dokąd wędrował tytuł, decydowały koleje losu. Ktoś dał rozkaz, by opuścić rodzinny dom, więc sportowcy – żołnierze z bronią na ramieniu – ruszali za poleceniem generałów nierzadko setki kilometrów od swoich domów. Kiedy tylko cichły działa, meldowali się na boisku. Gdzieś z doskoku rozgrywali mecze o mistrzostwo, którego wartość deprecjonowano. Bo to największe zwycięstwo większość sportowców odnosiła na innej arenie. Tej, gdzie o  wyniku decydował bilans ofiar – strat liczonych w rozlanej krwi, płaczu matek, żon i córek. Futbol był odskocznią od wojennych rozrachunków. Do 1941 roku wyłaniano jednego mistrza Śląska. Przez cztery lata z rzędu tytuł wędrował do Vorwärts-Rasensport Gliwice, co nikogo nie dziwiło. To właśnie

kolos na glinianych nogach

Monachium, TSV 1860, 1. FC Nürnberg i Augsburga. Finał Pucharu Regionów Rzeszy Niemieckiej z  trybun śledziło czterdzieści tysięcy widzów! Ta frekwencja potwierdzała popularność futbolu w  kraju. Na meczu pojawiły się tuzy polityki oraz inni miejscowi sportowcy. Zaraz po pierwszym gwizdku sędziego uwidoczniła się przewaga Śląska na trybunach. Jeśli Niemiec miał wybierać między Ślązakiem a Bawarczykiem, z reguły wybierał tego pierwszego. Nie bez znaczenia był także niesamowity pościg „kopciuszka” ze Wschodu. Bliżej nieznani piłkarze sprawili wielką sensację samym awansem do finału. Lecz jeśli gonić marzenia, to do końca – do ostatniej prostej, którą był mecz w Dreźnie. W  26. minucie Ernst Plener wyprowadził Śląsk na prowadzenie. Jeszcze przed przerwą drużyna zadała drugi cios, jednak tym razem na przeszkodzie stanął arbiter, stwierdzając, że piłka nie przekroczyła pełnym obwodem linii bramkowej. Co się odwlecze, to nie uciecze: Śląsk dopiął swego w drugiej połowie, a na listę strzelców wpisał się gracz gliwickiego Vorwärts-Rasensport. Bawarczyków stać było na ledwie jedną bramkę. Było 2:1 dla outsiderów ze Wschodu. Anonimowi gracze z Gliwic, Wrocławia i Zabrza podbili serca Niemców, a dwóch z nich trafiło nawet do reprezentacji. Wyróżnienie spotkało strzelca jednej z bramek, Schaletzkiego, oraz środkowego obrońcę Richarda Kubusa.

17


w cieniu Śląska

piłkarze z tego klubu decydowali o obliczu reprezentacji, między innymi tej zwycięskiej z Drezna. Podział rozgrywek na dolnośląskie oraz górnośląskie nie sprzyjał wrocławskiej piłce. W ciągu trzech sezonów, od 1941 do 1944 roku, tylko raz najlepszy okazał się zespół ze stolicy Śląska. Breslauer SpVg 02 mistrzowski tytuł z 1942 roku świętował na stadionie przy ulicy Oporowskiej. W następnych latach, aż do rozwiązania Gauligi, mistrzostwo omijało Wrocław szerokim łukiem. Lepsi w regionie okazali się zawodnicy z  Brzegu, a  w  ostatnim sezonie ligę zdominował klub z  Jeleniej Góry, oparty na sporym zaciągu zachodnich żołnierzy.

18

Przedwojenny futbol na wrocławskich ziemiach z reguły borykał się z  pasmem niepowodzeń. Wielki sportowy ośrodek, który kilkakrotnie gościł reprezentację Niemiec oraz na którym odbywały się najważniejsze krajowe rozgrywki, nie potrafił nawiązać wyrównanej walki z  innymi regionami. Ogromny potencjał został niewykorzystany, a miasto przypominało kolosa na glinianych nogach. Co było powodem wstydliwych porażek wrocławian? Trudno to jednoznacznie stwierdzić, jednak na uwagę zasługuje liczba klubów, którymi w  1939 roku dysponował Wrocław: piłkarzy zrzeszały bowiem aż czterdzieści cztery towarzystwa. Niewiarygodne, jak mało czasu zajęło wykreowanie w  mieście monokulturowej wizji rozwoju piłki. Obecnie oczkiem w głowie regionu jest wyłącznie Śląsk Wrocław.


Piłkarze Śląska podczas pochodu pierwszomajowego. Nad orłem bez korony I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR, Ludwik Drożdż

Śląsk Wrocław podczas tournée po Indonezji

85. minuta rewanżowego meczu Śląsk – GAIS Göteborg. Tadeusz Pawłowski strzela bramkę decydującą o awansie wrocławian


SSC Napoli przed meczem ze Śląskiem

28 września 1977 roku, Stadion Olimpijski. Mecz I rundy Pucharu Europy, Śląsk Wrocław – Lewski-Spartak Sofia. Pierwszy z lewej kapitan Lewskiego, Paweł Panow. W środku znany arbiter węgierski, Karoly Palotai. Z prawej Tadeusz Pawłowski 26 listopada 1975 roku. Tadeusz Pawłowski na rozgrzewce przed meczem z Liverpoolem. Dzięki kuracji koniakiem szybko zbił gorączkę, zagrał i strzelił piękną bramkę


Koniec fragmentu. Zapraszamy do księgarń i na www.labotiga.pl

W cieniu Śląska  

W cieniu Śląska to historia niespełna siedemdziesięcioletniej tradycji największego klubu w regionie, ponad tysiąca dwustu piłkarzy reprezen...

W cieniu Śląska  

W cieniu Śląska to historia niespełna siedemdziesięcioletniej tradycji największego klubu w regionie, ponad tysiąca dwustu piłkarzy reprezen...

Advertisement