Page 1


Larry vs. Magic Kiedy rządziliśmy NBA


Larry

Earvin Magic

Jackie

Bird Johnson MacMullan

Larry vs. Magic Kiedy rządziliśmy NBA

tłumaczenie:

Michał Rutkowski

Kraków 2015


When The Game Was Ours Copyright © 2012 Magic Johnson Enterprises and Larry Bird Published by special arrangement with Houghton Mifflin Harcourt Publishing Company Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2015 Copyright © for the Polish translation Michał Rutkowski 2015 Redakcja i korekta – Joanna Mika, Mateusz Celer Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl Fotografia na okładce – Steve Lipofsky / BasketballPhoto.com All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. Wydanie I, Kraków 2015 ISBN: 978-83-7924-491-1

www.wydawnictwosqn.pl Szukaj naszych książekk również w formie e ej elektronicznej

DYSKUTUJ O KSIĄŻCE //WydawnictwoSQN / /SQNPublishing //WydawnictwoSQN

NASZA KSIĘGARNIA www.labotiga.pl N Wspieramy środowisko! Książka została wydrukowana na papierze wyprodukowanym zgodnie z zasadami zrównoważonej gospodarki leśnej.


Dla naszych kibiców Larry Bird i Earvin „Magic” Johnson junior Dla moich rodziców, Margarethe i Freda MacMullanów, którzy nauczyli mnie, że wszystko jest możliwe Jackie MacMullan


WSTĘP

Od Larry’ego

Kiedy byłem młody, zależało mi tylko na jednym – żeby pokonać moich braci. Mark i Mike byli ode mnie starsi, a co za tym idzie – więksi, silniejsi, no i lepsi: w koszykówce, w baseballu, we wszystkim. Motywowali mnie. Napędzali. Niczego tak nie pragnąłem, jak tego, żeby ich pokonać. Ale to było, zanim spotkałem Magica. Kiedy już to nastąpiło – on stał się tym, którego chciałem pokonać. To, co czułem w stosunku do Magica, sprawiło, że zapomniałem o braciach. Nigdy się przed sobą nie przyznawałem, jak bardzo zawładnął moimi myślami, kiedy jeszcze byliśmy zawodnikami. Ale skoro zgodziliśmy się napisać tę książkę, to wiedziałem, że w końcu nadszedł czas, żeby ludzie dowiedzieli się o mojej relacji z człowiekiem, który motywował mnie jak nikt inny. Nasze kariery od początku podążały równoległymi ścieżkami. Graliśmy przeciwko sobie o  mistrzostwo kraju na studiach, potem w  tym samym roku przeszliśmy do NBA. On trafił na Zachodnie Wybrzeże, ja na


10 • L A R R Y V S . M A G I C

Wschodnie, i tak się złożyło, że graliśmy dla dwóch najlepszych drużyn wszech czasów. Nie można było wymyślić lepszego scenariusza. Nie podobała mi się narracja, która się wytworzyła wokół naszej rywalizacji. Zawsze mówiło się: Bird kontra Magic, zamiast Celtics kontra Lakers. To było nie w porządku. Przecież nawet nie graliśmy na tej samej pozycji i się nawzajem nie kryliśmy. Zawsze bardzo szanowałem Magica – bardziej niż kogokolwiek, przeciwko komu grałem. Od momentu, kiedy spotkałem go po raz pierwszy, wiedziałem, że traktuje koszykówkę tak jak ja. Dla nas obu najważniejsza była zawsze rywalizacja. To nas napędzało. Moi koledzy z drużyny bez przerwy kpili z Magica: śmiali się z jego uśmiechu czy z jego widowiskowego stylu showtime. Ale gdyby ktoś zapytał ich wprost, co tak naprawdę sądzą, to nawet oni musieliby przyznać, że jest najlepszy. Nie spędziłem zbyt dużo czasu na porównywaniu go do siebie. Byliśmy zupełnie innymi koszykarzami, łączyło nas tylko kilka drobiazgów. Obaj uwielbialiśmy dzielić się piłką i  angażować do akcji kolegów z  drużyny. Żadnemu z nas nie zależało, żeby zdobyć 50 punktów, choć przecież będąc u szczytu formy, obaj bylibyśmy w stanie to zrobić, jeślibyśmy tylko tego zapragnęli. Po meczach oglądałem najlepsze akcje Magica, zastanawiając się: „Jak on to zrobił?”. Jak nikt przed nim potrafił kontrolować tempo rozgrywanego meczu. Zdarzało się, że podczas pojedynków z  Lakers byłem jedynym zawodnikiem, który zdążył wrócić do obrony przy kontratakach rozgrywanych trzech na jednego. Choć nie byłem zbyt szybki, potrafiłem w  tego typu sytuacjach odczytywać intencje rozgrywającego i  przewidywać, w którym pójdzie kierunku. Ale nie z Magikiem. Nigdy nie miałem pojęcia, co zrobi z piłką. Nie przepadaliśmy za sobą. Nie było jak. Rok po roku próbowaliśmy się nawzajem pokonać, a ludzie wciąż nas ze sobą porównywali. Pragnąłem tego samego, co on, więc nie chciałem go poznawać, bo wiedziałem, że wtedy bym go pewnie polubił i straciłbym koncentrację. Ludzie myślą, że wszystko zaczęło się podczas turnieju o mistrzostwo NCAA w 1979 roku. Ale było inaczej. Poprzedniego lata podczas zawodów międzynarodowych byliśmy kolegami z drużyny i rozegraliśmy wspólnie


W S T Ę P • 11

kilka wspaniałych akcji. Szkoda, że nikt tego nie widział. Trener nas nie wystawiał, więc musieliśmy znaleźć inne sposoby, żeby udowodnić, że jesteśmy jednymi z najlepszych zawodników uniwersyteckich. I  uwierzcie mi na słowo – potrafiliśmy sprawić, że nas zauważono. W  tej książce znajdziecie zakulisową historię naszych czasów, które doprowadziły do pojedynku o  krajowe mistrzostwo NCAA. Nie będzie żadnych zmyślonych historyjek – przez wiele lat nieprzebrane rzesze ludzi, którzy kręcili się wokół naszej drużyny z  Indiana State, opowiadały, co wtedy robiłem albo co sobie myślałem. Zawsze mnie to bawiło, bo prawie ich nie znałem i  pewnie dlatego ich historie miały niewiele wspólnego z  rzeczywistością. Ludzie, których wpływ na ówczesne sukcesy drużyny był żaden, mają na ich temat najwięcej do powiedzenia. To jeden z powodów, dla których zdecydowaliśmy się napisać razem z Magikiem tę książkę. Wreszcie usłyszycie bezpośrednio od nas, co czuliśmy, grając przeciwko sobie co roku, najpierw o mistrzostwo NCAA, potem o tytuły mistrzów NBA. Uwierzcie mi, to była interesująca przejażdżka. I wcale nie było specjalnie miło. Kiedy masz do czynienia z dwoma tak żądnymi zwycięstwa facetami jak nasza dwójka, to wiadomo, że po drodze pojawiają się negatywne uczucia. Ja tak się czułem, a teraz, kiedy już zrealizowaliśmy wspólnie ten projekt, to wiem, że Magic też. Po latach wzajemnej walki ludzie nie potrafili mówić o jednym z nas, nie wspominając drugiego. Byliśmy jak Frazier i Ali. Kiedy zakończyłem karierę, wszyscy bez przerwy się mnie o niego pytali: „Czy u Magica wszystko OK? Widziałeś się z nim?”. Nawet moi koledzy z drużyny. W dziewięciu przypadkach na dziesięć padało pytanie: „A co tam u Magica?”. A w tym dziesiątym przypadku pytanie brzmiało: „A co słychać u McHale’a?”. Trudno wytłumaczyć, co to znaczy – być połączonym z kimś takim jak on. Nie zaplanowaliśmy sobie tego, po prostu tak wyszło. A teraz jesteśmy już na siebie skazani. Kiedyś, kilka lat temu, jechałem samochodem, kiedy zadzwonił do mnie dziennikarz z Indianapolis i zapytał: „Słyszałeś już?”. Odpowiedziałem: „O co ci chodzi?”. A on wypalił: „No cóż, to jeszcze nie jest potwierdzona informacja, ale dostaliśmy wiadomość, że Magic Johnson nie żyje”.


12 • L A R R Y V S . M A G I C

Omal nie spowodowałem wypadku. Poczułem ukłucie w żołądku i dotarło do mnie, że zaraz się kompletnie rozsypię. Odłożyłem słuchawkę i od razu zadzwoniłem do swojej agentki Jill Leone. Połączyła się z Lonem Rosenem, agentem Magica, który powiedział jej, że to tylko głupia plotka, że Magic czuje się dobrze. Oddzwoniłem do tego faceta z telewizji i powiedziałem mu: „Nigdy więcej mi czegoś takiego nie rób”. Ludzie od lat pisali o Magicu i o mnie. Niektórzy publikowali prawdę. Niektórzy nie. Tu poznacie naszą wersję historii. Wersję facetów, którzy to przeżyli. Kiedy Celtics grali z Lakers w finałach w 2008 roku, powróciło mnóstwo wspaniałych wspomnień. Pojedynki z Magikiem i Lakers to były najlepsze chwile mojego życia. Były dla mnie wszystkim. Nie było niczego piękniejszego niż pokonanie Lakers. Przez 12 lat walczyliśmy jak szaleni, ale zawsze odczuwaliśmy w stosunku do siebie szacunek. To połączyło nas do końca życia. Kiedyś się tym wszystkim cholernie przejmowałem. Teraz już nie. Larry Bird Indianapolis, marzec 2009


Od Magica

Mój trener z liceum George Fox mawiał, żebym nigdy nie uważał swojego talentu za coś oczywistego: „Jesteś wyjątkowy, Earvin. Ale nie możesz przestać ciężko pracować. Pamiętaj – gdzieś jest ktoś, kto jest równie utalentowany jak ty i tak samo ciężko pracuje. A może nawet ciężej”. Wówczas kiwałem głową, ale w  głębi duszy myślałem: „Chciałbym zobaczyć tego kolesia, bo jakoś dotychczas nikogo takiego nie spotkałem”. Mówiąc uczciwie, nie byłem przekonany, czy ktoś taki w ogóle istnieje. Wszystko się zmieniło w 1978 roku, w dniu, w którym wszedłem do sali gimnastycznej w Lexington w Kentucky i po raz pierwszy zobaczyłem Larry’ego Birda. Wtedy zrozumiałem, że to jego miał na myśli trener Fox. Larry był innym typem kolesia. Niewiele mówił, był zamknięty w sobie. O rany, ale grać to potrafił! Nigdy nie widziałem, żeby ktoś jego wzrostu podawał piłkę tak jak on. Od razu wytworzyła się między nami dobra chemia. Graliśmy w drugiej drużynie z kilkoma uczestnikami uniwersyteckiego Meczu Gwiazd i od razu ośmieszyliśmy zawodników z pierwszej piątki. Wiedziałem, że się jeszcze spotkamy, no i się spotykaliśmy – wszędzie! Kiedy trafiłem do NBA i zostałem zawodnikiem Lakers, to oglądałem tyle meczów Celtics, ile mogłem, żeby móc go obserwować. Stał się moim punktem odniesienia. Kiedy po raz pierwszy spotkaliśmy się w  wielkim finale w 1984 roku, Larry okazał się lepszy. Wiele lat mi zajęło, żeby się z tym pogodzić. Być może nie pogodziłem się z tym do dzisiaj. Zdziwiłem się, kiedy się dowiedziałem, jak uważnie Larry obserwował mnie, kiedy w  swoim debiutanckim sezonie zdobywałem mistrzostwo NBA. Przyznał, że był zazdrosny, co mnie naprawdę zszokowało, bo wtedy w ogóle tego nie okazywał. Oczywiście kiedy przeczytacie tę książkę, dowiecie się, że ja sam miałem własne pokłady zazdrości związane z Larrym.


14 • L A R R Y V S . M A G I C

Rozmawiam często z różnymi ludźmi i mówię im, że ich dzieci powinny zobaczyć, jak grał w koszykówkę Larry Bird, bo robił to tak, jak należy. Grał zespołowo, ale to jego wolę zwycięstwa, jego twardość, jego ducha i  jego wiedzę na temat koszykówki podziwiałem najbardziej. Na zawsze jestem z Larrym związany. Chciałem, żebyśmy wspólnie trafili do koszykarskiej Galerii Sław, ale to się nam nie udało, więc ta książka jest najlepszym, co mogło nam się przytrafić. Bo daje nam szansę, żeby opowiedzieć swoją historię. Część tego wszystkiego może być dla was zaskoczeniem. Kiedy jeszcze graliśmy w koszykówkę, uparcie studiowałem i analizowałem wszystkie ruchy Larry’ego, ale dopóki nie zaczęliśmy rozmawiać o tym, żeby wspólnie napisać książkę, nie miałem pojęcia, że on też mnie tak uważnie obserwował. Nie jestem w stanie uciec od Larry’ego. Ale założę się, że on ode mnie też. Bez przerwy spotykam kibiców, którzy kiedy tylko mnie zobaczą, od razu zadają pytania: „Widziałeś go? Rozmawiałeś z  Larrym?”. Nikt się mnie nigdy nie pyta o  Kareema, o  Jamesa Worthy’ego, o  Byrona albo Coopa. Zawsze tylko Larry. Już się do tego przyzwyczaiłem. Kiedy jeżdżę po kraju, wszędzie jestem miło przyjmowany, szczególnie w Bostonie. Ludzie opowiadają swoim dzieciom: „Spóźniliście się. Larry i ten koleś robili tu niezłe show. Kiedyś tego gościa nienawidziliśmy, ale zawsze go szanowaliśmy”. Zawsze, kiedy wchodzę do nowej hali Boston Garden, wraca do mnie mnóstwo wspomnień. Przysiągłbym, że parkiet przygotowują ci sami goście, którzy robili to w czasach, kiedy my tam graliśmy. To wszystko sprawia, że przenoszę się w czasie. Koszulki „Beat L.A.”, sprzedawcy przed halą, zimne prysznice, syreny alarmowe włączane w środku nocy, kiedy spaliśmy w bostońskich hotelach. Nigdy nie było lepszej rywalizacji. W tej książce próbujemy was przenieść w sam środek tych wydarzeń, jak tych z 1984 roku, zaraz po tym, kiedy Celtowie zdobyli tytuł mistrzowski. Siedzę w pokoju hotelowym w Bostonie, patrzę przez okno w dół na tych wszystkich kibiców Celtics szalejących z radości na ulicy. Nie uwierzycie, gdzie był wtedy Larry.


W S T Ę P • 15

Czasami włączam sobie stare mecze Celtics – Lakers. Ich oglądanie nigdy mi się nie znudzi. W każdej drużynie mamy pięciu zawodników poruszających się w idealnie zsynchronizowany sposób. Zazwyczaj już do przerwy zdobywaliśmy 60 punktów. To była poezja, koszykówka w najdoskonalszym wydaniu. Kiedy oglądam tamte mecze, nie mogę oderwać oczu od intensywnych uczuć malujących się i na twarzy Larry’ego, i na mojej. Nie odpuściliśmy ani jednej akcji. Nie mogliśmy sobie na to pozwolić, bo gdyby któryś z nas to zrobił, to ten drugi od razu by to wykorzystał. Wyobrażacie sobie, co to znaczy – mieć naprzeciwko siebie kogoś takiego jak Larry Bird, kto każdej nocy zmusza cię do najwyższego wysiłku? Potwornie męczące. Trochę czasu nam zajęło, zanim się poznaliśmy. Trudno jest zbudować sobie relację z kimś, kto pragnie dokładnie tego samego, co ty. Oczywiście, że byliśmy różni: ja byłem na parkiecie bardzo emocjonalny, podczas gdy Larry zazwyczaj nie okazywał uczuć. Wiedziałem, że w środku jego serce bije równie szybko, jak moje, ale setki razy przyglądałem mu się i zastanawiałem się: „Co on sobie myśli?”. Teraz wreszcie wiem. Zawsze chciałem móc pracować z Larrym nad projektem takim jak ten. Miłość i szacunek, jakimi go darzę, są szczere. Nigdy nie spotkałem kogoś takiego jak on. Bo jest tylko jeden Larry Bird. I jestem dumny, że mogę go nazywać swoim przyjacielem. Earvin „Magic” Johnson junior Los Angeles, marzec 2009


1

9 KWIETNIA 1978 Lexington, Kentucky

Zbłąkany rzut odbił się pod ostrym kątem od tablicy, ale Larry Bird, odczytując lot piłki, zebrał ją i bez wahania działał dalej, obracając głowę i rozważając opcje. Earvin Johnson rozpoczął bieg w kierunku przeciwnego kosza jeszcze w momencie, kiedy piłka leciała w stronę kosza jego drużyny. Dopiero od sześciu dni grał razem z Birdem w drużynie gwiazd uniwersyteckich w międzynarodowym turnieju koszykarskim, ale już zdążył się zorientować, że to Bird jest najlepszym specjalistą od zbiórek, jakiego mają w drużynie. Bird ruszył środkiem, Magic już pędził prawą stroną, czekając na podanie, ale skrzydłowy patrzył gdzie indziej, jakby miał inne plany. Przez ułamek sekundy Magic był rozczarowany. „Chyba mi nie poda”, mruknął. I  wtedy to nastąpiło: pocisk zza pleców, który wylądował dokładnie w prawej dłoni Magica. Pozostał tam na tyle długo, że Johnson mógł rozbroić obrońcę, Andrieja Lopatowa, mijając go kozłem, po czym oddał piłkę ponad ramieniem Birdowi, nawet nie spoglądając w jego kierunku. Gwiazdor uczelni Indiana State nie zdążył nawet dobrze chwycić piłki, a już oddał ją z powrotem do Magica, nie dając radzieckiemu zawodnikowi


18 • L A R R Y V S . M A G I C

czasu na reakcję. Johnson trafił łatwy layup, a tłum zgromadzony w hali Rupp Arena oszalał z radości. Magic się odwrócił i ruszył w kierunku Birda, żeby przybić z nim piątkę. Bird odwzajemnił gest, po czym obaj ruszyli truchtem pod swój kosz, jeden obok drugiego. Jeden podskakiwał, bił brawo i świętował udaną akcję, drugi biegł ze spuszczoną głową, nie okazując emocji, tak jakby nic szczególnego się nie wydarzyło. Tak oficjalnie rozpoczęła się historia dwóch wielkich koszykarzy, Earvina „Magica” Johnsona i Larry’ego „Joego” Birda. Wtedy byli jeszcze kolegami z drużyny. Przed tamtym turniejem Johnson nigdy nie spotkał Birda. Był pod wrażeniem tego, jak dobrze skrzydłowy podał mu piłkę, a kiedy Bird oddał mu ją, nie patrząc w jego kierunku, Magic poprzysiągł sobie: „Nie pozwolę, żeby ten gość mnie przyćmił”. „To były niesamowite trzy sekundy koszykówki – wspominał Johnson. – To było jak bum! bum! bum! Pomyślałem wtedy: »O rany, jak ja uwielbiam grać razem z tym gościem!«. I uwierzcie mi: kibice też to uwielbiali”. Jakieś 30 lat po tym spektakularnym koszu zdobytym w meczu przeciwko reprezentacji Związku Radzieckiego, kiedy Magic miał tylko 18 lat, a Bird 21, obaj nadal dokładnie pamiętali tę akcję. „Obrońca się potknął, próbując za nami nadążyć – wspominał Bird. – Pędziliśmy w jego kierunku tak szybko, że tylko ruszał głową w tę i we w tę; kompletnie się pogubił. Zacząłem się śmiać, bo ten biedny chłopak nie miał pojęcia, co powinien zrobić”. Nie tylko on. Nikt nie wpadł na pomysł, żeby zachować ujęcia tamtych wspólnych czarodziejskich zagrywek Birda i Magica. W ówczesnych porannych gazetach próżno było szukać poetyckich opisów ich wspólnych akcji i genialnych podań. W 1978 roku, choć obaj udowodnili, że mają papiery na poważną grę w koszykówkę, nikt nie myślał jeszcze o nich jako o elitarnych zawodnikach. W tamtym momencie żaden nie miał na koncie tytułu mistrzowskiego, żaden nie był MVP ligi, nie zdobyli jeszcze nawet mistrzostwa uniwersyteckiej ligi NCAA. Nikt jeszcze nie dostrzegał ironii w tym, że Bird i Magic rozpoczynają swoją niesamowitą relację jako koledzy z drużyny, bo nikt nie wiedział, że stworzą wkrótce jedną z najbardziej fascynujących rywalizacji w historii koszykówki.


9 K W I E T N I A 1 9 7 8 • 19

„Oczywiście, że byli dobrzy – przyznaje Michael O’Koren, ich ówczesny kolega z drużyny. – Ale nie byli Magikiem i Larrym. Jeszcze nimi nie byli”. Johnson i Bird grali wtedy drugie skrzypce w amatorskiej drużynie koszykarskiej biorącej udział w międzynarodowych zawodach nazywanych World Invitational Tournament (w skrócie WIT) i próbowali udowodnić trenerowi Joemu B. Hallowi, że zasługują na to, żeby dostawać więcej minut. Choć nasi bohaterowie pokazywali sobie, co potrafią, kiedy podczas treningów nieraz byli w stanie we dwóch przechytrzyć zawodników pierwszej piątki, to Bird odsłonił Johnsonowi tylko niewielką część siebie. Niewiele mówił, przynajmniej dopóki nie wrócił do domu we French Lick w Indianie i nie odwiedził swojego brata Marka. Wtedy wybuchł: „Właśnie spotkałem najlepszego zawodnika koszykówki uniwersyteckiej! Nazywa się Magic* Johnson”. WIT był mało istotnym wydarzeniem zorganizowanym na potrzeby telewizji, w  ramach którego grupa najlepszych zawodników z  uniwersytetów miała w ciągu pięciu dni rozegrać trzy mecze przeciwko Związkowi Radzieckiemu, Kubie i Jugosławii. Spotkania odbywały się w hali Omni w Atlancie, w Carmichael Auditorium na kampusie Uniwersytetu Karoliny Północnej oraz w Rupp Arena w Lexington. Bird zakończył właśnie trzeci sezon gry na uczelni Indiana State i  jako zawodnik wybrany do pierwszej piątki uniwersyteckich gwiazd** miał za trzy miesiące zostać wybrany w drafcie NBA przez Boston Celtics. Magic ukończył właśnie debiutancki sezon w Michigan State, został wybrany do trzeciej piątki All-Americans, zachwycał kibiców i oszałamiał przeciwników swoim repertuarem no-look passów, alley-oopów i podań kozłem. Ale w  drużynie grającej w  turnieju World Invitation, znanym również jako Converse Cup, Johnson i Bird znajdowali się na drugim planie. W czołówkach gazet dominowało nazwisko Joego B. Halla, który tydzień wcześniej poprowadził drużynę Kentucky Wildcats do mistrzostwa NCAA, * Magic otrzymał swój przydomek w wieku 15 lat, po meczu licealnym, w którym zaliczył triple double, zdobywając 36 punktów, 18 zbiórek i 16 asyst. Dziennikarz „Lansing State Journal” Fred Stabley junior nazwał Johnsona Magikiem w relacji z meczu. ** All-Americans – wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.


20 • L A R R Y V S . M A G I C

wygrywając w finale z Duke 94:88. Trener Hall wybrał do składu drużyny na WIT piątkę swoich zawodników – grającego wymiennie na pozycji rzucającego obrońcy i niskiego skrzydłowego Jacka „Goose’a” Givensa, który w  decydującym o  mistrzostwie meczu przeciwko Duke zdobył 41 punktów, twardego centra Ricka Robeya, rozgrywającego Kyle’a Macy’ego, leworęcznego skrzydłowego Jamesa Lee oraz obrońcę Jaya Shidlera. Podczas turnieju Givens, Macy i  Robey podzielili pomiędzy siebie większość minut, choć druga piątka, prowadzona przez Johnsona i Birda, dominowała nad nimi podczas treningów. Nasi dwaj bohaterowie prywatnie się wkurzali, siedząc i przyglądając się, jak gorsi od nich gracze zabierają im minuty na parkiecie. „Liczyli się tylko zawodnicy Kentucky, reszta to były zapchajdziury – mówił Bird. – Hall chciał objechać cały kraj i pokazać mu swoich chłopców”. Bird i Magic spędzili razem podczas WIT osiem dni. Rozmawiali ze sobą nie więcej niż cztery czy pięć razy, choć razem jedli, razem trenowali i  razem jeździli autobusem. Podczas gdy Magic kręcił się obok gwiazdora Arkansas Sidneya Moncriefa, puszczając na cały regulator boom boxa i tańcząc jive’a w rytm muzyki Ohio Players*, Bird spędzał większość czasu sam, oglądając Kentucky z perspektywy okna autobusu, nie zważając na to, że muzyka Magica, podobnie jak jego osobowość, zawładnęła całą drużyną. „Magic bez przerwy gadał – wspomina gwiazdor Rutgers James Bailey. – A Larry nie mówił nic, tylko »dzień dobry«. Niczego więcej nie należało się po nim spodziewać”. Turniej World Invitational został wymyślony przez magnata telewizyjnego Eddiego Einhorna. Koszykówka zawodowa w latach 70. miała niskie wskaźniki oglądalności, ale rywalizacja na szczeblu uniwersyteckim wygenerowała pojedynki, które budziły w kraju trochę emocji i miały potencjał. Einhorn z powodzeniem emitował w telewizji mecze pokazowe z Rosjanami i uważał, że turniej ze smaczkiem międzynarodowym też może odnieść sukces. Tak narodził się WIT. Einhorn poprosił dyrektora do spraw sportowych uczelni Brandeis Nicka Rodisa, trenera reprezentacji koszykarskiej Providence * Amerykańska grupa funkowa popularna w drugiej połowie lat 70.


9 K W I E T N I A 1 9 7 8 • 21

College Dave’a Gavitta oraz kilku prominentnych działaczy Amerykańskiego Związku Koszykarskiego Amatorów*, żeby pomogli mu dokooptować do składu złożonego głównie z zawodników z Kentucky innych graczy. „Wtedy jeszcze tak naprawdę nie miałem pojęcia, kim są Magic i Larry – przyznaje Einhorn. – I założę się, że z większością ludzi było podobnie”. Gavitt na własnej skórze boleśnie się przekonał o imponujących umiejętnościach rozgrywającego z  Michigan State. Kilka tygodni wcześniej Magic i jego Spartans zmiażdżyli prowadzonych przez Gavitta Providence Friars w pierwszej rundzie finałów regionalnych NCAA Mideast w Indianapolis. Magic zdobył 14 punktów i  zaliczył 7 asyst, ale uwagę Gavitta przyciągnęła przede wszystkim jego umiejętność nadawania szybkiego tempa i  podawania do kolegów z  drużyny, czego efektem była wysoka skuteczność rzutów (drużyna z Michigan State trafiła 61 procent swoich rzutów). Johnson patrzył na koszykówkę inaczej niż większość zawodników, tak jakby posiadł umiejętność oglądania akcji w zwolnionym tempie. Prowadzona przez Birda drużyna Indiana State zaliczyła tej wiosny bilans 23-9, ale nie grała w mistrzostwach NCAA, tylko została delegowana do mniej prestiżowych rozgrywek NIT. Gavitt nigdy nie widział Larry’ego w akcji i niewiele o nim wiedział. Meczów Indiana State nie transmitowano w telewizji i wielu kibiców przypuszczało, że Bird jest Afroamerykaninem. Dziennikarz „Boston Globe” Bob Ryan też jeszcze nie widział Birda w akcji, ale już dotarły do niego legendy na jego temat. Przebywał w Indianapolis, opisując mecze Providence, ale dał znać Gavittowi, że jedzie też do Terre Haute, żeby obejrzeć drużynę Sycamores i  jej tajemniczy ukryty skarb, uznany przez skautów Celtics za poważnego kandydata do gry w NBA. Ryan wybrał się w drogę razem z dziennikarzami „Providence Journal” Mikiem Maddenem oraz Jaysonem Starkiem, którzy byli sceptyczni wobec rzekomych kwalifikacji Birda. Przypuszczali, że jego imponujące statystyki ofensywne brały się stąd, że gra na małej uczelni w małej konferencji.

* Amateur Basketball Association of the United States. Później związek zmienił nazwę na USA Basketball.


22 • L A R R Y V S . M A G I C

Dziennikarze nie zdążyli jeszcze dobrze zasiąść w hali i zdjąć marynarek, kiedy praworęczny Bird zebrał piłkę z tablicy i rozpoczął lewą ręką kozłowanie po lewej stronie parkietu. Tuż przed linią połowy boiska wystrzelił błyskawicznym niesygnalizowanym podaniem do obrońcy, który urwał się przeciwnikom i zdobył łatwe punkty layupem. „Od tamtej chwili byłem jego fanem”, powiedział Ryan. Mecz zakończył się jednopunktowym zwycięstwem Indiana State po rzucie Birda z  wyskoku. Podczas drogi powrotnej Ryan tak bardzo się rozemocjonował opowiadaniem o jego występie, że rozpędził się do 120 kilometrów na godzinę. Zatrzymała go policja. „Bardzo przepraszam – powiedział Ryan do policjanta. – Jestem taki podekscytowany, bo właśnie wracam z meczu drużyny Uniwersytetu Indiana State”. „Naprawdę? – zapytał gliniarz, drąc mandat. – A kto wygrał?” Kolejnego ranka dziennikarze zasiedli w hali w Indianapolis, żeby zostać świadkami narodzin kolejnej gwiazdy: mierzącego 203 centymetry (i wciąż rosnącego) generała parkietu, który potrafił zdominować grę, nie mając w arsenale pewnego rzutu z wyskoku. Magic był wirującym derwiszem energii i  entuzjazmu. Choć był tylko pierwszoroczniakiem, to wykrzykiwał rozkazy pod adresem starszych kolegów i po każdej udanej akcji przybijał z nimi piątki i ostentacyjnie okazywał radość. Zawodnicy Friars poczuli się urażeni jego teatralnymi gestami, zwłaszcza w kontekście jednostronnego wyniku 77:63. „Niektórzy uważali, że to pajac – mówił Gavitt. – Ja nigdy. Zachowywał się tak, bo kochał koszykówkę. Owszem, przybijał piątki i  wymachiwał pięściami, co w tamtych czasach nie było wcale takie powszechne. I pewnie kiedy grało się w drużynie przeciwnej, to mogło to być denerwujące. Zapytałem o to jego trenera Juda Heathcote’a, który odpowiedział: »Dave, on się w  ten sposób zachowuje codziennie na treningach. Nie czasami, tylko codziennie«”. Kiedy Gavitt spotkał się już z dziennikarzami i wyraził uznanie dla drużyny Michigan State i jej niezwykłej młodej gwiazdy, wpadł na korytarzu na Boba Ryana. „No i jak tam ten twój »ukryty klejnot« w Terre Haute?”, zapytał. „Dave – odpowiedział Ryan – właśnie zobaczyłem jednego z przyszłych najlepszych koszykarzy NBA”.


9 K W I E T N I A 1 9 7 8 • 23

Kiedy doszło do kompletowania składu na WIT, Gavitt przypomniał sobie pochwały Ryana i dodał do listy zarówno Magica, jak i Birda. Bird był zachwycony, ale tylko do momentu, kiedy się dowiedział, kto będzie trenerem. Joe B. Hall rekrutował Birda do Kentucky ze szkoły średniej Springs Valley we French Lick w Indianie, lecz kiedy już go zobaczył, uznał, że Bird jest „zbyt wolny”, żeby grać w koszykówkę na najwyższym poziomie uniwersyteckim Division 1. Zraniony Bird poprzysiągł, że kiedyś mu udowodni, że się pomylił. Był rozczarowany, że dotąd nigdy nie było mu dane zmierzyć się z Kentucky. „Chciałem pokazać temu kolesiowi”, mówi. Ale szanse na to, że do czegoś takiego dojdzie, były niewielkie. Kentucky miało jeden z najbardziej prestiżowych programów sportowych w kraju. Ich konferencja Southeastern słynęła przede wszystkim z futbolu, należały do niej między innymi drużyny wagi ciężkiej – Alabama, Auburn, Florida i Georgia. O Wildcats, prowadzonych przez Adolpha Ruppa, od końca lat 40., kiedy zdobyli cztery tytuły mistrzów NCAA w ciągu dziesięciu lat, głośno było głównie ze względu na drużynę koszykarską. Indiana State grała po prostu w innej lidze, podobnie zresztą jak Michigan State – przynajmniej do momentu, kiedy studenci o imionach Earvin i Larry nie pojawili się na tamtejszych kampusach i nie odmienili pejzażu ówczesnej koszykówki. Michigan State rywalizowało w fantastycznej konferencji Big Ten, ale raczej pozostawało w cieniu stanowego rywala Michigan, który od lat znajdował się w blasku reflektorów, bo to w jego składzie grały takie gwiazdy jak George Lee, Cazzie Russell, Rudy Tomjanovich, Phil Hubbard i Rickey Green – wszyscy zresztą potem kontynuowali karierę w NBA. Choć Spartans mieli swoich absolwentów, którzy trafiali do NBA (Bob Brannum, Johnny Green, Al Ferrari, Ralph Simpson), to ich program osiągał umiarkowane sukcesy. Ich wyniki bladły w zestawieniu z sąsiadami z Ann Arbor, którzy zresztą regularnie im o tym przypominali. „Byliśmy pasierbami – tłumaczył Heathcote. – Zawsze mówiliśmy swoim zawodnikom, że wszystkie mecze w terminarzu są jednakowo ważne, z wyjątkiem derbów Michigan, które liczą się półtora raza bardziej”.


24 • L A R R Y V S . M A G I C

Jednym z najważniejszych momentów w historii Michigan State przed pojawieniem się tam Magica okazał się sukces ich byłego trenera Pete’a Newella, który prowadził Spartan w  latach 1950–1954, po czym przeprowadził się na zachód, na Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley, z którym w 1959 roku zdobył mistrzostwo NCAA. W tym samym roku Michigan State osiągnęło bilans 19 zwycięstw oraz 4 porażek, ale okazało się to szczytem ich możliwości na kolejne 18 sezonów, których sumaryczny bilans wyniósł niewarte zapamiętania 204 zwycięstwa i 233 porażki. I  wtedy, jesienią 1977 roku, pojawił się Magic. Entuzjazm towarzyszący meczom w hali MSU, Jenison Field House, był wówczas, mówiąc delikatnie, skromny. Ale kiedy zaczęły krążyć plotki, że Johnson, lokalny bohater, urodzony i wychowany w Lansing, wybrał Michigan State, mimo że był ostro rekrutowany przez dziesiątki innych uczelni w kraju (w tym Michigan), karnety na cały sezon wyprzedały się w ciągu kilku godzin. Tej jesieni Earvin Johnson pojawił się wraz z  Gregorym Kelserem i  kapitanem zespołu Bobem Chapmanem na okładce programu drużyny, stając się pierwszym debiutantem w historii MSU, który dostąpił takiego zaszczytu. Takich fanfar nie doczekał się Larry „Joe” Bird, kiedy rozpakował swoją torbę i  zameldował się na zajęciach na kampusie Indiana State we wrześniu 1975 roku. Choć na uczelnię docierały wcześniej niepotwierdzone informacje o tym, jak dominował podczas turniejów AAU i jak ośmieszał doświadczone gwiazdy uniwersyteckie, to okrężna droga Birda do Terre Haute – najpierw krótka i nieudana próba zapisania się na studia na Indiana University, potem dwutygodniowy pobyt w Northwood Institute – sprawiła, że kibice ISU podchodzili do jego umiejętności nieufnie albo po prostu nie mieli o nich pojęcia. Podobnie jak to miało miejsce z Michigan State, Indiana State zdążyła się już przyzwyczaić do tego, że jest programem sportowym drugiej klasy, przyćmiewanym w swoim regionie nie tylko przez Indiana University, ale również przez uczelnie Notre Dame i Purdue. Sycamores męczyli się w niezbyt popularnej konferencji Missouri Valley, będącej czymś w rodzaju drugiej ligi dla goliatów z Big Ten, której członkami byli Indiana i Purdue.


Fot. Focus on Sport / Getty Images

Fot. Collegiate Images / Getty Images

Earvin Johnson z Uniwersytetu Michigan przeciwko Larry’emu Birdowi z drużyny Sycamores Uniwersytetu Stanowego Indiana w 1979 roku

Magic Johnson z trofeum za zwycięstwo w finale NBA w 1980 roku przeciwko Philadelphii 76ers


Fot. Boston Globe / Getty Images

Poniżej: Larry i Magic pozują przed meczem Lakers i Celtics w 1983 roku w Los Angeles

Fot. Andrew D. Bernstein / Getty Images

Po prawej: Larry Bird z cygarem Reda Auerbacha po zwycięstwie nad Houston Rockets w finale NBA w 1981 roku


Koniec fragmentu Zapraszamy do księgarń i na www.labotiga.pl

Larry vs. Magic. Kiedy rządziliśmy NBA  

Różniło ich niemal wszystko – charakter, pochodzenie, sposób gry, a nawet kolor skóry. Łączyło jedno: perfekcjonizm i niepohamowana żądza zw...

Larry vs. Magic. Kiedy rządziliśmy NBA  

Różniło ich niemal wszystko – charakter, pochodzenie, sposób gry, a nawet kolor skóry. Łączyło jedno: perfekcjonizm i niepohamowana żądza zw...

Advertisement