Issuu on Google+


BUNDES

LIGA NIEZWYKŁA OPOWIEŚĆ O NIEMIECKIM FUTBOLU


Ronald Reng

BUNDES

LIGA NIEZWYKŁA OPOWIEŚĆ O NIEMIECKIM FUTBOLU

TŁUMACZENIE: Michał Jeziorny, Tomasz Urban

Kr aków 2 0 17


Spieltage. Die andere Geschichte der Bundesliga

wsqn.pl

Copyright © 2013 by Piper Verlag GmbH, München Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2017 Copyright © for the Polish translation Michał Jeziorny, Tomasz Urban 2017

WydawnictwoSQN wydawnictwosqn

Redakcja – Grzegorz Krzymianowski Korekta – Maciej Cierniewski Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl Fotografia na okładce – Lars Baron / Getty Images

SQNPublishing wydawnictwosqn WydawnictwoSQN Sprzedaż internetowa labotiga.pl

B

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

273

Wydanie I, Kraków 2017 ISBN: 978-83-7924-751-6

E-booki Zrównoważona gospodarka leśna Cras, cras, cras! Sic dilabitur aetas!


– Tak, słucham, przy telefonie Höher. – Dzień dobry. Z  tej strony Ronald Reng. Próbował się pan do mnie dodzwonić. – Panie Reng, dziękuję, że pan oddzwonił. Muszę się z panem spotkać. – Ale o co chodzi? – Nie mogę tego wyjaśnić przez telefon. – No dobrze. – Pan wie, kim ja jestem? – Tak szczerze to nie do końca… – Nazywam się Heinz Höher. – Aha. Oczywiście, że wiem. Jest pan byłym trenerem VfL Bochum oraz 1. FC Nürnberg. – Przepraszam, może powinienem się na początku odpowiednio przedstawić. – Nic się nie stało. Jak pan zapewne wie, mieszkam w  Barcelonie, zatem z Norymbergi ma pan nie po drodze. Od czasu do czasu przyjeżdżam do Niemiec, więc może wówczas się odezwę? – No nie wiem… – Myślę, że tak byłoby najrozsądniej. – Na pewno najrozsądniej. Godzinę później. – Słucham? – Panie Reng, z tej strony Höher. – Tak, panie Höher? – Panie Reng, właśnie zabukowałem lot do Barcelony. Będę w ten czwartek. – W ten czwartek! – Zostanę do wtorku. – Do wtorku! – Proszę, niech poświęci mi pan kilka godzin swojego czasu. Chcę panu coś opowiedzieć. Muszę panu coś opowiedzieć.


15 lutego 1976 roku

Gołoledź w polu karnym

O

koło 22:00 Heinz Höher mówi swojej żonie – która przyzwyczaiła się do tego, że mąż nieczęsto wyjaśnia jej, dlaczego postępuje tak, a nie inaczej – że na chwilę wychodzi. W Bochum temperatura oscyluje wokół zera. Śnieg i  resztki lodu, które służby porządkowe zwalczały za dnia za pomocą 180 ton piasku i soli, powoli zaczynają zamarzać. Minionej nocy 65  kierowców uległo wypadkom. Na Dorstener Straße 18-latek wjechał autem niczym na sankach wprost w latarnię, w Stiepel 20-latek wleciał jak wystrzelony z katapulty wprost na ścianę garażu. Heinz Höher otwiera drzwi swojego srebrnego mercedesa, model 190. Choć ceremonia zamknięcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Innsbrucku dawno już się zakończyła, w  niektórych oknach sąsiednich mieszkań widać poświatę bijącą od włączonych telewizorów. Tego dnia austriacki skoczek narciarski zdobył jeden z ostatnich złotych medali. Höher oglądał konkurs, nie był jednak w stanie zapamiętać nazwiska zwycięzcy. Warunki na drodze były niekorzystne, ale już po kwadransie dotarł do stadionu znajdującego się na Castroper Straße. Heinz kieruje pojazdem według własnych zasad. Jego największą ambicją jest, by nigdy nie stać na początku kolejki na czerwonym świetle. Nie chodzi o szybką jazdę, ale raczej o to, aby dzięki wymyślonym przez siebie zadaniom zabijać czas w trakcie prowadzenia wozu. Pewnego razu postanowił jechać autostradą z prędkością 150 kilometrów na godzinę. Nie chodziło o średnią, ale o stałą prędkość na 440-kilometrowej trasie z Fürth do Bochum. Jego pomocnicy punktualnie pojawiają się przy otulonym ciemnością stadionie  – są to August Liese oraz Erwin Höffken, prezesi klubu VfL Gołoledź w polu karnym | 9


Bochum, którzy są odpowiedzialni za wszystko, ich zadania rozpoczynają się bowiem na zakontraktowaniu nowego napastnika, a kończą na zakupie skrzynki piwa. Nie potrzebują światła, ponieważ śnieg zalegający na płycie boiska rozjaśnia ciemność nocy. Za dwa dni o 19:30 VfL rozegra tu mecz Bundesligi z  Schalke 04. Heinz Höher już od czterech sezonów trenuje drużynę z Bochum. Swoich piłkarzy przygotował na ten pojedynek najlepiej, jak potrafił, a teraz sprawi, że spotkanie zostanie odwołane. Liese i Höffken wiedzą, gdzie Rickenberg, stary pracownik obsługi stadionu, trzyma wiadra. Pod prysznicem napełniają je wodą. Jest tylko jedno pomieszczenie z natryskami, przez co piłkarze obydwu drużyn myją się po meczu wspólnie – zarówno zwycięzcy, jak i przegrani, ci, którzy kopali po nogach, i ci, których kopano. Czy gdzieś w Bundeslidze jest podobnie? Czy w 1976 roku taka sytuacja zdarza się chociażby w lidze regionalnej? We trzech taszczą wiadra na boisko. Od chłodnego powietrza czują mrowienie w palcach. Heinz Höher jest przekonany, że metalowy uchwyt przymarzł mu do dłoni. Temperatura musiała spaść poniżej zera. Zaczynają od pola karnego po prawej. Heinz Höher ma dokładny plan. Pomyślał, że skują boisko lodem, lecz właśnie sobie uświadomił, jak trudno będzie to zrobić. Po wylaniu jednego wiadra tworzy się tylko mała kałuża. Ile wiader potrzeba na całe boisko? Dziesiątek tysięcy? Setek tysięcy? Bezgłośnie biegają 150 metrów w tę i z powrotem, od boiska do szatni – z jednym wiadrem, aby zrobić jedną kałużę. Na szczęście przynajmniej woda szybko zamarza na śniegu. Obydwa pola karne zostają zalane wodą dopiero po północy. To musi wystarczyć. Następnego dnia automatyczna sekretarka siedziby klubu VfL Bochum w dalszym ciągu przekazuje informację: „Mecz Bundesligi pomiędzy VfL Bochum i Schalke 04 odbędzie się we wtorek 17 lutego o 19:30. Bilety na sektor stojący są dostępne w kasach biletowych. Koniec komunikatu. Dziękuję za państwa telefon”. Szacuje się, że na mecz przyjdzie 20  tysięcy widzów. Franz Borner, dziennikarz gazety „Ruhr Nachrichten”, pisze: „Piłkarze VfL w meczach przeciwko Schalke potrafili niejednokrotnie grać lepiej, niż potrafią. Niech moje życzenie stanie się więc rozkazem: drogie VfL, zagraj lepiej, niż 10 | Bundesliga


potrafisz i zagraj lepiej niż Schalke!”. Skąd wziął się entuzjazm u Bornera, który już od miesięcy wnerwiał Höhera swoimi docinkami? W  mieszkaniu rodziny Höherów, znajdującym się na Kaulbachstraße 26, zadzwonił szary telefon. Od niedawna można mieć również kolorowe telefony, za nie jednak poczta niemiecka każe sobie dodatkowo płacić (1,10 marki miesięcznie). W  południe na stadionie spotyka się komisja miasta Bochum, aby sprawdzić, czy boisko nadaje się do gry. Do Nadrenii Północnej-Westfalii w  dalszym ciągu napływa zimne alpejskie powietrze, któremu towarzyszyć będą śnieg i  deszcz ze śniegiem oraz temperatury do -5  stopni. Większość wtorkowych i  środowych meczów powinna się odbyć. – Nie bój się – mówi Liese – gołoledź w polu karnym się utrzyma, a komisja jest w rękach Ottokara. Heinz Höher odpowiada, że się nie boi. Ottokar Wüst, prezes VfL, siedział wraz z  nimi przy stole, gdy Heinz Höher podczas niedzielnego obiadu w restauracji Mense wpadł na pomysł: a co, jeśli sprawimy, że mecz się nie odbędzie? Bez zgody prezesa nie odważyłby się sam podjąć decyzji. Heinzowi Höherowi od najmłodszych lat wpajano wiarę w  autorytety. Nie pozwalał, aby ktokolwiek powiedział złe słowo na kanclerza Konrada Adenauera, mimo że nie wiedział, jak ten kieruje państwem. W  trakcie pracy na stanowisku trenera jego najważniejszym partnerem do rozmów stał się prezes klubu, który był też jego pomocnikiem i obrońcą. Ottokar Wüst, mężczyzna o srebrnych – ale nie siwych – włosach, zawsze w garniturze i pod krawatem, był właścicielem sklepu z męską odzieżą na Brückstraße. Podczas ważnych spotkań zawsze pozwalał innym mówić, prosił o głosowanie, ale na koniec i tak postępował, jak chciał. Trzy minuty na pieszo od stadionu, w restauracji Mense na Castroper Straße, Wüst zapytał Höhera, co kryje się za jego słowami. We czterech, wraz z Liesem i Höffkenem, omówili sytuację. Wüst miał mocny kręgosłup moralny, co zaś najciekawsze, pracownicy klubu i piłkarze podziwiali jego namaszczony język. Stoły w restauracji były z litego drewna, nie kładziono na nie obrusów, a w niedzielę o poranku sprzedawano tam piwo.

Gołoledź w polu karnym | 11


Ze względów sportowych rozegranie tego spotkania miałoby sens. Na murawie pokrytej śniegiem gra się trudno, co sprzyjałoby walecznej grze pragnących zwycięstwa piłkarzy z Bochum. Ich ekipa była w tabeli czwarta od końca i  miała tylko punkt przewagi nad strefą spadkową. Ale nawet trener dostrzegł wielką szansę, jaka wiązała się z  przesunięciem terminu meczu. Za trzy tygodnie, 7  marca 1976  roku, miała rozpocząć się czteromiesięczna przebudowa stadionu przy Castroper Straße, a  VfL musiałoby wówczas wszystkie pozostałe starcia w  roli gospodarza rozegrać na obcym terenie. Pojedynek z Schalke mógłby więc zostać rozegrany wiosną i przeniesiony na obiekt w Dortmundzie. Westfalenstadion mógł pomieścić 54 tysiące widzów, podczas gdy w warunkach syberyjskich na stary stadion przyszłoby 20 tysięcy kibiców. W Dortmundzie można zarobić 400 tysięcy marek, a może nawet i pół miliona. Rekordowy przychód z biletów na stadionie przy Castroper Straße, ze starcia z Bayernem Monachium, wynosił 150 tysięcy marek netto. Podobnie jak wszystkie kluby Bundesligi, VfL żyło z wpływów biletowych, no bo niby skąd jeszcze miały pochodzić pieniądze? Trenera nie powinno to interesować. Trener powinien skupiać się na swoim zadaniu, Heinz Höher miał jednak przed oczami liczby. Budząc się w niedzielę rano, spoglądał przez okno i gdy widział deszcz, przez głowę przelatywała mu myśl: Cholera, trzy tysiące kibiców mniej, czyli 18 tysięcy marek. Klub pokroju VfL mógł odczuć stratę takich pieniędzy. Trener klubu pokroju VfL odczuwał to bez przerwy. Całoroczny budżet Bochum wynosił trzy i pół miliona marek, a zarząd musiał podejmować nadzwyczajne działania, aby wystarczyło na wszystko: na przykład opłaty za hotel prawie nigdy nie były regulowane na czas, a niekiedy w ogóle. Pół miliona, pomyślał Höher. Pół miliona w jednym meczu. Niesamowite. W  poniedziałek 16  lutego 1976  roku około 12:00  Heinz Höher wkłada niebieskie spodnie dzwony oraz wybrany przez żonę niebieski płaszcz w  wojskowym stylu. Kiedyś nie miał problemów z  wychodzeniem na zakupy, lecz od pewnego czasu próby zaciągnięcia go przez żonę do sklepu kwitował panicznym okrzykiem: „Przecież wszystko mam!”. Wydawało jej 12 | Bundesliga


się, że to wina stresującej pracy trenera. Jej znajomi powiedzieli jednak, że z wiekiem staje się to u mężczyzn normalne. Jak na trenera jest młodzikiem  – ma 38  lat. Nawet specjalnie się nie starając, na swój dziwny sposób wygląda dobrze. Zapewne dzięki spojrzeniu zza krzaczastych blond brwi. Heinz wiąże szalik na szyi i w rozpiętym płaszczu wyrusza na obchód stadionu z komisją. Mecz powinien zostać odwołany. Mimo wzrastającej temperatury lód nie mógł się tak szybko rozpuścić. Co się stanie, jeśli uznają za podejrzane, że zamarzło tylko pole karne? Przez 37 lat tylko cztery osoby wiedziały o tym sabotażu na stadionie. Erwin Höffken zabrał sekret do grobu, zmarli też August Liese oraz Ottokar Wüst, a Heinz Höher w listopadzie 2011 roku uznał, że te wspomnienia powinny przeżyć. Powiedział żonie, że wyrusza do Barcelony. Zarówno jego dzieci, jak i żona Dora dziwiły się, czego tam szuka. Ona też nic o tym nie wiedziała. Ma 73 lata. Nosi plecak Adidasa w neonowym odcieniu żółci z lat 80. W środku ma plik dokumentów, poświęcone jego grze w MSV Duisburg wycinki prasowe sprzed 50  lat, notatki dotyczące Juriego Judta, z  którego sam zrobił profesjonalnego piłkarza, trenując go od najmłodszych lat, listy z banków mówiące o wielomilionowych długach, internetowe wpisy o alkoholizmie – jego piłkarskie życie spakowane w jeden plecak. Odczuwa dziwne pragnienie mówienia o wszystkim, a jako partnera do rozmów wybiera pisarza z Barcelony, którego nie widział nigdy na oczy. Ale wydaje mu się bliski, ponieważ przeczytał jego książki. Heinz Höher łatwiej odnajdywał siebie samego, czytając książki; wtedy rozumiał sam siebie lepiej niż podczas rozmowy. Łatwiej jest mu pisać, niż mówić. W  ten sposób, chwilę po pierwszym wspólnie spędzonym wieczorze w  Barcelonie, zaczynamy rozmawiać poprzez listy. W  tym samym czasie pojawiają się zapowiedzi książek z okazji 50-lecia Bundesligi – z niesamowitymi anegdotami, niezapomnianymi meczami, największymi gwiazdami. Z każdym listem od Höhera zarysowuje się większa rozbieżność pomiędzy przeżyciami bohatera, który przeżył półwiecze w najwyższej klasie rozgrywek piłkarskich w Niemczech, a wycinkami znajdującymi się w kronikach, które chciano by uważać za reprezentatywne. Czy o historii Bundesligi nie dowiemy się najwięcej, jeśli skupimy się na przeżyciach pojedynczej osoby, Gołoledź w polu karnym | 13


zamiast podsumowywać bramki, zliczać punkty w tabeli czy opisywać zawodników? Heinz Höher to niespełniona nadzieja trenera reprezentacji Niemiec Seppa Herbergera. Skrzydłowy Höher znany był doskonale zarówno z celnych podań, jak i z elegancji na boisku. To jedyny szkoleniowiec, dla którego prezes wolał wyrzucić z klubu połowę kadry niż trenera – zdarzyło się to w 1984 roku, gdy drużyna 1. FC Nürnberg wszczęła bunt przeciwko trenerowi. Höherowi zdarzyło się po przedawkowaniu leków stracić przytomność na boisku i napisać książkę dla dzieci. Gdy pewnego dnia spotkał go nieodzowny los trenera i nagle został bezrobotny, dorabiał sobie dzięki grze w skata. Ludzie, którzy spotkali go na swojej drodze, mówią, że trudno im było zrozumieć jego pomysły, że Heini Höher myślami przebywał w swoim świecie. Uważali, że to dziwak. Ja mam wrażenie, że jest bardzo inteligentny. W ciągu 50 lat przygody z Bundesligą przeżył niepowtarzalne chwile (oraz wyczyniał niesamowite rzeczy – wystarczy pomyśleć o sytuacji w Bochum). Dzięki Heinzowi Höherowi mogłem przynajmniej zrozumieć, jaka była Bundesliga w poszczególnych epokach, jak zmieniała się piłka nożna i jak potrafiła ona zmienić pojedynczego człowieka. W  poniedziałek 16  lutego 1976  roku najwyraźniej głupia czapa śnieżna dalej pokrywała murawę na stadionie przy Castroper Straße. Na śniegu widać było tylko kilka śladów po krokach, które zapewne pozostawił dozorca. Członkowie komisji ze wzrokiem pozornie wbitym w ziemię uderzali czubkami butów w śnieg, a piętami w lód. Obok doktora Johannesa Freimutha, kierownika sportowego, oraz Waltera Mahlendorfa, dyrektora sportowego miasta Bochum, obecny był również Max Merkel – trener FC Schalke 04. Szef działu gospodarczego VfL, Heinz Brämer, wykorzystał nietypową dla tego rejonu chłodną aurę, aby zaprezentować swoją rosyjską czapkę z  futrem. Ottokar Wüst jako jedyny miał na sobie jasny płaszcz, swój wieczny trencz. Heinz Höher schował dłonie w  kieszeniach. Wszyscy czekali na wyrok Maksa Merkela. Nawet tego nie wiedząc, jako jedyny miał on interes w tym, aby mecz został rozegrany. Zawodnicy Schalke byli w formie. Wygrali ostatnie dwa spotkania – 3:1 w Duisburgu oraz 5:1 z Essen.

14 | Bundesliga


– Tutaj można by kontynuować zimowe igrzyska olimpijskie  – powiedział Merkel. Wszyscy głośno się roześmiali. Czy zorientuje się, że to nie tylko śmiech wywołany jego żartem? Może zauważy, że im ulżyło? Media zostały poinformowane o  zaistniałej sytuacji. Heinz Formann, szef działu sportu w „Westdeutsche Allgemeine Zeitung” z Bochum, napisał: „Max Merkel, trener Schalke, powiedział: »Można tu jeździć na łyżwach, ale nie da się tu grać w piłkę«. Miejmy nadzieję, że przekonuje to również tych, którzy zakładali, że VfL zależy na przełożeniu spotkania. Było wręcz odwrotnie. VfL chciało wykorzystać tę kolejkę, aby po raz ostatni przed rozpoczęciem przebudowy stadionu rozegrać prawdziwy mecz u  siebie”. Tak zapewniał go jego przyjaciel, trener Heinz Höher. Pierwszy piątek kwietnia 1976 roku okazał się pięknym wiosennym dniem. Na autostradzie z Bochum do Dortmundu powstał korek długi na 21 kilometrów. W czasach, gdy to słowo jeszcze nie istniało, spotkanie VfL Bochum z Schalke 04 urosło do miana eventu. Przeniesienie meczu na Westfalenstadion nadało mu koloryt i egzotykę, wzbudziło takie emocje, jakby to był finał pucharu. Rainer Holzschuh, korespondent „Kickera” odpowiedzialny za Bochum, gołym okiem oszacował, że na trybunach zasiadły 50– 54 tysiące widzów. Na konto klubu wpłynie 450 tysięcy marek – trzy razy więcej niż podczas normalnych spotkań w roli gospodarza. Mecz zakończył się porażką Bochum 1:4, ale żaden działacz w klubie nie może się złościć. Ottokar Wüst towarzyszy Heinzowi Höherowi w drodze do gabinetu prasowego, który w Dortmundzie jest najprawdziwszym pomieszczeniem konferencyjnym, z  podestem i  rozstawionymi krzesłami, a nie jak w Bochum – małym pomieszczeniem z dwoma wciśniętymi stolikami. Dziennikarze nie dają po sobie poznać, że nie w  pełni rozumieją, co miał na myśli Wüst, gdy mówił: „Z całego serca dziękuję Heinzowi Höherowi za odwagę. Dziękuję za to, że w tak trudnym meczu, jak w tym przeciwko Schalke, zrezygnował z  prawa do gry na własnym stadionie”. Jaką odwagę? Przecież mecz nie odbył się przez śnieg i lód, prawda? Heinz Höher, słysząc podziękowania Wüsta, pozostał niewzruszony. Jak zawsze, kiedy był zadowolony, radość rozpierała go od środka.


1963 rok

Na stopa do Bundesligi

R

ankiem Heinz Höher jechał z Leverkusen do Köln. Wszedł do kawiarni niedaleko katedry i czekał, aż przyjdzie pora na powrót do domu. Robił to dla dobra matki. Ona czuje się lepiej, myśląc, że jej najmłodszy syn w  dalszym ciągu pilnie studiuje wychowanie fizyczne oraz anglistykę na Uniwersytecie w Kolonii. Heinz Höher uważał, że jest wyjątkowo ambitny. Tyle że poza boiskiem większość osób miała problem z dostrzeżeniem tej ambicji. Heinz uparł się, że na maturę, którą zdawał w  gimnazjum im. Carla Duisberga w  Leverkusen, nie będzie się wcale uczył. Zdaniem jego nauczyciela egzamin zdał zdecydowanie poniżej swoich możliwości  – z  wieloma ocenami dopuszczającymi i dostatecznymi. Sam Höher był jednak zadowolony, ponieważ osiągnął swój cel. Niedługo później, w sierpniu 1963 roku, skończył 25 lat. Osiągnął wiek, w którym o człowieku powoli zaczyna się mówić jako o wiecznym studencie. Heinz był przekonany, że podobnie jak podczas matury, tak i teraz jakoś uda mu się skończyć szkołę. Chwilowo nie widział potrzeby, aby chodzić na wykłady. Chwilowo, czyli od dwóch lat. Jako że żaden przyzwoity człowiek o 11:00 nie siedzi w kawiarni, w lokalu zawsze byli goście. Heinz przypatrywał się żonom, które obcinały włosy w stylu Brigitte Bardot i nosiły ołówkowe sukienki bez kołnierzyka. Gdy odwracał wzrok, zapewne mu się przyglądały. Cały czas miał świeżo farbowane blond włosy. Do niedawna nakładał farbę szczotką do zębów. Małą główką idealnie wyciągał cały roztwór. Teraz jednak dostępna była farba z  rumiankiem. Tę informację zdradziła mu Hilla, młodsza siostra, która

16 | Bundesliga


usłyszała to od Waldtraud, żony Wernera Röhriga, kolegi Heinza z Bayeru 04 Leverkusen. Czasami zabierał ze sobą do kawiarni książkę. Próbował czytać Dostojewskiego, nawet jeśli – co szczerze przyznawał – nie był on w jego stylu. Najchętniej po prostu siedział. – Jesteś jedyną znaną mi osobą, o  której mogę powiedzieć, że jeszcze nigdy nie pracowała  – powiedział Fredy Mutz, bramkarz grający z  nim w Leverkusen w Oberlidze. Ta wypowiedź, teoretycznie będąca drwiną, tak naprawdę była wyrazem podziwu. „Jezu, Heinz, pocałuj się w dupę” – mówili koledzy z drużyny, gdy ich nie słyszał. Ale nic go nie ruszało. Był nie tylko studentem podniosłej sztuki nicnierobienia, był nie tylko jedynym wykształconym człowiekiem wśród introligatorów, laborantów, magazynierów, ale i niekwestionowaną gwiazdą Leverkusen, szalejącym skrzydłowym, który swoimi podaniami wywoływał ochy i  achy. Gdy podawał niecelnie, kibice od razu go wygwizdywali. Nie mogli sobie nawet wyobrazić, że ktoś taki jak on czegoś nie potrafi. Byli pewni, że mu się nie chce. Po takich nieszczęśliwych meczach pisał listy sam do siebie. Raz rozpoczął od podpisu „Ja, piłkarz”. Poniżej dodał: „Niektórzy uważają, że jestem piłkarzem klasy światowej. Inni mówią, że jestem ślamazarny, tchórzliwy i pewny siebie. Innych jest więcej niż niektórych”. List kończył słowami, że jeszcze pokaże „innym”, na co go stać. Gdy kilka tygodni później wracał do napisanych listów, ogarniało go przerażenie, jak krótko starał się realizować swoje postanowienia. Jak każdy przyzwoity młodzieniec, Heinz Höher wciąż mieszkał z rodzicami. Jego brat Manfred w 1959 roku wybudował dla całej rodziny dom na Moltkestraße, zaraz przy parku, gdzie Leverkusen stawało się – według własnej oceny – światowe. Ojciec Heinza prowadził znany w mieście sklep z pościelą i zasłonami. Nazywał się Betten-Höher, a w późniejszym czasie został przejęty przez Manfreda. Ojciec zmarł chwilę przed zakończeniem budowy. Starsi synowie odeszli – Johannes się ożenił, Edelbert wyemigrował do Stanów – matka, siostra i Heinz przeprowadzili się zaś do Manfreda. Po raz pierwszy w życiu Heinz miał swój własny pokój. Mama pozwalała mu spać aż do 9:00. W końcu tak ciężko się uczył i trenował.

Na stopa do Bundesligi | 17


„Bądź – napisał w jednym z zaadresowanych do siebie listów w punkcie szóstym – bardziej serdeczny wobec matki. Pomyśl o tym, że mama też była kiedyś dziewczyną i miała 21 lat”. Jeśli mowa o dziewczynach około dwudziestki, to w Leverkusen plotkowano, że gwiazda Bayeru 04  odnalazła swoją miłość. Ktoś widział go podobno z młodą kobietą z fabryki, z krótkimi czarnymi włosami i długimi nogami. Raczej nie byli zaręczeni, bo przecież wtedy pokazywaliby się publicznie. Dzięki piłce pieniądze nie stanowiły problemu. Jeśli doliczyć premie za zwycięstwa i dodatki, Heinz zarabiał miesięcznie około dwóch tysięcy marek. Piłkarze mający umowy według prawa nie mogli zarabiać więcej niż 400 marek, w końcu kluby sportowe były instytucjami użytku publicznego, a nie zakładami zatrudniającymi pracowników. Höher pieniądze dostawał w małych kopertach od prezesa klubu, Petera Rögera. Inni powiedzieliby, że fajnie jest tak żyć. Mając 24 lata, Heinz Höher nie zastanawiał się, co będzie później  – aż nagle utworzenie Bundesligi wywróciło wszystko do góry nogami. „Potrzebujemy ligi ogólnoniemieckiej, aby dotrzymywać kroku innym na arenie międzynarodowej”  – pisał trener reprezentacji Niemiec Sepp Herberger. To było w 1936 roku, a adresatem listu był kierownik sekcji piłki nożnej Związku Wychowania Fizycznego Rzeszy Niemieckiej, Felix Linnemann. W każdy weekend w wielu krajach europejskich, w których w piłkę gra się z pasją i w ładnym stylu, w Anglii, w Hiszpanii czy we Włoszech, najlepsze drużyny rywalizują między sobą. W ich skład wchodzą profesjonalni piłkarze, którzy odpowiednio się do tego przygotowują. Od napisania listu przez Herbergera minęło 26 lat, a niemieccy piłkarze w dalszym ciągu trenują po trzy razy w  tygodniu w  klubach pięciu regionalnych Oberlig, a  najlepsze ekipy spotykają się latem w  turnieju rozgrywanym systemem pucharowym, aby wyłonić mistrza Niemiec. Druga wojna światowa nieuchronnie zatrzymała Bundesligę. Ale tym, co sprawiło, że przez 17  lat od zakończenia wojny nie utworzono ogólnokrajowej ligi w  Niemczech, były dwa ulubione tematy Niemców, czyli pieniądze i moralność. 18 | Bundesliga


Po drugiej wojnie światowej Niemcy mieli wielkie poczucie winy, które spowodowało, że w  narodzie pojawiła się dążność, by nie popełniać moralnych błędów. W ten sposób niepolityczna decyzja o stworzeniu najwyższej klasy rozgrywek piłkarskich w Niemczech była blokowana z powodów etycznych. Ludzie przestrzegający przed utworzeniem Bundesligi nazywani byli „mężczyznami z  czasów słupków i  poprzeczek”. Obawiali się, że majestat tego sportu doznałby uszczerbku wskutek materialnego zepsucia. Rozpływali się, wspominając czasy, gdy piłkarze sami rozstawiali bramki. „Bawi mnie – wspominał Herberger – gdy weterani, którzy wnosili kiedyś słupki i poprzeczki na boisko, niczym próżne pawie łechtają swój idealizm. Taszczyli te bramki, bo nikt inny nie chciał tego robić. Nie brali pieniędzy tylko dlatego, że żadnych pieniędzy nie było. To takie proste”. Ale również w  regionalnych związkach i  małych klubach, w  których Herberger spotykał się ze zrozumieniem, sporo osób protestowało przeciw powstaniu elitarnej ligi. Piłka nożna za jej sprawą stałaby się zawodem, więc zgodnie z  zapowiedzią ministra finansów kluby, podobnie jak firmy, musiałyby płacić podatki oraz składki zdrowotne i rentowe. Z tego powodu w latach 1955–1960 wiele inicjatyw utworzenia Bundesligi poległo z winy czołowych klubów, które tego chciały, ale nie wyobrażały sobie, by za to płacić. W obliczu tych wszystkich wątpliwości podczas zgromadzenia Niemieckiego Związku Piłki Nożnej 28 lipca 1962 roku za sprawą wymuszonego kompromisu przegłosowano utworzenie Bundesligi. Ogólnokrajowa liga miała wystartować w sierpniu 1963 roku, lecz nie z piłkarzami będącymi zawodowcami, ale jedynie graczami licencjonowanymi. Ojcowie Bundesligi twierdzili, że tacy zawodnicy, w przeciwieństwie do zawodowców, będą tylko po części pracownikami. Aby się w tym utwierdzić, pensja piłkarzy ligowych została ograniczona do 1200 marek. Przy kwotach odstępnego za jednego gracza można było płacić nie więcej niż 50 tysięcy marek i żaden klub nie mógł kupić więcej niż trzech zawodników. Był to sposób na ukrócenie praktyk stosowanych na przykład we Włoszech, gdzie Modena zaoferowała właśnie reprezentantowi Niemiec Albertowi Brüllsowi roczną gażę w wysokości 150 tysięcy marek. Włodarze niemieckich klubów właśnie w ten sposób z dumą tłumaczyli swoje działania

Na stopa do Bundesligi | 19


przepełnionemu moralnością społeczeństwu. Miało to przekonać Ministerstwo Finansów, aby zostawiło ich w spokoju. Heinz Höher rozumiał to tak, że od tej pory piłkarze będą otrzymywać zdecydowanie wyższe pensje na papierze, a co za tym idzie – zapewne jeszcze wyższe premie pod stołem. Był tylko jeden problem: Bayer 04 Leverkusen nie zakwalifikował się do Bundesligi. Było to do przewidzenia już osiem miesięcy przed startem ligi. 44 kluby starały się o jedno z 16 miejsc. Leverkusen brakowało wielu ważnych punktów kwalifikacyjnych, ponieważ do roku 1962 grało jedynie w lidze regionalnej, czyli drugiej klasie dawnych rozgrywek. Heinz Höher powtarzał sobie, że nie odejdzie i wraz z Bayerem postara się awansować w przyszłym roku. Czasami wierzył sam sobie. Miał prawie 25 lat. W tym wieku nie ma czasu na przygody. Jeśli patrzeć realistycznie, mógłby jeszcze przez pięć lat grać w najwyższej klasie. Po skończeniu trzydziestki występowali tam jedynie szczęściarze i mędrcy. Mając 20 lat, mógł zmienić klub. Podczas meczu towarzyszącego otwarciu nowego stadionu przy Bismarckstraße wywoływał wśród obrońców 1. FC Kaiserslautern panikę, a w nagrodę po spotkaniu podszedł do mistrza świata Fritza Waltera. Po tym, jak zagrał tego dnia, mógł porozmawiać z Fritzem jak gwiazda z gwiazdą. Przy odrobinie szczęścia ten może skomplementowałby Heinza. – Nie chcesz do nas dołączyć? – zapytał Fritz. Heinz Höher czuł, że unosi się w powietrzu. To pytanie Fritza Waltera było najwyższym odznaczeniem w jego karierze. Ale Heinzowi Höherowi nawet nie przeszło przez myśl, by przyjąć propozycję. Wystarczyła mu sama świadomość, że padła. Zmiana klubu była opcją dla reprezentantów kraju, których zasypywano pieniędzmi z Włoch, bądź dla łajdaków, których nie chciano oglądać w domach. Wielu przewidywało, że zmieni się to wraz z założeniem Bundesligi. Myślano, że najlepsi piłkarze Oberligi powędrują z Bremy do Norymbergi bądź z Saarbrücken do Brunszwiku. Heinz Höher zastanawiał się jednak, po co miałby gdziekolwiek przechodzić. W  Leverkusen miał wszystko: przyjaciół, rodzinę, Doris – o której mało kto wiedział – pościelone łóżko,

20 | Bundesliga


wystarczająco dużo pieniędzy, spojrzenia dziewczyn w  miejskim barze i opaskę kapitana na ramieniu podczas niedzielnych meczów. – Jeśli podniesiecie mi wypłatę pod stołem z  pięciu tysięcy marek do dwunastu tysięcy, to zostanę – powiedział jowialnie do Petera Rögera, szefa Bayeru Leverkusen, gdy w  środku tygodnia po treningu pili pierwsze wspólne piwo w restauracji Krahne, miejscu, gdzie jeszcze trzy, cztery lata wcześniej piłkarze pili dużo więcej. Heinz Höher postanowił w jednym ze swoich listów: „Dwa dni przed meczem nie pij alkoholu. Pomyśl o  spożywanych płynach!”. „Dzień przed meczem żadnych kobiet!” – zakończył. – Heini, mimo zrozumienia dla sytuacji nie możemy zapłacić ci pod stołem dwunastu tysięcy marek  – powiedział Röger. Chwilę później zarząd oficjalnie odmówił: Bayer 04 Leverkusen nie będzie płacić więcej tylko dlatego, że przez Bundesligę inne kluby zaczynają świrować. Tyczy się to wszystkich piłkarzy, również kapitana, amatorskiego reprezentanta kraju czy bohatera drużyny z siódemką na plecach. Heinz Höher powtarzał sobie, że odmowa nie była wymierzona w niego osobiście i że wcale go nie dotknęła. „Jeśli nie będą cię chcieli, to odejdziesz. Proste” – myślał. Nikt by tego po nim nie poznał, bo niby co miałby poznać? Przecież nie był zdenerwowany. Heinz Höher się zastanawiał. Nie wiedział, jak najlepiej postąpić, aby zmienić klub. W tej samej chwili przypomniał sobie, jak blisko sześć miesięcy wcześniej, w czerwcu 1962 roku, wrócił do pustego domu. Jego matka poszła chyba do kościoła, a na szafce na buty zostawiła mu kartkę. Drogi Heini! W zamrażarce masz rybę. Wrzuć ją do wody z cytryną. Gdy się zagotuje, to znaczy, że jest dobra. Mam nadzieję, że sobie poradzisz. W  pokoju masz listy. Mama Zanim ugotował rybę, zabrał listy z pokoju. Na jednym z nich były dziwne znaczki. Na kartce formatu A5 z czerwonym nagłówkiem, który wyglądał jak rachunek z restauracji, widniał nadawca – Football Club de Metz. Przedstawiciele francuskiego klubu widzieli jego występ w  meczu amatorskiej Na stopa do Bundesligi | 21


reprezentacji Niemiec przeciwko Francji w Merlebach i chętnie zatrudniliby go u siebie. „Czy byłby Pan tak uprzejmy i mógł nas poinformować, czy jest Pan zainteresowany przejściem do FC Metz i czy ewentualnie mógłby Pan podać swoje oczekiwania finansowe?” List ten zachował jako dowód swojej wielkiej klasy, lecz nigdy na niego nie odpisał. Pół roku później przeklinał samego siebie, ponieważ było to takie nieuprzejme. Nie mógł czekać, aż w skrzynce znajdzie kolejny list. Musiał aktywnie poszukiwać nowego klubu. Nie mógł dłużej zostać w  Leverkusen. Rozmawiał z Manglitzem i szalonym Klimą, którym klub również nie chciał zapłacić, mimo że wszyscy mówili, że dla Bayeru zrezygnują z gry w Bundeslidze. „Odejdziemy więc”  – powiedzieli bramkarz Manfred Manglitz i cofnięty napastnik Uwe Klimaschefski. Heinz musiał stanąć po ich stronie. Napisał podanie do Bayernu Monachium. Z tego klubu znał Wernera Olka, z którym grał w reprezentacji. To jego poprosił, aby przekazał list prezesowi Bayernu, Wilhelmowi Neudeckerowi. Heinz Höher otrzymał odpowiedź kilka dni później. Monachium, 5 lutego 1963 roku Szanowny Panie Höher! Nasz zawodnik, pan Werner Olk, przekazał nam Pana miły list. Jako prezes klubu FC Bayern Monachium w  porozumieniu z  naszym szefem zarządu i trenerem, panem Schneiderem, chciałbym Pana poinformować, że chętnie przyjęlibyśmy Pana do naszej drużyny. Niestety, nie mamy jeszcze w rękach licencji na grę w Bundeslidze. Jestem jednak przekonany, że jeśli nie zdołamy zdobyć jej w tym roku, to szybko uda nam się to osiągnąć. Zalecam, abyśmy znów nawiązali kontakt, gdy tylko sytuacja się wykrystalizuje. Ze sportowymi pozdrowieniami Wilhelm Neudecker Heinz Höher od razu poczuł się trochę lepiej. Gdzie indziej też go doceniono. Ale Neudecker miał rację. Wątpliwe było, czy Bayern zostanie przyjęty do Bundesligi. Z tego, co mówiono, wynikało, że żadne miasto nie miało 22 | Bundesliga


dostać dwóch miejsc, a w Monachium lepszą drużyną był TSV 1860. Heinz Höher chciał się przekonać, czy znajdzie lepszy klub niż Bayern. Jeden z  zawodników Wuppertaler SV zeszłego lata pytał go, czy nie chciałby przejść do tego klubu. Gracz ten nazywał się Erich Ribbeck. Höher mógł wpaść do niego na chwilę. Heinz pojechał więc do Wuppertalu. Nie potrzebował wiele czasu, żeby wymyślić, w  jaki sposób najłatwiej byłoby mu zniknąć. Trener Zapf Gebhardt kazał piłkarzom biegać z  piłkami lekarskimi pod pachami. W którym wieku on żył? Sześć miesięcy przed utworzeniem Bundesligi poszukiwania nowego pracodawcy stały się dla Heinza ciekawym zajęciem; mógł je spokojnie kontynuować w czasie rzekomego pobytu na uczelni. W kawiarni czytał „Kickera” oraz „Sport-Magazin” i zastanawiał się, który klub potrzebuje piłkarza potrafiącego dobrze dryblować i celnie podawać. Na zachodzie Niemiec śnieżyło, treningi się nie odbywały, więc wydawało mu się, że lato i Bundesliga są bardzo odległe. Śnieg był prawdziwą sensacją. Kiedy ostatnio widziano go w tej okolicy? Niewinne piękno białego puchu pokrywającego pola sprawiało, że ludzie wariowali. Wszyscy chcieli wychodzić na dwór, dotknąć zimnych płatków. „Chodź, idziemy na narty” – powiedziała jego bratowa Ruth. Heinz Höher od razu się zgodził, mimo że ani nie miał nart, ani nie potrafił na nich jeździć. Heinz Wachtmeister miał w piwnicy starą parę. Jego rodzice wyprowadzili się po wojnie z Soest do Leverkusen, gdzie prowadzili cukiernię przy Friedrich-Ebert-Platz. Lokal w  piwnicy pod nią musieli wynająć w  pakiecie. Nie dali po sobie poznać, jak bardzo byli zniesmaczeni faktem, że właśnie im  – znanym cukiernikom  – narzucono wynajem starej piwiarni. Knajpa stała się jednak ich wielkim szczęściem. Cukiernie miały w Leverkusen niełatwo. Nieliczni mieszkańcy, którzy cenili się na tyle wysoko, żeby chcieć wypić kawę i zjeść ciasto w cukierni, jeździli w tym celu do Kolonii. Schatzkammer z kolei, bo tak senior Wachtmeisterów nazwał lokal w piwnicy, prosperował dobrze. Zaraz za drzwiami piwiarni dym piekł w oczy. Osoby grające w skata mrużyły je, zaciągając się papierosami. Czyniły to bez użycia rąk  – one były im potrzebne do walnięcia atu na stół. Zazwyczaj przy ladzie siedział Na stopa do Bundesligi | 23


Mäc Scheller, reporter radia Westdeutsche Rundfunk. To właśnie on nauczył Heinza Höhera, że najlepszym sposobem na kaca po wódce jest piwo. „Najpierw wypiję piwo, żeby trochę wytrzeźwieć”  – mawiał Mäc Scheller. W  dzień, gdy wytrzeźwienie przychodziło mu z  trudem, potrafił wypijać 70 małych piw. Heinz Wachtmeister, syn cukiernika, należał do tej grupy młodych ludzi w  Leverkusen, którzy podczas meczów nie byli tylko widzami, ale  – jak sami mawiali – fanami. Wachtmeister podróżował nawet z kilkunastoma innymi chłopakami na starcia wyjazdowe. „Brawo, Heinrich!” – skandowali po jego pięknych podaniach, a Heinz Höher momentalnie podnosił wzrok. Kto mógł to powiedzieć? Pożyczył narty od Wachtmeistera. Były z  drewna, a  jedno spojrzenie wystarczyło, aby się przekonać, że od 15 lat nikt ich nie używał. Zapięcie było ze skórzanych pasków. Chociaż górki w Sauerland znajdowały się bliżej, brat Manfred i jego żona Ruth uparli się, żeby jechać do Westerwald. Jeśli mieli dokądś wyruszyć, to konkretnie. Po półtoragodzinnej jeździe dotarli do Höllkopf. Z drzew spadały krople wody, a miękki i wilgotny śnieg przyklejał się do butów. Na stoku o długości 300 metrów prześwitały brązowo-zielone wyspy z trawy. Jechali jednak tak długo, że musieli przynajmniej spróbować. Heinz Höher przejechał 50, może nawet 150 metrów. Nie potrafił ocenić, ile jechał, a ile spadał w dół. W każdym razie po upadku nie był w stanie się podnieść. Lekarz powiedział, że miał szczęście, ponieważ więzadła w kolanie zostały nadwyrężone, a nie zerwane. Gdy jednak trzy tygodnie później Heinz Höher dołączył do treningów z Leverkusen, życzyłby sobie raczej tego drugiego. Wówczas przynajmniej byłby w  stanie się wykurować. Tak byłoby lepiej i nie grałby z tym głupim przeczuciem, że coś może być nie tak. Stracił swój start do piłki. Szybkość w futbolu nie polegała na osiągnięciu dobrego czasu w biegu na 100 metrów, ale na błyskawicznym ruszeniu do piłki. Ten, kto szybciej do niej dobiegał bądź szybciej ją podawał, wygrywał.

24 | Bundesliga


Heinz Höher trenował po wypadku na nartach jak opętany, by odzyskać szybki start do piłki. Kochał ciężki trening, kochał czuć, że zrobił wszystko, aby bez wyrzutów sumienia wypić dwa piwa i lufę. W piwnicy miał worek treningowy. Praktycznie nie pojawiał się na studiach wychowania fizycznego, ale pomysły, by stosować trening właściwy dla innych dyscyplin, podpatrzył już w  pierwszym semestrze. Jego pięści wybijały rytm na worku, stopy tańczyły, a myśl, że jest bokserem, dodawała mu skrzydeł. Podczas gry w nogę zawsze czuł lęk, gdy nie był przy piłce. Kiedy ją miał, nie bał się nikogo na świecie. Na pełnej szybkości dobiegał do najtwardszego obrońcy, bo czuł się lepszy od niego. Lecz bez piłki, gdy miał zaatakować przeciwnika, ogarniał go strach, że zrobi sobie krzywdę. Pod względem fizycznym osiągnął niezłą formę, nie odzyskał jednak startu do piłki. A może tylko to sobie ubzdurał? W sprawozdaniach meczowych „Kickera” widniał jedynie w składzie Leverkusen podczas spotkań Oberligi. Jak jakikolwiek klub miałby zwrócić na niego uwagę, jeśli nie pisały o nim gazety? Heinz Höher słyszał, że dawny trener Bayeru Leverkusen, Raymond Schwab, znalazł nową pracę. Zawód ten był tak nowy, że nie miał nawet nazwy. „Pośrednik piłkarski”  – taką nazwę nadała mu gazeta „Die Zeit”, przedstawiając w  200  wersach najnowsze nowinki o  sporcie swoim wykształconym czytelnikom. W Niemczech trzech mężczyzn zarabiało wówczas w ten sposób na chleb. – Na czym polega pana zajęcie? – spytał dziennikarz „Die Zeit”. – Pomagam piłkarzom w  szukaniu klubów i  klubom w  poszukiwaniu piłkarzy. – Ma pan wiele pracy? – Mój telefon dzwoni cały dzień. – Czy to dobry interes? – Jeśli zostanie podpisany kontrakt, to otrzymuję niewielką prowizję. Mam duże wydatki. Raymond Schwab miał czarne włosy, zaczesane do tyłu przy użyciu wody, a po wojnie próbował swoich sił jako promotor boksu. W tamtych czasach niewiele trzeba było, aby promotor stał się dobrym trenerem piłkarskim. Od każdego nauczyciela sportowego wymagano, by opanował Na stopa do Bundesligi | 25


wszystkie dyscypliny, a wielki talent Schwaba – potrafił opowiadać – mógł znaleźć uniwersalne zastosowanie. W 1951 roku, jeszcze jako trener Bayeru Leverkusen, wynegocjował dla swoich piłkarzy innowacyjną premię w przypadku awansu: jeśli jego drużyna awansuje do Oberligi, to rozegrany zostanie mecz, on wybierze przeciwnika, a  dochód ze spotkania pozostanie w jego kieszeni. Leverkusen awansowało i rozegrało później spotkanie z Schalke 04, Schwab zainkasował pięć tysięcy marek – równowartość półrocznej pensji – a następnie się zwolnił. Niedługo później otworzył firmę eksportową oferującą niemieckich piłkarzy we Włoszech. Już w 1952 roku pośredniczył w transferach Karla-Heinza Spikofskiego do Catanii oraz Horsta Buhtza do Torino FC. Herberger, trener reprezentacji Niemiec, wspominał o „handlu ludźmi”. Dla Heinza Höhera było to zbawienie. W zaledwie kilka tygodni Schwab znalazł dla niego interesujący klub  – VfB Stuttgart. Żeby pośredniczyć w  kontraktowaniu piłkarzy, nie trzeba było być pośrednikiem piłkarskim. Wystarczyło wieczorem usiąść w  fotelu, wziąć „Sport-Magazin” oraz flamaster i zakreślić odpowiednie nazwiska, a później napisać coś na maszynie. „Szanowny Panie Höher – pisał niejaki Hans-Günther Wolf z Saarbrücken, trzymając się typowej dla pośrednika eleganckiej formy wypowiedzi. – Jestem w bliskim kontakcie z klubem z Saarbrücken, który interesuje się kilkoma piłkarzami. Niniejszym pytam Pana, czy byłby Pan zainteresowany transferem. Przyszłe sprawy zawodowe zostaną uregulowane”. Zainteresowanie Saarbrücken ucichło po jednym spotkaniu. W długim na sześć linijek liście szef klubu, Reinhard Lenhof, przekazał uprzejmie Höherowi: „Nasz klub zrobi wszystko, aby pod wszelkimi względami trzymać się wymogów statusu piłkarzy licencjonowanych, a przez to niemożliwe staje się spełnienie Pańskich oczekiwań finansowych”. Tak jednoznacznie mówiono o pieniądzach płaconych pod stołem, nie wspominając o nich bezpośrednio. Z  kolei Stuttgart z  uporem wykazywał zainteresowanie Heinzem Höherem. W liście z 9 marca 1963 roku drugi prezes klubu, Konrad Rieker, zapowiedział, że w Leverkusen podczas meczu Oberligi z Schalke 04 pojawi się pewien mężczyzna. Sekretarka Riekera, która pisała list, nie była pewna, jak jej szef ma właściwie na imię. Raz pisała Konrad przez „C”,

26 | Bundesliga


a następnie przez „K”. Kobieta ta nie miała też zbytniego pojęcia o piłce, gdyż na końcu zapomniała napisać „Ze sportowymi pozdrowieniami”. – Czy przeniosłabyś się ze mną do Stuttgartu?  – spytał Heinz Höher podczas spaceru w  parku Doris, młodą dziewczynę, której imię było już znane w  Leverkusen. Mimo że nie miała na palcu zaręczynowego pierścionka, podobno mogła go odwiedzać w  jego domu na Moltkestraße. Mama udawała, że o niczym nie wie. W południe w stołówce Bayeru nagle stanął przed Doris. Dziewczyna wiedziała, kim on jest. Widziała go jeszcze jako młodego chłopaka w kościele świętej Hildegardy. Doris pracowała w Bayerze jako sprzedawca, tak samo jak jej ojciec. Wraz z rodziną mieszkała w jednej z firmowych kamienic. Pewnego razu zaproponowano jej nawet pracę modelki podczas akcji reklamowej Bayeru, ponieważ miała wyśmienitą figurę. Nigdy nie chciała wyprowadzać się z Leverkusen. Teraz zaś Heinz pytał ją, czy chce przenieść się z nim do Stuttgartu. Doris najpierw przełknęła ślinę, a następnie odpowiedziała w taki sposób, jakby przyjęła jego oświadczyny. Leverkusen zremisowało z Schalke 0:0. Kibice wygwizdali Heinza Höhera, bo zdaniem jednych przesadzał ze swoimi nieustającymi dryblingami, a zdaniem drugich leniwie szwendał się po boisku. Potem Heinz czekał na wieści ze Stuttgartu, bojąc się tego, co przyniosą. Jego brat Manfred miał w swoim sklepie telefon, ale i tam działacze VfB nie dzwonili. Pośrednik Schwab w krótkim czasie dowiedział się, co się dzieje. Heinz Höher jednak do niego nie dzwonił. Za bardzo się wstydził po nieudanym meczu przeciwko Schalke. Po 14 dniach nie mógł już wytrzymać. Napisał list do Riekera, aby uprzejmie przeprosić za niewystarczająco dobry występ w  meczu z  Schalke. Nie miałby za złe Riekerowi, gdyby po tak słabym spotkaniu zainteresowanie jego osobą ze strony Stuttgartu wygasło. Chciał jednak zwrócić uwagę na to, że trafił mu się jeden z tych gorszych dni, kiedy nogi nie chcą słuchać mózgu. Na nikogo nie mógł być tak zły, jak na siebie. „Czy już zapomniałeś – pisał sam do siebie – co sobie postanowiłeś 12 września 1959 roku, gdy przed

Na stopa do Bundesligi | 27


meczem w eliminacjach do olimpiady przeciwko NRD usiadłeś na ławce? Gdy ze złości aż się zaczerwieniłeś, a ziemia osunęła ci się spod nóg? 1) Nigdy nie oglądaj się na innych! 2) W każdym meczu dawaj z siebie wszystko, jakbyś grał w reprezentacji! 3) Podczas każdego treningu szlifuj własne ciało!” W następnym meczu, tydzień później, przeciwko Wuppertalowi, znów wszystkim pokaże. Pomyślał też o tym, aby od poniedziałku do czwartku nie chodzić do restauracji. Ale podczas gry w skata pił tylko dwa piwa i lufę. Leverkusen przegrało z  Wuppertalem 2:4. Kibice gwizdali, a  pod koniec tygodnia dotarła do niego odpowiedź Konrada Riekera: „Szanowny przyjacielu sportowy Höher! Bardzo ucieszyłem się z  Pana miłych słów napisanych 2  kwietnia 1963  roku, a  jeszcze bardziej  – z  Pana otwartości i samokrytyki. Właśnie z tego powodu Pana list bardzo mi zaimponował”. To, że w meczu Leverkusen z Schalke nie było wcześniej wspomnianego mężczyzny, miało szczególne przyczyny. Matka Schnaitmanna, członka zarządu VfB, który miał się zobaczyć z Heinzem, zmarła dzień przed jego podróżą. Dlatego też spotkanie w Leverkusen nie doszło do skutku. Stuttgart w dalszym ciągu jest zainteresowany wzmocnieniem drużyny Heinzem Höherem. VfB nie zmienia swoich postanowień wobec piłkarzy ze względu na wahania formy, a w większej mierze warunkuje je umiejętnościami i możliwościami zawodnika. „U Pana występują oba te elementy. Gdyby było inaczej, nie brano by Pana pod uwagę jako kandydata do gry w  amatorskiej reprezentacji kraju i  w  Leverkusen, drużynie występującej w  Oberlidze”. Konrad Rieker w  najbliższym czasie zadzwoni do Heinza Höhera, aby dokładnie omówić dostępność władz klubu ze Stuttgartu. Doris nie pytała już więcej, jak wygląda sytuacja ze Stuttgartem. W domu nauczyła się, że większość rzeczy staje się łatwiejsza, gdy po prostu mówiła „tak” i czekała, co się wydarzy. Sezon zbliżał się ku końcowi, a za trzy miesiące miała wystartować Bundesliga. Rieker wspominał o wizytach działaczy VfB, te co rusz były jednak przesuwane. Höher nie miał żadnych wieści ze strony Bayernu, a sam też nie próbował podjąć kontaktu. Bayern – jako trzecia siła swojego landu, za

28 | Bundesliga


1. FC Nürnberg i TSV 1860 Monachium – musiał grać w lidze regionalnej, będącej drugą klasą ówczesnych rozgrywek. W ostatnim meczu tego sezonu Leverkusen grało z Aachen, a na trybunach zasiadł Ernst Schnaitmann z kierownictwa VfB Stuttgart, aby obserwować potencjalne wzmocnienie swojego zespołu. Heinz Höher miał tendencję do tego, aby słabo oceniać swoje występy, choć kibice uważali je za imponujące. To rodzaj piłkarskiej choroby – osoby uprawiające sport na najwyższym poziomie, które same sobie stawiają wysokie wymagania i chcą prezentować się bez skazy, zapamiętują ze swojej gry tylko dwa, trzy błędy, a nie cały dobry występ. Z meczu z Aachen Heinz był jednak zadowolony. Co prawda jego drużyna przegrała 1:2, ale on przeprowadził kilka ciekawych akcji. 21 maja, 10 dni po meczu, Konrad Rieker napisał mu krótko i zwięźle: „Po sprawdzeniu wszelkich kwestii spornych i możliwości klub VfB Stuttgart niniejszym doszedł do wniosku, że nie jest w stanie stworzyć korzystnych dla Pana warunków do transferu”. Czy w Aachen nie zagrał przyzwoicie? Dopiero długo później pocztą pantoflową dowiedział się, co Schnaitmann zrelacjonował w  Stuttgarcie: Höher w  Aachen co najmniej pięć razy wbiegł na spalonego. Tak głupich piłkarzy mają wystarczająco dużo w Szwabii. Ostatni sezon Oberligi dobiegł końca. Heinz Höher pożegnał się z kolegami z drużyny. – Dokąd odchodzisz? – Jeszcze nie wiem. – No powiedz, jakie fajne oferty dostałeś. Heinz Höher tylko się uśmiechał. Spał do późna, trenował w  piwnicy przy worku treningowym, czekał przy basenach, aż Doris skończy pracę, a nocą grał w skata w Schatzkammer bądź u starego piekarza Schramma. Tak mijały mu tygodnie, w trakcie których nie odezwał się do niego żaden klub. Zdaniem Heinza Höhera jedną z jego najmocniejszych stron była umiejętność ukrywania przed innymi uczuć takich jak rozpacz. Kilka dni przed rozpoczęciem sezonu Bundesligi Heinz Höher, który zdaniem wszystkich miał niezwykły dar lekkiego podchodzenia do życia, Na stopa do Bundesligi | 29


został zatrudniony przez Meidericher SV. Klub ten pochodził z  przedmieść Duisburga i niespodziewanie został przyjęty do Bundesligi. Prawnie Leverkusen nie należała się kwota odstępnego, ponieważ Höher był jedynie amatorem, lecz gdy Bayer przeciwstawił się transferowi, rozwiązano ten problem kreatywnie. Meidericher zatrudnił również zdolnego bramkarza Bayeru, Manfreda Manglitza, płacąc podwójną stawkę. Heinz Höher zaproponował, żeby Manglitz, który mieszkał w Kolonii, zabierał go na trening. Wówczas ich nowy klub zaoszczędziłby na dojazdach. Walter Schmidt, prezes Meiderich, był zachwycony – co za rozsądni piłkarze! Heinz Höher uważał, że nie ma sensu tłumaczyć ani Manglitzowi, ani Schmidtowi, dlaczego szukał kompana do dojazdów. Za jazdę pod wpływem na pół roku stracił prawo jazdy.


Rok zero

Drużyna gospodarza

N

a rozpoczęcie przygotowań trener Meidericher SV, Rudi Gutendorf, pojawił się z dwoma niespodziankami, które miały zaskoczyć kibiców i piłkarzy – z szybkim autem i napastnikiem z nadwagą. O, w dupę, pomyślał Manfred Manglitz, gdy zobaczył Gutendorfa podjeżdżającego lśniącym białym mercedesem 190  SL z  czerwoną skórzaną tapicerką. Widzowie usunęli się na bok, jakby chcieli utworzyć szpaler. Był ciepły dzień gorącego lipca 1963 roku. Pogoda odwdzięczała się za rok poprzedni, kiedy lato było najchłodniejsze od 111 lat, a tylko jednego dnia temperatura przekroczyła 25  stopni. Patrzcie, jedzie sobie mercedesem przez pracownicze miasto Meiderich, pomyślał Manglitz. Lubił odważnych ludzi. On sam podczas meczów zawsze nosił najnowszy model czapki z daszkiem. Heinz Höher wyjechał z Manglitzem bardzo wcześnie, aby nie spóźnić się na pierwszy trening. Pomyślał, że w powietrzu unosi się dziwny zapach. Swąd był kłujący i kwaskowaty, a pochodził zapewne od żużlu z huty Phoenix. Heinz Höher zastanawiał się, czy w  Leverkusen też nieustannie tak śmierdzi. Patrząc na ilość spalin emitowanych przez Bayer, można stwierdzić, że musiało śmierdzieć. Nigdy mu to jednak nie przeszkadzało. To było normalne. Kilka minut po występie Gutendofra w  sportowym aucie widzowie znów skupili się na parkingu. Właśnie podjechał kolejny mercedes, a w nim otyły napastnik Gutendorfa – Boss. Gdy Helmut Rahn wysiadł z auta, kibice ujrzeli mężczyznę wyglądającego na więcej niż 34 lata, które miał na karku. Miał pomarszczoną skórę Drużyna gospodarza | 31


i  szeroką klatkę piersiową. Zarówno fani, jak i  piłkarze z  drużyny chcieli widzieć w nim kogoś innego. Pragnęli oglądać tego samego napastnika, który w 1954 roku w finale mistrzostw świata przeciwko Węgrom strzelił zwycięskiego gola na 3:2. Horst Gecks pomyślał sobie, że to właśnie on siedział w  szatni obok Helmuta Rahna. Gecks, czyli 20-letnia pchła grająca na skrzydle, ważąca 62  kilogramy przy wzroście 173  centymetrów. Nawet w  snach nie odważyłby się o czymś takim pomyśleć. Jeśli nie liczyć 31-letniego obrońcy, wszyscy piłkarze byli młodsi od Rahna przynajmniej o 10 lat. Jako dzieci w 1954 roku wyobrażali sobie jego wyczyn, gdy Herbert Zimmermann relacjonował w radiu pierwszy sukces młodej Republiki Federalnej Niemiec: „Z drugiej linii powinien próbować swoich sił Rahn. Tak! Rahn strzela! Goool!”. Heinz Höher miał wtedy 16  lat, stał przed restauracją Birkhäuser i  próbował dostrzec telewizor przez szybę. Podczas finału lokal był przepełniony. Helmut Rahn nigdy nie stanie się ich zwykłym kolegą z zespołu. Zawsze pozostanie ich bohaterem. To, że Rahn w wieku 34 lat uganiał się za formą dawnego bohatera, było sprawą drugorzędną. Boss pozostawał Bossem. Tak naprawdę dla mistrzów świata z 1954 roku do powstania Bundesligi doszło zbyt późno. Fritz Walter był ambasadorem marki Adidas oraz ekspertem w radiu i gazetach. Jego brat, Ottmar Walter, zarabiał na chleb, prowadząc stację paliw i  zachęcając klientów hasłem „Chcesz Ottmarowi podziękować, musisz u  niego zatankować”. Poza Helmutem Rahnem aktywnie w piłkę grało jeszcze tylko trzech mistrzów świata z 1954 roku – Hans Schäfer w FC Köln, Max Morlock w 1. FC Nürnberg oraz Heinz Kwiatkowski jako rezerwowy bramkarz w Dortmundzie. Bundesliga dała nowy początek – nowym nazwiskom i nowym czasom. W Meiderich kierownictwo zastanawiało się, czy powinno kasować od widzów jedną markę za wstęp na trening. Pomysł został szybko porzucony z obawy przed protestami. W Meiderich mieszka 70 tysięcy ludzi. Miasto oddzielone jest od Duisburga rzeką Wedau, na niebie królują kominy huty Phoenix, a  grający tam piłkarze pracują ramię w  ramię z  mieszkańcami. Działacze klubu nie mogą zapomnieć, jak ciężko ich kibicom przychodzi zarobienie każdej marki. Z drugiej strony świadomość, ile mogliby zarobić 32 | Bundesliga


tylko przez pierwsze trzy dni treningów, wywoływała u nich ból. Rok wcześniej na meczu pojawiało się średnio 8,5 tysiąca widzów, nagle na jednym treningu znalazło się pięć tysięcy osób chcących poczuć nowy czas i zobaczyć Bossa. Na początku treningu trener Gutendorf kazał swoim piłkarzom truchtać szeregiem w tę i z powrotem, po 100 metrów, wzdłuż boiska. Podczas tej przebieżki każdy musiał żonglować piłką. Nikt nigdy nie widział podobnego treningu. Za czasów poprzednika Gutendorfa, Williego Multhaupa, MSV we wtorki rozgrywało mecze 10 na 10 na całej długości boiska. W środę po takich treningach napastnik Werner Krämer błagał trenera o kolejny mecz, ponieważ chciał wziąć rewanż za przegraną poprzedniego dnia 14:15. Multhaup zgadzał się niechętnie. W ten sposób grali przez cały tydzień. Multhaup podchodził w  tym czasie do ogrodzenia i  rozmawiał z  emerytami. Na niedzielne spotkania zabierał ze sobą monokle, ubierał się w  koszulę z mankietami i wkładał buty z włoskiej skóry. Willi Multhaup, urodzony na początku lat 20., był jednym z  najlepszych i  najbardziej szanowanych trenerów w całych Niemczech. Gutendorf miał 37 lat i rok wcześniej zajął z TSV Marl-Hüls ostatnie miejsce w Oberlidze Zachodniej. Zaimponował jednak prezesowi Meiderich, doktorowi Schmidtowi, młodzieńczą energią, nowoczesnymi pomysłami i światowością. Gutendorf pracował już w Szwajcarii i Tunezji, gdzie był pomocnikiem w centrum rozwojowym na zlecenie niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Gutendorf musiał pójść na spacer, gdy Schmidt wraz z  pozostałymi członkami kierownictwa klubu rozważał jego kandydaturę. Podczas późniejszej kolacji w restauracji Zum Marienbildchen – zgodnie ze starą piłkarską tradycją – na odwrocie karty dań umieszczono kontrakt. Kelner nie zdążył jeszcze napełnić kieliszków, a Gutendorf zażądał wpisania klauzuli. Oczekiwał premii w wysokości 100 tysięcy marek za mistrzostwo i 30 tysięcy za wicemistrzostwo. – Panie Gutendorf, będziemy szczęśliwi, jeśli nie spadniemy  – powiedział doktor Schmidt, który następnie wpisał klauzulę, uważając jego słowa za dobry dowcip.

Drużyna gospodarza | 33


Gutendorf przekonał ich później również do tego, aby zatrudnić Helmuta Rahna. Doktor Schmidt argumentował jednak, że ściągnęli już Heinza Höhera, wyśmienitego prawoskrzydłowego. – Nie chodzi jednak o  ściągnięcie wysokiej klasy napastnika  – mówił Gutendorf – ale o atrakcję, nazwisko, które sprawi, że powietrze zawibruje, a cały kraj ściągnie na stadion nieznanego Meiderich, aby oglądać tego gracza w akcji. Kierownictwo klubu było pod wrażeniem. Ten sposób patrzenia na sprawy był u trenera czymś niespotykanym. – Początkowo byłem przeciwny ściągnięciu Rahna. Oczywiście nie tylko ze względów sportowych – mówił doktor Schmidt podczas prezentacji Rahna. Dziennikarze zaśmiali się po słowach „oczywiście nie ze względów sportowych”. Częścią legendy tego mistrza świata stało się jego zamiłowanie do piwa. – Ale – dodał Schmidt – wśród 16 pierwszoligowych zespołów jesteśmy, mówiąc delikatnie, mniej znani. Musieliśmy coś zrobić, żeby, jak by to powiedzieć, się dowartościować. Utworzenie Bundesligi sprawiło, że nawet świat wokół Meiderich stał się większy. Rahn, Manglitz i Höher byli pierwszymi piłkarzami, których zespół ściągnął z daleka. Essen, Kolonia i Leverkusen znajdują się w promieniu 75 kilometrów od Meiderich. Do tej pory w klubie grali tylko piłkarze, którzy trafiali tam z  Obermeiderich, Mittelmeiderich bądź sąsiedniego Hambornu. Horst Gecks, lewoskrzydłowy z Mittelmeiderich, grał do 16. roku życia w piłkę ręczną. Jedynie podczas wakacji biegał trzy kilometry na boisko treningowe MSV. Dzieciaki mogły wówczas grać w szalonych mistrzostwach Meiderich drużyn ulicznych. Gospodarz klubowej restauracji, Hugo Hesselmann, stał przed swoim lokalem i się przyglądał. Boisko treningowe utworzono na placu, na którym leżało sporo dużych kawałków węgla. Horst Gecks pokaleczył sobie nogi. W nocy z jego ran sączyła się krew, przez co przyklejała się do nich pościel. Następnego dnia mimo wszystko grał dalej. W  pewnym momencie gospodarz go zaczepił. Powiedział mu, że powinien przyjść do MSV. Właściciel restauracji 34 | Bundesliga


był łowcą talentów klubu i sam trenował drużynę młodzików. Meiderich do Bundesligi wprowadzili Gecks, Danzberg, Heidemann, Lotz, Nolden, Krämer, Versteeg  – w  sumie 20  chłopaków, którzy znali się poniekąd ze szkoły i  z  których prawie wszyscy przeszli przez trening Hesselmanna. Wielu nie było w stanie tego pojąć. „Gdzie tak właściwie jest Meiderich?”  – pytały tabloidy Uwe Seelera, kapitana reprezentacji Niemiec. Alemannia Aachen złożyła wniosek do sądu przeciwko zakwalifikowaniu maleńkiego podmiejskiego klubu do elitarnych krajowych rozgrywek. Jak można było pominąć tak uznany zespół, jak Alemannia? Nawet piłkarze Meiderich przyznali, że w teorii spiskowej może coś być. Franz Kremer, prezes 1. FC Köln i wielki propagator Bundesligi, został raz oblany piwem na stadionie w Aachen. Obrońca Dieter Danzberg zdradził: „Powiedział później do naszego prezesa: »Tych z Aachen nie chcę widzieć w  Bundeslidze. Jeśli w  Oberlidze zajmiecie trzecie miejsce, zagwarantuję wam miejsce w Bundeslidze«”. Prawda była mniej sensacyjna. Komisja DFB próbowała w gąszczu biurokracji znaleźć sposób, aby wśród 16 klubów Bundesligi znaleźć miejsce dla każdego ze związków regionalnych. W Nadrenii Dolnej najsilniejszym klubem był zespół z przedmieścia Duisburga. Alemannia Aachen podlegała związkowi w Nadrenii Środkowej, gdzie lepsze było 1. FC Köln. Wybór zespołów, które zagrają w Bundeslidze, musiał być niesprawiedliwy. Przykładowo 1. FC Saarbrücken został zakwalifikowany jako jedyny klub z Saary, ponieważ był względnie stabilny pod względem ekonomicznym. Dostał się do najwyższej klasy, mimo że na koniec sezonu w Oberlidze Południowo-Zachodniej zajął dopiero piąte miejsce. Bayern Monachium nie trafił do Bundesligi, chociaż w Oberlidze Południowej wyprzedził VfB Stuttgart, Karlsruher SC i  Eintracht Frankfurt. Był on tylko trzecią siłą Bawarii. Ważne było, aby Bundesliga zaczęła się jako rozgrywki ogólnokrajowe, a nie skupiające najsilniejsze kluby w danej chwili. W piątek 23 sierpnia 1963 roku ekipa Meidericher SV spotkała się przy dworcu głównym w Duisburgu. Zarezerwowano dla niej 17 biletów drugiej klasy do Karlsruhe-Durlach. Oprócz 14 piłkarzy w drogę udali się trener, członek zarządu i  masażysta. Gdyby któryś zawodnik doznał poważnej Drużyna gospodarza | 35


kontuzji, to zająłby się nim lekarz Karlsruher SC. Kluby Bundesligi honorowo porozumiały się, że w razie problemu lekarz drużyny gospodarzy zaopiekuje się również piłkarzami przyjezdnych. Lekarze nie mogą w każdy weekend wyruszać w drogę z zespołem, wszak mają inne ważne rzeczy do zrobienia. Poza tym lekarz rzadko kiedy jest potrzebny. Gdy w trakcie pierwszego treningu Manglitz podczas interwencji wybił sobie palec, podszedł do niego trener Gutendorf. Spojrzał szybko, złapał za dłoń piłkarza i nastawił mu go. O, w dupę, pomyślał Manglitz. Po tej sytuacji kilka tygodni trenował z graczami z pola. Heinz Höher uwielbiał wyjazdy z resztą drużyny, gdy ruszali dzień przed meczem. Zawsze miał wtedy wrażenie, że to coś szczególnego, że czeka ich coś ważnego. Wcześniej podróżował w  ten sposób tylko z  amatorską i  juniorską reprezentacją Niemiec. W Oberlidze Zachodniej jeździli autobusem bezpośrednio na stadion, a od razu po wysiadce rozpoczynali rozgrzewkę. W  pociągu do Karlsruhe co rusz któryś z  przechodzących pasażerów uderzał o  szybę przedziału. „Helmut Rahn, to Helmut Rahn!” Drużyna nocowała w rodzinnym pensjonacie w Karlsruhe-Durlach. Jeden z  piłkarzy zabrał ze sobą do poczytania „Neue Ruhr Zeitung”. Heinz Höher spojrzał na gazetę, która była pismem skierowanym do świeżych, otwartych umysłów. Publikowała zakulisowe reportaże i  okazyjnie wywiady z trenerami piłkarskimi, co u wielu doświadczonych dziennikarzy wywoływało tylko zdziwienie. Jak można było tak dużą wagę przywiązywać do rozmów z nieokrzesanymi facetami? Przed startem Bundesligi „NRZ” napisała otwarty list do wszystkich klubów. Drogie kluby, z przyjemnością możemy stwierdzić, że u większości Państwa przeważa optymizm, nie zaś tęsknota za czasami, w których piłkarze sami przynosili na boisko składane bramki, a pieniądze za wstęp zbierano na talerzach na zupę. Koniec, koniec, niech zajmują się tym teraz amatorzy! Realizm to atut. W przyszłości należy zrobić co się da, aby ściągnąć jak najwięcej widzów (czytaj: pieniędzy). Reklama najlepszych drużyn wyglądała dotychczas jak w średniowieczu piłki nożnej. Wszyscy polegali na niecierpliwości prasy przed meczami i na zapowiedziach. Na słupach

36 | Bundesliga


reklamowych przyklejano plakaty, które od 50 lat były dokładnie takie same. W tej kwestii zmiana nastawienia też byłaby wskazana. Drodzy szefowie klubów, spójrzcie, jak wygląda to za granicą! Odwiedźcie kluby w Anglii, we Włoszech, w Hiszpanii! Możecie się nauczyć tam wiele dobrego, jeśli mowa o rentowności. Odwagi przy jutrzejszym starcie Bundesligi! Wszyscy wspieraliśmy jej utworzenie, a  jeśli to konieczne, teraz również w  pierwszym szeregu pomożemy pokonać początkowe przeciwności. Z serdecznymi pozdrowieniami Wasza NRZ Następnego dnia Horst Gecks pojechał z czterema kibicami z Meiderich do Karlsruhe. Skrzydłowy nie załapał się do kadry meczowej. Nie miał jednak zamiaru rezygnować z pierwszego spotkania w Bundeslidze. Od klubu dostał dwa bilety, a pozostałe trzy fani musieli kupić sobie sami – miejsca siedzące na odkrytej trybunie za 6,5 marki. Na przyglądanie się spotkaniu w ten sposób skazana była połowa drużyny. Podczas meczu potrzebowano jedynie 11 piłkarzy. Dla spokoju zabierano rezerwowego bramkarza, jednego gracza defensywnego i jednego ofensywnego, którzy wskoczyliby do kadry meczowej, gdyby jeden z kolegów zachorował bądź potknął się na schodach. Jeśli jednak nikomu nic się nie stało, cała trójka lądowała na trybunach, ponieważ zmiany były wówczas niedozwolone. Od dłuższego czasu trwały dyskusje, czy nie byłoby sensowne, gdyby w razie poważnego urazu mógł być zmieniony chociaż bramkarz. Ale zniszczyłoby to czystość tego sportu. Gdy bramkarz łapał kontuzję, wędrował do ataku, gdzie kuśtykał najlepiej, jak tylko dawał radę, a jego miejsce między słupkami zajmował ktoś z pola. Kiedy podczas meczu w ramach eliminacji olimpijskich Heinz Höher rozciął sobie piszczel, trener reprezentacji Georg Gawliczek krzyczał do niego: „Jeśli zejdziesz z boiska, zrobię ci operację tu i  teraz!”. Krew lała się strumieniem z  nogi Höhera, ten jednak biegał dalej przez cały mecz ze strachu przed Gawliczkiem.

Drużyna gospodarza | 37


Przed startem Bundesligi Manfred Manglitz i  Heinz Höher zrzędzili w drodze na treningi (co wśród piłkarzy uznawane było za oznakę klasy), że zostaliby w tym głupim Leverkusen, gdyby tylko im zapłacono. Przecież Bundesliga nie jest jakaś niesamowita. W  sobotę 24  sierpnia na zalanym światłem jupiterów Wildparkstadion nikt nie podzielał ich zdania. Na trybunach zasiadło 40 tysięcy widzów. W Leverkusen, w Oberlidze Zachodniej, cieszono się, gdy na stadion przychodziło 20 tysięcy widzów. Prawie wszyscy gracze Meiderich nosili korki firmy Hummel. Producent odzieży z Kevelaer zagwarantował piłkarzom, że zapłaci każdemu, kto włoży jego buty, 25 marek. Heinz Höher czuł, że obuwie ciśnie go w stopy. Przez godzinę siedział w  pokoju hotelowym i  pilnikiem oraz nożyczkami usuwał emblemat Adidasa, by nakleić w jego miejsce znak Hummela. W  szatni kątem oka spoglądał oczywiście na Helmuta Rahna. Jego wzrok zatrzymywał się na łydkach Bossa, który nie zakładał ochraniaczy. „Nigdy tego nie robię – mówił Rahn. – Tylko mi przeszkadzają”. Piłkarze Meiderich nie byli pewni, czy relacja z ich meczu zostanie pokazana w telewizji – może stanie się tak za sprawą Rahna? Około 21:00 na drugim kanale pokażą nowy program, Aktuelle Sportstudio. Cała drużyna miała nadzieję, że obejrzy go w  jednym z  lokali, jeszcze zanim nocnym pociągiem wyruszy w drogę powrotną. – Jeśli któryś z  graczy Karlsruhe przywita się z  wami w  tunelu, to zmierzcie go wzrokiem!  – powiedział Gutendorf chwilę przed rozpoczęciem meczu. Może jednak powiedział to nie przed tym spotkaniem, ale przed innym? Jego piłkarze nie mogą sobie tego dokładnie przypomnieć, ale pamiętają, że ich trener zawsze miał w  zanadrzu takie powiedzonka, swoiste rozkazy. Nikt nie był w stanie realistycznie ocenić siły zespołów z Karlsruhe czy Meiderich. Jeden klub rozgrywał swoje mecze na południu, a drugi na zachodzie kraju, wskutek czego nie grały ze sobą ani razu. Lecz już po kilku pierwszych minutach spotkania nawet największy laik rozpoznałby, że drużyna typowana jako główny kandydat do spadku jest o klasę lepsza od drużyny Karlsruher SC. Meiderich napierało. Łącznicy – Werner Krämer po prawej i Heinz Höher po lewej – bezustannie zmieniali tempo, rzucali piłkę na skrzydła, zagrywali błyskawiczne płaskie podania na wolne pole, przejmowali piłkę i  dryblowali, biegnąc wprost na bramkę. Gdy Krämer 38 | Bundesliga


bądź Höher się cofali, publiczność myślała, że po prostu odpoczywają. Nie o  to jednak chodziło  – jednym celnym i  wysokim podaniem siali zamęt w obronie KSC. Po 37 minutach było 0:3. Werner Krämer zdobył pierwszą bramkę dla MSV w historii Bundesligi po niesamowitym indywidualnym rajdzie, a trzeciego gola strzelił Boss po podaniu Heinza Höhera. Helmut Rahn był ustawiany na prawym skrzydle, które wymaga ciągłych zrywów. Mistrz świata z 1954 roku tylko teoretycznie biegał, włączał się jedynie do wybranych akcji, a gdy ciężko po nich oddychał, uwypuklał się jego brzuszek. Kiedy jednak wybiegał na boisko, obserwatorom nasuwał się jeden wniosek – forma może spadać bądź rosnąć, lecz klasa piłkarska pozostaje na zawsze. W loży prasowej stadionu zasiadł Waldemar Rink, dziennikarz „Kickera”, który wydawał się osobiście urażony. „Piłkarze Karlsruhe wyglądali jak chorzy” – napisał. W drugiej połowie Meiderich nie oddało inicjatywy. Gdy tylko do ataku włączał się Rolf Kahn, wydawało się, że Werner Krämer jest mu wdzięczny za wolne miejsce. Działo się tak za każdym razem. Typowy dla Kahna wyraz twarzy – opuszczona szczęka i odsłonięte zęby – stał się znany dopiero kilka dekad później za sprawą jego syna Olivera, bramkarza reprezentacji Niemiec, który odziedziczył po ojcu charakterystyczną mimikę. Mecz zakończył się wynikiem 1:4. Werner Krämer, do którego nikt nie zwracał się po imieniu, tylko używając jego ksywki Eia, strzelił jeszcze jednego gola. „Krämer był kapitalnym rozgrywającym i zarazem świetnie strzelającym napastnikiem. Fantastycznie wspierał go blond Höher” – pisał Rink w „Kickerze”. „Swoją grą przekonał do siebie znakomity technicznie Höher” – dodała gazeta „Süddeutsche Zeitung”, która po starcie Bundesligi opublikowała reportaż z każdego meczu. Heinz Höher słyszał pochwały ze wszystkich stron. On sam jednak nie podzielał tych opinii. Mimo wszystkich zachwytów z zewnątrz w głębi duszy pozostawał smutny. Czyżby działo się tak z  powodu przesunięcia go z prawej strony boiska na lewą? Może w ten sposób Gutendorf dał mu do zrozumienia, że w Meiderich, inaczej niż w Leverkusen, nie będzie już najważniejszą postacią, ale raczej dopełnieniem duetu Krämer – Rahn? Może stało się tak, ponieważ po meczu do ich szatni przyszedł Sepp Herberger?

Drużyna gospodarza | 39


Trener reprezentacji Niemiec gratulował każdemu z osobna uściskiem dłoni. Do Höhera się nawet odezwał. „Heinz” – powiedział, uśmiechnął się, uścisnął mu dłoń i przeszedł dalej. Nie było tajemnicą, że Herberger pojawił się na meczu, aby obserwować Eię Krämera. Heinz Höher nie potrafił uwolnić się od myśli, że selekcjoner specjalnie dla niego już się nie pojawi. Gdy w 1958 roku Sepp Herberger po raz pierwszy zaprosił Heinza Höhera na zgrupowanie kadry, ten musiał zwolnić się ze szkoły. Mając 20 lat, w dalszym ciągu chodził do 13. klasy gimnazjum im. Carla Duisberga. Wcześniej rozpoczął dwa kursy zawodowe, które go jednak nudziły. W szkole sportowej w Grünwaldzie ćwiczyli podstawy techniki: żonglowania piłką głową, uderzania z  woleja, podań wewnętrzną częścią stopy  – raz za razem, ponieważ, jak mawiał Herberger, tylko nieustanne powtórzenia sprawiają, że piłkarz podnosi umiejętności. Jego asystent Helmut Schön rzucał w stronę Höhera piłkę na średniej wysokości, aby ten nauczył się ją uderzać z półobrotu. Heinz mocno bił futbolówkę. Trafiając czysto z woleja, sprawiał, że prędkość stopy i  piłki się sumowały, a  futbolówka wędrowała prościutko w sam róg bramki. Sepp Herberger poklepał Heinza po ramieniu, po czym dodał, że uderza najlepiej ze wszystkich kadrowiczów. Heinz Höher się zmieszał. Dlaczego Herberger mówi mu coś takiego? Albert Brülls strzelał przecież z woleja lepiej. W ciągu kolejnych dni zdanie trenera co rusz przypominało się Heinzowi, który chyba zrozumiał, co kryło się za tymi słowami – Herberger na niego liczył. Podczas wieczornych snów na jawie Heinz Höher nadawał jeszcze większe znaczenie temu, co powiedział selekcjoner – może Herberger chciał zrobić z niego następcę Fritza Waltera?! W wolny dzień postanowili urządzić wypad na Zugspitze. Autobus miał ich zabrać spod góry o  21:15  wprost do szkoły sportowej. Heinz wsiadł do pojazdu trzy minuty przed odjazdem, bo wraz z kolegą spacerowali po mieście. – Patrzcie, najmłodsi znów przychodzą jako ostatni – powiedział Herberger. Heinz Höher tylko się uśmiechnął. Sam się zastanawiał, czy aby się nie spóźnił. Podczas gdy wdrapywał się na swoje miejsce, patrzył na zegarek, by jeszcze raz się co do tego upewnić. I w tym momencie doszło do zderzenia. 40 | Bundesliga


Herberger walnął w szybę. – Szczyt bezczelności! Höher jeszcze zuchwale prowokuje, spoglądając na zegarek! – krzyczał Herberger. – Co za brak szacunku! Jednak ta drobna burza szybko minęła. 6  maja 1959  roku Herberger powołał Höhera na mecz ze Szkocją w Glasgow. Georg Xandry, sekretarz generalny DFB, powiedział Heinzowi podczas obozu szkoleniowego w Duisburgu, że potrzebuje jego paszportu. Höher odparł, że przekazał go do DFB, by uzyskać wizę, niezbędną, jeśli chciał zagrać w meczu, który za 14 dni miał się odbyć w Polsce. Dodał, że ma ze sobą tylko dowód osobisty. – No tak – powiedział Xandry, a następnie wziął dowód. W dniu odlotu Xandry udał się ze stosem paszportów do stanowiska Lufthansy, aby zabukować miejsca drużynie. Był nieobecny tylko chwilę, gdy jednak wrócił, powiedział, że pojawił się problem. Heinz Höher nie miał paszportu, a bez niego nie będzie mógł wylądować w Wielkiej Brytanii. Nie dało się nic zrobić. Podczas gdy drużyna leciała do Glasgow, Höher samotnie udał się pociągiem podmiejskim na starówkę w  Düsseldorfie. Tam wypił dwa piwa i lufę oraz natknął się na grupkę 10, może 12 modelek, dzięki czemu uznał, że ten wieczór wcale nie jest taki zły. Heinz Höher należał do grupy 40 piłkarzy, którzy kandydowali do gry podczas mistrzostw świata w  1962  roku w  Chile, więc w  dalszym ciągu otrzymywał listy wysyłane szerokiej kadrze („Drodzy towarzysze i  przyjaciele!”). – On cię lubił – powiedział Dettmar Cramer, ówczesny asystent Herbergera, gdy spotkali się pięć dekad później, w chwili gdy Heinz miał 74 lata, a Dettmar 88 lat. – Zakochał się w twoim woleju. Szukał kogoś, kto będzie potrafił nie tylko biegać i walczyć. Cramer przypomina sobie pewną sytuację. W  1961  roku na dworku w  zamku Oberhausen podczas obowiązkowego pomeczowego bankietu spotkały się drużyny amatorskich reprezentacji Niemiec i Holandii. Jako przystawkę serwowano roladki z szynki wypełnione sałatką jajeczną i szparagami, jako główne danie – stek z papryką, a na koniec – lody w wafelku z bitą śmietaną. Cramer nie pamięta tego menu równie dokładnie, ale tak napisano na grubym kartonie z wydrukowanym zaproszeniem i wytłoczonym Drużyna gospodarza | 41


emblematem DFB, który zachował Heinz Höher. Herberger, Cramer oraz trener Holendrów usiedli wspólnie do kawy i pięknych wypieków. Trener Holandii mówił, że przydałby mu się ktoś taki jak Höher, bo nie ma w  składzie podobnego piłkarza. Herberger odwrócił się w  stronę Cramera i powiedział: – A widzisz. – Nie był tylko pewien, czy masz odpowiednio silną psychikę – powiedział Dettmar Cramer do Heinza Höhera 50 lat później. Po pierwszym meczu w  Bundeslidze Heinz Höher zaczął rozumieć, co miał na myśli Herberger, mówiąc o silnej psychice. Nieważne, co sobie postanowił, nieważne, jak ciężko trenował, zawsze był niezadowolony ze swojej gry. W przeciwieństwie do reszty piłkarzy grających w Karlsruhe Heinz nie miał przeczucia, że zaczyna się coś wielkiego. Wizyta Herbergera przypomniała mu o tym, co dobiegło końca. Kariera reprezentacyjna Höhera zakończyła się po wspomnianym meczu przeciwko Szkocji – meczu, w którym nawet nie zagrał. Powtarzał sobie, że wszystko jest dobrze, a teraz pójdzie z drużyną na piwo. Ich nocny pociąg z Karlsruhe do Duisburga wyruszał po 23:00. Mieli zarówno czas, jak i ochotę na przygodę. Nieczęsto bywali tak daleko od domu. – Dla mnie nawet Frankfurt leżał daleko – powiedział Manfred Manglitz. – Jeśli jesteśmy w Karlsruhe, to chętnie coś zobaczymy. Tak więc poszliśmy do burdelu. Nie korzystaliśmy jednak z tamtejszych usług – dodał. W  burdelu leciały najnowsze hity, takie jak Ich will ‘nen Cowboy als Mann (Chcę kowboja za męża). Piłkarze pili piwo i  śmiali się, aby ukryć zakłopotanie, gdy zagadywały ich kobiety. Trzej dziennikarze, którzy pisali o Meidericher SV, też z nimi poszli. Byli częścią ekipy. Trener Rudi Gutendorf, autorytet pod każdym względem, chętnie opowiadał o prostytutkach z  Tunisu, o  Arabkach ze skórą w  kolorze kości słoniowej i  Afrykankach z wydłużonymi końcówkami uszu, tak ciemnych, że aż mieniły się na niebiesko. – Mówiąc krótko  – podkreślił trener  – są to najbardziej niesamowite kurwy.


Powyżej: Wolfgang Overath z  1. FC Köln (z prawej) walczy o piłkę z graczem Meidericher SV. Na finiszu premierowego sezonu Bundesligi (1963/1964) drużyna z  Kolonii zameldowała się w  tabeli na pierwszym miejscu, tuż przed MSV

© ullstein bild / Getty Images (2)

Po lewej: Heinz Höher w  barwach „amatorskiej” reprezentacji Niemiec, 1959 rok


Po prawej: Helmut Rahn, legenda niemieckiego futbolu i autor dwóch goli dających Niemcom mistrzostwo świata w 1954 roku, stał się też pierwszym w historii Bundesligi piłkarzem wyrzuconym z boiska. Stało się to podczas przegranego przez Meidericher SV 1:3 meczu z Herthą w 1963 roku

© ullstein bild / Getty Images (2)

Powyżej: Drużyna VfL Bochum z sezonu 1977/1978. Stoją od lewej: Dieter Bast, Matthias Herget, Michael Lameck, Franz-Josef Tenhagen, Heinz Höher


Koniec fragmentu Zapraszamy do księgarń i na www.labotiga.pl


Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu