Page 1


nienasycony

zw ycięzca


Carlo

oraz

Alessandro Alciato

Ancelotti nienasycony

zw ycięzca tłum acz e nie

B a rt o s z s a ł B u t

K r a Kó w 2015


Preferisco la Coppa Copyright © RCS Libri S.p.A., Milan 2009–2013 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2015 Copyright © for the Polish translation Bartosz Sałbut 2015 Redakcja – Grzegorz Krzymianowski Korekta – Kamil Misiek / Editor.net.pl Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl Fotografia na I stronie okładki – Stefania D'Alessandro / Getty Images Fotografia na IV stronie okładki – Steven Governo/Corbis/Profimedia All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. Wydanie I, Kraków 2015 ISBN: 978-83-7924-374-7

www.wydawnictwosqn.pl Szukaj naszych książekk również w formie e ej elektronicznej

DYSKUTUJ O KSIĄŻCE //WydawnictwoSQN / /SQNPublishing //WydawnictwoSQN

NASZA KSIĘGARNIA www.labotiga.pl N Wspieramy środowisko! Książka została wydrukowana na papierze wyprodukowanym zgodnie z zasadami zrównoważonej gospodarki leśnej.


Dla papy Giuseppe i mammy Cecilii. I dla Stefano. – c.a. Dla Eleonory, która jest całym moim życiem. I dla JT. – a.a.


przedmowa Paolo Maldini

B

ędę nazywał go po imieniu, ponieważ zawsze tak do niego mówię. Gdy piłkarz odwiesza buty na kołek, może się wreszcie zaprzyjaźnić ze swoim trenerem. Pojawia się wtedy pewna bliskość, znikają bariery. Miałem szczęście, że w tym przypadku stało się tak po części już wcześniej. W świecie zaistniałem jako członek drużyny Carletto. Można powiedzieć, że od samego początku byliśmy partnerami. Zdaniem wielu osób byłem sztandarem Milanu. Jeśli to prawda, to on był wiatrem, dzięki któremu mogłem powiewać. Gdy wieje wiatr Carletto, jestem na boisku, w koszulce z numerem 3. To numer idealny, także dzięki moim kolegom z drużyny. Carlo wskazuje nam drogę. Podczas odpraw w szatni i  zebrań zespołu Carletto okazuje się niezrównanym dowcipnisiem. Pozwala sobie na żarty nawet przed finałem Ligi Mistrzów. Opowiada nam o kolacjach z pieczenią w roli głównej, unosząc przy tym brew, a  my wychodzimy potem na boisko po zwycięstwo, ponieważ czujemy się całkiem odprężeni. Ludziom wydaje się często, że w  decydujących momentach przemowa trenera powinna wyciskać łzy z oczu. Faktycznie, to się czasem zdarzało, zawsze płakaliśmy jednak ze śmiechu. Bywało i tak, że w szatni rywali panowała kompletna cisza, a u nas Silvio Berlusconi i trener opowiadali dowcipy. Jesteśmy rodziną, a rodzina tak się właśnie zachowuje. 9 przedmowa


Carletto nigdy nie pozwala sobie na przesadę. Nie licząc może jedzenia. Gdy siada do stołu i bierze do ręki sztućce, jest go w stanie powstrzymać tylko egzorcysta. Odkąd został trenerem, zajmuje przeznaczone specjalnie dla niego miejsce i dostaje przeznaczone specjalnie dla niego menu. Do tego ma chyba wyjątkowy żołądek. Je i pije, a potem jeszcze trochę je i jeszcze trochę pije. Gdy na stole pojawia się coś dobrego, zapomina o swojej słynnej dyscyplinie i metodach, w tym o swojej ukochanej uroczystości choinkowej. Z drugiej strony, nie potrafi raczyć się tą całą obfitością sam, zaczyna nas więc wzywać: – Paolo, podejdź tu. Musisz tego spróbować. – Carlo, przecież ja jestem kapitanem, mam dawać dobry przykład pozostałym. – A ja jestem twoim trenerem i mówię ci, że masz tego spróbować. To naprawdę dobre. Jest szczodry, nawet jeśli chodzi o  jedzenie. Umie cieszyć się życiem, co nam niesamowicie pomaga. W swojej karierze miałem okazję obserwować trenerów z  różnym podejściem do zarządzania drużyną w szatni i metody Carletto wywołują zdecydowanie najmniej problemów. Nie daje po sobie poznać, że coś go martwi albo stresuje, dzięki czemu zespół zachowuje spokój, a  później wychodzi na boisko i  wygrywa… A  potem wygrywa po raz kolejny i  jeszcze raz. Oczywiście, od czasu do czasu nawet najbardziej cierpliwy człowiek traci nad sobą kontrolę. Kiedyś Carlo nie wytrzymał podczas przedsezonowego sparingu z Lugano, drużyną grającą w drugiej lidze szwajcarskiej. Sprawiał wrażenie, jakby postradał zmysły. Zrugał nas wtedy w najgorszych słowach i obrzucił najbardziej niewybaczalnymi obelgami. Mówił okropne rzeczy, których nie mogę tu powtórzyć. Krzyczał na nas tak długo, że zaczęło mi się zbierać na śmiech. Po prostu puściły mu wszelkie 10 carlo ancelotti


hamulce – nigdy dotąd nie widziałem go w takim stanie. Na twarzy był czerwony jak burak. Tuż obok niego siedział Adriano Galliani w  jasnożółtym krawacie. Razem przypominali tęczę. Dwa dni później Carlo przyszedł do nas z przeprosinami. On po prostu nie potrafi być podły. W głębi serca jest łagodny jak baranek. To taki normalny człowiek – i w tym tkwi sekret naszych sukcesów. Aby wygrywać, nie trzeba się kreować na nie wiadomo kogo, jak taki Mourinho. Wystarczy znaleźć w sobie wewnętrzną równowagę i trzymać się z dala od blasku reflektorów – nie odpalać fajerwerków przed kamerami. Carletto i  mnie łączyła przyjazna relacja zawodowa. Zawsze rozmawialiśmy o wszystkim. Gdy zdarzyło mu się rozzłościć, za każdym razem przychodził potem do mnie i pytał: – Mylę się, Paolo? Nie chce robić niczego na własną rękę, co świadczy o jego niemałej inteligencji. Właśnie dlatego potrafi wygrywać wszędzie tam, gdzie się akurat znajduje – czy to jest AC Milan, Chelsea, czy Real Madryt. Ma niesamowitą wiedzę na temat futbolu, a także olbrzymie doświadczenie w dosłownie każdym aspekcie gry. Nawet jako piłkarz rewelacyjnie radził sobie z  zarządzaniem  – zarówno samą grą, jak i swoimi celami. Tak naprawdę to nie da się go krytykować ani na płaszczyźnie zawodowej, ani czysto ludzkiej. Jeśli ktoś to robi, to jest niesprawiedliwy. Od czasów Arrigo Sacchiego mieliśmy w Milanie wielu trenerów i każdy prowadził drużynę na swój własny sposób. Abstrahując od stosowanych metod i uzyskiwanych wyników, gdybym miał powiedzieć, komu zespół zawdzięcza najwięcej, bez wątpienia wskazałbym na Carletto. Przed przyjazdem do Milanello był dość konserwatywny i raczej niechętny nowinkom taktycznym, ale z czasem się zmienił. Wyewoluował. My rozwijaliśmy się wraz z nim, bo człowiek takiego 11 przedmowa


pokroju potrzebuje graczy dysponujących wiedzą, która pozwalałaby im wykorzystywać jego potencjał. Wszystko, co robiliśmy, opierało się na wzajemnym zaufaniu. W ciągu tych wszystkich lat zdarzali się i  ludzie próbujący to wykorzystać, szybko podejmowaliśmy jednak niezbędne działania, aby naprowadzić ich na właściwy kurs. Nade wszystko tłumaczyliśmy im, że Carletto należy szanować zawsze, bez względu na okoliczności. Za co? Za tę aurę piłkarskiej magii, którą potrafi stworzyć. Za to, jak rozmawia z zespołem. Za to, jak zachowuje się poza boiskiem. Za słowa, które znajdują się na kartach tej autobiografii. Za to, że opowiedział tu o sobie samym, niczego nie ukrywając. Opisywano go już na tysiąc różnych sposobów. Dla mnie to po prostu przyjaciel, z którym dobrze się rozmawia. Brakuje mi go. Paolo Maldini


rozdział 1

o steku, który nie umiał śpiewać


J

eden jedyny raz w życiu miałem poczucie, że przydałby mi się psychiatra. Patrzyłem na Jurija Żyrkowa, a widziałem tylko stek wołowy. Idealnie zgrillowany, soczysty, parujący, półkrwisty. Spojrzałem Jurijowi prosto w oczy i nagle stwierdziłem, że umieram z głodu. W sumie to nic nowego. Mięso, ryby, coca-cola, salami, mortadela, pecorino romano, kawał gorgonzoli, ryba z frytkami, tort, poobiedni drink, spaghetti, kokardki, pesto, sos boloński, żeberka, gulasz z cielęciny, zakąska, przystawka, danie główne, deser, a nawet – raz jeden, w sanktuarium nouvelle cuisine w północnych Włoszech – espresso z ziaren kawy wyhodowanej na kompoście bazującym, o ile mi wiadomo, na własnym nawozie rolnika. Można powiedzieć, że próbowałem już w życiu wszystkiego, co tylko można sobie wyobrazić, ale jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby głód wywołał u mnie piłkarz. Cóż, jakkolwiek by było, właśnie o tym myślałem w tamtej chwili: poczułem jakieś nowe, dziwne łaknienie. Być może miało to coś wspólnego z  widelcem, który leciał mu właśnie prosto w twarz. Trzeba przyznać, że biorąc pod uwagę trajektorię sztućca, było w tym coś niezwykle eleganckiego. Nie wiedziałem, kto nim rzucił, nie ulegało jednak najmniejszej wątpliwości, w kogo miał trafić. Z balistycznego punktu widzenia był to rzut doskonały. Widelec cicho przecinał powietrze, niczym zupełnie zidentyfikowany obiekt latający. Brakowało talerza, noża i łyżki, choć rzecz działa się w restauracji, pośród stołujących się w niej ludzi, czyli nas, członków drużyny Chelsea Football Club. 14 carlo ancelotti


Znajdowałem się tam ja, trener z lekką skłonnością do przybierania w pasie, a także głodni zwycięstwa zawodnicy. Był też i on – rosyjski pomocnik posiadający mnóstwo rozmaitych talentów i jedną wadę: nie umiał śpiewać. Po prostu strasznie się wydzierał. Teraz jednak musiał coś zaśpiewać. To była dla niego chwila prawdy. Aby dołączyć do zespołu, nie wystarczy po prostu złożyć podpis na kontrakcie. Trzeba pokonać jeszcze jedną, najtrudniejszą przeszkodę. Zero współczucia, zero litości. Gracz musi przetrwać wieczór z karaoke, nasz święty rytuał. To konkretne spotkanie odbyło się w  hotelu w  Los Angeles podczas naszego letniego tournée po Stanach Zjednoczonych. Mój pierwszy wyjazd, odkąd odszedłem z Milanu. Mieliśmy rzut beretem do Hollywood, ale na scenie stał Jurij. Nie wiedziałem, czy oglądam występ komika, czy jakiś horror. Raczej to drugie, biorąc pod uwagę dreszcze, które czułem na plecach. Piłkarze przechodzący z zespołu młodzieżowego muszą zatańczyć przed wszystkimi nowymi kolegami z pierwszej drużyny. Gdy ktoś przychodzi do nas z innego klubu, ma sobie po prostu wybrać jakąś piosenkę i ją wykonać – bez akompaniamentu i żadnej innej pomocy. Solowy koszmar. Ja na przykład rzuciłem się na śpiewaną w dialekcie piosenkę ludową z  północnych Włoch, La Società dei Magnaccioni. Wykonywał ją Lando Fiorini i  zawsze mi się podobała. To rodzaj przyśpiewki, którą można usłyszeć podczas przyjęcia w  małym miasteczku, gdy wszyscy już swoje wypiją. Jeśli ktoś nie zna tego utworu, polecam posłuchać jakiejś piosenki Eltona Johna, a  następnie wyobrazić sobie jej dokładne przeciwieństwo. Poszło mi zupełnie nieźle, nikt nie buczał ani nie gwizdał. Niewykluczone jednak, że piłkarze bali się przez cały sezon grzać ławę… Nie, poważnie  – gdy skończyłem, zebrałem gromkie brawa. Ktoś zdjął 15 o steku, który nie umiał śpiewać


nawet obrus ze stołu i zaczął wymachiwać nim jak flagą. Chłopaki doceniły mój kunszt. W przypadku Żyrkowa było całkiem inaczej. Jeden z naszych masażystów zapowiedział go następująco: – Panie i panowie, proszę o ciszę. Dziś wieczorem mam zaszczyt przedstawić państwu wybitnego artystę ze Wschodu, który wystąpi specjalnie dla nas. Nadstawcie, proszę, uszu, a następnie sami go oceńcie. Gdzieś w głębi sali rozległ się chichot, który nie wróżył za dobrze. Waleczny reprezentant narodu rosyjskiego… Ofiara dopiero szła na rzeź, a  ja widziałem w  oczach Johna Terry’ego i  Franka Lamparda, jak wielki czeka nas dramat. Chłopaki już pękały ze śmiechu, a przecież Żyrkow jeszcze nie zdążył otworzyć ust. Ivanović go dopingował: „Dawaj, Jurij!”, ale był to rodzaj wsparcia, którego udziela się bohaterowi przyszłego żartu. Koledzy z drużyny już od kilku dni nakręcali Żyrkowa. Opowiadali mu, że musi przygotować się na ten moment tak samo jak do finału Ligi Mistrzów. Powtarzali, że od występu zależy jego przyszłość w Chelsea. Mówili, że to nie żart, lecz święty rytuał przejścia. Był nakręcony jak ja, gdy przekraczam próg trattorii, tym bardziej że z  natury jest raczej nieśmiały. Stanął na stołku i zaczął śpiewać. Mój Boże! Nigdy nie słyszałem czegoś tak kiepskiego. To była katastrofa. Nie zaśpiewał poprawnie ani jednej nuty! Ani jednej. Już po kilku sekundach w jego stronę poleciały okruchy pieczywa, zaraz za nimi frunęły kawałki owoców. Wkrótce wisiało na nim więcej zupełnie przyzwoitego jedzenia, niż leżało na stole. Właśnie wtedy zacząłem go lubić. Wpatrzony gdzieś w dal przez niemal dwie długie minuty miauczał jak podtapiany kot, kwiczał niczym złapana świnia. Przekręcał tekst i koszmarnie zniekształcał melodię – Silvio Berlusconi, prezes AC Milanu, skomentowałby to krótko: „No 16 carlo ancelotti


jasne, typowy komunista”. Drużyna Chelsea wykazała się nawet większym okrucieństwem – chłopcy kazali mu dokończyć. Nie okazali mu litości, nie przerwali tej kakofonii, po której więdły uszy, nie pozwolili wrócić mu zhańbionemu na miejsce, nie wysłali do łóżka bez kolacji. Dla Żyrkowa najgorsza była ostatnia zwrotka, bo to wtedy ktoś w końcu nie wytrzymał i rzucił w niego ten cholerny widelec. Śledziłem wzrokiem ów przedmiot, jakby zawisł w powietrzu. Można by wręcz powiedzieć, że był w tym jakiś wdzięk. Podczas lotu widelec obracał się wokół własnej osi, zdawał się przeczyć prawu grawitacji, poruszał się jak precyzyjny pocisk – jak niezwykle inteligentna rakieta bojowa wyposażona w niezawodny słuch muzyczny. Gdy w  końcu dotarł do najwyższego punktu swej trajektorii, zwolnił i  zmienił kierunek lotu, jak podkręcona piłka, która zmierza w dolny róg bramki. Najwyraźniej też nie mógł tego znieść. Właśnie wtedy w mojej głowie pojawiła się ta wizja. Jeśli chodzi o jedzenie i przybory kuchenne, mój mózg przypomina jednokierunkową ulicę prowadzącą prosto do żołądka. Miałem zatem nagłe i zupełnie naturalne skojarzenie – widelec równa się stek. Uśmiechnąłem się i przez krótką chwilę byłem najszczęśliwszą osobą w tamtej sali. Z pewnością byłem szczęśliwszy niż Jurij, który stał się ofiarą swego nieludzkiego wycia. Čech próbował założyć kask, aby choć trochę osłonić uszy. Najbardziej dziko zachowywał się Malouda, który gwizdał, wył i tupał jak opętany. Zrobił prawdziwy cyrk. Rozglądałem się za czerwonym nosem na gumce, który mógłbym sobie założyć, ale nic takiego nie znalazłem. Trudno, chłopcy, klauna nie będzie. Żyrkow do dziś nie doszedł do siebie po tej traumie. Tymczasem to dzięki ludziom takim jak on, jak ja i wszyscy inni, jak choćby Bruno Demichelis (psycholog i znakomity tenor, który tamtego niezapomnianego wieczoru 17 o steku, który nie umiał śpiewać


odśpiewał Nessum Dorma), zapisaliśmy się jako zespół w historii angielskiego futbolu, sięgając po dublet: wygraliśmy rozgrywki ligowe i  zdobyliśmy Puchar Anglii. Poza tym na początku sezonu po meczu z Manchesterem United wywalczyliśmy też Tarczę Wspólnoty. Przez długi czas uznawałem to trofeum za moje ulubione, choćby dlatego, że kształtem przypomina talerz. Można na nim zgromadzić najróżniejsze rzeczy – ja wypełniłem go po brzegi pasją i odkryciami związanymi z poznawaniem świata, o którym nic dotąd nie wiedziałem. Londyn, Anglia, Chelsea, Abramowicz, Stamford Bridge, The Blues, królowa. Kolejny krok na mojej drodze życia, kolejny element niesamowitej mozaiki, tej przepięknej przygody. Wszystko zaczęło się od tego koszmarnego śpiewu Jurija, a zakończyło się pięknym wierszem Volare, który wyśpiewałem wraz z moją drużyną przed tysiącami ludzi tłoczących się na Fulham Road. Staliśmy wówczas na górze dwupiętrowego autobusu i fetowaliśmy zdobycie Pucharu Anglii, który wywalczyliśmy na Wembley po meczu z Portsmouth. Kawałek miasta stał się naszym prywatnym kosmosem. Byliśmy nie do ruszenia. Bardzo dobrze to wszystko wspominam, choć nie ukrywam, że na początku nie było łatwo. Nie najlepiej mówiłem po angielsku, więc władze klubu wysłały mnie na intensywny kurs do Holandii (wszystko odbyło się w  tajemnicy; jednocześnie całe najwyższe kierownictwo klubu zostało wysłane na kurs włoskiego – nie wiem, czy miał to być gest świadczący o szacunku dla mnie, czy raczej wyraz braku wiary w to, że zdołam się nauczyć ich języka). W drużynowej szatni odnalazłem się głównie dzięki Rayowi Wilkinsowi, mojej prawej ręce i przyjacielowi. Tłumaczenie słów to jedno, potrafi to wiele osób. Zupełnie czymś innym jest jednak oddawanie emocji. Rzadko zdarza się taki dar. A Ray go posiada. To człowiek szlachetny duchem, zawsze potrafi się odpowiednio 18 carlo ancelotti


znaleźć. W jego żyłach płynie błękitna krew, a  serce bije mu w rytm dwóch języków, co bardzo mi pomagało. Bez niego nic byśmy nie osiągnęli. Z  pewnością zaś nie rozpoczęlibyśmy tamtego sezonu na najwyższych obrotach. Pierwszy mecz i pierwsza wygrana. Po serii rzutów karnych zwyciężyliśmy Manchester United i zdobyliśmy Tarczę Wspólnoty. Ancelotti – sir Alex 1:0. Nigdy wcześniej nie odwiedziłem Wembley, więc było to dla mnie poruszające doświadczenie. No dobrze, pewnie bardziej mnie to zaciekawiło, niż poruszyło, ale i tak wiedziałem, jak to się wszystko skończy. W szatni powiedziałem chłopakom: – Jesteśmy drużyną z  najwyższej półki, choć jeszcze sami nie zdajemy sobie z  tego sprawy. Musimy zaatakować, narzucić im nasz styl gry i zyskać uznanie za to, co robimy na boisku. Mam zamiar sporo się dzisiaj nauczyć. W  ciągu kilku tygodni poprzedzających ten mecz zrozumiałem jedno: John Terry to kapitan nad kapitanami, ten facet chyba urodził się z opaską na ramieniu. Sprawia wrażenie, jakby ją miał, nawet wtedy, gdy jej nie nosi. I tak powinno być. Terry różni się od pozostałych. Chelsea jest jego domem od czasów występów w drużynie młodzieżowej. Wystarczy, że powie słowo, a w szatni zapada cisza. Pierwszy siada do posiłku i pierwszy wstaje od stołu. Przoduje zawsze i w każdym sensie. Bycie częścią klubu to jego cel, taki już się urodził. Bacznie przygląda się najmłodszym chłopcom z drużyn juniorskich, zawsze jest na bieżąco, zna wszystkie wyniki i nigdy nic mu nie umyka (choć często przegrywa w ping-ponga w stołówce – ale gdy do tego dojdzie, lepiej się mieć na baczności). Pracuje dwa razy ciężej niż wszyscy inni i trochę jak właściciel firmy poczuwa się do odpowiedzialności za ludzi, wyznając filozofię zwycięstwa. Drugie miejsca się dla niego nie liczą – liczymy się tylko my. 19 o steku, który nie umiał śpiewać


My – ostatecznie udało nam się sięgnąć po trofeum. Wspinaczkę po schodach z  poziomu murawy na sam szczyt trybun widziałem dotąd tylko w telewizji. Zawsze byłem ciekaw, co się czuje w  takiej chwili. No to się przekonałem. Muszę schudnąć. Chryste, muszę zrzucić kilka kilogramów. Czułem się tak, jak gdybym wspinał się na Mount Everest. Sapałem i dyszałem, nie mogłem złapać tchu. Kiedy jednak dotarłem na szczyt, zrozumiałem, o  co w  tym chodzi  – to było jak początek drogi do nieba. W przestworza, które mają ten sam kolor co nasze stroje. To nie przypadek. Ująłem trofeum – pewnie powinienem nazwać je talerzem – w dłonie i podniosłem je z poczuciem niesamowitej dumy. Było bezcenne, wyjątkowe i  zaskakująco lekkie. Magiczne chwile… A  potem ogarnęło mnie nagle niejasne wrażenie dyskomfortu, które dopada mnie zawsze na widok pustego talerza.


rozdział 2

liczydło i zwycięstwo


P

iłka nożna przypomina trochę lunch w towarzystwie przyjaciół – im więcej jesz, tym bardziej jesteś głodny. Wszystko zależy od kucharza i towarzystwa. A ja uwielbiam towarzystwo Davida Beckhama. Gdy grał w Milanie, zaprosiłem go pewnego razu na kolację do restauracji w Parmie. Wieczór miał się ku końcowi, a on nie chciał stamtąd wyjść. Nalegałem, ale cały czas błagał: – Proszę, jeszcze tylko jedno danie. W  pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy nie zadzwonić na policję – kajdanki z pewnością powstrzymałyby go od opychania się kolejnymi tortellini. Ostatecznie przekonałem go następującą groźbą: – David, albo natychmiast stąd wychodzimy, albo doprowadzę do reaktywacji Spice Girls i dopilnuję, żeby dziewczyny raz jeszcze pojechały w trasę. Po 14  sekundach siedzieliśmy już w  samochodzie i  z  wyłączonym radiem gnaliśmy w stronę Mediolanu. Otwórzmy może nawias, bo chciałbym napisać co nieco o Davidzie. Facet bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Gdy przyjeżdżał do Włoch, spodziewałem się zobaczyć gwiazdę filmową stęsknioną za Los Angeles albo jednego z  tych piłkarzy, którzy za dużo uwagi poświęcają plotkom i sławie, a za mało piłce. Myliłem się. David jest profesjonalistą w każdym calu, wręcz pracoholikiem. To niemal przesadnie dobrze wychowany dżentelmen i niezwykle uczciwy człowiek. Ma klasę. Dodam jeszcze, że gustuje w przysmakach rodem 22 carlo ancelotti


z regionu Emilia-Romania, co ma oczywiście kluczowe znaczenie. Teraz nawias można zamknąć. Nigdy więcej nie udało nam się tam wrócić, kiedyś jednak pojadę do Parmy z  chłopakami z  Chelsea. Jest z  tym tylko jeden problem: w Parmie świeci słońce, więc nie będą wiedzieli, co się dzieje, zwłaszcza Anglicy, Lampard i Terry… Wpatrzeni w tę dziwną pomarańczową kulę pośrodku nieba, będą drapać się po głowach i zastanawiać: „A co to takiego?”. Przerazi ich to, pewnie nawet bardziej niż swego czasu popisy wokalne Żyrkowa. W życiu nie widzieli przecież słońca. Ja przeciwnie, ale po pierwszych dziesięciu dniach w Londynie niemal zapomniałem, jak ono wygląda. Padał deszcz. Bez przerwy. Przez całą dobę. Rano wychodziłem z domu jak dziecko udające się na plażę w Miami – co prawda bez łopatki i wiaderka, ale w koszuli z krótkim rękawem. Wieczorem wracałem jak pies zaprzęgowy z Alaski – niby bez ogona, ale przemarznięty do szpiku kości. Trudno, przywykłem do zimna, tak samo jak przywykłem do mojego nowego życia. Walnie przyczynili się do tego sami Anglicy. Mogę iść, dokąd chcę, i nikt nie zatrzymuje mnie na ulicy. To dla mnie spora i ekscytująca odmiana. W  supermarkecie podchodzą do mnie co najwyżej ochroniarze zaintrygowani moim wypełnionym po brzegi wózkiem. Chyba podejrzewają, że to napad. Inni ludzie też mnie rozpoznają, ale traktują jak normalnego członka społeczeństwa. Nie niepokoją mnie, szanują moją prywatność. W tym roku o autograf prosili mnie niemal wyłącznie włoscy kibice, którzy oczywiście mimo wszystko zawsze pozostaną bliscy mojemu sercu. Takie zachowania wpisują się w pewien szerszy kontekst, w ogólny obraz kultury kibicowania drużynom piłkarskim w  Anglii. Ludzie przychodzą na stadion, aby dopingować swój zespół. Każdy wie, że poniesie konsekwencje, jeśli zrobi coś głupiego. Na trybunach siedzą 23 liczydło i zwycięstwo


rodzice z dziećmi, a nie kolesie uzbrojeni w kije baseballowe. Trener żyje pod mniejszą presją, ma więcej wolnego czasu. Może go przeznaczyć na refleksję, na czerpanie radości z życia i na rozwój zawodowy. Dla mnie oznaczało to również, że będę mieć więcej czasu na wygrywanie. Rozgrywki w  Premier League rozpoczęliśmy w  wielkim stylu, zachęceni słowami Abramowicza („Chciałbym, aby styl gry Chelsea rozpoznawano na całym świecie”) i dzięki ustawieniu, które przywiozłem z  Włoch. Graliśmy systemem 4-3-2-1, nazywanym przeze mnie „choinką”. Podczas kilku pierwszych prób nikt nie załapał, o co w nim chodzi – ani dziennikarze, ani nawet trenerzy zespołów, z  którymi graliśmy. Przez pewien czas wszystko szło zatem jak z płatka. Świetnie się wtedy bawiłem, a zwycięstwo 3:1 nad Sunderlandem w drugim meczu sezonu sprawiło mi niemal fizyczną przyjemność. Przypominało to trochę zbieganie z górki: nabieraliśmy pewności siebie, a zawodnicy się cieszyli, bo mogli spróbować czegoś nowego – nie nudziło im się. Sposób gry zmieniałem w zależności od tego, na jakiej pozycji wystawialiśmy Anelkę. Wszystko układało się rewelacyjnie aż do grudnia, kiedy to nasi rywale wreszcie rozgryźli, jak można nas pokonać. Nieprzerwana passa zwycięstw dobiegła końca, ale przecież musiało się tak stać wcześniej czy później. Przegraliśmy z Manchesterem City i zremisowaliśmy z Evertonem, West Hamem i Birmingham. To normalne, że nie wygrywa się wszystkich meczów w sezonie. Gdy ktoś mówił, że nie powinniśmy przegrać ani jednego starcia, zbierało mi się na śmiech, podobnie zresztą jak wtedy, gdy słyszałem, że nigdy nie zdobędziemy żadnego trofeum… Później wróciliśmy na właściwe tory i znów zaczęliśmy grać we własnym stylu, nie zdradzając przy okazji zbyt wielu naszych sekretów. W sumie udało nam się to z prostego powodu: nie ma żadnych sekretów. No, może jeden. 24 carlo ancelotti


Liczydło. Takie, jakie stosuje się w szkole podstawowej w nauce liczenia i mnożenia. Przesuwasz paciorki na abakusie, liczysz owce przed zaśnięciem (prawdę powiedziawszy, ja zawsze liczyłem jagnięta, jako że mają delikatniejsze mięso i łatwiej się je trawi), a  wtedy z  czasem arytmetyka przestaje ci się wydawać tak bardzo tajemnicza. Przeprowadziliśmy stosowne obliczenia zaraz po tym, jak zostaliśmy wyeliminowani z  Ligi Mistrzów przez Inter, późniejszych zdobywców tego trofeum. Był to niebezpieczny moment sezonu, od tej chwili wszystko mogło się potoczyć naprawdę katastrofalnie. Wcześniej Chelsea zawsze z trudem podnosiła się po takich mocnych ciosach, więc dzień po porażce zebraliśmy się w naszym ośrodku treningowym w Cobham. Dosłownie wszyscy: Abramowicz, najwyższe kierownictwo klubu, piłkarze. Rozmawialiśmy. Każdy przedstawił swój punkt widzenia, wprost i  bez ogródek. Szczerość to zawsze najlepsze rozwiązanie. Przemówili również najbardziej szanowani piłkarze, starszyzna drużyny: Terry, Drogba, Čech i  Lampard (to kolejny przykład znakomitego angielskiego przywódcy  – zawsze z  radością oglądam go na boisku). Tamte dwadzieścia minut napawało mnie prawdziwą dumą. Zdawaliśmy sobie sprawę, jak wiele przegraliśmy, lecz rozumieliśmy także, że możemy wygrać znacznie, znacznie więcej. Powiedziałem jasno i wyraźnie: – Wygranie ligi i  Puchar Anglii ciągle są w  naszym zasięgu. Chłopcy, przez minione sto czterdzieści lat zaledwie sześciu drużynom udało się ustrzelić dublet, ale mówię wam, że teraz nasza kolej.  – Plan (trudno byłoby mówić o  jakimś wielkim sekrecie) zakładał, że puszczamy w niepamięć Ligę Mistrzów i skupiamy się na nowym celu. – Do końca sezonu zostało jedenaście meczów. Jeśli zagramy w nich dobrze, przejdziemy do historii. 25 liczydło i zwycięstwo


W tym momencie sięgnęliśmy po liczydło. Tylko liczby i dane statystyczne podane w sposób tak prosty, żeby niczego nie dało się przekręcić. Kilka liczb, prostych i absolutnie podstawowych, które należało zapamiętać. Pięćdziesiąt pozostałych treningów. Sześćdziesiąt dni (a  w  każdym razie coś koło tego), które mogliśmy przeznaczyć na osiągnięcie postawionych sobie celów. Jedenaście spotkań do rozegrania. Pierwszy mecz zagraliśmy z  Blackburn. Przyznaję, że remis 1:1 trochę mnie przestraszył. Potem jednak eksplodowaliśmy jak bomba atomowa: 5:0  z  Portsmouth, 7:1  z  Aston Villą, 2:1  na wyjeździe z Manchesterem United. Te znakomite wyniki spowodowały, że nasze rachunki wyglądały wyjątkowo dobrze. Zwycięstwo na Old Trafford zapewniło nam tytuł mistrzów Anglii, choć ostatecznie Ray Wilkins i ja byliśmy zmuszeni wypić za nasz sukces w samotności. Zgodnie z tradycją kilka minut po końcowym gwizdku udaliśmy się do gabinetu sir Alexa na zwyczajowy kieliszek wina. Gdy weszliśmy, zapadła cisza. Ferguson siedział i wpatrywał się w telewizor. Oglądał wyścigi konne, które są jego największą pasją. Znaleźliśmy się jakby w tle, a może nawet w tle tła. Przez jakiś czas staliśmy bez słowa, aż w końcu zrobiliśmy to, po co tam przyszliśmy: wypiliśmy po kieliszku wina za nasze zdrowie. Do widzenia. W tamtym sezonie wygrałem wszystkie trzy mecze, które graliśmy przeciwko jego drużynie, ale nadal uważam Fergusona za prawdziwego mistrza futbolu, mojego nauczyciela i wzór do naśladowania. Jest dla mnie kolegą po fachu, z  którego pragnę brać przykład, mimo że w pewnym sensie zawsze mi będzie umykać (choćby dlatego, że nie podzielam jego zamiłowania do wyścigów konnych). Przed powrotem na Stamford Bridge wygraliśmy jeszcze 3:0 z Aston Villą w Pucharze Anglii. W końcówce sezonu ligowego pokonaliśmy 1:0  Bolton, zebraliśmy cięgi od 26 carlo ancelotti


Tottenhamu, wbiliśmy siedem bramek chłopakom ze Stoke, wygraliśmy 2:0 z Liverpoolem i 8:0 z Wigan. Zostaliśmy mistrzami Anglii, a ja zostałem obcym królem z wizytą w zaprzyjaźnionym kraju. Prawdę powiedziawszy, trochę się jako ten król wstawiłem – tylko kilka razy w życiu widziałem tyle piwa, ile wypiliśmy wtedy w szatni. Chłopaki tańczyły w rytm rapu. Ja też próbowałem, ale bez większych sukcesów  – rymowanie po angielsku nie szło mi najlepiej. Z moją głową było już kiepsko, ale właśnie wtedy postanowiłem wygłosić małe przemówienie: – Carissimi signori, najwyższy czas, żebyście zaczęli się uczyć włoskiego. Niniejszym zostajecie przez nas skolonizowani. Ja trenuję mistrzów z Chelsea, Capello jest selekcjonerem drużyny narodowej… Obi Mikel, Joe Cole, Drogba (który na boisku jest nie do zatrzymania) i  Malouda (zawodnik, który najbardziej mi zaimponował swoimi postępami) na swój własny sposób udzielili mi wsparcia: – Masz rację Carlo, e che cazzo…  – Chyba coś przegapiłem. Eccheccazzo sì, po włosku: kurwa, że co? Najwyraźniej znali włoski lepiej niż ja. Nie mogli powiedzieć mi o tym wcześniej? Sięgnęliśmy po liczydła. Pozostał nam jeszcze jeden problem do rozwiązania. Trzeba było ustalić wynik finałowego meczu o Puchar Anglii. Z tamtego wieczoru zapamiętałem przede wszystkim przedmeczowe przywitanie księcia Williama ze znajdującymi się już na murawie zespołami. Przedstawiłem mu po kolei moich zawodników, a on stwierdził po prostu: – Powodzenia. Przez chwilę chciałem go zapytać: „Przedstawisz mnie babci?”, ale zabrakło mi odwagi. Żywię olbrzymi szacunek dla królowej Elżbiety. Co prawda nie znam jej osobiście, ale często widuję ją 27 liczydło i zwycięstwo


w telewizji i uważam za fascynującą osobę. Chciałbym mieć okazję kiedyś ją spotkać, tylko zupełnie nie wiem, jak to zorganizować. Nie mogę przecież zadzwonić do Pałacu Buckingham i powiedzieć: „Dzień dobry, z tej strony Carlo Ancelotti, wiecie, ten, co za dużo je. Czy mógłbym rozmawiać z Elżbietą?”. Tak się po prostu nie robi. Nie pozostaje mi nic innego, jak odnosić kolejne zwycięstwa i liczyć na to, że królowa zwróci na mnie uwagę. Ostatecznie zdobyliśmy Puchar Anglii, pokonując Portsmouth 1:0 na oczach jej wnuka. W pierwszej połowie pięciokrotnie trafialiśmy w  słupek. Zdarzają się takie dni, w  których czuję się, jakbym śnił. Nie zmieniłbym decyzji o  objęciu Chelsea, nawet gdybym mógł. Jeśli miałbym to zrobić jeszcze raz, postąpiłbym dokładnie tak samo; i to mimo odpadnięcia z Ligi Mistrzów po dwumeczu z Interem. Nigdy nie zapomnę tej porażki, choć podkreślam, że chodzi o przegraną z Interem, a nie z Mourinho. We Włoszech wielokrotnie wymienialiśmy niewybredne komentarze i  ogólnie nie przepadaliśmy za sobą (przeczytaj tę książkę, to zrozumiesz dlaczego…), ale odkąd przyjechałem do Anglii, mój punkt widzenia się zmienił. Mourinho zapisał się w historii Chelsea. Nie raz korzystałem z archiwalnej dokumentacji jego treningów i ćwiczeń. Mourinho bez wątpienia zasługuje na uwagę i  szacunek. Postanowiliśmy zawrzeć rozejm. Stało się to w Mediolanie, tuż przed meczem Ligi Mistrzów. Spotkaliśmy się w korytarzu na San Siro i  zawarliśmy pakt: dość już psioczenia, dość kontrowersji. Pięć słów, uścisk dłoni i dziesięć sekund – to nam w zupełności wystarczyło, żeby dojść do porozumienia. Wiele osób pyta mnie, jak to się stało, że właśnie Inter wyeliminował nas z Ligi Mistrzów. Otóż chodziło o drobiazgi. Nie ma żadnej innej tajemnicy, nic więcej do wyjaśniania. Nie sądzę, abyśmy zostali z Josè przyjaciółmi, dzisiaj darzymy się jednak wzajemnym niekłamanym szacunkiem. 28 carlo ancelotti


Gdy wygrałem ligę, dostałem od niego SMS-a o następującej treści: „Szampan”. Gdy on zdobył mistrzostwo Włoch, wysłałem mu inną wiadomość: „Szampan, ale z umiarem”. Z  którejkolwiek strony na to spojrzeć, ostatecznie wszystko i  tak sprowadza się do jedzenia i  picia. Chelsea Football Club i mnóstwo bąbelków. No i jeszcze ta taksówka, w której wszystko się zaczęło.


Powyżej: Zadymiarze siedzą zawsze w pierwszej ławce. Również na maturze (zdałem z 44 punktami…) Po prawej: Strzelec Ancelotti z dwoma towarzyszami broni (Barletta, 1980 rok). Italia wezwała jeszcze wcześniej niż Sacchi


Na górze: W drużynie Parmy w 1978 roku W środku: Reprezentacja Serie C w… strojach klubowych Na dole: Nagrodzony na turnieju rozgrywanym w Reggiolo


Koniec fragmentu. Zapraszamy do księgarń i na www.labotiga.pl

Profile for Wydawnictwo SQN

Carlo Ancelotti. Nienasycony zwycięzca  

Piłka nożna jest jak lunch – im więcej jesz, tym bardziej jesteś głodny. Wytrawny taktyk. Koneser dobrego futbolu. Piłkarz i trener, który...

Carlo Ancelotti. Nienasycony zwycięzca  

Piłka nożna jest jak lunch – im więcej jesz, tym bardziej jesteś głodny. Wytrawny taktyk. Koneser dobrego futbolu. Piłkarz i trener, który...

Advertisement