__MAIN_TEXT__

Page 1

2 się monsun. Atramentowe chmury przetaczają się z jednego krańca horyzontu na drugi, wylewając na Indie rozwścieczone potoki wody. Od pięciu już lat, jakie minęły od jej przyjazdu z Europy, siostra Teresa nie nuży się tym corocznym widowiskiem. Stojąc przy oknie w swoim pokoju, przygląda się falom deszczu, które przechodzą nad miastem, jakby chciały wymazać wytyczone aleje, w  muł obrócić całe miasto, a nawet zatopić morze trąbami słonej wody, tam, u ujścia Hooghly. Ten gniew niebios przywodzi na myśl biblijny potop, tyle, że nie jest katastrofą. Przeciwnie, dobroczynna burza nawadnia wyschnięte równiny, zduszone po trwającej pół roku porze suchej. Co roku indyjscy wieśniacy z lękiem wypatrują nadejścia monsunu: jest on dla nich klęską tylko wtedy, kiedy się spóźnia. Tego poranka siostra Teresa, myśląc o nich, składa dziękczynienie. Oczywiście, w  mieście to zupełnie co innego. Nieprzerwanie spływające kasakady wody nie ułatwiają życia ani przemieszczania się! „W drogę, już pora”, mówi do siebie siostra Teresa, patrząc na zegarek. W klasztornym holu mija matkę Ann. – Wychodzisz, biedaczko? N A K A L K U T Ę Z WA L I Ł

17


– Tak, idę do Świętej Teresy. Nie przejmuj się mną: dotrę tam po dwóch minutach pływania. Matka Ann parska śmiechem: – Ależ z ciebie atletka! – Mała, ale stworzona dla sportu – złośliwie odparowuje siostra Teresa. Malutka zakonnica otwiera drzwi i  krzywi się komicznie na widok kurtyny deszczu, jaka na nią czeka. Matka Ann ma napad wesołości. – Powodzenia, Tereso, i nie utop się. Bez ciebie życie w Entally byłoby bardzo monotonne. – Dobre sobie – śmieje się Teresa – nie pozbędziecie się mnie tak łatwo. Za dwa lata składam śluby wieczyste. Loretankom nie grozi, że zniknę! Kiedy siostra Teresa przekracza wreszcie piękny przedsionek klasztoru w  Entally, pozostaje jej już tylko całą sobą wejść w deszcz. Nie warto próbować się przed nim chronić, w końcu deszcz i tak przeniknie wszędzie. Wkrótce ciężka suknia zakonnicy jest równie przemoczona jak jej welon. A co powiedzieć o starych butach, które nosi ze względu na ducha ubóstwa! Po kilku metrach są już jak gąbki: na drodze, która zamieniła się w  ogromny, błotnisty potok, przy każdym kroku wchłaniają i wypluwają po kilka litrów wody. Na szczęście szkoła, w której uczy, jest tuż obok. Nim jednak do niej wchodzi, jest już doszczętnie przemoczona, choć nawet nie zdążyła odmówić dziesiątki Różańca. Kontynuuje modlitwę w  klasie, wyjmując z  szafy szczotkę i  grubą ścierkę. Wszystkie jej dni zaczynają się od wielkiego sprzątania. Tego poranka właściwie nie potrzebuje wiadra, bo z jej habitu ścieka woda! Szybko zakasuje więc rękawy i bierze się do roboty. Nie ma czasu

18


na przesuwanie paciorków różańca, ale nigdy nie zaplącze się w tych swojskich rachubach. Dziesięć Zdrowaś, jedno Ojcze; dziesięć Zdrowaś, jedno Ojcze; dziesięć Zdrowaś... czy to ważne, że czasem wypadnie o jedno więcej? To jeden kwiatek więcej w bukiecie, jaki ofiarowuje Matce Bożej. Przy czwartej dziesiątce siostra Teresa słyszy szepty przy drzwiach. Odwraca się: w  progu tłoczy się grono przemokniętych uczniów. Ich okrągłe oczy wyrażają bezgraniczne osłupienie. – Dzień dobry, dzieci! Czemu tak mi się przyglądacie? – Dzień dobry, Ma... Ty sprzątasz? – Tak jak każdego ranka. Zwykle kończę przed waszym przyjściem. – Ale ty jesteś biała! Teresa ogląda swoją czarną suknię, szukając na niej plam od mydlin. – Biała nie może sprzątać – precyzuje jeden malec. – To praca dla nietykalnych! – dodaje inne, nieco starsze dziecko. Oparłszy podbródek na uchwycie szczotki, siostra Teresa nie wie, czy śmiać się, czy płakać. Wieczny problem hinduskich kast! W umyśle tych małych Hindusów ludzie wywodzą się od bóstwa odpowiedzialnego za stwarzanie. Jedni narodzili się z  jego głowy i  należą do szlachetnej kasty braminów. Inni wyszli z jego brzucha, nóg i stóp, przez co należą do coraz niższych kast. I wreszcie są dalitowie, nietykalni. Oni nawet nie pochodzą od boga. Z  ojca na syna żyją poza wszystkimi kastami. Słowem, to pariasi, wyrzutki społeczeństwa. Dla nich są zastrzeżone najpodlejsze za-

19


wody, wszelkiego rodzaju upokorzenia i zakazy, i śmierć dla tego z nich, który ośmieliłby się podejść nazbyt blisko bramina. – W oczach Jezusa nie ma ani braminów, ani nietykalnych – mówi głośno i  stanowczo siostra Teresa. – I nie ma też poniżających zajęć. Bierzcie gąbki i pomóżcie mi skończyć: trzeba umyć tablicę i blaty ławek. Uczniowie w  milczeniu biorą się do sprzątania. Siostra Teresa patrzy, jak pracują, ale nie jest w stanie odgadnąć, co myślą. Los nietykalnych dotyka ją tak samo, jak w pierwszym okresie pobytu w  Indiach. Czy Mohandas Gandhi, ten Gandhi, o którym zaczyna robić się głośno, gdyż przeciwstawia się angielskim osadnikom, żeby osiągnąć niepodległość Indii, uzyska to, co nie udało się wszystkim misjonarzom chrześcijańskim? Mówi się, że jest zdeterminowany, żeby obalić system kast. Jest Hindusem, jest braminem, ma dar wymowy, a przede wszystkim cieszy się wielkim szacunkiem. Być może hinduskie społeczeństwo posłucha go – człowieka wywodzącego się z ich elity. – Opowiem wam pewną historię – mówi nagle Teresa do uczniów, nie przerywając machania ścierką. Rączki z  gąbkami zastygają w  bezruchu, spojrzenia błyszczą, dzieci wstrzymują oddech: uwielbiają historie, które opowiada im Ma. – Trzy lata temu, po pierwszych ślubach, pracowałam w  przychodni sióstr loretanek w  Dardżyling. Pielęgnowałyśmy biedaków. Niektórzy szli pieszo kilka godzin, żeby do nas dotrzeć i  przychodzili w strasznym stanie. Kiedyś przyjęłam wyczerpanego mężczyznę, który niósł wychudzone

20


dziecko. Mały był niewidomy i umierał. Mężczyzna mnie błagał: „Proszę go wziąć! Inaczej, trudno, położę go przy drodze i zjedzą go szakale!”. Siostra Teresa przygląda się kolejno uczniom. – Jak wam się wydaje, co zrobiłam? Czy odesłałam go ze słowami: „Mały nietykalny zasługuje na to, żeby go zjadły szakale”? – Nie... – szepczą dzieci. – Wzięłam dziecko w ramiona, jakbym była jego mamą – przytakuje siostra Teresa – i pomyślałam o  Jezusie. Poprzez buzię tego malca widziałam Jego oblicze. Tego wieczoru siostra Teresa długo, bardzo długo trwa na modlitwie w klasztornej kaplicy. Błaga Chrystusa, żeby wziął nietykalnych pod swój płaszcz, ten, w który Go owinęli żołnierze Piłata. Płaszcz upokorzenia, królewski płaszcz, mocna tkanina bez szwów, utkana po to, żeby wszystkich niekochanych świata osłonić przy wyszydzonym Panu! Mijają lata, utkane z pracy i modlitwy. Horyzontem siostry Teresy są ściany jej klas, klasztorna klauzura, sklepienia kaplicy, w której spędza najwięcej czasu. Najpierw uczyła u  Świętej Teresy, teraz została mianowana nauczycielką historii i  geografii w  liceum Najświętszej Maryi Panny w  Entally. Jej uczennicami są dziewczęta z  najwyższych warstw hinduskiego społeczeństwa. Teresa nie zamyka się jednak w tym uprzywilejowanym świecie. Popołudnie każdej niedzieli spędza w dzielnicy nędzy. Dwa kroki od Entally zaczyna się bowiem świat biedy i niewyobrażalnego brudu.

21


Tłum gnieździ się w domostwach ledwie godnych tego miana. Owe baraki zbudowane z tysiąca materiałów, których jedyną wspólną cechą jest kruchość, rozpadają się przy pierwszym monsunowym deszczu. Jak tylko sięgnąć wzrokiem, siostra Teresa napotyka obrazy potworne: wszędzie cuchnący odór, trupy szczurów, twarze przeżarte trądem, nadto ciała toczone przez robaki. Ale udało jej się przezwyciężyć wstrząs pierwszego spotkania z tą nędzą. Nie bez znaczenia jest radość dzieci, które jej wypatrują! Jej malutka sylwetka stała się znana w całej dzielnicy. I tak w każdą niedzielę jej czarna suknia przybiera barwy owej nędzy, bo też nie odrzuca ona zaproszenia, by usiąść na ziemi na pogawędkę z rodzinami. – Siostra budzi we mnie wyrzuty sumienia – powiedziała jej kiedyś siostra Elizabeth, mijając ją w  klasztorze, kiedy właśnie wróciła, śmierdząca i oblepiona brudem. – Nie mogłabym wejść do tej dzielnicy nędzy. Od jej zapachów zbiera mi się na wymioty, nawet gdy czuję je z daleka. Teresa uprzejmie uchyla się przed komplementem: – Śluby zakonne nie obejmują ślubu wpędzania się w chorobę! – Tak, ale mimo wszystko... – Świetnie siostra wie – ucina siostra Teresa – że misja nauczania, jaką siostra pełni, stawia siostrę w  pierwszej linii walki z  nędzą. To właśnie wykształcenie wyrwie te wszystkie dzieci z biedy. – Niemniej podziwiam siostrę. Jest siostra z nas najlepsza. Siostra Teresa z błyskiem rozbawienia podnosi wzrok na potężną postać siostry Elizabeth:

22


– Dziękuję, siostro Elizabeth, za postawienie mnie na piedestale! Daje mi siostra nadzieję, że dosięgnę siostrze do ramienia! I zakonnice rozchodzą się ze śmiechem. Pewnej niedzieli 1937 roku, kiedy Teresa wchodzi do dzielnicy nędzy, pośród towarzyszącej jej grupy malców wybucha panika. Dzieci zastygają trzy kroki od niej i niespokojnie się w  nią wpatrują. Teresa wybucha śmiechem. – Mam wrażenie, że nagle stałam się smokiem! Co się stało? – Ma, twój welon zmienił kolor! Zakonnica uśmiecha się. To prawda: szczegół w ubiorze, który zmienia się po raz pierwszy od lat, siłą rzeczy wydaje się niepokojący. – Złożyłam końcowe śluby. To znaczy, że jestem oblubienicą Jezusa. Dostałam welon sióstr profesek, tych, które obiecały, że na zawsze zostaną zakonnicami. I Teresa dodaje z odrobiną dumy: – Teraz mówią na mnie matka Teresa. Jakieś dziecko cicho pyta: – To już nie można do ciebie mówić „Ma”? – Wręcz przeciwnie! Ma to właśnie znaczy matka. Zawsze byłam szczęśliwa, że mnie tak nazywacie. To najpiękniejsze imię na świecie. Lata szkolne mijają nieprzerwanie. Życie Teresy płynie i  nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Ale ilekroć siada przy biurku, żeby przygotować wykład, jej wzrok pada na kartkę, na której przepisała zdanie papieża Piusa XI o  Teresie od Dzieciątka Jezus: „Kanonizuję ją, gdyż czyniła zwykłe

23


rzeczy z niezwykłą miłością”. A poza tym... czyż życie modlitwą nie jest wiecznym wyłanianiem się nadzwyczajności z  codzienności? Matka Teresa zachowała przy tym zwyczaj niestrudzonego mówienia do Boga. Najbardziej lubi godziny wczesnym rankiem i późnym wieczorem, kiedy kaplica jest pusta i można trwać przed Najświętszym Sakramentem z  twarzą przy ziemi, nie patrząc na zegarek. Czyż modlić się pięć do sześciu godzin dziennie przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni nie jest budowaniem, ponad wszelką rutyną, sanktuarium z każdego roku? Niestety, niebawem życiem w Kalkucie wstrząsa nadzwyczajność innego rodzaju. Oto 1941 roku wraz z  atakiem Japończyków na amerykańską bazę Pearl Harbor wojna dotarła do Azji. Indie jako kolonia angielska wbrew sobie zostają wciągnięte w konflikt. Co prawda, leżą poza zasięgiem hitlerowskich czołgów, które w  1939 roku wyruszyły na podbój świata, ale od 1942 roku japońska armia niebezpiecznie się do nich zbliża. Pewnego ranka brytyjski oficer, wciśnięty w nienaganny mundur, dzwoni do krat klasztoru i prosi o rozmowę z matką przełożoną. Wkrótce potem, kiedy tylko jego jeep odjechał, wydając odgłosy, jakby wystrzeliwał petardy, Teresa zostaje wezwana do biura przełożonej. Ta wygląda na zatroskaną, a  siedząca obok niej, leciwa matka Cérade wydaje się pobladła pod swoją opalenizną mieszkanki wyspy Mauritius. – Matko Tereso, Japończycy podbili Birmę. Lada dzień mogą przekroczyć granicę i  zaatakować Indie, a  wtedy Kalkuta stanie się jednym

24


z ich pierwszych celów. Grozi nam tutaj niebezpieczeństwo. – Kalkuta już wiele cierpi z powodu Anglików – odpowiada matka Teresa. – Czemu musieli wystawiać Indiom rachunek za swoją wojnę? Od kiedy zarekwirowali statki, które przywoziły tutaj ryż ze wsi, głód... – Matko Tereso! Angielska armia z  pewnością nie jest batalionem ministrantów, ale Japończycy też nie są legionem aniołów. Czy wie matka, co zrobili w Chinach czy w Indiach Holenderskich? – Tak. Popełnili zbrodnie wojenne, które Panu Jezusowi wyciskają łzy z oczu. – Aby nie dodać nas do listy ofiar tych okropności, podejmuję decyzję o ewakuacji Entally. Rozmieścimy uczennice w czterech naszych klasztorach poza Kalkutą. Co więcej, jak sama matka mówi, brak żywności coraz bardziej daje się we znaki. Na wsi będziemy mieć mniej problemów z wyżywieniem naszych pensjonariuszek. Matka Teresa chciałaby coś powiedzieć, ale posłuszeństwo należne matce przełożonej jest całkowite. Na szczęście przełożona sama pyta: – Czy matka ma coś do powiedzenia? – Tak, matko. Za pozwoleniem matki, czy wchodziłoby w grę, żebym utrzymała w Kalkucie jedną otwartą szkołę? Potrzebują nas tutaj. Proszę pomyśleć o wszystkich uczennicach, których nie będzie można wywieźć. Proszę też pomyśleć o  niemowlętach porzucanych każdego dnia pod naszymi drzwiami, którymi już nikt się nie zaopiekuje. A jest ich coraz więcej. Czy wie matka, że wczoraj musiałam nakarmić jednym smoczkiem

25


dwadzieścia czworo maleństw? Wyjazd oznacza skazanie ich na śmierć. Matka Ita wstaje i podchodzi do okna. Długo, długo wpatruje się w piękny park klasztorny, żeby dać sobie czas do namysłu. – Nie może matka zostać w  Entally – mówi wreszcie – gdyż oficer, który właśnie wyszedł, uzyskał ode mnie zgodę na oddanie budynków do dyspozycji wojska. – Przepraszam, matko? – Entally zostanie przemienione na szpital wojskowy. Natomiast czy zechce matka zastąpić matkę Cérade na stanowisku dyrektorki szkoły bengalskiej, która ma zostać przeniesiona do Convent Road? Nasza droga matka jest zbyt sędziwa, by mierzyć się z okropnościami wojny. – Kierować szkołą? Ja... jestem bardzo wzruszona zaufaniem, jakim matka mnie obdarza. Tak, matko, zgadzam się. – Stawiam jeden warunek. Jeśli Japończycy ruszą na Kalkutę, opuści matka miasto i natychmiast ewakuuje się do nas. – Obiecuję, matko.

26

Profile for Wydawnictwo Promic

Pragnienie Boga fragment  

Pragnienie Boga fragment  

Advertisement