Page 1

bernadetta:Layout 2

8/4/16

10:40 PM

Page 95

Bije trzecia. Gdzie˝ to one si´ zapodzia∏y? Ju˝ dawno powinny by∏y wróciç z lasu – myÊli Ludwika troch´ poirytowana, a troch´ niespokojna. Przychodzi jej na myÊl przygoda Kasi Mengot z tym paryskim kuzynem. Z∏o czyha wsz´dzie, a córki jej sà ∏adne i naiwne. Lecz ten niepokój zostaje niebawem przep∏oszony przez inny, bardziej doraêny, a mianowicie z czego przyrzàdzi posi∏ek? Dziewcz´ta zaÊ spóêniajà si´ istotnie, a to z powodu owych zdobycznych koÊci. Sklep handlarza starzyznà Gramonta le˝y bowiem na przeciwleg∏ym kraƒcu miasta, a olbrzymie nar´cza chrustu nie pozwalajà im iÊç pr´dzej. Sklepikarz wyp∏aci∏ obu siostrom i Jance Abadie po dwa sous. Janka wyda∏a je od razu na cukierki, lecz Marysia i Bernadetta kupiły za nie chleba. Spora kupa chrustu i chleb wp∏ywajà pojednawczo na panià Soubirous. Mimo to, gdy zm´czone zrzucajà swój ci´˝ar na ziemi´ przy drzwiach, matka nie mo˝e si´ powstrzymaç od wymówki: – Gdzie to tak d∏ugo siedzia∏yÊcie? Takie du˝e dziewczyny, a całà prac´ zostawiajà matce. Biedni ludzie nie mogà sobie pozwalaç na spacery. PrzynieÊcie mi zaraz te wiadra! Dziewcz´ta wnoszà pos∏usznie wiadra pe∏ne wody i zabierajà si´ zaraz do obierania brukwi i kartofli, które Ludwika kupi∏a za cz´Êç owych dwudziestu sous. W izbie rozlega si´ przeraêliwe chrapanie ojca. – Jest chory – mówi matka. Dziewcz´ta nic na to nie odpowiadajà, tylko Bernadetta patrzy pytajàco na siostr´ wielkimi oczami. Ta spuszcza powieki i kurczowo zagryza wargi, ma wielkà ochot´ wybuchnàç Êmiechem. 95


bernadetta:Layout 2

8/4/16

10:40 PM

Page 96

Chcàc wykorzystaç reszt´ dziennego Êwiat∏a, skàpo sàczàcego si´ przez okienko, matka zabiera si´ do codziennej toalety córek. – Chodêcie dziewcz´ta do Êwiat∏a, ˝ebym wam mog∏a dobrze w∏osy przeczesaç. Najpierw ty, Marysiu! Ten dok∏adny przeglàd g∏ów odbywa si´ regularnie co wieczór. Pani Soubirous stara si´ wszelkimi si∏ami utrzymaç swojà gromadk´ w czystoÊci, nie na darmo pochodzi przecie˝ z rodu Casterot. A wiadomo, ˝e schludnoÊç jest ostatnià godnoÊcià cz∏owieka, który straci∏ ju˝ wszelkie inne dobra tego Êwiata. Tote˝ dzielna kobieta broni wytrwale honoru swego ubo˝uchnego mieszkanka i choç na ca∏ej ulicy des Petits Fossés weszki w´drujà sobie od domu do domu, udaje jej si´ swojà rodzin´ uchroniç od tej plagi. Obu ch∏opców przed spaniem, nie baczàc na ich wrzaskliwe protesty, matka szoruje ostrà szczotkà od stóp do g∏ów. Dziewczynkom zaÊ co wieczór dok∏adnie przeczesuje d∏ugie w∏osy. Bernadetta odziedziczy∏a po ojcu mi´kkie jedwabiste w∏osy, lecz wi´kszy k∏opot ma matka z g´stà, k´dzierzawà czuprynà Marysi. Marysia kl´ka pos∏usznie przed matkà, aby si´ poddaç codziennemu zabiegowi, podczas gdy Bernadetta wychodzi poszukaç braciszków, którzy zdà˝yli si´ ju˝ ulotniç. Niesforne w∏osy Marysi trzeszczà pod g´stym grzebieniem. – Hm... hm – chrzàka w pewnej chwili dziewczynka. – Tylko bez st´kania, moje dziecko, krzywdy ci nie zrobi´... Po chwili Marysia znów powtarza: – Hm, hm... 96


bernadetta:Layout 2

8/4/16

10:40 PM

Page 97

– Co ci jest, czy ci´ gard∏o boli?... – Nie, mamo, nie boli mnie gard∏o... Gdy jednak znaczàce chrzàkanie powtarza si´ po raz trzeci, matka pyta zniecierpliwiona: – Co tak brz´czysz, jak mucha na szybie? – Bo chcia∏abym mamie coÊ powiedzieç... CoÊ o Bernadetcie. – Co to takiego ciekawego? – Mamo! Bernadetta widzia∏a w grocie Massabielle jednà m∏odà panià, ca∏à w bieli i z niebieskim paskiem... Mia∏a bose stopy ze z∏otymi ró˝ami. – Praoubo de jou, co ty wygadujesz, niemàdre dziecko... – I Bernadetta z poczàtku nie mog∏a si´ wcale prze˝egnaç, a potem mog∏a ju˝ si´ prze˝egnaç, jak jej ta pani pozwoli∏a... Marysia odetchn´∏a g∏´boko. Z∏ama∏a wprawdzie s∏owo, ale lepiej, ˝e mama dowiedzia∏a si´, co ta Bernadetta wyprawia. W tej samej chwili Bernadetta staje w drzwiach. – Dobrze, ˝eÊ przysz∏a. Dowiaduj´ si´ tu w∏aÊnie o tobie ciekawych rzeczy – mówi matka tonem nie zapowiadajàcym nic dobrego. – Ju˝eÊ wygada∏a... Po coÊ powiedzia∏a, Marysiu – mówi Bernadetta i ci´˝kie, d∏ugie spojrzenie trafia winowajczyni´. W g∏osie jej jednak nie s∏ychaç wyrzutu. Przeciwnie, westchn´∏a z ulgà, jak gdyby jej ci´˝ar spad∏ z serca. Podchodzi dwa kroki ku matce, wyciàgajàc przed siebie r´ce z rozstawionymi palcami, jakby zbli˝a∏a si´ do ognia, przy którym pragnie si´ ogrzaç. Serce taje w niej wprost ze szcz´Êcia, ˝e mo˝e mówiç o swojej tajemnicy. 97


bernadetta:Layout 2

8/4/16

10:40 PM

Page 98

– O tak, mamo, prawda... W grocie Massabielle... widzia∏am cudnà, przecudnà Panià... Te pe∏ne zachwytu s∏owa sà ostatnià kroplà, która przelewa kielich udr´czeƒ pani Ludwiki. Po ca∏ym dniu beznadziejnych staraƒ, gorzkich rozczarowaƒ musi oto wys∏uchiwaç jeszcze jakichÊ karygodnych bzdur. Leniwe córki nie tylko ∏azikowa∏y przez ca∏e popo∏udnie, ale jeszcze i teraz nie dajà jej spokoju. Zw∏aszcza rozpromieniona twarz Bernadetty doprowadza jà do pasji. Jest to twarz kobiety zakochanej, pe∏nej egzaltacji, która dla swej mi∏oÊci gotowa jest wszystko poÊwieciç. Pani Soubirous zaczyna g∏oÊno biadaç i wymyÊlaç. S∏ychaç jà a˝ u sàsiadów: – CoÊ ty widzia∏a? Nic nie widzia∏aÊ! ˚adnej cudownej, przecudnej pani nie widzia∏aÊ, tylko kawa∏ bia∏ego kamienia, rozumiesz, smarkata? Chodzicie sobie na spacery oglàdaç cuda niewidy, a ja tu na nos padam ze zm´czenia i nikt si´ nie zatroszczy, aby mi pomóc. Och Panno Âwi´ta, co ja mam za dzieci niedobre!... Âwiece z koÊcio∏a kradnà, tyt∏ajà si´ w gnojówce jak te prosiaki, katechizmu uczyç si´ nie chcà... A teraz znów coÊ nowego, jakieÊ cudaki im si´ przywidujà... Dam ja wam cudne panie... Poczekajcie no!... Pani Soubirous chwyci∏a gi´tki pr´t u˝ywany do trzepania poÊcieli i uderzy∏a nim Bernadett´ przez plecy. Widzàc to, Marysia chce si´ wymknàç, co jeszcze bardziej rozwÊciecza matk´. Goni jà tak d∏ugo, a˝ i m∏odsza córka dostaje swojà porcj´. Na koƒcu dok∏ada jeszcze po jednym obu malcom. – Widzisz – beczy Marysia – przez ciebie niewinnie dosta∏am... 98


bernadetta:Layout 2

8/4/16

10:40 PM

Page 99

Pani Soubirous odrzuca pr´t, ˝a∏uje ju˝, ˝e si´ tak unios∏a, ˝e tak okropnie g∏oÊno krzycza∏a... A tu mà˝ le˝y chory i Êpi... Zapomnia∏a o nim! Tymczasem on ju˝ dawno si´ obudzi∏ i stojàc, przyglàda∏ si´ ca∏ej scenie. – S∏ysza∏em wszystko – mówi. Franciszek Soubirous jest smuk∏ym, wysokim m´˝czyznà. Mimo wszystkich przeciwnoÊci ˝yciowych i zmiennych kolei losu nie straci∏ nigdy pewnej wrodzonej szlachetnoÊci postawy i godnoÊci w sposobie bycia. Dla dzieci zawsze by∏ ostatecznà wyrocznià. Wprawdzie matka je wychowywa∏a, prowadzi∏a i kara∏a, lecz zawsze zas∏ania∏a si´ autorytetem ojca jako najwy˝szej instancji. Tym razem Franciszek Soubirous miesza si´ ca∏kiem osobiÊcie do przykrej sprawy. Zupe∏nie ju˝ wytrzeêwia∏. Podchodzi ci´˝kim krokiem do córki i chwyta jà szorstko za kark: – S∏ysza∏em wszystko – powtarza – a wi´c i ty zaczynasz urzàdzaç jakieÊ b∏azeƒstwa! I to majàc ju˝ czternaÊcie lat skoƒczonych!... Inne dziewcz´ta w twoim wieku nie tylko zarabiajà na siebie, ale i wspomagajà rodziców. Wiesz, jak nam ci´˝ko, wiesz, ˝e nie mog´ dostatecznie zarobiç na was wszystkich. A ty zamiast pomóc, masz przewrócone w g∏owie. Chcesz si´ zrobiç wa˝na! Znamy si´ na tym, znamy takie wymyÊlania ró˝nych historyjek i g∏upich bajek, opowiadanie o tajemniczych paniach ze z∏otymi ró˝ami na bosych stopach... I dokàd chcesz zajÊç tà drogà, moja panno!... JesteÊmy oboje z matkà uczciwymi i przyzwoitymi ludêmi i Bóg widzi, ˝eÊmy byli zawsze skromni i szli prostà drogà. I to widzi Bóg, ˝em si´ od ˝adnej roboty 99


bernadetta:Layout 2

8/4/16

10:40 PM

Page 100

nie wymawia∏, nawet najgorszej, aby dla was zarobiç. Ale kto widuje pi´kne panie w ciemnych norach, kto chce jakimiÊ bajkami ludziom oczy zamydlaç, ten nie nale˝y do ludzi przyzwoitych, tylko do w´drownych szarlatanów, do linoskoczków albo nawet Cyganów. A wi´c, moja kochana, jeÊli ci´ ciàgnie do tego towarzystwa, to namyÊl si´ pr´dko i... wolna droga – idê do Cyganów... Soubirous mówi∏ wolno i bardzo powa˝nie. By∏o to jego najd∏u˝sze przemówienie wychowawcze, jakie Bernadetta kiedykolwiek od niego s∏ysza∏a. Patrzy na ojca szeroko otwartymi, nie rozumiejàcymi oczyma. Czego on od niej chce? Przyciskajàc obie r´ce do piersi, odzywa si´ nareszcie: – Tatusiu, przecie˝ ja jà naprawd´ widzia∏am, t´ Panià.

Bern adetto , o budê s i ´! domowej nast´puje kilka wprawdzie drobnych wypadków, lecz wyraênie wskazujàcych na pomyÊlny zwrot w losach rodziny Soubirous. A wi´c najpierw ciotka Sajou, ta dobroduszna kobieta, wystraszy∏a si´ krzyków dochodzàcych z aresztu. Wie przecie˝, ˝e ci Soubirous to ludzie zgodni i spokojni, o ile naturalnie nie ma si´ na myÊli tych dwóch utrapionych brzdàców, Janka i Justyna. JeÊli wi´c Ludwika Casterot, taka zawsze opanowana i dumna ze swego pochodzenia, a˝ tak bardzo si´ unios∏a, no to widaç, ˝e ju˝ jej si´ woda za ko∏nierz leje. A tu tak si´ sk∏ada, ˝e pani KRÓTKO PO TEJ BURZY

100


bernadetta:Layout 2

8/4/16

10:40 PM

Page 101

Sajou ma obficie zaopatrzonà spi˝arni´. Wzdychajàc wi´c z rozczulenia nad w∏asnà wspania∏omyÊlnoÊcià, otwiera szaf´. W imi´ Bo˝e odkrawa od wielkiej bry∏y mas∏a skromny kawa∏ek, po czym dorzuca jeszcze skrawek s∏oniny. Z dalszym westchnieniem, przezwyci´˝ajàc wrodzone skàpstwo, dok∏ada do tego szeÊç plasterków dobrej wiejskiej kie∏basy i zanosi to wszystko do Soubirous. Ludwika, stojàca przy kuchni, ze zdumienia upuszcza drewnianà ∏y˝k´, którà w∏aÊnie miesza jakàÊ wodnistà zup´. – O droga kuzynko, chyba sama NajÊwi´tsza Panna mi ciebie zsy∏a, bom si´ tak dziÊ do niej goràco modli∏a. Stara Sajou, którà ponosi teraz zachwyt nad w∏asnà dobrocià, widzàc wàt∏y p∏omyk, skaczàcy weso∏o z jednej ga∏àzki chrustu na drugà, wychodzi na próg i wo∏a przez podwórko swego ma∏˝onka. Ka˝e mu przynieÊç z domu najlepszego suchego drzewa. Mà˝ nigdy si´ jej nie przeciwstawia, nie lubi przecie˝ traciç s∏ów po pró˝nicy. Zanim jeszcze zdà˝y∏ wróciç z drzewem, nowy dar z nieba spada do mieszkania Soubirous i to przez r´ce Croisine Bouhouhorts. Otrzyma∏a przed chwilà podarunek od starej ciotki, wieÊniaczki z Viger. Co roku w tym czasie krewna zjawia si´ z jakimÊ zapustnym prezentem. Tym razem przynios∏a dwa mendle jaj. Zaledwie ciotka opuÊci∏a jej mieszkanie, ju˝ wdzi´czna sàsiadka p´dzi z koszykiem pe∏nym jaj do Ludwiki. Wpada jak zwyk∏e podniecona i bez tchu: – Musicie mi zrobiç t´ radoÊç, droga sàsiadko, i przyjàç ode mnie jajka. Przecie˝ dziÊ uratowaliÊcie ˝ycie mojej kruszynie. 101

Pieśń o Bernadetcie fragment  
Pieśń o Bernadetcie fragment  
Advertisement