__MAIN_TEXT__

Page 1


John Gwynne

Księga druga Wiernych i Upadłych

Przełożył Marcin Mortka

Wydawnictwo MAG Warszawa 2018


Tytuł oryginału: Valour. The Faithful and the Fallen – Book Two Copyright © 2014 by John Gwynne Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG Redakcja: Anna Włodarkiewicz Korekta: Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Paul Young Opracowanie gra�czne okładki: Piotr Chyliński Projekt typogra�czny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń Wydanie I ISBN 978-83-66065-25-3 Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228134743 www.mag.com.pl Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 227213000 www.olesiejuk.pl Druk i oprawa: CPI Moravia Books s.r.o.


Rozdział pierwszy

UTHAS

Rok 1142 Ery Wygnańców, Księżyc Narodzin Wykonany z czarnego żelaza, ogromny kocioł spoczywał na podwyższeniu na samym środku ogromnej komnaty. Na ścianach zatknięto pochodnie jarzące się błękitnym światłem, które tu i ówdzie rozpraszało ciemności. W cieniach wokół nich wiły się złowieszcze, wydłużone kształty. Uthas z olbrzymów Benothi podszedł do kotła. Jego cień przesuwał się po ścianie. Wszedł po stopniach podwyższenia i się zatrzymał. Kocioł był całkiem czarny i wydawał się zasysać, wręcz pochłaniać blask pochodni, nie dając nic w zamian. Jedynie przez krótką chwilę można było odnieść wrażenie, że zadrżał i zadygotał lekko niczym chore serce. Olbrzyma dobiegła prośba, wypowiedziana stłumionym głosem przez kogoś, kto stanął na progu komnaty, ale nawet nie drgnął. Stał i wpatrywał się w kocioł. – Co tam? – odezwał się w końcu. – Nemain cię wzywa, Uthasie. Mówi, że Śniąca się budzi. Olbrzym westchnął i odwrócił się, by wyjść z komnaty. Zatrzymał się jednak jeszcze na moment i musnął palcami zimne podbrzusze kotła. Zamarł. – Co się dzieje?! – zawołał z progu jego przyboczny, Salach. Uthas przechylił głowę na bok i zamknął oczy. Głosy, pomyślał. Głosy mnie wzywają. 10


– Nic – mruknął, nie wiedząc, czy usłyszał, czy też wyczuł szepty ze środka kotła. – Jeszcze nie teraz – powiedział cicho i oderwał palce od zimnego żelaza. Z cieni wyłonił się ogromny, pełzający kształt, który zastąpił idącemu olbrzymowi drogę i owinął się wokół niego. Był to żmij o lśniących, białych łuskach, który uniósł płaski łeb i przyjrzał mu się zimnymi, bezdusznymi oczami. Uthas zatrzymał się i w milczeniu pozwalał żmijowi zasmakować w swoim zapachu. W jego sercu zaczął już narastać niepokój, ale w końcu białożmij odpełzł. Uthas patrzył, jak jego potężne mięśnie napinają się przy każdym ruchu, jak podążał ku cieniom, by dołączyć do reszty lęgu. – Chodźmy więc – rzucił olbrzym, mijając Salacha. – Wiesz, jak to jest z Nemain. Lepiej, żeby nie czekała za długo. Przeszli we dwóch obok pilnujących wejścia strażników o ponurych minach, ubranych w futra i zbroje. W ciszy wędrowali korytarzami Murias, ostatniej twierdzy Benothi, wykutej i wydrążonej pośród szarej, spowitej mgłami krainy, aż dotarli do szerokich schodów, pnących się w ciemność. Wkrótce Uthas zaczął narzekać pod nosem, gdy w jego kolanie odezwał się stary ból. – Bitseach – zaklął, myśląc o Nemain, czekającej na niego na samym szczycie najwyższej wieży. Podążający za nim Salach zachichotał. W końcu stanęli przed drzwiami komnaty strzeżonej przez Sreng, przyboczną królowej. Salach powitał ją skinieniem głowy, a ona otworzyła przed nimi drzwi. Komnata była skromnie umeblowana. Nie znajdowało się w niej wiele sprzętów poza ogromnym, nakrytym futrami łożem, na którym spoczywała kobieta, smukła, szczupła i mokra od potu. Jej ciało co rusz przeszywały serie drgawek. Na krześle obok łóżka siedział ogromny, siwowłosy mężczyzna, który trzymał ją za rękę. Spojrzał na Uthasa i Salacha, wchodzących do komnaty. W miejscu jednego z oczu znajdowała się poszarpana, brzydka blizna. – Witaj, Jednooki. – Uthas się ukłonił. – Jak się trzyma Śniąca? Balur Jednooki wzruszył ramionami. 11


– Gdzie jest Nemain? – Tu jestem – odpowiedział kobiecy głos. Uthas spojrzał ku przeciwnej ścianie, gdzie w zwieńczonym łukiem przejściu stała samotna olbrzymka, opromieniona bladym blaskiem dnia. Była to Nemain, królowa olbrzymów Benothi. Na balkonie za jej plecami gromadziły się kruki, z których jeden wskoczył jej na ramię. – Moja pani. – Uthas pochylił głowę. – Witaj z powrotem – odpowiedziała Nemain. Jej mlecznobiałą, kanciastą twarz okalały długie kosmyki koloru zmierzchu. – Czy przynosisz jakieś wieści? – Dużo się dzieje na południu – odparł Uthas. – Narvon toczy wojnę z Ardanem, a wojownicy Cambrenu maszerują na wschód. – Urwał i odetchnął głęboko. Kolejne słowa zamarły mu na ustach. Obawiał się odpowiedzi, którą spodziewał się usłyszeć. – Nasi wrogowie walczą sami ze sobą. Nadeszła pora, by zaatakować i odebrać to, co należy do nas. Proszę, Nemain, wydaj rozkaz!, błagał ją w myślach. Oszczędź mi tego, co będę musiał zrobić, jeśli odmówisz. Nemain uśmiechnęła się bez wesołości. – Mielibyśmy uderzyć na południe? Jesteśmy pognębionym, wytępionym narodem, Uthasie, i sam dobrze o tym wiesz. Jest nas zbyt niewielu, by obsadzić tę fortecę, nie mówiąc już o krainach południa, które kiedyś należały do nas. Poza tym, stoi teraz przed nami inne zadanie. Znów wyszła na balkon, a Uthas westchnął i podążył za nią. Zimne powietrze kąsało jego skórę. Skalna ściana, z której wyrósł balkon, opadała ostro ku ziemi, spowita u stóp kłębami mgły. W oddali ciągnęły się ciemne, granitowe skały i białe połacie śniegu, spod którego tu i ówdzie wyłaniał się sztywny wrzos. Wokół balkonu kołowały kruki, unosząc się na podmuchach wiatru. Jeden z nich zakrakał i skręcił, by wylądować obok Nemain. Królowa w zamyśleniu pogładziła go po łebku, a ten zakłapał dziobem w odpowiedzi. – A co się dzieje na zachodzie? – spytała. – Co z Domhainem? 12


– O tym akurat wiemy niewiele. – Uthas wzruszył ramionami. – Przypuszczam, że Eremon się starzeje i cieszy się z tego, że nie musi się niczym zajmować. Ten bandraoi Rath stoi nam jednak na drodze – parsknął. – Nie poddaje się. Poluje na naszych zwiadowców i najeżdża nasze ziemie na czele swoich łowców olbrzymów. Polała się już krew. – Ach – zasyczała Nemain, a jej oczy błysnęły czerwienią. – O niczym nie marzę bardziej niż o dniu, gdy wyruszę na czele armii i odbiorę to, co utraciliśmy! Gdy przypomnę Rathowi o tym, dlaczego nas nienawidzi. – No to na co czekamy?! – zawołał Uthas. Jego krew zaczęła krążyć żywiej, a w sercu zajaśniała nadzieja. – Nie możemy ruszyć na wojnę – przypomniała Nemain. – Musimy strzec kotła. Nie możemy dopuścić do tego, by ktokolwiek jeszcze zrobił z niego użytek. Nie może wpaść w niepowołane ręce. Dla Uthasa te słowa były równie bolesne jak uderzenie młotem. Decyzja królowej określiła jego przyszłość. – Ale musimy wiedzieć, co się dzieje za granicami. Domhain nie może skrywać przed nami swych tajemnic. Weźmiesz oddział i wyruszysz na południe, by poznać plany Eremona. – Jak rozkażesz, moja pani – rzekł Uthas. – Sam dobierz ludzi, ale nie zabieraj ze sobą zbyt wielu. Silny oddział niewiele ci da, lepiej, byś był w stanie szybko się przemieszczać. I nie zwracaj na siebie uwagi Ratha. – Postąpię zgodnie z twoją wolą. Z komnaty za ich plecami dobiegł przenikliwy krzyk. Kobieta, która jeszcze przed chwilą leżała na łóżku, siedziała teraz wyprostowana, a pociemniałe od potu włosy kleiły się do jej twarzy. Wytrzeszczone oczy lśniły dziko. Balur złapał ją za rękę i szeptał coś do niej. – Ethlinn, co widziałaś? – zapytała Nemain. Blada kobieta nabrała tchu, drżąc na całym ciele. – Nadchodzą – szepnęła. – Kadoshim są coraz bliżej. Czują obecność kotła. Czarne Słońce chce, by stali się cieleśni. Idzie po kocioł. 13


Rozdział drugi

CYWEN

Cywen przebudziła się powoli, jakby stopniowo zalewana przez falę świadomości. Najpierw ocknęło się jej czucie. Tępy, pulsujący ból w głowie, ramieniu, biodrze. Bolało ją całe ciało, ale w tych miejscach najbardziej. Potem zaczęła słyszeć. Ciche jęki i postękiwania, czyjeś głośne kroki, chropowaty szelest, jakby ktoś wlókł wielki ciężar. Krzyk mew i odległy szum morza. Próbowała otworzyć oczy, ale jedno z nich zaropiało i powieki nie chciały się rozchylić. Blask słońca wbił się w głąb jej głowy niczym ostrze noża. Gdzie ja jestem? Rozejrzała się i dostrzegła wojowników w czerwonych płaszczach, którzy wlekli ciała po wybrukowanym kamieniami dziedzińcu, pozostawiając rozmazane, krwawe ślady. Ciała lądowały na wielkim stosie nieopodal. Niespodziewanie przytłoczyły ją wspomnienia. Rozmowa na murze z Marrockiem, Evnis na dziedzińcu, wojownicy w czerni w twierdzy, otwierające się bramy, Conall... Poczuła coś miękkiego pod sobą i naraz uświadomiła sobie, że leży na ciele jakiejś kobiety, nieruchomym i wpatrującym się w nią pozbawionym życia wzrokiem. Poderwała się niezdarnie i zatoczyła, gdy świat zawirował na moment wokół niej. Kamienna Brama stała otworem, a na moście trwał ożywiony ruch. Wśród ludzi, którzy opuszczali fortecę bądź do niej wracali, 14


przeważali ci w czerwonych płaszczach Narvonu. Bladoniebieskie niebo brudziły kolumny czarnego dymu, szarpane przez lekki wiatr znad morza tak, że trudno było rozpoznać, gdzie kończył się dym, a zaczynało niebo. Bitwa została przegrana. Dun Carreg wpadło w ręce wroga. Wtedy inna, nowa myśl przecięła mgłę, która wypełniała umysł Cywen. Moja rodzina. Spojrzała na rozrzucone wokół ciała i przypomniała sobie upadek wraz z Conallem, ale nie widziała go nigdzie pośród zmarłych. Przez myśl przemknęły jej oblicza mamy i taty, a potem Corbana i Gara. Gdzie się wszyscy podziali? Nikt jej nie przeszkadzał, gdy opuściła dziedziniec i ruszyła uliczkami przed siebie, przyglądając się zabitym. Wszędzie natra�ała na ciała, czasami pojedyncze, kiedy indziej spiętrzone w stosy w miejscach, gdzie trwały najbardziej zacięte walki; niektóre wciąż były splecione w makabrycznym uścisku. Kierowała się w głąb fortecy, a z każdym jej krokiem smród dymu i ognia stawał się intensywniejszy. Sama nie wiedząc jak, dotarła do stajni, gdzie natra�ła na sporą grupę wojowników w czerwonych płaszczach, zajmujących się przestraszonymi, rozglądającymi się dziko końmi. Na wybiegu dostrzegła Tarczę, ogiera Corbana, ale chwilę później koń znikł w kłębowisku innych. Gdzie jest Gar?, zastanawiała się Cywen. Szła przed siebie jak we śnie, wpatrując się w twarze poległych, szukając wśród nich członków swej rodziny. Czuła ulgę za każdym razem, gdy kolejne pozbawione życia oblicze okazywało się obce. Nie ustawała jednak w poszukiwaniach, owładnięta coraz większym szaleństwem, aż uświadomiła sobie, że dotarła na niewielki dziedziniec przed salą biesiadną. Wznosiła się tam jeszcze jedna sterta trupów, większa niż ta przed Kamienną Bramą. Wszędzie dookoła Cywen widziała rannych wojowników, brudnych od popiołu i krwi. W kącie dostrzegła kilkunastu mężczyzn w szarych szatach Ardanu, pokonanych, skupionych razem, niektórych poranionych. Strzegł ich oddział króla Owaina. 15


Z wnętrza sali biesiadnej dobiegał dziki lament. Dziewczyna dostrzegła ludzi wynoszących coś dużego – blat stołu bądź drewnianą ściankę, którą następnie z głuchym stuknięciem oparto o jedną z kolumn przy wejściu. Do desek przytwierdzono ludzkie ciało, zalane krwią, ale nadal rozpoznawalne. Cywen poczuła gwałtowny skurcz. Król Brenin. Wisiał z kołyszącą się głową i wykrzywionymi ramionami, z nadgarstkami i kostkami przybitymi do desek. W jego klatce piersiowej ziała krwawa jama. Cywen wypluła żółć na poplamione krwią kostki bruku. Wokół powoli opadały płatki popiołu, przypominające czarny śnieg. Otarła usta i potykając się, podeszła do wejścia, wpatrzona w ciało Brenina. – Proszę cię, Elyonie, Ojcze Ojców – modliła się – ocal mą rodzinę. Zatrzymała się przed trupem króla i trwała tak, wpatrzona w niego, aż potrącił ją jakiś wojownik i nakazał zejść sobie z drogi. Smagnęła go niechętnym spojrzeniem. Z sali biesiadnej znów dobiegły jakieś odgłosy. W środku trwało zamieszanie. Krzykom wielu mężczyzn odpowiadał głuchy warkot. Burza? W ułamku sekundy Cywen znalazła się w środku i zamrugała, by jej oczy szybciej dostosowały się do ciemności. W sali panował nieład. Stoły i krzesła leżały przewrócone, a kolumny i belki były poczerniałe od ognia. Pod su�tem nadal kłębił się dym po dopiero co ugaszonym pożarze. Uwagę dziewczyny przyciągnęli jednak przede wszystkim ludzie, którzy się tam zgromadzili. Ujrzała Owaina rozmawiającego z Nathairem, a wokół niego grupkę odzianych na czarno wojowników, którzy natarli na bramy. Towarzyszyli im również Evnis oraz Conall. Cywen poczuła nagły przypływ gniewu, a jej dłoń odruchowo sięgnęła po nóż, ale skrzywiła się, przypomniawszy sobie, że wykorzystała wszystkie ostrza podczas walki zeszłej nocy na murach. Chwilę później dojrzała powód zamieszania, który przyciągnął jej uwagę jeszcze na dziedzińcu. Grupa wojowników otaczała coś, co warczało i kłapało szczękami. 16


– Zabij to i tyle – rzekł jeden z nich. Wśród ludzkich postaci dziewczyna dostrzegła błysk ostrych, białych zębów, płaski pysk i brązowe, pręgowane futro. – Buddai – szepnęła i podbiegła bliżej, przepychając się między wojownikami. Ci utworzyli półokrąg wokół psa. Buddai stał naprzeciwko nich z pochylonym łbem i obnażonymi kłami. Cywen wyhamowała, łapiąc równowagę. Buddai obrócił ku niej wielki łeb i kłapnął szczękami, ale nagle ją rozpoznał. Zaskomlał i zamerdał ogonem niepewnie, nie wiedząc, jak zareagować na widok kogoś znajomego w miejscu przepełnionym śmiercią, kogoś, kto należał do jego watahy. Dziewczyna skoczyła w stronę psa, otoczyła go ramionami i wtuliła twarz w jego futro. Trwała tak przez dłuższą chwilę, a jej łzy wsiąkały w psią sierść. Po chwili cofnęła głowę, odepchnęła pysk liżącego ją po twarzy psa i spojrzała w dół. – A więc to dlatego tu jesteś – szepnęła. Jej ojciec leżał na podłodze. Jego oczy były szkliste i bez życia, a ciało pokrywały rozliczne rany. Zaschnięta krew zdążyła już poczernieć. Szlochając, Cywen uklęknęła obok ciała Thannona i delikatnie musnęła końcami palców jego policzek. A więc wszyscy zginęli, tak?, pomyślała. Przycisnęła głowę do piersi Thannona. Buddai wtulił się również i trącił pyskiem dłoń wielkiego kowala, która bezwładnie opadła na podłogę. – Dziewczę! – rozległ się czyjś głos. W plecy Cywen wbił się tępy koniec włóczni. – Czego? – Zmykaj stąd! – rzekł mężczyzna, starszy wojownik z siwymi kosmykami w rudej brodzie. – Nie! – odparła Cywen i jeszcze mocniej wtuliła się w ojca. – Musimy wysprzątać tę salę, dziewczę, a ten pies nie pozwala nam się do niego zbliżyć! – Wojownik trącił końcem włóczni but Thannona, na co Buddai warknął głucho. – Jeśli uda ci się zabrać tego psa, to tym lepiej, bo w przeciwnym razie trzeba będzie go zabić. 17


Zabić Buddaia? Tylko nie to... Dość już śmierci..., pomyślała Cywen. – Ja... Tak... – wyjąkała i wytarła nos oraz oczy. Uklęknęła przed psem i przesunęła dłońmi po jego ciele. Jego przednią łopatkę pokrywała zaschnięta krew i zwierzę zaskomlało, gdy dotknęła rany. – Chodź ze mną, Buds – szepnęła. – Bo i ciebie zabiją. Pies przechylił lekko łeb i wpatrywał się w nią, nie rozumiejąc niczego. Cywen wstała, odeszła kilka kroków i zawołała. Ogar niechętnie zrobił krok ku niej, ale obejrzał się na nieżyjącego pana i zaskomlał z żałością. – Chodź! Buds, do nogi! – Cywen poklepała się po udzie i pies tym razem podszedł do niej. Rudobrody wojownik skinął głową i przystąpił do pracy. Nikt nie zwracał na Cywen uwagi. Dziewczyna wydawała się być tylko kolejną, zakrwawioną i brudną uczestniczką nocnej tragedii. Mężczyźni w sali zajęci byli sprzątaniem i opatrywaniem ran towarzyszy. Owain i Nathair wciąż rozmawiali, choć Cywen zauważyła, że przyboczny króla Tenebralu, odziany na czarno wojownik zwany Sumurem, wbił w nią wzrok. – Chodź, Buddai – powiedziała. – Wynośmy się stąd. Odwróciła się ku drzwiom i wtedy na kogoś wpadła. – Uff! – stęknął młodzieniec. – Patrz pod nogi, ty... O, to ty. Cywen zamarła. Człowiekiem, z którym się zderzyła, był Rafe. Syn łowczego wbił w nią wściekłe spojrzenie. Buddai zawarczał i Rafe zrobił krok w tył. Miał wilgotne, przybrudzone popiołem włosy, a pod zaczerwienionymi oczami widniały ciemne plamy. Widać było, że jeszcze przed chwilą ulegał rozpaczy. Odniósł ranę tuż nad kolanem, którą obwiązał postrzępionym bandażem – schnąca krew ściekła aż po jego buty. – To sprawka twego brata – oznajmił, gdy zauważył, że dziewczyna wpatruje się w jego nogę. – Kolejny dług do spłacenia. – Ban... – szepnęła Cywen. Wzmianka o bracie obudziła ból w jej sercu. – A więc on żyje? 18


Ledwo odważyła się wypowiedzieć tę myśl na głos. – Może, ale nie na długo. Dorwiemy go! Dorwiemy ich wszystkich! – Wszystkich? Kogo jeszcze? Moją mamę? Gara? Rafe spojrzał na nią i uśmiechnął się powoli. – A więc zostałaś sama jak palec, malutka? Cóż, przyzwyczaj się lepiej do tego. Cywen poczuła przypływ gniewu. Nigdy dotąd nie nienawidziła nikogo tak jak Rafe’a w tym momencie. Znów sięgnęła po noże i zaklęła w myślach, gdy przypomniała sobie, że przecież ich nie ma. – Ty zdrajco! – zasyczała. – Zdrajca? Wszystko zależy od tego, z której strony na to patrzysz – odparł Rafe, ale mimo to zmarszczył czoło. – Ja widzę to tak, że Evnis jest moim panem i wypełniam jego rozkazy. Co więcej, zdaje mi się, że postawił na właściwego konia! – Póki co – mruknęła Cywen. – Wiele spraw właśnie uległo zmianie. – Rafe pogroził jej palcem. – I biada ci, jeśli szybko się z tym nie pogodzisz. Osobiście radzę, byś od tej pory zwracała uwagę na swoje zachowanie. Wszyscy twoi obrońcy zniknęli bez śladu. Nie jesteś nikim wyjątkowym, skoro cię porzucili, prawda? – Uśmiechnął się szyderczo. – Przemyśl to sobie. Cywen chciała go uderzyć. Słowa Rafe’a był ostre niczym jej noże i raniły do żywego. Zacisnęła pięści, świadoma, że jakikolwiek przejaw agresji w tej chwili byłby raczej kiepskim pomysłem. Rafe spojrzał przez ramię, a dziewczyna zerknęła w tym samym kierunku. Evnis, któremu nadal towarzyszył Conall, przyzywał właśnie chłopaka do siebie. – Jeszcze się zobaczymy – rzekł Rafe. – I nie martw się, znajdziemy dla ciebie twą rodzinę. Skrzywił się nieprzyjemnie i przeciągnął palcem po gardle, od ucha do ucha. Cywen nie mogła tego dłużej znieść. Nim się zorientowała, przypadła do Rafe’a i wbiła kolano w jego krocze. Chłopak zgiął się wpół i skulił na podłodze, jęcząc. 19


– Trzymaj się z dala ode mnie i mojej rodziny! – warknęła na niego. Za jej plecami rozległ się śmiech. Rudobrody wojownik wraz z kilkoma innymi przyglądał się jej z rozbawieniem. – Pasujecie do siebie z tym psem – powiedział i uśmiechnął się szeroko, a Cywen zarumieniła się i zdusiła ciętą ripostę, pojmując, że najlepiej będzie się stąd wynieść. Pochyliła głowę i skierowała się ku wyjściu. Buddai podążył za nią. Nim wyszła na światło słoneczne, spojrzała na Rafe’a, który podnosił się z trudem. Sumur nadal się jej przyglądał. O niczym tak nie marzyła, jak o tym, by znaleźć się w domu. Pognała ulicami wraz z utykającym psem. Pchnęła drzwi do kuchni, niemalże spodziewając się, że za moment ujrzy mamę krzątającą się przy piecu i ojca siedzącego za stołem, zajadającego coś pysznego. Zawołała nawet głośno, licząc na to, że ktoś jej odpowie. Przeszukała wszystkie pokoje, a potem wróciła do kuchni. Dom był pusty i pozbawiony życia w tym samym stopniu co spojrzenie jej ojca. Gdzie oni byli? – Zniknęli – szepnęła. Rozpacz narastała, aż dziewczyna wybuchnęła płaczem, wsparta o stół kuchenny. Wszyscy zniknęli. Odeszli. Porzucili mnie, pomyślała. Słowa Rafe’a rozbrzmiewały jej w głowie. Jak oni mogli to zrobić? Jak mogli mnie porzucić? Spojrzała na Buddaia, a ten zerknął na nią z ufnością. Znów przypomniało jej się ciało ojca, pokryte płatami zaschniętej krwi, i jego przerażające, puste oczy. Żałowała, że nie ma mamy, która mogłaby ją przytulić i pocieszyć. Że nie ma Bana, jej brata i najlepszego przyjaciela. Dlaczego ją zostawił? Kolejna fala rozpaczy okazała się silniejsza od poprzedniej. Cywen osunęła się na podłogę, oplotła Buddaia ramionami i płakała rozdzierająco, a pies lizał jej mokre od łez policzki i wtulał się w nią z troską.

Profile for Wydawnictwo Mag

Męstwo  

“Męstwo”, drugi tom cyklu “Wierni i Upadli” autorstwa Johna Gwynne’a, trzyma w napięciu równIe mocno jak pierwszy.

Męstwo  

“Męstwo”, drugi tom cyklu “Wierni i Upadli” autorstwa Johna Gwynne’a, trzyma w napięciu równIe mocno jak pierwszy.

Advertisement