Issuu on Google+


CATHERYNNE M. VALENTE

PALIMPSEST

PRZEŁOŻYŁ WOJCIECH SZYPUŁA

WYDAWNICTWO MAG WARSZAWA 2010


Tytuł oryginału: Palimpsest Copyright ©2009 by Catherynne M. Valente Copyright for the Polish translation © 2010 by Wydawnictwo MAG Redakcja: Joanna Figlewska Korekta: Urszula Okrzeja Projekt graficzny serii: Piotr Chyliński Ilustracja i opracowanie graficzne okładki: Irek Konior Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń ISBN 978-83-7480-176-8 Wydanie I Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax (0-22) 813 47 43 e-mail: kurz@mag.com.pl http://www.mag.com.pl Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. (22) 721-30-00 www.olesiejuk.pl Druk i oprawa: drukarnia@dd-w.pl


Dmitrijowi – mapie, dzięki której znalazłam to miejsce


Spójrz, jak strop niebieski Upstrzyły gęsto złote lampy gwiazd. Najmniejsza, nawet z tych, które dostrzegasz, Śpiewa jak anioł w swym okrężnym biegu, Wtórując bystrookim cherubinom; Taka harmonia jest i w nieśmiertelnej Duszy, i tylko gruba warstwa gliny, Jaką jest nasza cielesna powłoka, Tłumi jej dźwięki. William Shakespeare, „Kupiec wenecki” (przeł. S. Barańczak)


Frontyspis Kołyska stawania się i rozpadania


Róg Szesnastej i Hieratycznej

Na rogu Szesnastej i Hieratycznej fabryka śpiewa i wzdycha. Spójrz: jej cienkie wieże błyskają zielono i plują w noc długimi jęzorami białego ognia. Casimira włada tym miejscem, tak jak przedtem władał nim jej ojciec, wcześniej babka, a przed nią zapewne jej najdalszy przodek. Miło jest ich sobie wyobrazić, jak na przemian kurcząc i prostując trąbokształtne palce, muskają nimi maszynerię z patyków i kości. Jakaś Casimira zawsze tu była – poza tymi rzadkimi okresami, kiedy był Casimir. Robotnicy przynoszą sobie lunch w muszlach. Mają niezwykłe uniformy: zachodzące na siebie białe i zielone łuski, obrzydliwie klejące się do skóry, połyskujące w blasku wież. Nie noszą innych ubrań; widać każdą krzywiznę i każdą zmarszczkę. Tanecznym krokiem wchodzą do fabryki, mijają tych schodzących z poprzedniej zmiany, ich wężowe ciała prężą się, wiją i falują pod zegarem, który przy odbijaniu kart wygrywa wesoły, rytmiczny kurant. Mają rybie oczy; trzecia powieka jest na wpół przymknięta w wyrazie sennej rozkoszy, gdy brykają i wirują w wyznaczanym przez maszyny rytmie. A cóż takiego produkuje ta fabryka? Jak to co: wszelkie robactwo Palimpsestu. Jest w niej prasa, która nabija karaluchom lśniące zielono pancerzyki; znak producenta zostaje sprytnie ukryty pod lewym skrzydłem. Jest sztanca do bicia nowych szczurów; kiedy spod niej wychodzą, ich szara sierść jest

9


sztywna i błyszcząca. Są osobne formy do wiewiórek i pręgowców, jest też maszyna, która wytwarza zwykłe myszy. Jest wirówka do produkcji pająków; jest odlewnia jaszczurek; jest wiekowa i delikatna machina, która wypuszcza na przemian muchy i komary – tak wycyzelowane, tak doskonałe, jakby składały się tylko z cieniutkiego drutu miedzianego, waty cukrowej i światła. Prasa drukarska produkuje graffiti: tętniące blaskiem litery w kolorach szkarłatu, czerni, jaskrawej żółci i charakterystycznej dla Casimiry zieleni. Litery wyfruwają przez wysoko umieszczone okna i rozpłaszczają się na murach, filarach wiaduktów i wagonach kolejowych. Kiedy w fabryce rozlega się wieszczący koniec zmiany dźwięk rogu – trąbki wykonanej z jeleniego poroża, przekazanej Casimirze przez jedynego z wujów, który zaprzeczył rodzinnej tradycji i został zwykłym myśliwym, wprawiając tym cały klan w hałaśliwą, choć sytą konsternację – z otworów produkcyjnych wypływa fala życia: krety, żuki, szpaki, nietoperze, mrówki, larwy, ćmy i modliszki lśnią świeżą warstwą szczeliwa i drżą, słysząc dźwięk płynący z prawie niewidocznych urządzeń szepczących wprost do ich atawistycznych umysłów, że ich pani je kocha, stale o nich myśli i tuli je do piersi. Siedząca w swoim gabinecie Casimira przymyka oczy i wsłuchuje się w mowę skłębionych mas, szepczących do swojej matki. Na koniec dnia opowiadają jej wszystko, czego dowiedziały się o życiu. To konieczność. Żadnej innej rodzinie miasto nie składa tak często oficjalnych podziękowań.

*** Po jednej stronie ulicy: salonik wróżki. Pióropusze palm krzyżują się nad wejściem. W środku stoją cztery czerwone krzesła, a przed nimi cztery zwierciadlane misy wypełnione atramentem, czarnym, skłębionym. Do pokoju wchodzi ciężkim krokiem Orlande, kobieta w złachmanionym futrze z lisów. Jej zakutana w kilka warstw szali głowa jest głową żaby – zieloną, plamiastą, wyłupiastooką. W szerokich ustach porusza się różowy język; nerwowo oblizuje wargi. W błoniastych łapach niesie kubki z lurowatą herbatą, w której pływają żółte liście. Nie roni ani kropli. Herbata jest słodka. Najsłodsza. Orlande nie przyjmuje samotnych klientów. Dlatego na czerwonych krzesłach zasiada czworo przybyszów. Pod płazim okiem Orlande zdejmują skarpetki, zanurzają stopy w atramentowej łaźni i biorą się za ręce. Tak wygląda wstęp do każdej wizyty w Palimpseście. Kiedy tam traficie, Orlande odbierze od Was płaszcze, posadzi Was na

10


krzesłach i stworzy z Was rodzinę; złoży Was jak arkusz formatu quarto. Dla każdego wyciągnie kartę – widzisz? Tobie przypadł Dziurawy Statek, odwrócony; symbolizuje Zniekształcenie, Długą Podróż bez Oświecenia, Podagrę – i czerwoną przędzą przewiąże Wam ręce. Gdziekolwiek zbłądzisz w Palimpseście, zawsze będziesz związany z obcymi, którzy trafili do saloniku Orlande w tym samym czasie co Ty. Nigdzie bez nich nie pójdziesz; nie zjesz kapłona ani orzesznicy, których i oni by nie zjedli; nie napijesz się przesłodzonego portwajnu, którego i oni by nie posmakowali; nie odwiedzisz dziwki, której i oni nie poczuliby pod sobą. Dopóki atrament nie zmyje się z Waszych nóg (a to, biorąc pod uwagę, że Orlande jest istotą bagienną i zna się na błocku jak mało kto, musi trochę potrwać), nie zdołasz nawet odetchnąć, jeśli i oni nie będą oddychać.

*** Jest ich teraz czworo. Zajrzymy tam? Zmącimy im tę sakramentalną chwilę prywatności? Czy jesteśmy takimi zatwardziałymi podglądaczami? Mnie się wydaje, że tak. Po co w przeciwnym razie podchodzilibyśmy tak blisko drzwi z cynamonowego drewna, tak blisko okien z popękanymi szybami? Zajrzyjmy. Zmąćmy. Taką mamy naturę. Dziewczyna o niebieskich włosach półleży bezwładnie na krześle. Jej nieruchoma dłoń jest przywiązana do nadgarstka łysiejącego blondyna, który ma zaniedbane paznokcie i palce poplamione fioletowoczarnym atramentem. Siedzi skoncentrowany, nie odrywa wzroku od Orlande, która jest dla niego cudem, objawieniem – on dla niej zaś tylko kolejnym klientem, o którym szybko i łatwo zapomni. Jest tam jeszcze jedna kobieta. Woal ciemnych włosów nieokreślonej barwy opada jej na ramiona. Na jej policzku znak po użądleniu pszczoły rozkwita jak ślad po pocałunku. Palce jej dłoni są splecione z palcami młodego chudzielca w szarych roboczych spodniach, z pękiem kluczy przy pasku. Chudzielec próbuje jej spojrzeć w oczy, lecz bez powodzenia. Ona nie jest dla ciebie, nieszczęsny chłopcze! Są tacy młodzi – młodzi, senni, nic niewiedzący... i niepoznawalni, prawdę mówiąc. Gęsty atrament Orlande wsiąka im w podeszwy stóp. Dziewczyna o niebieskich włosach ziewa – szczerze, bez zahamowań, jak noworodek w beciku.


Jeden Sic transit Tokio

Sei przycisnęła policzek do zimnej szyby. Za szerokim oknem, pod niebieskimi jak światło latarń chmurami, przemykały czarne pasma gór. Wiedziała, że przygląda się jej mężczyzna – w taki sposób, w jaki zawsze przyglądali się jej mężczyźni w pociągu. Wagon chybotał się łagodnie na boki, kołysząc pasażerów jak stroskana matka dziecko. Przygryzła koniuszki ciemnoniebieskich włosów – głupi dziecinny nawyk, którego nie umiała się pozbyć. Wilgotne pasemko opadło jej na odsłoniętą łopatkę. Pogładziła szybę opuszkami palców i poruszyła biodrami, ocierając się o biel wnętrza wagonu. Zawsze odczuwała taką pokusę w dalekobieżnych pociągach, które niczym fiszbiny gorsetu przecinały wyspę we wszystkich kierunkach. Shinkanseny były takie jasne, czyste i niewiarygodnie szybkie, jak mknące ku morzu świetliste węże. Nieskazitelne. Doskonałe. Niechybne. Ciarki przeszły jej po plecach, gdy spojrzenie mężczyzny prześliznęło się po jej ciele. Czuła na sobie zimne, czarne brzemię tego wzroku; wyprostowała ramiona, żeby się pod nim nie ugiąć. Teraz wpatrywał się w okolice jej krzyża, gdzie srebrno-czarna koszula rozpływała się kaskadą starannie upiętych jedwabnych sznurków i cynowych łańcuszków. Obserwował jej ciało pod sznurkami, zagięcie nóg pod nieskromną spódnicą, 12


odbicie poruszających się ust w szybie. Mgiełkę oddechu na szkle. Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, jak najprawdopodobniej wygląda: trochę za niski, w schludnym czarnym garniturze, ściska aktówkę jak talizman, ma pewnie początki siwizny na skroniach, jest bez obrączki. Oni wszyscy tak wyglądają. Odwróciła się. Koniuszki niebieskich włosów prześliznęły się po jej kościach biodrowych. Trochę za niski, w schludnym czarnym garniturze, aktówka przy piersi, zaczątki siwizny. Bez obrączki. Nie był zaskoczony ani zgięty wpół z pożądania, co często zdarzało się takim jak on. Patrzył na nią nieporuszony, z wyważonym, słodkim uśmiechem, jak żołnierz ze starego zdjęcia, zaginiony w jakiejś dawnej wojnie. Spokojnie, nie odrywając od niej wzroku, odwrócił lewą rękę i oparł ją, dłonią do góry, o krawędź jasnobrązowej aktówki. Zamiast bruzd i linii, wnętrze jego dłoni było wypełnione znamieniem, które w pierwszym odruchu uznała za obrzydliwe – czarne i obrzmiałe, wiło się i pulsowało przy każdym ruchu. Przywodziło na myśl pająka na pajęczynie: okrągłe, usadowione w środku dłoni, wypuszczało na boki odnóża, które sięgały nasady palców i rozpływały się w fałdach skóry między nimi. Podeszła do niego, z wprawą utrzymując równowagę w pędzącym pociągu, i spojrzała z bliska. Znamię przypominało malutką mapę, nakreśloną dziką, niewprawną ręką. Wzdłuż atramentowych linii biegły maleńkie litery – nazwy ulic, prawie nieczytelne. Przy nasadzie kciuka zauważyła nawet coś, co przypominało dziwny kompas. Kiedy nachyliła się nad mapą, mężczyzna zacisnął pięść. – Sato Kenji – powiedział. Mówił nie za głośno, nie za cicho, uprzejmie, spokojnie, oszczędnie. – Amaya Sei. Uniósł brew, ale minimalnie i bardzo szybko, tak że później nikt nie mógłby mu zarzucić, że naprawdę to zrobił. Sei znała ten wyraz twarzy. Imiona nic nie znaczą – ot, zwykłe zbitki głosek – ale tym, którym podobał się zarys jej talii, jej imię (oznaczające czystość i wyrazistość) często wydawały się znaczące, tak jakby miały nieosiągalną dla innych głębię. Zastanawiali się, czy naprawdę jest czysta, tak czysta, jak sugeruje to jej imię, cała w bieli, pełna dziewiczej gracji. Oparła przystrojoną licznymi pierścionkami dłoń na biodrze i przekrzywiła głowę jak lis węszący za pieczenią. – Co ci się stało w rękę? – Nic. – Kenji posłał jej kolejny staroświecki uśmiech. 13


Tym razem to ona uniosła brew – równie niebieską jak włosy i przebitą delikatnym kolczykiem z matowego metalu. Wskazał jej wolne siedzenie obok siebie i Sei, chociaż wiedziała, że to nierozważne, usiadła – zdenerwowana, spięta, gotowa w każdej chwili krzyknąć lub rzucić się do ucieczki, gdyby zaszła taka potrzeba. Ich uda się zetknęły. Na taką bliskość nie pozwoliła sobie nigdy przedtem, z żadnym innym pasażerem. – Wydaje mi się, że odrobinę za bardzo lubisz pociągi, Sei. Pachniał drzewem sandałowym i specyficzną, rzadką wonią czystych wagonów kolejowych. – To chyba nie powinno pana interesować, prawda? – Naturalnie, że nie. Zresztą sam też je lubię. Mam samochód, nie muszę jeździć shinkansenem z Tokio do Kioto i z powrotem jak jakiś Beduin. To kosztowny nawyk, lecz miłość to miłość. A prawdziwa miłość to przymus. Muszę, więc jeżdżę. Delikatnie nacisnął mosiężną zapinkę aktówki i wyjął ze środka cienką książkę w czarnej oprawie, z tytułem wytłoczonym srebrnymi literami: HISTORIA KOLEJNICTWA NA WYSPACH JAPOŃSKICH Sato Kenji. Sei pogładziła okładkę, tak jak wcześniej szybę w oknie. Własna skóra wydawała się jej gorąca, rozpalona, zbyt ciasna, żeby pomieścić kości. Sato otworzył książkę. Miała grube, kosztowne kartki; prasa drukarska odcisnęła w kremowym papierze malutkie wąwozy znaków kanji, odrobinę głębsze niż powierzchnia stronic. Kenji wziął Sei za rękę. Miał bardzo czyste paznokcie. Czytał niskim, wibrującym głosem wspólnej obsesji: Tuż po wojnie, wśród maszynistów na Hokkaido krążyła legenda, wedle której dno Niebios miało być wyłożone srebrnymi torami kolejowymi, w których trzecia szyna miała być zrobiona z litej macicy perłowej. Jeżdżące po nich pociągi miały się prezentować bajecznie nawet przy współczesnych japońskich shinkansenach: wagony, w których rosną lasy sosen o gałęziach obwieszonych złotymi lampionami; wagony pełne tarasowych poletek ryżowych; wagony tapicerowane czerwonym jedwabiem, gdzie kucharze podają zupę, kulki ryżowe i herbatę z persymony w kruchych czarkach, w których tonie zgrabna grudka opium. Te pociągi mijają się w wielkim pędzie i absolutnej ciszy, przewożąc duchy, które trzymają się gałęzi drzew jak pasażerowie uchwytów, zrywają 14


zielony ryż i jedzą go na surowo, a potem osuwają się bez przytomności w ramiona kobiet, które mają twarze, od podbródka po czoło, pomalowane na czerwono. Pociągi nigdy się nie zatrzymują ani nie zwalniają i trzeba wielkiej odwagi, by, przechodząc z wagonu do wagonu, dotrzeć do kabiny maszynisty. Na tym jednak kończą się wszelkie relacje i opowieści i nikt nie wie, co się w niej znajduje. Na Hokkaido, gdzie śnieg i lód są tak białe, że wpadają w błękit, mówi się, że tylko najwyższej rangi inżynierowie Kolei Japońskich znają rozkład torów na dnie Nieba. Ich kolejne pokolenia pracują ponoć na Ziemi, powoli, lecz wytrwale, kładąc nowe tory w taki sposób, by dokładnie odzwierciedlały układ tych niebiańskich. Kiedy dokończą dzieła, cudowne wagony spadną z nieba i wszyscy mieszkańcy ziemi poznają – nie płacąc za bilet okrutnej ceny, jaką byłaby śmierć – spojrzenie czerwonych kobiet, światło lampionowych lasów i smak herbaty z persymony. Sato Kenji uniósł wzrok znad książki i spojrzał Sei w oczy. Wiedziała, że jest zaczerwieniona, i wcale się tym nie przejmowała. Ręce jej się trzęsły, nogi ją bolały, nie mogła okiełznać przyspieszonego oddechu. Ona również nie dlatego jeździła pociągami, że potrzebowała ich jako środka transportu: tęskniła do nich, tęskniła do zimnego powiewu powietrza na smaganym wiatrem peronie, do dyskretnego szeptu drzwi zamykających się za jej plecami, gdy pociąg przyjmował ją jak swoją. To pragnienie narodziło się w niej na długo przed tym, jak Kenji wsiadł do jej wagonu. Ich ręce – udręczone pociągami – zetknęły się. Sei wyjęła książkę z rąk Kenjiego i przycisnęła do piersi. Serce waliło jej jak młotem, jakby chciało odczytać treść książki przez kości, ciało i skórę, bez pośredników, zachłannie, tuląc komory wprost do stronic. Połączyło ich porozumienie: ona już nie odda mu książki, a on nie poprosi o jej zwrot. Zamiast tego (później będzie się zastanawiać, dlaczego to zrobiła, dlaczego coś takiego w ogóle przyszło jej do głowy, i nie znajdzie odpowiedzi na to pytanie) wzięła Kenji Sato za rękę i zaciągnęła go w telepiące się, rozdygotane miejsce między wagonami, gdzie wiatr wył i świszczał w szczelinach podłogi, a białe ściany przechodziły w chrom. Pocałowała jego siwe włosy. Dzieląca ich przestrzeń stała się gęsta i skwiercząca, i choć Sei powtarzała sobie w duchu, że to nierozważne i nierozsądne, zagłębiła się w tym rozgorączkowanym, obłąkańczym powietrzu, żeby się w niego zagłębić, wniknąć w jego usta i pod skórę. 15


Wtulił twarz w jej szyję, dźwignął ją, jakby nic nie ważyła, i oparł plecami o drzwi wagonu; niebieskie włosy rozsypały się na szybie. Cichy okrzyk Sei zabrzmiał jak wizg silnika, kiedy przywarła do niego, przemieściła się, żeby ułatwić mu wejście. Czuła na obojczyku jego ciepły, miarowy oddech. Położył jej dłoń na plecach; gorący dotyk czarnego znamienia był jak oparzenie, jak piętno. Przycisnęła książkę do jego pleców i zamknęła oczy. Czuła każdy wstrząs, każde szarpnięcie wagonów. Wydawało jej się, że jest olbrzymia – i rozpęknięta, jakby przyjęła w siebie cały ten ogromny pociąg, jakby rozedrgane pchnięcia intelektualisty Kenjiego były miłosnymi ruchami jej ukochanego shinkansena, dla których człowiek z aktówką był zaledwie przewodnikiem i pośrednikiem, a one przeszywały go na wylot i wnikały w nią, prowadzone srebrną siecią niebiańskich torowisk.


Palimpsest