Issuu on Google+


Szklany dom Charles Stross

Przełożył Wojciech M. Próchniewicz

Wydawnictwo MAG Warszawa 20


Tytuł oryginału: Glasshouse Copyright © 2006 by Charles Stross Copyright for the Polish translation © 20 by Wydawnictwo MAG Redakcja: Joanna Figlewska Korekta: Elwira Wyszyńska Ilustracja na okładce: Irek Konior Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 2 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 34 743 e-mail: kurz@mag.com.pl www.mag.com.pl Warszawa 20 Wydanie I ISBN 978-83-7480-202-4 Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 9, 05-850 Ożarów Maz. tel. 227 23 000 www.olesiejuk.pl Druk i oprawa: drukarnia@dd-w.pl


Kenowi MacLeodowi


Podziękowania Podziękowania należą się: Jamesowi Nicollowi, Robertowi „Nojay” Sneddonowi, Cory’emu Doctorowowi, Andrew J. Wilsonowi, Caitlin Blasdell, Davidowi Clementsowi, Seanowi Ericowi Faganowi, Farah Mendlesohn, Kenowi MacLeodowi, Juliet McKenna i wszystkim tym, co zawsze.


– Aparat ten – powiedział i ujął rękojeść korby, na której się oparł – jest wynalazkiem naszego poprzedniego komendanta. (...) Czy słyszał pan o nim? Nie? A więc nie przesadzę, jeśli powiem, że urządzenie całej kolonii karnej jest jego dziełem. My, jego przyjaciele, wiedzieliśmy już w chwili jego śmierci, że urządzenie kolonii jest dziełem na tyle skończonym w sobie, że jego następca, choćby miał w głowie tysiąc nowych planów, nie będzie mógł – przynajmniej w ciągu wielu lat – zmienić nic ze starego. (...) Szkoda, że nie znał pan poprzedniego komendanta! Kolonia karna, Franz Kafka (tłum. Juliusz Kydryński)

Kto dziś pamięta o Ormianach?

Adolf Hitler, 939


Ustroje pochodzące od Republiki Byt nie używają dni, tygodni ani innych ziemskich miar kalendarzowych, chyba że w kontekście historycznym lub archeologicznym; jako podstawową jednostkę czasu zachowano jednak klasyczną sekundę. Oto podręczny przelicznik:  sekunda – sekunda, czas, w jakim światło przebywa 299 792 458 metrów w próżni.  kilosekunda – w archaicznych jednostkach 6 minut. 00 kilosekund ( doba) – w archaicznych jednostkach  dzień i 3 godziny.  megasekunda ( cykl) – 0 dób. W archaicznych jednostkach  dni i 6 godzin. 300 megasekund ( m-rok) – 300 dób. W archaicznych jednostkach 337 ziemskich dni ( miesięcy).  gigasekunda – w archaicznych jednostkach około 3 ziemskich lat.  terasekunda – w archaicznych jednostkach około 3 tys. ziemskich lat (połowa wieku ludzkiego gatunku).  petasekunda – w archaicznych jednostkach około 3 mln ziemskich lat (połowa czasu od końca epoki kredowej).


. Pojedynek Ciemnoskóra ludzka kobieta z czterema rękami idzie do mnie przez parkiet klubu. Ma na sobie tylko pas z ludzkich czaszek. Włosy tworzą dymny wieniec wokół otwartej i pełnej ciekawości twarzy. Jest mną zainteresowana. – Jesteś tu nowy, prawda? – pyta, przystając przy moim stoliku. Gapię się na nią. Jeśli nie liczyć eleganckich przegubów dodatkowych stawów barkowych, ciało, które nosi, jest z grubsza orto: naśladuje tradycyjną konstrukcję ludzkiego ciała. Czaszki to miniaturki, nawleczone na łańcuszek przepleciony drutem kolczastym i różami. – Tak, jestem nowy – odpowiadam. Obrączka warunkowa łaskocze mnie w palec wskazujący lewej dłoni – takie drobne przypomnienie. – Mam obowiązek cię ostrzec, że przechodzę reindeksację i rehabilitację tożsamości. Ja... ludzie w takim stanie... mogą być skłonni do wybuchów przemocy. Spokojnie, to tylko regulaminowe ostrzeżenie: nic ci nie zrobię. A dlaczego pytasz? Wzrusza ramionami. Zamaszysty, rozfalowany gest, kończący się kołysaniem bioder. – Bo jeszcze cię tu nie widziałam, a od dwudziestu czy trzydziestu dób przychodzę tu prawie codziennie. Pomagając komuś, możesz zarobić dodatkowe punkty do rehabilitacji. Obrączką warunkową się nie przejmuj, tu większość ludzi je nosi. Sama jeszcze niedawno musiałam tak wszystkich ostrzegać. Udaje mi się zmusić do uśmiechu. Kumpela z oddziału? Trochę dalej w programie? 11


– Napijesz się czegoś? – pytam, wskazując krzesło obok. – I jak się nazywasz, jeśli mogę zapytać? – Kay. – Wysuwa krzesło i siada, zarzucając ogromną szopę włosów za ramię i dwiema rękami upychając czaszki pod stołem. Jednocześnie zerka na menu. – Poproszę mrożoną podwójną mokkę z wrzutą, mało koki. – Znów na mnie patrzy, prosto w oczy. – Klinika tak to ustawia, żeby cały czas jakiś wolontariusz witał tu nowych. Tym razem ja jestem na popołudnie. A ty powiesz mi, jak się nazywasz? I skąd jesteś? – Jeśli chcesz. – Obrączka łaskocze. Przypominam sobie, że mam się uśmiechnąć. – Jestem Robin i masz rację, świeżo wyszedłem ze zbiornika. Szczerze mówiąc, tylko mega temu. (Nieco ponad dziesięć planetarnych dni, milion sekund). – Pochodzę z... – na parę sekund wchodzę w przyśpiech, próbuję wymyślić, jaką historię jej sprzedać, i dochodzę do wniosku, że coś zbliżonego do prawdy – ...mniej więcej tej okolicy. Jestem świeżo po wycinaniu pamięci. Trochę traciłem świeżość i musiałem coś zrobić z tym czymś, co mi świeżość odbierało. Kay się uśmiecha. Ma ostro zarysowane kości policzkowe, jasne zęby obramowane pięknymi wargami; ma symetrię dwustronną, trzy miliardy lat ewolucyjnych heurystyk i genów homeotycznych generujących twarz, która jest własnym lustrzanym odbiciem... „A ta myśl skąd się wzięła?” – pytam w złości sam siebie. Trudna sprawa, nie móc odróżnić własnych myśli od pooperacyjnej protezy tożsamości. – Człowiekiem jestem od niedawna – przyznaje. – Niedawno przeniosłam się tutaj ze Zjemi. – Po chwili dodaje cicho: – Na operację. Majstruję przy frędzlach zwisających z głowicy mojego miecza. Coś z nimi jest nie tak i strasznie mnie to denerwuje. – Mieszkałaś u lodowych ghuli? – pytam. 12


– Niezupełnie... byłam lodowym ghulem. Otwieram szeroko oczy – chyba nigdy nie spotkałem prawdziwego, żywego obcego, choćby byłego. – I byłaś nim... Jak to się nazywa...? Od urodzenia czy wyemigrowałaś tam na jakiś czas? – To dwa pytania. – Unosi palec. – Dwa za dwa, zgoda? – Zgoda. – Bez podpowiadania pamiętam, by kiwnąć głową, i obrączka raczy mnie odrobiną ciepła. Prymitywne warunkowanie: nagradzać zachowania sugerujące rekonwalescencję, karać te, które wzmacniają pooperacyjną fugę. Nie podoba mi się to, ale mówili, że to niezbędny element procesu. – Wyemigrowałam na Zjemię od razu po poprzednim zrzucie pamięci. – Coś w jej minie mocno sugeruje, że robi unik. Co pomija? Nieudany biznes, osobistych wrogów? – Chciałam poznać społeczeństwo lodowych ghuli od środka. – Stolik wypuszcza jej koktajl, Kay kontrolnie upija łyk. – Bo są takie dziwne. – Przez moment ma rzewną minę. – Ale po jednym pokoleniu zrobiło mi się... smutno. – Kolejny łyk. – Rozumiesz, żeby je badać, mieszkałam między nimi. Jak z kimś mieszkasz przez całe gigasekundy, to mimo woli się przywiązujesz, chyba że pójdziesz w totalny postten i zupgrade’ujesz sobie... no. Zaprzyjaźniłam się z paroma, patrzyłam jak się starzeją i umierają, aż w końcu nie mogłam już tego znieść. Musiałam wrócić i wykasować... to odczucie. Ten ból. Gigasekundy? Jedna to trzydzieści planetarnych lat. Sporo czasu, jak na mieszkanie wśród obcych. Ona przygląda mi się uważnie. – To musiała być bardzo precyzyjna operacja – mówię powoli. – Bo ja prawie nic nie pamiętam z poprzedniego życia. – Ale byłeś człowiekiem – podsuwa. 13


– Tak. – Zdecydowanie tak. Jakieś strzępy pamięci mi zostały: błysk mieczy w zaułku w wieczornej poświacie, w strefie zremilitaryzowanej. Krew w fontannach. – Byłem naukowcem. Należałem do kadry profesorskiej. – Rząd osłoniętych firewallami bramek asemblerowych, ustawionych za groźnym pancerzem posterunku kontroli celnej między ustrojami. Wpychanie krzyczących, błagających cywili w ich ciemne wejście... – Uczyłem historii. – To przynajmniej jest – było – prawdą. – Teraz wydaje się takie nudne i odległe. – Krótki rozbłysk broni energetycznej, potem cisza. – Wpadałem w rutynę i chyba trzeba mi było jakiegoś odświeżenia. To jest niemal stuprocentowym kłamstwem. Nie zgłosiłem się na ochotnika, ktoś złożył mi propozycję nie do odrzucenia. Za dużo wiedziałem. Mogłem albo zgodzić się na operację pamięci, albo następna śmierć byłaby moją ostatnią. Przynajmniej tak napisałem sam do siebie w liście na martwym papierze, który czekał na mnie przy łóżku, kiedy obudziłem się w ośrodku rehabilitacji, zaraz po napiciu się wody z Lete, dostarczonej prosto do mózgu przez roboty wielkości cząsteczek kierowane przez szpitalnych chirurgów-spowiedników. Szczerzę zęby, domykając półprawdy wierutnym kłamstwem. – Dlatego zrobiłem sobie poważną przebudowę i teraz nie pamiętam, dlaczego. – I czujesz się jak nowy człowiek – mówi ona ze słabym uśmiechem. – Tak. – Zerkam na jej dolne dłonie. Nie mogę nie zauważyć, że bawią się nerwowo palcami. – Ale zostałem przy tym konserwatywnym planie ciała. – Jestem bowiem bardzo konserwatywnie zbudowany. – Mężczyzna średniego wzrostu, ciemne oczy, czarna szczecina zaczynająca 14


pojawiać się na czaszce... całkiem jak nie zrekonstruowany Euroazjata z epoki przedkosmicznej, ze skórzanym kiltem i konopnymi sandałami do kompletu. – Mam bardzo mocne wyobrażenie samego siebie i tak naprawdę nie miałem zamiaru się go pozbyć. Wiązało się z nim zbyt wiele skojarzeń. Nawiasem mówiąc, ładne masz te czaszki. Kay się uśmiecha. – Dzięki. À propos, jeszcze raz dzięki, że nie zapytałeś. – O co? – Standardowo: czemu wyglądasz jak ta, wiesz... Po raz pierwszy biorę do ręki szklankę i upijam łyk przeraźliwie zimnego błękitnego płynu. – Przeżyłaś tyle czasu, co cała ludzka prehistoria, pod postacią lodowego ghula, a ludzie ci dogryzają, bo masz za dużo rąk? – Kręcę głową. – Pomyślałem, że masz jakiś powód i tyle. W obronnym geście krzyżuje obie pary rąk. – Czułabym się jak oszustka, wyglądając jak... – Zerka gdzieś poza mnie. W barze jest jeszcze trochę gości, parę bishojo* i paru cyborgów, ale większość nosi ortohumanoidalne ciała. Kay patrzy na kobietę z długimi blond włosami po jednej stronie głowy i krótką szczeciną po drugiej, ubraną w zwiewną białą draperię i z pasem z mieczem. Kobieta rży głośno w reakcji na słowa jednego z towarzyszy – to berserkerzy czyhający na graczy. – Jak ona, na przykład. – Ale byłaś kiedyś ortosem? – W środku ciągle jestem. Wydało się: pokazując się publicznie, nosi ksenohumanoidalne przebranie, bo jest nieśmiała. Zerkam na tamtą * Bishojo (jap.) – piękna, młoda dziewczyna, przedstawiona szczególnie w sposób typowy dla mangi i anime (przyp. tłum.).

15


grupkę i przypadkiem nawiązuję kontakt wzrokowy z blondynką. Patrzy na mnie, sztywnieje, potem znacząco odwraca się plecami. – Od dawno jest tu ten bar? – pytam, a uszy mi płoną. Jak ona śmie mi to robić? – Jakieś trzy mega. – Kay pokazuje głową grupę ortosów przy barze. – Lepiej nie zwracać na nich za bardzo uwagi, to dueliści. – Ja też. – Kiwam głową. – Działa na mnie terapeutycznie. Krzywi się. – Ja nie gram. To brudne. I nie lubię bólu. – Ale ja też – mówię powoli. – To nie o to chodzi. Chodzi o to, że jeśli człowiek nie pamięta, kim jest, to często wpada we wściekłość i najpierw chce się na czymś wyżyć, a sformalizowany, opisany regułami kontekst pojedynku gwarantuje, że nie oberwie nikt więcej. – Gdzie mieszkasz? – pyta. – Jeszcze w... – uświadamiam sobie, że błyskawicznie zmieniła temat – ...klinice. Rozumiesz, wszystko co miałem... – upłynniłem i uciekłem... – ...nie lubię mieć dużo bagażu. Na razie nie wymyśliłem, kim chcę zostać w tym nowym życiu, więc nie widzę sensu w targaniu mnóstwa bagażu. – Jeszcze jednego? – pyta Kay. – Ja stawiam. – Poproszę. W głowie dźwięczy mi ostrzegawczy dzwonek, gdy wyczuwam, że do naszego stolika zmierza Blondyna. Udaję, że nie zauważyłem, ale w żołądku czuję znajome ciepło i dobrze znane napięcie pleców. Kontrolę przejmują przedwieczne odruchy i niejeden nowoczesny kod do gry: niepostrzeżenie luzuję miecz w pochwie. Chyba wiem, czego chce Blondyna, i z przyjemnością jej to dam. Nie ona jedna tutaj 16


ma skłonność do częstych wybuchów morderczej wściekłości, która nieprędko wygasa. Terapeuta powiedział, żeby to zaakceptować i dawać temu upust, za zgodą towarzystwa. W swoim czasie się uspokoi. Dlatego noszę broń. Poza tym, drażnią mnie nie tylko skutki resekcji pamięci. Oprócz niej, postanowiłem zresetować sobie wiek. Jednakże, kiedy ma się na nowo dwadzieścia lat, pojawia się nowa dynamika burzy hormonalnej – i każe mi bez końca chodzić w kółko po pokoju, stawać w białym sześcianie kubiku sanitarnego i wbijać sobie ostrza w wewnętrzną stronę przedramion, by z ciekawością obserwować, jak leje się jaskrawoczerwona krew. Seks zaś nabiera obsesyjnej ważności, o której już niemal zapomniałem. Popęd do seksu i przemocy jest osobliwie trudny do zwalczenia, gdy budzisz się wycieńczony, pusty, niezdolny przypomnieć sobie, kim kiedyś byłeś, ale za drugim czy trzecim cyklem rejuwenacyjnym jest to o wiele mniej zabawne. – Wiesz, nie odwracaj się, ale powinnaś wiedzieć, że ktoś zaraz... Zanim zdążę dokończyć zdanie, Blondyna nachyla się nad ramieniem Kay i pluje mi w twarz. – Żądam satysfakcji. – Głos ma jak diamentowe wiertło. – Za co? – pytam beznamiętnie, a serce wali mi młotem. Ocieram policzek, czuję jak narasta złość, ale siłą woli utrzymuję ją pod kontrolą. – Bo istniejesz. Niektóre porehabilitacyjne przypadki, będące jeszcze w fazie psychopatyczno-dysocjacyjnej, jeszcze splatające pourywane wątki własnej osobowości i pamięci w nową tożsamość, mają taki właśnie szczególny wyraz twarzy. Bezsensowny gniew na cały świat, egzystencjalna nienawiść – często skierowana na poprzednią, kompletną własną jaźń 17


za to, że umieściła ich w takim świecie, nagich i pozbawionych wspomnień – generują tylko sobie właściwą dynamikę. Dzika, rozszerzająca źrenice nienawiść i idealne umięśnienie zoptymalizowanego fenotypu do spółki powodują, że Blondyna onieśmiela swoją niemal pierwotną dzikością. A jednak ma dość samokontroli, by rzucić wyzwanie, nim zaatakuje. Kay, nieśmiała i o wiele bardziej zaawansowana w rehabilitacji niż którekolwiek z nas dwojga, kuli się w fotelu, gdy Blondyna wbija we mnie wzrok. I to mnie dopiero denerwuje – Blondynie nie wolno straszyć postronnych osób. Może zresztą nie jestem aż tak opanowany jak mi się wydaje. – W takim razie... – wstaję powoli, ani na moment nie przerywając kontaktu wzrokowego – ...może przejdziemy się z tym do strefy zremilitaryzowanej? Do pierwszej śmierci? – Jasne – syczy. Zerkam na Kay. – Miło się z tobą rozmawia. Zamówisz mi jeszcze jednego? Zaraz wrócę. – Czuję jej wzrok na plecach, gdy idę za Blondyną ku bramce do Strefy. Która jest tuż za barem. Blondyna przystaje na progu. – Pan pierwszy – mówi. – Au contraire. Rzucający wyzwanie idzie pierwszy. Znowu łypie na mnie groźnie, ewidentnie wściekła, potem wchodzi w bramkę T, migoce i znika. Ocieram prawą dłoń o skórzany kilt, chwytam głownię miecza, dobywam go i wskakuję w łączący dwa punkty tunel czasoprzestrzenny. Kodeks honorowy nakazuje, by rzucający wyzwanie odszedł od bramki na przyzwoite dziesięć kroków, ale Blondyna nie jest w dobrym nastroju, więc bardzo dobrze, że jestem gotowy sparować zaraz po wyjściu, bo ona już czeka, gotowa natychmiast wbić mi miecz w brzuch. 18


Jest szybka, bezwzględna i kompletnie niezainteresowana przestrzeganiem reguł – to dobrze, bo moja własna egzystencjalna złość ma wreszcie upust i twarz. Złość zżerająca mnie od czasu operacji, nienawiść do wojennych zbrodniarzy, którzy mnie do tego zmusili, poddali osobę, którą byłem, masowemu kasowaniu pamięci – nie pamiętam nawet, jakiej byłem płci i ile miałem wzrostu – ma wreszcie punkt skupienia; twarz Blondyny na drugim końcu jej krążącego miecza lśni skupieniem i lustrzanym odbiciem mojej furii. Ta część strefy zremilitaryzowanej jest zaaranżowana na zniszczone miasto ze starej Zjemi – postnuklearna betonowa pustynia ruin i dziwna pnąca roślinność obrastająca pomniki zdobywców oraz wypalone wraki samochodów na kołach. Moglibyśmy być tu sami, porzuceni na planecie niezamieszkanej przez inne istoty rozumne. Sami, by przepracować swój żal i furię, kiedy powoli ustępuje pooperacyjna fuga. Blondyna stara się przyśpieszyć sprawę, a ja wycofuję się ostrożnie, próbując wypatrzyć jakąś słabość w jej atakach. Woli cięcia od pchnięć i prawą stronę od lewej, ale nie widzę żadnego słabego punktu. – Pośpiesz się i zdychaj! – warczy. – Pani pierwsza. – Markuję atak i próbuję wytrącić ją z równowagi, krążąc wokół niej. Obok bramki, przez którą weszliśmy, stoi zawalony kikut wysokiego budynku otoczony wyższymi od człowieka stertami gruzu. (Lampka pozycyjna bramki miga czerwono, sygnalizując brak przejścia, dopóki któreś z nas nie zginie). Gruz nasuwa mi pewien pomysł, więc znów markuję, potem robię krok w tył i się odsłaniam. Blondyna to wykorzystuje i ledwo udaje mi się ją zablokować, bo jest szybka. Ale cwana nie jest, a już na pewno 19


nie spodziewała się noża w mojej lewej ręce – wcześniej przyklejonego taśmą do uda – i kiedy próbuje się przed nim bronić, odsłania się, a ja wbijam miecz w jej brzuch. Upuszcza broń i pada na kolana. Siadam ciężko, prawie padam, naprzeciwko niej. O rany. Kiedy ona zdążyła trafić mnie w nogę? Może nie powinienem tak całkowicie ufać własnym odruchom. – To jak? Koniec? – pytam. Nagle robi mi się słabo. – Ja... – Kiedy ściska dłońmi kosz mojego miecza, ma osobliwą minę. – Eee... – Próbuje przełknąć ślinę. – Kto? – Jestem Robin – mówię beztrosko, patrząc na nią. Chyba nigdy nie widziałem, jak ktoś ginie z mieczem wbitym we flaki. Jest dużo krwi i naprawdę obrzydliwy zapach poprzecinanych kiszek. Myślałem, że będzie wić się i krzyczeć, ale może ma jakiś wyłącznik układu wegetatywnego. Ja w każdym razie jestem zajęty ściskaniem własnej nogi. Krew przecieka mi między palcami. Wspólnota bólu i cierpienia. – A ty...? – Gwyn. – Przełyka. Żar nienawiści gaśnie, ukazując coś z tyłu – zdziwienie? – Kiedy się ostatni raz backupowałaś? Mruży oczy. – Echch. Godzinę. Temu. – No dobra. Mam to skończyć? Chwilę trwa, zanim spogląda mi w oczy. Kiwa głową. – Kiedy? Ty? Przechylam się, krzywiąc usta, i podnoszę jej miecz. – Kiedy ja się backupowałem? To znaczy, od czasu operacji pamięci? Kiwa głową, a może się wzdryga. Unoszę ostrze i marszczę czoło, mierząc w jej szyję; zużywa to całą moją energię. 20


Szklany dom