Page 1


Stephen R. Donaldson SKOK W KONFLIKT: PRAWDZIWA HISTORIA SKOK W WIZJĘ: ZAKAZANA WIEDZA Przełożył Piotr W. Cholewa Wydawnictwo MAG Warszawa 2012


Tytuł oryginału: The Gap into Conflict: The Real Story. The Gap Into Vision: Forbidden Knowledge Copyright © 990, 99 by Stephen R. Donaldson Copyright for the Polish translation © 998, 999 by Wydawnictwo MAG Redakcja: Joanna Figlewska Korekta: Urszula Okrzeja Ilustracja na okładce: Steve Stone Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 2 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 34 743 e-mail: kurz@mag.com.pl www.mag.com.pl Warszawa 202 Wydanie II ISBN 978-83-7480-265-9 Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 9, 05-850 Ożarów Maz. tel. 227 23 000 www.olesiejuk.pl Druk i oprawa: drukarnia@dd-w.pl


SKOK W KONFLIKT: PRAWDZIWA HISTORIA


1 Klienci tłoczący się w Barze i Motelu Mallory’ego w Sektorze Delta nie mieli pojęcia, co się właściwie dzieje. Ich zdaniem był to po prostu kolejny przykład zwierzęcej żądzy, mężczyzn i kobiet popychanych ku sobie pożądaniem – coś takiego, co wszyscy rozumieli, a przynajmniej o czym marzyli. Niezwykły był jedynie fakt, że w tym przypadku żądza zawierała także odrobinę zdrowego rozsądku. Jedynie nieliczni wiedzieli, że chodzi tu o coś więcej. W DelSeku ciekawość nie była zdrową cechą. Z pewnością nie sprawiała też takiej satysfakcji jak na przykład w Alfie, w alternatywnym sektorze sypialno-rozrywkowym Stacji Górniczej i Komunikacyjnej. Górnicy bez pracy, skompromitowani piloci z pasa asteroidów, pijacy i marzyciele, a także spora liczba ludzi, którzy nigdy by się nie przyznali, że są rudowymi piratami, nie byli w Alfie mile widziani. I wszyscy oni przekonali się na własnej skórze, że ciekawość nie jest zdrowa. Uważali siebie za zbyt sprytnych, by zadawać niewłaściwe pytania w niewłaściwych miejscach, zauważać niewłaściwe rzeczy w niewłaściwych chwilach. Nikt tu nie szukał kłopotów. Dla nich, cała historia była w zasadzie prosta. Zaczęła się, kiedy Morna Hyland zjawiła się u Mallory’ego z Angusem Thermopyle. Zwracali na siebie uwagę, ponieważ tak wyraźnie do siebie nie pasowali. Pomijając jej źle dopasowany, przestarzały kombinezon, który wygrzebała chyba z czyjejś szafki, Morna była wspaniała. Miała ciało, na widok którego pijacy jęczeli, dręczeni zapomnianymi tęsknotami; miała delikatną i piękną twarz, która marzycielom łamała serca. On był smagły i cieszył się fatalną reputacją, prawdopodobnie najgorszą ze wszystkich, którzy 9


zachowali prawo dokowania na Stacji. Jakby dla kontrastu, twarz miał okrągłą, usta szerokie jak żaba, sztywny wąsik i smugi brudu na skórze. Pomiędzy potężnymi ramionami i chudymi nogami tkwił tułów wydęty jak dętka napompowana żółcią i złością. Właściwie nikt nie wiedział, w jaki sposób Angus zdołał przez tak długi czas zachować prawo dokowania i swój blaszany frachtowiec. Plotka głosiła, że każdy, kto został jego partnerem, załogantem czy wrogiem, kończył martwy albo w pudle. Ci, którzy go znali, prorokowali, że sam także skończy w ten sposób: zginie, albo zgnije w więzieniu. On i Morna razem wyglądali groteskowo: ona siedziała przy nim, mimo malującego się na twarzy wyraźnego obrzydzenia, on rozkazywał jej jak niewolnicy, a jego żółte oczy błyszczały. Nikt nie mógł się powstrzymać od nieszkodliwych domysłów i spekulacji. Gdybym tylko potrafił mu ją wyrwać... Gdyby była moja... Ale historia dopiero się zaczynała. Nikogo nie zdziwiła niemal dotykalna nić porozumienia, jaka zaiskrzyła w barze, kiedy Morna i Nick Succorso zobaczyli się po raz pierwszy. Pod pewnym względem – i to nie jednym – Nick Succorso był najbardziej godnym pożądania mężczyzną w DelSeku. Miał własny statek: smukłą, niewielką fregatę z napędem skokowym i doświadczoną załogą. Miał reputację pirata raczej zuchwałego niż krwiożerczego; jego osobisty wdzięk sprawiał, że mężczyźni robili to, o co prosił, a kobiety dawały mu to, czego chciał. Jedyną skazą jego męskiej urody były blizny pod oczami, nacięcia podkreślające wszystko, na co patrzył, i ciemniejące, kiedy zobaczył coś, co zamierzał zdobyć. Niektórzy twierdzili, że sam się tak ponacinał, dla efektu, ale gadali tak tylko z zazdrości i niechęci. Nikt nie może być tak podziwiany jak Nick, nie wywołując przy tym złośliwych uwag. Naprawdę dorobił się tych blizn przed laty, kiedy jedyny raz został pokonany. Miały go oszpecić, były znakiem pogardy dla 10


jego młodzieńczej arogancji. Kobieta, która zadała mu te rany, nie uznała go za wartego zabijania. Ale nie zapomniał tej lekcji. Nauczył się, że nie może sobie pozwolić na przegraną, nauczył się prowadzić wyłącznie nierówne walki – takie, w których to on miał przewagę. Nauczył się czekać, aż całkowicie zapanuje nad sytuacją. Nauczył się zdrowego rozsądku. Ludzie z jego załogi przyznawali potem, że nigdy nie widzieli jego blizn tak ciemnych, jak w chwili, gdy dostrzegł Mornę Hyland. Ta blada piękność także zapragnęła go od pierwszego spojrzenia – z namiętności czy z desperacji. Błysnęły jej oczy, w towarzystwie Angusa Thermopyle zawsze matowe. Zdumiewające było jedynie to, że żadne z nich nic w tej sprawie nie zrobiło. Przeskoczyła między nimi iskra tak silna, że widzów nie zdziwiłoby, gdyby oboje zdarli ubrania i rzucili się na siebie na miejscu, w barze. Nikt nie miał pojęcia, co ich powstrzymało. Oczywiście, ona była tajemnicą. Ale on nie był znany z powściągliwości. Dopiero niecałe dwa tygodnie później stało się coś, na co wszyscy czekali. Kiedy służba bezpieczeństwa Gór-Komu wpadła do Mallory’ego i oskarżyła Angusa Thermopyle o zbrodnię tak poważną, że nawet w DelSeku mogli go aresztować, Morna Hyland znalazła się nagle u boku Nicka Succorso. I równie nagle oboje zniknęli. Żądza i zdrowy rozsądek... Ich rozgrzane ciała przyciągały się jak magnes; Morna wyrwała się Angusowi w idealnie wybranej chwili. Odeszli, by stać się legendą, jaką pijacy i marzyciele powtarzają sobie każdego standardowego ranka na Stacji, kiedy u Mallory’ego panuje cisza, a cienkie duralowe ściany wydają się dostatecznym zabezpieczeniem przed zimną próżnią kosmosu i przyczajonym obłędem skoku. Kiedy ostatni raz słyszeli o Angusie, zgodnie z przewidywaniami gnił w stacyjnym więzieniu z wyrokiem dożywocia. Oczywiście, to nie była prawdziwa historia. 11


SKOK W WIZJĘ: ZAKAZANA WIEDZA


ANGUS Milos Taverner westchnął i przejechał palcami po czaszce, jakby chciał się upewnić, że to, co zostało z jego włosów, wciąż jest na miejscu. Zapalił następnego nika. Potem spojrzał ponuro na wydruki spróbował wymyślić jakąś metodę, która byłaby skuteczna, a przy tym nie wpakowała go w takie kłopoty, że ludzie, których miał zadowalać – i brał za to pieniądze – zwróciliby się przeciw niemu. Był odpowiedzialny za trwające wciąż przesłuchanie Angusa Thermopyle. Szło nie najlepiej. Jednych to cieszyło, innych doprowadzało do wściekłości. Proces Angusa okazał się dość prosty jak na takie przedsięwzięcie. Ochrona Gór-Komu odzyskała skradzione zapasy. Rewizja, dzięki której odnaleziono te zapasy na pokładzie Ślicznotki, statku Angusa, miała dostateczne podstawy prawne. Mimo pewnej liczby niejasnych i niepokojących wyjątków, dane z rdzenia statku wsparły oskarżenia, przynajmniej te lżejsze. Obwiniony nie próbował się bronić – pewnie zdawał sobie sprawę, że to daremny wysiłek. Wszystko skończyło się jak należy: Angusa Thermopyle uznano za winnego zarzucanych mu czynów. Z drugiej strony, mimo prowokacyjnych plotek o implantach strefowych, gwałtach, morderstwach i zniszczeniu Pogromcy gwiazd, okrętu PZKG, nie znaleziono dowodów, pozwalających gwiazd oskarżyć go o cokolwiek poważniejszego niż kradzież zapasów Stacji. Angusa skazano na dożywocie w stacyjnym więzieniu, ale ochrona nie potrafiła tak nagiąć prawa, by uzyskać wyrok śmierci. Sprawa została zamknięta. Ochrona jednak nie zamierzała jej tak zostawić. 177


Milos Taverner miał w tej kwestii dość mieszane uczucia. Zbyt wiele było priorytetów, o których powinien pamiętać. Jako zastępca szefa ochrony odpowiadał za przesłuchania. Owszem, zarzuty postawione Angusowi Thermopyle nie budziły żadnych wątpliwości, a posiadane dowody nie pozwalały oskarżyć go o cokolwiek innego. Ale ochrona znała Angusa od dawna. Jego piracka działalność była rzeczą pewną, choć trudną do wykazania. Interesy z przestępcami wszelkiego rodzaju, od handlarzy narkotyków i psychotyków po nielegalny handel rudą we wszystkich jego odmianach, były powszechnie znane, choć nie do udowodnienia. Załogi Angusa Thermopyle przejawiały niepokojącą skłonność do znikania bez śladu. W dodatku niezwykle intrygujący był nie wyjaśniony ciąg zdarzeń, jaki doprowadził go z powrotem do Gór-Komu w towarzystwie policjantki ZKG, która powinna zginąć na pokładzie Pogromcy gwiazd gwiazd. Biorąc to wszystko pod uwagę, Taverner nie mógł kwestionować decyzji, by przesłuchiwać Angusa Thermopyle, dopóki się nie złamie – albo nie umrze. Mimo to zastępca szefa nie miał ochoty na tę pracę. Z wielu powodów. Jako człowiekowi drobiazgowemu Angus wydawał mu się odrażający. Wszyscy wiedzieli, że jedyną wadą Milosa jest nałóg palenia ników. Nawet ci, którym nie starał się nadskakiwać, przyznawali, że jest schludny, ostrożny, nienagannie poprawny we wszystkim. A nikt zdrowy na umyśle nie próbowałby przypisać tych zalet Angusowi. Więzień najbardziej przypominał wzdętą złośliwą ropuchę. Higienę uważał za słowo obce: brał prysznic tylko wtedy, gdy strażnicy siłą wlekli go do kabiny sanitarnej; czysty kombinezon wkładał pod groźbą głuszaka. Pocił się obficie i cuchnął jak świnia. Brud wżarł mu się w skórę. Na samą myśl o Angusie czuł się słaby; jego obecność przyprawiała o mdłości. 178


W dodatku w żółtych oczach Angusa płonęła złośliwa inteligencja, a pod ich spojrzeniem Milos czuł się odsłonięty, niebezpiecznie obnażony. Angus był chytry, sprytny, zdradliwy jak sam chaos. Praca z takimi ludźmi niosła ryzyko. Kłamali tak, by podtrzymać złudzenia przesłuchującego. Wyciągali wnioski z zadawanych pytań, zyskiwali wiedzę nie mniejszą od tej, jaką się dzielili – w przypadku Angusa pewnie nawet większą – i wykorzystywali ją, by doskonalić swe kłamstwa, by sprowadzić zgubę na rozmówcę, nawet gdy nie mieli do tego żadnych podstaw i kiedy nad nimi samymi regularnie pracowali eksperci, zachęcający do współpracy. Tacy ludzie, gdy powinni być najsłabsi, stawali się najgroźniejsi. Angus budził w zastępcy szefa uczucie, że to on, Milos, jest sprawdzany, to jego, Milosa, sekrety mogą wyjść na jaw, to jego przesłuchują. Jakby tego nie było dosyć, codziennie stawał twarzą w twarz ze świadomością, że przesłuchanie może doprowadzić do eksplozji. Angus Thermopyle był piratem rudy; miał więc nabywców. Ślicznotkę zdobył w nielegalny – choć nie udowodniony – sposób. Wyposażył ją nielegalnie. Korzystał zatem z nielegalnych stoczni. Część jego sprzętu cuchnęła obcą techniką, a zapisy były zbyt czyste, choć nienaruszalnie zarejestrowane w rdzeniu danych statku. Wszystkie te wnioski i wszystkie łańcuchy hipotez prowadziły w jednym kierunku: do zakazanej przestrzeni. Angus Thermopyle miał zatem dostęp – bezpośredni lub pośredni – do tajemnic tak niszczycielskich, że mogły zachwiać równowagą sił w całym potężnym imperium handlowym Zjednoczonych Kompanii Górniczych. Te tajemnice mogły zagrozić bezpieczeństwu każdej stacji. Niewykluczone, że mogły zagrozić bezpieczeństwu samej Ziemi. 179


Milos Taverner nie był pewien, czy chce, by te tajemnice wyszły na jaw. W miarę upływu czasu zyskiwał coraz większą pewność, że wolałby zachować je w ukryciu. Milczenie Angusa do furii doprowadzało ludzi wydających rozkazy, za wykonywanie których Milos brał pieniądze. Tajemnice Angusa, jeśli zostaną odkryte, doprowadzą do furii innych. Ale ci, którzy nienawidzili milczenia więźnia, nie stanowili tak wielkiego bezpośredniego zagrożenia jak ci drudzy. Jednak każda chwila spędzona z Angusem Thermopyle była rejestrowana. Na Stacji regularnie analizowano transkrypcje. Kopie rutynowo trafiały do PZKG. Zastępcy szefa ochrony Gór-Komu nie pozostawało nic innego niż całkowite poświęcenie tej sprawie. Nic dziwnego, że nie mógł rzucić palenia. Zauważył, że nałóg budzi niesmak u innych, ale nie umiał z nim zerwać. Czasami wydawało mu się, że tylko palenie pozwala mu znieść napięcie nerwowe. Na szczęście Angus Thermopyle nie przejawiał chęci współpracy. Wysłuchiwał pytań z niezmienną wrogością. Milczał. Od uderzeń głuszaków aż rzygał własnymi flakami, a cela śmierdziała wymiocinami, ale nie mówił ani słowa. Spokojnie znosił głód, pragnienie, deprywację sensoryczną. Tylko raz się załamał: kiedy Milos go poinformował, że Ślicznotkę właśnie demontują na części i złom. Ale wtedy Angus wył tylko jak zwierzę i próbował zdemolować pokój przesłuchań. I nadal nic nie mówił. Zdaniem Milosa przekazanie wiadomości o Ślicznotce było błędem. Otwarcie powiedział to przełożonym – choć wcześniej zadał sobie wiele trudu, by zaszczepić im ten pomysł. Był przekonany, że coś takiego wzmocni tylko nieustępliwość więźnia. Oni jednak się upierali – w końcu żaden inny sposób nie dał rezultatów. 180


Sprawa skończyła się mniej więcej tak, jak Milos oczekiwał. Odniósł przynajmniej to jedno niewielkie zwycięstwo. Poza tym kolejne przesłuchania nic nie dawały. – W jaki sposób spotkałeś Mornę Hyland? Brak odpowiedzi. – Co robiliście razem? Brak odpowiedzi. – Dlaczego glina z PZKG zgodziła się lecieć z takim mordercą jak ty? Brak odpowiedzi. – Co jej zrobiłeś? Oczy Angusa pozostały nieruchome. – Jak zdobyłeś te zapasy? Jak dostałeś się do magazynów? Nie było włamania do komputera. Strażnikom nic się nie stało. Nie ma śladu, że wciąłeś się z zewnątrz. Przewody wentylacyjne są za wąskie dla tych skrzyń. Jak to zrobiłeś? Brak odpowiedzi. – Jak zginął Pogromca gwiazd gwiazd? Brak odpowiedzi. – Jak przeżyła Morna Hyland? Brak odpowiedzi. – Powiedziała, że nie ufa ochronie Stacji. Powiedziała, że na Pogromcy gwiazd dokonano sabotażu. I że to musiało się stać tutaj. Dlaczego zaufała tobie, a nie nam? Brak odpowiedzi. – Skąd się tam wziąłeś? Jakim cudem znalazłeś się tam, gdy wybuchły silniki Pogromcy gwiazd gwiazd? Brak odpowiedzi. – Mówiłeś – Milos zajrzał do wydruku – że byłeś w pobliżu, i twój skan złapał eksplozję. Sugerowałeś, że wiedziałeś o katastrofie i chciałeś udzielić pomocy. Czy to prawda? Brak odpowiedzi. 181


– Czy jest prawdą, że Pogromca gwiazd cię ścigał? Czy jest prawdą, że przyłapali cię na przestępstwie? Czy jest prawdą, że podczas pościgu miałeś awarię? Czy to w ten sposób Ślicznotka została uszkodzona? Brak odpowiedzi. Ssąc nika, żeby nie trząść się ze złości, Milos Taverner studiował sufit, stosy wydruków na blacie, twarz Angusa. Kiedyś policzki więźnia były tłuste, wzdęte jak jego brzuch; teraz już nie. Teraz skóra zwisała mu ze szczęki, a więzienny kombinezon z ramion. Stracił na wadze, lecz fizyczne osłabienie nie zmieniło groźnego, nieruchomego spojrzenia żółtych oczu. – Wyprowadźcie go – rzucił Milos strażnikom. – Spróbujcie go zmiękczyć. Jeszcze raz. Szlag, pomyślał, kiedy został sam. Nie używał wulgarnych słów; „szlag” było najmocniejszym przekleństwem w jego słowniku. Niech cię szlag trafi! Niech mnie szlag! Niech go szlag! Niech szlag trafi nas wszystkich. Wobec kogo powinienem być teraz lojalny? Wrócił do gabinetu i przygotował zwykłe raporty dotyczące zwykłych spraw. Potem przejechał windą do Komunikacji i wykorzystał wydzielone kanały ochrony, by na wąskim paśmie przesłać kilka transmisji w osobistym kodzie; żadna z nich nie została zarejestrowana. Dla pewności nadał jeszcze żądanie przesłania danych, z których – kiedy nadejdzie odpowiedź – dowie się o stanie rachunku bankowego, jaki pod fałszywym nazwiskiem założył w Sagittarius Unlimited. Następnie powrócił do przesłuchania Angusa Thermopyle. Co innego mógł zrobić? Jedyna, jak dotąd, okazja złamania więźnia pojawiła się, gdy Angus spróbował ucieczki. Mimo uporu i wyraźnej socjopatii, wiadomość o Ślicznotce okazała się ciężkim ciosem. Kiedy minął wybuch rozpaczy czy 182


wściekłości, Angus nie załamał się. Słabł, oczywiście, wyczerpany fizycznym napięciem przesłuchania i głuszakami, ale przynajmniej wobec Milosa Tavernera stale zachowywał wrogą postawę. Za to, kiedy zostawał sam w celi, zachowywał się inaczej. Mniej jadł; całymi godzinami siedział nieruchomo na pryczy i wpatrywał się w ścianę. Dozorcy meldowali, że jest apatyczny, że prawie na nic nie reaguje; kiedy patrzy na ścianę, nie porusza oczami, jakby na niczym nie ogniskował wzroku. Milos rutynowo przepuścił te informacje przez komputer psy-profilujący. Schematy programu sugerowały, że Angus Thermopyle traci – a może już utracił – wolę życia. Wobec braku tej woli, użycie głuszaka jako instrumentu nacisku było niewskazane. Angus mógłby umrzeć. Milos sądził, że Angus tylko udaje brak woli życia, by złagodzić wymiar kary. Postanowił zignorować wskazówki komputera. Było to kolejne drobne zwycięstwo. Wydarzenia potwierdziły jego ocenę sytuacji, gdy Angus pobił strażnika i wyrwał się z celi. Zanim go schwytano, dotarł aż do kanału serwisowego, prowadzącego w labirynt systemów utylizacji odpadków. Niech to szlag! powtarzał Milos. Zbyt często używał tego słowa, ale nie potrafił inaczej wyrazić swojego głębokiego niesmaku. Nie chciał, żeby przesłuchanie odniosło sukces – ale teraz uzyskał punkt zaczepienia i jeśli go nie wykorzysta, na pewno nie ujdzie mu to na sucho. Wydał bardzo wyraźne instrukcje i na pewien czas oddał Angusa strażnikom, by mogli rozładować frustrację. Potem znowu kazał go przyprowadzić. W pewnym sensie głuszak nie był satysfakcjonującą metodą rozładowywania frustracji. Działanie miał silne, ale jakby bezosobowe; konwulsje wywoływała zwykła neuromięśniowa reakcja na ładunek elektryczny. Dlatego tym razem strażnicy nie korzystali z głuszaków; użyli pięści, butów, może pałek. W rezultacie, kiedy Angus dotarł do pokoju przesłuchań, ledwie mógł chodzić. Usiadł jak człowiek z połamanymi żebrami; krew 183


płynęła mu z ran na twarzy i z uszu; stracił kilka zębów, a lewe oko napuchło tak, że miał je zamknięte, jakby groteskowo parodiował Wardena Diosa. Stan więźnia wzbudził u Milosa obrzydzenie. A także go przeraził, ponieważ zwiększał szanse sukcesu. Mimo to z aprobatą skinął głową i zwolnił strażników. Zostali tylko we dwóch. Dymiąc tak intensywnie, że system klimatyzacji nie nadążał z oczyszczaniem powietrza, Milos wprowadził do komputera kilka rozkazów. Przez dobrą chwilę pozwolił Angusowi siedzieć i się pocić. Niech upór więźnia rozkruszy się pod naporem milczenia. Albo – to bez różnicy – niech wykorzysta chwilę odpoczynku, by zebrać siły. Milos nie dbał o to. Potrzebował czasu, by zrobić krok, od którego miało zależeć jego bezpieczeństwo. Na myśl o podejmowanym ryzyku drżały mu palce i coś ściskało żołądek. Przygotowywał komputer do przedstawienia dwóch zapisów tej sesji. Jeden będzie rzeczywistą rejestracją, drugi fałszywką, mającą chronić go w razie zagrożenia. Kiedy zakończy przesłuchanie, wykorzysta ten zapis, który uzna za stosowny. Był zastępcą szefa ochrony; wiedział, jak usunąć z komputera wszelkie ślady. Ale jeśli ktoś przyłapie go wcześniej... Wtedy wyjdzie na jaw jego niezbyt precyzyjnie określona lojalność. Będzie skończony. W głębi duszy nienawidził Angusa za to, że postawił go w takiej sytuacji. Ale nie mógł sobie pozwolić na wahanie. Zakończył przygotowania, ukrył dłonie za konsolą i spojrzał Angusowi w twarz. Maskując lęk stanowczością, nie tracąc czasu, przeszedł do sedna. – Strażnik umarł. – To było kłamstwo, ale Milos dopilnował, żeby nikt nie zdradził więźniowi prawdy. – Możemy cię oskarżyć o zabójstwo. Będziesz gadał. Nawet nie mam zamiaru się z tobą 184


targować. Zaczniesz gadać i powiesz mi wszystko, co chcę wiedzieć, wszystko, co pamiętasz... I będziesz się modlił, żebyśmy twoje zeznania uznali za dostatecznie cenne i nie wykonali na tobie egzekucji. Angus nie odpowiedział. Przynajmniej raz nie patrzył na przesłuchującego. Spuścił głowę; zdawało się, że zwisa mu z szyi, jakby miał złamany kręgosłup. – Rozumiesz? – zapytał Milos. – Zostało ci jeszcze dość rozumu, żeby wiedzieć, co mówię? Zginiesz, jeśli nie powiesz mi tego, co chcę usłyszeć. Przywiążemy cię do łóżka i wbijemy igłę w żyłę. Potem będziesz trupem; nawet nie poczujesz, kiedy to się stanie; wtedy już nikogo nie będzie obchodziło, co się z tobą dzieje. Ostatnie zdanie było błędem; Milos zrozumiał to, gdy tylko je wypowiedział. Ramiona Angusa drgnęły. Powinien płakać – każdy inny więzień z odrobiną ludzkiej słabości w takiej chwili by płakał. Ale nie Angus. Kiedy uniósł głowę, Milos zobaczył, że więzień usiłuje się roześmiać. – A kogo obchodzi, co się ze mną dzieje? – głos brzmieniem pasował do wyglądu twarzy, zbitej i pokrwawionej. – Ty matkojebie. Na nieszczęście Milos wyjątkowo nie lubił słowa „matkojeb”. Nie zdołał opanować wypływających na policzki rumieńców. Starał się zamaskować tę reakcję, zapalając kolejnego nika, ale wiedział, że Angus to zauważył. Nie umiał powstrzymać drżenia rąk. Z porozbijaną twarzą Angus wyglądał jak szaleniec. – Pewnie, będę mówił – oświadczył, patrząc na Milosa. – Zacznę gadać, jak tylko wniesiesz oskarżenie o morderstwo. Będę gadał do wszystkich. Milos wpatrywał się w więźnia. Angus się pocił, ale Milos czuł, że z nich dwóch tylko on się boi. – Powiem im – ciągnął Angus – że w ochronie jest zdrajca. – Mówił takim tonem, jakby w każdej chwili mógł to udowodnić. – 185


Powiem nawet, kto nim jest. I skąd o tym wiem. I jak sprawdzić, że mówię prawdę. Kiedy tylko wniesiesz oskarżenie. Przehandluję jego nazwisko za immunitet. Albo... – prychnął pogardliwie – za ułaskawienie. – Kto to jest? – spytał Milos, walcząc z własnym żołądkiem. Oczy Angusa były nieruchome. – Kiedy wniesiesz oskarżenie. Milos spróbował spojrzeć niebezpieczeństwu prosto w oczy. – Blefujesz – stwierdził. – To ty blefujesz – odparł Angus. – Nie oskarżysz mnie. Nie chcesz się przekonać, co wiem. Nigdy nie chciałeś. – I z satysfakcją dodał: – Matkojebie. Milos przygryzł nika. Ponieważ był człowiekiem wyrafinowanym, nie myślał nawet o fizycznej agresji. Nie chciał czuć potu i bólu Angusa na dłoniach. Zamiast tego nadał sygnał wzywający strażników i polecił, by odprowadzili więźnia do celi. Potem nagle się uspokoił. Palce przestały drżeć; wykasował z komputera rzeczywisty zapis i wprowadził fałszywy. Potem zgasił nika; odrażający nałóg, pomyślał, trzeba będzie rzucić. Przypomniał sobie, że w przeszłości podejmował już takie postanowienia, więc dodał: tym razem poważnie. Naprawdę. A równocześnie w zakątku umysłu, który stał się nagle osobnym przedziałem, jak plik komputerowy zabezpieczony tajnym hasłem, coś krzyczało w myślach: Szlag! Szlag, szlag! Szlag, szlag, szlag! Wydawał się całkiem opanowany i absolutnie spokojny, kiedy zszedł do Komunikacji i wysłał dwie, może trzy wąskopasmowe transmisje, które nie zostały zarejestrowane, nie można było ich wyśledzić i prawdopodobnie nie dałoby się rozszyfrować, gdyby ktoś je przechwycił. Potem wrócił do gabinetu i zajął się pracą. Zapis przesłuchania Angusa nie zwrócił niczyjej uwagi i na niczyją nie zasługiwał. 186


Angus zaś trwał przy swych ponurych spojrzeniach i niezłomnym milczeniu. Na Stacji Gór-Komu nic się nie zmieniło. Milos Taverner był właściwie bezpieczny. A jednak, kiedy przyszedł rozkaz zamrożenia Angusa Thermopyle, Milos odetchnął głęboko z prywatną, złośliwą ulgą.

Skok w konflikt. Skok w wizje  

Angus Thermopyle miał najgorszą reputację spośród tych kosmicznych piratów, którzy zachowali jeszcze prawo do dokowania na stacji. Plotka gł...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you