Page 1


K. J. Parker

Młot Przełożył Grzegorz Komerski

Wydawnictwo MAG Warszawa 2014


Tytuł oryginału: The Hammer Copyright © 2011 by K. J. Parker Copyright for the Polish translation © 2014 by Wydawnictwo MAG Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Irek Konior Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń ISBN 978-83-7480-414-1 Wydanie I Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 22 813 47 43 e-mail: kurz@mag.com.pl www.mag.com.pl Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl Druk i oprawa: drukarnia@dd-w.pl


Siedem lat wcześniej

Kiedy Gignomai miał siedem lat Stheno, jego starszy brat, powierzył mu trzy kury. – Oczywiście nie będą twoją własnością – zapowiedział. – Ty masz się nimi tylko zaopiekować. Woda i karma dwa razy dziennie, łajno sprzątasz, gdy zacznie cuchnąć, i przypilnuj, żeby nie dobrał się do nich lis. To nic trudnego. Ojciec uznał, że już czas, byś nauczył się odpowiedzialności. – A co z jajami? – zapytał Gignomai. – Jajka zanosisz do kuchni – powiedział Stheno. Przez cały następny tydzień chłopiec sumiennie wykonywał nowe obowiązki. Zaraz po przebudzeniu wybiegał na podwórko – uważając przy tym, by nie trzasnąć drzwiami, co mogłoby przeszkodzić pracującemu w gabinecie ojcu – i z beczki z ziarnem przesypywał starannie odmierzone dwie garście pszenicy do starego i odrapanego cynowego kubka, który znalazł w stodole. Paszę rozrzucał dokładnie wokół schodków, po czym nalewał wodę do metalowego wiadra, przeliczał swe ptaki, upewniając się, czy wszystkie są na miejscu, i sprawdzał stan ogrodzeń kurnika. W jednym miejscu deski parkanu przegniły u podstawy i Gignomai przestraszył się, że przez powstały otwór może się 7


przecisnąć lis. Opowiedział o tym Sthenowi, który obiecał, że zajmie się sprawą zaraz gdy tylko znajdzie wolną chwilę. Nie ruszył nawet palcem. Dwa dni później jakieś stworzenie włamało się nocą na podwórko i zabiło kury. – Zdecydowanie nie lis – stwierdził Luso, drugi z braci Gignomaia, badając spojrzeniem miękką ziemię w pobliżu uszkodzonego ogrodzenia. Luso był wspaniałym myśliwym i o drapieżnikach wiedział dosłownie wszystko. – Zwróć uwagę na rozmiar tych łap. Powiedziałbym, że to wilk, ale przecież już od lat nikt ich tu nie widział. Najprawdopodobniej to bezdomny pies, który przybłąkał się z miasta. Wyjaśnienie brzmiało sensownie. Miasto było osobliwym, barbarzyńskim miejscem, gdzie mieszkali zwykli ludzie, tak zwykli, że prawie nieludzcy. Nie dziwiło więc zupełnie, że ich psy dziczały i mordowały cudze kury. W związku z atakiem Luso wybrał się do lasu na patrol i zabrał ze sobą pistolet (nie marnował żadnej okazji, by sobie postrzelać). Stheno powiedział Gignomaiowi, by się nie martwił; tego rodzaju rzeczy po prostu się zdarzają, niczyja wina (aczkolwiek mówił to tonem, który dobitnie sugerował coś wręcz przeciwnego), i dodał, że przecież wszystkie żywe zwierzęta gospodarskie ostatecznie zmieniają się w martwe zwierzęta gospodarskie, oraz że nie ma powodu dłużej o tym gadać. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie przydzielił Gignomaiowi następnych trzech kur. – O te postaraj się zadbać lepiej – powiedział. – Te ptaki nie mnożą się w nieskończoność. Przez trzy kolejne dnie Gignomai opiekował się kurami jak przedtem. Przez trzy kolejne noce wysiadywał w wykuszu okna otwierającego się nad wielkimi podwójnymi drzwiami holu. Był jeszcze zbyt młody, by wychodzić na zewnątrz po zmroku, 8


a z tego miejsca mógł – prawie – dostrzec przeciwległy, zachodni kraniec podwórka. W pierwsze dwie noce udało mu się nie zmrużyć oka ani na chwilę. Trzeciej jednak zasnął, a drapieżnik włamał się ponownie i zadusił kury. – Nie twoja wina – stwierdził zmęczonym głosem Stheno. – Po pierwsze, nic z tego okna nie widać, a było ciemno, więc i tak niczego byś nie zobaczył. Zresztą, nawet gdybyś cokolwiek dostrzegł, zabrakłoby czasu. Musiałbyś przyjść i mnie obudzić, a zanimbym wstał i wyszedł, i tak byłoby już po wszystkim. Na miejscu znaleźli identyczny jak za pierwszym razem, niezwyczajny odcisk łapy. Luso nadal utrzymywał, że to pies. – Nie naprawiłeś ogrodzenia – zauważył Gignomai. – Tak, tak. Zrobię to od razu kiedy znajdę wolną chwilę – odparł Stheno. Piecza nad pozostałym tuzinem kur została przekazana jednemu z ludzi Lusa. Płot nie został nareperowany. Dwie noce później podwórko upstrzyły rozwleczone szczątki dwóch kur i koguta. – Będziemy musieli zdobyć na którejś z farm nowego koguta – stwierdził Luso. Członkowie rodu met’Oc nie zniżali się bowiem do prowadzenia z sąsiadami handlu. Zamiast tego, od czasu do czasu Luso wyprawiał się nocą ze swymi zbirami w dolinę i tam zabierali różne rzeczy z gospodarstw. Matka powiadała, że to nie jest kradzież, chociaż nigdy przy tym nie tłumaczyła, dlaczego nie. Stheno przymocował nowe słupki ogrodzenia za pomocą znalezionego w kieszeni sznurka. Gignomai rozumiał, z jakiego powodu brat nie naprawił płotu wcześniej – prowadził w końcu gospodarstwo, a większość prac wykonywał sam, gdyż robotnicy rolni byli leniwi, słabi i niegodni zaufania. Stheno miał już 9


dwadzieścia jeden lat i wyglądał bardziej jak młodszy brat ojca niż jego syn. Następnej nocy Gignomai wykradł się z domu przez kuchenne okno. Już jakiś czas temu zauważył że haczyk nie do końca trzyma; zapamiętał wtedy ów fakt, który mógł się przecież okazać strategicznie przydatnym, oraz postanowił nie roztrwonić informacji na bezcelową wycieczkę. Teraz zabrał ze sobą znalezioną w składziku latarnię z rogowymi szybkami, a z kuchni podwędził nóż i kawałek sznurka. Drapieżnik pojawił się tuż przed świtem. I nie był to pies. Wielkie, poruszające się wdzięcznie i bezszelestnie stworzenie odtrąciło pyskiem uszkodzony płot jakby go tam nie było. Jednym płynnym ruchem przesadziło niską furtkę kurnika i niedługo potem powróciło z martwą kurą w zębach. Gignomai obserwował złodzieja uważnie i poruszył się dopiero, gdy zwierzę zniknęło. Zastanowił się. Drapieżnik okazał się wilkiem. Chłopiec pamiętał ryciny oglądane w „Bestiariuszu” w ojcowskiej bibliotece i czytał też opisy w należącej do Lusa „Sztuce łowów”. Zupełnie możliwe, że był to ostatni żywy wilk na Blacie, lub nawet w całej kolonii. Ród met’Oc toczył z tymi drapieżnikami wojnę od dnia, w którym tutaj przybyli. Luso od zawsze chciał takie zwierzę powalić, lecz widział tylko jednego wilka w życiu, i to z bardzo daleka. Ten był prawdopodobnie stary, co wyjaśniałoby również, dlaczego uciekał się do kradzieży; drapieżniki robiły to wyłącznie, gdy były już zbyt wiekowe i zmęczone, by powalić jelenia, i kiedy żyły samotnie, bez wsparcia watahy. Nie istniała najmniejsza szansa, by Gignomai, siedmiolatek, pokonał samodzielnie wilka lub chociaż przepędził go, w razie gdyby stworzenie nie miało ochoty odejść samo. Mógł powiedzieć któremuś z braci, lecz oni niemal na pewno nie daliby mu wiary. 10


Cóż – stwierdził chłopiec w duchu – mimo wszystko trzeba się tym zająć, bo inaczej drapieżnik wybije nam wszystkie kury. Nie mógł tego zrobić nikt inny, nikt inny bowiem nie uwierzyłby że w okolicy naprawdę grasuje wilk. Roztrząsał ten problem przez cały następny dzień. Wreszcie, ledwie zaczęło się ściemniać, a dla Gignomaia rozpoczęła się pora przymusowego siedzenia w domu, najdyskretniej jak potrafił wykradł się do kurnika, w którym wybrał najstarszą i najsłabszą kurę i skręcił jej kark. Za pomocą noża, który pożyczył z kuchni i zapomniał oddać, otworzył ptakowi trzewia i starannie wytyczył krwawy szlak przez podwórko do drewutni, gdzie ułożył zabitego ptaka na stercie chrustu. Ze stajni podwędził nieco słomy i rozsypał ją na klepisku szopy. Następnie znalazł mocny, prosty kij, długi na jakieś trzy stopy, i oparł go o ścianę. Niczego lepszego nie był w stanie wymyślić. Wiedział, że coś musi pójść nie tak, lecz na to akurat nie miał żadnego wpływu. Tej nocy wilk przyszedł wcześniej. Gignomai zobaczył go wyraźnie – czekał już dostatecznie długo, by wzrok przywykł do ciemności, a poza tym przyświecał mu wiszący na bezchmurnym niebie księżyc w trzeciej kwarcie. Na oczach chłopca drapieżnik odsunął pyskiem ogrodzenie i podjął trop z kurzej krwi. Gignomai nawet nie drgnął, kiedy zwierzę ruszyło przed siebie, co chwila unosząc łeb. Wilk był ostrożny, podejrzliwy, ale nie zrozumiał na czym polega niebezpieczeństwo. Stary i przygłupi, tym niemniej groźny. Chłopiec mocniej zacisnął dłoń na uchwycie latarni i czekał. Wreszcie drapieżnik dotarł za wonią krwi do drewutni. Gignomai pozostał w bezruchu dopóki w środku nie zniknęła końcówka szarego ogona. Wtedy wstał, zaczerpnął głęboko tchu i przekradł się przez podwórko, idąc na samych krawędziach 11


stóp, tak jak uczył go Luso. Sięgając po przygotowany kij, wyraźnie poczuł woń zwierzęcia. Najszybciej jak potrafił, otworzył szybkę latarni i wrzucił ją do szopy, starając się wymierzyć w rozrzuconą słomę. Zaraz potem zatrzasnął drzwi i podparł klamkę grubym patykiem. Przez niepokojąco długi czas nie działo się nic. Wreszcie doleciał go skowyt – chłopak domyślił się, że to iskra lub gorący popiół spadł na wilczy grzbiet – po czym drzwi zatrzęsły się pod naporem skaczącego panicznie zwierzęcia. Gignomai wiedział, że tak będzie, i żałował, że nie udało mu się ukraść mocnej deski i gwoździ, którymi porządnie zabiłby wyjście z budynku. Kij pod klamką sprawdził się jednak znakomicie. W szparze pod wejściem drewutni pojawiła się czerwona poświata. Wilk zawył. Tego z kolei Gignomai nie przewidział. Tak głośne zawodzenie postawi na nogi cały dom i Luso wybiegnie z pistoletem, by sprawdzić co się stało. Zaraz potem otworzy drzwi drewutni i albo rzuci się na niego oszalały, poparzony wilk, albo runie na niego płonąca belka. A Gignomai nie mógł nic na to poradzić. Przez chwilę rozważał, czy nie zablokować innym kijem drzwi domu, ale nie miał na to czasu, ani nie wiedział gdzie szukać potrzebnych przyborów. Wtedy drgnęła strzecha – zapadała się, zupełnie jak grudka ołowiu tuż zanim się stopi – i wystrzeliły z niej jęzory płomieni, rozkwitły niczym wiosenne krokusy. Z domu wypadł Stheno. – Cholera! Drewutnia się pali! – zawołał i rozkazał jakimś ludziom, których Gignomai ze swego miejsca nie widział, by przynieśli wiadra. Jeden z pracowników farmy przebiegł tuż obok kryjówki przykucniętego chłopca, niemal na niego wpadając. Gignomai 12


prędko przebiegł w myślach ostatnie wydarzenia. Gdy tylko uznał że jest bezpiecznie, wstał i ruszył w stronę domu. Tam zauważył go Luso i mocno chwycił za ramię. – Wracaj do łóżka. Ale to już! – syknął. Gignomai posłuchał się karnie i odczekał w swoim pokoju, póki hałasy na podwórzu nie ucichły. Wtedy zszedł do holu. Stali w nim Stheno, Luso i ojciec, wszyscy z mocno rozdrażnionymi minami. Stheno opowiadał właśnie ojcu, że szopa stanęła w płomieniach; próbowali gasić, lecz zanim dotarli na miejsce, ogień był już zbyt duży i nie mogli niczego wskórać. Na szczęście, pożar się nie rozprzestrzenił, aczkolwiek skutki i tak były katastrofalne: z dymem poszła połowa zgromadzonego na zimę sezonowanego drewna, wraz z dwunastoma tuzinami porządnych sztachet. Ojciec obrzucił Sthena spojrzeniem, które mówiło, że tego typu gospodarskie błahostki nie stanowią wystarczającego powodu, by przerywać mu sen, i wrócił do łóżka. Następnego dnia Stheno przetrząsnął pogorzelisko i znalazł poskręcany szkielet latarni. Obwieścił, że jakiś głupiec zostawił w szopie zapaloną lampę, którą przewrócił szczur lub jakieś inne stworzenie i z tego powodu tej zimy wszyscy będą cierpieć chłód. Dał też do zrozumienia, że winnego – o ile kiedykolwiek zostanie odkryty – czeka bardzo nieprzyjemny los. Przepytani jednak na tę okoliczność pracownicy dysponowali znakomitymi alibi, a sam Stheno miał za dużo na głowie, by przeprowadzić dochodzenie z prawdziwego zdarzenia. Napady na kurnik ustały, lecz pracy było wiele i nikt tego nawet nie zauważył. Gignomai nie był z siebie dumny. W oczywisty sposób nie przemyślał swego planu jak należy. Z drugiej strony, zrobił co musiał, a wilk – całkiem możliwe, że ostatnia sztuka na Blacie – 13


był już martwy i nie zabije ani jednej kury więcej. To było ważne. Rodowa własność nie zostanie ponownie zrabowana, więc on sam nie będzie musiał swego błędu powtarzać. Dlatego nie czuł również zbyt silnych wyrzutów sumienia. Zrobił co trzeba i tyle. Jakiś czas potem, gdy był już przekonany, że cała sprawa należy do przeszłości, przyszła do niego siostra. – Pamiętasz tę noc, kiedy wybuchł pożar? – Pamiętam, a co? – odparł Gignomai. – Byłam w kuchni. Zeszłam po kubek wody i w pewnej chwili przyszedłeś ty. Schowałam się i widziałam jak wychodzisz przez okno. – Mówiłaś o tym komukolwiek? – zapytał chłopak. Pokręciła głową. – Dlaczego spaliłeś szopę? Wytłumaczył. Siostra obrzuciła go przeciągłym spojrzeniem. – To było naprawdę strasznie głupie – stwierdziła. – Zabiłem wilka. – Wzruszył ramionami. – Ile dzieciaków w moim wieku może to o sobie powiedzieć? Nie odpowiedziała. – Powinnam cię wydać ojcu. – Proszę cię bardzo. – Powinnam, ale tego nie zrobię – dodała po nieprzyjemnie dłużącej się chwili milczenia. – Tylko by się wściekł i znów byłyby krzyki, kłótnie i wszyscy straciliby humor. Nie lubię tego, zwłaszcza kiedy ciągnie się całymi dniami. – To dobrze – rzucił Gignomai. – Oczywiście, wszystko zależy od ciebie. – Mógłbyś mi chociaż podziękować. – Dziękuję. 14


– W każdym razie, głupio zrobiłeś – powtórzyła i wyszła z pokoju. Kiedy zniknęła, chłopak długo zastanawiał się nad jej słowami i owszem, uznał, że miała rację. Cóż, co się stało, to się nie odstanie. Poza tym, trzeba było to zrobić. Jedynym zarzutem jaki mógł sobie postawić, była bierność i brak przewidywania. Powinien był przenieść chrust do starej tłoczni cydru, która i tak już się waliła (Stheno obiecał ją w wolnej chwili naprawić) i po której nikt by nie płakał. Następnym razem, przyrzekł sobie, wszystko przemyślę dokładnie.

Młot  

Gignomai jest najmłodszym z braci w obecnym pokoleniu rodziny met'Oc, arystokratycznego rodu zaliczanego niegdyś do najbardziej wpływowych,...