Issuu on Google+


Steven Erikson

KRWAWY TROP Pierwsza z opowieœci o Bauchelainie i Korbalu Broachu PRZE£O¯Y£ MICHA£ JAKUSZEWSKI WYDAWNICTWO MAG WARSZAWA 2004


Tytu³ orygina³u: Blood Follows Copyright © 2003 by Steven Erikson Copyright for the Polish translation © 2004 by Wydawnictwo MAG Redakcja: Joanna Figlewska Korekta: Urszula Okrzeja Ilustracja na ok³adce: © Steve Stone Opracowanie graficzne ok³adki: Jaros³aw Musia³ Projekt typograficzny, sk³ad i ³amanie: Tomek Laisar Fruñ ISBN 83-89004-67-4 Wydanie I Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Boremlowska 48, 04-347 Warszawa tel./fax (0-22) 879 85 93, tel. (0-22) 610 11 29 e-mail: kurz@mag.com.pl http://www.mag.com.pl


Wstêp Gdy mia³em kilkanaœcie lat, raczej nie zdawa³em sobie sprawy z istnienia czegoœ takiego jak podtekst w powieœciach i opowiadaniach, jakie poch³ania³em ¿ar³ocznie w czasie, który powinienem przeznaczyæ na naukê. Z pewnoœci¹ te¿ przypominam sobie bardzo niewiele z wiêkszoœci szkolnych lektur (wyj¹tkami s¹ W³adca much, Folwark zwierzêcy i Nowy wspania³y œwiat), a zw³aszcza dyskusji o nich, do czego zmuszali nas nauczyciele. W gruncie rzeczy, gdy cofam siê myœl¹ do tamtych czasów, w¹tpiê, by mój mózg funkcjonowa³ wówczas nader intensywnie. Krytyczna myœl wydawa³a mi siê czymœ obcym i onieœmielaj¹cym, a jedynym, co pracowa³o w moim umyœle na pe³nych obrotach, by³a wyobraŸnia. Przypuszczam, ¿e ta w³aœnie charakterystyczna cecha m³odoœci le¿y u podstaw wszelkiej nostalgii. W koñcu dziecinny zachwyt oznacza brak sceptycyzmu i dlatego œwiat wolny od niepewnoœci jest atrakcj¹ zarówno dla romantycznych idealistów, jak i spragnionych ucieczki od rzeczywistoœci. Tym, co wspomina siê z ³ezk¹ – albo z gorzkim ¿alem – jest z³udzenie prostoty. Dla mnie epoka bezkrytycznego zachwytu trwa³a do wieku kilkunastu lat ¿ycia, choæ w dzisiejszych czasach wygl¹da na to, ¿e dzieci wypalaj¹ siê i wyrastaj¹ z niej, 5


gdy maj¹ dziewiêæ, dziesiêæ lat. Nadal nie wiem, czy to Ÿle, czy te¿ jest to dla nich jedyne wyjœcie. Tak czy inaczej, w¹tpiê, by w wykazie pisarzy, których ksi¹¿ki czyta³em, by³o coœ, co mo¿na by uznaæ za wyj¹tkowe. Teraz ³atwo mi jest przeœledziæ narastaj¹c¹ komplikacjê moich lektur, w miarê jak z up³ywem lat narasta³o we mnie pragnienie literackiego wyrafinowania. Jeœli chodzi o literaturê fantasy, moja wêdrówka rozpoczê³a siê od E.R. Burroughsa (którego pozna³em w wydaniach Ace Books, ze wspania³ymi ok³adkami Franka Frazetty) i poprzez R.E. Howarda (znowu ok³adki Frazetty) doprowadzi³a mnie do Karla Edwarda Wagnera oraz Fritza Leibera. Mo¿na tu zaobserwowaæ pewne oczywiste trendy – coraz wiêksze upodobanie do dark fantasy; bardzo realne prawdopodobieñstwo, ¿e kupowa³em ksi¹¿ki, kieruj¹c siê nazwiskami autorów ich ok³adek; uderzaj¹ca nieobecnoœæ W³adcy pierœcieni na tej liœcie; a tak¿e, jak s¹dzê, oznaki polepszania siê gustu. Bez wzglêdu na to wszystko (i by wróciæ z opóŸnieniem do punktu, od którego zacz¹³em), nie pamiêtam, bym zdawa³ sobie sprawê z wywrotowego ³adunku ukrytego w dzie³ach tych ostatnich pisarzy, a zw³aszcza opowiadaniach Fritza Leibera opiewaj¹cych przygody dwóch niezwyk³ych bohaterów. Nie docenia³em te¿ w pe³ni okrutnego humoru zawartego w tych opowiadaniach. Szczerze mówi¹c, nie potrafi³em go doceniæ przez d³ugie lata. Móg³bym przeœledziæ podobny postêp w moich lekturach, gdy chodzi o science fiction, gdzie punktem szczytowym mojej drogi byli zapewne P.K. Dick i Roger Zelazny. 6


Tak czy inaczej, w owych latach nigdy nie przychodzi³a mi do g³owy myœl o zabawie tropami charakterystycznymi dla gatunków literackich. Czyta³em dla rozrywki i owi wspaniali pisarze dostarczali mi jej bardzo wiele. Przejœcie od roli czytelnika do roli pisarza wi¹¿e siê z czymœ w rodzaju kapitulacji, poniewa¿ przyjemnoœæ p³yn¹ca z czytania s³abnie, gdy cz³owiek zaczyna dostrzegaæ techniczne niedoskona³oœci, niekiedy pokraczny szkielet struktury, oklepane bana³y i powtarzaj¹ce siê regularnoœci w budowie zdañ. W dzisiejszych czasach czytanie Burroughsa przychodzi mi z trudnoœci¹ i, szczerze mówi¹c, ¿a³ujê tego. Od czasu do czasu jednak zdarza mi siê ponownie odwiedziæ jakiegoœ pisarza i czujê siê wtedy tak, jakbym czyta³ go po raz pierwszy: oczy otwieraj¹ mi siê nagle na subtelne (a czasami nie takie znowu subtelne) gry, jakim oddaje siê sprytny autor. Bynajmniej nie czujê siê wówczas rozczarowany. Mi³e wspomnienia sprzed lat ³¹cz¹ siê ze wspó³czesn¹ œwiadomoœci¹ ukrytych intencji, zamiast pozostawaæ w konflikcie, i cichy, podstêpny szept, który rozlega siê pod czaszk¹, ostrzegaj¹c mnie przed ryzykiem powrotu do tego, co kiedyœ kocha³em, milknie. Nie jestem rozczarowany, ale dajê siê porwaæ. Przyjemnoœæ czytania jest równie wielka, choæ z odmiennych powodów. Wiêkszoœæ pisarzy, œwiadomie b¹dŸ nie, sk³ada sw¹ twórczoœci¹ ho³d autorom, na których siê wychowali. Wszyscy próbujemy ponownie odnaleŸæ zachwyt, jaki czuliœmy w dzieciñstwie, i ofiarowaæ go z kolei nowym odbiorcom. Odbiorcom, którzy zapewne nie czytali Burroughsa, Howarda, Wagnera czy Leibera. 7


Czêsto ów ho³d równie¿ ma wywrotowy charakter. Autor uchyla kapelusza, lecz jednoczeœnie mruga znacz¹co, a potem wywraca na nice ca³y schemat opowieœci. Prawdziwy ho³d nie jest zwyk³ym naœladownictwem. Celem nie jest proste skinienie g³ow¹ mistrza lub jego ducha. Nie, chodzi o to, ¿eby ten mistrz (albo jego duch) a¿ siê wyprostowa³ z wra¿enia. To, rzecz jasna, ambitny zamiar, ale na tym w³aœnie polega prawdziwy ho³d. „Krwawy trop“ jest pierwsz¹ z opowieœci mówi¹cych o mniej lub bardziej incydentalnych przygodach trzech postaci: lokaja, jego pana oraz towarzysza jego pana. Samo w sobie brzmi to ca³kiem zwyczajnie i na pierwszy rzut oka mog³oby siê wydawaæ niez³ym sposobem na przedstawienie trzech niechêtnych bohaterów, którzy prze¿ywaj¹ epizodyczne spotkania z si³ami z³a, zwyciê¿aj¹ w starciach z nimi i ruszaj¹ w dalsz¹ drogê. Coœ takiego mog³oby spowodowaæ, ¿e duch Leibera skin¹³by g³ow¹ raz albo dwa. To jednak za ma³o. To zdecydowanie niewystarczaj¹cy ho³d. Ostatecznie opowiadania Leibera s¹ znakomite. By³y dla mnie inspiracj¹ i nadal ni¹ pozostaj¹. Dlatego postanowi³em postawiæ ca³y schemat na g³owie. Z³o¿y³em mu ho³d. Mam nadziejê, ¿e gdzieœ tam jego duch wyprostuje siê z wra¿enia. To by mnie ucieszy³o.

Steven Erikson


KRWAWY TROP


N

ad ca³ym Smêtnym Miastem Laluni¹ s³ychaæ by³o bicie w dzwony. Ich dŸwiêk wype³nia³ w¹skie, krête zau³ki, uderzaj¹c we wstaj¹cych o œwicie, którzy poœpiesznie rozk³adali swe towary na rondach handlowych. Dzwony hucza³y, a ich dŸwiêk toczy³ siê po brudnych brukowcach ku nabrze¿om i szarym falom burzliwej zatoki. Ton ¿elaza pobrzmiewa³ przenikliw¹ nut¹ histerii. Echa owego przera¿aj¹cego, niemilkn¹cego dŸwiêku siêga³y do g³êbi krytych ³upkow¹ dachówk¹ kurhanów, którym wszystkie dzielnice Laluni zawdziêcza³y swe wybrzuszone ulice, pochy³e domy i ciasne zau³ki. Kopce te by³y starsze ni¿ samo Smêtne Miasto i wszystkie dawno ju¿ dok³adnie przetrz¹œniêto w bezowocnym poszukiwaniu ³upów. Przypomina³y strupy, dzioby pozosta³e po jakiejœ staro¿ytnej zarazie. Odg³os dzwonów przenika³ a¿ do rozsypanych, po³amanych koœci, pochowanych w wydr¹¿onych k³odach wraz ze zbutwia³ymi futrami, kamiennymi narzêdziami i broni¹, paciorkami oraz bi¿uteri¹ z koœci b¹dŸ muszelek, skulonymi szkieletami myœliwskich psów, a tu i ówdzie równie¿ koñmi, których g³owy uciêto i u³o¿ono u stóp ich panów. Wszystkie te czaszki mia³y miêdzy lewym okiem a uchem dziurê po gwoŸdziu. 11


Echa nios³y siê poœród umar³ych, budz¹c cienie z wielusetletniej drzemki. Kilka z owych przera¿aj¹cych duchów ocknê³o siê w odpowiedzi na zew i wy³oni³o spod ³upku, ziemi i ceramicznych skorup w poprzedzaj¹cym nadejœcie œwitu mroku, czuj¹c woñ... kogoœ, czegoœ. Potem wróci³y do swych mrocznych domostw, a dla tych, którzy je widzieli, dla tych, którzy wiedzieli cokolwiek o tego rodzaju istotach, ich odejœcie przypomina³o raczej ucieczkê. Na Rondzie Œwi¹tynnym, w miarê jak s³oñce wznosi³o siê coraz wy¿ej nad po³o¿onymi w g³êbi l¹du wzgórzami, studnie, fontanny i kamienne misy wype³nia³y siê nadmiarem monet. Na ³o¿u z miedzi lœni³o gdzieniegdzie srebro i z³oto. Pod otoczonymi wysokimi murami sanktuariami Po¿ogi gromadzi³y siê t³umy – pe³ne ulgi i bezpieczne w blasku wilgotnego poranka – raduj¹ce siê z odejœcia nag³ej œmierci i dziêkuj¹ce Œpi¹cej Bogini za to, ¿e nadal siê nie budzi³a. Widziano te¿ wielu lokajów wychodz¹cych boczn¹ furtk¹ ze œwi¹tyni Kaptura. To bogacze próbowali przekupiæ Pana Œmierci, licz¹c na to, ¿e obudz¹ siê nastêpnego dnia, ukojeni na duchu, w swych miêkkich ³o¿ach. To dla mnichów Królowej Snów miniona noc by³a powodem do ¿a³oby ze wzglêdu na swój brzêcz¹cy tren ¿elaza, naznaczon¹ bliznami nocn¹ twarz cywilizacji. Owa twarz mia³a bowiem imiê, a brzmia³o ono Morderstwo. Dlatego dzwony nie milk³y, a na port Laluni opada³ ca³un z³owró¿bnego dŸwiêku – zimnego, twardego dŸwiêku, przed którym nie by³o ucieczki... ...podczas gdy w zau³ku za niewielk¹ rezydencj¹ przy Niskiej Drodze Kupieckiej, wró¿bita pos³uguj¹cy siê 12


Tali¹ Smoków ha³aœliwie uwalnia³ siê od swego œniadania z³o¿onego z owoców granatu, chleba, suszonych œliwek oraz rozcieñczonego wina, otoczony pierœcieniem psów, które cierpliwie czeka³y na swoj¹ kolej. Drzwi zamknê³y siê z hukiem za Emanciporem Reese’em, wstrz¹saj¹c lichym zatrzaskiem, po czym znowu zwis³y na wytartych, skórzanych zawiasach. Mê¿czyzna wpatrzy³ siê w w¹ski, cuchn¹cy stêchlizn¹ korytarz, który mia³ przed sob¹. Ulokowan¹ na wysokoœci pasa wnêkê po jego prawej stronie oœwietla³a pojedyncza ³ojowa œwieczka. W jej blasku widaæ by³o plamy wilgoci, spêkany tynk oraz maleñki kamienny o³tarzyk Siostry Soliel, pokryty zwiêd³ymi g³ówkami kwiatów. Na tylnej œcianie, szeœæ kroków od miejsca, w którym sta³, korytarz otwiera³ siê na obie strony. Wisia³ tam potê¿ny pa³asz z czarnego ¿elaza o poprzecznym jelcu i ga³ce z br¹zu. Zapewne rdza po³¹czy³a go ju¿ w jedn¹ ca³oœæ ze spatynowan¹ pochw¹. Gdy Emancipor patrzy³ na broñ swej m³odoœci, jego poorana bruzdami, ogorza³a od s³oñca twarz wyra¿a³a przygnêbienie, zw³aszcza wokó³ oczu. Czu³ ka¿de z szeœciu, mo¿e siedmiu dziesiêcioleci swego ¿ycia. Jego ¿ona uciszy³a siê w kuchni, zajêta podgrzewaniem mokrego piasku. Garnek po porannej owsiance oraz talerze stoj¹ce obok niego na drewnianej ladzie nadal czeka³y na wyszorowanie. Widzia³ j¹ oczyma wyobraŸni: grub¹, nieruchom¹ niewiastê, oddychaj¹c¹ coraz p³ycej i coraz bardziej nerwowo. – To ty, Mancy? Zawaha³ siê. Móg³ to zrobiæ. Cofn¹æ siê, wyjœæ na ulicê. Zna³ siê na sondowaniu i umia³ wi¹zaæ wêz³y. Wszystkie 13


rodzaje wêz³ów. Niestraszny mu by³ ko³ysz¹cy siê pok³ad. Móg³ opuœciæ to cholerne, zawszone miasto, porzuciæ tê kobietê i wrzeszcz¹ce, mizdrz¹ce siê bachory, które sp³odzili. Móg³... uciec. – Tak, kochanie – odpar³ z westchnieniem. – Czemu nie jesteœ w pracy? – zapyta³a bardziej piskliwym g³osem. Zaczerpn¹³ g³êboko tchu. – Zosta³em... – przerwa³, a potem dokoñczy³, wypowiadaj¹c drugie s³owo g³oœno i wyraŸnie: – ...bezrobotnym. – S³ucham? – Bezrobotnym. – Wyla³ ciê? Wyla³? Ty g³upi, nieudolny... – Dzwony! – krzykn¹³. – Dzwony! Nie s³yszysz dzwonów? W kuchni zaleg³a cisza. – Siostry zmi³ujcie siê! – us³ysza³ nagle. – Ty idioto! Czemu nie idziesz szukaæ pracy? ZnajdŸ sobie now¹ robotê. Jeœli wydaje ci siê, ¿e pozwolê ci siê tu obijaæ, podczas gdy nasze dzieci strac¹ mo¿liwoœæ nauki... Emancipor westchn¹³. Kochana Subly. Zawsze by³a taka praktyczna. – Ju¿ idê, kochanie. – Wróæ, jak znajdziesz robotê. Dobr¹ robotê. Przysz³oœæ naszych dzieci... Zatrzasn¹³ za sob¹ drzwi i wbi³ wzrok w ulicê. Dzwony nadal nie milk³y. Robi³o siê coraz upalniej. W powietrzu unosi³ siê fetor nieczystoœci, gnij¹cych ma³¿y oraz ludzkiego i zwierzêcego potu. Subly niemal¿e sprzeda³a w³asn¹ duszê w zamian za stary, zniszczony dom, który mia³ za 14


plecami – czy raczej za dzielnicê, w której siê znajdowa³. Zdaniem Emancipora œmierdzia³o tu tak samo, jak we wszystkich innych dzielnicach, w których wczeœniej mieszkali. Pomijaj¹c byæ mo¿e fakt, ¿e rozmaitoœæ gnij¹cych w rynsztokach warzyw by³a tu wiêksza. „Lokalizacja, Mancy. Wszystko zale¿y od lokalizacji“. Po drugiej stronie ulicy Sturge Weaver wylaz³ przed swój sklep, by otworzyæ zamek ¿aluzji i odsun¹æ je na boki. Co chwila spogl¹da³ znacz¹co na niskie wzgórze kurhanu wznosz¹ce siê na ulicy miêdzy ich domami. Ten ospa³y pierdziel wszystko s³ysza³. Nie szkodzi. Subly upora siê z garnkiem i talerzami w rekordowym czasie, a potem wyjdzie na ulicê i zacznie trzepaæ jadaczk¹, wytrzeszczaj¹c oczy w poszukiwaniu wspó³czucia czy czego tam. To prawda, ¿e musia³ znaleŸæ now¹ robotê przed zmierzchem, bo inaczej ca³y szacunek, który uda³o mu siê zdobyæ w ci¹gu szeœciu ostatnich miesiêcy, zniknie szybciej ni¿ p³omieñ œwiecy podczas huraganu, wróci ponure przezwisko „Niefartowny Mancy“, duch dawnych czasów pod¹¿aj¹cy za jego cieniem, i s¹siedzi tacy jak Sturge Weaver znowu zaczn¹ czyniæ znaki chroni¹ce przed z³em, gdy tylko ich drogi siê skrzy¿uj¹. Robota. W tej chwili nie liczy³o siê nic innego. Mniejsza z tym, ¿e, odk¹d nasta³a nowa pora roku, w mieœcie grasowa³ jakiœ szaleniec i co rano znajdowano straszliwie okaleczone cia³a mieszkañców Smêtnej Laluni. Ich oczy nic nie wyra¿a³y – o ile nadal mieli oczy – a ich cia³a... wszystkie te brakuj¹ce czêœci. Emancipor zadr¿a³. Mniejsza z tym, ¿e pan Baltro nie bêdzie ju¿ nigdy potrzebowa³ stangreta – pomijaj¹c garstkê bladych, zgarbionych 15


grabarzy, którzy zabior¹ go w ostatni¹ podró¿ do katakumb, w których spoczywali jego przodkowie, na zawsze k³ad¹c¹ kres jego rodowi. Emancipor otrz¹sn¹³ siê. Gdyby nie makabryczny etap przejœciowy, móg³by niemal zazdroœciæ kupcowi tej ostatniej podró¿y. Przynajmniej znalaz³bym wreszcie ciszê. Nie chodzi mi oczywiœcie o Subly, ale o dzwony. Cholerne, jêkliwe, wiecznie gderaj¹ce dzwony... *** – ZnajdŸ mnicha na koñcu tego sznura i skrêæ mu kark. Kapral spojrza³, mrugaj¹c, na sier¿anta, wierc¹c siê niespokojnie pod ciê¿arem stroju pododdzia³u pogrzebowego, na który sk³ada³a siê pierœcieniowa kolczuga z br¹zu upstrzona niebieskimi plamami, garnczkowy he³m z nakarczkiem oraz ciê¿kie, wyœcie³ane skór¹ naramienniki. Cholera, ch³opak wrêcz p³ywa w tej przeklêtej zbroi. Nie uda³o mu siê te¿ zaimponowaæ gapiom. Nawet nie wyjmowa³ tego krótkiego miecza. Pochwê ma nadal zalakowan¹, do Kaptura. Guld odwróci³ siê. – Ruszaj, synu. S³ucha³ odg³osu cichn¹cych za jego plecami kroków ch³opaka, obserwuj¹c z ponur¹ min¹, jak jego oddzia³ stara siê otoczyæ kordonem cia³o oraz stary kurhan, w którym je pozostawiono, utrzymuj¹c na dystans gapiów i wa³êsaj¹ce siê psy, a tak¿e próbuj¹c kopaæ go³êbie i mewy. Dziêki ich wysi³kom to, co zosta³o z zabitego, 16


spoczywa³o w pokoju pod kawa³kiem strzechy, którym nakry³ go jakiœ litoœciwy przechodzieñ. Wró¿bita wynurzy³ siê chwiejnym krokiem z s¹siedniego zau³ka. Twarz mia³ popielat¹. Nadworny mag króla nie by³ cz³owiekiem mieszkaj¹cym na ulicy, lecz w tej chwili na kolanach jego bia³ych pantalonów widnia³y œlady bezpoœredniego kontaktu z brudnymi kamieniami bruku. Guld mia³ niewiele szacunku dla rozpieszczonych magów. Byli zbyt oddaleni od ludzkich spraw, pogr¹¿eni w ksiêgach, naiwni i dorastali za wolno. Ophan zbli¿a³ siê ju¿ do szeœædziesi¹tki, ale nadal mia³ twarz ma³ego brzd¹ca. To oczywiœcie zas³uga alchemii. A wszystko w imiê pró¿noœci. – Stulu Ophan! – zawo³a³, spogl¹daj¹c w za³zawione oczy maga. – Skoñczy³eœ ju¿ swój odczyt? To pytanie œwiadczy³o o braku wra¿liwoœci, ale takie w³aœnie Guld najbardziej lubi³ zadawaæ. Pêkaty mag podszed³ do niego. – Skoñczy³em – potwierdzi³ ochryp³ym g³osem, oblizuj¹c sinawe wargi. To wymaga opanowania. Interpretacja talii chwilê po morderstwie. – I co? – To nie by³ demon, Sekull ani Jhorligg. To by³ cz³owiek. Sier¿ant Guld skrzywi³ siê, poprawiaj¹c he³m w miejscu, gdzie we³niana wyœció³ka otar³a mu czo³o do ¿ywego. – O tym ju¿ wiedzieliœmy. To samo powiedzia³ nam ostatni uliczny wró¿bita. Za co w³aœciwie król da³ ci wie¿ê w swojej twierdzy? 17


Krwawy trop