Rodzinne sekrety

Page 1





ROZDZIAŁ 1

Wczesna jesień była w tym roku wyjątkowo piękna, jakby starała się ze wszystkich sił zatrzeć nieprzyjem­ ny incydent, który rodzinie Zagórskich zgotowało lato. Pod koniec sierpnia zamiast spodziewanych słonecz­ nych dni poprawiających ludziom samopoczucie i po­ zwalających owocom w sadzie przyjemnie się rumienić, nadeszła burza stulecia, w niecałe pół godziny niszcząc dorobek wielu lat pracy. Po pięknym, pielęgnowanym bez oszczędzania sił i środków sadzie Zagórskich pozostało tylko wspo­ mnienie. Ogród też mocno ucierpiał. Jan Zagórski, oj­ ciec czterech córek i głowa rodu, rano specjalnie nie dotykał kotar zasłaniających okna i szerokie balkono­ we drzwi, żeby jak najdłużej chronić ukochaną żonę przed widokiem skutków nawałnicy.

5


Minęły cztery tygodnie. Przyroda zmobilizowa­ ła wszystkie siły, by naprawić to, co zostało zepsute. Połamane kwiaty wypuszczały boczne pędy, między drzewkami zieleniła się świeża trawa. Kiedy patrzyło się na sad z dużej odległości, można było odnieść wra­ żenie, że wszystko jest jak dawniej. Ale wystarczyło podejść bliżej, żeby pozbyć się złudzeń. Prawie wszystkie owoce przepadły. W tym roku jabłoniowy sad miał dla swoich właścicieli zaledwie dwa kosze poobijanych, stłuczonych gradem owoców. Reszta nie nadawała się do zbioru. Jedyne jabłko, które ocalało bez szwanku, stało teraz na biurku Jana w jego księgarni nieomal jak relikwia. Codziennie brał je do ręki i przypominał sobie, że dobro jest możliwe. Jeśli wszyscy się posta­ rają i włożą w to odpowiedni wysiłek, za rok gałęzie jabłoni w starym sadzie znów będą się uginać pod ciężarem dorodnych jabłek, a szczęśliwa rodzina raz jeszcze zasiądzie przy zastawionym stole na drewnia­ nej werandzie. Jan sam już nie wiedział, co okaże się trudniejszym zadaniem: naprawienie szkód wyrządzonych przez burzę czy zebranie rozproszonej rodziny… Mężczyzna westchnął, po czym dokończył układa­ nie stosów książek. Ich wysokość stanowiła dla niego kolejny powód do zmartwienia. Sprzedaż nie szła do­ brze. We wrześniu, jak co roku, klienci, przytłoczeni

6


szkolnymi wydatkami i spłacaniem pourlopowych długów, oszczędzali na wszystkim. Poza tym wielu ludzi sądzi, że bez książek można żyć. Zapewne mają trochę racji. Ale co to za życie! Jan, westchnąwszy ponownie, podszedł do szyby wystawowej. Parking pod galerią po drugiej stronie ulicy mimo dość wczesnej pory i dnia powszedniego pełen był samochodów. Co jakiś czas ktoś wychodził i pakował do bagażnika siaty zakupów. Co w tym jest? – zastanawiał się Jan. – Jaka magia sprawia, że nawet jeśli w małym sklepie cena będzie podobna albo nawet niższa, klienci i tak wybiorą tę maszynę do sprzedawania, automat towarowy, fabrykę przerabiającą ludzkie słabości na konkretny pieniądz? Niby każdy wie, jak działa reklama, jakie sztuczki sto­ sują sieciówki, ale i tak kupuje właśnie w nich. Jan spojrzał na wnętrze swojej księgarni prowa­ dzonej przez rodzinę od pokoleń. To miejsce miało swój klimat. Niepowtarzalny urok. Ale ostatnio to nie wystarczało, by skłonić klientów do wykonania tak niezwykle męczącego i wyczerpującego działania, jakim jest przejście na drugą stronę ulicy do jednego zaledwie sklepu. A gdyby nawet jakiś odważny zde­ cydował się na tak desperacki krok, to oszołomiony światłami, muzyką, różnorodnością wystaw dopiero co opuszczonej galerii, zapewne niczego już nie zdoła tutaj dostrzec…

7


Nie upadajmy na duchu – powtarzała ostatnio żona Jana, Helena. Właściwie robiła to całymi dniami. Zwracała się w ten sposób do córek, a nawet do swojej siostry Marty, która – choć zwykle stanowiła podpo­ rę rodziny – po ostatnich wypadkach straciła znaczną cześć swojej życiowej energii. Wyglądało na to, że dom, sad i rodzina stanowiły jeden mocno zintegrowany system. Gdy w jednej jego części źle się działo, cierpiały wszystkie.  – Przestań! Nie bądź takim fatalistą – zawołał Jan, a jego głos odbił się od pustych ścian, lekko tylko stłu­ miony stojącymi na wysokich regałach książkami. Wiadomo nie od dziś, że najlepszym sposobem na czarne myśli jest działanie. Jan zatarł dłonie. Prze­ sunął na wystawie szeroką konstrukcję z „nowości”, skomponowaną przez najmłodszą córkę Anielkę, tak by promienie słońca bez przeszkód mogły wnikać do starego wnętrza, które – musiał to przyznać – z natury było dość ciemne. Następnie przeszedł do tej części pomieszczenia, w której zorganizowana była mała her­ baciarnia. Posprzątał. Poukładał torebeczki z osobiście komponowanymi mieszankami aromatycznych herbat. Wiedział, że to, co robi, jest dobre i wyjątkowe. Był już dostatecznie dojrzałym człowiekiem, by mieć odwagę powiedzieć to wprost: mam talent, niezwykły dar. A jednak i to nie wystarczało. Klienci, zwłaszcza ci stali, wpadali wprawdzie na herbatę, częstowali się

8


ciastkiem, dyskutowali, czasem kupowali książkę. By­ wały dni, gdy w księgarni panował spory ruch, tak że oboje z Anielką mieli pełne ręce roboty. Ale coraz częściej zdarzały się poranki takie jak dzisiejszy. Wy­ pełnione pustką i ciszą. Nie było nawet potrzeby, żeby córka mu towarzyszyła, obowiązków nie starczało na­ wet dla niego. Jan wziął do ręki jedną z torebek herbaty. Była to kompozycja rocznicowa. Tak długo nad nią pracował. Całymi miesiącami suszył zioła i owoce, dosypywał, parzył, kombinował, myślał. Ale przede wszystkim czuł. Jego palce przekazywały płynące z głębi serca dobre emocje. Całą swoją miłość do żony. Uczucie, które przetrwało czterdzieści lat, narodziny czwórki dzieci, budowę domu i codzienność, która jest ro­ mantyczna tylko wtedy, gdy człowiek spogląda za sie­ bie – w przeszłość. Bo trwające właśnie dni, nużąco powtarzalne w swej niezmienności, wydają się takie zwyczajne. Łatwo w ich powodzi zagubić radość życia, świeżość i entuzjazm. Wschody słońca przestają być spektaklem natury, a zaczynają się kojarzyć wyłącz­ nie z dźwiękiem budzika, który zawsze dzwoni zbyt wcześnie. Jan i Helena umieli pielęgnować swoje uczucie i radość życia. A na pamiątkę wszystkich minionych przeżyć z do­ brą wróżbą na przyszłość powstała rocznicowa herbata.

9


Ale ta mieszanka, mimo iż naprawę była niezwy­ kła, wcale rewelacyjnie się nie sprzedawała. Nawet Jan – wieczny romantyk i humanista – teraz wyraźnie poczuł, że nie sposób tak dłużej żyć, wbrew ekono­ micznym realiom. Jego mała, stara księgarnia, choć miała niezwykłą historię i była miejscem wyjątkowym, wyraźnie przegrywała z komercją galerii. Jan poczuł ból w okolicy serca. Miał wrażenie, jak­ by starość bezczelnie, z zimnym uśmiechem spojrzała mu prosto w oczy. Zadrżał. W samym dźwięku tego słowa kryły się wszelkie największe lęki tego świata. Utrata kontroli nad własnym ciałem, zależność od in­ nych, choroby, ból, ubóstwo… Przetarł oczy i otrząsnął się nagle.  – Mowy nie ma! – powiedział głośno do niewi­ dzialnego przeciwnika. – Tak łatwo mnie nie weź­ miesz. Mam jeszcze zbyt wiele spraw do załatwienia. Muszę najpierw posprzątać moje życie. Zostawić dzieciom dobrze prosperujący biznes i czystą rodzin­ ną historię, a nie podupadającą księgarnię i pokręconą biografię.  – Mowy nie ma! – powtórzył głośno i śmielej spoj­ rzał w stronę galerii. Jakby w odpowiedzi na jego słowa zaczął padać deszcz. Najpierw delikatnie stukał kroplami w szy­ bę, jednak szybko rósł w siłę. To już nie było letnie orzeźwienie, ale ponura jesienna słota. Jakby przyroda

10


wyraźnie chciała mu powiedzieć: nawet się nie wysilaj. Nie widzisz, że jesteś już stary? Nie masz wpływu na życie swoich córek i nic nie możesz zrobić w sprawie księgarni. Nigdy nie pokonasz potęgi, jaką jest galeria. Jej nawet deszcz nie straszny. Klimatyzowane wnętrze łagodzi odczucie chłodu, muzyka tłumi dźwięk spa­ dających kropel, a światła z powodzeniem zastępują słońce. Nieprzerwana pielgrzymka klientów do tej świątyni współczesności trwa i nic jej nie zatrzyma. Deszcz bębnił coraz silniej, jakby chciał wzmocnić siłę swoich argumentów i lepiej dotrzeć do serca oraz świadomości Jana. W jego księgarni bowiem od razu zrobiło się ciemniej i nie pomogło nawet zapalenie wszystkich lamp. Wilgoć ciągnęła od drzwi, a książki zdawały się drzemać na swoich regałach. Jan wziął głęboki oddech. Był księgarzem z praw­ dziwego zdarzenia, nie tylko sprzedawcą. Miłość do literatury krążyła w jego żyłach pomiędzy czerwo­ nymi i białymi krwinkami, sprawiając, że zaczynało go łączyć autentyczne pokrewieństwo z bohaterami powieści. Stawał się dzięki temu innym człowiekiem. Dojrzałym, wszechstronnym, a z czasem po prostu mądrym. Przez lata zgromadził w sercu i umyśle do­ świadczenia tysięcy przeczytanych historii. Nie za­ mierzał oddać swojej księgarni bez walki. Czymże bowiem był bez swojego ukochanego miejsca pracy? Na to pytanie nie umiał udzielić odpowiedzi.

11


– Jeszcze nie wszystko skończone – powiedział. – Czas pokaże, kto się będzie śmiał ostatni – zawołał głośniej, tym razem z przekonaniem. A deszcz chyba zrozumiał. W każdym razie stracił impet i przycichł nieco.


ROZDZIAŁ 2

Helena piekła ciasto cytrynowe. Nie miała ostatnio serca do szarlotek i choć w sadzie pod drzewami wciąż leżały brutalnie otrzepane przez burzę i grad owoce, które znakomicie nadałyby się do tego właśnie celu, nawet ich nie dotykała. Zbyt mało czasu upłynęło… Najmłodsza córka, Aniela, wstawała codziennie skoro świt, zanim jeszcze jej córeczka się obudziła, i porządkowała sad. Pewnie jej się wydawało, że nikt nie dostrzega tych wysiłków, ale to nie była prawda. Wprawdzie Helena i Jan porzucili swój miły mał­ żeński obyczaj i przestali pić rano kawę na swoim niewielkim tarasie, który wychodził z sypialni wprost na ogród, nie przesiadywali też wieczorami na drew­ nianym ganku z widokiem na sad, lecz każdą zmianę odnotowywali w sercach i umysłach. A w sadzie co­ dziennie przybywało drzew, jak dawniej otoczonych

13


zieloną trawą – wygrabioną rękami Anielki z liści, po­ łamanych gałęzi i zmasakrowanych owoców. Helena czuła wyrzuty sumienia. To była ciężka praca. Zdecydowanie nie dla jednej osoby, zwłaszcza drobnej dwudziestopięcioletniej dziewczyny o smu­ kłej figurze, delikatnych dłoniach miłośniczki książek i długich splotach rudych włosów, które nawet wiąza­ ne w warkocz wymykały się spod kontroli i przeszka­ dzały w pracy. Na razie jednak ani Helena, ani Jan nie zdołali zna­ leźć w sobie dość siły, żeby pomóc Anieli. Żyli, jakby nic się nie stało. Może dlatego, że zniszczony sad był teraz najmniejszym problemem… Po pamiętnej burzy córki rozpierzchły się, zabiera­ jąc swoje problemy ze sobą. Dom na jakiś czas prze­ stał być bezpieczną przystanią, w której można złożyć dowolną ilość smutków i znaleźć pocieszenie. Teraz sam potrzebował pomocy. A ta na razie nie nadcho­ dziła. Zamiast tego mnożyły się kłopoty. Julia, zerwawszy tuż przed planowanymi zaręczy­ nami i mającym zaraz po nich nastąpić hucznym ślubie swój związek z Ksawerym, poświęciła się wy­ łącznie pracy. Prawie nie wychodziła z przychodni we­ terynaryjnej, której była właścicielką. Uporządkowała faktury, wymyśliła system zmian, który miał uspraw­ nić działanie firmy, i brała wszystkie dyżury. Lu­dzie mówili, że do przychodni Julii Zagórskiej można

14


przyprowadzić cierpiącego zwierzaka o dowolnej po­ rze, a pani doktor zawsze go przyjmie. Z uśmiechem na twarzy i niekończącą się nigdy cierpliwością. Helena czuła ucisk w żołądku na samą myśl o tym, że jej córka wszystkie swoje uczucia, całe bogactwo swojej osobowości oddała tylko jednej dziedzinie życia. Pracy. Wiadomo, że to droga donikąd. Praca, choćby i najpiękniejsza, nie jest przecież w stanie za­ stąpić człowiekowi rodziny, snu, innych pasji, przy­ jaciół, spacerów, świeżego powietrza, wolnego czasu, a przede wszystkim i ponad wszystko miłości. Helena westchnęła i wlała pachnącą, złociście żółtą masę do foremki. Nie miała w stosunku do jej konsystencji żadnych zastrzeżeń, a wcześniej różnie bywało. W tym cieście najtrudniejsze jest dodanie na koniec świeżo wyciśniętego soku z cytryny. Czasem wszystko wtedy się warzy i masa nadaje się wyłącz­ nie do kosza. Dziś było jednak inaczej. Gładkie, po­ łyskujące ciasto zostało włożone do pieca. Zaczęło właśnie wydzielać kuszące aromaty, kiedy z nieba lu­ nął deszcz. Zawsze w takiej sytuacji Helena odrucho­ wo odliczała członków rodziny – jak kapitan statku przed burzą. Jan był w księgarni i pozostawało tylko mieć na­ dzieję, że – pozostawiony sam na sam ze swoimi my­ ślami – nie zamartwia się za bardzo. Marylka, naj­ starsza córka, siedziała teraz zapewne przed biurkiem

15


w budynku telekomunikacji, gdzie pracowała jako specjalistka od kontaktów z klientami biznesowymi. Można było się domyślić, że wykonuje swoje obo­ wiązki, a jednocześnie myśli o swoich synach pozo­ stawionych w przedszkolu i już planuje, jak upchnąć w zbyt krótkim dniu wszystkie konieczne do wyko­ nania czynności. Wieczna żonglerka czasem i dzia­ łaniami były codziennością jej samotnego macie­ rzyństwa. Gabrysia, o pięć lat młodsza, ratowała swoje mał­ żeństwo. Szukała pracy dla siebie i męża Kornela. Próbowała zbudować życie na czymś więcej niż nie­ kończące się starania o dziecko. Uwikłana w historię znajomości męża z Elizą, młodą dziewczyną w ciąży, znajdowała się teraz naprawdę w trudnym położeniu. Helena nawet przez chwilę nie pomyślała, by za­ wracać jej głowę sprzątaniem sadu. Julia była w przychodni – wróciła do odliczania. A najmłodsza Anielka? Zatrzymała się gwałtownie.  – No właśnie – zastanowiła się. – Gdzie ona jest? Pojechała rano odwieźć córeczkę do szkoły i daw­ no już powinna być z powrotem. Nie musiała dzisiaj pomagać ojcu w księgarni, bo ruch w tym miesiącu był niewielki. Nawet podręczniki nie szły jak dawniej, bo­ wiem Jan nie mógł sobie pozwolić na tak duże rabaty jak niektóre księgarnie internetowe. Ale niepokój o męża i córki to jeszcze nie wszystko.

16


Brat Jana po tylu latach pobytu w USA, gdy wy­ dawało się już, że ułożył sobie życie i odniósł sukces, przypomniał sobie nagle, że budynek księgarni oraz sad należą także do niego i zażądał natychmiastowej spłaty swojej części spadku. Helena westchnęła. Nigdy nie mieli tylu pieniędzy. Odkładali tę sprawę latami, a geograficzne oddalenie i dobra sytuacja materialna brata Jana zdawały się im sprzyjać. Ale zawsze kiedy Alfred dzwonił, wszystkim cierpła skóra. Bali się. Tym razem nie było już żadnego pola dla spekula­ cji. Alfred wyraźnie zapowiedział, że przylatuje, by osta­ tecznie zamknąć sprawy finansowe. Cała rodzina miała świadomość, że to oznacza sprzedaż księgarni. Miejsca tworzonego przez pokolenia, które przetrwało dwie woj­ ny, okupację i komunę. Z którym Jan był związany tak bardzo, że nie wyobrażał sobie bez niego życia. A także – patrząc praktycznie na sprawę – utrzymania domu. Księgarnia nigdy nie prosperowała aż tak dobrze, by zapewnić licznej rodzinie dostatek, dawała jednak stabilność finansową i zabezpieczała najważniejsze potrzeby. Bez tego źródła dochodu Jan i Helena, zda­ ni wyłącznie na swoje niewielkie emerytury, znaleźli­ by się w trudnym położeniu. Można by oczywiście jeszcze sprzedać dom, ale nikt z rodziny nie odważył się wypowiedzieć na głos tej strasznej myśli.

17


Helena rozejrzała się wokół siebie, a widząc, jak mrok podstępnie zakrada się do jej domu, natychmiast podjęła środki zapobiegawcze. Zaczęła zapalać świece. Małe i duże. W pojemnikach, a także na świecznikach. Szybko zrobiło się naprawdę przytulnie. Ciasto pach­ niało, deszcz przyjemnie szumiał za oknem. Będzie dobrze – pomyślała wbrew wszystkim oba­ wom. Nie mogła jednak oprzeć się wrażeniu, że tym razem nie wyjdą cało z tej próby. Nie zdołają uratować wszystkiego.


19


Millions discover their favorite reads on issuu every month.

Give your content the digital home it deserves. Get it to any device in seconds.