Page 1

Odliczanie

- Za trzy godziny cię stłukę! Yassine leży na kanapie przed telewizorem. Dzisiaj rano się nie spisałam. Jedno z dwóch jajek było nie do końca udane. Kromka z masłem za bardzo posolona. Yassine cisnął talerzem przez cały pokój. - Wiesz, co, nie potrafisz nawet ugotować jajek! Stłukę cię! Mija godzina od chwili, gdy zaczęło się odliczanie. Wiedziałam, że dzisiaj rano jajka niespecjalnie mi się udały. Powinnam była ugotować je od nowa… Ale nie miałam czasu. On chciał już zjeść śniadanie. No i sól… Yassine nie lubi solonego masła. Chce, żeby mu posolić niesłone masło. Zostały mi dwie godziny, zanim się zacznie. Nasz syn Bilal o czternastej zaczyna popołudniową drzemkę. Wtedy odliczanie dobiegnie końca. Yassine nie chce bić mnie przy nim. Spieszę się, żeby zdążyć wszystko wyprasować. Potem będę zbyt obolała. Nauczyłam się odpowiednio organizować sobie pracę. Kiedy on zaczyna odliczać, myślę o tym, co mi jeszcze zostało do zrobienia. Wszystko musi być gotowe, muszę wykonać wszystkie swoje obowiązki domowe, żeby potem mieć spokój. Wyliczam, co mi jeszcze zostało. Umyłam już podłogę, wyszorowałam kuchnię, nastawiłam pranie. Robię pranie codziennie, żeby żadne brudne ubrania nie poniewierały się nigdy po domu.

- Godzina piętnaście… Yassine rzucił to zdanie niemal wesołym tonem. Nie patrząc na mnie. Krążę w kółko, szukając wzrokiem, czy czegoś nie przeoczyłam. Bilal bawi się cichutko. To jeszcze małe dziecko, ale bardzo szybko zrozumiał, jak się zachowywać, żeby nie zwracać na siebie uwagi.

1


Nic. Nie mam już nic do zrobienia. Mogłabym usiąść sobie na kanapie, ale się waham. Zwykle kiedy to robię, Yassine się wścieka. - A ty co? - No… nic… usiadłam sobie… - Wszystko zrobiłaś? Nic się tu nie poniewiera? Jesteś pewna? Cholera, ty nic, tylko byś siedziała! Mamy kanapę narożną. Moje miejsce jest w samym jej rogu. Jeżeli Yassine zdecyduje się zbić mnie od razu, będę zaklinowana, a to jeszcze gorzej, niż gdyby odbyło się to tak, jak zwykle. Kiedy tam siadam, bije dwa razy mocniej. Okłada mnie pięściami bez wytchnienia. Jakbym była poduszką. Poza tym, gdy siadam obok niego, zwykle cała się trzęsę, a to go jeszcze bardziej denerwuje. Ale Bilal jest w pokoju. Ochrania mnie, mimo że ma tylko kilka miesięcy… Znajduję sobie nowe zajęcie. Zbliża się pora obiadowa. Zacznę coś gotować. Kuchnia wychodzi na salon, więc muszę zachowywać się jak najciszej, żeby mu nie przeszkadzać. Na początek faszerowane jajka. Ozdobione pietruszką. Potem wołowina po burgundzku, a na deser czekoladowe eklerki. Yassine jest bardzo czuły na punkcie sposobu podawania posiłku. Ma być ładnie. W przeciwnym razie rzuci talerzem na drugi koniec pokoju. Przykładam się. Zrobiłam ogromne postępy. Ja, która nie umiałam prawie nic ugotować, teraz potrafię przygotowywać wyszukane dania. Yassine je bez słowa. Gdy kończy, spogląda na zegar. - Pół godziny!

Jeszcze boli mnie głowa po wczorajszym biciu. Zazwyczaj Yassine stara się, żeby nie było widać śladów. Głowa. Części ciała ukryte pod ubraniem. Mimo to czasem dostaję w twarz. 2


Dwadzieścia minut. Udając, że sprzątam kuchnię, chowam noże i przedmioty, które mogłyby stanowić realne zagrożenie. Nigdy nic nie wiadomo. Zwykle Yassine kalkuluje swoje gesty, markuje ciosy. Nawet jest z tego dumny. - Pamiętaj, że mogę cię zabić jednym uderzeniem! Pamiętaj, że nad tym panuję! Nawet gdy jestem już ciężko pobita, mówi jeszcze: - Nie martw się, od tego się nie umiera… Zresztą ja nigdy się nie skarżę. To by go jeszcze bardziej zdenerwowało. Zaciskam zęby i udaję, że nic się nie stało. Robię to też dla małego. Nie chcę, żeby się czegokolwiek domyślił.

- Dziesięć minut! Wezmę na ręce mojego synka i położę go spać. Właśnie tyle czasu potrzebuję. Zostaję przy nim, dopóki nie zaśnie; Yassine nie znosi, kiedy mały płacze. W czasie, gdy ja jestem na górze w naszym pokoju, który dzielimy z Bilalem, Yassine będzie prowadził własne przygotowania. Zasunie zasłony, przekręci klucz w zamku i schowa go do kieszeni, żebym nie mogła uciec. Kiedy wchodzę z synkiem po schodach, staram się możliwie jak najbardziej opanować. Nie chcę, żeby moje dziecko czuło, że się boję. Chcę go ochraniać. Dla niego muszę zachować spokój. Przewijam Bilala, całuję i kładę do łóżeczka. Zostaję przez chwilę, ale wiem, że na dole Yassine się niecierpliwi. Muszę się zjawić na czas. Idę więc w stronę schodów. Delektuję się każdym krokiem, starając się nie myśleć o tym, co mnie czeka. Presja i strach są częścią tortur. Yassine schował klucz głęboko do kieszeni, zamknął też okiennice w kuchni. Włączył muzykę, żeby zagłuszyć hałas. - Chodź no tu! Trzy kroki. - Ręce wzdłuż ciała! Mam wrażenie, że moje serce zaraz eksploduje. Kładę dłonie wzdłuż ud, żeby opanować drżenie. 3


Podchodzi do mnie, przestępując z nogi na nogę, jak bokser. - Nie popisałaś się dzisiaj rano! - Przepraszam, kochanie. Naprawdę, wybacz mi… Ale jest jeszcze za wcześnie na przeprosiny. - A!... Boisz się! Teraz żałujesz! Krąży wokół mnie, nie spuszczając ze mnie wzroku. Przeszywa mnie swoimi zielonymi oczami. Niewiarygodne, jak groźne potrafi być jego spojrzenie, tak różne od tego, gdy jest miły. Nagle robi zamach. Zatrzymuje rękę w odległości centymetra od mojej twarzy, ale ja nie mogłam się powstrzymać, żeby się nie cofnąć. On uwielbia mylić przeciwnika. - Co ci mówiłem? Nie bój się! Nie bój się, bo tylko bardziej się denerwuję, kiedy masz takie odruchy! Wyprowadza jeszcze kilka markowanych ciosów, ale szybko przestaje je powstrzymywać. Jedno uderzenie w twarz, drugie, a potem cios pięścią. Kiedy upadam, zaczyna mnie kopać. W pewnym momencie, wykończona i obolała, rzucam: - Błagam cię, przestań! On nie znosi, kiedy tak mówię, kiedy w ogóle się odzywam. Dobrze o tym wiem, ale mi się wyrwało. Jedyne, czego mogę spróbować, to powiedzieć, że żałuję i już więcej tego nie zrobię. Spadają na mnie kolejne ciosy. Zwinięta w kłębek próbuję się zasłaniać, jak tylko mogę. Wreszcie przestaje. Nie ruszam się. Łapie mnie za włosy, które są bardzo długie, bo on nie chce, żebym je ścięła, i ciągnie mnie w stronę kanapy. To koszmarnie boli, zważywszy na wszystkie siniaki, które mam na głowie. Zaczyna się pouczanie. Mówi mi o życiu. Tłumaczy, że wszystko robię nie tak, jak powinnam. Nie dbam dostatecznie o porządek, nie potrafię wykonać 4


najprostszych czynności, muszę się poprawić, za mało go słucham, popełniam ciągle te same błędy. Wyjaśnia mi, czym dla niego jest idealne życie… Potem idzie do pokoju na górze. W połowie schodów odwraca się i mówi: - A teraz posprzątaj mi tu wszystko, ja idę wziąć prysznic. Jak wrócę, masz się zastanowić nad przeprosinami.

- Grubasie (zawsze tak się do mnie zwraca), podaj mi szampon! Gdy stoi pod prysznicem, nie chce mu się wyciągnąć ręki i sięgnąć po butelkę. Woła mnie. Chce też, żebym ogrzała mu ręcznik, aby był odpowiednio ciepły, kiedy wyjdzie spod prysznica, i żebym przygotowała mu ubrania. Mają leżeć na łóżku w takiej kolejności, w jakiej będzie je wkładał. Wszystkie złożone w schludny stosik, jak dla dziecka. Jeżeli się pomylę, znowu go to zdenerwuje. Trzy, cztery, pięć razy będę wchodzić na górę, żeby podać mu to, czego żąda. A równocześnie sprzątam salon z bałaganu pozostawionego po „seansie”. Kiedy wróci do pokoju, ma już nie być po nim śladu. Odsuwam od siebie ból. Nie chcę go do siebie dopuszczać. Muszę posprzątać, więc próbuję sobie wmówić, że umysł może kontrolować ciało.

Gdy schodzi, muszę być uśmiechnięta. Wtedy znowu zaczyna do mnie przemawiać, pouczać mnie. Czasami trwa to następne pół godziny… Wreszcie przychodzi moja kolej. - Przepraszam cię, że tak się zachowałam. Że cię zdenerwowałam. Muszę rozwinąć swoją wypowiedź. Starać się, żeby brzmiała szczerze. W końcu przyjmuje moje przeprosiny. Bilal wkrótce się obudzi. Dzień trwa dalej. Wszystko mnie boli, każdy gest okupiony jest cierpieniem. A ja wiem, że jutro znowu się zacznie, i pojutrze, i każdego następnego dnia… Nie wiem, jak z tego wybrnąć. Yassine jest zbyt silny. Zbyt szalony. 5


„Morgane zostanie moją żoną!”

Znałam Yassine’a ze słyszenia i natknęłam się na niego ze dwa czy trzy razy, ale nie zamieniłam z nim ani słowa. Był znajomym brata mojego ówczesnego chłopaka Francka. „Yassine Groźny”, tak go między innymi nazywano. Yassine zdolny do wszystkiego. Yassine, któremu się nie odmawia. Wszyscy trochę się go bali, bo w okolicy wiadomo było, że nie daje sobie w kaszę dmuchać, że zawsze wyrównuje swoje porachunki, lecz nie zawsze odbywa się to polubownie. W dniu, w którym po raz pierwszy się do mnie odezwał, byłam na meczu piłki nożnej ze swoim chłopakiem. Siedzieliśmy spokojnie na skraju boiska z paczką znajomych. Podszedł Yassine tym swoim lekko kołyszącym się krokiem, z wysoko uniesioną głową i miną zdobywcy. Z wyrazem twarzy kogoś, kto wie, że imponuje innym, i daje to po sobie poznać. Uśmiecha się półgębkiem, zadowolony z siebie… Podchodzi, jego zielone oczy błyszczą i rzuca, nie przywitawszy się nawet z resztą towarzystwa: - Franck, mam ci coś do powiedzenia. Chciałem tylko, żebyś wiedział, że Morgane zostanie kiedyś moją żoną. I będziemy mieć dużo dzieci. To wszystko, miłego wieczoru, chłopaki. Odwraca się w moją stronę, wbija we mnie wzrok i dodaje: - Do zobaczenia później, Morgane… Po czym składa coś w rodzaju ukłonu, wciąż wpatrując się w nas nieruchomo, a potem odchodzi niczym książę, nie odwracając się. Mój chłopak woła: - Tak, tak, Yassine, idź sobie! Idź i nie wracaj! Yassine puścił to mimo uszu…

6


To były pierwsze słowa, jakie do mnie skierował, i pomyślałam, że naprawdę ma tupet, żeby tak przyjść i powiedzieć coś takiego mojemu chłopakowi. Byłam szczerze zdumiona jego bezczelnością, ale jednocześnie schlebiało mi, choć się do tego nie przyznawałam, że się mną interesuje. Franck nie zwracał już na mnie za bardzo uwagi i nasz związek się rozpadał. Spojrzenie zielonych oczu Yassine’a sprawiło, że coś we mnie drgnęło.

Potem widywałam go od czasu do czasu, zazwyczaj w niedzielę. Za każdym razem uśmiechał się do mnie szarmancko i mówił: - To ze mną powinnaś być. Ja jestem taki jak ty. Jestem Egipcjaninem… Jestem taki jak ty. Te słowa od początku ciągle powracały w naszych rozmowach. Zawsze patrzył na mnie z takimi iskrami w oczach, które wprawiały mnie w zakłopotanie. Wcześniej żaden mężczyzna na mnie nie patrzył w taki sposób, dając mi wyraźnie odczuć, że mu się podobam. Kiedy napotykałam jego spojrzenie, czułam się podekscytowana.

Mój ojciec jest Egipcjaninem, a mama Francuzką, dokładnie tak samo, jak rodzice Yassine’a. To był decydujący element w historii naszej znajomości. Początkowo nasze wspólne pochodzenie nie miało dla mnie znaczenia. Zbieg okoliczności. Ale ostatecznie Yassine przekonał mnie, że ono jednoczy nas bardziej niż cokolwiek innego. Moi rodzice poznali się w Kairze, gdzie mieszkał ojciec. Matka, która pracowała w agencji reklamowej, spędziła tam kilka miesięcy w ramach kontraktu. Zakochali się w sobie i kiedy matka musiała wracać, ojciec porzucił wszystko i pojechał za nią do Francji. Jego rodzinie bardzo się to nie podobało, ale nic nie mogło go odwieść od raz powziętej decyzji. Był – i nadal jest – muzykiem i wyjeżdżając, porzucił obiecującą karierę w Egipcie dla niepewnych zarobków we Francji. Urodziłam się 21 lipca 1983 roku, niedługo po ich przybyciu do Villecresnes w departamencie Val-de-Marne. Przez długi czas mieszkałam z rodzicami u babci 7


na jednym z podmiejskich osiedli. Było to zwykłe blokowisko, typowe dla takich osiedli, ze swoimi drobnymi nielegalnymi interesami, ale w sumie dosyć spokojne. Miejsce, gdzie człowiek od małego uczy się, jak się obronić, gdzie wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą i gdzie zawsze żyje się w pewnym sensie na oczach innych. Ojciec Yassine’a też jest Egipcjaninem i tak jak mój ojciec pochodzi z kairskiej rodziny, ale z zupełnie innej warstwy społecznej. Prowadzi własny biznes, a jego styl życia różni się od naszego. Ożenił się z Francuzką, matką Yassine’a, lecz rozstali się wiele lat temu. Yassine wychował się w departamencie Seine-etMarne, a potem przeniósł się na północne przedmieścia miasta, do którego przeprowadziła się jego matka. Ojciec ciągle kursuje między Francją a Egiptem. Łączy nas wspólne pochodzenie wspólne pochodzenie, przedmieścia, blokowiska, więc choć nie mamy tych samych przyjaciół, zawsze znajdzie się ktoś, kto kogoś zna. To taki mały światek, w którym ciągle krążą wieści, plotki i pogłoski. A Yassine, kiedy chce się czegoś dowiedzieć, zawsze wie, gdzie szukać informacji, których potrzebuje. Spotykam go więc od czasu do czasu, a chociaż z nim nie rozmawiam, coś coraz bardziej mnie do niego przyciąga. Uważam, że jest przystojny, podoba mi się spojrzenie jego kocich oczu, którego nie sposób zapomnieć, i jego pewność siebie. Ale jednocześnie nie ufam mu. Jest aż za bardzo pewny siebie. No i ta jego reputacja… „Yassine Groźny”. Ludzie opowiadają różne rzeczy o nim i o jego braciach – starszym, Stéphanie, i młodszym, Karimie. Chodzą słuchy, że Yassine i Stéphane wysyłają ekspedycje karne do osób, które nie okazały im należnego szacunku. Czy to prawda? Trudno powiedzieć. W każdym razie tak mówią w okolicy i Yassine’a i Stéphane’a wszyscy szanują. Nazywają ich „Daltonami”. Ja nie przejmuję się zbytnio tym, co o nich słyszę. Tłumaczę sobie, że ludzie powtarzają różne plotki. A równocześnie widzę, że Yassine nie daje sobie w kaszę dmuchać… Ostatecznie, im częściej go spotykam, tym bardziej jestem skłonna puszczać mimo uszu to, co mówią inni. Czy raczej patrzeć na to w inny sposób. Po pierwsze ludzie zawsze trochę przesadzają: za każdym razem ktoś coś przeinaczy, aż powstaje prawdziwa epopeja. A poza tym chyba w głębi duszy 8


zazdroszczę mu tej siły, którą ma w sobie. Ja zawsze radziłam sobie sama, często nie miał mnie kto obronić, a on sprawia wrażenie silnego człowieka.

Nadal jestem z Franckiem, ale zaczynam mieć go dosyć. Nie podoba mi się, że spędza całe dnie, siedząc na kanapie. Nic nie robi. Ja pracuję w restauracji. Poznałam go, gdy miałam piętnaście lat, a on dwadzieścia dwa. Był moją prawie pierwszą miłością, w każdym razie to dla niego wyprowadziłam się z domu. Byłam młoda, gotowa przeżyć wielkie uniesienia, wyjść za mąż… miałam poważne plany! Kiedy Franck poprosił mnie, żebym z nim została, zgodziłam się bez wahania. Chciałam być dorosła, prowadzić dorosłe życie. Wydawało mi się, że nie potrzebuję swojej rodziny. Relacje w domu nigdy nie należały do najłatwiejszych. Po pierwsze, brakowało pieniędzy. Moja matka jest pracownikiem administracyjnym w liceum, ojciec, jak już wspomniałam - muzykiem. W związku z tym dochody były niepewne. Pamiętam, jakie frustracje przeżywałam, będąc dzieckiem. Czego nie robiłam, bo się wstydziłam. Na przykład podejść do tablicy. Znałam odpowiedź, ale nie wyobrażałam sobie, że mogłabym stanąć przed wszystkimi w moich brzydkich, niemarkowych butach. W szkole podstawowej wszystko było w porządku. Nosiliśmy sztruksowe spodnie i koszmarne swetry, ale wszyscy byliśmy jednakowi. Nie przejmowaliśmy się tym. W gimnazjum wszystko się zmienia. Każdy mierzy cię wzrokiem, przygląda się, w co jesteś ubrany. Nie masz nike’ów, nie masz markowych spodni, momentalnie odpadasz. Spojrzenia z ukosa, ironiczne uśmieszki. I coraz większy wstyd. Okropność. Ja miałam swoje sposoby, pożyczałam ubrania na prawo i lewo. Wszystko po to, żeby jakoś wyglądać przed ludźmi. Wciąż pamiętam swoją pierwszą parę nike’ów. Co to było za szczęście. Dbałam o nie jak nigdy, żeby wytrzymały jak najdłużej. Szczerze mówiąc, szkolne mundurki to nie jest zły pomysł. Ja, która tyle wstydu najadłam się w dzieciństwie, szczerze popieram.

Okres gimnazjum to również czas, gdy zaczynam się buntować. Moje relacje z ojcem były naprawdę trudne i to właśnie wtedy dokonałam odkrycia, które wywróciło moje życie do góry nogami. 9


Kazano nam zrobić badania genealogiczne dotyczące naszych rodzin. Zaczęłam zadawać rodzicom wiele pytań. O ich rodziców, dziadków… Dlaczego tak nalegałam? Może dlatego, że czułam, że niechętnie mi odpowiadali. Właściwie wykręcali się od odpowiedzi. Nie odpuszczałam, aż w końcu zrozumiałam, dlaczego byli tacy zakłopotani: ten, którego nazywałam moim ojcem, nie był nim. Kiedy poznał moją mamę, ona była już w ciąży. Z innym Egipcjaninem. Jestem więc w połowie Egipcjanką, ale nie tak, jak sądziłam. Ten, którego odtąd nie nazywałam inaczej niż tylko „ojczymem” wiedział o tym, nie było to dla niego zaskoczeniem. Dla mnie to był szok. Straszliwy. A jednocześnie ulga. Teraz rozumiem, dlaczego nigdy nie zachowywał się jak ojciec.

Zaczynam wagarować. Chodzę już tylko na te lekcje, które mnie interesują. Resztę czasu spędzam poza domem, żyję swoim życiem, włóczę się z koleżankami i kolegami. Może jako dziecko byłam za bardzo trzymana pod kloszem? Nie mam pojęcia, w każdym razie gimnazjum daje mi wolność, z której korzystam na całego. Mama krzyczy na mnie. Ja się tym nie przejmuję. Ojczym nie mówi nic. Większość czasu spędza zamknięty w swoim pokoju. Pracuje do późna w nocy, więc odsypia. Kiedy byłam młodsza, zabraniał mi imprezować. Po powrocie ze szkoły musiałam przez cały czas siedzieć w domu. „Nie wolno ci wychodzić i nie wolno chłopcom po ciebie przychodzić!” – mówił. Kiedyś kolega zadzwonił do drzwi. Szukał mojej koleżanki Roseline. Ojczym odpowiedział mu oschle: „Nie ma tu żadnej Roseline ani żadnej Morgane!” Gdy wróciłam, zrobił mi z tego powodu wielką awanturę. Spoliczkował mnie nawet. To był jedyny raz, kiedy podniósł na mnie rękę. Potem przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Zresztą i tak wykreśliłam go ze swojego życia. Mama była bezsilna wobec mojej potrzeby wolności. Zabraniała mi wychodzić, ale miałam swoją metodę, jak ją złamać. Chciała, żebym w środy 1 zostawała w domu. Więc ja co minutę zawracałam jej głowę. 1 Środy były we Francji dniami wolnymi od zajęć szkolnych (przyp.tłum.). 10


- Chcę wyjść! - Nie! Masz zostać! Nigdzie nie wyjdziesz! - Ja chcę wyjść, nie chcę tu gnić! - Nie, masz zostać! Nigdy nie odpuszczałam. Bez przerwy prosiłam, żeby pozwoliła mi wyjść, nie dając jej ani chwili wytchnienia. Potrafiłam powtarzać to samo zdanie setki razy, aż do znudzenia. „Mamo, mogę wyjść? Mamo, mogę wyjść? Mamo, mogę wyjść? Mamo, mogę wyjść? Mamo, mogę wyjść?” I tak w kółko. Po dwóch godzinach musiała się poddać. - Idź! Uciekaj! Kiedy była w pracy, bez przerwy do niej dzwoniłam i zawracałam jej głowę. Miałam tylko jeden cel: żeby cofnęła zakaz. Nie miałam za grosz szacunku. Byłam nie do zniesienia. Robiłam, co chciałam.

W szkole to samo. Po ukończeniu gimnazjum poszłam do technikum na kurs księgowości. Liczby to było to, co uwielbiałam. Były jasne i logiczne. Byłam najlepsza z tego przedmiotu. Z każdej klasówki miałam zawsze piątkę. Nawet zrobiłam na tym interes: sprzedawałam oceny tym, którzy chcieli. To było proste. Wiedziałam, że potrzebuję najwyżej dwudziestu minut, żeby odpowiedzieć na wszystkie pytania, więc przez resztę czasu pisałam klasówkę komuś innemu. Ale nigdy nie pozwalałam, żeby dostał więcej niż czwórkę. Najlepsza ocena była zarezerwowana dla mnie. I to działało za każdym razem. Tak zarabiałam na swoje kieszonkowe. Dziesięć euro za czwórkę, połowa przed klasówką, reszta po otrzymaniu oceny. Z innych przedmiotów… fatalnie. Same jedynki. W ogóle mnie to nie interesowało, nic a nic. Na wykazach ocen widniał komentarz: „Szkoda”. Ale ja wtedy nie widziałam sensu przykładania się do przedmiotów, które mnie nie obchodziły. 11


Miałam swoje pasje. Po pierwsze, muzyka. Przez prawie dziesięć lat chodziłam do szkoły muzycznej, gdzie grałam przede wszystkim na skrzypcach. Dla mnie było to coś oczywistego. Ciągle widziałam ojczyma przy pianinie, jak komponował albo ćwiczył. Naprawdę to lubię, tę dokładność, której muzyka wymaga, ale i magię ulatujących dźwięków. Muzyka jest częścią mojego świata. W dzieciństwie zawsze była obecna w naszym domu. A kiedy nie gram, czytam książki. Od małego czytanie było dla mnie ucieczką. Sposobem, żeby poznać inne życie niż moje własne, przestrzenią, która należy tylko do mnie, światami, które w każdej chwili ożywają w mojej głowie. Ileż to razy siedziałam w szkole, bujając w obłokach i myśląc o przeczytanych książkach, oderwana od rzeczywistości, a zwłaszcza od lekcji. Zawsze taka byłam: uczuciowa, ale też strasznie uparta. Pamiętam pewną książkę, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie: Dzień psa Caroline Lamarche. Autostradą biegnie pies, samotny, porzucony. Kierowcy zatrzymują się, a każdy z nich będzie musiał się zmierzyć z własną historią. Samotny kierowca ciężarówki, ksiądz, zakochana kobieta, młody homoseksualista, matka i jej córka… Spotkanie z zagubionym psem skłoni ich do zastanowienia się na tym, kim są, czego poszukują. Taki sam efekt wywrze na mnie ta książka. Jestem w wieku pełnym pytań i niecierpliwości. Między trzecim a siedemnastym rokiem życia interesuję się także tańcem współczesnym. Podoba mi się dyscyplina, jakiej wymaga taniec, a zarazem wyzwolenie ciała, uczucie wzlatywania, jakie daje sekwencja ruchów, w których można się zatracić. To sposób na oderwanie się od trosk dnia codziennego. Trochę tak jak muzyka: dyscyplina i wolność…

Mając jakieś trzynaście czy czternaście lat, mieszkałam u babci i w każdy weekend zostawałam sama w jej mieszkaniu. Miałam tylko około trzydziestu, czterdziestu franków na dwa dni. Ale jaka była zabawa! Spotykaliśmy się u mnie w piętnaście osób, byliśmy wolni. W tym wieku to było coś nieprawdopodobnego. Przedsmak dorosłego życia. Nikogo, komu trzeba by się tłumaczyć, chłopaki, imprezy… 12


To w tamtym okresie poznałam moją pierwszą miłość. Samuela. Przyszedł do mojego gimnazjum, ale szybko go wyrzucili. Poznałam go przez znajomych. To była miłość od pierwszego wejrzenia. W tamtym czasie byłam zdeklarowaną muzułmanką. Niewiele brakowało, a przestrzegałabym ramadanu. To sposób na integrację, na przynależność do grupy – do tych, których na przedmieściach jest najwięcej. Kiedy jest się nastolatkiem, człowiek tego właśnie potrzebuje; w każdym razie ja potrzebowałam. Ja jestem muzułmanką, on jest żydem. Pociąga nas taka zakazana miłość. Jesteśmy wyjęci spod prawa, działamy wbrew zasadom. Oboje czujemy się silni. Zaczynamy rozrabiać. Dziecinne wygłupy, jak jazda kolejką na gapę do Paryża. Potrwa to osiem miesięcy. A potem niespodziewanie Samuel wraz z rodziną opuszcza Francję i przeprowadza się do Stanów Zjednoczonych. Przez długi czas nie będę mieć od niego żadnej wiadomości. Ale kiedy ją dostanę, uratuje mi życie.

13

Profile for Wydawnictwo Amber

Okradziona z życia  

Okradziona z życia