Page 1

Prolog

Lśniąca droga Było jak na morzu, równina traw rozciągająca się po skraj horyzontu i dalej, oczy pełne nieba, gdziekolwiek patrzyli. W mlecznej poświacie dnia bliźniacze księżyce wisiały samotnie i wysoko, mniejszy z nich blady i biały, większy bladoniebieski, otulone ciemnością, wyraźnie sferyczne – przypomnienie dla wszystkich obserwatorów obdarzonych wiedzą lub wyobraźnią, że świat Ere­s jest także monstrualną kulą koziołkującą przez nicość i że oni obracają się wraz z nią. – Dzięki Błaznowi, dzisiaj nie ma wiatru – zauważył Kosh, siedząc bez ruchu w siodle na szlachetnej krwi bojowym zelu. – Nie mam ochoty na kolejny pożar. – Ja też nie – odparł Ash, oderwał wzrok od odległych księżyców i zamrugał, jakby wracał do siebie i świata ludzi. Powietrze było tego dnia gęste i gorące, migotało nad niską trawą rozpościerającą się między dwiema armiami. Fale gorąca sprawiały, że ciemny, połyskliwy masyw wrogich jeźdźców zawisł w powietrzu w nierealnej bliskości. Ash cmoknął, kiedy jego zel znowu odrzucił łeb do tyłu, spłoszony. Był gorszym jeźdźcem niż Kosh, a jego zel był młody, dotychczas niesprawdzony. Ash nie nadał mu jeszcze imienia. Jego poprzedni wierzchowiec, stary Asa, padł z pękniętym sercem podczas ostatniej potyczki, na wschód od Car. Tamtego dnia odór spieczonego mięsa zawisł jak całun nad polem walki, a wrogowie Yashi płonęli żywcem w wielkiej, podsycanej wiatrem pożodze, którą Ash i jego towarzysze posłali z wichrem w ich szeregi. Później, z pokrytą sadzą, ~9~


pobrużdżoną łzami twarzą, opłakiwał martwego zela, tak jak i towarzyszy, którzy polegli tego dnia. Ash pochylił się i pogłaskał szyję zwierzęcia ręką w rękawicy. „Patrz na tych dwóch”, próbował przekazać za pośrednictwem myśli, spoglądając na nieruchomą postać Kosha i jego zaufanego wierzchowca. „Patrz, jak dumnie razem wyglądają”. Młody zel stanął na tylnych nogach. – Spokojnie, mały – uspokajał Ash, nadal głaszcząc szyję zwierzęcia, wygładzając włókna szorstkich włosów, czarnych jak smoła, przeplatanych pasmami bieli. Wreszcie zel zaczął osiadać, parsknięciami wyrzucał strach z płuc, uspokajał się. Skóra zaskrzypiała, kiedy Ash wyprostował się w siodle. Kosh odkorkował obok niego skórzany bukłak i pociągnął długi łyk. Westchnął i wytarł usta. – Zadowoliłbym się czymś nieco mocniejszym – powiedział, ostentacyjnie nie częstując Asha. Cisnął bukłak z powrotem synowi, swojemu giermkowi, który stał obok niego boso. – Nadal masz o to żal? – zapytał Ash. – Mogłeś trochę zostawić, tylko tyle mam ci do powiedzenia. Ash odchrząknął, nachylił się między wierzchowcami, żeby splunąć na ziemię. Źdźbła krzesitraw zatrzeszczały i zaszeleściły, przyjmując niespodziewaną wilgoć. Tak samo było na całej równinie; w tle słyszeli nieustanny hałas – jakby surowy ryż spadał z wysoka na kamienie. To wydzieliny dwóch armii sprowokowały chór traw pod ich stopami. Spojrzał na prawo, ponad głową swojego syna i giermka, Lina, który stał, jak zwykle, cichy i uważny. Wzdłuż szeregu inne wierzchowce brykały podenerwowane, wstrzymywane przez jeźdźców. W przypadkowych podmuchach wiatru zele wyczuwały zapach panter bojowych wroga, trzymanych na smyczach w odległych szykach naprzeciwko w tym bezimiennym punkcie Morza Wiatru i Traw. Wróg miał dziś liczebną przewagę nad Ludową Armią Rewolucyjną. Ale przecież zawsze miał liczebną przewagę. Mimo to nauczyli się, jak zwyciężać nieprzyjaciela uzależnio~ 10 ~


nego od zrzędliwych poborowych i hierarchicznych sposobów prowadzenia wojny, wyłożonych w starożytnym Czcigodnym Traktacie o Sztuce Wojennej. Dzisiaj, kiedy starzy wiarusi czekali na rozpoczęcie boju, ich pewność siebie była oczywista. Wszyscy wiedzieli, że nadszedł czas, kości zostały rzucone; wszystko, co obie strony mogły wystawić, zostało poświęcone na rzecz ostatecznej konfrontacji. Wzniósł się okrzyk, rozbrzmiał wzdłuż szeregów; generał ­ Osho , przywódca Lśniącej Drogi, galopował na kruczoczarnym zelu, Chancerze, wzdłuż szeregów Skrzydła, ludzi, którzy dzisiaj będą ostoją lewej flanki sił głównych. Wzniesiona prosto lanca chwiała się w jego ręce, czerwona flaga płynęła nad kurzem, który wzbijały kopyta wierzchowca. Na materiale wyszyty był wizerunek: jednooka Ninshi, protektorka wydziedziczonych. Flaga trzaskała i trzepotała jak płomień. ­ Osho jechał z niewymuszonym wdziękiem człowieka odbywającego dla przyjemności poranną przejażdżkę, równie pewien siebie, jak pozostali weterani Skrzydła. Ich strategia była mądra, została przedstawiona przez generała Nisana, głównego wodza armii i wojennego bohatera rewolucji. Przyjęli ją przytłaczającą większością głosów, kiedy wieczorem wojsko zebrało się na wiec powszechny. Siły główne ich armii mają odegrać rolę przynęty dla przeważających liczebnie wrogich Pulsów, z markowanymi ciosami na flanki, wymierzonymi, żeby uwikłać przewidywalne Skrzydło Łabędzia władcy. Tymczasem prawdziwe, zabójcze uderzenie zada ciężka kawaleria Skrzydła generała Shina, Czarne Gwiazdy, ukryte w wysokich trawach na południowym zachodzie, bezpośrednio za pozycją Lśniącej Drogi. Kiedy wszystkie Skrzydła nieprzyjaciela będą pochłonięte walką, zajadą ich szybko długim zakosem i w zamieszaniu wkroczą w nieprzyjacielskie szeregi od tyłu, licząc na pogrom, jaki widywali już tak wiele razy. – Dziś jest ten dzień, bracia! – ryknął z pasją generał ­ Osho . – Dziś jest ten dzień! Ludzie unosili lance i krzyczeli, kiedy przejeżdżał. Nawet Ash, niechętny wybuchom entuzjazmu, poczuł narastającą ~ 11 ~


dumę, kiedy ludzie wiwatowali i unosili pięści w odpowiedzi. Był wśród nich jego syn. Pióropusz kurzu uniósł się nad generałem, kiedy zatrzymał swego bojowego zela. Tanecznym krokiem odwrócił wierzchowca, żeby stanąć twarzą do odległych szeregów wroga. ­ Na ich widok zel parsknął i machnął ogonem. Razem, Osho i Chancer, czekali, aż zapadnie cisza. – Na jaja Błazna, mam nadzieję, że się nie myli – zrzędził Kosh, skinieniem głowy wskazując charyzmatycznego przywódcę. – Czas, żebyśmy przyprowadzili tych chłopców do domu, do matek, nie sądzisz? To pytanie nie wymagało odpowiedzi. Wokół nich daojosi ustawiali szeregi, batożyli zady zelów, krzyczeli na żołnierzy, by mocniej zwarli szyki, przypominali im rozkazy i podstawy przygotowań do walki. – Słyszałem, że władcy proponowali szkatułkę diamentów każdemu generałowi, który postanowi wziąć nogi za pas. Ash zmiótł muchę stepową z policzka. – Phi. A kiedyż to nie próbowali nas kupić? Dziś to nie różnica. – Ha! Ale dzisiaj jest ten dzień. Obaj zarechotali, gardła mieli ochrypnięte od fajek i ognisk poprzedniej nocy. To, co powiedział Ash, było prawdą. Na początku rewolucji, kiedy Rewolucyjna Armia Ludu była niewiele większa od rozwydrzonego oddziałku, brakowało jej pewności siebie, spójności i znaczniejszych zwycięstw, które mogliby nazwać swoimi, władcy proponowali bojownikom armii małą fortunę w nieoszlifowanych diamentach, gdyby przeszli na drugą stronę. Niektórzy zdradzili i dołączyli do szeregów władców – w istocie było takich wielu. Ale ci, którzy odrzucili propozycję i pozostali, by dalej walczyć mimo niespodziewanie fatalnej sytuacji, znaleźli siłę, wspólnie odmawiając zaprzedania się tym, którzy staliby się właścicielami i wyzyskaliby ich wszystkich. Na żołnierzy, z których wielu zdemoralizowały głód, okrutne straty i ciągła groźba niewoli albo śmierci, spłynął nowy duch, poczucie szlachetnego ~ 12 ~


braterstwa. To był prawdziwy początek sprawy. Od tego czasu powoli, ale nieodwracalnie, zaczęli zmieniać bieg wydarzeń. – Wydaje się, że położymy temu kres, jak sądzisz? – zapytał Kosh. – W ten albo inny sposób – odparł Ash, spoglądając w dół, na syna. Lin nie był tego świadom. Trzymał pionowo w rękach pęk zapasowych lanc, a na plecach miał zapasową tarczę z wikliny. Oczy czternastolatka były szeroko otwarte, pełne zdziwienia. Plamki odbitego światła słonecznego lśniły w czarnych źrenicach, białka podbiegnięte były krwią po nocnym pijaństwie. Chłopiec siedział do późna przy jednym z ognisk, żartował i chrypliwie wyśpiewywał wraz ze starszymi giermkami ich Skrzydła. Inny niż ten zagłodzony urwis, który przywlókł się do ich obozu dwa lata wcześniej, po tym jak uciekł, żeby dołączyć do ojca jako giermek, myślał Ash. Bose stopy chłopca były poranione po podróży, której obawiałby się dorosły mężczyzna. Po co? Z miłości i szacunku dla ojca, który nie mógł już dłużej na niego patrzeć. Ash poczuł nagłe zarzewie bólu w piersi; wszechogarniający wstyd. Zapragnął dotknąć syna, uspokoić go uściskiem dłoni, tak jak chwilę wcześniej uspokoił zela. Uniósł dłoń w rękawicy z gałki siodła i sięgnął. Lin spojrzał w górę. Ash patrzył w dół, na gęste brwi i zadarty nos, który tak bardzo przywodził mu na myśl matkę chłopca i jej rodzinę, którą nauczył się tak bardzo gardzić. Rysy chłopca w najmniejszym stopniu nie były jego. Ręka zatrzymała się w połowie drogi i przez kilka uderzeń serca obaj na nią patrzyli. Zawisła, jakby przedstawiała wszystko, co kiedykolwiek między nimi stało. – Wody – mruknął Ash, chociaż nie chciało mu się pić. Chłopiec, bez komentarza, podniósł pękaty bukłak. Ash upił łyk letniej stęchłej wody. Przepłukał usta, łyknął troszeczkę, resztę wypluł. Tam, gdzie upadła, krzesitrawa syknęła i zatrzeszczała. Zwrócił bukłak Linowi i zły na siebie wyprostował się w siodle. ~ 13 ~


– Nadchodzą – oznajmił Kosh. – Widzę. Wzdłuż całego frontu wroga zaczął się wznosić w powietrze pofalowany dywan kurzu. Yashi kłusowali naprzód, zachowując szyk; wysoko, na plecach jeźdźców trzęsły się sztandary, łopotały kolory Skrzydeł i ich zmieniających położenie punktów dowodzenia. Zabrzmiały rogi; wiatrowiry zawodziły jak wzywanie zmarłych, dźwięki rozprzestrzeniały się powoli i rytmicznie nad szeregami Ludowej Armii Rewolucyjnej. Zel Asha parsknął, znowu się ożywił. Tylko na tej flance siły władców liczyły co najmniej dwadzieścia tysięcy, głęboki tłum rozciągnięty na prawo, w stronę zamglonego w oddali centrum szyku bojowego. Ich czarne zbroje wchłaniały ostre światło dnia, na hełmach chwiały się długie pióra. Światło słońca iskrzyło się na tysiącach metalowych elementów, jaskrawy blask pośród kurzu wzniesionego przez zbliżającą się armię, gdy kopyta jej zelów miażdżyły krzesitrawę równiny na proch. Przed nadjeżdżającymi Yashi chmury ciem i much uniosły się nad niskimi trawami, a wraz z nimi tysiące ptaków. Przemknęły nad głowami żołnierzy Ludowej Armii Rewolucyjnej wielką, rozkrzyczaną falą łopoczących skrzydeł; tak liczną, że powietrze na chwilę ochłodziło się w ich cieniu. Poniżej zele sapały i przewracały oczami, kiedy spadał na nie grad piór i ptasie odchody. Lin uniósł nad głową wiklinową tarczę, żeby się osłonić. Inni, w szeregu, zrobili to samo, jakby chronili się przed nagłą chmurą pocisków. Słychać było dowcipy, nawet śmiech weteranów, najrzadsze odgłosy tuż przed starciem. Ash otarł starannie czoło i przyjrzał się zahartowanym żołnierzom Lśniącej Drogi, tego Skrzydła armii, w którym walczył przez ponad cztery lata; mając trzydzieści jeden lat, sam był już starym weteranem. Skrzydło liczyło sześć tysięcy piechoty na koniach. Nosili proste, skórzane mycki związane wokół uszu, białe kawaleryjskie chusty omotane wokół czarnych twarzy i drewniane gogle, chroniące oczy przed światłem słońca. Wiele z ich pancernych kaftanów dawno temu ~ 14 ~


zostało pomalowanych w białe pasy, jak u zelów, z którymi żołnierze mieszkali i na których wojowali, oraz ozdobionych zębami wroga – amuletami szczęścia. Mrużąc oczy, patrząc nad głowami żołnierzy, Ash widział wielki półksiężyc armii, tego wielkiego konglomeratu Skrzydeł. Zastanawiał się, ilu wróci do rodzin i starego życia, kiedy dzisiaj zwyciężą. Rewolucja, z upływem lat, stała się stylem życia, krwawym i okrutnym. Armia Ludu była domem i rodziną dla nich wszystkich. Jak będą sobie radzili, kiedy zrezygnują z wolności siodła, z więzi, które zadzierzgnęli między sobą, z euforii walki, kiedy wrócą do obejść i spokojnego, przyziemnego życia uzbrojeni w koszmary i nieobecne spojrzenie? Domyślał się, że sam się o tym przekona. Jeśli teraz zwyciężą, jeśli Ash i Lin przeżyją, wróci z synem w północne góry, do wysoko położonej wioski Asha, do zagrody, do żony, której od lat nie widział. Spróbuje zapomnieć rzeczy, które widzieli i uczynili w imię sprawy. Ale i on będzie tęsknił za takim życiem. Tak doskonale wiedział, że jest w tym lepszy, niż kiedykolwiek był jako żywiciel rodziny. Ash czuł pas modlitewny owinięty ciasno wokół brzucha, jak lniany bandaż, a na nim wymalowane atramentem słowa przyciśnięte do spoconej skóry. W jego zwojach trzymał list od żony, dostarczony mu zaledwie przed tygodniem. Jej słowa wyrżnięte na cienkim płacie skóry błagały go znów o przebaczenie. – Ojcze – powiedział syn, stojący u jego boku, kiedy zbliżał się nieprzyjaciel. Chłopiec trzymał w górze jedną z lanc, twarz miał śliską od potu. Ash wziął lancę, a wraz z nią tarczę. Po lewej syn Kosha zrobił to samo. – Jesteś gotów? – Ash zapytał syna uprzejmym głosem. Ale chłopiec ściągnął brwi. Nachylił się i splunął tak, jak czasem robił to ojciec. – Dotrzymam pola, jeśli o to ci chodzi – oświadczył dojrzale, ale głosem nadal niezmienionym przez wiek. Zabrzmiała w nim nuta gniewu wobec insynuacji, że mógłby uciec w ten właśnie dzień, tak jak uczynił to podczas swojej pierwszej bitwy, pokonany. ~ 15 ~


– Wiem, że dotrzymasz. Pytałem tylko, czy jesteś gotów. Chłopiec poruszył szczęką. Spojrzenie mu złagodniało, zanim odwrócił wzrok. – Trzymaj się z tyłu, blisko chłopaka Kosha. Nie podchodź do mnie, chyba że cię wezwę, słyszysz? – Tak, ojcze – odparł Lin. Czekał, mrugał, patrząc na niego, jakby oczekiwał jeszcze czegoś. Cienka skóra listu od żony chłodziła brzuch Asha. – Cieszę się, że tu jesteś, synu – usłyszał swój głos, krtań kurczyła mu się wokół każdego słowa. – To znaczy, ze mną. Lin spojrzał na niego rozpromieniony. – Tak, ojcze. Odwrócił się i powoli odszedł, Ash patrzył, jak idzie wraz z innymi giermkami przemykającymi się na tyły szyku. Dołączył do niego syn Kosha, klepnął chłopca w plecy; dowcipniś, jak ojciec. Łagodny grzmot rozległ się w upale zalegającym równinę. Yashi szarżowali. Ash nasunął gogle na oczy i podciągnął chustę na twarz. Czuł pod sobą drżenie ziemi wibrujące w kościach i mięśniach ­ zela. Spojrzał na generała Osho , jak wszyscy żołnierze stojący w szyku. Generał nadal się nie ruszał. – W górę serce – powiedział do Kosha. Kosh podciągnął chustę. Zakłopotanie sprawiło, że nie spojrzał na Asha. Tak czy inaczej, chyba już nigdy nie będą walczyć ramię przy ramieniu; towarzysze, bracia, zwariowani szaleńcy rewolucji. – Twoje też, przyjacielu – nadeszła stłumiona odpowiedź Kosha. Mocniej schwycili lejce zelów w zaciśnięte pięści, kiedy ­ generał Osho pochylił ostrze na nadciągającego wroga. Ash pochylił własną lancę. ­ Zel Osho skoczył do przodu. Żołnierze Lśniącej Drogi jak jeden mąż ruszyli za nim z okrzykiem.

~ 16 ~

ZEMSTA WĘDROWCA  

Samotny mistrz bractwa asasynów w targanym walką świecie, gdzie zemsta to za mało, w kontynuacji powieści WĘDROWIEC nagrodzonej David Gemmel...

Advertisement