Page 1

Clio Usłyszałam coś za plecami i znieruchomiałam, z rękami

w płóciennej torbie. Czekałam, jeszcze bardziej wytężając wszystkie zmysły, ale nie wyczułam niczego niezwykłego: tylko śpiące ptaki, psy i koty z sąsiedztwa, myszy. Owady. Fuj. Wypuściłam powietrze. Księżyc był w nowiu, co oznaczało, że cmentarz spowijała głęboka ciemność. Znajdowałam się w jego odległej części i wiedziałam, że klęcząc na trawie między dwoma grobowcami, byłam niewidoczna, chyba że ktoś stanąłby tuż przede mną. Dochodziła północ. Jutro musiałam iść do szkoły, rano pewnie będę wykończona. Trudno. To była moja szansa i nie zamierzałam jej zmarnować. Szybko usypałam na ziemi duży krąg z piasku. Wewnątrz kręgu umieściłam cztery czerwone świece, wyznaczając cztery strony świata. Czerwień symbolizowała krew, pochodzenie, namiętność, ogień. Byłam w środku kręgu, przed sobą miałam niewielką kamienną miskę z węgielkami. Zapaliłam świece i dmuchałam w węgielki, dopóki nie zaczęły żarzyć się na czerwono. Potem usiadłam, położyłam dłonie na kolanach, wnętrzem do góry, i próbowałam się uspokoić. Gdyby babcia obudziła się i odkryła, że wyszłam, miałabym przechlapane. 9


W ogóle, gdyby ktokolwiek dowiedział się, co robiłam, byłaby zadyma. Ale dwa dni temu, gdy zebrał się krąg podczas obchodów Récolte, wyzwoliła się tak duża moc, że dosłownie zwaliło mnie z nóg. Z kolei moja energia została przejęta i wykorzystana przez kogoś innego. Ciągle byłam o to zła na Daedalusa. Teraz usiłowałam dociec, jak to zrobił. Praktykowałam magię właściwie od zawsze. Nie przeszłam jeszcze obrzędu inicjacji, ale miałam świetne nauczycielki i wiedziałam, że jak na swój wiek, dysponowałam sporą mocą. Całe życie obcowałam z magią, ale jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego jak podczas Récolte. Skąd pochodziła siła Daedalusa? Miał tak wielką moc dlatego, że był nieśmiertelny? Tej nocy zamierzałam spróbować dotrzeć do źródła: do mojej pamięci. Z jakiegoś powodu moja siostra Thais i ja mogłyśmy zaglądać w pamięć naszych przodkiń, dwunastu pokoleń czarownic, począwszy od rytuału, pierwszego rytuału, w którego wyniku Treize zyskała nieśmiertelność, zaś Cerise Martin straciła życie. Widziałam, co wydarzyło się tamtej nocy. Ale wtedy byłam zbyt zszokowana, żeby to ogarnąć. Teraz, kiedy już wiedziałam, co się stało, zamierzałam poznać odpowiedź na pytanie, jak to się stało. Zastopowałam kołowrót myśli w mojej głowie, skupiając się na żarzących się węgielkach. Ogień był moim żywiołem i skoncentrowałam się na czerwonej poświacie i rozchodzącym się cieple. Na ziemi nakreśliłam runami zaklęcia mające mnie wspomóc, zwolniłam oddech. Granice między mną a światem powoli się rozpływały. Stawałam się jednością z otoczeniem, czułam oddychanie trawy, byłam świadoma niezauważalnego dla oka kruszenia się starego marmurowego grobowca. W myślach zaintonowałam zaklęcie, nad którym pracowałam przez ostatnie dwa dni. Było po angielsku i odpuściłam sobie rymy.

10


Łańcuchy czasu, zatrzymajcie mnie Ściągnijcie w przeszłość Czerwonym szlakiem mojej krwi Przez minione wieki Kobieta po kobiecie, matka po matce Dających życie, same je tracąc Aż do tej pierwszej, Cerise Martin I nocy triumfu Melity. Pokażcie mi, co potrzebuję wiedzieć. Nigdy wcześniej nie robiłam czegoś takiego, nigdy nie stworzyłam aż tak potężnego zaklęcia. Na dodatek świadomie odwoływałam się do kogoś, o kim wiedziałam, że był zły – do Melity Martin, mojej przodkini. Wcześniejsze wizje tamtej nocy zaszokowały mnie i przeraziły. A teraz zapuszczałam się tam dobrowolnie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uznałby tego za normalne. Ale bycie czarownicą oznaczało zawsze odczuwane pragnienie wiedzy, palącą potrzebę poszukiwania odpowiedzi na pytania i rozumienia jak najwięcej. Oczywiście bycie czarownicą oznaczało również zaakceptowanie faktu, że wiele pytań na zawsze miało pozostać bez odpowiedzi, wiele rzeczy na zawsze pozostać tajemnicą. Zaczęłam nucić moją pieśń, unikatową formułę przywołującą moc. Śpiewałam cicho, bardzo cicho – cmentarz znajdował się na przedmieściu, niedaleko mojego domu, między czterema ulicami, przy których mieszkali ludzie. Ktoś przechodzący obok mógłby usłyszeć. Trochę rozpraszało mnie, że byłam tak wyczulona na otoczenie – nadal czułam wilgotną trawę, na której siedziałam, gdzieś w oddali słyszałam cykanie koników polnych. Może nic z tego nie będzie. Może nie byłam wystarczająco silna. Może stworzyłam nieodpowiednie zaklęcie. Może powinnam poprosić o pomoc Melitę. Ostatnia myśl zaskoczyła mnie i zamrugałam.

11


Świeciło słońce, a ja stałam w małym warzywniku. Do mojego długiego, uniesionego fartucha, który przytrzymywałam ręką, zbierałam pomidory. Widziałam, że niektóre z nich były wyżarte przez robaki. Czyli moje zaklęcie na robaki w pomidorach nie zadziałało. Może powinnam poprosić o pomoc Melitę. Ale tymczasem miałam dość pomidorów do maminego gumbo. Podciągnęłam bardziej fartuch, żeby pomidory nie wyleciały, i ruszyłam do domu. Pod bosymi stopami czułam ciepłą ziemię, nieco chłodniejszą trawę, szorstkie skorupki ostryg na dróżce do stodoły. Bolały mnie plecy. Mój brzuch był tak duży, że ledwo widziałam swoje stopy. Do porodu zostały dwa miesiące. Mama powiedziała, że potem bóle pleców się skończą. Słyszałam, że Anglicy nieprzychylnie patrzyli na panny z dzieckiem. Mieszkańcy naszej wsi byli bardziej tolerancyjni. Owszem, mama chciała, żebym zdecydowała się na Marcela, założyła z nim rodzinę. Ale ja chciałam zostać tutaj, w tym domu, z mamą i moją siostrą. Tata odszedł dawno temu i od tamtej pory radziłyśmy sobie same. I tak mi odpowiadało. Wspięłam się po drewnianych schodach do warsztatu. Gotowałyśmy na zewnątrz, jak wszyscy, ale przybory kuchenne trzymałyśmy w warsztacie. Zastałam tam mamę i moją siostrę. – Proszę. – Wyłożyłam pomidory na stół i usiadłam na krześle, czując ulgę, że pozbyłam się tego nadprogramowego ciężaru. – Bébé rośnie duże, co? – powiedziała moja siostra, podchodząc do stojącego na ławce wiadra z pitną wodą. Zaczerpnęła wody do kubka i przyniosła mi. – Biedna Cerise. – Dzięki. – Woda była ciepła, ale dobra. Melita uklękła przede mną, kładąc dłonie na moim twardym, wypukłym brzuchu. Zaczęła go masować, co uspokoiło dziecko, które było pobudzone i kopało. Ostatnie kopnięcie było tak mocne, że aż zassałam powietrze; Melita roześmiała się i klepnęła zarys maleńkiej stopki. 12


– Masz w sobie tyle życia – mruknęła i uśmiechnęła się, spoglądając na mnie czarnymi oczami; włosy też miała czarne, po tacie. Odwzajemniłam jej uśmiech, kątem oka dostrzegając wyraz twarzy mamy, która łuskała fasolę. Martwiła się. Martwiła się o mnie i dziecko, o Melitę i jej magię. Ludzie mówili, że zajmowała się czarną magią, że ryzykowała utratę duszy, eksperymentując ze złem. Nie wierzyłam im i nie chciałam o tym myśleć. Była moją siostrą. – Jesteś gotowa na specjalny krąg dziś wieczorem? – zapytała Melita, zabierając się do krojenia pomidorów. Skrzywiłam się. – Jestem zmęczona – może zostanę w domu i się prześpię. – Nie, nie, cher – zaprotestowała. – Jesteś mi potrzebna. To specjalny krąg, który przyniesie korzyści całej wsi. Musisz tam być. Przynosisz mi szczęście. – Kto jeszcze będzie? – Nachyliłam się z trudem i wyjęłam robótkę z koszyka. Od jakiegoś czasu dziergałam sukieneczki, czapeczki i skarpetki. Nosiłam dziewczynkę; czułam to. Teraz pracowałam nad kocykiem do kołyski. – Cóż, mama – powiedziała Melita. Zerknęłam na mamę, która marszczyła brwi. Ona też nie była przekonana do tego specjalnego kręgu Melity. – Ouida – ciągnęła zachęcającym tonem Melita. – Lubisz ją. I kuzynka Sophie. Kuzyn Luc-André. Manon, córka kowala. – Ta mała? – zapytała mama. – Chce częściej uczestniczyć w kręgach – odparła Melita. – Eee… Zawahała się i spojrzałam na nią. – Kto jeszcze? – Marcel – przyznała. Skinęłam głową i wróciłam do dziergania. Marcel był kochany. Tak bardzo przejmował się dzieckiem. Z tysiąc razy 13


mi się oświadczał. Zależało mi na nim, naprawdę, i wiedziałam, że byłby dobrym mężem. Ale ja po prostu nie chciałam mieć męża. Był taki pewien, że za niego wyjdę, kiedy okazało się, że będę miała dziecko. Ale czemu miałabym za niego wychodzić, skoro miałam mamę i Melitę do pomocy? – No i jeszcze inni – powiedziała Melita, zgarniając pokrojone pomidory do miski. – Będzie doskonale. Od dawna pracowałam nad tym zaklęciem. Zapewniam cię, że wszyscy, którzy będą uczestniczyć w kręgu, zyskają długie, wolne od chorób życie. – Skąd możesz mieć pewność? – zapytała mama. Melita się roześmiała. – Sama ułożyłam zaklęcie. Zaufajcie mi. Przed zachodem słońca wyruszyłyśmy z mamą z naszego małego domku do miejsca wskazanego nam przez Melitę, głęboko w lesie, niedaleko od rzeki. Wypoczęłam i czułam się dobrze i zdrowo. Nie mogłam się doczekać, kiedy miną te dwa miesiące i będę mogła przywitać na świecie swoją córeczkę. Będzie miała jasne czy ciemne oczy? Jasną czy ciemną skórę? Niecierpliwie czekałam na to, kiedy dotknę jej idealnej niemowlęcej skóry, jej dziecięcego tłuszczyku. Mama odebrała wiele porodów i wiedziałam, że będzie ciężko, ale do przeżycia. No i mogłam liczyć na pomoc Melity. – Tędy – wymamrotała mama, odgarniając pnącza wiciokrzewów. Ich intensywny, słodki zapach szybko wypełnił moje płuca. Było gorąco i wilgotno, ubrania kleiły się do naszych ciał, ale wszystko wydawało się w porządku. Dotarłyśmy do niewielkiej polany, na granicy, której rósł, według słów Melity, największy dąb w Luizjanie. – Matko Boska – wymamrotała mama, spoglądając na drzewo. Roześmiałam się, kiedy je zobaczyłam – dąb sięgał nieba, był najwyższym drzewem, jakie kiedykolwiek widziałam. Był tak potężny, że pięcioro ludzi, trzymających się za ręce, 14


to było za mało, żeby go objąć. Był naprawdę imponujący, wspaniałe dzieło matki natury. Dotknęłam ręką jego kory, niemal czując pulsujące pod nią życie. – Jakim cudem nic o nim nie wiedziałam? – zapytała mama, ciągle wpatrując się w drzewo. – Petra – powiedział głos. – Cerise. Niesamowite, że gdy słyszałam jego głos albo wiedziałam, że był w pobliżu, czułam mrowienie wzdłuż kręgosłupa. Mama odwróciła się do niego z uśmiechem. – Richard, cher. Jak się miewasz? Melita nie powiedziała nam, że będziesz. Odwróciłam się powoli, ale zdążyłam zobaczyć jak zdjął kapelusz i strzepnął go o nogę. – Melita ma dużą siłę perswazji – odparł, nie patrząc na mnie. – Petra! – Ouida była po drugiej stronie polany; mama uśmiechnęła się i poszła ją uściskać. Spojrzałam w ciemne oczy Richarda. – Melita powiedziała ci, o co tutaj chodzi? – Nie. A tobie? Pokręciłam głową, rozglądając się za jakimś miejscem, gdzie mogłabym usiąść. Ostatecznie usiadłam po prostu na trawie, wygładziłam spódnicę i wygięłam się do tyłu, żeby rozciągnąć mięśnie brzucha. – Mówiła, że zyska na tym cała wieś – powiedziałam. – Długie, wolne od chorób życie dla wszystkich. Nie miałam ochoty tu przychodzić, ale powiedziała, że przynoszę jej szczęście. Richard usiadł obok mnie. Jego kolano otarło się przypadkiem o moje i przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Przypominając sobie różne miłe chwile spędzone z Richardem, poruszyłam się i uśmiechnęłam do niego. Patrzył na mnie w skupieniu, co zawsze oznaczało, że zaraz poczuję się dobrze. Ale on odwrócił się, z zaciśniętą szczęką, a ja westchnęłam. Nadal dąsał się z powodu Marcela. Tak samo jak 15


Marcel dąsał się z jego powodu. Czasami tych dwóch mnie męczyło – czemu stanowiło to taki problem, że chciałam ich obu? Czemu miałam wybierać? Mnie by nie przeszkadzało, gdyby oni mieli jeszcze jakieś dziewczyny oprócz mnie. Wachlując się swoim słomkowym kapeluszem, patrzyłam, jak zjawiali się kolejni zaproszeni. Byli już pan Daedalus, wódz naszej wsi, i jego przyjaciel Jules, który zamieszkał tutaj przed dziesięciu laty. Przypomniałam sobie, że pan Daedalus wrócił właśnie z Nowego Orleanu, gdzie odwiedzał swojego brata. Zastanawiałam się, czy przywiózł ze sobą jakieś materiały do naszego sklepu. Postanowiłam, że jutro to sprawdzę. Zjawiła się także najlepsza przyjaciółka Melity, Axelle, tak smukła, nawet w obszernej sukni i wielkim kapeluszu, że tylko pozazdrościć. Uśmiechnęłam się i pomachałam do niej, a ona mi odmachała. – Witam – usłyszałam głos, a kiedy się odwróciłam, zobaczyłam Claire Londine wyłaniającą się z wiciokrzewu. Dostrzegła mnie i podeszła się przysiąść. – Jesteś już duża jak stodoła – powiedziała, kręcąc głową. – Jak się czujesz? – W porządku, przeważnie – odparłam. – Nie rozumiem, czemu… – zaczęła, po czym spojrzała na Richarda i urwała. – Pójdę pogadać z Daedalusem – rzucił szybko Richard i odszedł. Claire się roześmiała. – Wyczuł, że będziemy rozmawiać o babskich sprawach. Chciałam powiedzieć, że nie rozumiem, czemu do tego dopuściłaś. Przecież tak łatwo temu zapobiec. Albo pozbyć się problemu, jak już się pojawi. Wzruszyłam ramionami. – Zdecydowałam, że chcę mieć dziecko. Nazwę moją córkę Hélène. 16


– Ale przy dzieciach jest tyle pracy – powiedziała Claire. – Ciągle płaczą. Stale trzeba się nimi zajmować. – Mama i Melita pomogą mi. Ja lubię dzieci. – Cóż, mam nadzieję, że faktycznie tak jest – westchnęła Claire, wyciągając nogi w słońcu. Spod jej spódnicy wystawały gołe stopy i łydki – Claire zawsze była skandalistką. Ale dla mnie była miła; chodziłyśmy do jednej klasy w naszej małej wioskowej szkole. – Proszę o uwagę – zawołała moja siostra. – Już czas. Czas uformować krąg. Podniosłam się niezgrabnie, przytrzymując jedną ręką brzuch. Słońce jeszcze nie całkiem zaszło, ale nagle zrobiło się ciemno, jakby ktoś zgasił świecę. Spojrzałam w niebo i zobaczyłam wielkie, ciemne chmury, napływające z południa. – Będzie burza – mruknęłam do mamy. – Może powinniśmy przełożyć to na kiedy indziej. Melita mnie usłyszała. – Nie – powiedziała. – To musi być dzisiaj; wszystko jest idealne: odpowiednia faza księżyca, odpowiednia pora roku, odpowiedni ludzie. Jestem pewna, że burza nam nie przeszkodzi. Szybko narysowała duży krąg, prawie tak duży jak cała polana, i zapaliła trzynaście świec – po jednej dla każdego z nas. Zaczęło wiać; wiatr był dziwnie chłodny i wilgotny, targał płomienie świec na prawo i lewo, ale mimo to świece nie zgasły. Melita nakreśliła w powietrzu znak runiczny, symbolizujący nowy początek, narodziny. Zmarszczyłam lekko brwi, trzymając się za swój duży brzuch. Czy to było bezpieczne? Zerknęłam na mamę. Patrzyła na Melitę. Przerwałaby to lub odesłała mnie do domu, gdyby to było niebezpieczne. Próbowałam się odprężyć, kiedy wszyscy chwyciliśmy się za ręce. Marcel nie odrywał ode mnie wzroku, co mnie drażniło. Ciążyło mi jego spojrzenie. Z kolei Richard – przeciwnie. 2 – Płonący stos

17


Szeptał o czymś z Claire, potem roześmiał się, a ona, chichocząc, wsunęła swoją dłoń w jego. Zaczęliśmy przemieszczać się po okręgu, Melita zaczęła nucić. Ponownie zerknęłam na mamę, która w dalszym ciągu wpatrywała się w Melitę. Nie kojarzyłam tej pieśni – nigdy wcześniej jej nie słyszałam i w ogóle była jakaś inna od naszych wszystkich zwykłych formułek. Głos Melity stawał się coraz silniejszy, coraz donośniejszy, a ja miałam wrażenie, jakby wypełniał moją klatkę piersiową. To było dziwne – podczas poprzednich rytuałów kręgu nie doświadczyłam niczego podobnego. Zaczęło padać; duże zimne krople deszczu opadały na moje ramiona, na mój brzuch. Przemknęło mi przez głowę, żeby to przerwać, żeby sobie odpuścić, ale myśl ta zniknęła tak samo nagle, jak się pojawiła, i znowu wypełniał mnie głos Melity. Zwiększyliśmy tempo i spadł mi kapelusz. Czułam się dziwnie, chwiejnie, bałam się, że upadnę, ale Jules i Ouida mocno trzymali mnie za ręce. Poczułam, że zaciska mi się gardło. Ciężka fala potężnej magii wzbierała z ziemi, jakby zamierzając mnie pochłonąć. Oczywiście, nie pierwszy raz czułam magię. Ale o czymś takim nawet nie śniłam. To było obezwładniające – olbrzymia fala składająca się ze wszystkich żywiołów naraz: ziemi, powietrza, wody i ognia. Dusiłam się, teraz już na dobre wystraszona, podczas gdy w dalszym ciągu krążyliśmy wokół syczących świec, słysząc głos Melity, zdający się pochodzić skądś indziej niż od niej. Lało jak z cebra. Twarze były zamazane, przelatujące przed moimi oczami obrazy niewyraźne. Wszyscy, oprócz Melity, byli zaniepokojeni, niektórzy także źli. Grzmiało raz po raz, niebo rozświetlały błyskawice. Tonęłam w magii, uwięziona w niej niczym mucha w pajęczej sieci. Potrząsnęłam rękami, żeby się uwolnić, ale bez powodzenia. – Meli… – zawołałam, nie kończąc, bo nastąpił koniec świata. Ogłuszający grzmot zgrał się idealnie z oślepiającą 18


błyskawicą. Błyskawica uderzyła w Melitę i wrzasnęłam, widząc jej czarne włosy łopoczące wokół wykrzywionej w ekstazie twarzy. W następnej sekundzie błyskawica dotarła do mnie, przez dłoń Jules’a, eksplodowała w moim wnętrzu i popłynęła do Ouidy. Wszyscy krzyczeliśmy; słyszałam własny wrzask. Potworny ból przeszył mój brzuch. Puściliśmy się i upadłam na ziemię. Miałam wrażenie, jakby ktoś ugodził mnie w brzuch toporem, i zwinęłam się, z trudem łapiąc powietrze. – Mamo! – zawołałam, szlochając. Trzymałam się za brzuch, chroniąc to, co było w środku, ale ból był zbyt wielki, by moje dłonie mogły coś tu poradzić, zbyt wielki, bym mogła go wytrzymać. Pozostali zebrali się wokół mnie – Richard, Ouida, i wreszcie mama, która przyklękła na mokrej błotnistej ziemi. Odgarnęła włosy z mojego czoła, szepcząc zaklęcia. Jej dłoń odnalazła moją, a ja chwyciłam się jej kurczowo. – Co się dzieje? – załkałam. Mama nachylała się nade mną, ale nie odpowiedziała, w dalszym ciągu mamrocząc zaklęcia. Znowu przeszył mnie ból; zamknęłam oczy i szlochałam, starając się to przetrzymać. Poczułam powódź pod spódnicą, a potem dłonie mamy, podciągające spódnicę, i krople deszczu na moich gołych nogach. Richard złapał mnie za drugą rękę. Przycisnęłam jego dłoń do policzka, zawstydzona, że płakałam i wyglądałam tak słabowicie, ale zbyt mnie bolało i zbyt się bałam, żeby przestać. Powtarzałyśmy z mamą zaklęcia uspokajające i na koncentrację, które miały mi się przydać przy porodzie, ale wszystkie wyleciały mi z głowy. Ból był tak wielki, że zagłuszał wszystko inne. Czułam potworne napięcie, czułam skurcze, ale po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że ból zelżał. Byłam zmęczona, bardzo zmęczona, i nie całkiem świadoma, co się działo. – Boże, krew. – Głos Ouidy dotarł do mnie jak zza szyby. 19


Wiedziałam, że Richard ciągle trzymał mnie za rękę, ale prawie tego nie czułam. Byłam zadowolona, że ból zelżał, że już tak nie cierpiałam ani się nie bałam. Musiałam odpocząć. Zamknęłam oczy; na moje powieki spadły krople deszczu. Burza jeszcze się nie skończyła, ale ziemia, na której leżałam, wydawała się taka bezpieczna i przyjazna. Zaczęłam się odprężać. Całe szczęście, że ten straszny ból minął. Właściwie czułam się zupełnie dobrze. A potem patrzyłam z góry na siebie, mamę, Richarda i pozostałych. Widziałam to wszystko z oddali. Widziałam jak mokli. Widziałam, jak mama uniosła maleńkie, wierzgające dziecko, które deszcz obmył z krwi. Widziałam siebie, tak spokojną i odprężoną, jakbym spała. Moja córeczka, Hélène, pomyślałam. Wszystko urwało się, kiedy przewróciłam się do tyłu i uderzyłam głową o kamień. Zamrugałam, a kiedy uniosłam wzrok, zobaczyłam czarne, bezksiężycowe niebo nad rodzinnymi grobowcami. Bolała mnie głowa i uniosłam rękę, żeby ją rozmasować; pod palcami wyczułam rosnącego guza. Usiadłam. Uderzyłam głową o fragment tablicy nagrobnej, który odłamał się dawno temu. Nie wiedziałam, czemu upadłam – jeśli byłam martwa, to czemu bolała mnie głowa? I dłonie? Trwało to chwilę, zanim dotarło do mnie, że nie umarłam; nie byłam Cerise. Byłam Clio. Moje cztery świece prawie się wypaliły. W misce z węgielkami został sam popiół. Rozejrzałam się pospiesznie, ustalając swoje położenie, po czym podpełzłam do mojej płóciennej torby i wyciągnęłam zegarek. Była czwarta rano. Byłam roztrzęsiona, brakło mi tchu. Tym razem nie tylko widziałam rytuał, ale brałam w nim udział. Słyszałam zaklęcie użyte przez Melitę, widziałam żarzące się na ziemi sigile i znaki runiczne; nie widzieliśmy, jak je kreśliła, bo zrobiła to, zanim wszyscy się zgromadzili. Czułam, jak umierałam. 20


Przełknęłam z trudem, zaczerpnęłam tchu i zaczęłam zbierać swoje rzeczy. Wysypałam popiół i wtarłam nogą w ziemię. Zdmuchnęłam świece, uprzątnęłam wosk, który z nich nakapał. – Petra byłaby bardzo niezadowolona, gdyby się o tym dowiedziała. Podskoczyłam. Nie wyczułam wcześniej niczyjej obecności – zresztą nadal nie czułam. Rozglądałam się gorączkowo i w końcu zobaczyłam czarny cień siedzący na nagrobku, obok cementowego wazonu z wyblakłymi plastikowymi kwiatami. Daedalus podniósł się i podszedł do mnie. Serce biło mi bardzo szybko, ale wyprostowałam się, odgarnęłam włosy z twarzy i spokojnie ładowałam rzeczy do torby. – Nie obchodzi cię zdanie Petry? Wychowała cię. – Ukląkł niedaleko mnie, ale ponieważ był ubrany na czarno, zlewał się z otoczeniem. – Pozwól, że ja się tym będę martwić – odparłam, siląc się na spokój. – Czemu wywołujesz przeszłość? Spojrzałam na niego. – Widziałeś, co robiłam? – Nie wszystko. Ale to było bardzo ambitne zaklęcie. W jakim celu je stworzyłaś? – Czemu miałabym ci powiedzieć? – Podniosłam się, dosyć chwiejnie, i wsunęłam stopy w buty. Ruszyłam do bramy cmentarza. – Mógłbym ci pomóc. Przystanęłam na moment, po czym szłam dalej. Daedalus podążał za mną. – Mógłbym ci pomóc – powtórzył. – Wiem o zaklęciu Melity więcej niż ktokolwiek inny. Ty masz z nią łączność, jesteś jej potomkinią. Moglibyśmy połączyć nasze siły. To mogłoby być… bardzo interesujące. Bardzo satysfakcjonujące. 21


Dotarłam do zardzewiałej bramy z kutego żelaza i pociągnęłam, żeby otworzyć. Zaskrzypiała głośno. – Nie sądzę – powiedziałam. – Babcia ci nie ufa, ja też nie. – Odwróciłam się i zaczęłam oddalać w swoją stronę, modląc się, żeby nie poszedł za mną do domu i nie obudził Petry, żeby na mnie donieść. – Pomyśl o tym. – Usłyszałam jego cichy głos, ale kiedy obejrzałam się, Daedalusa już nie było.

22

plonacy stos  

powiesc dla mlodziezy, Plonacy stos tom 2

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you