Issuu on Google+

Rozdział 1 Simone jednym szarpnięciem rozdarła koszulę na gładkiej wygolonej piersi mężczyzny i zsunęła po niej dłoń aż do sprężystych mięśni brzucha. – Dręczy mnie przemożny głód – wymruczała ochryple z francuskim akcentem. Mężczyzna podniósł brodę, żeby odsłonić szyję. – Bierz. Moje ciało, moją krew… cały jestem twój. Przesunęła palcem po tętnicy szyjnej, po czym nagle odepchnęła mężczyznę. – Nie, dłużej tego nie zniosę. Wstała. Rozkloszowany dół różowego jedwabnego negliżu z głośnym poszumem owinął się wokół jej długich nóg, odsłaniając noski różowych szpilek. Uniosła białą dłoń do czoła. – I cóż mam począć, ja, biedna wampirzyca? Od wieków zaspokajam się tylko jednym smakiem. Jakże marzę o czymś odmiennym! Wdzięcznie machnęła dłonią i ruszyła przed siebie. – Potrzeba mi czegoś nowego, czegoś esencjonalnego i wyrafinowanego… Och! – Zaplątawszy się w fałdy nocnej koszuli, jak długa runęła na podłogę. – Cięcie! – Reżyser zaklął pod nosem, nachylił się do Gregoriego i szepnął: – Jesteś przekonany, że musimy ją zatrudniać? Gregori, jak zwykle kryjąc frustrację, uśmiechnął się zachęcająco do Gordona. 7


– Simone sobie poradzi. To najsławniejsza modelka w świecie wampirów. – Tak, już to mówiłeś, co najmniej pięć razy. Tylko że ona nie potrafi grać. Do diabła, ona nawet nie potrafi chodzić. Uśmiech Gregoriego nieco przygasł. Sądził, że wygrał los na loterii, gdy udało mu się namówić sławną Simone, żeby zagrała w reklamie blardonnay, najnowszego produktu wampirycznej Fusion Cuisine. Ale po trzech godzinach kręcenia nie mieli nawet jednego udanego ujęcia. Reżyser i ekipa filmowa z Digital Vampire Network na Brooklynie zdążyli opróżnić skrzynkę z dwudziestoma czteroma butelkami blardonnay, które przyniósł w ramach prezentu. Jednak mieszanka syntetycznej krwi i wina chardonnay już nie wystarczała reżyserowi. Gordon pociągnął z butelki łyk blissky, po czym spojrzał kwaśno na Gregoriego. – Do wschodu słońca zostało jakieś dziewięćdziesiąt minut – mruknął. – Kończmy, zanim moja udręczona ekipa się rozbiegnie, by smażyć się w blasku sławy, a nie na słońcu. – Nie jest tak źle – pocieszył go Gregori. – Trochę odpowiedniego montażu i będziemy to mieli. Zapłacimy ci za cały twój czas. Gordon sarknął i znowu upił blissky. Gregori, zastanawiając się nad swoją sytuacją, nerwowym ruchem poprawił krawat. To on będzie się musiał tłumaczyć przed zwierzchnikami za wydanie niemałej fortuny na reklamę, która nie doszła do skutku. A sytuacji nie polepszy nawet to, że zrzuci winę na Simone. Wydawała się krucha i delikatna, ale rozjuszona, za sprawą wampirycznej supersiły, mogła wyrządzić mnóstwo szkód. Pewnego razu, zła, że nikt jej nie rozpoznał, doszczętnie zdemolowała klub taneczny na Manhattanie. Gregori musiał użyć sporego zasobu swej mocy kontrolowania umysłów innych istot, właściwej wampirom, żeby wyczyścić pamięć wszystkich przerażonych śmiertelników, świadków tej demonstracji wściekłości. Niestety nie było go w pobliżu, kiedy w Paryżu jakiś paparazzi zrobił jej zdjęcie bez pozwolenia. Simone cisnęła biednym fotografem przez całą szerokość Pól Elizejskich. „Le 8


Figaro” spekulował, że ten zadziwiający pokaz siły świadczył, iż Simone była wtedy pod wpływem syntetycznego halucynogenu PCP. Simone odpłaciła się pismakom następnego dnia. Wyrwała z chodnika lampę uliczną i rzuciła nią w witrynę biura gazety. Uważała, że dała tym dowód, iż dziennikarze się mylili. Poprawiając spinki przy mankietach, Gregori doszedł do wniosku, że pozostało mu tylko jedno: będzie odgrywał rolę życzliwego i współczującego przyjaciela, innymi słowy – podlizucha. Cholera, do czego ta robota zmusza człowieka. Wszedł na plan, składający się z grubego kremowego dywanu i obitej kremowym atłasem kanapy. Model, który na niej siedział, nawet nie próbował pomóc Simone, nadal zaplątanej w fałdy negliżu i miotającej się na dywanie niczym wygłodzony, wyrzucony na morski brzeg wieloryb. – Simone, kochanie, nic ci się nie stało? – Ostrożnie pomógł jej się podnieść. Była tak chuda, że chwiała się jak kij od szczotki na silnym wietrze. – To nie w twoim stylu tak się przewracać. – Dwunasty raz. – Wszystko przez te idiotyczne pantofle, które kazałeś mi włożyć. Są za duże. – Simone podniosła głos, żeby wszyscy w studiu ją usłyszeli. – Przecież wiesz, że noszę piątkę. Nosiła ósemkę. Gregori znał rozmiar jej stopy, gdyż w ostatnie Boże Narodzenie Simone błagała go, żeby kupił jej parę sandałów od Jimmy’ego Choo. Spełnił to życzenie, choć nie dlatego, że darzył Simone specjalnymi względami. Chodziło o interesy. Był zastępcą dyrektora marketingu w Romatech Industries i w pełni zdawał sobie sprawę, jak duże znaczenie mają dobre stosunki z wpływowymi osobistościami wampirycznego świata. – Może ta koszula jest za długa? – zasugerował. – Skrócimy ją, jeśli chcesz. – Podoba mi się, że jest taka długa. Dzięki temu wydaję się wyższa. I szczuplejsza. Dobry Boże. Gdyby była jeszcze chudsza, stałaby się dwuwymiarowa. – Wyglądasz ślicznie, Simone. Ale… obawiam się, że nie jesteś dzisiaj odpowiednio skoncentrowana. Może, gdybyśmy… 9


– To jego wina! – Simone wskazała perfekcyjnie wymanikiurowanym różowym paznokciem na męskiego modela, który właśnie zdejmował podartą koszulę. – Jest taki brzydki, że nie da się z nim pracować. Gregori kątem oka zerknął na modela. – Jak dla mnie wygląda całkiem nieźle. – No, no, dzięki, przystojniaczku. – Model puścił do niego oko. O cholera. – Simone, nie możemy wciąż zmieniać aktorów. To już ósmy z kolei. W agencji zaczyna brakować kandydatów, a my mamy opóźnienie, więc może jednak mogłabyś zagrać z tym, który już tu jest? Simone wydęła dolną wargę. – Ale on jest odrażający. Cała się wzdrygam, kiedy mam go dotknąć. Model pogroził jej palcem. – Mnie też się nie bardzo podoba, że mnie dotykasz, koleżanko. – To się nazywa gra, Simone – szepnął Gregori. – Musisz udawać, że go pożądasz. Nawet gdyby był brzydki jak brukiew, musisz nas przekonać, że jest zachwycający. – Przecież jestem zachwycający – obruszył się model, zarzucając długie blond włosy na plecy. Gregori jęknął w duchu. W gronie wampirów, które mają doskonały słuch, szeptanie mijało się z celem. Chwycił Simone za kościste ramię. – Powiedzmy sobie szczerze, cukiereczku, że nie chodzi o żadne pantofle, koszulę ani nawet o tego gościa na kanapie… – Nazywam się Pennington – przerwał mu model. – Pennington Langley Trzeci. Tylko proszę, nie nazywajcie mnie Penny. Nie chciałbym uchodzić za taniego. – Posłał Gregoriemu zalotny uśmieszek. Powstrzymując wzdrygnięcie, Gregori odwdzięczył mu się podobnie słodkim uśmiechem. Niech to szlag, z jakim elementem musi się zadawać w pracy. 10


– Simone, tysiące razy widziałem, jak płyniesz po wybiegu z gracją łabędzia. Potrafisz to tutaj powtórzyć. Simone, kładąc mu dłonie na klatce piersiowej, zwiesiła głowę. – W porządku, powiem prawdę. Chodzi o to, że… że się boję. – Czego? Porażki? – Skrzywił się, gdy jej ostre jak żyletki paznokcie zatopiły się w jego piersi. – Ja nigdy nie ponoszę porażek – wysyczała. – No tak, racja, zapomniałem. – Chwycił ją za ręce, żeby jej różowe szpony nie podarły mu najlepszego garnituru. – W takim razie, czego innego możesz się obawiać? Jej dolna warga, drżąc, uderzała o kły. – Wkrótce wzejdzie słońce. Boję się, że umrę. – Cukiereczku, przecież umieramy o każdym wschodzie słońca. – Mówię o prawdziwej śmierci! La mort finale! – Chwyciła go za klapy, zgniatając je zaciśniętymi palcami. – Oglądałam dzisiaj program Corky. Życie z nieumarłym. Mówiła, że wszystkim nam grozi wielkie niebezpieczeństwo! – Tobie nic nie grozi, Simone. Śpisz w domu Romana, a tam są straże. – A więc Corky miała rację? – wrzasnęła Simone, potrząsając nim z całej siły. – Śmiertelnicy już o nas wiedzą? Oderwał jej kościste palce od klap. – Corky wie, bo to ona zamieściła w sieci ten idiotyczny filmik. Trzy dni wcześniej Corky Courrant sfilmowała walkę pod górą Rushmore zakończoną śmiercią jej kochanka, przywódcy Malkontentów, Casimira. Chociaż Gregori rozumiał, że kobieta mogła się lekko zdenerwować dekapitacją kochanka, niemniej uważał, że Corky stanowczo przesadziła z reakcją. Umieściła film na YouTube z komentarzem, że film to dowód na istnienie wampirów. Coś takiego w świecie wampirów uchodziło za niewybaczalny akt zdrady, lecz Corky nadal pracowała w Digital Vampire Network. Najwyraźniej jej haniebny postępek podnosił stacji oglądalność. W oczach Simone zamigotały łzy. 11


– Ona mówiła, że śmiertelnicy nas wyśledzą i pozarzynają, kiedy będziemy spali! – O mój Boże! – Pennington poderwał się na nogi. – Czy to prawda? Dźwiękowiec obrzucił go ponurym spojrzeniem. – Nie oglądasz Nightly News? Stone Cauffyn ogłosił, że tajemnica się wydała i że wkrótce śmiertelnicy nas powybijają. Z cichym jęknięciem Simone osunęła się na dywan. Po jej wychudłych policzkach płynęły zabarwione krwią łzy, pozostawiając różowe strużki. – La mort finale. – To koniec nas wszystkich – burknął kamerzysta. – Jesteśmy skazani na zagładę – dodała charakteryzatorka, po czym również się rozpłakała. – Apokalipsa wampirów – wymamrotał Gordon i golnął sobie kolejny haust blissky. Dobry Boże, nic dziwnego, że reżyser i ekipa tak się rzucili na tę skrzynkę blardonnay, pomyślał Gregori. – Weźcie się w garść! – zawołał. – To, że Corky puściła w sieci wideo, na którym wampiry odcinają sobie głowy i zamieniają się w proch, nie znaczy jeszcze, że śmiertelnicy uwierzą w istnienie wampirów. – Jasne – sarknął Gordon. – Bo śmiertelnicy na okrągło kręcą filmiki, w których odrąbują sobie głowy. – Jeśli spojrzysz na komentarze, sam się przekonasz, że wiele osób uważa, iż film jest zmontowany – zauważył Gregori. – Wystarczy tylko jeden śmiertelnik z jednym kołkiem, żeby ze mną skończyć – wypomniał mu dźwiękowiec. – To koniec! – Charakteryzatorka, ściskająca w rękach butelkę blardonnay, osunęła się na podłogę. – Koniec! – Jaki koniec? O czym wy mówicie? Nie dostaliście oficjalnej notatki Romana? – denerwował się Gregori. Roman Draganesti był nie tylko jego szefem i dyrektorem generalnym Romatech Industries, ale także mistrzem klanu wampirów ze Wschodniego Wybrzeża. – Roman nakazuje wszystkim zachować spokój i żyć, jakby się nic nie wydarzyło. 12


– Tak, wiemy. – Gordon przechylił butelkę blissky i skrzywił się, gdy się okazało, że butelka jest pusta. – Właśnie dlatego pojawiliśmy się dzisiaj w pracy. – A powinniśmy szukać jakichś jaskiń do ukrycia – mruknął kamerzysta, którego oczy nagle się rozpromieniły. – Wiem! Moglibyśmy się skryć w mauzoleach. – No pewnie – rzucił z drwiną dźwiękowiec. – Bo śmiertelnicy nigdy nie wpadliby na pomysł, żeby nas szukać na cmentarzu. – Jesteśmy skazani na… – Przestań! – krzyknął Gregori do charakteryzatorki. – Wyluzujcie. Wszystko będzie dobrze. Roman ma dzisiaj spotkanie strategiczne z grupą mistrzów klanów. – Wymyślili jakiś plan? – zainteresował się Pennington. – Jestem pewien, że coś wymyślą. – Gregori niewiele wiedział o całej sytuacji poza tym, że Roman i dyrektor naczelny firmy MacKay, Usługi Ochroniarskie i Detektywistyczne, Angus MacKay, ostatnie dwie noce rozprawiali o niej z Seanem Whelanem, świeżo przemienionym w wampira agentem CIA i teściem Romana w jednej osobie. – Najlepiej zrobimy, jeśli będziemy się zachowywali normalnie, nie ściągając na siebie niepotrzebnej uwagi. Chodźcie do pracy, wracajcie do domów, pijcie butelkowaną krew, a nikt się nie domyśli, że jesteście wampirami. – Tobie łatwo mówić – mruknął Gordon. – Ty i twoi kumple macie ochronę, która was strzeże za dnia. My zapadamy w śmiertelny sen w naszych mieszkaniach, do których śmiertelnicy bez problemu mogą się włamać. – Jesteśmy skazani na zagładę! – znowu krzyknęła charakteryzatorka. Gregori poluzował krawat, zastanawiając się. Domyślał się, że przeklęty filmik Corky wywołał panikę we wszystkich wampirach na całym świecie. A im bardziej wampiry się bały, tym większe prawdopodobieństwo, że któryś zrobi coś naprawdę głupiego, coś, co tylko pogorszy sytuację. Wampiry muszą się poczuć bezpieczne. Wyciągnął smartfon z kieszeni marynarki. – Coś wam powiem. Poproszę Angusa MacKaya, żeby przysłał tu na dzień strażników. Zamienimy budynek stacji w schron 13


awaryjny. Wampiry, wiedząc, że są bezpieczne i chronione, będą tu mogły spokojnie zasnąć. Gordon poderwał się na nogi, lekko się chwiejąc. – Mówisz poważnie? Da się to zrobić? – Jasne – zapewnił Gregori z uśmiechem. – Zaraz to zorganizuję, więc się pospieszcie i ogłoście to na antenie. – Super! – Gordon wypadł ze studia. Charakteryzatorka podźwignęła się z podłogi i posłała Gregoriemu drżący uśmiech. – Dziękuję. – Nie ma za co. – Gregori wybrał numer Angusa. – A teraz przygotujmy się do kolejnego dubla, okej? – Już się robi, sir! – zawołał dźwiękowiec. Pennington włożył nową koszulę, a charakteryzatorka odświeżyła makijaż Simone. Gregori odetchnął z ulgą. Może jednak nakręcą tę reklamę. Aparat Angusa przełączył go na pocztę głosową, więc zostawił krótką wiadomość, wyjaśniając, że budynek DVN trzeba zamienić w schron dla wystraszonych wampirów. – Przepraszam. Oderwał wzrok od wyświetlacza telefonu i spojrzał na stojącego nieopodal Penningtona. – Tak? – Chciałem podziękować, że zapewniłeś nam ochronę. – Cieszę się, że mogłem się do czegoś przydać. Pennington odgarnął swoje długie blond włosy na plecy. – I jeszcze za to, że dałeś mi szansę zagrania w tej reklamie. – Nie ma za co. – Gregori nie chciał przypominać modelowi, że był ósmym kandydatem przysłanym przez agencję wyszukującą młode talenty i że nie byłoby go tu, gdyby Simone nie odesłała poprzednich siedmiu kandydatów. Pennington zrobił krok w jego stronę. – Chodzi o to, że… że chciałem ci podziękować… osobiście. O rany. Gregori szybko się cofnął. – Nie, dzięki, ale nie skorzystam. Sorry. 14


– Przecież jesteś gejem, no nie? To znaczy, świetnie się ubierasz i byłeś taki miły i współczujący dla… niej. – Pennington, zerkając na Simone, zmarszczył nos. – To heteryk nie może już być miły? – zdziwił się Gregori. Simone, czesana przez charakteryzatorkę, głośno prychnęła. – I po co ciągniesz tę grę, mon ami? Nie chciałeś się ze mną kochać, a to znaczy, że musisz być gejem. Opadła mu szczęka. Ekipa, zachwycona smakowitym kąskiem, zaczęła między sobą szeptać. Cholera. – Simone, czyżbyś rozpuszczała plotki na mój temat? – Ależ skąd. – Modelka dramatycznym gestem machnęła ręką. – Wiem przecież, jak sobie cenisz swoją reputację młodego playboya. Ale powiem ci, mon ami, że najlepiej byś zrobił, gdybyś skończył z tym tchórzostwem i się przyznał. Ulży ci. Tchórzostwem? Gregori sięgnął do kieszeni po piłeczkę relaksacyjną. Tam do diabła, wszystkie zostawił w biurze. To prawda, że odtrącił zaloty Simone bez podawania wyjaśnień, ale w tamtym momencie szczerość nie wydawała się dyplomatycznym posunięciem. Nie chciał wyjawiać, że modelka go nie pociąga ani że nie ma ochoty znaleźć się na liście jej kochanków, zapisanej w specjalnym notesie wraz z punktacją od jednego do dziesięciu. Niejeden raz widział ten notes, bo Simone się nim przechwalała, zaznaczając, że to wielka rzadkość, żeby któryś kochanek osiągnął wynik powyżej pięciu punktów. Tłumaczyła, że właśnie z tego powodu ona musi się tak męczyć, sypiając z tyloma mężczyznami, w przeciwnym razie nie miałaby szans znaleźć tych kilku, którzy byli jej warci. Tak czy inaczej, mimo że nie był nią zainteresowany, Gregori odrzucał awanse Simone z dużą delikatnością. Chcąc odnieść sukces w swoim zawodzie, musiał zachowywać przyjazne stosunki z celebrytami świata wampirów. Jednak w tym momencie sukces oznaczał dokończenie przeklętej reklamy, co sprowadzało się do tego, że nie wolno mu było zrazić do siebie nie tylko Simone, ale także Penningtona, który nadal patrzył na niego z wyczekującym uśmieszkiem. Okropność, co musi ścierpieć w tej robocie. 15


– Ja… – Przerwał mu brzęczyk telefonu. Dzięki Bogu. – Muszę odebrać. Przepraszam. – Przeszedł na drugi koniec studia. – Hej, Angus. Doskonałe wyczucie czasu. Więc jak, masz ochroniarzy, których możesz tu przysłać na dzień? – Mam – potwierdził Angus. – Poprosiłem Robby’ego i kilku chłopaków, żeby się tam teleportowali i zostawili na miejscu Rajiva. – Wspaniale. Dzięki, brachu. – My tu prawie kończymy ustalać plan działania, ale pogadamy o tym później. – Angus się rozłączył. A więc mają plan. Wspaniale! Gregori uśmiechał się, chowając telefon z powrotem do kieszeni. Do studia wrócił Gordon. – Nadaliśmy ogłoszenie. Wampiry już się teleportują do budynku. – Jak sądzisz, ilu zdołasz pomieścić? – zainteresował się Gregori. – Sly uważa, że możemy zadekować nawet kilka setek. – Gordon miał na myśli Sylvestra, menedżera stacji telewizyjnej. – W końcu mamy tu sześć dużych studio i olbrzymią piwnicę. – Super! – Gregori pokazał wszystkim uniesione kciuki. – Będziecie bezpieczni pod okiem Rajiva. Jest tygrysołakiem i może się przemieniać na życzenie. – Tygrysołak? – Charakteryzatorka zrobiła wielkie oczy. – O rany, to brzmi… – Seksownie – podpowiedział szeptem Pennington. Gregori się skrzywił. Na szczęście wampiry są martwe w ciągu dnia, więc Rajiv nie będzie musiał odpierać ich zalotów. – No więc teraz, kiedy wszyscy są szczęśliwi, co wy na to, żebyśmy zrobili tę reklamę? Ekipa wydała okrzyk zwycięstwa. – Na miejsca! – wrzasnął Gordon i członkowie załogi pomknęli na swoje stanowiska. – Miejmy to wreszcie za sobą! Klaps. – Dubel numer siedemdziesiąty drugi. – Klapser uderzył górną częścią klapsa o dolną. Simone przysiadła na kremowej atłasowej kanapie i nachyliła się do Penningtona. Jej oczy zapłonęły żarliwą namiętnością. 16


– Dręczy mnie przemożny głód. Pennington zarzucił włosy na plecy, żeby odsłonić szyję. – Bierz mnie. Moje ciało, moją krew… cały jestem twój. Simone rozerwała mu koszulę. Guzik, który się od niej oderwał, wystrzelił w powietrze, trafiając modelkę w oko. – Au! – Simone zerwała się na nogi i uderzyła głową w duży mikrofon. – Auuu! – Osunęła się na dywan. Cała ekipa przez kilka sekund w milczeniu przyglądała się jej nieprzytomnemu ciału. – Cięcie – wymamrotał Gordon. – Przeszkadzam? – zapytał Robby MacKay, wkraczając do studia. – Nie – jęknęła ekipa. – Rajiv już tu jest. W holu. – Robby zerknął na leżącą na podłodze Simone. – Zostawiliśmy tam też kilka skrzynek chocolooda i bleera, żeby nikt nie głodował. – Chocolood? – Charakteryzatorka rzuciła się do drzwi. – Darmowy bleer! – Męska część ekipy pognała za charakteryzatorką. Robby wskazał ręką na Simone. – A jej co? Gregori westchnął. – Nic takiego. Zaraz ją przeteleportuję do domu. Robby pokręcił głową. – Nie masz na to czasu. Angus i Roman chcą cię widzieć w Romatechu. – Podrzucę ją po drodze i… – Nie – przerwał mu Robby. – Masz się tam stawić natychmiast. Natychmiast? Słońce miało wstać za niecałą godzinę. Co było aż tak ważne, że nie mogło zaczekać? Gregori odwrócił się do Gordona. – Kiedy Simone się ocknie, powiedz jej, że zostałem wezwany i że spróbujemy znowu jutro. Gordon się skrzywił. – Musimy? – Tak, ale… 2 – Najseksowniejszy wampir…

17


– Powiedziałem „natychmiast” – przerwał im Robby, gromiąc Gregoriego surowym spojrzeniem. – No już, już. Nie panikuj, bo jeszcze zlejesz się w gacie. – Gregoriego zerkną na kilt Robby’ego w zielono-niebieską kratę. – Pod warunkiem że je na sobie masz. Robby, marszcząc brwi, chwycił go mocno za ramię. – Chodźmy. Gregori ze zdumienia aż zesztywniał. Będzie miał eskortę? O co chodzi z tym pośpiechem… Zanim dokończył myśl, wszystko pociemniało.

Rozdział 2 Wielkie strategiczne zebranie musiało się już zakończyć. Gregori, prowadzony przez Robby’ego korytarzem, minął około dwunastu mistrzów klanów opuszczających salę konferencyjną Romatechu. Wyszarpnął rękę ze stalowego uścisku Robby’ego. – Słuchaj, koleżko, mów szczerze, co się tu dzieje. Robby wzruszył ramieniem. – Angus kazał mi cię natychmiast sprowadzić. – Taa…, to już słyszałem. – Gregori zauważył, że większość mistrzów klanów szykuje się do teleportacji. Nic dziwnego, że chcieli opuścić Nowy Jork przed wschodem słońca. Skinął głową w stronę dwóch, którzy jeszcze stali w holu. – Hej, koledzy, co słychać? Rafferty McCall, mistrz klanu Zachodniego Wybrzeża, pomachał do niego. – Świetny pomysł z tymi awaryjnymi schronami. – Dzięki – rzucił Gregori. Czy dlatego został wezwany? Chcą, żeby pomógł organizować schrony w innych miejscach świata? – Muszę wracać do Luizjany. – Colbert GrandPied klepnął Gregoriego w ramię. – Bonne chance, mon ami. – Racja – zgodził się Rafferty. – Życzę szczęścia, chłopcze. 18


Najseksowniejszy wampir