Issuu on Google+

Prolog

W

iedziałam, że zbliża się chwila mojej śmierci. Dziwne, ale stało się to w ciągu zaledwie kilku dni. Zdałam sobie sprawę, że drżę i muszę działać szybko, zanim… Nie chciałam o tym myśleć. Chwyciłam maleńki sztylet. Broń, choć śmiercionośna, była niezwykle piękna. Na rękojeści połyskiwały delikatne rzeźbienia – przedstawiały upadek archaniołów z nieba; ich historię wyryto kunsztownie na zabójczym ostrzu. Z trudem przełknęłam ślinę. Czy teraz Bóg mnie przyjmie? Przeszywały mnie ukłucia niepewności, ale już zdecydowałam. Bez namysłu wbiłam sobie sztylet w serce z nadzieją, że mój plan zadziała. Brakowało mi tchu. Poleciałam do przodu; szukałam czegokolwiek, czego mogłabym się złapać. Natrafiłam na zasłonę i zerwałam ją z łoskotem. W ścianie zostały ziejące dziury po wyrwanym karniszu. Jakby przedrzeźniając je, aksamit nocy rozdarł się i deszcz lunął strugami. Zamknęłam oczy i poddałam się ogarniającemu mnie zamroczeniu. Leżałam, a deszcz szybko plamił zmęczone niebo. Niebiosa płakały nade mną. 7


8


Rozdział 1 Z

nowu tu było. Trzepotanie. Skrzydła. Zacisnęłam powieki i jeszcze raz wytłumaczyłam sobie, że to absolutnie nie może być prawda. Śniłam – znowu. Ale bez wątpienia poczułam podmuch na skórze, poczułam, jak rozwiewa mi włosy. Powietrze wokół mnie się poruszało, serce zaczęło mi bić szybciej. Przełknęłam gulę paniki, zepchnęłam ją głęboko do żołądka i zrobiłam to, co wiedziałam, że muszę zrobić. Otworzyłam oczy. Gdy świadomość powoli przebijała się przez mój mózg, patrzyłam na długie, dziwne cienie na suficie i przypominałam sobie sen. Bo to był sen, prawda? Sen tak bardzo rzeczywisty, który zaczął się, ledwie przymknęłam powieki. Sen, z którego rozpaczliwie chciałam się obudzić, a jednak tak bardzo usiłowałam zatrzymać go w pamięci, kiedy już otworzyłam oczy. Wciąż czułam na sobie spojrzenie jego oczu koloru burzy – czarnych jak smoła i nieustraszonych. Przyglądały mi się badawczo, kiedy szukałam 9


snów spokojniejszych, bardziej normalnych – ale teraz to już koniec. Obudziłam się. W moim pokoju było gorąco jak na marzec; mały wentylator czekał w garderobie na cieplejsze dni. Więc oczywiście zdziwiło mnie, gdy przesunęłam lepką od potu dłonią po swoich długich, mokrych włosach, które jeszcze przed chwilą podmuch delikatnie rozwiewał na poduszce. Nie pamiętałam, jak znalazłam się pod kołdrą i zasnęłam, ale oto leżałam, drżąc, jak w wiele innych nocy. Nie mogłam zasnąć, zwlokłam się z łóżka i podeszłam do komputera, którego zapomniałam wyłączyć na noc. Z reklamy patrzyły na mnie przerośnięte Chia Pets*. Chia, chia… pa, pa. W skrzynce czekały na mnie dwie wiadomości, więc kliknęłam na nie, ziewając. W pierwszej był kupon do Barnesa & Noble’a. – Dwadzieścia procent rabatu, całkiem nieźle – mruknęłam do siebie sennie. Cielęcym wzrokiem omiotłam półkę z kolekcją książek. – A co w drugiej? Moja mama, bibliotekarka, zawsze starała się mnie przekonać, żebym wypożyczała książki, zamiast wydawać na nie skromne kieszonkowe, ale ja tak nie mogę. Nie potrafię zrezygnować z dreszczyku emocji. Przeszłam do następnego e-maila i natychmiast poczułam, jak skóra cierpnie mi ze strachu. Był od Brynn Hanson – pięknej, wymachującej pomponami samozwańczej królowej liceum Carvera. Ja, niestety, byłam jej ulubioną ofiarą. Uwielbiała mnie dręczyć. Z wahaniem otworzyłam wiadomość. * Popularne w Stanach Zjednoczonych w latach 80. figurki, między innymi zwierząt, porośnięte rzeżuchą (przyp. red.).

10


Zawierała tylko jedno słowo, ale to jedno słowo wystarczyło, żebym poczuła irytację aż w czubkach palców. „Świruska”. Przeczytałam jeszcze raz. Właściwie przeczytałam kilka razy, bo nie mogłam uwierzyć, że jej nienawiść dotarła aż do mojego komputera – czyli w gruncie rzeczy do mnie. Szybko usunęłam e-mail, jakbym pozbywała się oślizgłego robala. – Poczekaj, powiem Claire – mruknęłam do siebie. Zastanawiałam się, jak moja najlepsza przyjaciółka poradziłaby sobie z tą sytuacją. Najprawdopodobniej odesłałaby wiadomość z powrotem do Brynn, żeby ta sama zobaczyła, jak to miło. Ale ja? Ja wciąż miałam nadzieję, że klawisz delete usunie ją na zawsze. Cytrynowozielona stacja dokująca iPoda na nocnym stoliku pokazywała szóstą dwanaście rano. Wstałam i przeciągnęłam się; skrzyżowałam ramiona przed twarzą, zasłaniając widok na moją mocno staroświecką sypialnię. Plakaty Evanescence i rysunki aniołów pokrywały bladofioletowe ściany, ale reszta nie rokowała większych nadziei. Poprawiłam kołdrę, odłożyłam wymięty egzemplarz Mrocznego sekretu i zebrałam się do szkoły. Wiedziałam, że zanim się obejrzę, Claire będzie trąbić klaksonem swojego małego białego cabrio. A jazda szkolnym autobusem zdecydowanie nie wchodziła w grę. Przez głowę przemknęły mi wspomnienia z drugiej klasy. Właśnie wtedy Brynn zaczęła mnie dręczyć – nabijała się z czapki, którą zrobiła mi na szydełku ciocia Karen. Na dodatek na śniadanie zjadłam kanapkę z jajkiem sadzonym, a potem zwymiotowałam na nowiutką bluzę Eddiego Carmichaela. 11


To był zły dzień. Wtedy jeszcze od czasu do czasu jeździłam autobusem. A Brynn? Cóż, Brynn w zeszłym roku dostała na szesnastkę kabriolet bmw Z-3. Sama nie wiem, dlaczego znalazłam się na pierwszym miejscu jej listy wrogów. Prawdę mówiąc, wielu rzeczy nie wiem. Przesunęłam palcami po srebrnej ramce stojącej na toaletce – jedynym zdjęciu mojego ojca, jakie szczęśliwie mogłam uważać za własne. Rodzice nie pobrali się, a mama nigdy o nim nie mówiła. Może bała się dnia, kiedy o niego zapytam, tej chwili, gdy zacznę dociekać, dlaczego to wszystko takie dziwne. On po prostu zniknął. Tyle, nic więcej do opowiadania. Inni mieli dwoje rodziców. Ja miałam tylko ją. I było dobrze. Łączyła nas więź, która rozciągała się i kurczyła jak gumowa lina. W jednej chwili najlepsze przyjaciółki, w następnej matka i córka. Ostatecznie ona krzyżowała ręce na piersi i wzdychała, ja przewracałam oczami, a potem wszystko znowu zaskakiwało. Ale kiedy podrosłam, czasami przychodziło mi do głowy, że może jest samotna. Nieobecność ojca tworzyła niewypowiedzianą pustkę w naszym domu i choć tęskniłam za dniem, kiedy ja też się zakocham, czułam lęk. A co, jeśli ktoś, kto pewnego dnia zawładnie moim sercem, również zniknie? – Zostawiłam ci trochę gorącej wody, kochanie! – zawołała mama. Zakręciła prysznic i wiedziałam, że jeśli się nie sprężę, stracę okazję i będę musiała jednak pojechać tym znienawidzonym autobusem. Kiedy dotarłam do szkoły, serce waliło mi ze zdenerwowania. Stałam, gapiłam się we wnętrze swojej szafki 12


chyba całą wieczność i przeklinałam w duchu „powitalny” e-mail Brynn i mój ponury sen. – Hej! Co z tobą? Jakbyś miała katatonię – odezwała się Claire, pogryzając wiśniowego twizzlera. – Boli mnie głowa – odparłam cicho i dalej wybierałam książki potrzebne na przedpołudnie. Hałas na korytarzu pierwszego piętra zaczynał wprawiać mnie w oszołomienie. Zastanawiałam się, czy ktoś uspokoi dzieciaki przed pierwszą lekcją. – Znowu do późna przy komputerze? Uwierz mi, udowodniono, że Google powoduje poważne problemy neurologiczne u ludzi w naszym wieku. Chyba że… – W jasnych oczach Claire pojawił się błysk zrozumienia. – Spotkałaś jakiegoś chłopaka na czacie? Znamy go? Powoli odwróciłam się do niej. Claire Meyers i ja byłyśmy nierozłączne od trzeciej klasy, ale funkcjonowanie jej mózgu wciąż stanowiło dla mnie zagadkę. – Dostałam wredny e-mail od Brynn – przyznałam, a mój i tak kiepski nastrój pogorszył się jeszcze bardziej. Claire oparła się o sąsiednią szafkę i westchnęła ze współczuciem. – Nie. Znowu? – No. Przynajmniej ktoś nie śpi w nocy z mojego powodu. – To dla dobra ludzkości. – S’cuse moi? – Przynajmniej nie pastwi się nade mną! – Claire uśmiechnęła się i szturchnęła mnie w ramię. Mierzyła mnie wzrokiem przez kilka sekund, po czym powiedziała poważnie: – Potrzebny ci chłopak. 13


Wysunęłam szczękę i westchnęłam. Jakby coś takiego miało szansę się zdarzyć. – No, wiesz. Ktoś, kto ratowałby cię przed złą wiedźmą grasującą po tych korytarzach. – Claire powiodła wzrokiem po tłumie uczniów. Już otwierałam usta, żeby odpowiedzieć, kiedy rozległ się dobrze znany stukot skórzanych butów na płaskim obcasie i nagle ucichł tuż za nami. – Dostałaś moją wiadomość? – Brynn mlasnęła językiem. Stała z rękoma skrzyżowanymi na wyprasowanej białej bluzce, starannie włożonej w tartanową spódniczkę. Jej ciemnobrązowe oczy wpatrywały się w nas złośliwie. – Wiesz, my chodzimy do publicznej szkoły – odpaliła moja pyskata przyjaciółka. – Może zabłądziłaś i nie trafiłaś do Saint Andrew’s po drugiej stronie miasta. Brynn, uprzejma jak zawsze, pokazała nam środkowy palec, odwróciła się na pięcie i poszła sobie. – No co? – Claire wsunęła do ust gumę do żucia i beztrosko wrzuciła opakowanie do mojej szafki. – Przecież pomyślałaś to samo. Ona się ubiera, jakby chodziła do jakiejś prywatnej szkoły, a nas traktuje jak śmieci. Po prostu ją zignoruj, Teagan. Słyszałam, co mówi Claire, i, fakt, całkowicie się z nią zgadzałam, ale nie mogłam przestać gapić się za Brynn. Nie mogłam przestać patrzeć w koniec korytarza, gdzie jedni szarpali się ze swoimi plecakami, inni otwierali i zamykali szafki… śmiali się, plotkowali, rozmawiali. Oderwanie wzroku przerastało moje siły, bo dokładnie w tym momencie korytarz stał się ciemnym, dusznym tunelem, na którego jednym końcu stałam ja, a na drugim – on. Czy to możliwe? 14


Czułam na sobie spojrzenie jego czarnych oczu tak samo jak w swoich snach. Czułam, że moja skóra reaguje tak dobrze znanym dreszczem. Mięśnie mi skamieniały i sterczałam bezradnie, jak przyrośnięta do tego miejsca, choć miałam dziką ochotę natychmiast zwiać. Za plecami tej postaci wznosiły się dwa wielkie cienie, tak ogromne, że nawet z daleka mogłam rozpoznać czarne jak węgiel skórzaste skrzydła jarzące się fluorescencyjnym blaskiem. Odetchnęłam głęboko. Claire najwyraźniej nie zwróciła uwagi na tego niesamowitego intruza w głębi holu. Nikt go nie zauważył. Odruchowo cofnęłam się o krok, a wtedy on zniknął. – Ona myśli, że jest doskonała – mówiła dalej Claire. Jej głos stopniowo nabierał mocy w moich uszach, jakby wcześniej dźwięk był przyciszony i dopiero teraz powoli wracał do normalnego poziomu. Drżąc, chwyciłam swoje książki i poczułam, że odruchowo kiwam głową. – To oznaka niepewności. Teraz ona ma cię w garści. Wie, jaki guzik nacisnąć. Poza tym zdajesz sobie sprawę, że ona czuje się lepsza, kiedy tylko może kogoś zgnoić. Patrzyłam na swoją najlepszą przyjaciółkę, jakby właśnie wróciła z Księżyca. – Claire, czy ty nic nie widziałaś? – Spojrzałam tam, gdzie przed chwilą zniknęła ciemna postać. – Och tak, widziałam. I wygląda całkiem nieźle. Zapomnijmy o tym. Straciłam ją. Ryan Jameson poprawił sobie na szerokim ramieniu pasek skórzanej torby i zatrzymał się przed nami w tej samej chwili, gdy w holu zabrzęczał dzwonek. – Teagan. – Pozdrowił mnie kiwnięciem głowy. 15


Odpowiedziałam uśmiechem. Starałam się nie zauważać, jak szybko i sprawnie dłoń Claire wsunęła się w jego dłoń. – Może powinnaś pójść do pielęgniarki. Jesteś blada. – Claire z troską zmarszczyła brwi. – Zobaczymy się na lunchu, Tea. Patrzyłam jeszcze, jak mi macha, odchodząc ze swoim nowym chłopakiem, po czym zatrzasnęłam szafkę. Ten dźwięk odbił się echem w mojej obolałej głowie. Wzięłam się w garść i ruszyłam w stronę sali gimnastycznej. Mijałam rzędy szafek i kilku odrażających futbolistów, ale moje spojrzenie wciąż wracało w koniec korytarza, wciąż próbowałam zrozumieć tamto niesamowite zjawisko. A może ciągle jeszcze nie otrząsnęłam się po strasznym poranku i umysł płata mi figle? Wyglądało na to, że koszmar trwa, przekracza granicę rzeczywistości i prześladuje mnie również w szkole. Może Claire miała rację. Może potrzebny mi był chłopak… albo szkolna pielęgniarka… ktoś, kto pomógłby mi zachować rozsądek w obłąkanym życiu. W ułamku sekundy zdecydowałam dać sobie spokój z pielęgniarką i z salą gimnastyczną. Wyszłam na dziedziniec zaczerpnąć świeżego powietrza. Rzuciłam plecak na ziemię i opadłam ciężko na betonową ławkę. Poranek był piękny, choć mroźny, a rześkie powietrze rozjaśniło mi w głowie. Zaczęłam widzieć i myśleć racjonalniej. Patrzyłam na okolicę, na drzewa, na chodnik prowadzący do południowej klatki schodowej. Było spokojnie i pusto, żadnych małych, ciemnych zakamarków, z których mogłaby nagle wyskoczyć skrzydlata kreatura. Podziwiałam różowe pączki – wyrastały z jeszcze niedawno szkieletowatych gałęzi nade mną. Nawet 16


niebo było idealne, bezchmurnie błękitne, takie jakie można zobaczyć na pocztówkach albo w reklamach. Tak, wszystko to powinno sprawić, że poczuję się radosna i pełna energii, ale nic z tego. Ukryłam twarz w dłoniach i zamknęłam oczy, bo dudnienie w głowie nie ustępowało. Nagle przebił się przez nie stłumiony głos. – Dobrze się czujesz? Nie słyszałam, żeby ktoś wchodził na dziedziniec; nawet jednego kroku, dlatego zdawało się, że ten głos dobiegł znikąd. Musiałam podskoczyć albo wrzasnąć, bo niepewny wyraz twarzy nieznajomego doskonale odzwierciedlał to, co czułam. Serce łomotało mi w piersi. – Nie chciałem cię wystraszyć. Odchrząknęłam. – Nie, wcale nie. To znaczy, wszystko w porządku. Wpatrywałam się w najpiękniejszą twarz, jaką kiedykolwiek widziałam. Dokładnie na wprost mnie stał wysoki chłopak o delikatnych, a jednocześnie wyrazistych rysach; nie mogłam nie zauważyć, jak promienie słońca rozświetlają jego złociste włosy. Loki wiły się luźno wokół twarzy, chwytając plamki światła, które padało na nas między gałęziami. Ale… jego oczy. Były niewyobrażalnie ciepłe, w najgłębszym odcieniu akwamaryny… i nieludzko hipnotyzujące. Nagle dudnienie w głowie zniknęło, czułam tylko, jak przepływa przeze mnie kojące ciepło. Poranna panika – niepokojące, uskrzydlone widmo w holu – po prostu rozpłynęła się w niebycie na sam jego widok. – Jestem Garreth. Siedziałam jak idiotka i gapiłam się na rękę, którą do mnie wyciągnął. Z zakłopotaniem stwierdziłam, że 2 – Gwiazda anioła

17


nie mogę się odezwać. Rozpaczliwie próbowałam wykrztusić z siebie jakieś słowo, ale byłam jak w transie. Musiałam coś powiedzieć, i to szybko, inaczej pomyśli, że jestem jakaś dzika, co w tym szczególnym momencie byłoby gorsze od śmierci. – Teagan. – W końcu odzyskałam głos. Podałam chłopakowi rękę. Była tak ciepła, że miałam ochotę w ogóle jej nie puszczać. Uśmiechnął się do mnie, a ja poczułam, że się czerwienię. Ten uścisk trwał chyba trochę zbyt długo. Garreth patrzył na mnie, szybko odwróciłam wzrok. Ogarnęła mnie panika. Ale dobra panika. Przyjemna. Garreth rozwinął kawałek papieru – aha, plan lekcji. Zmarszczył brwi i spojrzał na mnie znowu. – Nie wiesz przypadkiem, gdzie jest sala 303? – spytał z uśmiechem. – Ja też mam na następnej lekcji mitologię. Pokażę ci, jak chcesz. Spoconymi rękoma sięgałam po torbę, a wtedy on uprzejmie schylił się po nią i mi podał. Wstałam powoli, żeby nie zakręciło mi się w głowie, ale co zaskakujące – wszystko było w porządku, mimo dziwnego trzepotania w sercu. – Dzięki. Wzięłam torbę, stanęłam prosto i poczułam się taka malutka. Miał co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu. Wydawało się, że jest starszy ode mnie; wyglądałam przy nim jak dziecko i przeklinałam w duchu swoją drobną budowę. – Przeprowadziłeś się tutaj? – spytałam. Musiałabym go widzieć wcześniej w mieście, gdyby przeniósł się po prostu z innej szkoły. W Hopewell były trzy: liceum Carvera, technikum Hopewell i Saint An18


drew’s. Hopewell nie jest duże. To małe, ciche miasteczko ze staroświeckimi wiktoriańskimi i kolonialnymi domami, położone na zachodzie New Jersey. Najczęściej panował tu święty spokój, a kiedy dzieciakom się nudziło, śmigały do New Hope albo Princeton. – Przeniosłem się z Saint Andrew’s. Rozmawiał swobodnie; jego złocisty głos roztapiał się w powietrzu wokół nas jak wata cukrowa. Zdałam sobie sprawę, że zerkam na niego ukradkiem, gdy szliśmy w stronę klatki schodowej. – Hm. – Skinęłam lekko głową. Z uwagą wsłuchiwałam się w każde jego słowo, a jednocześnie zastanawiałam się, jak mogłam nigdy wcześniej go nie zauważyć, nawet kiedy drużyna Carvera grała przeciwko Saint Andrew’s. Wszyscy byli na tamtym meczu. Rozmawialiśmy beztrosko całą drogę do klasy, od czasu do czasu wychwytując zaciekawione spojrzenia. Dziwne, ale Garreth wydawał się całkowicie obojętny na wszystko, co nas otacza. Pokrótce opowiedziałam mu o przyziemnych korzyściach płynących z chodzenia do liceum Carvera i zupełnie nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego chciał się tutaj przenieść. Może to tylko moja wyobraźnia, ale sprawiał wrażenie, jakby chłonął każde moje słowo, a ja miałam niesamowite uczucie, że unoszę się w powietrzu. – No, jesteśmy – powiedziałam cicho. Starałam się nie okazywać rozczarowania tym, że droga do klasy nie trwała dłużej. – Pan Barry to całkiem fajny gość, polubisz go. Dopóki odróżniasz Greków od Rzymian i nie chrapiesz przy Jazonie i Argonautach, wszystko jest w porządku. 19


– Dzięki, Teagan. – Uśmiechnął się, chyba szczerze, i podał jakąś kartkę panu Barry’emu. Odpowiedziałam nieśmiałym uśmiechem i niechętnie poszłam na swoje miejsce w drugim rzędzie. Trudno było nie zauważyć, jak inne dziewczyny gapią się i szepczą między sobą, gdy Garreth usiadł z tyłu sali. Poczułam, że dostaję gęsiej skórki na rękach, jakby ostatnie minuty dały mi jakieś prawa do niego. Kilka dziewczyn – snobek z elitarnej grupy Brynn – posłało w moją stronę lodowate spojrzenia, ale nie zareagowałam. Moje myśli wciąż krążyły wokół rozmowy sprzed chwili, a kiedy odwróciłam się i zerknęłam na Garretha, stwierdziłam z zadowoleniem, że patrzy na nie.

20


Gwiazda aniola