Page 1

1


Polecamy również Julie Kagawa ŻELAZNY KRÓL

L.J. McDonald WA L K A S Y L FA

Sarah Silverwood P R O R O C T W O W Y G N A N YC H M AG Ó W

2


3


Redakcja stylistyczna Marta Bogacka Korekta Jolanta Gomółka Jolanta Kucharska

Projekt graficzny okładki Małgorzata Cebo-Foniok Zdjęcie na okładce Copyright © Chiara Fersini/Trevillion Images Druk Drukarnia Naukowo-Techniczna Oddział Polskiej Agencji Prasowej SA, Warszawa, ul. Mińska 65

Tytuł oryginału Blood and Flowers Copyright © 2011 by Penny Blubaugh. Published by arrangement with HarperCollins Children’s Books, a division of HarperCollins Publishers. For the Polish edition Copyright © 2011 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. ISBN 978-83-241-4012-1

Warszawa 2011. Wydanie I Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o. 02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63 tel. 620 40 13, 620 81 62 www.wydawnictwoamber.pl

4


Pamięci Sharon Ball, która zawsze wierzyła w powstanie tej książki. Brakuje mi Ciebie każdego dnia Pamięci Dewisa, najwspanialszego kota na świecie

5


6


„Będziecie wiedzieli, jak je znajdziecie” Jakbyś nie wiedziała, trzeba nałożyć cienką warstwę pasty mącznej, żeby przykleić ulotkę. Przyklejamy je na tablicach, słupach telefonicznych, kioskach, wszędzie. Pasta szybko wysycha, ale jest przeźroczysta i strasznie trudno ją zmyć. Pokazałam Łucji, jak to się robi, przyklejając ulotkę do desek w stłuczonym oknie sklepu meblowego Clema (którego już od dawna tu nie było). A potem wręczyłam jej tubkę z pastą. – Twoja kolej. Łucja pracowała ostrożnie, przyklejając swoją ulotkę obok mojej. Podwójna dawka. Wypielęgnowane paznokcie jej pokrytych bliznami dłoni były idealne, kremowe z czarnymi końcami. Jej dłonie poruszały się z gracją, a przy każdym ruchu blizny błyskały w świetle zapalających się właśnie latarni. Wreszcie skończyła i spojrzała na mnie. – Persja, tak dobrze? Musiałam zmusić się, by oderwać od niej wzrok i spojrzeć na przyklejone obok siebie ulotki. W Łucji jest coś takiego, co sprawia, że żałuję, że nie jestem 7


odmiennej orientacji. Może to ten cichy smutek tuż pod powierzchnią. Gdybyśmy były nie tylko przyjaciółkami, czułabym potrzebę, by ją chronić. Ale byłyśmy tylko Łucją i Persją. – Doskonale – powiedziałam. Na naszych ulotkach było napisane: TRUPA KUKIEŁKOWA BANITÓW

Przedstawia Piękną i Drania Sztukę o miłości, niechęci i antykorupcji Miejsce: Będziecie wiedzieli, jak je znajdziecie Terminy: Od czasu do czasu Czas: >>Ósma, zazwyczaj. Wieczorem. Ale to się zawsze może zmienić. Łucja przyjrzała się swojej ulotce i popukała w nią swoim ślicznym paznokciem. – Tu nie ma ani słowa o magii w przedstawieniu. – Wiesz, że nie trzeba za bardzo zwracać na to uwagi innych. – Wiem. – Łucja skinęła głową. – W mieście nie lubią magicznych istot. Myślą, że magia jest zła. Ale ludzie powinni wiedzieć, że to jest dobra magia. Syknęłam cicho. A potem powiedziałam: – Skoro i tak łamiemy konwencję i pakujemy się w kłopoty przez magię, to czemu nie wyjaśnimy całej teorii bańki mydlanej i nie powiemy im, jak w ogóle magia tu trafia? Łucja spojrzała na mnie ze zdziwieniem. – Nie wiem, o co chodzi w teorii bańki mydlanej. Długa jest? Bo to raczej mała ulotka. Uniosłam brwi. 8


– Chcesz powiedzieć, że nigdy ci nie wyjaśniłam tej teorii, jak magiczne istoty zjawiają się w naszym świecie? Rany, źle ze mną. – Możesz mi opowiedzieć przy pracy – zaproponowała. I naprawdę wyglądała na zaciekawioną. Mało kto był ciekawy, a to zawsze mnie dziwiło. Uważałam, że to doskonała teoria. Stojąc tam, pod sklepem meblowym, wyprostowałam się i udałam, że wygłaszam mowę: – Magiczny świat kręci się wokół naszego jak bańka mydlana wokół szklanki. Kiedy nasza bańka spotka jedną z ich baniek, to ścianka pęka i magiczne stwory mogą dostać się do naszego świata. Wygląda na to, że to działa tylko w jedną stronę. – Nie zawsze – stwierdziła Łucja. Mówiła tak cicho, że ledwo słyszałam. Ale jednak. Zapomniałam, że Łucja przeniosła się kiedyś do tamtego świata. – Więc się mylę? – zapytałam. Zarumieniłam się i dodałam: – Pewnie wszystko o tym wiesz, a ja opowiadam głupoty. Łucja pokręciła głową. – Nie mam pojęcia, jak ludzie przenoszą się z jednej na drugą stronę. Nie wiem, jak to zrobiłam. To się po prostu stało, jak kichnięcie. A twoja teoria jest równie dobra, jak każda inna. Zamrugałam trzy razy. – Myślisz, że mogę mieć rację? Łucja skinęła głową, a ja odpowiedziałam: – Ale super! Sama ją wymyśliłam, wiesz? – Uśmiechnęłam się do niej promiennie. – To lepsze niż jakiekolwiek moje pomysły. Ale lepiej wracajmy do tego. – Zastukała w naklejoną 9


ulotkę. – To może nie zadziałać. Nie napisaliśmy nic o cudach. Łucja miała rację. To znaczy nie przekazywaliśmy wielu informacji. Ale nie bez powodu, który zresztą wyjaśnia nasza nazwa: Trupa Kukiełkowa Banitów. Oczywiście jesteśmy niszowi i niepoprawni politycznie. Społeczne i polityczne nawiązania są bardzo ważne w każdej sztuce i nigdy nie brakuje nam tematów, które należy poruszyć. Żyjemy w świecie pełnym problemów. Środowisko naturalne jest zagrożone, ekonomia się chwieje, w ciemnych zaułkach pleni się przestępczość, a w stolicy korupcja. Jak się spojrzy na historię, to od razu widać, że te problemy są ponadczasowe i dotyczą każdego. Ale tu, od kiedy pamiętam, magiczne istoty były oskarżane o całe zło. A wszystko zaczyna się od naszego rządu. Nie wiem czemu, ale nigdy nie słyszałam o tym słowa na żadnej lekcji historii. Jednak wiem, że istnieją antagonizmy. Mam też teorię na temat antagonizmu, taki dodatek do tej o bańce mydlanej. Chodzi o niechęć do magicznych istot w naszym świecie i tego, skąd pochodzą. Gdybym miała o tym opowiedzieć Łucji, to brzmiałoby to mniej więcej tak: „Kiedy pragniesz władzy, potrzebujesz czegoś więcej poza swoimi działaniami, by zaangażować ludzi. A najlepszym sposobem na zaangażowanie ludzi jest znalezienie im wspólnego wroga. Za to najlepszy sposób na wykazanie, że ktoś jest wrogiem, to ukazanie jego inności. Magiczne stworzenia są inne, zawsze były. I już! Wróg gotowy! Teraz trzeba tylko dorzucić trochę dezinformacji w mediach, i do dzieła. Wszyscy skupiają się na tym, jak źli są ci odmieńcy, i nie mają czasu zastanawiać się nad czymkolwiek innym. 10


Ale nawet jeśli niektóre magiczne istoty są złe, to nie mogą być odpowiedzialne za wszystkie nieszczęścia, z jakimi na co dzień się spotykamy. A przynajmniej tak mi się wydaje. A oto kilka przykładów opowieści, które krążą po moim świecie. Wskaż winnego: Przestępczość? Wina magicznych istot. („Ekspres Wieczorny” – Elf włamuje się do sklepu; kradzież diamentów). Podupadające dzielnice? Wina magicznych istot. („Dziennik” – Magiczny gospodarz doprowadza do zawalenia się kamienicy! Albo Gangi magicznych istot opanowują miasto!) Zanieczyszczenie środowiska? Wina magicznych istot („Magazyn dla Ciebie” – Driady przesyłają trujący pył przez granicę!) Problemy narkotykowe? Wina magicznych stworzeń. (Raport Rządowy 2693-6, paragraf 3 – „Wykryto i potwierdzono, że z Krainy Magii trwa ciągły nielegalny przemyt niebezpiecznych napojów i środków odurzających. Obywatele proszeni są o ostrożność”. Albo, jak powiedział zdenerwowany senator Reynolds: „Niebezpieczeństwo! Wzrasta ilość magicznych napojów i pyłu!” Zaćmienie? Wina magicznych istot. (Radio Nocnych Słuchaczy – „Elfy przy użyciu magii kradną niezbędne do życia światło słoneczne! Zadzwoń po północy i powiedz, co myślisz!) Gdybym nawet chciała do nich zadzwonić (co nigdy się nie zdarzy), powiedziałabym, że nie widzę nic złego w magii ani magicznych istotach. Po pierwsze magia pojawia się we wszystkich naszych przedstawieniach. Czasami ledwo widoczna, czasami bardziej, ale jest 11


zawsze. No i oczywiście boginka Floss jest naszą główną charakteryzatorką, projektantką kostiumów i guru od kukiełek. Jeśli zaczarowane kukiełki i lekkie drwiny ze społeczeństwa, które zawsze przemycamy w naszych sztukach, nie robią z nas banitów, to nie wiem co by mogło. Łucja przyjrzała się jeszcze raz naklejonym obok siebie ulotkom i wyprostowała jeden róg. – Nadal uważam, że powinniśmy mówić o cudach. – Powiemy Toniowi – odparłam. – Następny raz. Łucja uśmiechnęła się szeroko i przeszłyśmy na kolejną ulicę, do odpowiedniego słupa. Tonio to nasz dyrektor artystyczny. Wciąż mnie zadziwia, że w ogóle mamy dyrektora artystycznego w naszej trupie, ale to równie dobre określenie jak każde inne. W końcu jest artystyczny w ekstrawagancki, gejowski sposób, którym też jest. To znaczy gejem. I na pewno jest dyrektorem tego nierozgarniętego towarzystwa, które nazywamy trupą. Kiedy go poznałam, miałam piętnaście lat i stałam na skrzyżowaniu ulic Main i Paris, sprawiając wrażenie twardzielki, a przynajmniej się starając, bo Main i Paris to ulice, na których na pewno chcesz wyglądać jak twardziel. Ulicą szedł facet, wysoki i szczupły, o ruchach drag queen, w pelerynie do kostek obszytej korkami od whiskey i naręczem jadowicie różowych ulotek. Przyklejał je gdzie popadło, używając malutkiego słoiczka z klejem. Kiedy dotarł do mnie, zatrzymał się, zmierzył mnie wzrokiem, skinął głową i powiedział: – Masz. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to że jest jednym z miejscowych handlarzy chochlikowym pyłem, tyle że 12


zdecydowanie lepiej ubranym. Nie zapytałam, co miał na myśli, mówiąc „masz”. Po prostu odsunęłam się, bo nikt nie chce, aby go widziano z handlarzem pyłu. To nie jest tak, że ludzie nie wiedzą o handlarzach. Ani tak, że handlarze nie mogą znaleźć ludzi, którzy biorą – jeśli się rozejrzysz, to każdej nocy trafisz na wąchaczy. To te cienie w bramach, pilnujące, by nie stanąć w świetle latarni. Po prostu nikt nie chce być jawnie powiązany z pyłem ani jego towarzyszami, napojami o wściekłych kolorach, które są równie nielegalne, co pył i dostarczane tymi samymi kanałami. Ale facet i tak wepchnął mi w ręce ulotki. – Potrzebuję kogoś, kto to będzie roznosił. Nie mogę robić wszystkiego sam. Wyglądasz na osobę, która da sobie z tym radę. Przykładaj je po prostu, a ja będę smarował klejem. I tak oto przystałam do Banitów. Bo widzicie, wzięłam te ulotki i nawet nie zapytałam, o co chodzi. Tonio ma dar przekonywania, nawet jeśli się nie stara. Jest w nim coś nie z tego świata. Bardzo długo myślałam, że ma w sobie domieszkę magicznej krwi, ale nie. To po prostu Tonio. Może i jest zwykłym śmiertelnikiem, ale gdy cię widzi, rozumie twoją duszę. Prask! Bo jak inaczej spojrzałby dwa razy na piętnastolatkę uwielbiającą wagary, kochającą Szekspira i mającą ćpających, nienawidzących magii rodziców, którzy szli przez życie jak przez mgłę i kompletnie ignorowali swoją córkę? Rzuciłam wtedy okiem na te ulotki i przytrzymywałam przy ścianach i słupach. – Kukiełki? – zapytałam. No i przyznaję, prychnęłam. A Tonio, nawet na mnie nie patrząc, odpowiedział: – Tak skarbie, kukiełki. 13


Pomachałam mu przed nosem palcami, udając, że robię cienie-króliczki. A on się zaśmiał. Tonio śmieje się wspaniale. Jego śmiech jest głęboki, basowy i brzmi jak wesołe fagoty. Kiedy już przestał się śmiać, pokręcił głową i wciąż uśmiechnięty powiedział: – Wyglądałaś na taką, co ma szerokie horyzonty. A potem na mnie spojrzał, ale tak naprawdę, i utonęłam w jego oczach, ciemnozielonych, okolonych złotem, i przestałam się ruszać, zdawało mi się nawet, że przestałam oddychać. Po kilku minutach, a może i dniach, powiedział: – Świetnie, miałem jednak rację. Potrzebujesz tylko trochę ćwiczeń. Ruszył ulicą, a ja bez zastanowienia poszłam za nim. Witajcie wśród Banitów. Odnalezienie ich było jak powrót do domu, do miejsca, którego szukałam od zawsze. Zdarzyło się to trzy lata temu. W zeszłym roku zostawiłam rodziców na dobre i zostałam pełnoetatowym Banitą. Dobrych rzeczy się nie porzuca. Banici nie wystawiają teatru cieni ani nie robią małych filcowych figurek Calineczki. Nie robią puszystych Mikołajów w polarowych ubrankach i ani razu, w ciągu trzech lat, nie widziałam nikogo, kto by robił smoka z jedwabiu, ze sztucznymi ogniami w paszczy. Chociaż uważam, że to by było genialne. Tonio twierdzi, że właśnie dlatego nie jestem dyrektorem artystycznym. Floss prycha tylko i mówi, że nie będzie marnować swoich doskonałych ściegów na coś równie idiotycznego jak smok z nieprawdziwym ogniem. A poza tym smoki i tak prawie nigdy nie zieją ogniem, a kto jak kto, ale ona powinna się na tym znać. 14


– Persja – odezwała się Łucja. – Oddałam ostatnią dobrą ulotkę ludziom w Breadbox. Reszta jest podarta, klej się skończył i robi się tak ciemno, że ledwo widzę. Jesteśmy niedaleko tego klubu, w którym wieczorami dają te straszne różowe i fioletowe napoje. Czasem mają też chochlikowy pył, a przynajmniej tak mówią. Powinnyśmy wracać do domu. A poza tym wydawało mi się, że ktoś miał robić pizzę. – Jeśli mówiąc „ktoś”, miałaś na myśli mnie, to się mylisz. – Nawet nie wiesz, jak mnie to cieszy. Liczyłam na coś zjadliwego. Zwykle gdy ktoś mnie obraża, odgryzam się. Ale Łucja? Pozwalam jej na wszystko. POWODY, DLA KTÓRYCH POZWALAM ŁUCJI NA WSZYSTKO Jest krucha i delikatna. Wciąż przepracowuje swoje okropne dzieciństwo (patrz wcześniejszy fragment o bliznach). Jest mądrzejsza ode mnie i zawsze wychodzi na swoje. Jest moją przyjaciółką i w związku z tym ma dyspensę. Ma rację co do tego klubu. Różowe i czerwone drinki, niebieskie i fioletowe. Podobnie jak chochlikowy pył są darami skądś (i tu muszę przyznać, że większość tego wszystkiego wydaje się powiązana z Krainą Magii) i ostatnio jest ich coraz więcej. Pierwszy raz rozwiesza ulotki i może to być irytujący sposób na spędzanie popołudnia, zwłaszcza jeśli się ściemnia i zaczyna padać.

15


Więc powiedziałam tylko: – Ciesz się w takim razie, że to Max gotuje. I zeszłyśmy do metra, potykając się na schodach o zniszczonych czerwonych krawędziach. Łucja miała rację, że pora wracać. Minęłyśmy jakiegoś człowieka, który już wyglądał jak naćpany, a było jeszcze wcześnie. Siedział na schodach tuż obok miejsca, gdzie stanęłam, mijając róg, ale tylko wyciągnął rękę i pięknym barytonem zapytał z nadzieją, czy mamy jakieś drobne. Pokręciłam głową i odeszłam, współczując mu, a sobie gratulując. Przecież tak łatwo byłoby znaleźć się na jego miejscu. Kiedy zapłaciłyśmy za przejazd, przecisnęłyśmy się na peron przez drewniane kołowroty. Po dziesięciu minutach wsiadłyśmy do metra jadącego na Cornoy Street i dotarłyśmy do domu.

16

Mrok kwiatow  

powiesc lipiec2011