Issuu on Google+


Życie seksualne muzułmanina w Paryżu Leïla Marouane (ur. w  1960 r.) –  francuska pisarka pochodzenia algierskiego, od 1990 roku mieszka w  Paryżu, gdzie przeprowadziła się w  wyniku prześladowań za aktywność dziennikarską. Laureatka nagrody Międzynarodowych Targów Książki we Frankfurcie i  prestiżowej nagrody Jeana-Claude’a Izza . Uznawana za jedną z czołowych pisarek północnoafrykańskich.


„Aby być kimś, trzeba najpierw być nikim.” L’Ombilic des limbes, Antonin ARTAUD

„Rasizm biologiczny ustąpił miejsca rasizmowi kulturowemu. Piętnem są już nie kolor skóry czy kształt nosa, ale pewien styl życia.” Wyklęty lud ziemi, Frantz FANON


~ 11 ~

To dopadło mnie nagle –  powiedział. –  Byłem w  biurze, ledwo słuchałem klienta, wpatrzony w  kopułę Inwalidów, która w szybie okiennej lśniła jak miraż. Jesteś w Paryżu, nie będąc w nim. Jak cień, który przechodzi przez miasto. Każdego ranka. By wieczorem wrócić do szarości przedmieścia. Paryż błyszczy dla innych. Ty u swoich gaśniesz. Oto twoje życie, stary. Ocierasz się o przepych, nie zaznając go. Istniejesz, nie istniejąc. Nie chcę tak dłużej, pomyślałem stanowczo, i poczułem, że muszę skrócić spotkanie. Kilka minut później, z uśmiechem idealnego kapitalisty na twarzy, odprowadziłem klienta do drzwi. Uprzedziłem asystentkę, że mnie nie będzie i wyszedłem. Wypaliłem papierosa, patrząc na przechodniów, wystawy sklepowe, samochody… Potem przeszedłem się kawałek. Jak ktoś, kto musi rozprostować nogi, by oczyścić głowę. W mojej głowie wrzało, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Znowu zacząłem wpatrywać się w przechodniów, oceniać ich twarze, jakbym szukał choćby najmniejszej zachęty. Wreszcie, odsuwając każdą nieprzychylną mojemu planowi myśl, nakazałem nogom iść dalej. Chwilę później stałem przed agencją nieruchomości przy ulicy Sèvres, kilka metrów od banku, w którym niedawno zostałem zatrudniony. Spojrzałem na oferty najmu, na kilka zdjęć, wreszcie na wysokość czynszu, czterocyfrowe liczby zapiera-


~ 12 ~

jące dech. Byłem gotów na wszystko. Wybrałem dwupokojowe mieszkanie przy ulicy Saint-Placide i pchnąłem drzwi agencji. Był 23 czerwca 2006 roku, przedostatni piątek miesiąca. Kiedy stamtąd wyszedłem, koszulę miałem mokrą od ściekającego mi po plecach potu, mimo że wiatr panoszył się po mieście. Jeszcze tego wieczoru, w  Saint-Ouen, gdzie mieszkałem od swoich dziesiątych urodzin, czyli od trzydziestu lat, kryjąc się przed ciekawością matki i młodszego brata, wypełniłem kwestionariusz z  agencji: nazwisko i  imiona, data i  miejsce urodzenia, zawód, narodowość, itd. W  rubryce „Aktualny adres zamieszkania” wpisałem paryski adres mojej młodszej siostry, w siódmej dzielnicy. Zapewniał mi wysoką notę u pracodawców i, z powodów, o których powiem później, podawałem go do korespondencji urzędowej. Kiedy skończyłem z  kwestionariuszem, zabrałem się do sprawdzania, porządkowania i układania dokumentów w wymaganej kolejności: dowód tożsamości, trzy ostatnie odcinki wypłaty, rozliczenie podatkowe… Niczego nie brakowało. Pysznie – uśmiechałem się, drapiąc po karku skuwką do długopisu. – Jesteś asem nad asy, mistrzu – schlebiałem sobie bez cienia ironii. – Nawet twarz na zdjęciu nie zdradza twojego pochodzenia, skóra wygląda na jaśniejszą niż w rzeczywistości. Nie ma czego zazdrościć białym. Szczęściarz. Kremy wybielające i prostowanie włosów u fryzjera przy alei Rochechouart okazały się skuteczne. Niech żyje postęp… Zadowolony z  dossier, które dawało mi realną szansę na wyrwanie się z domu, pomrukiwałem i pogwizdywałem – Frisottis… Frisottas – niepokojąco ożywiony dla kogoś, kto zobaczyłby mnie z boku.


~ 13 ~

Kiedy tak pomrukiwałem i pogwizdywałem, w progu pokoju zjawiła się matka. Widząc moje podekscytowanie, rzuciła: – Dziwnie wyglądasz, moje ty oczko w głowie… – Nic takiego, mamo, powiedziałem przybierając swój zwykły wyraz twarzy. Posępny i ponury od pewnego czasu, być może od śmierci ojca sprzed piętnastu lat. Może trochę później. A może od zawsze. Nie wiem. W każdym razie, zasępiona mina gwarantowała mi spokój podczas kolacji, na której co wieczór zbieraliśmy się wszyscy: matka, brat i ja. Zniechęcała do ich ulubionych dyskusji, zawłaszcza o tym, czy mam kogoś na oku, kiedy przedstawię im jakąś dziewczynę, skoro te wybrane przez matkę nie znajdują uznania w moich oczach; o tym, że siwieją mi skronie, że niedługo posiwieją również bratu, który jest już zaręczony, ale z poszanowania tradycji czeka, aż starszy się ożeni, żeby samemu wstąpić w związek małżeński. Krótko mówiąc, przybrałem swój zwykły wyraz twarzy, a mama, uspokojona, powiedziała: – Jedzenie zaraz wystygnie, światło mojego życia, twój brat zaczyna się niecierpliwić. Zamknąłem dossier w szufladzie, w której skrywałem dokumenty i swoje wiersze, po czym wsunąłem klucz do kieszeni. – Żeby tak wszystko zamykać –  zdenerwowała się matka. – Jakbyśmy byli obcymi ludźmi, moje ty oczko w głowie. – Już idę – odpowiedziałem ze spokojem. Włożyłem długopis do starego piórnika z najprawdziwszej skóry – prezent na rozpoczęcie collège’u od mojego świętej pamięci ojca – i podreptałem za matką.


~ 14 ~

Następnego dnia – kontynuował – kiedy brat i matka odmawiali poranną modlitwę, wymknąłem się dyskretnie, unikając pytań o powód wcześniejszego wyjścia. Godzinę później wjeżdżałem na swoje stałe miejsce na parkingu Sèvres-Babylone. Ponieważ byłem przed czasem, wybrałem kafejkę najbliższą miejscu umówionego spotkania i usiadłem przy stoliku na zewnątrz, z dala od kakofonii, która narastała w miarę jak letnie słońce lewitowało ku górze. Kakofonii języków pachnących luksusem –  angielskiego, niemieckiego i czegoś, co przypominało norweski lub dialekt alemański w Szwajcarii. I ani jednego śniadego czy czarnucha w okolicy. Tak jak w  dzielnicach odwiedzanych przez obywateli krajów o odpowiednio wysokim wzroście gospodarczym i znaczącej sile nabywczej. W dzielnicach latem opuszczonych przez biednych, których w każdym razie nie widać w kawiarnianych ogródkach. Tak jak dzielnica, w której będę żył i się bawił. Wypiłem kawę, ostatni raz rzucając okiem na zawartość dossier. Potem spojrzałem na zegarek, miałem więcej niż kilka minut do spotkania. Na podstawce położyłem banknot o nominale pięciu euro i, nie czekając na resztę, wstałem. Znowu spojrzałem na zegarek i ruszyłem do budynku naprzeciw kafejki. Rezygnując z windy, szybko i bez zatrzymywania się wszedłem na piąte piętro. Na klatce, jak sprinter, zrobiłem kilka krótkich wydechów. Kiedy serce wróciło do normalnego rytmu, podziwiając dwuskrzydłowe drzwi z  masywnego drewna i  ku-


~ 15 ~

tego żelaza, zapiąłem dwa pierwsze guziki lnianej marynarki i wygładziłem jej poły. Upewniłem się, że moje dossier nadal jest w  skórzanej aktówce i  nie zostawiłem go z  bogatymi turystami, a kiedy wybiła ósma, punktualny jak Szwajcar, nacisnąłem dzwonek. Idealne – myślałem, kiedy oglądaliśmy mieszkanie. – Idealne – powtarzałem, mając wrażenie, jakbym znalazł się w filmie. Całe mieszkanie wyłożone parkietem z drewna orzechowego –  Parkiet lakierowany –  powiedziała młoda kobieta z  agencji – ściany wysokie na trzy do czterech metrów, że można było sobie skręcić kark, jeżeli chciało się podziwiać sztukaterie pod sufitem; przedpokój, do którego wstawię jakiś mały mebel i  fotel; podwójny salon, kominek i  lustra oryginalne, alkowy i sztukaterie, już widziałem tam kanapę i fotele ze skóry, nowoczesny dywan, dizajnerską lampę i nieduży barek wyposażony zgodnie z upodobaniem moim i moich gości; garderobę, w której mogłaby zamieszkać rodzina cygańska, przeznaczę ma markowe ubrania; kuchnia, cała w  błękitnych kafelkach, do tego loggia z widokiem na podwórko i barek kuchenny, w sumie wielkości kawalerki –  tam będę aranżował romantyczne kolacje; pokój, kominek i lustro oryginalne, alkowy i sztukaterie, widok na zielone podwórko. Podobno na platanie mieszka kos – oświadczyła moja przewodniczka, kiedy wybierałem miejsce na biblioteczkę, a potem na biurko, pod oknem, w cieniu liści, gdzie będę czerpał natchnienie dla mojej poezji, która poruszy w grobie Antonina Artauda i Octavia Paza razem wziętych, następnie oczywiście łóżko, może king-size, będę się w nim kotłował z istotami, którym nie oparłyby się anioły ani demony. Łazienka w tonacji zielono-żółtej, dwie umywalki, jedna obok


~ 16 ~

drugiej, wanna o owalnym kształcie, bez trudu pomieści dwoje dorosłych, zanurzę w niej każdą z moich przyszłych zdobyczy i siebie razem z nią. W ubikacji półki po sam sufit, umieszczę tam kolekcję numerów „Le Diplo” i „Politis”, komiksy i magazyny dla panów, które zamierzam kupować. Do tego wszystkie te wielkie, głębokie szafy, skórzane uchwyty, równie zabytkowe jak lustra… Wszystko w idealnym stanie. Nic, tylko się wprowadzać – snułem w myślach. Właśnie podziwiałem wiszące nad kominkiem lustro, gdy pojawiło się w  nim odbicie tej młodej kobiety. Odwróciłem się i  stanąłem na wprost niej. Kiedy tak mówiła o  sprawach dotyczących kamienicy –  sąsiedzi, w  większości właściciele mieszkań, raczej starsi, często nieobecni, zwłaszcza latem, oczywiście nie ma dzieci, dwa mieszkania na każdym piętrze, bez okien vis-à-vis, święty spokój i dozorczyni, pani Lisa, dyskretna i skuteczna, dyżuruje od ósmej do dwunastej, potem od czternastej do szesnastej, codziennie oprócz niedziel i świąt, roznosi pocztę, i tak dalej – moje nozdrza wypełnił zapach jej perfum z delikatną korzenną nutą, zacząłem się jej przyglądać z zainteresowaniem typowym dla prawiczka, który chce już mieć to za sobą. Trzydzieści lat lub niewiele więcej, wysoka, prawie mojego wzrostu, w każdym razie znacznie powyżej średniej Francuzek, blondynka, krótkie włosy eksponujące harmonijną linię karku, obcisłe spodnie i dyskretny, choć sugestywny, dekolt, szerokie, umięśnione ramiona, wąskie biodra, było w niej coś androgenicznego, wręcz męskiego i  zarazem bardzo seksownego. Ale z jej niebieskich, mocno umalowanych oczu biła nieżyczliwość – może pogarda, w każdym razie nic przyjemnego – i to mnie szybko ostudziło.


~ 17 ~

Cały z różowego marmuru – mówiła, przesuwając dłonią po kominku. – W doskonałym stanie – dodała profesjonalnym tonem. W chwili, kiedy doradzała mi czyszczenie komina najlepiej już od września, zacząłem sobie wyobrażać swoje przyszłe życie. Nagi jak w  dniu narodzin, na miękkim dywanie, przy cieple ognia, pożywiałem się prosto z waginy jakiejś blondynki, brunetki, rudej albo, czemu nie, wszystkich trzech, po kolei, wysysając i spijając do woli ich soki, które wydawały mi się słodkie jak miód, pachnące piżmem. Uda drżały mi, jakby tysiąc motyli muskało je pudrowymi skrzydełkami i stwardniałem. Jak kamień. Chwilę później, niczym przyłapany na gorącym uczynku, poczułem, że pieką mnie uszy. Dyskretnie zapiąłem trzeci guzik marynarki i stanąłem w bezruchu. Przeszło mi, dopiero kiedy mój wzrok napotkał niebieskie oczy młodej kobiety. Podszedłem do szeroko otwartego balkonu i znowu uległem wrażeniu, że biorę udział w filmie. Będę w nim głównym bohaterem czy tylko statystą? Serce zaczęło mi walić, poczułem ucisk w klatce piersiowej i pieczenie w żołądku. A  jeśli z  jakiegoś powodu nie wynajmą mi tego Wersalu? Jeśli, na przykład, informacja o tym, gdzie przyszedłem na świat obudzi czujność blondynki o zimnym spojrzeniu, która to zażyczy sobie mój akt urodzenia i zauważy adnotację „Nazwisko zmienione dnia tego i tego”? Odkryje u dołu strony moje prawdziwe nazwisko? Nazwisko mego ojca, jedynaka, osieroconego podczas wojny – II wojny światowej, oczywiście – nazwisko jego wuja i prawnego opiekuna – ponieważ jako autochton, w przeciwieństwie do swoich ówczesnych rodaków, wśród nich mło-


~ 18 ~

dego Alberta o nazwisku Camus, mój ojciec nie otrzymał statusu sieroty wojennej. Nazwisko wuja, a zarazem teścia mojego ojca, czyli mojego dziadka ze strony matki, mężczyzny równie bogobojnego co Bendy1, ale tak mądrego jak Gandhi. W  każdym razie, człowiek, który przygarnął mojego ojca przez całe życie czynił wyłącznie dobro, nie był zdolny skrzywdzić nawet najbardziej natrętnej muchy z tych, które dopadały nas latem w Blidzie, moim rodzinnym mieście. Podobnie jak mój ojciec, niepiśmienny robotnik z  fabryki Renault, którego zabiło zmęczenie i  melancholia. Zadowolony z moich wyników w szkole i przekonany przez matkę, stanął na głowie, aby rozpocząć procedurę mojej naturalizacji. On, jak twierdził, nie potrzebował obywatelstwa – nie był ani adwokatem, ani lekarzem, a zwykłemu robotnikowi w zupełności wystarczała karta pobytu. Nawiasem mówiąc, jego najstarsza córka, a  moja siostra bliźniaczka, dobra uczennica, ale mało przebojowa, nie miała ucieszyć się z tutejszego obywatelstwa. Jej miejsce jako żony i matki było wśród swoich, w naszym mieście, u „nas” w Blidzie – uważała matka. A ojciec popierał ją. Choć ja nieśmiało przychylałem się do propozycji urzędniczki sądowej, stanowczo zaprotestował przeciw zmianie nazwiska. Urodziliśmy się jako Ben Mokhtarowie i jako Ben Mokhtarowie umrzemy – tryskał radością, kiedy wychodziliśmy z sądu. Nazwał mnie swoim Doktorem, Francuzem oczywiście, ale Mohamedem Ben Mokhtarem, synem i  wnukiem Ben Mokhtara. – Prawda, synku? Tak, tato – obiecywałem w wieku szesnastu lat.

1  Ben Laden (dopowiedzenie Mohameda).


~ 19 ~

Ale – powiedział – tuż przed ukończeniem HEC, słynnej wyższej szkoły handlowej, wspierany przez Martine, damę, u której, po przyjeździe na francuską ziemię, moja siostra bliźniaczka i ja zostaliśmy umieszczeni do czasu znalezienia przyzwoitego lokum, napisałem do prokuratora Republiki. Pismo, w którym wyrażałem wolę zmiany imienia i nazwiska na francuskie. I raz-dwa oba zostały sfrancuszczone. Nie muszę dodawać, że miłująca zasady rodzina nie miała o niczym pojęcia –  dlatego korzystałem z  adresu młodszej siostry, przyjaciółki i wspólniczki, odkąd została wykluczona z familii za związanie się z niewiernym, odpornym na próby konwersji na naszą religię. Tak więc zmiana tożsamości, prostowanie włosów i rozjaśnianie skóry chroniły mnie przed dyskryminacją z powodu pochodzenia. Wszystko stało przede mną otworem. Drzwi. Ramiona. Proszę tędy, panie Tocquard. Zapraszam tutaj, panie Basile’u Tocquard… Imię i nazwisko, które co prawda budzą uśmiech, ale brzmią bardziej wiarygodnie i mniej podejrzanie niż Jean Dupont albo Paul Duchemin, czy nawet Charles Martel, proponowane przez urzędniczkę, która, zbita z tropu, jak się wyraziła, tak kłopotliwym nazwiskiem, poinformowała mnie, że wniosek może zostać odrzucony. Konieczny będzie istotny powód… Więc wymyśliłem nieżyjącego już przyjaciela z  dzieciństwa, który tak właśnie się nazywał, z poważaniem, i tak dalej. Czyż nie rymowało się z moim własnym?


~ 20 ~

Mokhtar, le toquard*!2 przezywano mnie na korytarzach szkolnych. Później, przebywając tam, gdzie wyją wilki i milkną ludzie, będzie mnie czasem nachodziło pytanie, czy ten wybór nie był jakimś znakiem3, a  może karą wymierzoną sobie za zdradę, której dopuszczałem się wobec dziadka, ojca oraz wszystkich obecnych i przyszłych potomków Ben Mokhtarów. Zdrada czy nie, ale gdyby mój młodszy o dziesięć lat brat, Francuz z urodzenia, wykształcony, z dyplomem dobrej szkoły, schował dumę do kieszeni, pozbył się swojej bródki, gdyby użył kremu wybielającego, wyprostował loki, i gdyby wysłał pismo do prokuratora, dziś nie tkwiłby jak nieszczęśnik u matki i w pobliskim meczecie. Ja bardzo szybko pozbyłem się dumy. A przecież, kiedy zaczynałem swoją metamorfozę fizyczną i patronimiczną, pobożnością dorównywałem bratu, a znajomością islamu znacznie go przewyższałem. Byłem dobrym muzułmaninem, posłusznym islamistą – dzisiaj powiedziano by „fundamentalistą” albo „terrorystą” – którego szanowała, u  którego radziła się cała dzielnica. Do tego stopnia, że proszono mnie, abym poprowadził modlitwę, wygłosił kazanie lub wypowiedział się w sprawach zarówno prostych, jak i trudnych. Co zrobić, jeśli na stołówce dziecko niechcący zje wieprzowinę? Zgodzić się na zbadanie żony przez lekarza mężczyznę? Czy można przyjąć pracę w barze? A w sklepie *  Le toquard - z fr. brzydal, szkarada, niedojda (przyp. tłum.). 3 Pamiętajmy, że Basile zawiera słowo „asile” (schronienie, azyl, przytułek, zakład psychiatryczny – przyp. tłum), co do wymowności Tocquarda… (Mohamed).


~ 21 ~

mięsnym? Pozwolić córce zdjąć chustę w szkole? Tak, żeby anioł, który liczy złe postępki, nie brał ich pod uwagę. Przyznaję, że czasami, niepomny tolerancyjności mojego świętej pamięci dziadka, sufiego, który nie bacząc na ciskających klątwy w tym konserwatywnym i fanatycznym mieście, jakim jest Blida, odkrywał twarze dziewczętom, obejmował je nauczaniem szkolnym, wśród nich moją matkę i, powołując się na La-kkoum-dinou-koum-wa-li-dini4, pozwolił swojemu bratankowi, a  mojemu ojcu, wyjechać za chlebem do bezbożnej ziemi, bywałem rygorystyczny jak pontyfik, wysyłając młodych chłopaków na bezrobocie, dziewczyny skazując na dylematy nie do rozstrzygnięcia… Byłem zatem doskonałym muzułmaninem, ale w przeciwieństwie do brata, zacząłem wędrówkę po urzędach zaraz po przybyciu do Francji, w połowie lat siedemdziesiątych. Nie miałem jeszcze skończonych dziesięciu lat, a on dopiero co został poczęty. Wędrowałem tak na życzenie ojca, towarzysząc mu jako pisarz, wypełniając formularze, zaznaczając odpowiedzi we właściwym miejscu, służyłem za tłumacza, w razie gdyby umknęło mu jakieś słowo lub zdanie. Tymczasem, z  wyjątkiem uwag, które wyprowadziłyby z  równowagi najbardziej niewzruszonego, mojemu ojcu umykało wszystko, nie tracił opanowania i  ukrywał pogarszający się stan swojego zdrowia fizycznego i psychicznego. Ojciec, ledwie pełnoletni, na długo przed zdobyciem niepodległości przez swój kraj, w jednej koszuli, z kartą misji w kie4 Werset mówi o tym, że religie mogą się mieszać, nie szkodząc sobie nawzajem (Mohamed).


~ 22 ~

szeni, przyjechał, by harując w  pocie czoła budować Francję. Wegetował to tu, to tam, w nędznych hotelach lub ośrodkach Sonacotra5. Ożenił się dopiero w wieku trzydziestu dwóch lat, w 1965 roku, ze swoją bardzo młodą kuzynką, moją matką, po szkole, owszem, ale chudą i śniadą, więc trudno byłoby ją wydać za mąż, chyba że za niepiśmiennego sierotę, który przez dziewięć lat był dla niej mężem tylko w czasie płatnego urlopu i czekał dnia, aż wreszcie będzie bogaty, wprawdzie nie jak Krezus, ale jednak z pewnymi oszczędnościami i wróci na dobre do swojej małej rodzinki. Oszczędności nie przybywało, w każdym razie nie na tyle, żeby spakować się i wyjechać, więc kiedy weszła w życie ustawa Giscarda o łączeniu rodzin, wspomniana rodzinka, obdarzona już dwójką dzieci, moją siostrą bliźniaczką i mną, dołączyła do niego, by zamieszkać na ziemi, która, mam wrażenie, jeszcze dziś pachnie jego potem. Kiedy tak tułałem się po merostwach, prefekturach policji, biurach mieszkań socjalnych, Kasach Zasiłków Rodzinnych, wstydząc się ojca, jego arabskiego nazwiska, śniadej cery, kręconych włosów, ubogiego słownictwa i sposobu, w jaki tłumił kroki i głos, właśnie wtedy wyparowała cała moja duma. Wszystko jedno za jaką cenę, za przyzwoleniem lub bez, cichaczem lub na oczach wszystkich, czy jako robotnik, czy astronauta, rozjaśnię kolor skóry, wyprostuję włosy i  oczywiście zmienię swoje nazwisko na jakiekolwiek inne, byle nie miało

5  Rodzaj hoteli robotniczych, budowanych przez Sonacotra (Société nationale de construction de logements pour les travailleurs) – instytucję, której celem w chwili powstania było rozwiązanie problemu mieszkań dla pracujących we Francji algierskich imigrantów (przyp. tłum.).


~ 23 ~

tego twardego arabskiego brzmienia – obiecywałem sobie, kiedy ojciec zaczynał mówić łamaną francuszczyzną. Początkowo myślałem o czymś w stylu Sami Massi czy Élias Sansal, łatwym do wymówienia, niejednoznacznym, w każdym razie o takim nazwisku, które, jak sądziłem, nie odstręczałoby rozmówcy, ale też nie fałszowało całkowicie mojej tożsamości. Dopiero w collège’u – skądinąd szkole prywatnej, mieszczącej się w eleganckiej dzielnicy między alejami Ternes i Wagram, do której matka, stawiając na moje możliwości intelektualne, wypruwając sobie żyły, zachęcana przez Martine, bardzo chciała mnie zapisać – zorientowałem się, że Mohamed, Sami i Élias to jedno i to samo. Tylko CAŁKOWICIE francuskie imię i nazwisko, niebudzące podejrzeń, pozwolą mi wniknąć w masę białych. Tak narodził się Tocquard Basile. Ani łowcy głów, kiedy kończyłem studia, ani pracodawcy podczas rekrutacji niczego nie zauważyli. Czy tak samo będzie w przypadku tej agencji nieruchomości z szóstej dzielnicy? – pytałem sam siebie, skupiając wzrok na kominku z różowego marmuru. – Halo? Pan Mo-a-med Ben-mo-k-tar*?6 Eee... Tocquard? Dzwonię z  agencji Sèvres… Przykro nam, ale… Jak, do licha, będę żył bez ognia w  kominku? Owalnej wanny? Parkietu z  drewna orzechowego? Biurka w  cieniu drzewa? Wierszy, których nie napiszę? Kobiet, których nie zasmakuję? Jak poradzę sobie z taką frustracją? *  Francuzi nie wymawiają „h” (przyp. tłum.).


~ 24 ~

Wycofać się ze wszystkiego i zatrudnić, na przykład w jednej z korporacji Ben Ladenów – patrząc na mój wiek i  dyplomy, przyjęliby mnie z  pocałowaniem ręki. Może nawet miałbym szczęście pracować na Manhattanie. Who knows? A jeśli to geny moich cnotliwych przodków brały górę, innymi słowy, brakowało mi jaj do tego rodzaju przedsięwzięcia, pozostanie mi wrócić do ojczyzny moich rodziców i poślubić córkę mera sąsiedniego miasta, w północnej części prowincji, bardzo młodą i bardzo ładną dziewczynę, na którą matka, mimo mojej posępnej miny, niedawno zagięła parol. Młodziutka żona urodzi mi kilku chłopców, powiedzmy dziesięciu. Dziesięciu synów, silnych i  inteligentnych jak ich tata, który nauczy ich z wyczuciem i wprawą, jak pluć na Francję i cały Zachód, bez wyjątku. No nie, za kogo ci biali się mają? Ci, którzy znieważają, pogardzają, oczerniają tradycję i  nazwiska naszych przodków? Ci, którzy twierdzą, że posiali dobro7 na ziemiach naszych dziadków? A mimo to, dzisiaj, w 2007 roku, wciąż nie chcą nas w  swoich eleganckich dzielnicach? Na prestiżowych stanowiskach pracy? W swoich dyskotekach? Jakbyśmy nadal byli dzikimi tubylcami z ich kolonii.

7  Chodzi o ustawę z 23 lutego 2005 roku, ostatecznie uchyloną przez Jacques’a Chiraca. Dziękuję panie Prezydencie (Mohamed). (Mowa o uchyleniu 2 ustępu, w 4 artykule tej ustawy, a z nim kontrowersyjnego zapisu o pozytywnej roli kolonizacji – przyp. tłum.).



Życie seksualne muzułmanina w Paryżu