Issuu on Google+


Moskwa Noir Pod redakcją Natalii Smirnowej i Julii Goumen

Z języka rosyjskiego przełożyła Ewa Skórska


MOSKWA

Ostankino

Babuszkińska

Srebrny Bór

Łosi Ostrów

Prospekt Leningradzki Bieriezowa Roszcza Czyste Prudy Łubianka

Kurska

Kijowska Zamoskworieczje

Nowy Arbat

Praska

Pierowo


7

Spis Treści

Od autorów wyboru

CZĘŚĆ I: Zbrodnia i kara 15

Anna Starobiniec Autobus miłosierdzia

Kurska

47

Wiaczesław Kuricyn Złoto i heroina

56

Ludmiła Pietruszewska Nowa dzielnica

Praska

61

Andriej Chusnutdinow Nocleg

Babuszkińska

Prospekt Leningradzki

CZĘŚĆ II: MARTWE DUSZE 97

Aleksandr Anuczkin Polana Tysiąca Trupów

Łosi Ostrów

110

Władimir Tuczkow Czyste Prudy Czyste Prudy, brudny seks albo spotkanie towarzyszy bojowych

125

Igor Zotow Dekameron

151

Gleb Szulpiakow Sobowtór

Srebrny Bór

Zamoskworieczje


CZĘŚĆ III: OJCOWIE I DZIECI 161

Maksim Maksimow Tata mnie kocha

Pierowo

176

Irina Dienieżkina Boże Narodzenie

Nowy Arbat

188

Siergiej Samsonow Punkt Niepowrotu

Ostankino

CZĘŚĆ IV: WOJNA I POKÓJ 213

Mistrz Czeng Płaszcz o zapachu ziemi

Bieriezowa Roszcza

237

Aleksiej Jewdokimow Europa po deszczu

Kijowska

257

Siergiej Kuzniecow Moskiewskie reinkarnacje

Łubianka

284

O autorach


CZĘŚĆ I

Zbrodnia i kara


AUTOBUS MIŁOSIERDZIA Anna Starobiniec Kurska

C

zekam na miłosierdzie. Już wkrótce przybędzie. Oto i  ono, wyjeżdża zza rogu, zaraz się zatrzyma i otworzy mi drzwi. Mnie i takim jak ja. Jeszcze kilka minut i będzie nam ciepło. A teraz jest zimno. Przeraźliwie zimno. Zwłaszcza mnie, bo oni leżą na kratach ścieków kanalizacyjnych albo siedzą obok siebie, na gołym asfalcie, oparci o szare ściany dworcowego budynku. Mają swoje stałe miejscówki. Gorąca para unosi się z  ziemi, przenika ciepłą wilgocią ich cuchnące łachmany i ciała, włosy i skórę. Para jest tak gorąca, że topi nawet sople zwisające z daszku. Sople ociekają gnojowymi kroplami; pod tym daszkiem na pewno jest ciepło… Ale z  drugiej strony, nie ma im co zazdrościć. Jak tylko wstaną, od razu będzie im bardzo źle, i nic dziwnego: w przemoczonym ubraniu, przy minus trzydziestu pięciu… Co prawda od razu wsiądą do autobusu, ale komu byłoby przyjemnie siedzieć w mokrych ciuchach, nawet w autobusie? Bezkształtna baba w opadających liliowych rajstopach śpi, posapując. Pozostali nie śpią, patrzą obojętnie na podjeżdżający autobus. Tamten, kulawy, gdzieś się powlókł, ciągnąc za sobą cienki kożuch, szurając po zmarzniętej ziemi lśniącymi czarnymi pantoflami, po tysiąc dolarów każdy. Niewiarygodne, ale nie chciał ich wziąć. Kopał i wierzgał, idiota jeden, tymi


16 // Moskwa Noir

swoimi krzywymi śmierdzącymi girami, żeby tylko ich nie założyć. Lisiczka Li bardzo ładnie to wszystko wymyśliła. „Na dworcu po prostu zamienisz się z którymś z nich”. Nie wzięła tylko pod uwagę, że te przygłupy będą się opierać przed korzystną zamianą, będą kurczowo ściskać w garści swoje łachy… Musiałem przekonać jednego z nich. Potrafię przekonywać, zwłaszcza gdy słuszność jest po mojej stronie. Przy okazji. Nigdy nie szarpcie się z bezdomnym na Dworcu Kurskim. To tak, jakby szarpać się z  olbrzymim zgniłym jabłkiem. Albo z przeładowanym workiem ze śmieciami… Buty okazały się dla niego przyciasne, ale to nic, rozchodzi je. Albo sprzeda. A ciuchy przeciwnie, za duże. Zresztą, takie właśnie noszą. Żaden z jego kumpli za nim nie poszedł. I żaden nie próbował się wtrącić, kiedy go biłem. Ciężko było teraz dojrzeć wyraz ich twarzy, opuchniętych, otulonych parą, łagodnie podświetlonych latarniami, ale chyba patrzą na mnie jakoś tak nieprzyjemnie, pewnie nie spodobało im się starcie z jednym z  ich stada. Dlatego na wszelki wypadek trzymam się nieco z boku. Tu, blisko ogrodzenia dworcowego, bliżej glin, jestem bezpieczny. Po pierwsze, oni boją się glin. Po drugie, są zbyt leniwi (chociaż nie, leniwi to niewłaściwe słowo, są zbyt nieżywi), żeby pokonać dzielącą nas odległość pięćdziesięciu metrów. Rzecz jasna, gliniarze próbowali mnie przegonić. Było ich dwóch, każdemu dałem po sto dolców (mniejszych nominałów po prostu nie miałem) i odczepili się, wytrzeszczając to na mnie, to na banknoty swoje bezmyślne rybie oczy. Rozumiałem ich. Nie co dzień spotyka się na Dworcu Kurskim cuchnącego, obsikanego żula z paczką zielonych w kieszeni… Minutę później jeden z  nich wrócił. Pociągnął fioletowym od mrozu nosem i wlepił głodne oczy w nasadę mojego nosa.


Anna Starobiniec // 17

– Dokumenty? Dałem mu jeszcze jedną setkę. Sapiąc w skupieniu, przyjrzał jej się w żółtym świetle latarni i schował do wewnętrznej kieszeni. Przestąpił z nogi na nogę, przesunął mętnym spojrzeniem po mojej nieogolonej gębie, rozbitym nosie i krwawiącej wardze, po brudnym, pokrytym brunatno-żółtymi plamami łachmanie, potem znowu po twarzy, w  górę, na chwilę zatrzymując się na straszliwej czapceuszance… Tu już coś go zainteresowało, może fason nakrycia głowy, a może nieosłonięty czapką kawałek moich włosów, zbyt gładkich i czystych jak na takiego typa jak ja. Nasunąłem czapkę na czoło, żeby go nie peszyć, a on w tej samej chwili zapomniał o  niej, sunąc autystycznym wzrokiem dalej, dopóki znów nie zatrzymał się na moim nosie. – Gdzie ukradłeś pieniądze? No to już była bezczelność. – Zarobiłem – odparłem. Miało to zabrzmieć nonszalancko, ale wypadło swarliwie i ochryple, jak krakanie wrony. –  Idziemy na posterunek –  rzucił beznamiętnie gliniarz i  nagle głośno zaszczękał zębami, może z  zimna, a  może (a nawet na pewno) z głodu. A to morda nienasycona… Dałem mu jeszcze jedną setkę, twardo postanawiając, że ta już na pewno będzie ostatnia. Strasznie nie chciałem teraz problemów z organami prawa i porządku, ale każde świństwo, nawet prawno-porządkowe, musi mieć jakieś granice i cztery stówy to właśnie taka granica. Koniec. Jak zacznie skamlać o następną, zabiję go. Gliniarz znów skrupulatnie sprawdził mój datek i wsunął banknot za pazuchę. Pociągnął nosem, jakoś tak niepewnie zakasłał. – Jeszcze jakieś pytania, panie władzo? – zakrakałem, niezręcznie ściągając z zesztywniałej dłoni śmierdzącą rękawicę,


18 // Moskwa Noir

żeby wygodniej było strzelać w przypadku odpowiedzi twierdzącej, i przeklinając się za to przypochlebne „panie władzo”, które wyskoczyło mi z  gardła niczym żeton z  niesprawnego turnikietu przy wejściu do dworcowej toalety. Przy okazji. Nigdy nie wchodźcie do toalety na Dworcu Kurskim. No, chyba że lubicie za piętnaście rubli sikać przy ludziach, na mrozie, do śmierdzącej dziury… Z  jękiem i  łoskotem do stacji podpełzł pociąg osobowy. Udało mi się zdjąć rękawicę. Gliniarz zerknął leniwie na pociąg, potem pochwycił wzrokiem moje obnażone palce – zbyt zadbane, zbyt gładkie, ze zbyt wymuskanymi paznokciami –  i  zamyślił się nad czymś, ciężko i  tępo, marszcząc wąskie czoło i  poruszając kudłatymi, oszronionymi brwiami. W końcu ten ruch ustał. – A kim ty w ogóle jesteś? – zapytał i po raz pierwszy spojrzał mi prosto w oczy, z napięciem, niemal inteligentnie. Najwyraźniej znalazł się u progu zrozumienia. Wymacałem w kieszeni lodowatą rękojeść. Nie lubię broni, strzelam słabo, ale z drugiej strony nie ma w tym nic trudnego. Najpierw odciągnąć kurek… …Początkowo Lisiczka Li nie chciała mi dać pistoletu. To mnie zaniepokoiło. Delikatnie popychała mnie do wyjścia i kręciła swoją rudą głową, mamrocząc bez sensu: – No i po co… No, daj spokój, po co ci to? Nie potrzeba… Potem pochwyciła moje spojrzenie i skuliła się z urazą: – Znowu?! Znów mi nie ufasz? Myślałem, że się rozpłacze, ale nie. Podała mi pistolet, pogardliwie, lufą do przodu. „Niewłaściwie, należy rękojeścią” – zarejestrowałem odruchowo, wziąłem od niej broń i poczułem wstyd.


Anna Starobiniec // 19

– Tylko nie rób głupstw – powiedziała Lisiczka. – W razie czego na dworcu będzie mój człowiek. Pomoże ci. Nagle zrobiło mi się nieprzyjemnie. – Jak to „twój”? – No, swój – poprawiła się Lisiczka. – Swój człowiek. Przyjaciel. Objęła mnie za szyję. Jej ręce były chłodne, koniuszki palców odrobinę wilgotne. – Dam sobie radę bez twoich przyjaciół. – spróbowałem się odsunąć, ale mnie nie puściła. – Rozumiesz? – No, nie bądź zazdrosny – szepnęła mi do ucha. – To było dawno temu… To rozzłościło mnie jeszcze bardziej. Dawno to znaczy kiedy? Gdy Stary zgarnął cię z dworca, brudną, rudą, chudą dziwkę, miałaś siedemnaście lat, a  teraz masz dwadzieścia jeden – zaledwie dwadzieścia jeden, dziewczynko! Więc co to niby znaczy – dawno? Pogłaskała mnie po policzku; jej palce słodko pachniały kremem kwiatowym i krwią. – Będę z tobą – powiedziała Lisiczka. – Jeśli chcesz. A ja kiwałem głową, mówiłem, że chcę, złościłem się i pragnąłem jej, całowałem jej rude włosy i  puszyste żółte rzęsy, i małe dłonie, i te palce, zimne i wilgotne, których nie zdążyła domyć. Całowałem je i  wdychałem ich zapach, zwierzęcy i dziecięcy jednocześnie… – Mówię do ciebie! – gliniarz podniósł głos. – Kim ty jesteś, do ch…? – …dwa… trzy… – wyszeptałem. – Że co?! Postanowiłem, że doliczę do siedmiu, moja ulubiona liczba, i wtedy strzelę.


20 // Moskwa Noir

– …cztery… Z pociągu, który podjechał, wychodzili ludzie, szli gęsiego, szerokim półkolem omijając miejsce, gdzie stałem ja i gliniarz. Tylko jakiś typ z  ogoloną głową, w  czarnej skórzanej kurtce, zwolnił, popatrzył na nas, a potem zatrzymał się i utkwił w nas wzrok. – Przechodzimy! – warknął na niego gliniarz. Typ podszedł do nas dziarskim krokiem. – Dokumenty?! – osłupiał gliniarz. – Nya dwya słowa, pyanie włyadzo – powiedział śpiewnie Skórzany, dodając „y” przed każdą niemal samogłoską, i zrobił zapraszający gest ręką. Gliniarz odwrócił się do mnie, potem znowu do Skórzanego i jakby się zawiesił. –  Dyawaj, dyawaj –  powiedział Skórzany, nadal „ykając”, teraz już bardziej rozkazująco. – Chodź, chodź, pyanie włyadzo. W oczach „władzy” pojawił się dziwny zwierzęcy wyraz – mieszanina zdumienia i dojmującego smutku. Bez słowa podszedł do Skórzanego, niczym pies, któremu pomyliły się komendy. Skórzany powiedział coś gliniarzowi na ucho, ten zerknął na mnie, ponuro skinął głową i powlókł się w ciemność. – Pyanie włyadzo! – zawołał za nim Skórzany. Gliniarz zatrzymał się, jego plecy zesztywniały. – Nie zyapomniałeś o czymś? Plecy pochyliły się odrobinę. – A myoże zyabrałeś coś nieswojego? Plecy nie poruszyły się. – No dyobra, idź – złagodniał nagle Skórzany i gliniarz pospiesznie zaskrzypiał butami na zamarzniętym śniegu. – Nie wyrywaj się, przyjacielu! – poradził mi łagodnie Skórzany, mrugnął i też sobie poszedł.


Anna Starobiniec // 21

Przyjacielu. Aha, przyjacielu… Ładnych mam teraz przyjaciół… Czekam na miłosierdzie. Już wkrótce przybędzie. O, właśnie wyjechało zza rogu, zatrzymało się przed dworcem i otworzyło drzwi. Miłosierdzie to – jak wiadomo – pojęcie abstrakcyjne, rozmyte, które może przybierać najrozmaitsze formy. Od zagubionej w  kieszeni monety do czeku in blanco, od reklamówki z  resztkami do koncertu charytatywnego, od pocałunku do sztucznego oddychania, od tabletki validolu do strzału w głowę, od umiejętności kochania do umiejętności zabijania… Miłosierdzie, które mi zesłano, jest bardzo konkretne; ma postać brudnobiałego autobusu i zostało mi dane na tę jedną noc. Na tę zimną, czarną, straszną, ostatnią, szczęśliwą, cholerną noc – a ja przyjmę je bez wahania. W tę zimną noc, gdy w ciągu godziny można zamarznąć. W tę czarną noc, gdy w ciągu minuty można zniknąć bez śladu. W  tę straszną noc, gdy szukają mnie w  całym mieście, w mieszkaniach i knajpach, w metrze i na lotniskach, w hotelach i kinach, w klubach i kasynach, na ulicach i w bramach. W tę ostatnią noc, gdy szukają mnie, żeby zabić. W tę szczęśliwą noc, gdy nie zdołają mnie znaleźć, bo nikt nie szukałby mnie tu, w  autobusie miłosierdzia, ratującym bezdomnych przed odmrożeniami i głodem. Potrzebuję tego miłosierdzia na tę cholerną noc! Dlatego padam przed otwierającymi się drzwiami autobusu, kaszlę, charczę i chrypię, pełzam na czworaka, jakbym nie miał siły wstać, i wyciągam drżące ręce do trzech osób w niebieskich kurtkach z czerwonymi krzyżami na rękawach, z napisem „Miłosierdzie” na plecach i maseczkami z gazy na twarzach; i bełkoczę: – Miłosierdzia… miłosierdzia…


22 // Moskwa Noir

Pełzam po ich nogami, łapię za buty i skamlę: – Panowie… Pociągam nosem i poniżam się: – Ratujcie… Tak mnie nauczyła Lisiczka. „W autobusie jest mało miejsc – powiedziała. – Biorą tylko tych, z którymi jest bardzo źle, i wożą po mieście przez całą noc, grzeją i karmią, a rano przywożą z powrotem”. Tylko tych, którym jest naprawdę źle. Tylko tych, którzy są na granicy. Tylko tych, którzy bez nich zdechną. Cóż, w moim poniżeniu przynajmniej nie ma cienia fałszu. Bez nich naprawdę zdechnę, to święta prawda. Zabiją mnie ludzie Starego – zaszczują i zabiją, jak tępe, bezmyślne zwierzę. Nie mówiąc już o tym, że wkrótce zaczną mnie szukać gliny. – Koniec ze mną… Współczujący kolesie w  maskach biorą mnie pod ręce i  wnoszą do autobusu. Teraz jestem bezpieczny. Teraz będę bezpieczny przez całą noc, aż do rana, a rano, o 7.01, wsiądę do pociągu… Ludzie w maskach wprowadzają do autobusu i rozlokowują spuchniętych, brudnych, odmrożonych, rozkładających się półludzi. Autobus miłosierdzia rusza. Lisiczka Li –  moja dziewczynka, moja dworcowa dziwka, mój anioł stróż –  wskazała mi bezpieczną norę. Bezpieczną i śmierdzącą. Boże, jak tutaj cuchnie! Całą resztę mojej paczki zielonych oddałbym za jedną medyczną maseczkę, taką, jaką mają miłosierni. Maskę, dajcie mi maskę!… Okna autobusu zasnute są cienkimi niteczkami mrozu, ozdobione wzorem pająków i śnieżynek, zamazane od środka lodową glazurą. Cienka glazura odgradza nasze cuchnące, kle-


M eksyk N oir Meksyk. Dwadzieścia jeden milionów mieszkańców nie mogło się mylić. Najbardziej skorumpowana policja świata, więcej teatrów niż w Paryżu, więcej aborcji niż w Londynie, więcej uniwersytetów niż w Nowym Jorku. Kryzys trwa tu od 25  lat. Niezbyt magiczny realizm gospodarki sprawia, że bogaci stają się coraz bogatsi, a biedni coraz biedniejsi. Przetrwali tylko ci, którzy widzieli już wszystko - teraz mogą się tylko śmiać. Witamy w Meksyku, najlepszym mieście na tej planecie, gdzie chaos oznacza piękno, a życie poza prawem jest nie tylko normalne, ale i konieczne. Krwisty i intymny portret nieskończonego miasta w dwunastu opowiadaniach noir zebrał Paco Ignacio Taibo II, odnowiciel meksykańskiego kryminału. Pośród autorów znani wielbiciele mrocznych zakątków meksykańskiej stolicy: Juan Hernández Luna, Achy Obejas, Eduardo Antonio Parra, Rolo Diez. „Meksyk Noir może i nie jest sponsorowany przez miejski wydział turystyki, ale gdyby spytać kogokolwiek na świecie czy pisarze w antologii polecają odwiedzić Meksyk, odpowiedź byłaby zwięzła i pełna pasji: tak, oczywiście!” - Paco Ignacio Taibo II, autor wyboru.

B arcelona N oir Barcelona... któż nie kocha przechadzać się po Las Ramblas, kto nie zachwyca się architekturą Gaudíego, kto mógłby odmówić pobytu w mieście, które zdaje się mieć wszystko: gotycką architekturę i futurystyczne wieżowce, morze i góry, artystyczną awangardę i sportowe tradycje? Jednak nawet Barcelona ma dwa oblicza: Doktora Jekylla i Pana Hyde’a. W tym zbiorze hiszpańska metropolia prezentuje się z tej drugiej strony. Czternaście opowiadań rezydentów tego miasta zdaje się potwierdzać, że Barcelona to nie turystyczny lukrowany cud z powieści Zafóna i filmu Woody’ego Allena: to miasto powszechnej korupcji, przemocy i społecznej inercji. Gorzkie historie o hiszpańskiej metropolii zebrały Adriana V. López i Carmen Ospina pracujące w hiszpańskiej branży wydawniczej. Wśród autorów znajdziemy takie nazwiska jak Jordi Sierra i Fabra, Isabel Franc, Andreu Martín. „Opowiadania zawarte w tym tomie wpisały się idealnie w posępnego ducha gatunku noir: zarówno wtedy, gdy odwołują się do lat dwudziestych, jak i gdy portretują dzisiejszą chaotyczną, pełną imigrantów Barcelonę.” Publishers Weekly.

Książki wydawnictwa Claroscuro są dostępne w dobrych księgarniach. W sprzedaży również w siedzibie wydawnictwa, poprzez stronę internetową:

www.claroscuro.pl lub wysyłając maila na sklep@claroscuro.pl


Moskwa Noir