Page 1

POWIAT.ELK.PL Gmina Miasto Ełk, Gmina Ełk, Gmina Kalinowo, Gmina Prostki, Gmina Stare Juchy

BEZPŁATNA GAZETA WYDAWANA PRZEZ STAROSTWO POWIATOWE W EŁKU

Nr 6/2012

Gdyby każda noc w naszym życiu mogła być jak noc Bożego Narodzenia, rozjaśniona światłem wewnętrznym... brat Roger Schütz

Święta Bożego Narodzenia to czas przepełniony magią wigilijnej nocy, czas przebaczania i miłości, okres wielu refleksji osobistych i pamięci o bliskich. W nastroju Wigilijnej Wieczerzy pozostańmy jak najdłużej. Niech Nowy Rok będzie rokiem życia z pasją, realizacji najśmielszych marzeń i zamierzeń, bogatym w sukcesy zawodowe, a przede wszystkim czasem pomyślności, serdeczności i międzyludzkiej życzliwości. Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku życzy Samorząd Powiatu Ełckiego.


OSZCZĘDNIE, ALE CAŁY CZAS DO PRZODU Dużo się ostatnio mówi, że samorządy muszą „nabrać oddechu” przed następnym okresem finansowania w Unii Europejskiej. Czy budżet Powiatu Ełckiego jest skonstruowany w ten właśnie sposób, aby „nabrać oddechu inwestycyjnego”?

Nauczycieli czekają oszczędności … K.P.: Nie będziemy oszczędzać na szkoleniu i doskonaleniu nauczycieli. W przyszłorocznym budżecie na ten cel zaplanowano środki finansowe w kwocie blisko 522 tys. złotych. Czy oszczędności będą także w wydatkach administracyjnych? K.P.: Wzrost wydatków na administrację publiczną jest mniej więcej na tym samym poziomie, wzrosną o trochę ponad 1%. Chcę jednak zwrócić uwagę, że należy odnotować planowany spadek wydatków związanych z pra-

budowę superszybkiej sieci komputerowej Pionier na terenie miasta, w którą włączone zostaną także jednostki organizacyjne Powiatu. Tradycyjnie już przekażemy 15 tys. złotych Miejskiej Bibliotece Publicznej w Ełku.

Czy jakaś grupa wydatków wzrośnie w przyszłorocznym budżecie?

Powiat Ełcki co roku realizował dużo tzw. projektów „miękkich”. Czego można spodziewać się w 2013 roku?

K.P.: Znaczny wzrost funduszy planujemy na bezpieczeństwo publiczne i ochronę przeciwpożarową. W br. wydatki z tym związane wyniosą ponad 4 mln złotych, w przyszłym będą prawie dwukrotnie wyższe. Jest to związane z szykowaną inwestycją pn. „Termomodernizacja obiektów strażnicy Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Ełku przy ul. Suwalskiej 50”. Jej realizacja będzie przeprowadzona w ramach Programu Zielonych Inwestycji, co oznacza 100 proc. dotację z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

K.P.: W przyszłorocznym budżecie przewidziano wydatki na trzy projekty realizowane ze środków unijnych. W Zespole Szkół nr 6 im. Macieja Rataja zaplanowano kontynuację projektu „Polsko - Włoska Podróż Kulinarna”. Będzie wydany m.in. „Poradnik Kulinarny”. W tej samej szkole rozpoczyna się realizacja projektu „Lepszy start w przyszłość edukacyjno - zawodową uczniów/ uczennic Zespołu Szkół nr 6 im. Macieja Rataja w Ełku”. Centrum Kształcenia Praktycznego i Ustawicznego chce realizować projekt „Nowy zawód - nowa firma” Obejmie wsparciem 40 osób, które w okresie 6 miesięcy straciły pracę z przyczyn dotyczących zakładów pracy przechodzących procesy adaptacyjne i modernizacyjne oraz 12 osób pracujących w przedsiębiorstwie dotkniętym procesami restrukturyzacji. Przewiduje się także do pozyskania środki z Funduszu Pracy na kontynuację projektu „Inwestycja w kadry” realizowanego przez Powiatowy Urząd Pracy.

K.P.: Najważniejszym według mnie zadaniem realizowanym w 2013 roku będzie budowa nowoczesnej bazy kształcenia zawodowego przy ul. Koszykowej. Inwestycja będzie realizowana do 2015 roku i pochłonie ponad 12,5 mln złotych. W przyszłym roku możemy przewidywać, że wydamy na ten cel aż 7,5 mln złotych. Przypomnę tylko, że chodzi o budowę nowych obiektów, które aktualnie są zarządzane przez Centrum Kształcenia Praktycznego i Ustawicznego. Na najbliższy rok planujemy zakończenie prac projektowych, wyłonienie wykonawcy i rozpoczęcie pierwszego etapu tej inwestycji, czyli budowę warsztatów z zapleczem magazynowym, stacjię kontroli pojazdów i poligonu budowlanego. Jak co roku znaczące kwoty wydamy na budowę i modernizację budowy dróg powiatowych. W przyszłym roku ich wartość wyniesie ponad 8,6 mln złotych. Oczywiście nie wszystko będzie pochodziło z budżetu powiatu. Większość to zewnętrzne środki finansowe. Prawie 3 mln złotych pochodzić będzie z Narodowego Programu Przebudowy Dróg Lokalnych, ponad 1,3 mln złotych pozyskamy w formie dotacji z budżetu państwa oraz trochę ponad 2 mln złotych od innych jednostek samorządu terytorialnego.

Czy przyszedł zatem czas na oszczędzanie? K.P.: Oszczędności, w prostym rozumieniu - jak w gospodarstwie domowym, to pozostające do wykorzystania środki, jeżeli zrezygnujemy ze zbędnych wydatków i za nie możemy zrobić coś więcej ponad niezbędne potrzeby. W budżecie powiatu jest to bardziej skomplikowane – środki pozostające przepadają. Niczego więcej nie można zrobić, trzeba zwrócić państwu. W wyniku oszczędności zadania wykonaliśmy gorzej, w mniejszym zakresie, bo za mniej. A przecież już na starcie na dosłownie każdą dziedzinę było za mało. Wszystko było okrojone, bo z budżetu państwa nie otrzymujemy wystarczających środków na postawione zadania. Dalsze więc „obcinanie” w imię prosto pojmowanych oszczędności, to zdecydowanie pogarszanie warunków działania i pogłębianie niezadowolenia ludzi. Deficyt możliwy do obsługi jest akceptowalny, wręcz niezbędny. Oczywiście na dopuszczalnym, bezpiecznym poziomie. Wydatki na realizację zadań zaplanowano w budżecie Powiatu Ełckiego jak zawsze w sposób bardzo oszczędny, bo optymalny. Od początku obecnej kadencji racjonalizujemy zarządzanie kosztami w Powiecie i efekty tej pracy już widać w przyszłorocznym planie finansowym. Dla przykładu podam, iż największe środki zawsze przeznaczamy na oświatę. W przyszłym roku planujemy wydatki na edukację w wysokości około 44 mln złotych – w roku 2012 planowane było przeszło 49 mln złotych. Tak znacząca różnica to właśnie efekt konsekwentnie realizowanych przez Zarząd Powiatu zmian w sieci szkół Powiatu Ełckiego, które doprowadzą do tego, że nasze szkoły będą kształcić w sposób nowoczesny, dostosowany do warunków i praw rynku pracy oraz aspiracji młodzieży - ale także ograniczą koszty.

To oczywiście tylko przykłady działalności społecznej finansowanej z budżetu Powiatu Ełckiego. Nie zapominajmy o Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie, który realizuje mnóstwo zadań.

Skoro o inwestycjach mowa, czy mógłby Pan Starosta poinformować jakich jeszcze inwestycji możemy spodziewać się w przyszłym roku?

Krzysztof Piłat: Oczywiście fakt, iż kończą się pieniądze na projekty unijne, powoduje, że w następnych 2 latach inwestycji będzie mniej, ale z pewnością dalecy jesteśmy od „zadyszki” inwestycyjnej, chociaż poprzedni okres to forsowny marsz. W przyszłym roku na zadania inwestycyjne przeznaczymy blisko 21 mln złotych. To satysfakcjonujący poziom. Niemniej budżet na rok 2013 będzie wyraźnie oszczędniejszy. Przewidujemy, iż wydatki budżetu wyniosą przeszło 114 mln złotych. Dla porównania przypomnę, że w 2012 roku wydatki powiatu wynosiły ponad 123 mln złotych. Gdybym chciał podsumować jednym zdaniem przyszłoroczny budżet, powiedziałbym: „oszczędnie, ale cały czas do przodu”.

O których drogach mowa? K.P.: W gminie Prostki droga Sokoły Jeziorne - Marchewki - Prostki oraz budowa chodnika na odcinku Krupin – Prostki, w gminie Kalinowo droga Piętki – Kalinowo, natomiast w gminie Stare Juchy przebudujemy drogę powiatową Stare Juchy -Bałamutowo - Woszczele przez m. Szczecinowo. cą i utrzymaniem urzędu, czyli Starostwa Powiatowego w Ełku. Biorąc pod uwagę inflację realnie te wydatki będą jeszcze niższe. Oprócz oświaty jakie wydatki najbardziej obciążą budżet powiatu? K.P.: Ponad 20 mln złotych wydamy na pomoc społeczną. To bardzo ważna część działalności samorządu powiatowego i nie miejsce na drastyczne oszczędzanie. W ciągu br. roku w 142 rodzinach zastępczych na terenie powiatu ełckiego objętych opieką było łącznie 248 dzieci, a w placówkach opiekuńczo-wychowawczych funkcjonujących na terenie innych powiatów, przebywa obecnie 13 dzieci pochodzących z naszego powiatu. Warto dodać, że jak co roku planujemy pokryć wydatki związane z zaspokojeniem potrzeb usamodzielnianych wychowanków różnych typów placówek, które wyniosą 230 tys. złotych. Ponadto pamiętajmy, że na terenie powiatu ełckiego funkcjonują także domy rodzinne, które także finansujemy. A to nie wszystko. W Domu Pomocy Społecznej w Nowej Wsi Ełckiej przebywa 280 pensjonariuszy. W roku 2013 na ich utrzymanie zostaną przeznaczone środki w wysokości 4,8 mln złotych. Przewidujemy także przekazywanie dotacji na Środowiskowy Dom Samopomocy prowadzony przez Zgromadzenie Sióstr Benedyktynek Misjonarek w Ełku, który jest placówką dziennego pobytu dla chłopców z upośledzeniem umysłowym oraz nowy Środowiskowy Dom Samopomocy w Nowej Wsi Ełckiej.

POWIAT.ELK.PL 3

6/2012

2

O czym jeszcze warto wspomnieć? K.P.: Z całą pewnością o budowie boiska sportowego przy I Liceum Ogólnokształcącym w Ełku. Całkowita wartość projektu wynosi 714,5 tys. złotych. Część tych wydatków poniesiemy w przyszłym roku. Projekt jest realizowany w ramach Programu Współpracy Transgranicznej Litwa – Polska, wspólnie z litewskim miastem Birstonas. Jego celem jest zwiększenie dostępności do nowych obiektów sportowych i sprzętu sportowego oraz wymiana doświadczeń w zakresie szkolenia sportowego dzieci i młodzieży. Nie możemy też zapomnieć, iż z budżetu Powiatu Ełckiego przekazywane są znaczne kwoty na wsparcie inwestycji realizowanych przez inne samorządy. A w 2013 roku przeznaczy je na …? K.P.: Kwota 651 tys. złotych stanowi dotacje zaplanowane do przekazania jako pomoc finansową udzielaną na budowę dróg, w tym 300 tys. złotych dla Gminy Kalinowo na przebudowę drogi gminnej Romanowo - Romoty oraz 351 tys. złotych dla Gminy Miasta Ełk na „Przebudowę ulicy Kolonia w Ełku jako drogi dojazdowej do obwodnicy miasta”. Miasto Ełk uzyska też z budżetu Powiatu ponad 515 tys. złotych na podstawie porozumienia na „Elkman - rozbudowę sieci szerokopasmowej aglomeracji Miasta Ełku”. Projekt realizowany jest przez Gminę Miasto Ełk i zakłada

EŁCKIE SZKOŁY PONADGIMNAZJALNE – CZ. IV Zespół Szkół Mechaniczno – Elektrycznych w Ełku, ul. Armii Krajowej 1

Czy Powiat będzie angażował się w działania związane z ochroną środowiska? K.P.: Na zadania z zakresu ochrony środowiska w 2013 roku zaplanowano środki w wysokości 155 tys. złotych z przeznaczeniem m.in. na: sadzonki drzew do nasadzenia przy drogach powiatowych, zdjęcie i utylizację eternitu, przydomowe oczyszczalnie ścieków, sporządzenie uproszczonych planów urządzania lasów niepaństwowych na terenie gminy Ełk, nagrody w konkursach ekologicznych, akcję „Sprzątanie świata” … Budżet Powiatu Ełckiego to bardzo obszerny dokument finansowy, naprawdę nie sposób w jednym wywiadzie udzielić szczegółowych odpowiedzi na temat wszystkich planowanych do realizacji zadań. W takim razie ostatnie pytanie – na jakim poziomie będzie zadłużenie Powiatu Ełckiego? K.P.: Oczywiście na bezpiecznym. Na koniec 2013 roku wskaźnik zadłużenia i relacja deficytu do dochodów nie przekroczą ustawowych granic. Dodam, że w przyszłym roku planujemy przeznaczyć znaczne środki na obsługę dotychczasowego zadłużenia. Na spłacenie rat zaciągniętych wcześniej pożyczek oraz wykup obligacji zaplanowaliśmy ponad 3 mln 246 tys. złotych. Pamiętajmy, że kredytujemy wyłącznie wydatki inwestycyjne – nigdy bieżących. Rozmawiał: Robert Klimowicz

Ważne miejsce w sieci szkół na terenie powiatu ełckiego zajmuje szkolnictwo specjalne zorganizowane w ramach Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego. Do szkół w SOS-W uczęszczają uczniowie z lekką, umiarkowaną, znaczną i głęboką niepełnosprawnością intelektualną kierowani na podstawie orzeczenia do kształcenia specjalnego, wydanego przez poradnię psychologiczno – pedagogiczną. W ramach Specjalnego Ośrodka Szkolno – Wychowawczego funkcjonują dwie szkoły podstawowe specjalne, dwa gimnazja specjalne, Szkoła Specjalna Przysposabiająca do Pracy w zawodach ogrodnik i kucharz małej gastronomii dla uczniów z głęboką niepełnosprawnością, a także Zasadnicza Szkoła Zawodowa kształcąca w zawodach cukiernik, piekarz, stolarz, kucharz małej gastronomii oraz Uzupełniające Liceum Ogólnokształcące. Dla zamiejscowych wychowanków Ośrodek prowadzi internat.

Jakie jeszcze zadania będą realizowane przez Powiat Ełcki? K.P.: Może zacznę od kontynuowania powiatowego systemu stypendialnego. Na stypendia im. Jana Pawła II przeznaczymy środki w wysokości 74,5 tys. złotych. Warto wymienić także realizację zadania „Plaża wiejska w każdej gminie Powiatu Ełckiego”, a właściwie „Miejsca spotkań w każdej gminie”, bo przypominam, iż od br. program nosi już inną nazwę, a realizowane zadania zostały znacznie rozszerzone. Przewidujemy na to kwotę 40 tys. złotych. Na dofinansowanie organizacji dożynek w gminach wiejskich przeznaczymy 16 tys. złotych. Ważne w przyszłym roku będzie wykonanie audytów energetycznych budynków, aktualizację posiadanych audytów i świadectw energetycznych w budynkach jednostek organizacyjnych. Będzie to nas kosztować około 15 tys. złotych. Podobną kwotę przekażemy na dofinansowanie patroli w okresie wakacyjnym przy akwenach powiatowych. Kwota 20 tys. złotych zostanie przeznaczona w formie dotacji celowej na wsparcie ratownictwa wodnego, porządkowanie i oznakowanie szlaków turystycznych, podniesienie atrakcyjności turystycznej powiatu ełckiego poprzez zagospodarowanie kąpielisk gminnych wraz z infrastrukturą. Nie zapominajmy, iż mnóstwo zadań realizowanych będzie przez organizacje pozarządowe w ramach „Grantów Powiatu Ełckiego”. W przyszłym roku na ten cel przekażemy kwotę 350 tys. złotych.

Celem Ośrodka jest stwarzanie możliwości nauki, wychowania i opieki dzieciom niepełnosprawnym intelektualnie. Dzieciom, które ze względu na obniżony poziom intelektualny, deficyty rozwojowe nie są w stanie realizować obowiązku szkolnego w szkołach masowych.

Już od 65 lat w Ełku istnieje szkoła, która aktualnie kształci młodzież w zawodach mechaniczno – elektrycznych. Obecnie młodzież kształci się w Technikum nr 6 w zawodach: • technik mechanik, • technik elektronik, • technik elektryk, • technik mechatronik, • technik pojazdów samochodowych, • technik urządzeń i systemów energetyki odnawialnej, • technik telekomunikacji. oraz w Zasadniczej Szkole Zawodowej nr 6, w zawodach: • mechanik pojazdów samochodowych, • elektromechanik pojazdów samochodowych, • blacharz samochodowy, • operator obrabiarek skrawających, • monter mechatronik.

Placówka stwarza niepełnosprawnym wychowankom możliwość usprawniania, korygowania i kompensowania zaburzonych funkcji. Oprócz zajęć dydaktycznych i wychowawczych prowadzone są zajęcia rewalidacyjne, wyrównawcze, korekcyjno – kompensacyjne, logopedyczne, gimnastyka korekcyjna, terapia komputerowa, socjoterapia i muzykoterapia.

Szkoła dysponuje nowocześnie wyposażoną pracownią samochodową (stanowiska dydaktyczne do mechatroniki samochodowej - pomoce pozyskane w ramach projektu unijnego), nowocześnie wyposażoną pracownią mechatroniczną (stanowiska pneumatyki i hydrauliki, programowania sterowników PLC, elektropneumatyki i elektrohydrauliki), trzema pracowniami informatycznymi, pracownią przedmiotów elektrycznych i pracownią elektroniki.

POMOC PUBLICZNA POWIATU EŁCKIEGO

Specjalny Ośrodek Szkolno – Wychowawczy w Ełku, ul. Grajewska 16 A

Powiat Ełcki, jak każda inna jednostka samorządu terytorialnego może udzielić pomocy publicznej podmiotom, które jej potrzebują. Prawo zezwala na to w imię uwzględnienia słusznego interesu dłużnika lub interesu społecznego. Samorząd podejmuje taką decyzję kierując się przede wszystkim korzyściami społecznymi, jakimi takie decyzje przynoszą. Ogółem w roku 2011 Powiat Ełcki udzielił pomocy publicznej 141 podmiotów, zarówno osobom fizycznym, osobom prawnym oraz jednostkom organizacyjnym nie posiadającym osobowości prawnej. Pomoc publiczna Powiatu Ełckiego polegała przede wszystkim na odstąpieniu od obowiązku windykacji dochodów publicznych. Przykładem są należności z tytułu najmu, dzierżawy, z opłat za użytkowanie wieczyste i użytkowanie, z opłat od świadczonych usług, z kar umownych od kontrahentów, należności z tytułu spłat pożyczek udzielanych osobom trzecim z budżetu jednostek samorządu terytorialnego. Ulgi są uznaniowe, właściwy organ każdorazowo i indywidualnie ocenia słuszność interesu dłużnika lub zgodność ulgi z interesem społecznym. Wśród powodów takich decyzji władz naszego powiatu wymienić można przykładowo prowadzenie inwestycji przez dany podmiot, tworzenie przez niego nowych miejsc pracy, czy pomoc zakładom w ciężkiej sytuacji finansowej, aby nie doszło do zwolnień zatrudnionych tam pracowników.


6/2012

4

POZNAJ SWOJEGO RADNEGO Iwona Gerus Pedagog z prawie dwudziestoletnim stażem, wicedyrektor w Miejskim Przedszkolu „Mali Odkrywcy”, ale także dyplomowana pielęgniarka.

Na co dzień

Czy lubię swoją pracę? Praca z dziećmi sprawia mi ogromną radość oraz dostarcza dużo przyjemności i satysfakcji. Cieszy mnie wspólne odkrywanie z najmłodszymi tego, co nieznane, obserwowanie ogromnych postępów w ich rozwoju i zdobywaniu coraz to nowych umiejętności. Uważam, że w mojej pracy najważniejsze jest nawiązanie pozytywnego kontaktu z dziećmi, dawanie im poczucia bezpieczeństwa i przynależności do grupy, w której mogą się realizować w różnych rolach. Jako pedagog, w codziennym działaniu staram się postrzegać świat z perspektywy dziecka, odnaleźć „klucz” do jego zachowania, a tym samym stworzyć atmosferę zrozumienia i ciepła. Jako wicedyrektor moim celem jest stworzenie miejsca, w którym dzieci czują się bezpieczne i szczęśliwe. Czego dzieci uczą się od dorosłych? Wiadomo, że my, rodzice, wychowawcy, jesteśmy dla dzieci pierwszymi i zazwyczaj najważniejszymi nauczycielami życia. Uczymy je wszystkiego: od pierwszych kroków, poprzez rysunek, literki, na szacunku do innych skończywszy. Długo można by wymieniać, czego dziecko uczy się od nas wychowawców. Czego dorośli uczą się od dzieci? One nas uczą bezinteresownej życzliwości, cierpliwości, otwartości, empatii, radości życia, spontaniczności i doceniania prostych przyjemności. Kontakt z dzieckiem stwarza okazję do patrzenia na świat i otaczające zjawiska oczami dziecka, zachęca do przeżywania go w odmienny sposób. Dzieci uczą nas dystansu wobec drobnych problemów, które wcześniej potrafiły zatruć życie. Jest tak wiele spraw i rzeczy, których możemy się od nich nauczyć, pytanie tylko na ile my dorośli umiemy te lekcje wykorzystać. Czy z pracą z najmłodszymi wiąże się jakaś zabawna sytuacja - bo pomysłów maluchom nie brakuje… Nie ma dnia pracy, w którym nie występowały takie sytuacje. Nieraz są bardzo pouczające i zastanawiające. Najwięcej jest ich w młodszych grupach. Przykładowo przesympatyczny Jaś (lat 3) tłumaczy pani, że niedługo przyjdzie Św. Mikołaj, a jutro przychodzi „butny” Mikołaj. Na pytanie o tego „butnego” odpowiada z cała powagą bo zostawia prezenty w butach. W starszej grupie, Wojtek (lat 4,5) podsumowując pytanie na temat tradycji świątecznych mówi: dzielimy się opłatkiem, zasiadamy do stołu... a ja tam będę pilnował choinki!

Mariusz Klepacki

Włodzimierz Szelążek

Trudno jest opowiadać o tym co robię, gdy nie jestem w pracy, ponieważ od kilku dobrych lat, a więc od momentu gdy pracuję w samorządzie, bardziej interesowano się mną jako urzędnikiem i tym co robię zawodowo. A tu raptem mam powiedzieć o sobie poza pracą. Spróbuję … Oczywiście jak u każdego z nas po pracy jest rodzina, dzieci, prace w domu i na działce i mnóstwo innych zajęć, o których mógłbym opowiadać godzinami. Ale przede wszystkim w moim życiu jest też sport. Kiedyś był to sport przez duże „S”- biegałem przez płotki, skakałem wzwyż. Dziś jest to już rekreacja w postaci roweru, pływania, żeglowania … i kibicowania. Fan sportu Jestem zagorzałym kibicem piłki nożnej. Transmisje z meczów naszej ekstraklasy, Ligi Mistrzów i Ligi Europy staram się oglądać na bieżąco. Jest to też okazja do spotkania się ze znajomymi. Od pewnego czasu staram się oglądać mecze polskiej reprezentacji, ale nie przed telewizorem (to robiłem od najmłodszych lat) tylko na stadionie. I tak razem z grupką podobnych jak ja kibiców wyjeżdżamy prawie na wszystkie mecze naszej reprezentacji rozgrywane w kraju. Nie ma nic piękniejszego dla kibica jak moment odśpiewania hymnu narodowego przez wielotysięczny chór Polaków. Ciarki na plecach i łzy w oczach to normalna sprawa. Radość po golu biało-czerwonych jest nie do zapomnienia. Byłem z naszą reprezentacją na wielu arenach piłkarskich w Polsce. Byłem też na otwarciu nowych stadionów (Legii w Warszawie, PGE Areny w Gdańsku, Stadionu Narodowego w Warszawie).

Zawodowo pracuję w Urzędzie Gminy Kalinowo na stanowisku sekretarza gminy. Oprócz wykonywanych obowiązków sekretarza zajmuję się pozyskiwaniem środków zewnętrznych, zarówno tych unijnych, jak i z programów krajowych na szeroko rozumianą infrastrukturę gminy. Wychowuję dwóch wspaniałych synów: Jakuba - lat 9 i Filipa lat – 4, którym poświęcam każdą wolną chwilę. Jestem członkiem rady Lokalnej Grupy Działania „Lider w EGO”, gdzie poddajemy ocenie projekty składane w ramach konkursów osi Leader z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007 -2013. W samorządzie jestem, bo...? Z samorządem gminnym jestem związany od roku 2003, kiedy to rozpocząłem pracę w Urzędzie Gminy Ełk. Kandydując na radnego powiatu przyświecała mi idea pracy na rzecz społeczności lokalnej. Obecnie będąc w Radzie Powiatu Ełckiego podejmuję działania zmierzające do poprawy „lepszego jutra” dla mieszkańców naszego powiatu. Łącząc funkcję radnego powiatowego i sekretarza gminy staram się zacieśniać współpracę samorządów i podejmować działania zmierzające do jak najlepszego wykorzystania zasobów oraz możliwości realizacji inwestycji przy pozyskaniu środków zewnętrznych dla dobra wspólnego nas wszystkich. W wolne dni Kiedy tylko mam wolne popołudnie i pozwala na to pogoda, chętnie spędzam czas na wsi. Pasjonuję się rolnictwem i wszystkim, co jest z nim związane, szczególnie mechanizacją. A mam to szczęście, że rodzice posiadają gospodarstwo rolne niedaleko Ełku. Tam spędzam większość wolnego czasu pracując fizycznie. To pozwala mi się zrelaksować i odpocząć psychicznie. Wolne wieczory lubię spędzić w kuchni eksperymentując z różnymi przyprawami tworząc potrawy, których smak długo pozostaje w pamięci i którego nie jestem w stanie po raz drugi odtworzyć.

Bywalec stadionów

Sport i podróże

Można powiedzieć, że praca z dziećmi to Pani pasja?

Na pytanie, który z tych stadionów wyżej oceniam, nie potrafię dać jednoznacznej odpowiedzi. W moim przekonaniu każdy ma coś, co go wyróżnia spośród innych obiektów. Stadion Legii to piękny „kameralny” obiekt w sam raz na potrzeby klubu z ekstraklasy. Stadion w Gdańsku zachwyca zewnętrzną bursztynową elewacją. Stadion Narodowy w Warszawie najpiękniej wygląda w nocy przy pełnym oświetleniu. Może nowe władze PZPN znajdą pomysły na zapełnienie tych stadionów kibicami? Oby tak się stało.

Kiedyś byłem związany z lekkoatletyką, a ściślej mówiąc z biegami przełajowymi. Zawsze uwielbiałem wodę i pływanie, stąd częsta obecność na pływalni w Ełku. Lubię też oglądać sport. W sezonie zimowym, oczywiście, skoki narciarskie, biatlon i biegi narciarskie. W sezonie letnim, jeśli nie ma olimpiady, czy też mistrzostw świata lub Europy w piłce nożnej, chętnie oglądam lekkoatletykę i piłkę siatkową.

Tak. Praca zawodowa i praca w samorządzie pochłania dużo czasu, ale bardzo to lubię. I na tym nie kończą się moje zainteresowania. Lubię przeczytać dobrą książkę, obejrzeć film, posłuchać muzyki. Relaksuje mnie przyroda, wolny czas spędzam z rodziną i przyjaciółmi nad jeziorem łowiąc ryby, chodząc po lesie. Uwielbiam sztukę plastyczną, krawiecką … sama trochę maluję … może mam „artystyczną duszę „. W swojej pracy z dziećmi staram się odkrywać rąbek tej „duszy”, moja dewiza to: „Każde dzieło wychodzące spod ręki dziecka jest piękne i wartościowe”.

Jedno jest pewne, stadiony w naszym kraju zmieniły się na plus. Jest to po prostu skok cywilizacyjny. Pierwszy mecz naszej reprezentacji oglądałem jeszcze pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku będąc na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. Dziś w samym naszym pięknym powiecie mamy kilka nowoczesnych obiektów sportowych. Na obiektach tych wychowają się na pewno następcy Dejny czy Bońka i żadne ulewy, ani brak dachu, im w tym nie przeszkodzą.

Urlop tak, ale nie dłuższy niż tygodniowy, wakacyjny wyjazd. Jeżeli Polska, to oczywiście nasze morze. Lubię odpoczywać aktywnie, czyli pływanie, jazda na rowerze czy też spacer boso brzegiem morza o zachodzie słońca. Urlop to czas, w którym mogę pobyć z dziećmi i cieszyć się z zabawy i bycia razem. Udało mi się spędzić kiedyś urlop w Turcji oraz w Grecji. Niesamowite wrażenie robią tamtejsze widoki i błękitne morze. Polecam przede wszystkim ze względu na temperaturę, która tam panuje, i kuchnię – bo naprawdę można smacznie i oryginalnie zjeść.

ROZMOWA Z BARBARĄ FIEDORUK – DYREKTOREM ZESPOŁU SZKÓŁ NR 2 IM. K.K.BACZYŃSKIEGO W EŁKU

POWIAT.ELK.PL 5 Czy elektroniczny dziennik nie zniechęci rodziców do udziału w wywiadówkach? B.F.: Mam nadzieję, że nie i szczerze w to wierzę. Jeżeli wprowadzenie e-dziennika miałoby do tego doprowadzić zrezygnujemy z jego prowadzenia. A tak serio, szkoła w kontakcie z rodzicem to wbrew pozorom nie tyko informacje o ocenach i frekwencji uczniów. Do tej pory można było to też „załatwić” przy pomocy karteczek przekazywanych rodzicom. Spotkanie wychowawcy z rodzicami daje możliwość skonsultowania pomysłów klasowych czy szkolnych, przedstawienia sukcesów i porażek oraz możliwość rozwiązania (a przynajmniej podjęcia próby rozwiązania) problemów. Czy boicie się ataków hackerów?

Jak ocenia Pani pierwsze miesiące funkcjonowania dziennika elektronicznego? Barbara Fiedoruk: Pracę z systemem kontroli frekwencji i postępów w nauce, bo tak naprawdę nazywa się dziennik elektroniczny funkcjonujący w naszej szkole, rozpoczęliśmy może trochę nietypowo, bo w kwietniu 2012 roku. Czas ubiegłego roku szkolnego poświęciliśmy na nauczenie się systemu, na opracowanie własnych rozwiązań niektórych kwestii organizacyjnych. W tym czasie dziennik elektroniczny funkcjonował tylko wśród nauczycieli Zespołu Szkół nr 2 w Ełku, nie mieli do niego dostępu ani uczniowie, ani rodzice. W związku z tym maj i czerwiec to miesiące prób i czas oswajania systemu. Od 1 września 2012 roku wdrożyliśmy dziennik elektroniczny w naszej szkole w pełnym zakresie przygotowując się do odejścia od dzienników papierowych. Na pierwszej, wrześniowej wywiadówce umożliwiliśmy uczniom i ich rodzicom dostęp do e-dziennika w zakresie podstawowym. Jestem przekonana o tym, że funkcjonujący w szkole system kontroli frekwencji i postępów w nauce, spełnia wszystkie wymagania dokumentowania pracy szkoły od strony dziennika lekcyjnego. Widać już, że działa motywująco zarówno na uczniów, jak i nauczycieli, znacznie ułatwia zbieranie i opracowywanie danych statystycznych opartych na danych zapisywanych w dzienniku lekcyjnym. Myślę, że wdrażanie systemów informatycznych w różnych dziedzinach życia wymusza na nas wszystkich czas, w którym żyjemy, także powszechne wprowadzanie e-dzienników jest kwestią czasu. My mamy to już za sobą. Myślę, że już teraz zalety tego systemu dostrzegają wszyscy jego użytkownicy: zarówno nauczyciele, rodzice jak i uczniowie. Szkoła musiała odpowiednio wyposażyć się w sprzęt komputerowy. Skąd pozyskała na ten cel fundusze? B.F.: W związku z wprowadzeniem nowych ramowych planów nauczania w szkołach ponadgimnazjalnych znacznie zmniejszyła się liczba godzin informatyki. Do niedawna w szkole funkcjonowały cztery pracownie informatyczne. W ubiegłym roku szkolnym nauczyciele informatyki rozbudowali szkolną sieć komputerową i w tej chwili dysponujemy dwiema pracowniami komputerowymi. Dodatkowo w każdej innej klasopracowni jest zestaw komputerowy z dostępem do Internetu. W przypadku awarii nauczyciele mogą wypożyczać (tak jak do tej pory) przenośne zestawy komputerowe z biblioteki szkolnej. Docelowo chciałabym, aby komputery w pracowniach przedmiotowych doposażyć w rzutniki i w pełni wykorzystywać podczas lekcji, a nie tylko w celu uzupełniania dziennika lekcyjnego.

my wspólnie przyjęty plan. Jak długo przygotowywaliście się do wdrożenia tego systemu? B.F.: Pierwszy raz mówiliśmy o wprowadzeniu dziennika elektronicznego w 2007 roku. Gościliśmy wówczas na zebraniu rady pedagogicznej przedstawiciela firmy LIBRUS. Niestety nie było jeszcze wtedy w szkole tak sprzyjających okoliczności ani prawnych, ani organizacyjnych. Przygotowania tak na poważnie, o czym już wspominałam, ruszyły w ubiegłym roku szkolnym, po przyjęciu koncepcji pracy szkoły. Wprowadziliście e-dziennik jako pierwsi. Czy inne szkoły korzystają z waszych doświadczeń? B.F.: Zdarzało się, że koledzy rozmawiali ze mną na temat wprowadzanego dziennika elektronicznego. Oczywiście chętnie dzielę się swoimi doświadczeniami, jednak każdy, według mnie, musi wypracować własną procedurę wdrożeniową. Każdy z nas jest inny, pracujemy z innymi radami pedagogicznymi. Każda szkoła ma swój charakter i to wymaga wypracowania własnych rozwiązań. Co z rodzicami, którzy nie mają dostępu do Internetu? B.F.: Relacje rodzic - szkoła, czy też szkoła - rodzic nie muszą się zmieniać. Cieszymy się z wizyt rodziców w szkole. Podczas nich chętnie udzielamy wszelkich niezbędnych informacji, m.in. na temat ocen czy frekwencji. Jest to o tyle łatwiejsze, że nie musimy szukać dziennika, zabierać go z lekcji. Zarówno wychowawca, jak dyrektor czy pedagog, mają szybki dostęp do tych informacji. Jak wdrożenie e-dziennika przyjęli uczniowie? B.F.: Słyszałam takie określenie, że to diabelski pomysł, ale myślę że jak każda zmiana niesie ze sobą na początku opór i niechęć, tak było i z e-dziennikiem. W tej chwili uczniowie również dostrzegają zalety systemu. Sami na bieżąco monitorują nie tylko oceny czy frekwencję, ale także chociażby zapowiedziane sprawdziany oraz zadania domowe zapisane w systemie. Czy to prawda, że e-dzienniki sprawdzają się tylko gdy uzupełniane są na bieżąco?

Pytał Pan o fundusze - jak widać na razie poradziliśmy sobie prawie bez ponoszenia dodatkowych kosztów (oczywiście nie licząc pracy informatyków). Na pewno nie unikniemy ich podczas eksploatacji sprzętu, ale jest to chyba oczywiste.

B.F.: Wypełnianie dziennika (obojętne jakiego) jest obowiązkiem nauczyciela. To taka lista obecności w pracy i oczywistym jest, że choćby z tego powodu powinna być na bieżąco uzupełniana. Z drugiej strony, jeżeli dostęp do systemu mają również uczniowie i ich rodzice, to nieprofesjonalnym jest nieuzupełnianie e-dziennika na bieżąco. Według mnie zatraca się wtedy sens prowadzenia e-dziennika i opowiadania, że wszystkie dane można z niego odczytać „od razu”.

Czy był opór wśród nauczycieli?

Ile kosztuje dostęp do danych?

B.F.: Na pewno część nauczycieli nie była zachwycona, ale tak naprawdę wdrożenie systemu wyniknęło z opracowywanej na początku ubiegłego roku szkolnego przez całą społeczność szkolną (nauczycieli, uczniów i ich rodziców) koncepcji pracy szkoły na najbliższe pięć lat. Właśnie wtedy w anonimowych ankietach część nauczycieli zauważyła taką możliwość, a nawet konieczność. Wpisaliśmy to do wspomnianej koncepcji i teraz tylko realizuje-

B.F.: Dostęp podstawowy, czyli sprawdzanie terminarza, planu lekcji, modułu wiadomości jest bezpłatny. Rodzice, chcąc na bieżąco śledzić poczynania edukacyjne (oceny i frekwencję) swoich pociech, muszą zapłacić firmie Librus, z usług której korzystamy - 22 złote (rodzeństwo 32 złote). Do 15 grudnia 2012 roku przedłużono nam promocję, która polegała na tym, że opłaty uiszczane poprzez listy aktywacyjne w szkole obniżono o 2 złote.

B.F.: Firma Librus, której systemu używamy przechowuje dane pozyskane z e-dziennika na serwerach zewnętrznych. Dane te zapisywane są w czasie rzeczywistym na 4-5 serwerach, kopiowane są na następny serwer co godzinę i dodatkowo jeszcze raz dziennie przenoszone są na serwer firmowy. Procedury postępowania z danymi osobowymi zastosowane w elektronicznym dzienniku są analogiczne jak sposób postępowania z danymi przetwarzanymi przez banki. Także oceny naszych uczniów i dane o ich frekwencji leżą sobie gdzieś obok danych zwierających konta bankowe z zawartością klientów bankowych. Jestem przekonana, że dane osobowe zapisane w systemie kontroli frekwencji i postępów w nauce uczniów Zespołu Szkół nr 2 im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego w Ełku są zabezpieczone na najwyższym poziomie. Rozmawiał: Robert Klimowicz

CENTRUM KSZTAŁCENIA ZAWODOWEGO Starostwo Powiatowe w Ełku otrzymało opis koncepcji architektonicznej dotyczącej inwestycji pn. „Budowa i doposażenie bazy kształcenia w Centrum Kształcenia Praktycznego i Ustawicznego w Ełku przy ulicy Koszykowej”. Celem zadania jest zaprojektowanie budynków szkolnych, warsztatowych i hali sportowej. Istniejące budynki szkolne zostaną przebudowane i rozbudowane. Sala gimnastyczna zostanie zburzona, a następnie w jej miejscu powstanie nowoczesna hala sportowa z siłownią i podziemnymi garażami. W kompleksie warsztatowym przewiduje się budynek warsztatowy z częścią socjalną i magazynową z dwiema kondygnacjami naziemnymi. Powstaną następujące działy: mechaniki samochodowej, mechaniki ogólnej, elektryczny, budowlany i stolarnia z wydzielonymi stanowiskami do nauki praktycznych umiejętności tzw. pracownie. Na parterze budynku planowany jest dział mechaniki samochodowej i mechaniki ogólnej, a na piętrze - dział budowlany i stolarnia. W skład budynku wchodzi Stacja Kontroli Pojazdów. Na projektowanym terenie powstanie boisko do koszykówki. Wejście główne do obiektu lokalizuje się od strony ulicy Koszykowej. W poziomie wszystkich kondygnacji zaprojektowano łazienki dla osób niepełnosprawnych. Na klatkach schodowych planuje się zamontować windę (budynek warsztatowy) lub platformę (budynki szkoły) z przeznaczeniem dla osób niepełnosprawnych. We wszystkich budynkach zastosowane zostaną alternatywne źródła energii. Głównym założeniem projektantów było stworzenie obiektu oświatowego jako unikalnego, będącego symbolem miasta, ale również funkcjonalnego i nowoczesnego. Z uwagi na monotonność istniejącej architektury, zamierzeniem projektantów jest przełamanie tej tendencji przez ekspresyjną, nowoczesną bryłę. Ideą przewodnią jest ukazanie w czytelny sposób przynależności budynków do czasów w jakich zostały zaprojektowane. Wykorzystując możliwości współczesnych technologii oraz dostępny materiał projektuje się bryłę nowoczesną, a zarazem prostą w swoim przekazie. W ten sposób powstanie unikalny charakter inwestycji, który ściśle związany jest z funkcją obiektu.


6/2012

6

U

rodziłam się w Augustowie w roku 1933 – dziś mam 79 lat. Wspomnienia z dzieciństwa powoli się zamazują, niemniej te z końca wojny są jeszcze wyraźne. Bo choć ze względu na młody wiek nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego co się dzieje, to sam fakt opuszczenia rodzinnego domu i znalezienia się w strasznym miejscu odcisnął swoje piętno … Wywieziona byłam z Augustowa z rodzicami i rodzeństwem – siostrą urodzoną w roku 1935, pięcioletnim bratem i najmłodszą z nas, roczną jedynie siostrzyczką. Ja miałam wówczas 11 lat, które skończyłam 5 czerwca.

Wywózka Było to na pograniczu sierpnia i września 1944 roku. Chyba w ostatnich dniach sierpnia. Niemcy chodząc od domu do domu, ulica po ulicy, oznajmiali ludziom, żeby się pakowali i szli na miejsce zbiórki, że bezdyskusyjnie musimy opuścić miasto. Wywózki były przez nich organizowane wcześniej … ale nigdy na taką skalę. Z tego co pamiętam, tym razem było inaczej. Wypędzono nas na plac Hitlera. Gdy tam przyszyliśmy było już mnóstwo ludzi. Na placu stały furmanki, które jak nietrudno było się domyśleć, miały wywieść zgromadzonych ludzi z miasta. Były inne niż te jakie dziś znamy – rolnicze. To były bardziej platformy na kołach. Nie miały „boków” ani poręczy, były całkowicie odsłonięte. Ponieważ ojciec był rolnikiem, miał pole 7 km za miastem, miał konia i własną furmankę, więc spytał, czy może je zabrać. Niemcy bez problemu się zgodzili. Gdy zapakowano wszystkich ludzi ruszyliśmy. Nikt nie wiedział dokąd, ani po co. Z Augustowa wyruszyło co najmniej piętnaście furmanek. Ludzi było naprawdę dużo, szczególnie dzieci. Kto tylko mógł zabrał swój najcenniejszy dobytek, co tylko był w stanie w pospiechu wziąć w ręce. Moi rodzice zabrali trochę jedzenia i … kołdrę puchową. Dla nas. Przydała się później, i to bardzo.

Droga Jechaliśmy przez Żarnowo, Jeziorki, Rutki, Reszki do Borzym. Na wozach były głównie dzieci i starsi. Młodzi szli obok, moi rodzice także. Szybko zorientowaliśmy się w jakim kierunku zmierzamy – do Prus. Wzbudzało to niepokój. Ludzie zastanawiali się i pytali coraz częściej - czemu nas wiozą do Niemiec? Co oni z nami zrobią? Następną za Borzymami miejscowością było niemieckie Katrynowo. Tam nocowaliśmy. Mężczyznom kazano iść gotować posiłek dla całego pochodu. Pamiętam, że dostaliśmy kaszę manną. Do wielkiego kotła wsypano ją z worka … porobiły się grudy … no ale smakowało całkiem nieźle. Położyliśmy się spać w pustych oborach na słomie. Następnego dnia ruszyliśmy dalej, w kierunku Prostek. Wkrótce okazało się, że docelowym miejscem podróży były Bogusze. Nikt nie miał odwagi zapytać eskortujących nas Niemców po co nas tam wiozą. Co prawda nazwa Bogusze niewiele nam mówiła, to jednak z czasem zaczęły pojawiać się plotki o lagrach i że ludzie tam giną jak w gettach. W Prostkach przywitały nas Niemki – Mazurki. Mówiły do nas po polsku bez ogródek, ale z wyczuwalnym współczuciem: No jo, będzie to już po was. Rodzice zaczęli płakać, inni zaczęli płakać. Wszyscy bardzo się denerwowali … byli przekonani … wiozą nas na stracenie! Niektórzy dorośli panikowali. Jedna z Niemek podeszła do mamy. Dała jej blachę ciasta. No jo matka – powiedziała – będziesz miała co swoim dzieciom dać. Druga Niemka dała komuś ogórki, trzecia też jeszcze coś wrzuciła … chciały pomóc jak tylko mogły, jak tylko umiały. Świetnie zdawały sobie sprawę czym są Bogusze i co może się tam z nami stać. Podczas całej drogi pilnowali nas Niemcy, szli obok, wzdłuż całego pochodu. Zachowywali się całkowicie obojętnie, tak jakby nas wcale nie było. Nie reagowali, nie przeszkadzali, nie krzyczeli do Niemek, że nie wolno … było im dalej wszystko jedno. Mieli za zadanie tylko nas doprowadzić na miejsce. I doprowadzili, zobaczyliśmy obóz – był ogromny – wkrótce minęliśmy jego bramę.

Obóz Gdy przekraczaliśmy obozową bramę, siostry zakonne, które jechały ściśnięte na jednej z pierwszych furmanek, zaczęły śpiewać: „Kiedy ranne wstają zorze”. Dzieci śpie-

NIKT NIE WIE PO CO …

Ze wspomnień Krystyny Niedźwiedzkiej

wały razem z nimi. Dla nas, niezdających sobie sprawy z tego gdzie się znaleźliśmy, były to raczej radosne chwile. Śpiew odbieraliśmy jako coś pozytywnego … moi rodzice jednak płakali. Oni się bali. Zawieźli nas do sektora bez zabudowań. Trawa otoczona drutem kolczastym. Obóz był duży. Może dalej były jakieś budynki, sanitariaty … nie u nas i nie w najbliższym sąsiedztwie. Dopiero później zobaczyliśmy, że są tam ziemianki. Wyścielone starą, zgniłą już słomą, nie nadawały się do użytku. Przy pierwszym deszczu uciekliśmy stamtąd … dodatkowo oblazły nas, gnieżdżące się w tej słomie, natrętne i dokuczliwe muszki. Zdecydowanie lepiej już było spać pod gołym niebem. Na szczęście pozwolili ojcu zatrzymać konia i jego furmankę, więc mogliśmy pod nią spać. Tatuś dodatkowo zbudował z patyków i trawy taką ściankę przy furmance, która chroniła nas przed wiatrem. Nie było źle. Przez cały okres pobytu w obozie było ciepło, czasem padał deszcz, ale było ciepło. Jak cała późniejsza jesień. Obok zaczynały się sektory z jeńcami wojennymi. Tam też nie było budynków, a jedynie ziemianki, z których co jakiś czas wyglądali więźniowie w zniszczonych pasiakach. Wyglądali strasznie. Brudni, nieogoleni, pozbawieni sił i chęci do życia. Często wychodzili z ziemianek na czworakach, bo schorowani lub wycieńczeni nie byli w stanie się podnieść. Tylko niektórzy z nich trzymali się dłońmi drutów i patrzyli, obserwowali nas przez cały okres naszego pobytu. My obserwowaliśmy ich, ale nigdy nie zdarzyło się, aby ktoś rozmawiał. Może dlatego, że pomiędzy sektorami i drutami czasem chodzili hitlerowcy, którzy ich pilnowali? Było tam jakoś dziwnie cicho. Nikt nie rozmawiał, nie krzyczał, nie było słychać strzałów, czy jęczenia schorowanych i cierpiących ludzi. Nie było też jakiegoś rytmu dnia, nie było porannych apeli, jakby świat zapomniał o tym miejscu. Do nas Niemcy przyjeżdżali tylko w ciągu dnia, do nich bardzo różnie, czasem w dzień, zawsze w nocy. Gdy zajechaliśmy, kazano nam wysiadać. Furmanki odjechały, Niemcy którzy dotychczas nas pilnowali odeszli. Zostaliśmy sami sobie. Nikt nas nie pilnował. Jeńcy byli pilnowani cały czas, my nie, nawet przez moment. Już pierwszego dnia, po południu, ktoś przeciął druty

i po prostu wyszedł z obozu. Poszedł przed siebie i nikt go nie zatrzymywał. Nikogo też nie obchodziło uszkodzone ogrodzenie – a nie był to jeden drut. Były one rozciągnięte w pasmach odległych od siebie około metra. Jeszcze tego samego dnia, zupełnie nieświadomie, razem z koleżanką także przeszłam przez druty. Niedaleko od ogrodzenia rosły żółte śliwki – mirabelki. My po prostu poszłyśmy je nazbierać. Zaraz potem wróciłyśmy. Nikt nas nie zatrzymywał, nikt nie krzyczał, nikt nie reagował. Mimo to rodzice byli źli. Zabronili nam zbliżać się do tego przejścia. Bali się, że ktoś jednak może to zauważyć i strzelić. Niemcom pilnującym jeńców taka nasza swoboda mogłaby się nie spodobać. Gdzieś po dwu, trzech godzinach naszego pobytu przyjechał do nas samochód wojskowy. Wyszedł z niego jakiś oficer niemiecki i rozkazał policzyć ile jest dzieci. Przez zgromadzony tłumek przeszedł szmer niepokoju. Po co im to wiedzieć? Co oni chcą zrobić naszym dzieciom? Może podać mniejszą liczbę, tak przynajmniej kilkoro uda się uratować … no tak, ale co mogą nam zrobić jak odkryją kłamstwo? W końcu policzono dzieci i podano prawidłową ich liczbę. Niemiec wziął kartkę z zapisaną liczbą i odjechał. Nikt nie wiedział co będzie jak wróci. Pozostało mieć nadzieję, że nic złego. Wrócił gdzieś po około dwóch godzinach. Poprosił mężczyzn do siebie, aby podeszli do samochodu … i wydał im kartony, w których były suchary dla wszystkich będących w obozie dzieci. Każdy z nas dosłał po paczce sucharów. Gdy rozdano cały zapas Niemiec zapewnił, że wkrótce dostaniemy obiad. Z niecierpliwością czekaliśmy na jakiś ciepły posiłek. Czas oczekiwania na obiad wypełniała nam gra w klasy, dorośli siedzieli na trawie i rozmawiali – cały czas dominowało pytanie: po co nas tu przywieźli? Nikt nie wiedział po co … Długo nie czekaliśmy. Przyjechała kuchnia polowa. Dali nam miski, łyżki i zupę brukwiową. Do tego rozdali blachy z chlebem – chleb nie był taki jak dziś, okrągły, tylko w blachach. Zapowiedzieli, że na drugi dzień też dostaniemy obiad. I tak było. Kuchnia przyjeżdżała codziennie. Jedzenia było dla nas coraz więcej … bo ludzi było coraz mniej. Ośmieleni tym, że nikt nie pilnował, nie reagował i nie naprawiał ogrodzenia, jak tylko się ściemniało coraz to kolejni przechodzili na wolność i szli gdzieś przed siebie, nie oglądając się na miejsce w którym nie chcieli być. My zostaliśmy. Ojciec nie chciał zostawiać konia i furmanki. Poza tym … co z dziećmi? A jak ktoś ruszy w pogoń? Jak uciekać z dziećmi? Co będzie jak złapią? Uciekało codziennie kilka osób. Po dwóch tygodniach, bo tyle czasu byliśmy w obozie, zostało niewielu. W końcu Niemiec, który przywoził nam obiad powiedział wprost – wy nie jesteście pilnowani, możecie stąd wyjść i jechać dokąd chcecie. Skoro tak, to po co nas tu przygnano? – ktoś odważył się w końcu i spytał. Chroniliśmy was przed wrogiem – usłyszeliśmy w odpowiedzi – zabraliśmy was, by chronić przed Rosjanami.

Wracamy do domu Ojciec wówczas stwierdził, iż nic tu po nas, że wracamy. Załadowaliśmy się na furmankę i ruszyliśmy do domu. Do wieczora dojechaliśmy do wsi Pomiany. Tam poszliśmy do pierwszej lepszej rodziny z prośbą o nocleg. Bali się. Nie wiedzieli kim jesteśmy, co tu robimy i skąd przyszliśmy. Po ponad dwu tygodniach bez mycia, zmiany ubrań, dobrego posiłku musieliśmy wyglądać bardzo nędznie. Po dwóch tygodniach bez wody miałam wrażenie, że brud nas dosłownie żarł do żywca, aż do krwi. W końcu znaleźliśmy miejsce, w którym mogliśmy się zatrzymać. Musieliśmy zostać tam kilka dni, bo nie wiedzieliśmy czy uda nam się dostać do Augustowa. Dochodziły do nas pogłoski, że wojna jest tuż, tuż. Było jednak spokojnie. Nie było słychać odgłosów walki, strzałów, bombardowań. Tylko tatuś ciągle pilnował konia, który stał się jakiś niespokojny. Jak pies za ojcem chodził i była obawa, że jak zostanie sam to jeszcze kogoś stratuje. Któregoś dnia jak byliśmy w Pomianach słyszałam jak tatuś rozmawiał z mamą na temat obozu. Chyba często na ten temat rozmawiali. Mówił o jeńcach: wiesz co, tam chyba ich dużo umierało, bo każdej nocy przyjeżdżał samochód, ładowali ich ciała i gdzieś wywozili. W dzień nie, tylko w nocy. Ty wiesz – mówił – ilu ich wywieźli. Noc w noc, przez dwa tygodnie … Myślałam wówczas - Ci jeńcy nie wyglądali jak ludzie, wyglądali strasznie, ale to byli ludzie. Opracowanie: Robert Klimowicz

POWIAT.ELK.PL 7

WYBITNI MIESZKAŃCY POWIATU EŁCKIEGO

CZŁOWIEK ZE SKÓRZANĄ TECZKĄ Człowiek ze skórzaną teczką Świetny nauczyciel ze skórzaną teczką w ręku, etnograf przemierzający na rowerze ziemię mazurską ze skrzypcami pod pachą – tak właśnie Jana Kaweckiego zapamiętała rodzina i jego współpracownicy. Z zawodu pedagog, a z powołania społecznik żył w latach 1903 – 1977. Pozostawił po sobie niesamowite wspomnienia, zdjęcia i pamiętniki, dzięki którym historia Mazur i gminy Stare Juchy staje się bardziej znana. Urodził się 5 stycznia 1903 roku w Suchej Beskidzkiej koło Żywca. Był to teren ówczesnego zaboru austriackiego, gdzie warunki kształcenia były bez porównania lepsze niż w innych zaborach. Nic więc dziwnego, że po zakończeniu I wojny światowej świetnie wyedukowani pedagodzy byli przenoszeni na tereny, gdzie oświata i kultura wyraźnie kulały. Tak góral trafił najpierw do Wilna, Grodna i Białegostoku, a potem do Knyszyna i w końcu do Starych Juch. Zauroczony pięknem Mazur pozostał w tym regionie już do śmierci. - Gdzie nie osiadał, wszędzie zbierał materiały etnograficzne – wspomina wieloletni znajomy Jana Kaweckiego, Zygmunt Kałmucki. - On to kochał, lubił znać historię i tradycje regionu, w którym aktualnie mieszkał. W liście do przyjaciela w 1956 roku Jan Kawecki pisał: „... wędruję nadal po moim terenie i zbieram, szukam, łażę, bo to już resztki, a i te uciekają.” To dzięki niemu znamy dziś blisko 500 pieśni ludowych, w tym około 300 mazurskich. - Przydział dostał na motorower, do dziś go mamy na pamiątkę, miał taką skórzaną kurtkę i jeździł w niej po terenie, tak poznał Mazury – opowiada Danuta Kawecka, synowa pana Jana. - Zajmował się ludźmi, którzy zostali na Mazurach, a były tam i polskie nazwiska. On ich wszystkich poznawał, spisywał ich legendy, spisywał nuty piosenek, które śpiewali. Angażował ich w ogniska muzyczne, w chór, Mazurzy go lubili, mimo że był Polakiem. On znał niemiecki, więc oni po niemiecku i po mazursku rozmawiali. To, co robił tutaj Jan Kawecki, było ważne. Trzeba pamiętać, że były to lata powojenne, kiedy między Polakami a Mazurami było mnóstwo wrogości i wzajemnych pretensji. - A ten Kawecki ich tak fajnie jednoczył wszystkich z nami, że nie było tam jakiś antagonizmów – dodaje pani Danuta. - On naprawdę wokół siebie wszystko skupiał i ciągle coś robił, nawet jak miał wakacje. Przez wiele, wiele lat ludzie pamiętali mojego teścia. Można z nim było porozmawiać o wszystkim, mimo że wzbudzał respekt.

- Pamiętam, że nawet jak byliśmy już w szkole średniej, to jak ktoś miał problem, jechał właśnie do pana Kaweckiego – mówi pani Danuta. - Nawet w takich czasem intymnych sprawach. Była nas paczka młodzieży. Jak przychodziliśmy do syna pana Kaweckiego, to czuło się jednak ten respekt, tu musieliśmy się inaczej zachować, byliśmy bardziej skrępowani, chociaż on nas wszystkich znał i lubił. Był taki, że zachowywał ten dystans, a jednocześnie się go lubiło. A już później, chociaż miał już swoje lata, to nie widziałam go, żeby siedział bezczynnie w fotelu. Miał na górze swój pokoik, w którym pisał książki, malował, coś szkicował, albo nuty pisał.

Nie tylko miłośnik regionalnej kultury, ale również nauczyciel, który umiał pozyskać sympatię i zaufanie młodzieży W pamięci ówczesnych mieszkańców Starych Juch Jan Kawecki zapisał się nie tylko jako zapalony etnograf, ale przede wszystkim jako wspaniały nauczyciel. - Zawsze szedł do szkoły z taką skórzaną teczką, całe życie z tą samą – opowiada Danuta Kawecka, najpierw uczennica, potem synowa. – Miał ulubioną marynarkę, zawsze schludny, elegancki, a przy tym taki skromny. To był niesamowity nauczyciel. Nie bił, nie krzyczał, ale wzbudzał w nas respekt i szacunek. Miał taki autorytet, że jak szedł, to panował od razu spokój i porządek nie tylko wśród uczniów, ale i wśród nauczycieli, mimo że nie był dyrektorem szkoły. Uczył nas geografii, polskiego, rysunku, muzyki, ale oprócz tego, w międzyczasie, nawet nie wiadomo kiedy, mówił, jak mamy się zachować przy stole, patrzeć na ludzi i odbierać świat oraz jakie są zasady. Wszystko to wiemy od niego. Organizował nam wiele zajęć. To dzięki niemu pojechaliśmy do radia, planetarium, filharmonii czy zwiedziliśmy Olsztyn, Malbork, Toruń, a przede wszystkim wzdłuż i wszerz naszą najbliższą okolicę. Nie wiem, jak on to robił. Był tak lubiany, a jednocześnie w ryzach nas trzymał niesamowicie. Nawet gdy mając 30 kilka lat, paliłam papierosy i byłam już jego synową, to przy nim nigdy nie wyjęłam papierosa. Niesamowity człowiek. Pracował w szkołach: w Raduniu koło Lidy, w Łomży i Krynkach, prowadząc jednocześnie wszechstronną działalność kulturalno-oświatową wśród młodzieży (zespoły muzyczne, chóry, koła plastyczne). Po wyzwoleniu we wrześniu 1944 r. organizował polską szkołę w Rybnikach, a w 1945 roku Uniwersytet Ludowy w Krasnem (województwo białostockie). W 1949 roku założył w Starych Juchach pierwsze w województwie białostockim Wiejskie Ognisko Muzyczne. W tym to mniej więcej okresie spotkał go Zygmunt Kałmucki. Oto, jak go wspomina. - Pan Jan pracował w szkole w Starych Juchach, ja w szkole w Grabniku - opowiada. - Kawecki miał wtedy około 50 lat, my dużo młodsi, więc był dla nas autorytetem. Był to człowiek niezwykle pracowity, zdolny, z poczuciem odpowiedzialności za nas, młodych. On kończył seminarium nauczycielskie przed wojną, a my byliśmy po liceach pedagogicznych, nie w pełni wykwalifikowani i niedoświadczeni. Pan Jan czuł się w obowiązku, żeby nam jak najwięcej przekazywać wiedzy i doświadczenia. Był surowym krytykiem. Zwracał uwagę na wygląd zewnętrzny nauczyciela, na jego postawę życiową. Nauczyciel miał być wzorem dla innych członków społeczności. W kontaktach codziennych był wymagający, ale jeżeli widział, że ktoś jest dokładny, obowiązkowy, lubił go. Nie lubił natomiast, i szybko wyczuwał ludzi, którzy pływali po temacie. Takim było u niego ciężko. Wyma-

gania miał także wobec uczniów. Cenił u nich dokładność wykonania, np. zeszyt do zajęć technicznych miał być estetyczny i czytelny. Cieszę się, że takiego człowieka spotkałem, a szczególnie wtedy, kiedy startowałem w zawodzie nauczyciela.

Ocalał od zapomnienia Pod koniec 1947 roku Jan Kawecki wybrał na Ziemiach Odzyskanych Stare Juchy na siedzibę Uniwersytetu Ludowego i tu został przeniesiony. Zadaniem tej placówki była repolonizacja młodzieży mazurskiej i przygotowanie jej do nowych warunków życia i współżycia z ludnością osadniczą. W owych czasach była to praca pionierska, nie pozbawiona ryzyka i odwagi. Do chwili likwidacji Uniwersytetu w Starych Juchach, w 1952 roku, przeszkolono i przygotowano do pracy oświatowo-społecznej około 260 osób. - Jeździł rowerem, kierował nim jedną ręką, ze skrzypcami pod pachą – wspomina Zygmunt Kałmucki. – Jeździł do Mazurów, żeby śpiewali mu swoje piosenki, a on próbował szybko złapać te nuty i zapisać. Nigdy więcej nie spotkałem w życiu człowieka tak dalece zaangażowanego w sprawy regionu. Jako malarz amator malował głównie pejzaże mazurskie i suwalskie akwarelą, pozostawił też szereg rysunków zabytkowych chat mazurskich i innych obiektów. Jan Kawecki nie tylko zbierał materiały, pisał także i publikował liczne prace. Będąc na emeryturze nie zaniedbał pracy publicystycznej, a wręcz przeciwnie był pochłonięty pracą badawczą. W 1970 roku w konkursie Centralnej Komisji do spraw Upowszechniania Kultury za napisany pamiętnik zdobył II nagrodę. Niemal do końca życia walczył z miejscową władzą o zachowanie wspaniałej architektury mazurskiej, wkomponowanej w całość zabudowy Starych Juch. Korespondował z Ministrem Kultury i Sztuki, profesorem Wiktorem Zinem. Minister w porozumieniu z Urzędem Wojewódzkim mianował go społecznym kustoszem zabytkowej architektury Starych Juch. - Zawsze miał swoje poglądy i nie zawsze podobał się władzom – mówi Danuta Kawecka. -Bardzo się denerwował, jak rozbierano te mazurskie budynki. Przez jakiś czas był społecznym kuratorem zabytków z upoważnienia ministra kultury, żeby móc interweniować w takich sprawach, choć władze nie chciały go słuchać. Już samo to, że działał, nie podobało się. - Poza zbieractwem folkloru mazurskiego interesowała go również ochrona przyrody – dodaje Zygmunt Kałmucki. - Nie daj Boże, jak ktoś wyciął np. zabytkową lipę, tyle krzyku robił w gminie. Pilnował wszystkiego, dlatego nie wszyscy go lubili.

Sport też… Zajmował się również turystyką i sportem. Wniósł duży wkład w rozwój Ludowych Zespołów Sportowych na terenie gminy. Do tej pory nie bardzo wiadomo, jak znalazł czas i na to. - W LZS był formalnym członkiem zarządu – opowiada pani Danuta. - Zakładali drużynę piłkarską, on musiał tam być, chodził na mecze. Potem zaczęli organizować biegi przełajowe. I później przez dwadzieścia kilka lat te biegi były nazwane jego imieniem. Moi następcy nazwali je teraz inaczej.

A w domu… Miłością do kultury regionu zaraził także członków swojej rodziny. Dzieło dziadka przejął jego wnuk, Michał. - Opowiadał jak dziadek zabierał go na dworzec kolejowy i pokazywał mu parowozy – wspomina pani Danuta - I tak w niego to zaszczepił, że Michał miłośnikiem kolei jest do dziś. Podobnie było z turystyką i z zamiłowaniem do ziemi mazurskiej. Michał to „encyklopedia mazurska”, on każdą dróżkę zna, sama korzystałam z jego pomocy przy pisaniu monografii gminy. Zawsze nam wymyślał jakieś zajęcia, nie było tak, żeby jakieś głupoty do głowy nam przychodziły. I tradycji bardzo pilnował, niczego nie mogło zabraknąć np. w święta. Na choince wisiała bombka z orłem w koronie, pilnowaliśmy jej jak oka w głowie, żeby się nie stłukła, bo dziadek miałby za złe. Wielki patriota, nie daj Boże flagi nie powiesić, to w nas zostało. Był taki czas, kiedy w Starych Juchach tylko u nas wisiała flaga na święta narodowe. Dokończenie str. 8


6/2012

8

WYBITNI MIESZKAŃCY POWIATU EŁCKIEGO

Jan Kawecki zmarł 29 grudnia 1977 roku w Warszawie, pochowany został na cmentarzu w Starych Juchach. Rada Gminy Stare Juchy doceniła jego zasługi i jego imieniem nazwała Gminny Ośrodek Kultury w Starych Juchach. Wiele cennych dokumentów i materiałów żona Pana Jana przekazała do Ośrodka Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie. Publikacje Jan Kawecki napisał i opublikował blisko 100 artykułów zamieszczanych w prasie olsztyńskiej („Słowo na Warmii i Mazurach”, „Komunikaty Mazursko-Warmińskie”), białostockich „Kontrastach” i ogólnopolskiej „Literaturze”. Do najważniejszych jego prac należą: „Stare Juchy – 500 lat osady” (1966) i „Ełk – z dziejów miasta i powiatu (1970) – współautor. Wśród niewydanych materiałów znalazła się monografia parafii Stare Juchy. Pozostawił materiały do historii szkolnictwa w powiecie ełckim i projekt przewodnika po Starych Juchach. Nagrody i wyróżnienia • Nagroda województwa białostockiego (1957) • I nagroda w Olsztynie w konkursie na kronikę wiejską • II nagroda w konkursie Centralnej Komisji ds. Upowszechniania Kultury za napisany pamiętnik (1970) Ciekawostki Był propagatorem twórczości Michała Kajki, podejmował działania mające na celu zorganizowanie Muzeum Kajki w Ogródku. Protestował, gdy pisano o rzekomej „niemieckości” Kajki. Spowodował, że Melchior Wańkowicz w kolejnych wydaniach „Na tropach Smętka” usunął nieprawdziwe opinie o rodzinie Kajki. Odkrył też mazurską śpiewaczkę ludową Charlottę Ludorf, u której ekipa Państwowego Instytutu Sztuki PAN zarejestrowała na taśmie magnetofonowej ponad 100 oryginalnych pieśni i opowiadań mazurskich. Agnieszka Żukowska i Magda Kołodziej

kolarza województwa białostockiego. W tych latach był etatowym reprezentantem Polski. Do jego wielkich osiągnięć należy zaliczyć wielokrotne starty w wyścigach na terenie całej Europy, w tym bardzo udany start w Wyścigu Dookoła Anglii. Sześć razy startował w Tour de Pologne, był jedenasty i trzynasty na Mistrzostwach Polski w wyścigach szosowych, szósty w Mistrzostwach Polski Seniorów w wyścigu na dochodzenie. W 1969 roku został wicemistrzem Polski w przełajach. Dwukrotnie wygrał Wyścig Dookoła Województwa Białostockiego, raz był drugi. Wygrywał wiele lokalnych wyścigów. Cztery razy znajdował się na liście plebiscytowej najlepszych sportowców Białostocczyzny.

14 lipca 1953 roku, mimo deszczu, w miejscu startu I Wyścigu Dookoła Województwa Białostockiego pojawiły się tłumy. Wśród kolarzy rywalizujących w dwóch klasach: wyczynowej oraz turystycznej, zjawili się zawodnicy reprezentujący drużynę z Ełku - klub Spójnia Ełk: Janusz Zimiński, Zdzisław Janion, a przede wszystkim Bronisław Nerko występujący gościnnie w barwach ełczan (był zawodnikiem Spójni Kolno). Zdominowali wyścig w klasie turystycznej.

O TYM, CO ZAPOMNIANE – EŁCKIE KOLARSTWO Bronisław Nerko wygrał sześć spośród ośmiu etapów, w tym ten z metą w Ełku. Bezapelacyjnie wygrał cały wyścig, Janusz Zimiński był szósty. Drużynowo Spójnia Ełk zajęła drugie miejsce. Warto przypomnieć, iż Bronisław Nerko był uważany za jednego z najbardziej utalentowanych kolarzy ówczesnej Polski. Niestety jego śmierć w wyniku nieszczęśliwego wypadku, do którego doszło na treningu 13 lipca 1955 roku, zakończyła świetnie zapowiadającą się karierę w wieku 22 lat. Od 1965 roku aż do 1988 roku odbywały się coroczne memoriały jego imienia. W następnym, 1954 roku, w ekipie z Ełku nie występowali już goście. Klub Budowlanych Ełk reprezentowali: Mariusz Dziekanowski, Tadeusz Sztamber i Piotr Szyszko. Niestety ełczanie nie odegrali kluczowych ról w tym wyścigu, ale warto odnotować, iż zawodnicy rywalizowali już tylko w klasie wyczynowej. Klasa turystyczna różniła się od wyczynowej tym, że zawodnicy startowali na innych rowerach – zazwyczaj turystycznych bez przerzutki. W roku 1955, Zdzisław Janion wraz z Olgierdem Okuniewiczen wzieli udział w III Wyścigu Dookoła Województwa Białostockiego w klubie o nazwie Sparta Ełk. Nie udało im się odnieść w tym wyścigu sukcesu. Wkrótce potem Zdzisław Janion i Janusz Zimiński wyjechali z Ełku, aby ścigać się w jednym z białostockich klubów. Odejście tych zawodników nie zakończyło kolarstwa w Ełku. Jerzy Kłoszewski, jeden z najwybitniejszych trenerów polskiego kolarstwa wraz ze swoim wychowankiem Emilem Sawickim oraz Konstan-

tym Gajewskim stworzyli klub, który przez najbliższe prawie pięćdziesiąt lat był znaczącą siłą kolarstwa w północno-wschodnim regionie kraju, klub który wychował liczących się w kraju, a nawet na świecie, kolarzy. W latach 1956 – 1957 ełccy zawodnicy startowali pod nazwą LZS Ełk (Ludowe Zrzeszenie Sportowe), a od 1958 roku, aż do 1973 roku pod nazwą LZS ZIM Ełk (LZS przy Zakładach Instalacyjno-Montażowych w Ełku). Ciekawą postacią był Konstanty Gajewski. Jeszcze pod koniec lat 90-tych odbywały się w Ełku wyścigi przełajowe – memoriał Konstantego Gajewskiego. Po każdym memoriale, na zakończenie wyścigu, zawodnicy chodzili na cmentarz i palili znicze na jego grobie, jako symbol pamięci i wdzięczności za wkład wniesiony w ełckie kolarstwo. Dla powstania i rozwoju ełckiego kolarstwa najbardziej znaczącą postacią był Emil Sawicki. Osiągał on sukcesy zarówno jako zawodnik, jak i trener, wychowując znanych w kraju zawodników. Niestety ten wybitny ełczanin zmarł 23 kwietnia 2000 roku po długiej i ciężkiej chorobie w wieku 64 lat. Miałem to szczęście poznać Emila Sawickiego. Mimo iż bardzo chore ciało odmawiało mu posłuszeństwa, znajdował w sobie cierpliwość do ludzi. Pamiętam jak młodzi chłopcy, którzy dopiero co trafili do kolarstwa dostali polecenie złożenia sobie roweru. Magazyn z częściami wyglądał jak jakieś gradowisko i czasem ciężko było się połapać gdzie co jest nawet doświadczonym zawodnikom. Emil Sawicki siadał z nimi i spokojnie tłumaczył jakie części do czego pasują, jak naprawić rower, jak go przygotować do wyścigu, aby był naszym sprzymierzeńcem, a nie wrogiem. Jednocześnie pojawiały się historie, anegdoty z wyścigów … poświęcał naprawdę dużo czasu każdemu z nas. W roku 1959 rozegrane zostały indywidualne mistrzostwa okręgu w kolarstwie, których organizatorem była ełcka sekcja LZS. W barwach ełczan wystartowali: Emil Sawicki, Paweł Świderski, Ryszard Kalinowski, Józef Bienasz, Józef Kapica, Inocenty Bogucki, Kazimierz Bańkowski oraz Jan Pietkiewicz. Ich trenerem był Jerzy Kłoszewski. To była grupa wybitnych kolarzy, z których kilku trafiło do grona najlepszych kolarzy w historii naszego kraju. Rok 1960 był rokiem Jana Pietkiewicza. Wygrywał wyścigi regionalne, a także plasował się w czołówce silnie obsadzonych wyścigów krajowych – m.in. zajął jedenaste miejsce w Górskich Mistrzostwach Polski. Był członkiem Kadry

POWIAT.ELK.PL 9

Narodowej Polski, a w 1963 roku jednym z kandydatów do startu w Wyścigu Pokoju. W roku 1960 był drugi w plebiscycie na najlepszego sportowca Białostocczyzny. Przypomnę, że Ełk do 1975 roku był częścią województwa białostockiego. W roku 1961 w regionalnych wyścigach kolarze LZS-u nie mieli sobie równych. Wygrywali drużynowo Wyścig Dookoła Województwa Białostockiego, czwarty był niepokorny Kazimierz Bańkowski – wielki talent, zawodnik który seryjnie wygrywał lokalne wyścigi. Zawodnik ten startował także w Tour de Pologne. W roku 1962 wygrał jubileuszowy Wyścig Dookoła Województwa Białostockiego – warto zaznaczyć, że wówczas całe podium należało do ełczan. Drugi był Emil Sawicki, trzeci Mikołaj Fiedorow. Mikołaj Fiedorow to kolejny wybitny polski kolarz. Poza sukcesami w lokalnych wyścigach, startował z powodzeniem w Tour de Pologne, gdzie w 1963 roku był jednym z najaktywniejszych kolarzy. W wieku zaledwie 20 lat został powołany do Kadry Polski seniorów. W plebiscycie na najlepszego sportowca Białostocczyzny w 1963 roku zajął trzecie miejsce. Spośród grupy zawodników z mistrzostw okręgu z roku 1959 na uwagę zasługuje także Józef Bienasz. Mimo, iż jako zawodnik nie odnosił takich sukcesów jak koledzy z drużyny, to już jako trener Gwardii Białystok i LKS Teka Prim Białystok zasłynął jako wychowawca wybitnych białostockich kolarzy. W roku 1962 kolejny ełcki kolarz odniósł sukces. Stanisław Dawidowski zdobył tytuł mistrza Polski LZS licencji III (w kat. juniorów), a rok później zdobył tytuł wicemistrza Polski LZS licencji III. Rok 1964, to rok kolejnego kolarza z tej grupy. Paweł Świderski został powołany do reprezentacji Polski na Międzynarodowy Wyścig Dookoła Bułgarii. Był niezwykle uzdolnionym wychowankiem Jerzego Kłoszewskiego. Apogeum osiągnięć sportowych przypadało na lata 196469, kiedy to był uznawany za najlepszego

Uznanie zyskują nie tylko zawodnicy. Jerzy Kłoszewski został trenerem koordynatorem reprezentacji Białegostoku w wyścigach międzynarodowych – po raz pierwszy na II Bałtyckim Wyścigu Przyjaźni w roku 1966. Później, często współpracował z kadrą narodową Polski. Emil Sawicki był mechanikiem drużyny na tym wyścigu, a rok później zostaje członkiem Zarządu Białostockiego Związku Kolarskiego. Warto przy tej okazji przypomnieć, że kiedy 5 stycznia 1973 roku zginął w wypadku chyba najlepszy trener w historii polskiego kolarstwa – Henryk Łasak, funkcję trenera kadry w przygotowaniach do mistrzostw świata objął jego najbliższy współpracownik, szef szkolenia PZKol – Wojciech Walkiewicz. Poprowadził wówczas polskich zawodników do zwycięstw w mistrzostwach świata roku 1973. Wojciech Walkiewicz był jednym z współtwórców ełckiego kolarstwa. W latach 1958-1963 był zawodnikiem i trenerem w klubie LZS ZIM Ełk. Początek lat siedemdziesiątych to eksplozja talentu kolejnego ełckiego kolarza. W 1971 roku drużyna ełckiego LZS wygrała w Szczytnie bardzo mocno obsadzony wyścig o Puchar Przewodniczącego Rady Narodowej. Indywidualnie błyszczał w wyścigu Władysław Jankowski, który ostatecznie zajął czwarte miejsce. Zawodnik ten był w czołówce nie tylko wyścigów okręgowych, ale także krajowych. Na przełajowych Mistrzostwach Polski Juniorów w Gdańsku zajął bardzo dobre szóste miejsce. W 1972 roku w plebiscycie na najlepszego sportowca Białostocczyzny zajął drugie miejsce. Bardzo dobra forma

umożliwia mu starty w wyścigach międzynarodowych – w wyścigu juniorskim w Wiedniu we wrześniu 1972 roku odniósł sukces zajmując trzecie miejsce (inny kolarz ełckiego LZS-u Jan Karaś był siedemnasty). Władysław Jankowski był też członkiem ełckiej drużyny, która w 1972 roku na Drużynowych Mistrzostwach Polski Juniorów zajęła czwarte miejsce. Drużyna pod kierunkiem trenera Emila Sawickiego wystartowała w składzie: Władysław Jankowski, Jan Karaś, Wiesław Wyrzykowski, Stanisław Osiecki. Władysław Jankowski pracował później także z kadrą narodową. Wymieniony przed chwilą Jan Karaś jest obecnie uważany za jednego z trzydziestu najwybitniejszych kolarzy Białostocczyzny. Ten niezwykle utalentowany wychowanek Emila Sawickiego w latach 1971 – 75 był czołowym kolarzem młodzieżowej kadry Polski. Z powodzeniem startował w Szwajcarii, Jugosławii i Czechosłowacji. W 1972 roku w juniorskim challenge’u był trzeci. W tym samym roku razem z Jerzym Kuczko (zawodnikiem Spółdzielca Hajnówka) zdobył Mistrzostwo Polski Juniorów Zrzeszenia Sportowego LZS. W 1974 i 1975 roku wygrywał wyścigi memoriałowe im. Michała Kajki, w 1975 roku zajął trzecią lokatę w Bałtyckim Wyścigu Przyjaźni. W 1976 roku w drużynie zajął drugie miejsce w wyścigu „Dookoła Austrii”. Również w tamtym roku wygrał bezapelacyjnie dwa wyścigi na Litwie. Ścigał się także w Afryce, gdzie w wyścigu Dookoła Algierii był piąty. W latach swoich startów wygrywał i plasował się na czołowych pozycjach w regionalnych i krajowych wyścigach kolarskich. W plebiscycie na najlepszego sportowca trzech województw – białostockiego, suwalskiego i łomżyńskiego w 1975 roku był pierwszy. Wierny jednej drużynie (nigdy nie zmienił barw klubowych) zakończył karierę w 1978 roku. W 1973 roku do Emila Sawickiego, w charakterze trenera dołączył Waldemar Grygo. Jednocześnie ełcki klub zmienił nazwę na LKS PRIM Ełk. Waldemar Grygo wkrótce potem wykazał się niezwykłymi zdolnościami trenerskimi. Wyławiał i szkolił całą plejadę młodych talentów, był także sprawnym organizatorem wielu imprez kolarskich.

W roku 1975 wśród wytypowanej czternastoosobowej ekipy najzdolniejszych zawodników, która miała reprezentować województwo białostockie na IV Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży, aż ośmiu kolarzy było z Ełku: Lech Gawędzki, Ryszard Żukowski, Andrzej Baranowski, Andrzej Persjanow, Andrzej Bućko, Jan Zalewski, Ireneusz Gawędzki, Tadeusz Pawlik. Trenerem koordynatorem całej grupy był Jerzy Kłoszewski, którego wspierali trenerzy klubowi ełckiego PRIM-u – Emil Sawicki i Waldemar Grygo. W grupie tej zabrakło Jana Zalewskiego, który przygotowywał się do innych zawodów. Został przełajowym mistrzem Polski, a później na przełajowych Mistrzostwach Europy Juniorów zajął dobre dziewiąte miejsce. Końcówka lat 70-tych, to „eksplozja talentu” dwóch pierwszych wychowanków Waldemara Grygo. Znaczące sukcesy zaczęli odnosić Dieter Kleinschmidt oraz Jan Wiejak. Pierwszy z nich największe osiągnięcia miał w wyścigach przełajowych. Należał do ścisłej czołówki krajowej. W Mistrzostwach Polski Seniorów w 1979 roku zajął szóste miejsce, w 1980 roku – ósme miejsce, w 1982 roku – ósme miejsce, w 1984 roku – siódme miejsce. Dieter Kleinschmidt był trzeci w plebiscycie na najpopularniejszego sportowca białostocczyzny w roku 1979. Dieter Kleinschmidt miał w ełckim klubie godnego rywala w osobie Jana Wiejaka. Już w swoim debiutanckim sezonie pokazał wielki talent stając na podium ważnych i dobrze obsadzonych zawodów juniorskich, ale prawdziwą klasę pokazał w zawodach przełajowych. Niemal w każdych zawodach, także tych ogólnopolskich, przyjeżdżał w czołówce, czego efektem było powołanie do kadry narodowej w 1986 roku. Zdobywał coraz wyższe laury w zawodach przełajowych w kraju i za granicą. Na Mistrzostwach Polski w przełajach: w roku 1983 był ósmy, w 1984 roku, 1985 roku i 1986 roku zdobył wicemistrzostwo Polski, a w 1987 roku brązowy medal. W roku 1996 był także trzeci na Mistrzostwach Polski w kolarstwie górskim. W 1987 roku startował w Mistrzostwach Świata w Mlada Bolesław (zajął tam czternaste miejsce). W roku 1985 zdobył Puchar Europy, a w 1991 zajął doskonałe trzecie miejsce w Pucharze Świata, natomiast w 1993 roku był dziewiąty. W plebiscytach na najlepszego sportowca województwa suwalskiego w 1980 roku był drugi, a pięć kolejnych edycji wygrał. Na Mistrzostwach Świata w Mlada Bolesław w roku 1987 razem z Janem Wiejakiem wystartował także inny zawodnik ełckiego PRIM-u. Był nim Wiesław Małyszko. Jego kariera kolarska nie była zbyt długa, a szkoda, bo niezwykle owocna. Poza miejscami na podium w lokalnych zawodach, odnotować należy brązowy medal na Mistrzostwach Polski Juniorów w roku 1985, tytuł Mistrza Polski w kategorii junior młodszy w roku następnym. W roku 1988 na Mistrzostwach Polski w kategorii junior starszy zdobył brązowy medal. U boku Dietera Kleinschmidta oraz Jan Wiejaka dojrzewał talent najwybitniejszego kolarza w całej historii ełckiego kolarstwa. Cezary Zamana już w 1982 roku pojawił się na podium lokalnych zawodów i rzadko z niego schodził. W lipcu 1984 roku osiągnął pierwszy znaczący sukces krajowy wygrywając we wspaniałym stylu Spartakiadę Młodzieży w Szczepan-

kowie. W tym samym roku był czwarty w plebiscycie na najlepszego sportowca województwa suwalskiego. Od 1985 roku stał się liczącym się zawodnikiem ogólnopolskich zawodów. W czerwcu 1986 roku podopieczni trenera Waldemara Grygo – Cezary Zamana i Marek Zawistowski zdobyli tytuł mistrza Polski juniorów w jeździe parami wyprzedzając 64 ekipy na trudnej 30-kilometrowej trasie. Zawody odbywały się w Kaliszu. Jeszcze tego samego roku Cezary Zamana razem z Janem Wiejakiem zostali powołani do kadry narodowej. Rok później Zamana zajął trzecie miejsce w mistrzostwach Polski w jeździe indywidualnej na czas. W roku 1988 wystartował w Wyścigu Pokoju – był dwudziesty czwarty. Jest jedynym kolarzem z naszego regionu, który wystartował w tej niegdyś prestiżowej imprezie. Był też rezerwowym w drużynie olimpijskiej, która w 1988 roku w Seulu zdobyła srebrny medal w wyścigu na 100 km. Po wyjeździe do USA startował w wyścigach zawodowych. Spośród niezwykle licznych, udanych startów należy wymienić niezwykle prestiżowe na świecie wyścigi: Dookoła Stanów Zjednoczonych, Tour de France, Mistrzostwa Świata Kolarzy Zawodowych. Był wicemistrzem Polski w kolarstwie górskim w roku 1996, zwyciężył w Tour de Pologne w 2003 roku. Odniósł liczne zwycięstwa etapowe w wielu znaczących wyścigach. Był najlepszym kolarzem Polski w roku 2003. Marek Zawistowski to kolejny z wychowanków Waldemar Grygo, który zasługuje na określenie „wielki”. Już od 1984 roku zaczął pojawiać się w czołówce ogólnopolskich wyścigów juniorskich. W roku 1985 na Górskich Mistrzostwach Polski Juniorów odniósł pierwszy znaczący sukces zdobywając brązowy medal. W drużynowych mistrzostwach Polski zajął pierwsze miejsce wraz z Dariuszem Gajdzińskim, Arturem Lachowiczem i Tomaszem Suchaczewskim. W czerwcu 1986 roku zdobył wspomniany już tytuł Mistrza Polski. W tym samym roku wystartował w Mistrzostwach Świata juniorów w kolarstwie przełajowym zajmując tam doskonałe dwunaste miejsce. Rok później na Mistrzostwach Polski juniorów starszych w jeździe indywidualnej na czas zdobył brązowy medal. Wyścig ten zakończył jego niestety za krótką karierę kolarską. Warto także odnotować, iż Marek Zawistowski w plebiscycie na najlepszego sportowca województwa suwalskiego dwukrotnie był drugi – w latach 1986 i 1987. Dodając od siebie napiszę jeszcze, że Marek był także wspaniałym kolegą, na pomoc którego zawsze można było liczyć, niezależnie od okoliczności. Lata osiemdziesiąte należą do „złotych lat ełckiego kolarstwa”, a warto też wspomnieć, iż poza wymienionymi powyżej zawodnikami bardzo dobre wyniki osiągali także w tym okresie i inni ełccy kolarze, m.in. Paweł Konwi, Piotr Brakoniecki, Tomasz Suchaczewski, Dariusz Gajdziński. Odejście z klubu Jana Wiejaka, Cezarego Zamany, Marka Zawistowskiego i Wiesława Małyszko nie spowodowały, iż nastąpiły „chudsze” lata dla sekcji kolarskiej PRIM Ełk. Wkrótce za sprawą pań ponownie zrobiło się bardzo głośno o ełckim kolarstwie, ale to już zostawmy do następnego artykułu na temat naszego kolarstwa. Robert Klimowicz


6/2012

10

WYWIAD Z WALDEMAREM GRYGO

przyznać, że zdarzały się i zawzięte dyskusje. Jednakże ostatnie słowo należało do mnie. Poza tym wielkim autorytetem był Emil, który od początku bardzo wspierał wszystkie moje decyzje. Tak więc wybór przeze mnie najlepszego wariantu treningu lub rozgrywania wyścigu był powszechnie akceptowany.

Młody, dwudziestoletni – właściwie jeszcze chłopak, trafia do klubu w charakterze trenera. Jak to możliwe?

To zasługa trenera Jerzego Kłoszewskiego, pod którego okiem miałem szczęście i zaszczyt trenować. Jeszcze będąc zawodnikiem wykazywałem się chyba większym talentem do podpowiadania innym co mogą zrobić, aby osiągać lepsze wyniki niż do własnego ścigania. Dostrzegł to Jerzy Kłoszewski i tak trafiłem na kurs trenerski. Ukończyłem go w 1972 roku i już jesienią, ku mojemu zaskoczeniu, zaproponował mi pracę w Ełku. Grzechem byłoby jej nie przyjąć. Jerzy Kłoszewski był niekwestionowanym autorytetem trenerskim. To człowiek, który miał pod opieką trenerską niemal wszystkie drużyny LZS-u dawnego województwa białostockiego. To dusza ełckiego i białostockiego kolarstwa, właściwie od niego wszystko się zaczęło. Moja kariera też. Jak wyglądały początki Pana pracy?

Jak układała się współpraca ze starszymi zawodnikami? Dostosowywali się do zaleceń młodego trenera?

Na początku wyłącznie uczyłem się trenerskiego rzemiosła. To Emil Sawicki o wszystkim decydował. Rozpisywał tre-

To nigdy nie było problemem. O wszystkim rozmawialiśmy otwarcie. Często jak kolega z kolegą, choć muszę

Dlaczego kolarstwo umarło w Ełku?

Przez tyle lat było wielu zawodników, którzy zrobili na mnie duże wrażenie, głównie swoim uporem i pracowitością: Karaś, Zajkowski, Modzelewski, bracia Osieccy … długo by wymieniać. Każdy z nich był inny, każdy ścigał się w innej rzeczywistości. Z pewnością zawodnicy z początku mojej trenerskiej kariery wywarli na mnie największy wpływ … może dlatego, że od nich sam wiele się nauczyłem.

Kolarstwo nie umarło. Po prostu mało kto obecnie dostrzega potrzebę istnienia w Ełku tej pięknej dyscypliny sportu. A szkoda, bo ciągle jeszcze istnieje dobre zaplecze trenerskie, doświadczenie organizacyjne, a przede wszystkim jest młodzież garnąca się do tego sportu. Szkoda, że zaprzepaszcza się tak bogate tradycje. Szczerze mówiąc jestem trochę podłamany, że nie odróżnia się sportu od rekreacji ruchowej. Chyba m.in. trochę przez to sport w naszym mieście jest coraz słabszy. Aktywność fizyczna mieszkańców jest ważna, ale nie będziemy mieli wyników, jeżeli nie postawimy na profesjonalizm.

Kto okazał się największym talentem w Pana karierze trenerskiej?

Widzi Pan szansę na powrót do Ełku tego sportu?

Z pewnością Cezary Zamana. Świadczą o tym jego wyniki. Wystarczy przypomnieć, że wygrał Tour de Pologne w roku 2003 i bardzo dobrze sobie radził w zawodowym peletonie. Zawsze pracowity i ambitny, bardzo dobrze umiał wykorzystać swój nieprzeciętny talent. Ale myślę, że go nie trzeba specjalnie przedstawiać. W Ełku Czarka znają chyba wszyscy.

Szansa taka zawsze istnieje. Gdyby władze i sponsorzy chcieli pomóc, to myślę, że przy niewielkich stosunkowo nakładach, sporty indywidualne, takie jak kolarstwo, boks, wioślarstwo, nawet lekka atletyka dalej liczyły by się w kraju, rozsławiając nasze miasto tak jak to było dawniej. Czy tak będzie? Nie wiem. Chciałbym. To moje marzenie.

Gdzie tkwi tajemnica sukcesu ełckiego kolarstwa na przestrzeni tylu lat?

Rozmawiał: Robert Klimowicz

Który z zawodników robił na Panu największe wrażenie?

ningi, wyznaczał kto gdzie startuje i w jakiej roli. Na samym początku byłem bardziej do pomocy, co z moim charakterem nie było łatwe, bo bardzo chciałem sam sprawdzić czego się nauczyłem i realizować swoje pomysły. Ciężko było utrzymać mnie w miejscu. Z czasem miałem coraz więcej samodzielności. Wkrótce mogłem podejmować suwerenne decyzje i miałem pod opieką „swoją” grupę kolarzy.

To żadna tajemnica. To ciężka praca. Sześć dni w tygodniu po 4 – 8 godzin dziennie. Bez względu na pogodę czy porę roku.

BABOBOMBY

Urszula Mikłosz: Projekt „Młodzieżowe Miniprzedsiębiorstwo” jest grą edukacyjną opracowaną do realizacji programu nauczania w ramach przedmiotu ekonomia w praktyce. Projekt jest współfinansowany ze środków Unii Europejskiej. Skąd pomysł na nazwę firmy? U.M.: Skąd pomysł? No cóż, w zespole są młode dziewczyny, same „baby”, ale bardzo kreatywne i z dużym poczuciem humoru. A tak na serio - zespół składa się z trzynastu uczennic naszego technikum, opiekunem grupy jestem ja - też kobieta. To tłumaczy pierwszy człon nazwy. W przypadku drugiej części to wynika ona z tego czym się zajmujemy, czyli produkcją ozdób świątecznych, m.in. bombek. Na jakich zasadach działa przedsiębiorstwo? U.M.: Młodzieżowe miniprzedsiębiorstwo „Babobomby” działa na wzór spółki jawnej, ale nie jest prawdziwą spółką – niemniej symulacja wiernie odzwierciedla rzeczywistość. Nasza firma pła-

ci podatki takie same jakie obowiązują w realnym świecie. Składki ZUS naliczane są od rzeczywistej urzędowej podstawy pomniejszonej 1000 razy. Uczniowie prowadzą dokumentację finansową z wykorzystaniem programu komputerowego dostępnego na platformie internetowej gry. Wszystkie dokumenty wykorzystywane przez miniprzedsiębiorstwo (faktury, rejestry zakupów, sprzedaży VAT, PIT-y, KPiR i inne druki) opatrzone są napisem „gra edukacyjna”. Jakie jest cel realizacji takiego projektu? U.M.: Głównym założeniem projektu jest nabycie przez uczniów praktycznych umiejętności związanych z otwarciem i prowadzeniem własnego przedsiębiorstwa. Ale to nie jedyny cel. Ważne jest aby uczniowie nauczyli się realizacji jakiegokolwiek przedsięwzięcia, od etapu projektowania do realizacji takiego zadania. Gdzie można kupić wykonane przez Was ozdoby świąteczne? U.M.: Nasze dekoracje świąteczne można nabyć w każdą środę podczas zajęć, odbywających się w szkole w godz. od 15.20 do

Spotkanie rozpoczęło się od projekcji finałowego wyścigu, w którym Magdalena Fularczyk i Julia Michalska zdobyły brązowy medal. Wyścig miał dramatyczny przebieg. - Na półtorej godziny przed startem dostałam zastrzyk przeciwbólowy, bo przydarzyła mi się kontuzja pleców – opowiadała Magdalena Fularczyk. – Na tej blokadzie przejechałam 1500 metrów, potem wszystko puściło. Ostatnich 500 metrów nie pamiętam. Na mecie zemdlałam, świadomość odzyskałam dopiero przy podium. Ale to cudowne uczucie, życzę każdemu sportowcowi, żeby stanął na podium w jakichkolwiek zawodach. Ale wioślarka mówiła nie tylko o IgrzyJak długo trenuje Pani wioślarstwo? Magdalena Fularczyk: Moja przygoda z wiosłami zaczęła się przez przypadek w szkole gimnazjalnej. Nauczycielka wychowania fizycznego namówiła mnie na trening. Uważała że mam to coś do wioseł. Długo nie chciałam iść, nie byłam przekonana, ale jak już poszłam bardzo mi się spodobało i tak trenuję już dwanaście lat!!! Dlaczego warto uprawiać tę dyscyplinę sportu?

Pod taką nazwą działa firma prowadzona przez uczennice w Zespole Szkół nr 6 w Ełku. Pierwsze efekty ich pracy mogliśmy zobaczyć 6 października br. podczas III Salonu Kobiet. Miejsce i czas debiutu firmy, świetnie wpisały się w cele Salonu, ponieważ właśnie podczas tego spotkania rozmawiamy o aktywności kobiet we wszystkich sferach życia.

Kto był pomysłodawcą projektu?

Trenujcie sport, bo warto – z takim przesłaniem przyjechała do Ełku Magdalena Fularczyk, brązowa medalistka Igrzysk Olimpijskich w Londynie w dwójce podwójnej. Wioślarka spotkała się z uczniami ełckich szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych. Olimpijki wysłuchało około 200 osób.

M.F.: Myślę, że warto uprawiać tą dyscyplinę, gdyż jest ona bardzo rozwojowa. Nie jest skierowana tylko na jedną formę ruchu, tu się uprawia wszystko (rower, narty, basen, siłownia itp.). Nie tylko pływa się na wodzie. Do tego w wioślarstwie codzienne obcuje się z naturą – woda, las, góry… a także bywa się w różnych miejscach na świecie podczas obozów i zawodów – to piękno tego sportu! W jakich okolicznościach zaczęłyście pływać razem z Julią Michalską? 16.00. Nasze wyroby zaprezentowaliśmy również na festynie świątecznym. Jakie macie dalsze plany? U.M.: Kiedy minie okres bożonarodzeniowy, zaczniemy przygotowywać dekoracje na stół wielkanocny. Z nową ofertą zaprezentujemy się podczas Jarmarku Kaziuka. Warto zauważyć, iż to nie pierwsza działal-

ność gospodarcza, którą prowadzą uczniowie Zespołu Szkół nr 6 im. M. Rataja w Ełku. W ubiegłym roku z sukcesem zajmowali się produkcją i sprzedażą kanapek. Jak twierdzą nauczyciele, ich uczniowie maja niezliczoną liczbę pomysłów na podobne inicjatywy. Z niecierpliwością zatem czekamy, aż je zrealizują. Rozmawiała: Magda Kołodziej

Dyżury aptek w Powiecie Ełckim www.powiat.elk.pl

M.F.: Z Julią znamy się już od czasów juniorskich, lecz pierwsze wspólne starty rozpoczęłyśmy w młodzieżówce – w barwach klubowych podczas Mistrzostw Polski. Nasza przygoda w dwójce podwójnej w reprezentacji rozpoczęła się w 2009 roku, w sumie całkiem przez przypadek. Trudno dopasować się dwóm zawodniczkom, aby pływać na światowym poziomie? M.F.: Myślę, że jest to dość trudne patrząc szczególnie na to, iż z Julią jesteśmy odmiennej budowy ciała. Różni nas prawie 6 cm wzrostu, a to dużo jak na dwójkę. Do tego trzeba dopasować warunki fizyczne, przygotowanie techniczne, własne parametry treningowe. Jest trochę czynników do zgrania i dużo pracy do wykonania… ale nam się jakoś udało. Może dzięki swojej wytrwałości i dobremu oku naszego trenera Marcina Witkowskiego.

POWIAT.ELK.PL 11

MAGDALENA FULARCZYK W EŁKU skach Olimpijskich, opowiedziała także o swoich sportowych początkach, karierze i treningach. - Zachęcam do uprawiania tej dyscypliny – mówiła. – Wioślarstwo kształtuje charakter i sylwetkę, uczy pokonywania własnych słabości i walki do końca. I mogę zapewnić, że jak już spróbujecie, to ten sport was wciągnie. Magdalena Fularczyk była pod wrażeniem Międzyszkolnego Ośrodka Sportowego, w którym szkolą się ełccy wioślarze. Codziennie przychodzi ich tam około 30. - Zazdroszczę wam jeziora, macie świetne warunki do uprawiania wioseł, dobre szkolenie, no i wyniki – mówiła. – Na

tle innych klubów wypadacie świetnie. Jest czego Wam zazdrościć. Medalistka spotkała się także z władzami powiatu. Podczas rozmowy pojawiła się propozycja, by poprowadziła w Ełku trening wioślarski. Zawodniczka nie wykluczyła takiej możliwości, o ile pozwoli na

MIEĆ „TO COŚ” DO WIOSEŁ

Media rozpisywały się, iż na Igrzyskach startowała Pani z silnym bólem pleców, a po wyścigu była pani tak wykończona, że zasłabła. Warto ryzykować utratę zdrowia dla medalu olimpijskiego?

Igrzysk Olimpijskich to marzenie każdego sportowca.

M.F.: Niestety w dzisiejszym świecie sportu trzeba wykrzesać z siebie bardzo dużo aby być w czołówce światowej. Żeby stanąć na podium Igrzysk Olimpijskich, trzeba wspiąć się na szczyty swoich możliwości. Faktycznie trochę ryzykowałam swoje zdrowie, ale trzeba pamiętać, że nie pływam sama. Jestem odpowiedzialna za moją partnerkę, trenera i osoby nam pomagające. Pomyślałam o tym jak o ryzyku zawodowym, które występuje w każdym zawodzie. Nie mogłam zaprzepaścić czterech lat ciężkiej pracy naszej ekipy… a było bardzo blisko aby tak się stało.

M.F.: Tak, oczywiście, że są momenty zwątpienia. Dla mnie takim momentem była śmierć mojego Taty na trzy miesiące przed Igrzyskami Olimpijskimi… Mojego największego kibica, który czekał na mój występ… Wówczas, w takich chwilach, człowiekowi świat się wali i zastanawia się po co mu to wszystko… Na szczęście mogłam liczyć na wsparcie mojego narzeczonego, Juli, trenera i rodziny. Gdyby nie oni myślę, że nie dała bym rady dokończyć przygotowań.

Na Igrzyskach Olimpijskich liczyłyście na medal, czy celem był po prostu dobry występ? M.F.: Podczas Igrzysk zależało nam na jak najlepszym występie, by dać z siebie wszystko, ale też nie będę owijać w bawełnę i powiem, że faktycznie liczyłyśmy na medal. Po to trenowałyśmy, przełamywałyśmy własne słabości. W końcu medal

Czy podczas przygotowań przychodziły chwile zwątpienia?

Czy występ na Igrzyskach Olimpijskich był stresujący, czy raczej kojarzy się z niezapomnianym przeżyciem? M.F.: Same Igrzyska, nie były dla mnie czymś stresującym. Myślałam że będzie inaczej, w końcu to święto sportu, które odbywa się raz na cztery lata. Dla mnie były to zawody jak każde inne. Stres przyszedł dzień przed finałem, kiedy to wyszła moja kontuzja i start w finale stanął pod wielkim znakiem zapytania. Przyznam, że

to kalendarz przygotowań do igrzysk w Rio de Janeiro w 2016 roku. Organizatorem wizyty był Międzyszkolny Ośrodek Sportowy. Patronat nad wydarzeniem objął Starosta Ełcki Krzysztof Piłat. Agnieszka Żukowska wtedy pojawiły się bardzo duże nerwy. Czy powalczycie o złoty medal olimpijski w Rio de Janeiro? M.F.: Zaczyna się nowe czterolecie do Igrzysk w Rio de Janeiro, a to długi okres. Zobaczymy co nam przyniosą dni, jakie nowe rozwiązania, osady itp. Na pewno dużo ciężkiej pracy przed nami i potrzeba jeszcze więcej cierpliwości i wytrwałości. Czy to pani pierwsza wizyta w Ełku? M.F.: Niestety pierwsza, ale mam nadzieję że nie ostatnia. Zawsze o Ełku dużo słyszałam, ale same superlatywy, dlatego chciałam do was przyjechać. Mam tu dużo znajomych z „rodziny” wioślarskiej, w końcu Ełk to taka kuźnia wioślarskich talentów. Jakie Pani zdaniem warunki musimy spełniać, aby wioślarstwo w Ełku było na wysokim poziomie? M.F.: Podstawowy warunek jest już spełniony – to piękne i duże jezioro, na którym można trenować. Do tego potrzebna jest dobra kadra trenerska. W Ełku jest bardzo obiecujące połączenie młodości z doświadczeniem, co daje zawsze cudowne możliwości do rozwoju. Następna ważna sprawa, o której trzeba pamiętać, to inwestycja w sprzęt (łódki, ergometry, sprzęt na siłownie itp.). Bez dobrej bazy treningowej ciężko przyciągnąć dzieci do trenowania, bo gdy jest sprzęt młodzi ludzie mogą trenować, startować i zbierać doświadczenie! Na koniec chciałbym zapytać o Pani plany na przyszłość? Może jako trener wioślarstwa? M.F.: Moje plany na dzień dzisiejszy związane są ze startem w Rio de Janeiro, ale także ukończenie studiów i bycie szczęśliwym człowiekiem, który robi to co lubi. A plany na trochę dalszą przyszłość to pojawienie się potomstwa na świecie… a w życiu zawodowym myślę że i tak będę związana ze sportem, tylko jeszcze nie wiem w jaki sposób. Rozmawiał: Robert Klimowicz


6/2012

12

PRACE NAGRODZONE W KONKURSIE „KOBIETA WSPÓŁCZESNA – KOBIETA AKTYWNA” I Miejsce Być czy nie być… kobietą? Postscriptum do III Salonu Kobiet – 6 października 2012 roku w Zespole Szkół nr 6 im. M. Rataja w Ełku. Salon kobiet - raczej kuchnia, łazienka, pokój dla dziecka, co tam jeszcze – pralnia, suszarnia, żłobek, przedszkole, szkoła. No i, jak można pominąć, sypialnia, miejsce pracy. Oto przestrzeń, w której kulturowo zamknięto kobietę. Salon kobiet wcale nie brzmi lepiej. Inaczej, ma lepsze konotacje, elegantsze skojarzenia, budzi pozytywne doznania, ale wciąż dookreśla tę samą przestrzeń, wciąż buduje ten sam wizerunek gospodyni, towarzyszki, animatorki życia rodzinnego. I tyle, nawet nie - aż tyle. Kobieta współczesna - kobieta aktywna - kolejny frazes ukuty na potrzeby czasów, w interesie wielu. Co on oznacza? „kobietę działającą lub skłonną do działania, czynną, dynamiczną”. No cóż, moja pobudka o 5. rano, intensywna mobilizacja najpierw jednego oka, potem drugiego, lewej nogi, prawej ręki (może odwrotnie, mózg dopiero się włącza) i o 5.30 parzę kawę, celebruję picie przez kolejne 20 minut, a potem nikt już za mną nie nadąży…. Jedna uczelnia, druga uczelnia, korepetycje w różnych stronach miasta, biblioteka, sprawy w urzędzie, spotkanie z promotorem, ortodonta, znów uczelnia…. Staję pod drzwiami własnego mieszkania. Jest 20.30. Nie zrobiłam zakupów, lodówka pusta. Nie mam sił, by zejść do sklepu po pieczywo (IV piętro). Znowu kawa, książki. Nawet nie patrzę na zegarek. Kobieta aktywna - to kobieta zapracowana, to kobieta zajęta, to ja i wiele innych. To ja w dżinsach i baletkach, z dużą torbą lub plecakiem, rowerem wiosną i latem, samochodem jesienią i zimą, w miejskim autobusie, gdy brakuje mi pieniędzy na paliwo albo uliczne korki dają się we znaki. To ja - ciągle w ruchu. Wymuszonym momentem historycznym, normą kulturową, ekonomią. Widzą mnie, jak chcą i jak wypada: nie mężatka, lecz nie rozwódka, wciąż panna, nie w związku, lecz singielka, bez partnera, przyjaciela, narzeczonego, nie kobieta pracująca, lecz studentka, nie pracująca, ale jeszcze nie bezrobotna, nie matka, ale bezdzietna, nie ładna, ale nie brzydka, nie gruba, ale nie szczupła… I tak dalej, i w tym tonie. Zapędziłam się, ale czyż nie umiejscawia się kobiety pomiędzy czymś a czymś, z włączeniem do czegoś i wyłączeniem z czegoś? Sztywne ramy służą komercji i… polityce. Sfrustrowane i zaniedbane gospodynie domowe kupiły Hankę Mostowiak z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli całą resztą żeńskiej części tej telewizyjnej rodziny: piękne (?), zadbane i elegancko

ubrane (wiejska gospodyni, pielęgniarka, pani sędzia, nauczyciela dopiero zdobywająca kwalifikacje, bezrobotna architekt ogrodów dziwnym trafem przypominają zamożne panie ubierające się w drogich sieciówkach - H&m-ie, Promodzie, Nexcie - czyżby kryptoreklama?), z problemami, które w cudowny sposób rozwiązują, czynne zawodowo i prężne społecznie, pomagają innym doraźnie i długofalowo (czytaj: udzielając się w fundacjach), szlachetne i prawe do bólu, z wizją siebie, własnego życia i rodziny. Z mężczyzną u boku, wspierającym ją (żeby nie było słodko - po tym, jak ona go przekona do swoich jedynych i słusznych racji). Hanka Mostowiak na premiera! Hanka Mostowiak na prezydenta - wołam głośno. Jasny gwint, przegapiłam kilka odcinków. Kinga krzyczy, że Hanki już nie ma. Zaczynam płakać - świat już nie będzie taki sam. Jak ja sobie poradzę bez jej cierpiętniczej miny, wiecznego zatroskania, nowej garderoby, krótkich włosów, przelewania z pustego w próżne, cudownej ekonomii (jak ja nigdy nie ma pieniędzy, ale zawsze jak spod krawieckiej igły i fryzjerskich nożyczek, z lodówką pełną produktów, blatem kuchenki, na którym wciąż stoją pełne jedzenia garnki i stołem, na którym obowiązkowo talerz z ciastem)?!!!! Kiepski żart, ale i kiepski film, nachalny i tendencyjny w swej wymowie. O czym świadczy? Kinga - przyjaciółka, wojująca feministka - mówi, że to świadectwo na to, że kobieta nigdy nie posiadała i nadal nie posiada szczególnego wpływu na działanie w życiu publicznym, w kluczowych dla życia publicznego instytucjach. Gdy pytam innych moich rówieśników, co oznacza parytet, co piąty łączy je z obecnością kobiet w sejmie, tylko 1 na 10 mówi o procentowym udziale. Gdy pytam o kobiety sukcesu, to ten wcale nie jest mierzony osiągnięciami, a popularnością i skandalem. Ciekawe, że rozmówcy wskazują przede wszystkim nazwiska znane z show-biznesu, kojarzone z modą. Tylko 2 na 10 moich rozmówców wymieniło dr Irenę Eris. Jak przyznali, tylko dlatego, ze ich matki używają kosmetyków jej firmy, a ta ma nazwisko właścicielki w swojej nazwie. Salon kobiet - nie należy, z pewnością nie warto spierać się o nazwę, rzecz nie w niej. O kobietach wie się za mało, o twórczych - prawie lub zupełnie nic. Ich twarze powinne być rozpoznawalne, a sukces nie mierzony szminką. Chcę wiedzieć, jak zmienić swoje życie, jak przestawić je na inne, może trudniejsze, ale biegnące we właściwym kierunku tory. Nie chcę wojny męsko- żeńskiej. Jestem aktywna, chcę być aktywna inaczej. Już piszę w swoim kalendarzu - 6 października 2012 roku III Salon Kobiet w Zespole Szkół Nr 6 im. M. Rataja w Ełku. Olga Ladzińska

II Miejsce Biegłam zdyszana do pracy. Bałam się, że się spóźnię, a moja szefowa zjawi się przede mną. To by oznaczało jedno – afera na całą redakcję. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, który służył mi niecały miesiąc. Byłam już spóźniona okrągłe 10 minut, a wciąż pozostawało mi około 5 minut drogi! Wysokie obcasy stukały głośno o bruk, a włosy targał wiosenny wiatr. Miałam nadzieję, że idealny makijaż, jaki zrobiłam rano, nie zniszczy się przez łzy, które co jakiś czas pojawiały się na moich policzkach. W końcu stanęłam przed szklanymi drzwiami ogromnego budynku. Przejrzałam się w nich, wygładziłam włosy, poprawiłam sukienkę i wzięłam głęboki oddech. - Jest już szefowa? – zapytałam recepcjonistkę, która żuła irytująco gumę i rozmawiała przez telefon komórkowy. Spojrzałam na nią zniecierpliwiona i powtórzyłam głośniej. – Jest, czy nie? - Spóźni się 10 minut. – odpowiedziała leniwie, robiąc niewielki balon z różowej gumy do żucia, który zaraz pękł. Uśmiechnęłam się tylko i ruszyłam do windy. Powtarzałam w myślach, że nikt nie zrujnuje mi dzisiejszego dnia, ponieważ będzie on początkiem lepszego okresu w moim życiu. A dlaczego tak myślałam? Nie mam pojęcia. Kiedy znalazłam się już na swoim stanowisku, zobaczyłam, że na biurku leży stos listów, na które, jak zawsze, muszę odpowiedzieć. Od razu zabrałam się do roboty. Musiałam skończyć wszystko przed 14, ponieważ następnie w kolejce było spotkanie z mężczyzną, z którym mam przeprowadzić wywiad. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, dostanę awans. Później czeka mnie jeszcze kilka mniejszych spraw, na przykład wizyta w banku, gdzie rozegram kolejny spór z przygłuchą, starszą kobietą. I jeszcze muszę odebrać dziecko z przedszkola, następnie zawieźć je do domu, zrobić obiad, sprzątnąć, umówić się z opiekunką, wrócić do pracy przed 18, spisać wcześniej przygotowany wywiad, dokładnie go sprawdzić. Przed 21 ma on znaleźć się na biurku szefowej, ona go przeczyta, a jeśli coś się nie spodoba, ja mam poprawić. I jeszcze muszę wrócić do domu. Dam radę. Przecież następnego dnia mam pierwszą sprawę rozwodową. A do tego wszystkiego – muszę kontrolować swoje emocje. Dochodzi godzina osiemnasta. Siedzę przy biurku i patrzę się w monitor swojego laptopa, który ostatnimi czasy, stał się moim najbliższym przyjacielem. Spędzam z nim ponad połowę swojego dnia, a jesz-

cze nigdy nie narzekał na mnie. Nie skarży się na nic, nawet na to, że czasem ponoszą mnie emocje i uderzam w klawiaturę jak oszalała. Rozpoczęłam spisywanie wywiadu, który wyszedł znakomicie. Okazało się, że muszę przygotować jeszcze edycję multimedialną, ponieważ będzie ona dodatkiem do gazety, dla której piszę. Czyli dwa razy więcej roboty, a tyle samo czasu. I jeszcze muszę znaleźć słuchawki, żeby nie przeszkadzać innym pracownikom, kiedy będę go odsłuchiwać. Jak dobrze, że mój pięcioletni synek poradził sobie z faktem, że nie spędzi ze mną reszty dnia. Oby tylko nie był chory! Takie zachowanie nie zwiastuje niczego dobrego... Kiedy usłyszałam swój głos w słuchawkach, automatycznie przestałam snuć jakiekolwiek refleksje i zabrałam się do pracy. Następnego dnia, już o godzinie 9, stałam przed drzwiami Sali sądowej. Dziś miał odbyć się mój rozwód. To było chyba jedyne rozsądne rozwiązanie. Ciągłe kłótnie sprawiały, że wszystko było bardzo trudne. Straciłam pewność w siebie i w to, co robię. Najwidoczniej mój mąż to zauważył… Najmniejsze problemy wydawały mi się czymś niemożliwym. Zawsze dochodziłam do wniosku, że sobie nie poradzę. Wszystko coraz bardziej się komplikowało… Jednak praca okazała się wspaniałym lekiem. W końcu się pozbierałam. Samodzielnie zaczęłam prowadzić dom, zajmować się dzieckiem, rozwijać karierę. I mimo, że miałam jeszcze więcej obowiązków, wcale mi to nie przeszkadzało, ponieważ zajmowałam się tym, co tak naprawdę sprawia mi przyjemność. Okazało się, że potrafię znaleźć czas dla siebie, żeby wybrać się do kosmetyczki, czy na zakupy z koleżankami. Teraz czuję się zadbaną i spełnioną kobietą. Chwytam się dosłownie wszystkiego. Moje artykuły drukowane są w wielu gazetach, nawet w tych poza moim krajem. Zapisałam się do dwóch stowarzyszeń i jednej organizacji charytatywnej. Rozwijam się, poznaję inne kultury i w końcu zaczęłam podróżować! Na dodatek schudłam, czuję się lepiej w swoim ciele, bardziej atrakcyjnie. Regularne ćwiczenia sprawiają, że każdy, nowy początek dnia, nie jest już taki przerażający. I wierzę w to, że potrafię dokonać rzeczy, które kiedyś wydawały mi się niemożliwymi. Cała moja pewność siebie zachwiała się, kiedy po raz pierwszy od kilku miesięcy zobaczyłam mojego męża. Nie dałam po sobie nic poznać, lecz na jego twarzy widać było zdziwienie oraz… Zdumienie? Nie rozumiem, dlaczego. Przecież jestem tą samą osobą, co wcześniej, więc skąd ta reakcja? Założyłam kosmyk włosów za ucho, pa-

POWIAT.ELK.PL 13 sprawa rozwodu została przesunięta po raz kolejny. Te trzy miesiące okazały się bardzo miłym okresem. Dostałam awans, na który tak ciężko pracowałam. I wcale nie mam zamiaru zmniejszyć obrotów, na których pracuję. Mąż – tak, wciąż jesteśmy małżeństwem – stał się tylko dodatkiem do mojego życia. Mimo, iż nie jesteśmy ze sobą, coraz lepiej się dogadujemy. Spędzamy ze sobą więcej czasu, a to wpływa dobrze też na naszego synka. I na mnie. Ja także czuję się lepiej. Dołożyłam sobie jeszcze więcej obowiązków, ponieważ postanowiłam zmienić mieszkanie, a na dodatek jego projekt ułożę sama. Wszystko, od początku do końca, będzie według mojego gustu. Cieszę się, że moje życie w końcu się układa, ponieważ mimo tego, że podniosłam się z emocjonalnej porażki, brakowało mi miłości. Ludzie, którzy uważają, że potrafią się bez niej obejść, są w wielkim błędzie. Jej brak, czasem zaczyna przekształcać się w wielką, życiową pustkę i jest tylko na to jeden sposób: kolejna dawka miłości, a co za tym idzie, szczęście. I to jest jeden, jedyny sposób – innego nie ma i nigdy się nie znajdzie. Natalia Makowska trząc, jak mężczyzna, który kiedyś był dla mnie kimś wyjątkowym, którego kochałam całym sercem, zbliża się do mnie. Wiem, że mimo wszystko coś jeszcze do niego czuję, lecz mam mu po prostu za złe, że zostawił mnie wtedy, kiedy najbardziej go potrzebowałam. I zrobił bez żadnego ale. - Cześć. – po przywitaniu, uśmiechnął się do mnie tak, jak kiedyś. Poczułam dziwne ukłucie i wiem, skąd ono się wzięło. Wszystkie wspomnienia powróciły nagle ze zdwojoną siłą. Przypomniałam sobie list, w którym pisał, że nie widzi we mnie kobiety, którą pokochał. Ciekawa jestem, czy teraz mu ją przypominam. – Nie poznałem Cię. - Cześć. – odpowiedziałam, modląc się, żeby nie rzucić mu się w ramiona. Zbyt wiele mam do stracenia, by pozwolić sobie na ponowne zranienie. Posłałam mu jednak uśmiech wypełniony tymi wszystkimi emocjami, które teraz we mnie walczą. – Ty jednak nic się nie zmieniłeś. – Czyżbym zauważyła zazdrość w jego oczach? Cóż.. Nie każdy ma talent, by z upływem czasu, wyglądać coraz młodziej. – Chodźmy już. – nie czekając na jego odpowiedź, ruszyłam do Sali, stukając obcasami, których nie widział u mnie już od dłuższego czasu. Rozwód nie dotrwał końca. Został przesunięty na inny termin, ponieważ, jak to określił sędzia: „nie potrafimy dogadać się nawet w tej sprawie, czy w ogóle chce-

my się rozwodzić”. Zawsze się droczyliśmy, a dzisiaj powróciło to znikąd, w dodatku na Sali sądowej. Jednak nie mogę powiedzieć, że jestem rozczarowana. - Może wybierzemy się na kawę? – usłyszałam głos mężczyzny, który nadal jest moim mężem. - Nie piję kawy o tej godzinie. – odpowiedziałam, mimo, że wszystko we mnie krzyczało: „TAK! ZABIERZ MNIE NA KAWĘ!!” - Od kiedy? – spytał zdziwiony, marszcząc przy tym brwi. - Od kiedy mam inny tryb życia. – To znaczyło: od kiedy mnie zostawiłeś. Widać było, że to zrozumiał. Wzruszył tylko ramionami, spuszczając wzrok, a dłonie wbił w kieszenie spodni. Miał już się odwrócić, by odejść bez pożegnania – chyba weszło mu to w nawyk. – Ale herbaty mogę się napić. – odparłam szybko. Nie chciałam tego mówić, ale coś we mnie pękło. Mąż posłał mi pełne wdzięczności spojrzenie. - Z cytryną? – spytał, jakby się upewniał. - W tej kwestii nic się nie zmieniło. – śmiejąc się, ruszyliśmy do wyjścia. Miałam ochotę złapać go za dłoń, ponieważ potem zawsze mnie obejmował. Jednak… Jedyne, co zrobiłam, to przełożyłam torebkę w dłoń, która znajdowała się bliżej niego. Minęły trzy miesiące. W tym czasie

III Miejsce

Kobieta współczesna – kobieta aktywna

Choć kobieta to zjawisko, To historia robi wszystko, By móc w rolach ją obsadzić, W uproszczone ramy wsadzić. Co epoka - inny typ, Tak się rodził stereotyp! Jak w antyku – sekutnica, W średniowieczu – czarownica, W oświeceniu – sufrażystka, W Młodej Polsce – polonistka! Lecz współczesne nam kobiety Trochę inne są niestety. Ról im przyszło grać tysiące! Dom, małżonek, potem brzdące, Edukacja no i praca, Co nie zawsze się opłaca. Na tym jeszcze nie jest koniec, Bo kobieta niczym goniec, Zadań w ciągu dnia ma mnóstwo: Najpierw robi się na bóstwo, Potem dba o innych także, Choć to nie jest proste wszakże Czas dla siebie znaleźć musi – Joga, basen, może sushi… Robi więcej niż by chciała, Często też społecznie działa, Jednak dla niej to codzienność, Choć dla mężczyzn – nieprzeciętność! Bo aktywność to styl życia, A współczesność to fakt ,, bycia”. Agata Steckiewicz

DOBRA OBSŁUGA – JĘZYK URZĘDOWY PRZYJAZNY OBYWATELOM Nie tylko nieznajomość prawa, ale samo niezrozumienie języka pisma urzędowego może być przyczyną poczucia krzywdy w kontakcie z urzędem. Idealną w codzienności urzędu byłaby taka sytuacja: po otrzymaniu pisma urzędowego klient urzędu poddaje się decyzji administracyjnej z przekonaniem sprawiedliwego potraktowania niezależnie od tego, czy jest to zgodne z jego interesem i wolą, więc nawet niekorzystnej. Rozumie wymowę pisma – decyzję, uzasadnienie i pouczenie. Wie po prostu, jak działała procedura w jego sprawie. Rozumie, że system jest dwuinstancyjny i zgodnie z pouczeniem może się odwołać „wyżej” i że to nic strasznego, a wynika z trudnej czasami interpretacji nieścisłego prawa. Docenia, że każdy z uczestników ma te same prawa i może korzystać z tych samych „narzędzi”. Urzędnik, formułując pismo urzędowe, ma na uwadze co najmniej dwóch odbiorców. Pierwszym jest oczywiście zwykły człowiek, którego dokument dotyczy. Drugim kolejny urzędnik, do którego trafi sprawa w razie odwołania lub kontroli. Z jednej strony pismo powinno więc być napisane komunikatywnie ludzkim językiem, z drugiej zaś precyzyjnie w odniesieniu do zagadnień prawniczych – po urzędniczemu. Przyjazny obywatelom urzędowy styl językowy musi problem uwzględnić w taki sposób, aby wilk był syty i owca cała. Konwencjonalizacja języka w stylu urzędowo-kancelaryjnym ma ułatwiać komunikację. Jeżeli nie ułatwia, to często przez stosowanie zbytecznych lub mających charakter błędu językowego elementów. Styl urzędowo-kancelaryjny stosowany w pismach instytucji jest charakterystyczny dla zarządzeń, przepi-

sów, instrukcji, podań, pism urzędowych. Nie może odwoływać się do mądrości czy uczuć odbiorcy, bo wszyscy powinni być traktowani jednakowo, stąd sformułowane są one bezosobowo, jednoznacznie, zwięźle i ściśle. Stosowana jest swoista, typowa jedynie dla tego stylu terminologia, utarte związki frazeologiczne. Typowy dla wypowiedzi w stylu urzędowo-kancelaryjnym jest ponadto zwyczajowo ustalony porządek kompozycyjny, w tym częste ujmowanie wypowiedzi w punkty i paragrafy. W niektórych typach tekstów urzędowych, zwłaszcza prawnych, posługiwanie się pewnymi gotowymi formułami ma charakter obligatoryjny. Kongres Języka Urzędowego sformułował wobec instytucji państwowych i samorządowych oczekiwanie zorganizowania dla urzędników szkoleń w zakresie kultury języka polskiego oraz praw percepcji związanych z odczytywaniem tekstu. Wobec językoznawców – sformułowania norm dla tej specyficznej odmiany polszczyzny w przystępnych publikacjach o charakterze poradnikowym. A wobec urzędników, autorów i odbiorców tekstów urzędowych i prawnych – zwiększonego poczucia odpowiedzialności za udaną komunikację. Co jest w naszym zasięgu, co my możemy już zmienić na lepsze na rzecz podnoszenia poziomu kultury języka urzędowego? Po naszej stronie leży doskonalenie kompetencji językowych urzędników, ich odpowiedzialności za skuteczną komunikację i stosowanie standardów poprawnej polszczyzny w języku urzędowym, jak również zwiększenie komunikatywności języka prawniczego w pismach i wypowiedziach o charakterze urzędowym.


6/2012

14 PASJE MIESZKAŃCÓW POWIATU

- AIR SOFT GUNS Przeszliśmy chyba z kilka kilometrów, ale jakoś nie byłem zmęczony. Wciągająca zabawa oraz złota polska jesień, która dopiero tu za miastem, w lesie, ukazała swoje piękne oblicze, sprawiły że czułem się dosłownie świetnie. Dałem się namówić na ten dłuższy spacer, bo byłem ciekawy, czym jest coraz bardziej popularny w Polsce Air Soft Guns, zabawa, która w Powiecie Ełckim ma znaczną liczbę pasjonatów. Tutaj chwilę odpoczniemy – padła komenda – do celu mamy jeszcze kawałek drogi. Nie słyszałem abyśmy ustalali kto tego dnia dowodzi, ale muszę uczciwie dodać, że byłem tam gościnnie, więc nie musiałem tego wiedzieć. Dwudziestokilkuletni mężczyzna wyróżniający się ciekawą bródką, ze skupieniem analizował bardzo dokładną mapę. To wojskowa – powiedział z dumą, jakby jej zdobycie graniczyło z cudem. Czego szukamy – spytałem. Mimo, że jestem od niego chyba prawie dwa razy starszy popatrzył na mnie jak mentor na zupełnego nowicjusza. A ty co? Spałeś na odprawie? No tak, głupio zapytałem. Zabawa w Air Soft Guns polega na odszukaniu i zniszczeniu wroga. Nie jakiegoś wydumanego, ale prawdziwego i w dodatku uzbrojonego „po zęby”. Muszę przyznać, iż realizm zabawy zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Air Soft to gra terenowa. Najlepszą do niej scenerią jest las, stara fabryka … lub jakiekolwiek inne miejsce, gdzie nie będzie postronnych gapiów, gdzie można się schować, czołgać, skakać … i walczyć jak na prawdziwym polu bitwy. Bo o to w niej chodzi. Duży realizm Air Soft pozwala doskonale wczuć się w postać prawdziwego żołnierza, a zabawa wymaga od graczy pełnego zaangażowania oraz odpowiedniego wyposażenia. Jest kilka fajnych miejsc w okolicy Ełku, tak dla przykładu tzw. Wąwóz, Żwirownia, Mrozowy Las, Liski … - słyszę. Staramy się tam jeździć raz w tygodniu, zwykle jest to niedziela rano. Wówczas większość z nas może przyjechać, bo tak w tygodniu to nie da rady, ludzie pracują. Ile kosztuje takie cacko? – pytam, patrząc z niemałą zazdrością, na doskonałą - wydaje mi się replikę jakiegoś karabinu. Nie tak znowu dużo – odpowiada Kamil, właściciel karabinu. To trochę kosztowało, ale już za stówę można jakąś broń kupić. Taką, która wystarczy do zabawy. Wszystkie wyglądają bardzo realistycznie, przed każdym strzałem wymagają ręcznego przeładowania. I to jest właśnie fajne. – uprzedza moje pytanie.

Broń to najmniejszy wydatek – dodaje Paweł, to ten z bródką, brat Kamila – najwięcej wydaje się na wyposażenie. Ubiór militarny, plecaki, torby, ochraniacze … bezwzględnie trzeba mieć specjalne okulary lub gogle ochronne, bo szkoda by było stracić oko … w sumie jest tego bardzo dużo. ”Głupie” naszywki kosztują ponad dwadzieścia złotych. Ale bez tego ani rusz. To tworzy dodatkowy klimat. Wszystko ma być takie jak w „realu”. Jak i czym to strzela? – pytam biorąc broń do ręki. O… jest tego dużo – Kamil najwyraźniej jest specem w temacie … zapowiada się więc dłuższy wykład - repliki mogą być sprężynowe, gazowe oraz elektryczne. Rodzajów broni jest bez liku. Są to zarówno pistolety, pistolety maszynowe, subkarabinki, jak i karabiny, a nawet strzelby pump-action – cokolwiek to znaczy – pomyślałem. Wszystkie w skali 1:1. Długo by gadać. Wejdź na Internet i sobie popatrz. A czym to strzela? – przypomniał sobie po chwili, że i o to pytałem. Podał mi do ręki plastikową kulę. Kaliber 6 mm, mogą być też kauczukowe. Widziałem też takie z farbą. Tak jak w paintballu? – wyrwałem się z tezą - Jakim paintballu? – oburza się. Air Soft jest dużo lepszy. I przede wszystkim tańszy. Na paintball nie byłoby nas stać – Kamil definitywnie kończy dyskusję o wyższości jednej zabawy nad drugą, jednocześnie ruchem reki każąc nam się chować. Instynktownie przywarłem do ziemi za jakimś brudnym krzakiem. Dobrze że jest sucho – na szczęście tylko o tym pomyślałem, a nie powiedziałem na głos – wyszedłbym w ich oczach na fajtłapę amatora. Fałszywy alarm - usłyszałem po chwili. Ruszamy. Czas wygrać tę rozgrywkę. Czy to boli? Jak dostanie się taką kulką? – pytam. Paweł celuje we mnie jakby chciał to zademonstrować, widząc jednak moją reakcję przekłada broń do lewej ręki i odpowiada – jak ma się odpowiedni ubiór to nie, prawie nic się nie czuje … a tak … zależy z jak dobrej broni i z jakiej odległości do Ciebie strzelają. Zazwyczaj to tak, jakby komar ugryzł. Poza tym – dodaje Kamil – jak człowiek oberwie to jest tak wściekły, że wypada z gry, że nic poza irytacją nie czuje. Dlatego my zawsze staramy się wygrać – śmieje się – choć nigdy nie jest łatwo. Przeciwnicy są coraz lepsi. A jak wiecie, że ktoś inny dostał? No, jak nie macie kul z farbą? – pytam. Nigdy nie mamy, ciuchy niszczą … Zazwyczaj nie wiemy – wrócił do mojego pytania – brak śladu pozostawianego przez kulki

na ubraniu czyni z tej zabawy elitarną formę rozgrywki, stawiającą fair play na najwyższym poziomie – zakończył filozoficznie, ale widać było, że jego samego rozbawiła taka odpowiedź. Daleko latają takie kule? – rozmowa wciąga mnie coraz bardziej. Te tańsze modele sprężynowe ze dwadzieścia metrów, te lepsze nawet pięćdziesiąt metrów. Widziałem jednak karabinek snajperski, prawdziwe cudo … gość twierdził, że ma zasięg sto metrów i ja mu wierzę. Kiedyś będę taki miał – uśmiechnął się od ucha do ucha. Na razie zbieram na laserowy wskaźnik celu, to też fajny gadżet. To legalne? – pytam, choć znam odpowiedź i wiem, że tak. No jasne. Wszystko można kupić bez zezwolenia. Paweł dał znak abyśmy zamilkli. Co zając? – zaśmiał się cicho Kamil. Zając? – byłem zdziwiony. No tak, myślałem wówczas że padnę na ziemie i nie wstanę. Ze śmiechu. Inni też mieli spory ubaw. Podczas jednej z zabaw – wyjaśnia - chcieliśmy obejść przeciwnika i zaatakować go od tyłu. Po wyjściu z lasu weszliśmy na pole. W tym właśnie momencie, nie wiem jak i skąd, prosto na Pawła skoczył całkiem duży zając. Odbił się od niego i pognał w otwarte pole. Nikt nie zwrócił by na to większej uwagi gdyby nie jego zachowanie. Był zaskoczony, zszokowany i nieźle wystraszony. Widok jego miny był dosłownie bezcenny. W odległości jakichś dwudziestu metrów od nas znajdował się zbudowany z gałęzi szałas. Tam trzymają jednego z naszych – Kamil ledwie słyszalnie szepnął mi do ucha, po czym chyba odruchowo przeładował broń. To dobrze strzeżone wiezienie, należy być ostrożnym, nie wykluczam zasadzki – dodał Paweł. Choć nie dostrzegłem tam dobrze strzeżonego więzienia, ba nawet w ogóle więzienia, a tylko rozlatującą się, źle ułożoną, nawet jak na szałas kupę gałęzi, to siedziałem cicho. Tak widocznie było w naprędce i chyba tylko dla mnie skleconym scenariuszu. To ja chciałem zobaczyć jak wygląda zabawa, wiec coś tam wymyślili i zabrali mnie do lasu. Normalnie tworzenie scenariusza trwa znacznie dłużej i poświęcany jest na niego czas wielu osób. Wszystko po to, aby w jak najdrobniejszych szczegółach zaplanować grę, tak by była realna, nie taka prosta jak dziś, no i najważniejsze - aby nikt przypadkowo nie przeszkodził, bo to psuje realizm. Czasem jednak są to „spontany”, ktoś rzuci jakiś pomysł i tak zostaje, przeważnie akcje odgrywane są po dwa razy – słyszę wyjaśnienie. Jednakże cel zawsze jest ogólnie prosty – wykonać jakieś wymyślone zadanie lub zadania przy jednoczesnym wyeliminowaniu przeciwnika. I trzeba cały czas pamiętać, że każde trafienie kulką wyklucza z dalszej gry, jak na realnym polu walki. Ostatnio mieliśmy odnaleźć skoczka spadochronowego. Drużyny, których było kilka, mogły walczyć przeciw sobie, a ta, która znalazła skoczka wygrała. Koniec gry skoczek zasygnalizował wystrzeleniem racy. To była jedna z lepszych gier - Paweł wzdycha z sentymentem. W sumie w Ełku w Air Soft bawi się czterdzieści osób – dodaje Kamil - ale nawet jak zbierze się dziesięć osób można rozegrać krótkie scenariusze jak np. ochrona Vipa – sześć, siedem osób ochrania, a reszta „poluje” na Vipa – opowiada. Są w sumie trzy grupy: „ACE”, „Zajechani” oraz „Sekcja 8”. Nasza liczba zmienia się co sezon, dochodzą nowe osoby, a stare odchodzą z różnych przyczyn. Niestety sporo młodych osób wyjeżdża z miasta za pracą.

Rozdzielamy się – usłyszałem. Ale zaraz, ja nie mam broni – zabrzmiało to jak krzyk rozpaczy. No tak – Paweł był trochę zakłopotany – zapomniałem, weź mój pistolet – na szczęście uzbrojony był lepiej niż myślałem. Rozbiegli się na boki, zostałem sam i za bardzo nie wiedziałem co robić. Oni już nie raz grali razem i pewnie mieli jakąś swoją taktykę, a ja … nawet nie myślałem, że dam się w to wciągnąć. Stałem przez chwilę gapiąc się na stojące obok drzewo. I co dalej? Zostałem sam … a co mi tam, idę! Długo się nie pobawiłem. Jak tylko wychyliłem się zza drzewa kawałek plastiku uderzył mnie w pierś. Przyznam byłem rozczarowany, widziałem się przez chwilę nawet w roli bohatera, a tak … no nic, następnym razem. Ale misja zakończyła się sukcesem. Uwolnienie zakładnika oraz likwidacja wrogów była niezwykle sprawna i zakończyła się pełnym powodzeniem! I to dzięki mnie … bo byłem „przynętą”, która ujawniła wrogów. Muszę przyznać - skuteczna taktyka. Jednakże, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, obserwując niektórych kumpli Pawła i Kamila, że ta fascynująca i niezwykle realistyczna zabawa w wojnę jest jednak przez niektórych traktowana chyba zbyt poważnie. Przegrana jest jakby ujmą na honorze. To jeszcze nic – Kamil przyniósł mi ciepłej herbaty - widzisz na niektórych strzelankach niektórzy dorośli zachowują się gorzej niż ci co mają dwanaście – trzynaście lat. W życiu byś nie pomyślał, że dorosły może tak się zachowywać. Tacy często porażki biorą niezwykle serio. Kiedyś pamiętam jakiś facet obładowany sprzętem za grube tysiące, któremu chyba wydawało się, że jest królem dżungli, wypada zza pagórka i … dostaje kulkę prosto w klatę. Przechytrzył go dzieciak, który miał 13 lat i najtańszą na rynku broń, a ze sprzętu tylko jakieś stare, kupione z odzysku okulary. Gościu zdziwiony obrzucał młodego bluzgami, pamiętam jak krzyczał, że młody gra za dobrze i na pewno oszukuje, a po czasie doszukiwał się w zasadach czort wie czego … ubaw mieliśmy po pachy, ale prawda jest taka, że takich ludzi, nie mających odpowiedniego dystansu do zabawy, w ogóle nie powinno z nami być. To przecież tylko zabawa. Na szczęście tacy trafiają się rzadko. Ile trzeba mieć lat, aby korzystać z Air Soft Guns? – pytam przy tej okazji. W Polsce nie ma ograniczeń wiekowych. Teoretycznie bawić się mogą osoby w dowolnym wieku. Czasem jeździ z nami w drużynie czternastolatek, który naprawdę potrafi zaskoczyć pomysłowością, a i samo zachowanie z repliką pod względem bezpieczeństwa też opanował na dobrym poziomie. Nie ma więc reguły, ale lepiej jak osoby młodsze bawią się wyłącznie pod opieką osób dorosłych. To co tego dnia przeżyłem, to tylko niewielka namiastka zabawy. W Polsce organizowane są dochodzące nawet do kilkuset (a i kilku tysięcy) uczestników manewry i zloty pasjonatów. Są to spotkania ludzi o tej samej pasji, na których rozgrywane są liczne scenariusze o charakterze militarnym. Liczy się dobra i kulturalna zabawa. Mimo że Air Soft przybiera różne formy dla jednych jest to zwykła zabawa połączona z pasją, dla drugich element szkolenia w działalności paramilitarnej - to na polu walki airsoftowej spotykają się i sprawdzają swoje umiejętności przedstawiciele zarówno pierwszych jak i drugich. Air Soft cechuje uniwersalność, jest to doskonała zabawa dla każdego bez względu na wiek, płeć, czy pozycję społeczną. Dlatego gorąco polecam ją każdemu. Robert Klimowicz

POWIAT.ELK.PL 15

Mikołajkowe szaleństwo na Białym Orliku

PORADNIK INTERESANTA

PRAWO JAZDY PO ZMIANACH Spore zmiany czekają przyszłych kursantów. Najprawdopodobniej od 19 stycznia 2013 roku zaczną obowiązywać nowe zasady zdawania egzaminów oraz kategorie praw jazdy. Profil kierowcy w sieci Drogę do zdobycia prawa jazdy rozpoczniemy w Starostwie Powiatowym. Po złożeniu wniosku i pozostałych dokumentów, w systemie teleinformatycznym wygenerowany zostanie profil kandydata na kierowcę (PKK). Na potwierdzenie otrzymamy specjalny kod (numer identyfikacyjny). Ośrodek szkolenia kierowców będzie miał dostęp do naszego profilu i potwierdzi ukończenie kursu. Wtedy będziemy mogli przystąpić do egzaminu na prawo jazdy. Gdy Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego w systemie uzupełni nasze dane o wynik egzaminu, Starostwo Powiatowe może zamówić druk naszego prawa jazdy. Egzamin Najistotniejszymi zmianami dla przyszłych kierowców będą te, dotyczące egzaminu teoretycznego. Baza pytań teoretycznych wzrośnie i - uwaga – wcześniej nie będzie udostępniona. Sam egzamin będzie składał się z dwóch części: ogólnej i specjalistycznej. Pierwsza będzie składać się z dwudziestu pytań z filmami sytuacyjnymi i zdjęciami, a druga z dwunastu pytań. Prawidłowa może być tylko i wyłącznie jedna odpowiedź. Co ważne - nie będzie można wrócić do raz wskazanej odpowiedzi. Motocykliści Zmiany nie ominą także kierowców jednośladów. Przyszłych motocyklistów czekają nowe zadania na placu manewrowym, m.in. test z omijania przeszkody oraz slalom. Zmienione będą także przepisy dotyczące wieku. Dziś kategoria A dozwolona jest od 18. roku życia, według nowych przepisów - od 24. roku. Zdobycie prawa jazdy kategorii A będzie możliwe w dwóch etapach: najpierw trzeba będzie zdobyć prawo jazdy na małe motocykle (A1 w wieku 16 lat lub A2 w wieku 18 lat), a następnie po 2 latach, starać się o uzyskanie prawa jazdy na większe motocykle (odpowiednio A2 lub A). Nowość – prawo jazdy na motorower Nowe kategorie praw jazdy pojawią się dla pojazdów dwu- i trzykołowych. Do istniejących kategorii A1, B1, A, A2 dołączy kategoria AM - uprawniająca do kierowania motorowerami oraz czterokołowcami

lekkimi (quadami), jednocześnie podwyższając minimalny wiek z 13 na 14 lat. Do tej pory do jazdy motorowerem wystarczyła karta motorowerowa. Jest to istotna zmiana, ponieważ obecnie kartę motorowerową można zdobyć za pośrednictwem szkoły, która zajmuje się też organizowaniem egzaminów. Z chwilą wejścia w życie zapowiadanych zmian, przyszły kierowca będzie musiał odbyć szkolenie zakończone wydaniem zaświadczenia o ukończeniu kursu. Dopiero wówczas (za zgodą rodziców) będzie mógł przystąpić do egzaminu państwowego, który będzie płatny. Prawo jazdy z terminem ważności Zgodnie z nowelizacją ustawy, prawa jazdy kategorii AM, A1, A2, A, B1, B, B+E będą ważne przez 15 lat, a pozostałe przez 5 lat. Przed upływem terminu, przy wymianie prawa jazdy na nowe, kierowca zobowiązany będzie do dostarczenia orzeczenia lekarskiego stwierdzającego brak przeciwwskazań zdrowotnych do kierowania pojazdami. Debiutanci na okresie próbnym Początkujący kierowcy będą musieli dodatkowo przejść dwuletni okres próbny. W momencie, gdy młody adept kierownicy popełni dwa wykroczenia, zostanie skierowany na kurs reedukacyjny. Po popełnieniu trzech wykroczeń lub jednego przestępstwa drogowego straci prawo jazdy. Ponadto kierowcy zobowiązani będą do odbycia szkolenia z zakresu doskonalenia techniki jazdy. Od dnia otrzymania prawa jazdy, kierowca przez osiem miesięcy będzie musiał jeździć samochodem oznaczonym na przedniej i tylnej szybie zielonym symbolem liścia klonowego. Co więcej, obowiązywać go będą ograniczenia prędkości 50 km/h w terenie zabudowanym, 80 km/h poza nim oraz 100 km/h na drodze ekspresowej dwujezdniowej i autostradzie. Od 19 stycznia 2013 roku będą wydawane nowe wzory dokumentów – zgodne ze wzorem obowiązującym dla wszystkich państw Unii Europejskiej.

szukaj nas na Facebooku

Magda Kołodziej

W niezwykle radosnej, mikołajkowej atmosferze swój drugi sezon rozpoczyna „Biały Orlik” przy Zespole Szkół nr 6 im. Macieja Rataja w Ełku. Jak pokazał pierwszy sezon, powiatowe lodowisko cieszyło się ogromnym zainteresowaniem. Podobnie jak w ubiegłym roku, z rekreacji na łyżwach możemy korzystać siedem dni w tygodniu. Od poniedziałku do piątku w godzinach od 16:00 do 20:00. Natomiast w sobotę i niedzielę lodowisko otwarte będzie od godziny 10:00 do 20:00 (od 14:00 do 15:00 przewidziana jest przerwa techniczna).

Na miejscu odpłatnie można wypożyczyć łyżwy. Wkrótce znany będzie harmonogram pracy Białego Orlika podczas nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia. 20 grudnia ubiegłego roku odbyło się uroczyste otwarcie kompleksu boisk sportowych przy Zespole Szkół nr 6 im. Macieja Rataja w Ełku. W ramach projektu „Orlik 2012″ przy szkole powstało między innymi boisko do piłki nożnej pokryte sztuczną trawą oraz boisko wielofunkcyjne, które do marca będzie służyło uczniom i mieszkańcom powiatu ełckiego jako lodowisko.

Z LEGEND POWIATU Skomack Wielki to wieś położona w gminie Stare Juchy. Powstała w 1499 roku. Rudolf von Tippelskirchen, komtur ryński, nadał 30 listopada 1499 roku Janowi Grabnikowi 68 włók na prawie chełmińskim celem założenia wsi czynszowej Skomack (Skomantken) nad jeziorami Czarne, Tałto, Milusze i Druglin. Nazwa wywodzi się od imienia wodza Jaćwingów Skomanda, który po klęsce Jaćwieży przeszedł na służbę do Krzyżaków. W 1517 roku istniały tam dwie karczmy i młyn. W 1939 roku wieś liczyła 815 mieszkańców. Po mazursku nazywała się Skomatzko, niemiecku Dippelsee, później po polsku Skomack Wielki. Po Mazurach w Skomacku zostało bardzo dużo książek pisanych niemieckim gotykiem. Większość ksiądz kazał spalić. Zachowały się nieliczne, w większości w prywatnych domach. Najciekawszym miejscem we wsi jest góra potocznie zwana „Ciborką”. Legenda o jej powstaniu jest następująca: W latach dawnych, gdy ludzie nie znali zła, żyła kobieta piękna i mądra. Wielu chłopów podziwiało jej urok, lecz ta w miłość nie wierzyła i serce z kamienia miała. Każde zalety ku niej skierowane, oddalała. Dnia pewnego, gdy życie płynęło naturalnie, wieś odwiedził mężczyzna młody, o zniewalającej urodzie. Wszelakie panny go pokochały. Gdy doszło do spotkania damy o sercu z kamienia i chłopa młodego, serce jej się roztopiło, oszalała z miłości, choć go nie znała, oszalała choć serce zimne miała. Mężczyzna dziewki nie kochał, za innymi się uganiał, a ta choć oszalała, co wieczór na górze stawała i o ukochanego pytała. Krzyk rozpaczy się roznosił, ból, cierpienie, żal. A ta chora z miłości, osłabła i zginąć musiała. Dnia każdego, kto wyjdzie w wieczór deszczowy, słyszy jak dama: Mój ci on, mój!! krzyczy. Ludzie od nawoływań panny nazwali górę Ciborką, nikt nie wie dlaczego.


RAZEM WYBIERALIŚMY HERB Zakończyła się sonda dotycząca herbu powiatu ełckiego. Przez miesiąc internauci mogli oddawać głosy na swojego faworyta. Za pośrednictwem naszej strony oddano 504 głosy. Poniżej prezentujemy wyniki. Najwięcej głosów zostało oddanych na propozycję nr 2, która w swojej symbolice odwołuje się do Skomanda, przywódcy Sudawów – plemiona Jaćwieskiego, żyjącego w pobliżu dzisiejszego Ełku. Projekt nr 2 - 201 głosów

Otrzymaliśmy również kilka opinii dotyczących propozycji herbu na naszą skrzynkę e-mail. Oto niektóre komentarze w tej sprawie. Pani Natalia napisała: „wybieram herb nr 3, ponieważ jest prosty i czytelny”. Z kolei pani Agnieszce, jak napisała, bardzo przypadł do gustu projekt herbu z głowami orłów. Głównie ze względu na estetykę oraz dostojność i powagę projektu. Na drugim miejscu stawia wersję nr 2 odwołującą się do Skomanda. Teraz Zarząd Powiatu przekaże propozycję herbu i flagi powiatu ełckiego do konsultacji Radnym Powiatu Ełckiego, a następnie do zaopiniowania przez Komisję Heraldyczną działającą przy Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji. Poniżej podajemy opisy projektów herbu.

Głosy na kolejne projekty rozkładały się następująco: Projekt nr 1 - 136 głosów

Projekt nr 1 odwołuje się do koncepcji herbu używanego w latach 1699-1960 przez miasto Ełk. Twarze Janusa z herbu miejskiego, który nie może być użyty w herbie powiatu, zastąpiono złączonymi głowami orłów: polskiego srebrnego ze złotym dziobem, w złotej koronie oraz pruskiego czarnego ze złotym dziobem i złotą koroną na szyi – na znak zależności lennej od króla polskiego; wspólne pole obu godeł – czerwone. Zestawienie orła polskiego i pruskiego występuje m.in. na chorągwi lennej użytej przez Jerzego Fryderyka Hohenzolerna składającego hołd Stefanowi Batoremu w 1578 r. (S.-K. Kuczyński, Polskie herby ziemskie, Warszawa 1993, s. 206-209). Smutnym nieporozumieniem prowadzonej przez lata polityki historycz-

no-kulturalnej jest wymazanie ze świadomości Polaków faktu, że Prusy Książęce były lennem polskim i jako takie otrzymały swój herb, zmieniony w wyniku późniejszych zmian politycznych. Projekt drugi odwołuje się do wspomnianego Skomanda (Skumanda, Komantasa), przywódcy Sudawów, żyjącego w okręgu Krasima, w pobliżu dzisiejszego Ełku, któremu wiele miejsca poświęca Piotr z Dusburga w Kronice Ziemi Pruskiej. Jego burzliwe życie: zwycięskie wyprawy na Ziemię Chełmińską w latach 1263 i 1277, upadek Jaćwieży w 1283 r. i ucieczka Skomanda na Ruś, powrót i przyjęcie chrześcijaństwa, a potem rola przewodnika w krzyżackiej wyprawie na Grodno w 1284 r., potem rychła śmierć, są świadectwem dziejów rdzennych mieszkańców ziem pod panowaniem krzyżackim. W polu błękitnym pod srebrnym „Krzyżem Skomanda” kwiat lilii wodnej (grzybienia) tej samej barwy, nawiązujący do jaćwieskiej nazwy Ełk i bogactwa miejscowej flory. Umieszczenie symboli na błękitnym tle oznacza w tym przypadku czyste powietrze i jeziora, koresponduje z herbem miejskim. W projekcie nr 3, w polu górnym, zielonym tarczy dwudzielnej w pas linią falowaną, kwiat lilii wodnej (grzybienia), pole dolne podzielone na sześć pasów falowanych srebrnych i błękitnych. Kompozycja odnosi się do wcześniej przytoczonych walorów ekologicznych i nazwy Biała Woda podanej przez Długosza. Projekt czwarty przedstawia w polu błękitnym kwiat lilii wodnej srebrny między trzema złotymi liśćmi tejże rośliny ułożonymi w rosochę. Symbolika jak wyżej.

Zachęcamy do kontaktowania się z nami. Jesteśmy do Państwa dyspozycji. - za pośrednictwem naszej strony internetowej www.powiat.elk.pl, zakładka Napisz do Nas; - osobiście pokój 393 i 396, II piętro, tel. 87/621-83-36 i 87/621-83-52, - e-mail: informacje@powiat.elk.pl

Projekt nr 3 - 117 głosów

Projekt nr 4 - 50 głosów

Zespół ds. Informacji: Zastępca Naczelnika - Robert Klimowicz, Magdalena Zawadzka, Agnieszka Żukowska, Magda Kołodziej

POWIAT.ELK.PL  

Gazeta nr 6

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you