Page 1

1

Potrójna tajemnica

Dramatis personae

 Beata (52 l.) – elegancka, zadbana; terapeutka Wiesława.  Joanna (32 l.) – atrakcyjna kobieta, żyjąca w konkubinacie z Maciejem, z poprzedniego związku ma syna, dwuletniego Marcela.  Leszek (50 l.) – policjant, przyjaciel Beaty.  Maciej (38 l.) – partner Joanny, ojczym Marcela, szef dużej firmy informatycznej.  Przechodzień (w nieokreślony wieku) – przypadkowy przechodzień, mężczyzna spacerujący z wózkiem dziecięcym.  Wiesław (40 l.) – przystojny mężczyzna; ksiądz, alkoholik.


2

Akt I Scena I Hotelowe wnętrze. Łóżko, szafka nocna, stolik, dwa fotele. Ogromny ekran. Ekran występuje w każdej scenie. Raz jest ekranikiem telefonu, raz ekranem komputera, tabletu lub telewizora. Dla jasności będzie on zawsze określony jako EKRAN. Na łóżku śpi Wiesław, obok łóżka stolik i przewrócona lampa. Na stoliku przewrócona butelka whisky. Dudni psychodeliczna, orientalna muzyka z płyty Briana Eno & David Byrne'a „My life in the bush of ghosts” (https://www.youtube.com/watch? v=u453lKyCOfs od 40. sekundy). Na EKRANIE pojawiają się koszmarne obrazy: stosy obciętych kończyn, larwy pełzające po zepsutym mięsie, wściekły wilk, z którego pyska toczy się piana. Nagle muzyka i obrazy znikają. Rozlega się dzwonek telefonu komórkowego. EKRAN zamienia się w ekran telefonu komórkowego. Pokazuje godzinę szóstą rano. Na EKRANIE pulsuje ikonka przychodzącego połączenia. Nad nią napis “Joanna”. Wiesław budzi się, po omacku łapie za telefon. Przerażony patrzy na ekranik swojego telefonu i odrzuca telefon. Wiesław wstaje, chwieje się, jest pijany. Podnosi butelkę ze stolika i opróżnia ją. Telefon przestaje dzwonić. Wiesław oddycha z ulgą i pada na łóżko. Rozlega się aria “Erbarme dich” z Bachowej “Pasji według świętego Mateusza” (https://www.youtube.com/watch? v=BBeXF_lnj_M od 50. sekundy). Po chwili milknie muzyka i telefon znów dzwoni – na EKRANIE “Joanna”. Wiesław odbiera. Słychać gaworzenie dziecka. Wiesław rzuca się na podłogę i zaczyna się modlić. Rozlega się orientalna muzyka jw., a na EKRANIE pojawiają się przerażające obrazy jw. Gasną światła.


3

Scena II Na EKRANIE pojawia się wielki napis “Wcześniej”. Zapalają się światła. Wnętrze gabinetu na szpitalnym oddziale uzależnień. Dwa krzesła. Naprzeciwko siebie siedzą Wiesław i Beata. Wiesław jest w dresie. Beata: Jak się dzisiaj czujesz? Wiesław: Jestem wkurzony na samego siebie. Straszliwie wkurzony... Powiedziałbym mocniej, ale przecież tu nie wolno... (z przekąsem) Nawet przekląć tu nie wolno. Jak w kościele... A może bluzgi mi by mi pomogły, nie sądzisz? Bo kiedy przeklnę, kiedy wrzasnę “kurwa mać!” (patrzy prowokacyjnie na Beatę)... To może właśnie wtedy, tym jednym bluzgiem, jak magicznym zaklęciem, odetnę się od całej mojej przeszłości! Od tej mojej przeklętej, łagodnie uśmiechniętej, wzbudzającej zaufanie księżowskiej gęby! Wiesz, co to znaczy “brewiarzowa gęba”? Beata: Nie wiem. Może mi wytłumaczysz? Wiesław: Kiedyś jako wikary musiałem wyjść na dworzec po pewnego księdza, który przyjechał do mojej parafii na rekolekcje. “Jak go rozpoznam, jeśli będzie w cywilu?”, zapytałem księdza proboszcza. (naśladując głos proboszcza) “Po brewiarzowej gębie”, odparł mój szef. My, księża, wszyscy mamy takie same twarze... Delikatne, obłe, miękkie, niemęskie... Jesteśmy jacyś dwupłciowi, hermafrodytyczni... Za nadzieją czeka przez chwilę na zaprzeczenie ze strony Beaty. Beata: I poszedłeś wtedy na dworzec po tego księdza kaznodzieję? Wiesław: Nie, wysłałem jednego z ministrantów... Beata: A dlaczego sam nie poszedłeś? Wiesław: A jak sądzisz? Beata: Nic nie sądzę. Powiesz mi? Wiesław: Upiłem się. Piłem wódkę prosto z butelki, patrzyłem w lustro, wbijałem wzrok w moje brewiarzowe oblicze i śpiewałem cicho “Kiedy ranne wstają zorze”. Przez pijacką mgłę, jak przez watę, słyszałem, że nasza gosposia, pani Aniela, zacna starsza kobieta, dobija się do drzwi i woła mnie: “Księże Wiesławie, przepyszne żeberka w kapuście!”. No i co chcesz jeszcze wiedzieć? Jakie pikantne szczegóły


4

chcesz znać? Jak zszedłem na dół? Jak potykałem się o własne nogi? Jak kapustą i żeberkami rzygałem na gęsto po stole? Jak proboszcz i rekolekcjonista śmiesznie uskakiwali przed moim pawiem? Wiesz, co było najgorsze? Że pani Aniela długo płakała w noc... Poczciwa i dobra... Serce jak na dłoni... Ona specjalnie dla mnie te żeberka zrobiła. W kapuście – takie jak lubię najbardziej. Zapada milczenie. Beata: Zapytałeś, co chcę wiedzieć. Odpowiadam. Chcę wiedzieć, dlaczego teraz czujesz na siebie złość. Powiedziałeś “Jestem na siebie wkurzony”. Dlaczego? Wiesław wstaje, spaceruje, uspokaja się. Wiesław: No dobra. Jesteś bardzo konkretna, profesjonalna. Ja też będę profesjonalnym grzesznikiem i wyznam ci wszystko jak na spowiedzi. Beata: To nie jest spowiedź, Wiesiu. Ale jeśli tak ci wygodniej, to nazwij to – owszem – “wyznaniem”. A zatem, co mi chcesz wyznać? Wiesław: Piję od piętnastu lat. Po raz pierwszy piłem wino, tanie owocowe, to było przed maturą, na szkolnej wycieczce w Warszawie, w kinie na filmie o tytule nomen omen “Odmienne stany świadomości”. Potem kilka razy w czasie studiów... Ot, zwykłe wygłupy z kolegami-klerykami na letnich obozach modlitewnych. I wiesz, co? I pamiętam chyba punkt zwrotny, kiedy zacząłem myśleć o alkoholu jako o moim towarzyszu, przyjacielu... A nawet gorzej – zacząłem go traktować jak kobietę. To było w małej wiosce na Podhalu, w mojej pierwszej parafii, gdzie byłem wikarym... Okna pokoiku wychodziły na Tatry. Było mroźne, sobotnie popołudnie. Byłem kompletnie sam na plebanii. Przez szpary w oknie wiało mrozem. Sięgnąłem po butelkę nalewki, którą dostałem od jednego z parafian. “Dla zdrowia” – tak powiedział ten uprzejmy człowiek. Piłem małymi łykami i patrzyłem, jak te góry ciemnieją pod wieczór. Kiedy zasypiałem w słodkim upojeniu, głaskałem butelkę pieszczotliwie. Była moją przyjaciółką, a nawet kochanką... Beata: To był przełom, tak? A co było po tym popołudniu? Wiesław: A różnie bywało. Pewnego dnia chodziłem po kolędzie. W każdym domu kieliszek. Pilnowałem tego bardzo rygorystycznie. Tylko jeden kieliszek. Ani kropli więcej. Ale domów we wsi było ze czterdzieści... Obudziłem się z opuchniętą twarzą. Ostatnich wizyt duszpasterskich nie pamiętam. Ponoć napastowałem jakąś kobietę i jej mąż mnie uderzył. Biskup zareagował natychmiast. Przeniósł mnie pod Piotrków Trybunalski. A tam też były ładne krajobrazy. Mgły nad polami, a w oddali ciemne pasmo lasu. Pod wieczór patrzyłem, jak zapadają ciemności nad szerokim polem. W mojej dłoni znów była dłoń mojej przyjaciółki flaszki... Rano owszem, zdradzała


5

mnie ona okrutnie, poniewierała mną... Monstrualne kace. Miewałem takie śruby, że mszy nie mogłem odprawić. A ja i tak kochałem wódkę, mimo że wyrządzała mi tyle złego. Z zakrystii leciałem na plebanię i po chwili ją całowałem, a balsam spływał w moje udręczone, sponiewierane wnętrzności. Moja ukochana była mi znów oddana i wierna... Beata: Powiedziałeś, że jestem “konkretna i profesjonalna”. Sprowadzę twoje poetyckie obrazy do rzeczywistości. W czasie pracy duszpasterskiej uzależniłeś się od alkoholu. A ta terapia jest twoją drugą w ciągu niewiele ponad jednego roku. Czemu zdecydowałeś się na kolejną terapię? Wiesław: Tak, masz rację. Dość literackich uniesień. To wszystko zawsze kończyło się tak, że budziłem się w kałuży moich wydzielin. (patrzy prowokacyjnie na Beatę) Co brzydzą cię moje słowa? Beata: Nie. Opowiedz mi, proszę, o twojej pierwszej terapii. Jak na nią trafiłeś. Wiesław: Kolejna diecezja, kolejna parafia, kolejny dywanik u biskupa. Ale następny hierarcha to już nie wytrzymał. Był to twardy facet, bez brewiarzowej gęby. W krótkich żołnierskich słowach kazał mi iść na terapię. I poszedłem. To była moja pierwsza. Trwała sześć tygodni. W specjalnym ośrodku dla księży alkoholików. Tam wielokrotnie mnie przestrzegano, że nie będę już mógł wypić nawet kropelki. Zalecenia były proste: wyrzuć ze swojego pokoju wszystko, co ci się kojarzy z alkoholem. Unikaj miejsc, gdzie piłeś, i sklepów, gdzie kupowałeś! Wbijano mi to do głowy – że wystarczy jedna kropla... Jakiś widok, zapach, kojarzący się z piciem... I mój chory mózg zareaguje. Zmusi mnie do tego, bym znowu się upodlił. Wiesław milczy. Beata: Co było dalej? Wiesław: Tydzień po skończeniu terapii odprawiałem poranną mszę. Miałem pozwolenie od biskupa, by podczas liturgii zamiast wina mieć w kielichu tylko wodę. Ministrant się pomylił. Nalał mi wina. Wypiłem. I nic. Rozumiesz? Nic! Ani się kościół się nie zawalił, ani diabeł nie wylazł spod ołtarza. Poczułem, jak rozsadza mnie pycha. Byłem dumny z siebie. Oto wszystko jest nieprawdą, co mi wbijali do głowy terapeuci! Ja, wszechmocny, wszechpotężny, poczułem kroplę alkoholu w ustach – i co? Nic! Zupełnie nic! Wcale nie pragnąłem się upić! Zwalczyłem nałóg mocą umysłu! Czułem, jak ta kropla wina spływa mi do gardła i wcale nie pragnąłem więcej. Byłem wyleczony, wolny! Nie musiałem więcej pić! Po mszy siedziałem w zakrystii i pękałem z dumy. Wszyscy ministranci już poszli. A ja tak siedziałem godzinami, spokojny i zadowolony z siebie. Minął tydzień po tym zdarzenie. Do niedzielnego obiadu wypiłem lampkę wina... Nie wiem, co było dalej. Ocknąłem się


6

we wtorek na dworcu kolejowym w sąsiednim mieście. Brudny, nieogolony, bez pieniędzy, dokumentów... Spod rozdartego kołnierzyka czarnej koszuli dumnie sterczała koloratka... Beata: Co było dalej, kiedy wytrzeźwiałeś? Wiesław: Wciąż tylko pytasz i pytasz... A może powinnaś mi coś poradzić? Powiedzieć coś na wsparcie? (z przewrotnym uśmieszkiem) Co, wcielasz się w swoją dawną rolę? Beata: (spokojnie) Nie rozumiem. Wiesław: Beata, wszyscy tu wiemy na oddziale, że byłaś policjantką... Beata: Tak, byłam policjantką, ale teraz jestem twoją terapeutką. Wiesław: (nerwowo) Może zapalimy? Nie mów tylko, że nie palisz... Beata: Chcesz zrobić przerwę? Wiesław: Nie, chcę tylko z tobą zapalić. Tutaj. Będziemy dalej rozmawiać. Przy papierosie. Wszyscy policjanci, nawet byli, palą. Tak jak księża... Beata: Nie, Wiesiu. Albo robimy teraz przerwę i ty sobie zapalisz sam, oczywiście na zewnątrz, albo nie robimy przerwy i rozmawiamy dalej. Co wybierasz? Wiesław (zrezygnowany): Rozmawiamy. Chcesz wiedzieć, co było po tym zapiciu, jak znaleziono mnie na dworcu? Wyobraź sobie, że nie spotkały mnie żadne konsekwencje. Ani zdrowotne, ani służbowe. Przez pół roku nic nie piłem i nawet nie było mi ciężko w tej abstynencji. Wytrzymałem. Aż coś się stało... Pewnego dnia otworzyłem komputer... Na scenie zapala się EKRAN, widać na nim ekran tabletu; rozlega się dźwięk dostarczenia mejla i ikonka skrzynki pocztowej z czerwoną jedynką, oznajmiającą, że przyszła jedna wiadomość. Wiesław: I dotarła do mnie wiadomość o śmierci pewnej osoby. Przeczytałem mejl i otworzyłem załącznik... I po chwili znalazłem się na rozstajnych drogach. Jedna z nich prowadziła do sklepu nocnego, a druga tu, do ciebie... Wybrałem tę drugą. Dlatego tu jestem. Beata: To był ktoś bardzo ci bliski, tak? Ten, kto umarł?


7

Wiesław: Nie, to nikt bliski. Ale tej śmierci by nie było, gdybym... Beata milczy i patrzy się na Wiesława ze zrozumieniem. Wiesław: Gdybym złamał tajemnicę spowiedzi.


8

Scena III Na EKRANIE pojawia się wielki napis “Jeszcze wcześniej”. Zapalają się światła. Na scenie tylko ławka. Na ławce siedzi Wiesław. Jest ubrany w elegancki czarny garnitur i koloratkę. Czyta książkę i pali papierosa. Na EKRANIE pojawia się sielankowy obraz: wiosna, kwitnące drzewa, ławka w parku nad brzegiem rzeki. Na scenę wchodzi Joanna i zbliża się do Wiesława. Jest ubrana w sukienkę w czerwone maki. Na nogach pantofle na wysokim obcasie. Dyskretnie umalowana. Uśmiechnięta. Joanna (radośnie): Szczęść, Boże! Wiedziałam, że tu księdza spotkam! Wiesław rzuca jej krótkie spojrzenie i natychmiast ucieka wzrokiem. Wiesław (bez uśmiechu, udaje, że czyta): Szczęść, Boże! Joanna staje przed nim w prowokacyjnej pozie i opiera dłoń na biodrze. Joanna: Przeszkadzam? Wiesław (skonsternowany): Tak, rzeczywiście... Trochę pani przeszkadza... Przygotowuję kazanie na jutro... Czy my się w ogóle znamy? Joanna wciąż się uśmiecha. Nagle siada obok Wiesława, podciąga nieco sukienkę i zakłada nogę na nogę. Wiesław odsuwa się zaniepokojony. Joanna (ze śmiechem): I ty się pytasz, czy my się znamy? Nie pamiętasz tego pięknego wieczoru w “Szczęśliwej trzynastce”? Wiesław (oburzony): Proszę mi nie mówić “na ty”! Nie znam pani! Jak pani ma czelność! Joanna (tym samym, lekko ironicznym tonem): Tak ładnie się wszystko zaczęło... Byłam z dwiema koleżankami. Typowy babski wieczór... Wszystkie trzy zwróciłyśmy na ciebie uwagę. Przystojny facet, ubrany z elegancją – nieco staromodną, ale nieprzemijającą. Jasnoszary garnitur, czarna koszula i prążkowany krawat z dzianiny... Kto się tak dzisiaj ubiera, kiedy wpada do baru na wieczornego drinka? No co? Już sobie przypominasz? Miałam na sobie tę samą sukienkę co dzisiaj... Mówiłeś, że bardzo ci się w niej podobam. Wiesław jest przerażony, lecz najwyraźniej nie ma siły, by wstać i odejść. Joanna (nachylając się Wiesławowi do ucha): Zaczepiłeś mnie przy barze... Byłeś na


9

tyle ujmujący, że bez wahania zostawiłam koleżanki. Zdecydowany i jednocześnie delikatny... Taka kombinacja zawsze działa na kobiety... Wiesław wstaje gwałtownie z ławki. Wiesław: Pani mnie myli z kimś innym! Do widzenia! Szybko odchodzi. I wtedy rozlega się dzwonek jego komórki. Patrzy się na ekranik z niedowierzaniem. Na EKRANIE pojawia się ekranik telefonu komórkowego i numer. Joanna (trzymając w dłoni swoją komórkę): Zapisz sobie ten numer raz na zawsze. Mam na imię Joanna, jeśli nie pamiętasz! Wiesław siada ciężko na ławce. Jest przerażony i zniechęcony jednocześnie. Wiesław: Skąd ma pani mój numer? Joanna (pieszczotliwie): Wymieniliśmy się wtedy numerami, Wiesiu. Pamiętasz? Kiedy to robiliśmy, byłeś na lekkiej fazie, ale chyba pamiętasz, jak to robiliśmy? (akcentuje “erotycznie” dwa ostatnie słowa) Wiesław (przerażony): Co robiliśmy? Niech mi pani powie! Co robiliśmy? Joanna (lekko nadąsana): To staje się nieznośne! Nie jestem żadna “pani”. Jestem Joanna! Wiesław (ocierając pot z czoła): Dobrze! Dobrze! Opowiedz! Wszystko mi zaraz przypomnij! Joanna (natrętnie): Najpierw zapisz mój numer! Wiesław: No dobrze... Już, już... Na EKRANIE widać palec Wiesława i ekran telefonu. Widać, jak Wiesław naciska poszczególne przyciski – litery J, O, A, N, N, A, a potem naciska klawisz “Zapisz”. Joanna (skromnie spuszczając oczy): Kiedy mnie podrywają faceci, zwykle opowiadają... Wiesz, jak w tej piosence... (śpiewnym tonem) Że żona ich nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią... A ty mówiłeś dużo o ciemnych górach i o jakimś zbożu falującym na polu. Ujęły mnie nie tyle te twoje historie, ile głos, twój ton... Basowy, mocny, spokojny... Wiesław: No powiedz w końcu, co tam robiliśmy!


10

Joanna (wzruszając ramionami): Nic wielkiego... Całowaliśmy się... Namiętnie całowaliśmy się przy barze... A potem wypiłeś o jednego drinka za dużo... O jeden most za daleko... Ale zanim się pogrążyłeś w nirwanie, zdążyłeś mi powiedzieć, że jesteś księdzem, i w którym kościele pracujesz. I od trzech tygodni masz, Wiesiu, jeszcze jedną wierną parafiankę. Przychodzę i słucham twoich kazań... Cała drżę, kiedy się rozlega twój głos... Jest taki męski, zdarty przez nikotynę... Wiesław chowa twarz w dłonie. Milczą przez chwilę obydwoje. Wiesław: To wszystko przez alkohol. Mam problem alkoholowy... Joanna: Chcesz mi powiedzieć (naśladuje jego basowy głos) “Mała, byłem nawalony, nie wiedziałem, co robię, zapomnij o czułych słówkach”? (podnosi głos) To właśnie chcesz mi powiedzieć? Wiesław (zdecydowanie): Tak, ale z pełnym szacunkiem. Bez wulgaryzmów i slangu. Szanuję cię, Joanno, ale jestem księdzem. Celibat to celibat. Joanna (z szelmowskim uśmieszkiem): Po co mi mówisz o celibacie? Jesteś przystojny, Wiesiu... Nawet bardzo... Ale nie pochlebiaj sobie zbytnio... Ja ci się wcale nie oświadczam... Nie sądzisz, że to byłoby zbyt szybko? Tylko po jednym, choć namiętnym całowaniu? Joanna wstaje i odchodzi, kręcąc biodrami. Nagle się zatrzymuje i kilkakrotnie naciska klawisze telefonu komórkowego. Uśmiecha się, machą ręką Wiesławowi i schodzi ze sceny. Rozlega się dźwięk nadejścia SMS-a. Na EKRANIE pojawia się ekranik telefonu komórkowego Wiesława i palec Wiesława. Wiesław naciska na klawisze i wyświetla się wiadomość “Teraz czas na twój ruch”. Wiadomość jako załącznik ma fotografię. Nad wiadomością napis “Joanna”. Wiesław dotyka link załącznika, by wyświetlić fotografię. I wtedy na EKRANIE pojawia się zdjęcie nagiej Joanny w bezwstydnej pozie.


11

Scena IV Modnie urządzony salon eleganckiego apartamentu. Salon jest połączony z kuchnią i oddzielony barem z dwoma wysokimi krzesłami. W salonie skórzane meble najwyższej jakości i drogi, futurystyczny sprzęt stereo. EKRAN jest wielkim telewizorem, stojącym w salonie. Na EKRANIE śpiące dziecko w łóżeczku (to Marcel). Słychać równy oddech i pieszczotliwy głos Joanny, usypiającej dziecko. EKRAN powoli zostaje wygaszony. Do pokoju wchodzi Joanna. Jest bez makijażu, ubrana w szaro-różowy dres. Idzie do kuchni, nalewa sobie lampkę wina. Siada ciężko na kanapie, wypija łyk wina i oddycha z ulgą. Joanna: No! Wreszcie zasnął! Włącza telewizor. Na EKRANIE pojawia się czołówka telenoweli. Słychać głos znanego piosenkarza, śpiewającego melodyjną piosenkę. Joanna zmniejsza głośność. Słychać chrobot klucza w zamku. Do salonu wchodzi Maciej. Jest ubrany w elegancki garnitur. Koszula i marynarka pognieciona i poluzowany krawat. Jest zmęczony. Rzuca teczkę na podłogę w przedpokoju. Głos dobiegający z EKRANU zanika. Maciej: Cześć, kochanie! Joanna (wpatrzona w telewizor): Cześć! Maciej podchodzi do barku. Nalewa sobie małą ilość whisky. Ze szklanką w dłoni siada ciężko obok Joanny. Joanna (nie odrywając oczu od telewizora): Może zdejmij najpierw marynarkę! Chcesz ją jeszcze bardziej pognieść? Maciej (zdenerwowany, cedzi słowa): Jesteś dzisiaj jak bomba zegarowa... Boję się zapytać o kolację... Joanna (odwracając się do Macieja, ze złością): Prowokujesz mnie? Zapytaj jeszcze o to, czy pozmywałam dziś podłogę! Czy umyłam wannę i kibel, czy posprzątałam balkon, abyś mógł sobie, po twojej ciężkiej i odpowiedzialnej pracy, usiąść z drinkiem i patrzeć na ten sztuczny staw? Bo tak bardzo lubisz przyglądać się kaczkom, które są równie autentyczne jak to całe gówniane, ogrodzone murem, nowobogackie osiedle! A może jesteś ciekaw, czy starczyło mi czasu na kąpiel? Czy natarłam moją skórę balsamem i czy naperfumowałam moją wygoloną myszkę? Maciusiu, na wszystkie te pytania odpowiedź brzmi “Nie!”. Nie jestem twoją gejszą, ale partnerką... Nie jestem twoją służącą, która z entuzjazmem co noc rozkłada przed


12

tobą nogi, a codziennie rano rozkłada prasowalnicę i bardzo ostrożnie odprasowuje twoje garnitury od Ermenegilda Zegny! No co, się patrzysz? Zdejmij w końcu tę pierdoloną marynarkę! Maciej wstaje z kanapy, zdejmuje marynarkę i spodnie. Wiesza wszystko bardzo starannie na wieszaku. Wkłada stare dżinsy. Trochę trzęsą mu się ręce ze zdenerwowania. Idzie do kuchni, otwiera lodówkę, wyciąga z niej kolację w folii aluminiowej, wkłada ją do kuchenki mikrofalowej, włącza kuchenkę. Joanna (już spokojnie, nie patrząc na Macieja): Miałam ciężki dzień w pracy. Potem pojechałam po Marcelka do pani Kasi, nie miałam gdzie zaparkować. Wracam z Marcelkiem, a tu straż miejska zakłada mi blokadę na koło. Spisywali protokół godzinami... Jeden z nich obleśnie się uśmiechał. Przesuwał językiem po wargach i seplenił coś o alternatywnych sposobach zapłacenia mandatu... Marcel szalał, wściekał się, ciągle marudził. Nie wiem, co się dzieje z tym dzieckiem... Potem nie chciał jeść, wypluł na mnie zupkę... Potem nie chciał spać... A potem przychodzisz ty, patrzysz się na mnie swoimi pięknymi oczami i z przymilnym uśmiechem pytasz: “Co z tą kolacją”? Maciej wyciąga talerz z mikrofalówki i stawia go przed sobą. Maciej (z uśmiechem): Dobrze, kochanie. Rozumiem. Nic się nie stało. Maciej zaczyna jeść pałeczkami jakąś chińską potrawę przy barze w kuchni. Joanna wyłącza telewizor, wstaje, odsuwa talerz Macieja – tak, że Maciej nie może jeść – i patrzy Maciejowi w oczy. Joanna: Maciek, ty nic nie rozumiesz. Twoje “nic się nie stało” oznacza “wybaczam ci twój zły humor”! A ja nie po to ci to wszystko mówię, by prosić o wybaczenie. Chcę ci powiedzieć coś bardzo ważnego. Że mam dość takiego życia! Maciej (wściekły): Co to znaczy takiego? W tym domu? W tym mieszkaniu? W tym składzie osobowym? Z dzieckiem, które nie potrafi się niczym zająć, i z partnerem, który chce trochę spokoju po powrocie z pracy? Tak? To znaczy “takie życie”? Joanna: “Takie życie” to znaczy “życie z tobą”. Maciej wstaje od baru. Bierze talerz i w złości wysypuje jego zawartość do kosza, a talerz odstawia do zlewu. Wali mocno drzwiczkami. Podchodzi do Joanny. Maciej (naśladując Joannę): To coś bardzo, bardzo ważnego... (zwykłym głosem) Podobne rzeczy słyszałem od ciebie wiele razy. I wiele razy odpuszczałem twoje histerie. Teraz też odpuszczę... Ale musisz najpierw coś wiedzieć... To naprawdę


13

ważne, bo nigdy tego wcześniej nie słyszałaś... Rozlega się rozdzierający płacz dziecka. Na EKRANIE pojawia się obraz. Wnętrze dziecinnego pokoju. W łóżeczku stoi Marcel. Wrzeszczy, trzymając się barierki. Joanna chce iść do pokoju dziecka. Maciej zastępuje jej drogę. Maciej (wściekły): Stój! Muszę to teraz powiedzieć! Joanna (sycząc ze złości): Przepuść mnie do dziecka! Maciej (wściekły): Niech się drze! Nie możesz lecieć na każde jego wezwanie! Tak się budzi, kurwa, pięć razy po nocy! I jak ja mam później pracować? Joanna (lodowatym tonem): Nie jesteś jego ojcem. Więc nie udzielaj mi dobrych rad! Nie ucz mnie, jak mam wychowywać moje dziecko! Maciej przepuszcza ją. Podchodzi do zlewozmywaka i rozbija szklankę z whisky o jego dno. Zapala się EKRAN. Z EKRANU słychać głos sąsiada. Głos sąsiada (z offu): Ciszej tam! Co to ma znaczyć?! Już po dziesiątej! Ludzie chcą spać! Rano do pracy idą! Maciej (z furią, w stronę EKRANU): A spierdalaj!!! Maciej wychodzi z mieszkania. Odłosy z EKRANU: (1) walenie w rury centralnego ogrzewania, (2) krzyk dziecka, (3) dźwięk pilota do samochodu, trzaśnięcie drzwiami, odgłos włączanego silnika i pisk opon.


14

Scena V Pusty salon Joanny i Macieja. Odgłos podjeżdżającego samochodu. Trzaśnięcie drzwiami, dźwięk alarmu zamykanego samochodu. Do mieszkania wchodzi Maciej z bukietem róż. Z EKRANU dochodzą odgłosy lekkiego chrapania. Maciej wchodzi do pokoju dziecinnego i wycofuje się stamtąd na palcach. Wchodzi do kuchni i sprząta resztki rozbitej szklanki. Potem siada na kanapie i wyjmuje tablet. Ciężko oddycha. Na EKRANIE pojawia się strona wyszukiwarki. Widać, jak palce Macieja wystukują jakiś adres, a potem palec Macieja naciska klawisz “Enter”. Pojawia się różowa strona z dwoma okienkami. Maciej ogląda się w stronę drzwi do pokoju, gdzie śpi Joanna z Marcelem. Potem w jedno okienko Maciej wpisuje hasło, a w drugie login. EKRAN staje się różową płaszczyzną, która pulsuje – staje się raz ciemniejsza, raz jaśniejsza. Z EKRANU dochodzą odgłosy filmu porno. Maciej patrzy na ekran tabletu i ciężko oddycha. Nagle coś słyszy, wyłącza głos (na EKRANIE pokazuje się znaczek przekreślonego głośnika), odkłada tablet na kanapę ekranem do dołu. EKRAN gaśnie. Do pokoju wchodzi rozespana Joanna. Siada obok Macieja na kanapie. Poprawia włosy. Joanna (rozespana): Gdzie byłeś? Maciej (żartem): Na zebraniu kółka różańcowego. A potem na pielgrzymce w Licheniu. Joanna wstaje gwałtownie. Staje się zdenerwowana wzmiankami o obrządkach kościelnych. I wtedy widzi bukiet róż, stojący na kuchennym barze. Uspokaja się. Siada obok Macieja. Maciej: Takie jak lubisz. Herbaciane... Joanna opiera mu głowę na ramieniu. Jest smutna. Maciej zaczyna ją całować. Joanna odsuwa się nieco, sprawia wrażenie niezdecydowanej. Oddaje mu jednak pocałunek. Maciej (szepce w podnieceniu): Ciągle to słyszę... Że masz dość życia ze mną... Że koniec między nami... No to niech to będzie ostatni raz między nami... Ostatni seks. Na ostro... Żebyś pamiętała na długo! Chcesz na ostro? Joanna kładzie się na kanapie i przyciąga Macieja do siebie. Przeszkadza jej tablet. Odkłada tablet na stół ekranem do góry. Patrzy na ekran. Włącza głos. Wtedy dobiegają odgłosy filmu pornograficznego. Na EKRANIE znów zaczyna pulsować różowe światło.


15

Joanna (namiętnie): Chcesz robić to, co na filmie? Lubisz to? Maciej (kładąc się na Joannie): Tak... Chcę, żeby tak mlaskało jak na tym filmie... Joanna (przewrotnie): Ale ja nie naperfumowałam myszki... Maciej (sapie, ściągając jej spodnie od dresu): Nie szkodzi... I wtedy rozlega się przeraźliwy krzyk dziecka. Na EKRANIE gaśnie różowa poświata i pojawia się obraz płaczącego dziecka, trzymającego się barierki łóżeczka. Dziecko wyje. Maciej wstaje z kanapy. Jest rozwścieczony. Maciej: No ja pierdolę! Zabiję kiedyś tego bachora! Maciej biegnie do pokoju dziecka. Joanna podciąga spodnie od dresu i biegnie za nim. Joanna: Zostaw moje dziecko! Obydwoje znikają w pokoju dziecka. EKRAN zostaje wygaszony. Słychać tylko odgłosy uderzania i przeraźliwy krzyk dziecka. Joanna (z offu): Zostaw go! Ja wiem, jak go uśpić! Maciej (z offu): Ja go zaraz uśpię! Na amen! Odgłosy duszenia, charczenia. Nagle zapada cisza. I wtedy EKRAN się zapala. Na EKRANIE biurko, telefon, nad biurkiem kalendarz ścienny i napis “Kochaj swoją policję”. Telefon dzwoni. Męska dłoń podnosi słuchawkę. W słuchawce Głos sąsiada (zob. wyżej). Głos sąsiada (z offu): Chcę zgłosić domową awanturę na osiedlu “Kryształowy staw”. Ulica Mandarynkowa 12, mieszkania 4.


16

Scena VI Kościół. Cicha muzyka organowa. Na ERANIE migotanie różnokolorowych świateł witraża. Spowiedź. Na krześle siedzi Wiesław w sutannie. Obok krzesła klęcznik. Na klęczniku Joanna – ubrana skromnie, na czarno. Wiesław: Przeżyłaś straszne chwile... Straciłaś dziecko... Przyjmij wyrazy ogromnego... Mojego współczucia... Joanna: Szkoda, że nie przekazałeś mi wyrazów współczucia, kiedy do ciebie wydzwaniałam, esemesowałam, pisałam mejle... Wiesław: Przypominam ci, że to jest spowiedź, a pomiędzy nami jest wyłącznie relacja spowiednik-penitent. A twoich mejli i esemesów nawet nie otwieram, bo nie chcę widzieć tych zdjęć, na których jesteś pozbawiona swej ludzkiej godności... Nękasz mnie nimi. Poza tym musisz wiedzieć, że mogę ci odmówić spowiedzi! Joanna: Tak? A to ciekawe... Za mną jest spora kolejka ludzi... Parafianie cię lubią. Jesteś wyrozumiałym spowiednikiem, bo znasz ludzkie słabości... Sam masz sporo za uszami... Możesz mi odmówić spowiedzi, powiadasz... A ja też coś mogę zrobić. Wstać i krzyknąć, że szepczesz mi świństwa na ucho. Sądzisz, że blefuję? Że tego nie zrobię? Wiesław (ostro): Proszę się do mnie zwracać “proszę księdza”! Joanna: Boisz się mnie, co? Bo ci przypominam chwilę, kiedy straciłeś nad sobą kontrolę. Jestem twoim wyrzutem sumienia, Wiesiu... Ale prawdziwy mężczyzna musi umieć stanąć twarzą w twarz ze swoim sumieniem... Wiesław (bardzo zdenerwowany): Odejdź! Porozmawiamy kiedy indziej, choćby w tym parku jak ostatnio... Spowiedź to sakrament, nie pogawędka! Joanna: Nieprawda. Nie porozmawiamy, bo się nie umówimy... A nie umówimy się, bo ty znów nie odbierzesz mojego telefonu... Zapamiętaj jedno – ja się nie dam spławić tak szybko... Dopadnę cię zawsze – choćby przy spowiedzi... Wiesław (zdesperowany): Czego ty właściwie chcesz? Joanna: Nie powiedziałam ci? Spowiedzi. Chcę ci wyznać moje grzechy. Wiesław: Dobrze. Słucham.


17

Joanna: Ostatni raz u spowiedzi byłam osiem lat temu, przed własnym ślubem. Wyszłam za mąż za kretyna, za kolegę z klasy, największego jajcarza w liceum. Noc poślubna była jedną wielką katastrofą. Powiedział mi wtedy – rozumiesz, w najszczęśliwszej chwili w życiu kobiety! – powiedział mi wtedy, że on... Nie jest do końca pewien swoich seksualnych preferencji... Na poprawinach prawie z nim nie rozmawiałam, upiłam się zresztą okropnie, czym zniechęciłam do siebie – chwała Bogu że na zawsze! – jego matkę... Wiesław: Drugie przykazanie. Nie używaj imienia Pana Boga swego nadaremno! Joanna (nie zwracając uwagi na napomnienie): Co to była za kobieta! Potężnie zbudowana, z cycem jak stąd do Kielc, o grzmiącym głosie i makijażu jak stara dziwa... Wiesław (niezbyt przekonująco): Jesteśmy w kościele! Ostrzegam cię! Joanna: Kolejne sześć lat mojego tak zwanego małżeństwa to równia pochyła. Mąż odchodził ode mnie i wracał z płaczem, grożąc, że się zabije, jeśli go odrzucę. Nawet raz próbował się powiesić. Na wszelki wypadek powiadomił mnie o swym zamiarze dużo, dużo wcześniej... Nie mogłam tego wszystkiego wytrzymać. Szukałam spokoju w ramionach innych mężczyzn, na ogół starszych ode mnie, zamożnych, opiekuńczych... Trafiałam niestety na samych żonatych, takich wiesz – tuż-tuż przed rozwodem... Oczywiście, rozwodem wirtualnym, bo wkrótce się okazywało, że ten rozwodnik in spe jest w takim zagmatwanym finansowym układzie ze swoją złą, wredną żoną, że ona po rozwodzie może go puścić w skarpetkach. Joanna dyszy przez chwilę ze złości. Joanna: W końcu mój tak zwany mąż obiecał poprawę. Dostał dobrą pracę, wykupił wycieczkę do Turcji i pojechaliśmy tam się godzić. W tureckiej łaźni kogoś spotkał i – jak mi później powiedział – to właśnie tam podjął ostateczną decyzję. Po powrocie złożył pozew. Turcja nie pomogła, a nawet mi zaszkodziła. Pamiątką tego naszego godzenia był mój syn Marcel... Wiesław: Rozumiem, że cierpisz z powodu utraty dziecka, ale nie mów, że twój syn, ta niewinna istota, jakoś ci zaszkodziła... Tak nie można... Joanna (w stanie najwyższego wzburzenia): Niewinna istota... Mylisz się. Ta istota była bardzo winna. Winna moich emocjonalnych klęsk. Jeden mężczyzna, jedyny nieżonaty i nie przed rozwodem tuż-tuż, z którym naprawdę chciałam być do końca moich dni, nie wytrzymał ciągłego płaczu tej małej istotki, tych wrzasków, szantażu, plucia jedzeniem na wszystkie strony... Wyobrażasz sobie, że ta dziecina, taka słodka


18

na zdjęciach w gazetach, potrafiła srać i rzygać, by tylko mnie przywołać w nocy do swojego pokoju? Wiesław (zdecydowanie): Nie przejmuję się tym, co zrobisz ani tym, co powiesz moim parafianom. Jeśli jeszcze raz użyjesz wulgaryzmu, kończę tę spowiedź. Joanna: Dobrze, przepraszam. Wiesław: Poza tym nie mów ciągle “istota”. Użyj imienia twojego syna! Był człowiekiem, nie drzewem! Joanna (bardzo szybko): Użyję, jeśli tak bardzo tego chcesz. Zabiłam. Udusiłam mojego syna Marcela. Nie chciałam tego, ale zrobiłam. Zbyt mocno zamknęłam mu usta ręcznikiem, by nie płakał. To jest mój grzech... Słyszysz jak mi ulżyło? Joanna dmucha w kratkę konfesjonału. Rozlega się pieśń Vivaldiego “Stabat Mater Dolorosa”(https://www.youtube.com/watch?v=zIpbgr9aUEo od 40 sekundy). Wiesław (osłupiały, jąka się): Zaraz, zaraz... Gazety piszą, że to ojczym dziecka... Że to ojczym... Joanna (po chwili): Chciałam tylko zatkać mu usta... Ale udusiłam. Ręcznikiem. Potem owinęłam nim cegłę i wyrzuciłam do stawu. Na ręczniku było trochę mojej krwi... Maciek zadrapał mnie, kiedy się szarpaliśmy... Policja miałaby ładne DNA. Oto masz, Wiesiu, wiadomość, która mogłaby mnie pogrążyć... Wiesław (wzburzony): Nie dostaniesz rozgrzeszenia. Koniec tej spowiedzi. Joanna (ignorując te słowa): Moja miłość do ciebie rozpaliła się na dobre. Jesteś mężczyzną mojego życia. Nie dominującym samcem, który każe mi klęczeć u swoich stóp, a po wszystkim wyciera się moimi włosami. Ty jesteś wyrozumiały, łagodny... Konfesjonał nauczył cię życia i ludzkich tragedii. Konfesjonał to najlepszy nauczyciel. Pragnę cię, Wiesiu. Ale ty odrzucasz moją miłość... Wiesław: Jestem księdzem. Joanna (z gniewem): Nie dam sobą pomiatać. Zostałeś ukarany. Właśnie wymierzyłam ci karę. Jest nią tajemnica spowiedzi. Ciężar, który będziesz zawsze nosił ze sobą. Jutro przeczytasz w internecie, że Maciej dostał dożywocie. Biedny frajer, wziął winę na siebie. A ty wiesz, że jest niewinny, ale jego niewinności nie poświadczysz, nie powiesz policji o ręczniku z moim DNA, bo zabrania tego święta tajemnica spowiedzi... I ona stanie ci w gardle i w końcu się nią udusisz... Chyba że... (kusząco) Masz jeszcze wybór... Bądź twardym facetem, podejmij męską decyzję,


19

zrzuć tę śmieszną sukienkę, wyjdź z tej budy i chodź ze mną! Wiesław (w najwyższym wzburzeniu): Precz! Joanna: Ty klecho, moja zemsta zaprowadzi cię do grobu! Już nigdy nie zaśniesz spokojnie! Tajemnica spowiedzi będzie twoim przekleństwem! Rozlega się przerażająca, jakby arabska muzyka (https://www.youtube.com/watch? v=u453lKyCOfs od 40. sekundy). Na EKRANIE pojawiają się koszmarne obrazy: stosy obciętych kończyn, larwy pełzające po zepsutym mięsie, wściekły wilk, po którego pysku toczy się piana (jak w scenie I). Gasną światła.


20

Scena VII Na EKRANIE pojawia się wielki napis “Później”. Zapalają się światła. Wnętrze gabinetu na oddziale uzależnień. Dwa krzesła. Naprzeciwko siebie siedzą Wiesław i Beata. Wiesław jest w dresie. Beata: Wiesławie, właśnie wyjawiłeś mi tajemnicę spowiedzi. Nikt się nie dowie o tym, co mi powiedziałeś. Wiesz dobrze, że mnie obowiązuje tajemnica terapeuty. Wiesław: Poczekaj, nie deklaruj tak szybko swojego – by tak rzec – milczenia do grobowej deski. Możesz być przecież poddana przymusowi prawnemu... Gdybym na przykład dzisiaj się powiesił na oddziale, to musiałabyś zeznawać... Sąd uchyliłby twoją tajemnicę... Beata: Muszę ci przerwać. Nie odchodźmy zbyt daleko od naszej podstawowej sprawy i nie roztrząsajmy prawnych kwestii tajemnicy spowiedzi czy też tajemnicy terapeutycznej. Wróćmy do rzeczy, dobrze? Wiesław kiwa głową na zgodę. Beata: Przypomnę. Upiłeś się, znalazłeś się po kilku dniach na dworcu, a potem przez pół roku nie piłeś... Po upływie tych sześciu miesięcy abstynencji, nie wspomaganej żadną terapią ani spotkaniami AA, zdecydowałeś się na drugą terapię, wybrałeś nasz ośrodek i jesteś tutaj... Dlaczego podjąłeś tę decyzję? Bo ktoś zawiadomił cię o czyjejś śmierci. Kto umarł, Wiesławie? Joanna? Wiesław nie odpowiada. Beata: No dobrze. Zanim do tego przejdę (notuje sobie, by nie zapomnieć), chciałabym w twojej opowieści osadzić tę spowiedź. Kiedy to właściwie było? Wiesław: Tydzień przed moją decyzją, aby tu przyjść na drugą moją terapię, do ciebie... Beata (patrząc do notatek): Po raz drugi mówisz, “przyszedłem do ciebie”. Z tych słów wnioskuję, że doceniasz mnie jako terapeutkę. Cieszę się z tego, ale chcę ci coś wyjaśnić. Ty przyszedłeś nie “do mnie”, ale “na leczenie”, a na mnie trafiłeś przypadkiem. Równie dobrze mógłbyś mieć zajęcia indywidualne z którąś z moich koleżanek. Co sądzisz o tym uściśleniu? Wiesław (z lekką irytacją): Że przesadzasz, że czepiasz się słówek.


21

Wiesław unosi dłonie do góry w geście obronnym. Wiesław: No, ale dobrze, już dobrze. Zgoda... Przyszedłem tu na terapię. Wybrałem ten szpital, by być jak najdalej od mojej ostatniej parafii. I trafiłem przypadkiem na ciebie. Okej, okej... Beata: A zatem dwa dni po tamtej spowiedzi zdecydowałeś się na kolejne leczenie. Mówiłeś też, że głównym powodem była wiadomość o czyjeś śmierci, która to śmierć by nie nastąpiła (patrzy do notatek), gdybyś wyjawił wcześniej tajemnicę spowiedzi. I ta wiadomość o śmierci była impulsem do podjęcia drugiej terapii. To wszystko jest bardzo zagadkowe, a jednocześnie bardzo ważne w twoim leczeniu. Pytam wprost: kto umarł, i jaki związek z całą sprawą ma ten ktoś? Kogo mógłbyś ocalić, gdybyś wyjawił wcześniej tajemnicę spowiedzi? Wiesław (nabierając tchu): Bardzo mnie tamta spowiedź zdenerwowała. Przez cały dzień o niczym innym nie myślałem, tylko o alkoholu. Nie mogłem spać, dwa razy w nocy zmieniałem piżamę – tak się pociłem. Mimo że nie wypiłem ani kropli, czułem się jak na kacu. Wiesz, że po francusku “kac” to dosłownie “drewniany ryj”? Więc czułem się tak, jakby mi ktoś napchał trocin do mordy i do gardła. Następnego dnia dostałem mejl od Joanny. Był w nim link do youtube'a. Otworzyłem, bo wiem, że na youtube'ie nie mogła umieścić swoich roznegliżowanych zdjęć. Na EKRANIE pojawia się ekran tabletu. Na ekranie program pocztowy. Jeden nieprzeczytany mejl, nadawca: Joanna. Strzałka najeżdża na ten mejl. Kliknięcie. Mejl się otwiera, pojawia się treść mejla: “Miłego oglądania” oraz link do youtube'a. Kliknięcie na link. Filmik to fragment telewizyjnych wiadomości. Filmik pokazuje Macieja na sali rozpraw. Prezenter wiadomości (z offu): Dzisiaj Sąd Okręgowy w Koszalinie skazał trzydziestoośmioletniego Macieja Paskiewicza na dożywotnie więzienie za zabójstwo dziecka swojej konkubiny Joanny H., dwuletniego Marcela H. Skazany Maciej Paskiewicz, szef dużej firmy informatycznej, przyznał się do zabójstwa, lecz nie wyjawił powodów swego czynu. Wyrok jest prawomocny. W ostatnich słowach skazany powiedział... Maciej (na EKRANIE): Kocham cię, Joanno! Kocham! Nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić! EKRAN zostaje wygaszony. Wiesław milczy, Beata coś notuje. Beata: Co było po tym, jak dowiedziałeś się, że Maciej został niesłusznie skazany?


22

Wiesław: Przez następne dni rozważałem, co robić. Niewinny człowiek trafił do więzienia. Miał tam gnić do końca życia. A ja byłem w posiadaniu wiadomości, która mogła go uwolnić. Cegła w stawie, owinięta ręcznikiem... Dowód winy Joanny... (przerywa, ciężko oddycha) Wiesz, mój komputer rozgrzał się do czerwoności tak jak mój mózg. Po kilku godzinach poszukiwań w internecie, głównie na stronach kryminalistycznych, wiedziałem już wszystko. Że krew można wyizolować z ręcznika, nawet jeśli leży on w wodzie, zwłaszcza jeśli woda jest czysta i stojąca. Pojechałem na prestiżowe osiedle “Kryształowy staw”. Zapłaciłem strażnikom, przedstawiłem się jako prywatny detektyw. Wpuścili mnie bez problemu. Sprawdziłem, rzeczywiście woda w stawie była – jak przypuszczałem – czysta i stojąca. Tylko trzeba było tę cegłę wydobyć. Stanąłem przed dylematem – zdradzić tajemnicę spowiedzi i doprowadzić do uwolnienia niewinnego człowieka, a jednocześnie odejść ze stanu kapłańskiego na mocy ekskomuniki latae sententiae [czytaj: late sentencje], czy też... (waha się) Milczeć i cierpieć, niosąc swój krzyż? Beata: Jakie dolegliwości odczuwałeś, kiedy rozstrzygałeś ten arcytrudny dylemat? Wiesław: Potworne bóle głowy. Ale takie, jakby mi ktoś wbijał dłuto w łeb, by rozłupać czaszkę. Zadzwoniłem do mojego przyjaciela, który ma dom z piwnicą, przerobioną na małe mieszkanie. Tam graliśmy często w brydża, nie muszę ci dodawać, że mocno zakrapianego. Prosiłem, by mnie tam zamknął na kilka dni. Siedziałem w tym moim dobrowolnym więzieniu, kładłem sobie na czoło mokre ręczniki i pogrążałem się w obsesji. Drugiego dnia pobytu w zamknięciu przyszła do mnie właśnie ta wiadomość, która pchnęła mnie tutaj. Wiadomość o śmierci pewnej osoby. Po przeczytaniu rozbiłem szybę w oknie i uciekłem. Była noc. Mogłem pobiec do sklepu nocnego albo do ciebie – o przepraszam – na terapię. No i jestem tutaj. Na scenie zapala się EKRAN, widać na nim ekran tabletu; rozlega się dźwięk dostarczenia mejla i ikonka skrzynki pocztowej z czerwoną jedynką, oznajmiającą, że przyszła jedna wiadomość. Strzałka najeżdża na mejl od: “Joanna”. Kliknięcie. Mejl się otwiera, pojawia się treść mejla: “Miłego oglądania” oraz link do youtube'a. Kliknięcie na link. Filmik to fragment telewizyjnych wiadomości. Filmik pokazuje ponure więzienne korytarze. Prezenter wiadomości (z offu): Dzisiaj w nocy w więzieniu w Jastrzębicach został znaleziony martwy trzydziestoośmioletni Maciej Paskiewicz, skazany kilka dni wcześniej za zabójstwo dwuletniego syna swojej konkubiny. Według naszych informacji osadzony Maciej Paskiewicz został zgwałcony przez współwięźniów i bestialsko pobity. W wyniku tego pobicia zmarł. Komendant więzienia oraz strażnicy z nocnej zmiany zostali zawieszeni w swoich obowiązkach przez Dyrektora Generalnego Służby Więziennej. Rozlega się pieśń Vivaldiego “Stabat Mater Dolorosa”


23

(https://www.youtube.com/watch?v=zIpbgr9aUEo od 40 sekundy). Gasną światła.


24

Akt II Scena I Wnętrze gabinetu na oddziale uzależnień. Beata rozmawia z Wiesławem. Wiesław: Zdradziłem ci tajemnicę spowiedzi. Beata przymyka oczy i pociera palcami skronie. Potem patrzy na Wiesława, otwiera usta, jakby chciała o coś zapytać. Milczy jednak. Wiesław: Zastanawiasz się pewnie, czy wciąż mogę być księdzem? Czy sprowadziłem na siebie ekskomunikę? Czy siłą rzeczy, ipso facto [czytaj ipso fakto], usunąłem się z Kościoła? Tak? O to właśnie chcesz zapytać? Ale ty milczysz, o nic nie pytasz, bo boisz się mnie pognębić, boisz się, że ja – zdołowany przez ciebie – znowu zacznę pić. Wiesław uśmiecha się. Wiesław: Nie bój się! Nie wykluczyłem się z kościoła! Jestem prawie pewien, że jakiś znawca prawa kanonicznego łatwo by mnie wybronił na kościelnym procesie. Naprawdę to nic wielkiego nie zrobiłem. Po prostu wyjawiłem tajemnicę spowiedzi komuś, kto wszystko zachowa w absolutnej dyskrecji. Komuś, kto nie może nawet się zająknąć o tej sprawie... To tak, jakbym to wszystko wykrzyczał do studni. Kamień w wodę! Bo przecież ty nikomu nic nie powiesz... Beata (żarliwie): Nie powiem! Tego możesz być pewien. Gdybym powiedziała, to przestałabym być terapeutką. A ja nie mogę żyć bez tej pracy! Ja jej potrzebuję jak powietrza! Wiesław (zaskoczony szczerością i emocjonalnym tonem Beaty): Dlaczego? Tak ją lubisz? Jest lepsza od pracy w policji? Beata (zmieszana): Tak, bardzo ją lubię. Beata jest zła na siebie, że zbyt dużo powiedziała, szybko zmienia temat. Beata: No dobrze... Widzę, że ci ulżyło po tym wyznaniu. Dobrze, że mi o tym wszystkim powiedziałeś. Wiesław nie słucha, wstaje, chodzi po pokoju. Jest wesoły, klaszcze w ręce.


25

Wiesław: Wiesz, co jest najlepsze w tej całej sprawie? Beata: Co? Wiesław: Paradoks logiczny. Tajemnica wyjawiona nie jest już tajemnicą, prawda? A jednocześnie jest tajemnicą, bo ty nikomu nie powiesz. Mamy zatem coś, co jednocześnie jest A i nie jest A. Ciekaw jestem, co by na to powiedzieli logicy? Ale to... Beata (zdecydowanie): Nie rozpraszajmy się! Wróćmy do naszych spraw... Wiesław (proszącym tonem): Poczekaj, tylko dokończę. Dwa zdania! Mogę? Beata (z ledwo tłumioną niechęcią): No, dobrze, mów! Wiesław (radośnie): Wiesz, co? Z punktu widzenia praktycznego moje wyznanie przyniosło wspaniały efekt. Spadł mi ciężar z serca, a tajemnica spowiedzi została dotrzymana! Wprawdzie podzielona pomiędzy nas oboje, jakaś koślawa, niepełna, ale wciąż zachowana! Beata: Wiesz, co... Tylko że... Wiesław (poważnie): Wiem, co chcesz powiedzieć... Że sprawiedliwości nie stało się jednak zadość, bo zbrodniarka wciąż chodzi po świecie? Tak? To właśnie chcesz powiedzieć? Obudziła się w tobie policjantka, co? Natury psa nie oszukasz... A porządkowanie świata jest w twojej naturze... Nawet praca z takimi kreaturami jak ja, z beznadziejnymi pijakami, to nic innego jak Ordnung muss sein [czytaj zajn], przeciwstawianie się chaosowi... Beata wstaje. Beata (zmieszana, zaczerwieniona): Zapędziłeś się. Skup się na sobie. Ale to dopiero po przerwie. Wiesław wstaje gwałtownie i podchodzi do Beaty. Wiesław: Posłuchaj, ona się mści... Ona mnie dręczy... Nie pozwala mi zapomnieć. Do końca życia będzie mnie nękać. Do końca życia – mojego lub jej! Beata bezwiednie zapala papierosa w gabinecie, co zdumiewa Wiesława. Kiedy zdaje sobie sprawę, co zrobiła, wstaje rozzłoszczona, gasi papierosa i szybkim krokiem wychodzi z gabinetu.


26


27

Scena II Wnętrze kawiarni. Spokojna, chilloutowa muzyka. W fotelach siedzą Beata i Leszek. Piją kawę. Leszek jest ubrany w dobry garnitur i krawat. Na palcu ma sygnet, na jednym przegubie drogi zegarek, na drugim – bransoletę. Leszek (z uśmiechem): Atrakcyjna jak zawsze... Nic się nie zmieniłaś. Jakbym cię wczoraj widział... Beata (jw.): Dżentelmen w każdym calu... Leszek (wzdycha): Tak dawno się nie widzieliśmy... Tyle lat... No, powiedz, co u ciebie? Beata: Jestem terapeutką uzależnień w szpitalu wojewódzkim. Świetna praca! (po chwili namysłu) Choć do zdrowia wraca, jak mówią statystyki, tylko co dwudziesty pacjent. Kiedy tak siedzę na sali podczas zajęć grupowych i patrzę na dwudziestkę nieszczęśliwych, chorych ludzi przede mną, to zaraz się rodzi u mnie jedna myśl: prędzej czy później dziewiętnastu z was popłynie znów rynsztokiem, a tylko jedna osoba ocaleje. Zaglądam im w oczy i pytam się w duszy Boga: kogo ocalisz, Panie, tego czy tamtą? (w zamyśleniu) Ale wiesz, co jest ważne, Leszku? (ożywia się) To, że na pewno ktoś z nich wyjdzie z nałogu i dlatego warto siadać z nimi na tych samych trzeszczących, starych krzesłach i słuchać codziennie tych samych ponurych opowieści. Beata unosi do ust filiżankę. Leszek: Dziewczyno, nie przejmuj się statystyką! Wiesz, jaka jest jej wartość? Znasz to powiedzenie? Kiedy mój sąsiad dwa razy dziennie bije swoje dziecko, a ja swojego nie biję nigdy, to znaczy że i ja, i on bijemy nasze maleństwa raz dziennie. Leszek śmieje się głośno. Beata nie podziela jego wesołości. Zadrżała jej ręka, trochę kawy wylało się na stolik. Beata: Posłuchaj! Przychodzę do ciebie... Leszek (poważnie): Mów! W czym ci mogę pomóc? Beata (spokojnie): Wiem, gdzie jest dowód rzeczowy w pewnej bardzo głośnej sprawie. Powiem ci, a ty zdobędziesz ten dowód, zyskasz sławę i awans, a sprawca zostanie sprawiedliwie ukarany. Tylko tyle i aż tyle.


28

Leszek: Wiesz doskonale, że nie mogę ci zagwarantować, że sprawca zostanie ukarany. To sprawa sądu, nie moja. Poza tym nie mogę podjąć decyzji w ciemno. Nie znam sprawy i nie mogę powiedzieć: wchodzę w to! To nie poker, Beatko! Beata: Nie mogę ci powiedzieć, o co chodzi, zanim się nie zgodzisz... Przysięgam ci, że nie wsadzam cię na żadną minę! Znam wartość twojego słowa, wiem, że zawsze go dotrzymujesz... Dlatego nie pogrywam z tobą, nie manipuluję... Leszek: Mów dalej! Beata: Kiedy cię zapytają, skąd wziąłeś tę informację, powiesz, że to anonimowy donos. Przepraszam za mój rzeczowy ton, ale masz wybór – albo mi ufasz i bierzesz tę sprawę w ciemno, albo zmieniamy temat i powiesz mi, co słychać u ciebie i u Doroty. A potem wypijemy kawę, zjemy ciastka i lecimy obydwoje do naszych spraw! Leszek (po namyśle): Muszę cię o to zapytać. Jaki masz związek z tą sprawą i dlaczego tak ci zależy na ukaraniu sprawcy? Beata (wstając): Bierzesz to w ciemno? Leszek (po chwili): Biorę. Beata: Bez żadnych warunków wstępnych? Leszek: Bez. Beata: Zanim ci wszystko powiem, mam jeszcze jedno pytanie. Coś mnie niepokoi. To przysłowie o bitym dziecku i statystyce... Znam je... Tak naprawdę jest o bitej żonie... Jesteś perfekcjonistą, Leszku. Dlaczego zmieniłeś to przysłowie? Leszek (wzdychając): Umiesz słuchać i łapać za słówka. Szkoda, że odeszłaś z firmy. Odpowiem ci. Nie chciałem mówić o bitej żonie, by nie budzić twoich alkoholowych demonów. Wszyscy wiedzą, co robił twój były mąż, damski bokser, i od czego zaczęło się twoje picie. Beata (z uśmiechem): Mało już jest takich troskliwych mężczyzn jak ty... (dotyka dłoni Leszka) Ale nie martw się o moje alkoholowe demony. Trzymam je na smyczy od dziesięciu lat. A moja praca bardzo mi w tym pomaga. Uśmiechają się do siebie przyjaźnie. Leszek: Co to za dowód rzeczowy?


29

Beata: Ręcznik na dnie stawu. Ręcznik, którym uduszono dziecko. Jak go wyciągniesz i wyschnie, zbierzesz z niego tyle śladów, że wsadzisz na długo kobietę, która zabiła swojego dwuletniego syna i która teraz dręczy mojego pacjenta... A ja dzięki tobie może go ocalę...


30

Scena III Muzyka: Pierwsza wariacja Goldbergowska Bacha (https://www.youtube.com/watch?v=iKJWvD6rwXE – do 1 min. 6 sek.). Wiesław, ubrany w dres, siedzi na ławce. Jest w pogodnym nastroju. Pali papierosa, ręce rozkłada na oparciu ławki i wyciąga przed siebie nogi. Jest zrelaksowany. Na EKRANIE pojawiają się zdjęcia alejek w parku i leśnych duktów. Nagle muzyka cichnie. Rozlega się natarczywy dzwonek telefonu. Na EKRANIE pulsuje “numer nieznany”. Wiesław odbiera, nieco zaniepokojony. Wiesław: Jeśli to bank, to proszę więcej... Joanna (z offu): Nie, to nie bank, Wiesiu... Wiesław (ze złością): Proszę mi nie przeszkadzać! Jestem na terapii i nie mam zamiaru... Joanna (z offu, kusząco): Nie potrzebna ci żadna terapia, kochanie... Moja propozycja jest wciąż aktualna. Jeśli będziesz ze mną, nie tkniesz więcej alkoholu. Alkohol poprawia nastrój, kiedy jesteś zgnębiony, czymś przybity... A kiedy będziesz ze mną, nic cię nie pognębi... Twoje życie będzie rajem, nieustanną euforią... Wiesław: Precz, szatanie! Z offu rozlega się śmiech Joanny, a potem śmiech i gaworzenie małego dziecka. Dziecko gaworzy „gu—gu, ga—ga” coraz głośniej. Wiesław spada z ławki, obejmuje się za głowę i zaczyna przeraźliwie krzyczeć. Gasną światła.


31

Scena IV Wciąż słychać gaworzenie dziecka. Wnętrze mieszkania Joanny (zob. akt I, sc. IV). Joanna (ubrana jak w akcie I, sc. IV) ze śmiechem wyłącza komórkę, na której nagrane było gaworzenie dziecka. Kładzie się na kanapie. Zapada cisza. Zza zamkniętego okna dochodzą przytłumione odgłosy odpalania sztucznych ogni. Dzwoni domofon. Joanna jest zła, że ktoś jej przeszkadza. Podchodzi energicznie do domofonu i naciska przycisk. Joanna (z irytacją): Kto tam? Leszek (z offu): Dobry wieczór. Komenda Wojewódzka Policji. Nadkomisarz Leszek Szwarc. Joanna (z niepokojem): W jakiej sprawie? Leszek (w tle słychać odgłosy sztucznych ogni): Wpuści mnie pani czy tak będziemy sobie konwersować przez domofon a sąsiedzi będą mieli uciechę? Joanna (niechętnie, naciskając guzik domofonu): Proszę. Joanna patrzy w lustro. Rozlega się dzwonek do drzwi. Joanna otwiera. Wchodzi Leszek. Nie zamyka drzwi za sobą. Leszek: Dobry wieczór. Joanna (znudzonym tonem, zamykając drzwi): Już pan to mówił przez domofon. Słucham pana. Leszek (wskazując ręką okno): Osiedlowy festyn? Joanna (wzruszając ramionami): Nie wiem. Leszek (rozglądając się po mieszkaniu): W przedpokoju będziemy rozmawiać? To będzie długa rozmowa. Joanna (ostro): Nie mam czasu. Do rzeczy, proszę! O co chodzi? Leszek (ironicznie): Już to pani mówiła! Przez domofon. Joanna (coraz bardziej zdenerwowana): Słucham?


32

Leszek nie reaguje. Spaceruje po mieszkaniu, rozgląda się ciekawie po kątach, wchodzi do kuchni, nagle nakłada rękawiczki i otwiera jedną z kuchennych szafek. Joanna (wściekła): Co pan?! Co pan?! Kto panu pozwolił?! Proszę albo zadawać jakieś pytania, albo stąd wyjść! Leszek wyciąga chustkę z kieszeni i wyciera chustkę puszkę z kawą. Leszek (z uśmiechem): Lubię kawę sypaną, a najbardziej czarny “Mayflower” [czytaj mejflałer]. Do tego stopnia lubię, że tracę głowę, jak ją widzę... Staję się nieostrożny. Na przykład na tej oto puszce zostawiłem moje odciski palców, kiedy trochę sobie przesypałem do kieszeni... Kiedy tu byłem ostatnio. Joanna wpada w osłupienie. Leszek (nie zmieniając tonu głosu): Tak, suko. Byłem tu niedawno. Wziąłem kilka włosów z twojej szczotki. DNA z włosów i DNA na ręczniku, który wyciągnąłem ze stawu, zgadza się. Zabiłaś swoje dziecko, ty kurwo. Joanna podbiega do kanapy, sięga po telefon komórkowy, w nerwach zaczyna wciskać jego klawisze. Leszek dopada do niej. Bije ją w twarz. Joanna upada. Leszek wyrywa jej telefon. Otwiera okno i wyrzuca go. Przez chwilę odgłos fajerwerków staje się donośny, po zamknięciu okna cichnie. Joanna rzuca się do drzwi i krzyczy wniebogłosy. Sąsiad zaczyna walić w kaloryfer. Leszek bije Joannę w twarz i Joanna traci przytomność. Leszek wiąże ją, sadza na krześle i zakleja usta taśmą. Potem siada naprzeciwko Joanny, ściąga marynarkę i ciężko oddycha. Joanna się budzi. Leszek (sapiąc): Chyba wrzuciłem twoją komórkę do stawu, tak jak ty wrzuciłaś tam cegłę. Nie muszę się martwić o moje odciski palców, bo mam rękawiczki, ale ty rękawiczek nie miałaś, a woda krwi z ręcznika nie wymyła. Popełniłaś błąd, suko. I teraz za ten błąd zapłacisz. Twoje stopy już nie będą kalać tej ziemi. Leszek sięga po dwie poduszki z kanapy, wyciąga pistolet z tłumikiem i podchodzi do Joanny. Szepce jej coś na ucho, a potem jedną poduszkę przykłada jej do głowy, drugą owija pistolet. Leszek strzela dwukrotnie. Odgłosy sztucznych ogni potężnieją. Na EKRANIE fajerwerki.


33

Scena V Beata i Leszek stoją naprzeciwko siebie. Obydwoje ubrani w prochowce. Beata jest w furii. Na EKRANIE przęsła jakiegoś mostu i dwa zaparkowane samochody. Beata (krzyczy): Na każdym programie, w całym internecie trąbią o zamordowaniu tej Joanny! Leszek (pogardliwie): Ludzie są spragnieni sensacji. Wiesz, co teraz będzie? Na plotkarskich portalach zostaną ogłoszone swoiste ankiety. (zniekształconym głosem) Czy twoim zdaniem Joannę dosięgła zemsta zza grobu? (normalnym głosem) Internauci będą mieli do wyboru – “tak” lub “nie”. I jestem pewien, że wielu z nich naciśnie “tak”! Leszek śmieje się. Beata chwyta go mocno za klapy płaszcza i przyciąga do siebie. Beata: A ty, zdrajco, jaki klawisz byś nacisnął? Leszek (wciąż uśmiechnięty): Oczywiście, że klawisz “tak”! Beata puszcza Leszka i odchodzi kilka kroków. Jest spokojna, ale wzrok ma wściekły. Beata: Tak, jesteś zdrajcą, bo zdradziłeś naszą przyjaźń. To było coś unikalnego, czysta relacja, bez żadnych podtekstów. Ufaliśmy sobie zawsze. Jak brat i siostra. Aż do dzisiaj. Dzisiaj tobą gardzę. Nie jesteś tym dawnym Leszkiem, moim najlepszym kumplem. Tamten Leszek zawsze dotrzymywał słowa. Miałeś tę kobietę wsadzić, nie zabijać. Leszek (poważnie): To tylko twoje przypuszczenie, że ja zabiłem... (zapala papierosa) A teraz coś ci powiem. Chcesz posłuchać o naszej przyjaźni i o tamtym Leszku? On ci uratował dupę, pamiętasz? No co? Pamiętasz, jak po pijanemu najechałaś na pasach na człowieka? Kto wtedy załagodził sprawę? Kto uciszył tego poszkodowanego? Kto mu załatwił najlepszych ortopedów, co mu zoperowali tę podwójnie złamaną nogę? Kto go straszył, gdy żądał za swe milczenie jakichś sum z kosmosu? No kto całą sprawę zamiótł pod dywan? Beata opiera się o ścianę, a potem osuwa się po ścianie, aż w końcu kuca, plecami opierając się o ścianę. Obejmuje rękami kolana. Beata (szeptem, nie patrząc na Leszka): Masz coś do picia w samochodzie? Coś mocniejszego?


34

Leszek (w uniesieniu): To wszystko zrobił tamten Leszek. A ty mu obiecałaś. (naśladując jej głos) Odwdzięczę ci się. Żądaj wszystkiego!. (normalnym głosem). To była twoja obietnica. I ten twój przyjaciel, Leszek, poprosił cię miesiąc później, byś go kryła w sprawie chłopca z zapałkami. Nie pamiętasz? Tego, co zgwałcił kobietę w piwnicy, a potem ją zabił i podpalił jej włosy łonowe... Potraktowałem go odpowiednio, może trochę przesadziłem.... A on się poskarżył. I miałem wewnętrznych na karku. Mogłaś mi pomóc, ale musiałabyś wtedy skłamać. A ty odmówiłaś kumplowi. Nie mogę kłamać, tak powiedziałaś, mój terapeuta mi zabrania. Beata (krzyczy): Masz coś do picia w tym cholernym samochodzie!? Leszek podchodzi do siedzącej w kucki Beata i staje przed nią w rozkroku. Leszek: Wiesz, ile jest wart ten twój ręcznik? Ten niby cudowny dowód? Tyle co nic. Zaplątał się w jakieś druty zbrojeniowe na dnie i tylko dlatego nie wypłynął. A cegła leżała daleko od niego. Za cholerę nie można by udowodnić, że ręcznik ma coś wspólnego z cegłą. Co z tego, że DNA się zgadzało? Każdy papuga by ją wybronił. Ona by po prostu powiedziała: “tak, proszę Wysokiego Sądu, dzień przed śmiercią Marcelka wytarłam mu nosek, stąd pewnie jego ślady biologiczne, godzinę wcześniej się skaleczyłam, stąd moja krew; wyrzuciłam ręcznik w chwili złości do stawu pod domem, a o żadnej cegle nic nie wiem; skąd mogę wiedzieć, co cegła robiła w stawie”. Albo po prostu powie, że nie pamięta, dlaczego owinęła cegłę ręcznikiem, bo była bardzo wzburzona po tym, jak jej facet zabił jej dziecko... Sprawiedliwości nie stałoby się zadość, a twój pacjent związany z tą sprawą nie odczułby żadnej ulgi... Wciąż odbierałby telefony z gaworzeniem dziecka. Wciąż bombardowałaby go swoimi gołymi fotkami. Beata wstaje. Leszek podchodzi do niej i troskliwie ją obejmuje. Beata cała się trzęsie. Leszek: Nie mam nic do picia w samochodzie, a ty już nigdy nie będziesz piła. Beata (szlochając): Ty zabiłeś tę kobietę. Leszek (wciąż ją obejmując): Powiem ci wszystko, Beatko. Ty mnie nie zdradzisz, bo jednocześnie musiałabyś się przyznać, że sama zdradziłaś tajemnicę terapeutyczną. Mamy trzy tajemnice. Jedna tego księdza, twojego pacjenta, druga twoja, a trzecia moja. Potrójna tajemnica. Trzymamy się nawzajem w ryzach. I choćby dlatego nie będziesz pić. By się chronić. Bo jeśli coś chlapniesz po pijanemu, to wszystkich pociągniesz za sobą. Ja i ten ksiądz spadniemy na samo dno. A ty już będziesz tam na nas czekać...


35

Beata odsuwa się od Leszka. Beata: Zabiłeś ją! Leszek: Wiesz, jakie ostatnie słowa usłyszała? Leszek chwilę milczy. Beata jest w niego wpatrzona. Leszek: Cytuję “Pozdrowienia od brata Macieja Paskiewicza. Przyrodniego brata, tak dla jasności”. Koniec cytatu.


36

Scena VI Przebój Elvisa Presleya Only you (https://www.youtube.com/watch? v=Ao3vOCDZd-Y – od początku do końca pierwszej minuty). Wnętrze sklepu nocnego. Na EKRANIE podświetlane półki z butelkami. Wiesław trzyma w dłoni butelkę drogiej whisky, opiętą złotą siatką (Dimple), i czyta informacje na etykiecie. Do sklepu wchodzi Beata, ubrana w płaszcz prochowiec, ten sam, co w poprzedniej scenie. Wiesław (nie widząc Beaty, do siebie): Piętnastoletnia... Jak kraść, to miliony, jak bzykać, to królewnę, jak upadać, to z nieba samego! Kto to powiedział? Beata, widząc Wiesława, zatrzymuje się zaskoczona. Chce wyjść, ale Wiesław ją dostrzega. Wiesław (z ironią, zaczepnie): O! Co za spotkanie! Alkoholik i jego psycholog spotykają się w sklepie nocnym! Jesteś zdumiona, prawda, najlepsza terapeutko świata? Beata (cicho): Osiem godzin temu wyszedłeś z leczenia... Miałeś wrócić do swojej parafii pod Gdańsk... Ale rozczaruję cię... Nie jestem zdumiona. W mojej pracy nic mnie nie dziwi ani nie przeraża. Wiesław: Udajesz twardą, ale ja wiem, co naprawdę czujesz. (udając kobiecy głos) “O ja nieszczęsna, jakąż to poniosłam terapeutyczną klęskę! Bo oto leczyłam pewnego pijaka, a ten pijak tuż po wyjściu ze szpitala poszedł do nocnego po gorzałę!”. Beata: Uwaga terminologiczna – nie “pijak”, lecz “alkoholik”. Alkoholizm to choroba, pijaństwo to sposób życia. Beata odwraca się i chce wyjść. Wiesław łapie ją za rękaw płaszcza. Wiesław: Poczekaj, to nie wszystko! Beata (przez zaciśnięte zęby): Puść mnie albo tak ci przypierdolę, że... Wiesław puszcza jej rękaw. Wiesław: Wczoraj nawet nie zająknęłaś się na temat śmierci Joanny. Mowa jest srebrem, a milczenie złotem, nie? Dzisiaj rano, przy pożegnaniu, życzyłaś mi, by ona


37

zniknęła na zawsze z mojego życia... I nawet ci głos nie zadrżał, kiedy wymieniałaś jej imię. “Joanna” – tak powiedziałaś, a powinnaś powiedzieć “Suka, która dostała to, co się jej należało”. “Suka, która wyje teraz w piekle”. Wiedziałaś o tym, co się stało, bo cała Polska wie! Od wczoraj wszyscy w tabloidach i w programach porannych dyskutują o słusznej karze, jaka spotkała wyrodną matkę... Naoglądałem się dziś tego na youtube'ie! Beata (spokojnie): Nie pozwalaj sobie zbyt dużo! Nie jestem ani nie byłam twoją przyjaciółką, byłam wyłącznie twoją terapeutką i rozmawiałam z tobą o tym, co jest istotne dla twojego leczenia... Wiesław (wściekły): A to, że zamordowano Joannę, to nie było istotne? Beata (ciężko wzdychając): Dowiedziałam się o tym wczoraj, po porannej sesji z tobą. Dzisiaj rano wychodzisz do domu. Szczęśliwy, zadowolony. Mówisz, że te sześć tygodni to był najlepszy czas w twoim życiu... Przychodzisz do mnie z podziękowaniami, z kwiatami... Doprawdy (zirytowana) Bardzo mi przykro, że nie chciałam ci spieprzyć końca terapii... Jestem twarda, ale “być twardym” to nie znaczy mówić swojemu pacjentowi przy pożegnaniu “właśnie zamordowano kobietę, która kochałeś”! Wiesław (zdumiony): Skąd ty wiesz, że ją kochałem? Beata (uspokaja się): Tak mi się zdawało. To być może uproszczenie... Zła interpretacja... Ale na pewno Joanna zawisła nad twoim życiem jak fatum. Nie wiedziałam, jak zareagujesz, kiedy się dowiesz, że znika jakiś punkt orientacyjny, wokół którego skupiało się ostatnio całe twoje życie... Informacja ta mogła wywołać u ciebie różne reakcje. Albo euforia, albo rozpacz. Obie jak najgorsze z terapeutycznego punktu widzenia. Milczą przez chwilę obydwoje. Beata: Ale wiesz co? Może i masz rację. Jako terapeutka, powinnam ci była powiedzieć o śmierci Joanny. Kiedy jednak mi wręczałeś te róże, zapomniałam na chwilę o moim zawodzie. Przez chwilę cieszyłam się twoją radością jak najbliższa przyjaciółka. Nie chciałam psuć twojego nastroju. Wiem, to było nieprofesjonalne... Wiesław (wściekły): To było nieprofesjonalne!? A ile było profesjonalizmu w mokrej robocie, którą wykonałaś? Beata (zdumiona): W jakiej mokrej robocie? Wiesław (sycząc): Zabiłaś Joannę... Ty to zrobiłaś!


38

Beata (spokojnie): Dlaczego miałabym to zrobić? Wiesław: Nie wiem. Ale wiem, co ci mówiłem i wiem, co dzisiaj usłyszałem, kiedy po wyjściu ze szpitala włączyłem radio w samochodzie... EKRAN się zaciemnia. Z EKRANU dochodzi dźwięk zapalania samochodu i dżingiel programu radiowego. Głos spikera (z offu): Tu radio "Dzień dobry dobry"! Cześć i strzała, przy mikrofonie Mario Winiarz. A oto najważniejsze wiadomości z naszego pięknego kraju i jeszcze piękniejszego miasta. Dzisiaj nadkomisarz Dawid Gronostajski, rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji, poinformował na konferencji prasowej, że w śledztwie w sprawie zabójstwa Joanny H. dokonano znaczącego postępu. Przyciskany przez różnych dziennikarzy, a wśród nich był – a jak! – i wasz Mario, wił się ten Gronostajski jak piskorz i zasłaniał tajemnicą śledztwa. Ale Mario nie dał się zbyć tak łatwo. Wykonał kilka telefonów i już wie. Pamiętajcie, Mario Winiarz mówi wam o tym jako pierwszy... (zawiesza głos, rozlega się wzmagająca napięcie muzyka jak w programie “Milionerzy”, kiedy odpowiadający się zastanawia, np. https://www.youtube.com/watch?v=WAEhfu_7os8 od 1:45 do 1:50) Okazało się, że przy ciele zastrzelonej kobiety znaleziono kartkę z napisem “Tak kończą dzieciobójczynie” oraz jeszcze coś... (zawiesza głos, rozlega się muzyka jw.)... Oraz ręcznik ze śladami krwi, którym prawdopodobnie uduszono dwuletniego Marcelka. Teraz przed naszymi dzielnymi kryminologami wyzwanie nie lada – zbadanie tego ręcznika pod kątem DNA. Pamiętajcie, że jako pierwszy mówi wam o tym Mario Winiarz z radia "Dzień dobry, dobry". Głos niknie, na ekranie znów pojawia się półka z podświetlonymi butelkami. Wiesław: I jak mi to wytłumaczysz? Skąd się wziął ten ręcznik, o którym wiedziała tylko Joanna, Maciej, ty i ja? Kto wskoczył do stawu i wyciągnął ten ręcznik? Maciej nie, bo został zakatowany w więzieniu; ja nie, bo siedziałem na terapii zamkniętej... Beata (zdesperowana): Może Joanna? Może popełniła samobójstwo? Wiesław: Joanna? Coś takiego! Posłuchaj! Pomiędzy moim wyjściem z najlepszego ośrodka leczenia odwykowego, gdzie byłem pod opieką najlepszych w Polsce terapeutów, a momentem, kiedy wszedłem do tego sklepu, przeglądałem internet. I wiesz, czego się dowiedziałem? Że nie znaleziono żadnego pistoletu! Jaki z tego wniosek? Że Joanna wypaliła sobie dwie kule w łeb, a potem wstała z kanapy, schowała gdzieś pistolet, może go wywaliła do stawu tak jak wcześniej ręcznik, po czym położyła się na kanapie, by umrzeć już na dobre. Nie, Beatko, to nie była Joanna...


39

Zapada milczenie. Wiesław: To nie byłem ja, to nie była Joanna ani Maciej... Kto nam pozostaje? Ty, tylko ty! (rozlega się Only you https://www.youtube.com/watch?v=Ao3vOCDZd-Y – od początku do końca pierwszej minuty) Chyba że (zmienia mu się głos) komuś powiedziałaś... (podniesionym głosem) Może wyjawiłaś moją tajemnicę spowiedzi? Jeśli ona wyszła poza ciebie, to już dla mnie nie ma ratunku. Ściągnęłaś ekskomunikę na mój biedny, skołowany, zalkoholizowany łeb! Wiesław łapie się za głowę. Jest zrozpaczony. Beata (chwytając go za klapy marynarki): To ja zabiłam tę szmatę... Już nigdy do ciebie nie zadzwoni, już nie usłyszysz gaworzenia tego biednego dziecka... Wiesław (odsuwając ją od siebie): Dlaczego to zrobiłaś? Beata: Chciałam cię uratować. Byś o tym więcej nie myślał. By to nie przeszkadzało ci w wyzdrowieniu... Żeby cię ta kobieta już nie męczyła. Jestem twoją terapeutką, chciałam cię wyleczyć... Wiesław: A może z miłości? Może zakochałaś się we mnie? Beata milczy. Wiesław: Wiesz, co? Pierdolę taką miłość. Wiesław podchodzi do EKRANU i wyciąga w stronę EKRANU rękę z butelką whisky. Wiesław: Tego łyskacza, proszę! Nie musi pan zawijać, po co mam marnować czas, na odwijanie, co nie? Wiesław schodzi ze sceny. Głos sprzedawcy (z offu): A dla pani? Beata patrzy na butelki, pieszczotliwie przesuwa po nich palcami, a potem się odwraca i schodzi ze sceny.


40

Scena VII Na scenie leży telefon komórkowy Joanny (wyrzucony przez Leszka, zob. akt II scena IV). Na scenę wchodzi Przechodzień z wózkiem dziecięcym. Z EKRANU dobiega płacz dziecka. Przechodzień pochyla się nad dzieckiem i rusza wózkiem. Przechodzień: Cicho, malutka... Ciii... W domku spać nie chciałaś, no to tatuś z tobą tu wyszedł, a tu jeszcze gorzej... Coś cię denerwuje, wiem... Ciii... Śpij, malutka... Dziecko płacze coraz głośniej. Przechodzień rozgląda się wokół, szukając jakiegoś przedmiotu, który może zainteresować dziecko. Zrywa jakąś gałązkę i macha nim nad wózkiem. Dziecko płacze jeszcze głośniej. Przechodzień: Cicho malutka... Patrz tu jest staw, nasz osiedlowy, kaczuszki tu pływają... Będziesz kiedyś chodzić nad ten staw... Chodź, zobacz, jakie fajne kaczuszki... Przechodzień skręca wózkiem w stronę publiczności. Nagle dostrzega telefon komórkowy, zatrzymuje się i schyla się po niego. Dziecko wyje przerażająco. Przechodzień (wkładając telefon do wózka): Masz, kochanie, masz... To twoja ulubiona zabawka... Jesteś taka mała, a taka mądra, umiesz nawet do babci zadzwonić... No zobacz, telefon taki jak mój... Płacz cichnie. Dziecko zaczyna gaworzyć. Na EKRANIE pojawia się spis kontaktów telefonu Joanny. Numer telefonu i zdjęcie Macieja z podpisem “Maciek”, potem numer telefonu i zdjęcie atrakcyjnej kobiety z podpisem “Malwina”. Przechodzień: No zobacz, kochanie, jaki miły pan, jaka ładna pani... Na EKRANIE wciąż pojawiają się nowe kontakty na literę “M”. Dziecko wyraźnie zadowolone gaworzy coś do siebie. W końcu pojawia się numer telefonu i zdjęcie Wiesława z podpisem “Mężczyzna mojego życia”. Wiesław ma zdjęciu ma czarną koszulę i koloratkę. Przechodzień (z ulgą): No wreszcie się uspokoiła... Na EKRANIE widać, jak paluszki dziecka dotykają najpierw zdjęcia Wiesława, a potem przycisku pod numerem z napisem “Połącz”.


41

Scena VIII Hotelowe wnętrze. Łóżko, szafka nocna, stolik, dwa fotele. Na łóżku śpi Wiesław, obok łóżka szafka nocna i przewrócona lampa. Na szafce nocnej przewrócona butelka whisky. Dudni psychodeliczna, orientalna muzyka (https://www.youtube.com/watch?v=u453lKyCOfs od 40. sekundy). Na EKRANIE pojawiają się koszmarne obrazy: stosy obciętych kończyn, larwy pełzające po zepsutym mięsie, wściekły wilk, po którego pysku toczy się piana. Nagle muzyka i obrazy znikają. Rozlega się dzwonek telefonu komórkowego. EKRAN zamienia się w ekran telefonu komórkowego. Pokazuje godzinę szóstą rano. Na ekranie telefonu komórkowego pulsuje ikonka przychodzącego połączenia. Nad nią napis “Joanna”. Wiesław budzi się, po omacku łapie za telefon. Przerażony patrzy na ekranik swojego telefonu i odrzuca telefon. Wiesław wstaje, chwieje się, jest pijany. Podnosi butelkę ze stolika i wypija resztki whisky. Telefon przestaje dzwonić. Wiesław oddycha z ulgą i pada na łóżko. Rozlega się aria “Erbarme dich” z Bachowej “Pasji według świętego Mateusza” (https://www.youtube.com/watch?v=BBeXF_lnj_M od 50. sekundy). Po chwili milknie muzyka i telefon znów dzwoni. Na EKRANIE “Joanna”. Wiesław odbiera. Słychać gaworzenie dziecka. Wiesław rzuca się na podłogę i zaczyna się modlić. Gaworzenie wciąż słychać. Rozlega się orientalna muzyka jw., a na EKRANIE pojawiają się przerażające obrazy jw. Wiesław otwiera okno. Rozlega się gwar miasta: trąbienie samochodów, sygnał karetki pogotowia. Wiesław wchodzi na parapet i wyskakuje. Rozlega się potężny, głuchy huk uderzenia ciała o chodnik. Gasną światła.

Koniec

Marek krajewski potrójna tajemnica