Issuu on Google+

Jan Lebenstein

nr 10/2010, lato 2010 200/ rok XXIII, ISSN: 1230-2155 Cena 20 zł (VAT 0%)

Nr indeksu: 375500 Nakład 2800 egz.

lato 2010

Dür ren mat t, Jaspers, Judt, Kapuścińsk i, K ra ll, K ról, Lowentha l, Łopieńska, Miłosz, N o r a , N o w o s i e l s k i , Ta r k o w s k i , We i l


6

I pisma mają swoje życie Marcin Bąba

8

Inny kraj Marcin Król

14

Doktorat Hanna Krall

18

Gdyby to można było powiedzieć… Czesław Miłosz

26

Trzy lata wolności w gminie Zatory Barbara Łopieńska

34

Słowo o artyście Katarzyna Kazimierowska

36

Z Andriejem Tarkowskim rozmawiają Jerzy Illg, Leonard Neuger

56

Sztuka nie boi się propagandy Z Jerzym Nowosielskim rozmawia Krystyna Czerni

79

Reportaż i trwanie Z Ryszardem Kapuścińskim rozmawia Wojciech Górecki

90

Szantaż Platona Marcin Bąba

92

Stawanie się człowiekiem dzięki polityce Karl Jaspers

98

Iliada, czyli poemat o sile Simone Weil

114 Śmierć Sokratesa Friedrich Dürrenmatt

122 Pamięć i historia Magdalena Malińska 124 Dramat pamięci Rozmowa w redakcji „RP” z udziałem Pawła Hertza, Krystyny Kersten, Zygmunta Kubiaka, Zdzisława Najdera. Redakcję reprezentowali: Piotr Kłoczowski, Marcin Król i Marek Zaleski 134 Czas pamięci Pierre Nora 142 Przeszłość to obcy kraj David Lowenthal 152 Przeszłość to inny kraj Tony Judt

Lebenstein

160 Pieczęć Erosa i (anatosa Michał Fropp


I pisma mają swoje życie MARCIN BĄBA ywot „Res Publiki” rozpoczął się w 1979 roku na seminarium prowadzonym przez prof. Jerzego Jedlickiego. W czasach zniewolenia przez system komunistyczny ludzie wokół niej zgromadzeni odnaleźli miejsce, w którym mogli poczuć się wolni. I była to sfera myślenia pojmowana jako „duchowy i demokratyczny parlament”, wspólnota dla wszystkich, którym zależało na kształcie przyszłej, niepodległej Polski, niezależnie od ich poglądów politycznych, przynależności organizacyjnej czy przekonań religijnych. Pierwszy zespół „Res Publiki” – Wiktor Dłuski, Damian Kalbarczyk, Wojciech Karpiński, Paweł Kłoczowski, Marcin Król, Tomasz Łubieński, Paweł Śpiewak i Barbara Toruńczyk – przedmiotem swojego namysłu uczynili politykę, stawiając jednak wyraźną granicę między myśleniem politycznym czy myśleniem o polityce a jej czynnym uprawianiem. Dystans, oderwanie od bieżącej działalności pozwoliły im na rozważanie miejsca i wartości polskiej kultury i tradycji czy analizo-

6

wanie Europy jako wspólnoty wartości i przekonań wyrosłych na gruncie chrześcijaństwa, wiary w indy widualną wolność. Redaktorzy pierwszego wcielenia pisma z niechęcią patrzyli na racjonalizm i pragmatyzm, który ze sfery publicznej wyklucza wartości i namiętności, a polityczność traktuje jako domenę rozwiązań urzędniczych i biurokratycznych. Traktowali to jako błąd myślenia prowadzący do przekonania, że rzeczy wistość polityczna może zostać w pełni poddana kontroli człowieka, być dowolnie przez niego kształtowana. Owo założenie leży u podstaw wszelkiej myśli utopijnej, która rozumiana jako projekt polityczny jest niebezpieczna dla wspólnot ludzkich. Myślenie utopijne, radykalnie racjonalistyczne i pragmatyczne projekty to przykłady „ucieczki od myślenia”, posługiwania się prostymi i niestawiającymi wyzwań ludzkiemu umysłowi protezami. Ich lustrzanym odbiciem jest tradycjonalizm, zwrócenie się w stronę przeszłości i poszukiwanie rozwiązań politycznych w minionych czasach. W 1987 roku, kiedy ukazał się pierwszy, legalny numer „Res Publiki”, jego redaktorzy zobowiązali się do „szerokiego, rzetelnego myślenia”, do zachowania równowagi między dziedzictwem historii a tym, co nowe. Próbowali zaszczepić „umysłową tolerancję”, odtworzyć


7

życie intelektualne, „odsłaniać rzeczowo i obiektywnie wszelkie mitologizacje i zafałszowania”. Dlatego poświęcając historii i tradycji dużą uwagę, doszli do wniosku, że polskie myślenie ukształtowane przez walkę o niepodległość i sprzeciw wobec komunistycznego systemu jest nieadekwatne do nadchodzących wyzwań. Marcin Król określa tradycjonalizm jako „rodzaj dobroduszności, powodującej paraliż umysłu czy też jego krytycznych zdolności”, niszczący otwartość i odwagę myślenia. Współtwórcy „Res Publiki” pragnęli stworzyć język opisu rzeczywistości, który nie będzie kopią rozwiązań Europy Zachodniej z jednej ani przeniesieniem dawnych pomysłów z drugiej strony. Język, który uchwyci i pomoże rozsupłać problemy polskiego społeczeństwa czasów przemian, nie będzie uciekał od rzeczywistości z jej wielowymiarowością, nie będzie podpierał się ideologicznymi systemami. Sposób opisu świata, który będzie jednocześnie czerpał z myśli liberalnej, konserwatywnej oraz socjalistycznej i podchodził do nich sceptycznie, oceniał ich przydatność dla stworzenia polskiej sfery publicznej, a nie traktował jako rezerwuaru gotowych rozwiązań. Jednym zdaniem: esej Leszka Kołakowskiego Jak być konserwatywno-liberalnym socjalistą? stał się mottem „Res Publiki”.

Jest jeszcze jedna istotna cecha myślenia środowiska „Res Publiki” – zawsze być blisko rzeczywistości, nie obrażać się na nią, nie zamykać w akademicko-moralizatorskiej twierdzy, ale próbować ją zrozumieć i w miarę własnych możliwości i predyspozycji udoskonalać. Specyficzny i ograniczony realizm, odrzucenie skrajnych rozwiązań, odpowiedzialność za działanie i myślenie oznaczały rehabilitację polityki. „Res Publica” była – jak ujął to Andrzej Friszke – „laboratorium myślenia o polityce”. To dziedzictwo i wyzwanie twórców podziemnej i pierwszej legalnej „Res Publiki” zostaje podjęte przez kolejne, nieustannie zmieniające się redakcje i wydawców. W zeszłym roku pismo obchodziło trzydziestą rocznicę powstania, ten numer jest dwusetnym, więc to najlepsza okazja, żeby przypomnieć niezwykle rzadko spotykany w polskiej sferze publicznej sposób myślenia. Siłą rzeczy wybór ograniczony został do czterech obszarów tematycznych: krótkich szkiców o Polsce, rozmów o kulturze i twórczości, tekstów o pamięci i historii jako sposobach radzenia sobie z przeszłością oraz o granicznych momentach myślenia politycznego. Marcin Bąba (1979), historyk idei. Członek redakcji „Res Publiki”. Redaktor prowadzący 200. wydanie „Res Publiki”.


Innykraj Kto sądzi, że nic się nie zmienia, komu bliski jest pogląd, że nic się nie stało, kto nie myśli, nie widzi, nie czuje, iż żyje w zmienionym kraju, w innym kraju – niech nie czyta. Jak ja sam się czuję w tym innym kraju? I gorzej i lepiej. Gorzej, bo nie nawykłem do tego, że jestem sam. Ani misja, ani ideologia, ani długa nocna rozmowa nie dostarczą mi już nadrzeczywistego poczucia duchowo-umysłowej wspólnoty. Rano siadam do maszyny lub idę do biblioteki, czyli do pracy, jak wszyscy. Nikomu nie będę przewodził. Nikt nie czeka na nasze wyroby, tak jak się czekało na następny odcinek Ogniem i mieczem. Czuję się dziwnie także dlatego, że spotykam ludzi, z którymi umysłowo i obyczajowo mało mnie łączy, a którzy wiedzą o rzeczywistości tyle samo, co ja. Którzy mają dużo więcej ode mnie pieniędzy i też chodzą do kościoła. Jestem równy wśród równych o równie ograniczonych możliwościach, żyję, wchodzę w kompromisy, czasem zapłaczę na mszy narodowej, ale kiedy poczuję się zagrożony przez nadmiar więzi narodowej, uciekam gdzie pieprz rośnie. Czuję się też lepiej, bo po raz pierwszy od dawna mam niepozbawioną podstaw nadzieję na to, że moje, nasze wyroby trafią nie pod strzechę (na to nigdy nie miałem nadziei), lecz do normalnego, brzydkiego domu polskiego, w którym coraz częściej książki zastępują w kredensie kryształy, w którym często mówi się o sprawach publicznych, podobnie 8


Doktorat Najpierw zwolniono kierownika mojej pracowni. Był człowiekiem niemłodym, przeżył wojnę, jego ojciec zginął w getcie w Łodzi. Kiedy zaczęła się nagonka, przyszedł do naszego pokoju i przysiadł na biurku: – Na razie zwalniają, potem zrobią szopy... Nie wiedziałam, co to „szopy”, okazało się, że to były warsztaty w getcie, dla Żydów. Pomyślałam, że żartuje i że jest to – mimo wszystko – niestosowny żart, ale następnego dnia przyszedł znowu. – Szopy będą tylko dla zdrowych. A co ze starcami i chorymi? Psychiatra powiedział jego żonie, że powinni wyjechać natychmiast. To jest Łuk Triumfalny... To on... To prezydent Mitterrand przypina mu Legię Honorową... A to jest telefon od niego. Zadzwonił kiedyś z Paryża – co przysłać. Popatrzyłam na rozwaloną przez dzieci słuchawkę i powiedziałam: telefon. Zapytał jakiego koloru? Zdziwiłam się, że można sobie wybierać kolor aparatu telefonicznego. Ciemnoniebieski – powiedziałam. I proszę... Kiedy wyrzucono kierownika, dyrektor instytutu oświadczył, że może się to źle odbić na całej pracowni, jako następnego więc wyrzucono dyrektora. 14

Po zwolnieniu dyrektora stało się już jasne, że z naszego instytutu można wyrzucić każdego. Był to instytut resortowy, z dobrą opinią wśród fachowców u nas i na świecie, o dużym znaczeniu dla gospodarki. Nowym jego szefem został profesor, starszy pan, absolwent Sorbony i uniwersytetu w Petersburgu, chodzący szarm i europejska kultura. Czego się bał, nie mam pojęcia. Miał spory dorobek naukowy, wykładał na zagranicznych uczelniach, zbliżał się do emerytury – i uprzedzał życzenia władz, nim jeszcze zdążyły je wypowiedzieć. Może bał się, że mu paszportu na tę zagranicę nie będą dawali? Na tych wyjazdach zależało mu najbardziej; nie dla pieniędzy nawet, tylko żeby nie stać się prowincją. Nowy dyrektor, na polecenie władz, kolejno zwalniał z pracy naszych kolegów Żydów. Jeden z nich opowiadał mi, że jego kierownik, widząc go z daleka na korytarzu, wpada w pierwsze lepsze drzwi, byle się nie przywitać. Kiedyś w popłochu wpadł do ubikacji. Kolega poszedł tam za nim – kierownik stał przy pisuarze w zapiętych spodniach. – Panie docencie – zaczął kolega, ale docent wbiegł do kabiny i zatrzasnął za sobą drzwi.


Gdyby to można było powiedzieć...


19

Przeczyć, wierzyć i całkowicie wątpić jest tym dla człowieka, czym bieg dla konia (Pascal) Gdyby to można było powiedzieć: „jestem chrześcijaninem, a moje chrześcijaństwo jest takie i takie”. Są na pewno ludzie, którzy tak powiedzieć mogą, ale nie każdemu jest to dane. Siła wyzucia, siła wydziedziczenia jest tak duża, że sam język zakreśla granicę. „W mrocznym świecie, gdzie drogę zgubili bogowie” (Roethke) jedynie dostępna zdaje się droga zaprzeczeń, via negativa. Sama trudność nazwania siebie chrześcijaninem zasługuje na to, żeby się nad nią zastanowić. Ale ta trudność jest nieco inna w każdym z odrębnych wyznań, bo mówiąc o „chrześcijaństwie w ogóle”, zapominałoby się o wielu wiekach historii i o naszej przynależności do pewnej, lepiej czy gorzej zachowanej tradycji. W moim wypadku chodzi o trudność nazwania siebie katolikiem. Opory, na jakie natrafiam, pochodzą ze wstydu. Ale wstydzimy się zawsze wobec kogoś, dlatego też, zamiast rozprawiać o pojęciach religijnych, powinienem postarać się przedstawić sobie twarz ludzi, których się wstydzę. Środowisko wrogie religii, uznające religię za zabytek minionej ery, spowodowałoby prawdopodobnie mój gwałtowny sprzeciw i manifestowanie własnej religijności. Nie z takim jednak środowiskiem mam do czynienia. Zresztą słowo „środowisko” trzeba wyjaśnić: rozumiem przez to pewną ilość osób, rozsianych po różnych miastach i krajach, ale obecnych w mojej wyobraźni. Bo mówiąc o moich czasach albo mojej epoce, odwołuję się do bezpośrednio mnie dotykających wydarzeń, także do tego, co wiem z książek, filmów, telewizji, prasy, ale prawdziwsza wiedza łączy się z ludźmi, tymi, których sposób życia i myślenia jest mi jakoś znany, dzięki osobistym stosunkom. Tę grupę nazwę: moi współcześni, zakładając, że można ją uważać za przedstawicielkę grupy znacznie szerszej, choć nieupoważniającej do zbyt daleko sięgających uogólnień. Moi współcześni do wiary religijnej odnoszą się z szacunkiem i żywym zainteresowaniem, ale jest

to prawie zawsze wiara innych, im samym odmówiona. W ciągu trzech ćwierci XX wieku nastąpiły tak radykalne zmiany w sposobie życia, że obyczaje, powszechne jeszcze w roku 1900, nabrały charakteru wyjątków i moi współcześni odczuwają te zmiany i jako postęp, i jako pozbawienie, któremu nie można zaradzić. Kiedyś zasadnicze wypadki ludzkiej egzystencji były uświetnione przez obrzędy: wstąpienia w życie, płodności i śmierci. Zaraz po urodzinach dziecka następowało jego przyjęcie do wspólnoty wiernych, co u chrześcijan oznaczało chrzest. Następnie dziecko było poddane obrzędom wtajemniczenia (pierwsza komunia, konfirmacja, bierzmowanie). W krajach, gdzie upłynęła znaczna część mego życia, we Francji i w Ameryce, istnienie tych obrzędów, nawet chrztu, staje się coraz bardziej problematyczne. Wymagają one decyzji rodziców, a więc nie są odczuwane jako coś, co rozumie się samo przez się. Jeden z moich współczesnych, Albert Camus, zapytał mnie raz, co sądzę: czy nie jest trochę nieprzyzwoite, że on, ateista, posyła swoje dzieci do pierwszej komunii? Ale i decyzja na rzecz religijnego wykształcenia dzieci niewiele pomaga, skoro język, w jakim przemawia katecheta, jest zaprzeczany przez nacisk otaczającej cywilizacji naukowo-technicznej na wyobraźnię. Jeszcze bardziej problematyczne staje się istnienie obrzędów weselnych, bogatych w symbolikę i dających poczucie następstwa pokoleń (centralne miejsce tego obrzędu w teatrze polskim – Wesele Wyspiańskiego, Ślub Gombrowicza, Tango Mrożka – powinno dać do myślenia). Instytucję ślubu coraz częściej zastępuje po prostu zamieszkanie razem, co idzie w ślad za rozerwaniem więzi pomiędzy seksem i płodnością. Nie jest to tylko przewrót w dziedzinie norm moralnych, sięga to bardzo głęboko, w samą naszą definicję człowieka: jeżeli popęd wrodzony mu jako istocie fizjologicznej zwraca się przeciwko temu optimum, które nazywamy ludzkim sposobem życia (dostateczne odżywianie, warunki mieszkaniowe, prawa kobiet), i dlatego musi być przy pomocy nauki oszukany, to upadają resztki,


lata wolności w gminie Zatory

O trzech latach wolności najlepiej opowiedziałby chyba Mieczysław Dziurawiec. On jest najmądrzejszy z całej wsi, miał nieraz pogadanki w szkole. W każdej wsi jest najmądrzejszy z całej wsi i właśnie w Zatorach najmądrzejszy jest Dziurawiec. Jedzie się jak na Stawinogę, za murowanym domem w lewo. Na razie pójdziemy na pocztę. – My tu ciemni – mówi pani Teresa Rzadkowska, kierowniczka poczty. Z poczty nic nie schodzi. Nie czytają. Kiedy ludzie przychodzą na pocztę, kierowniczka wciska gazetę, ale oni nie chcą. Tylko Dziurawiec bierze. 26

Opinia publiczna, zdaniem kierowniczki poczty, kształtuje się na polu, a na polu, jak to na polu, nie ma z kim porozmawiać. Ona, co prawda, pracuje na poczcie, nie na polu, w tym samym budynku, w którym mieszka wójt, ale nie zna nazwiska ani jednego radnego ze swojej gminy. Opinia publiczna kształtuje się również po obejrzeniu „Wiadomości”. Jeden rozumie, drugi nie rozumie. Ten, który nie rozumie, tłumaczy temu, który rozumie, i wtedy się kłócą. Potem piją, ale nie więcej niż w Nasielsku. – Na Zachodzie – mówi miejscowy strażak – po jednym piwie nie wykazuje. Ja bym wypił i pojechał.


ROZMOWY


Słowo o artyście KATARZYNA KAZIMIEROWSKA zieło nie istnieje bez swojego twórcy – to zdanie rozpoczyna i powinno kończyć wstęp do tego działu. Jakakolwiek idea nie przyświecałaby artyście, jakkolwiek nie próbowałby on stworzyć uniwersalnego w swej wymowie opus, nie istnieje ono bez twórcy jako człowieka, nie funkcjonuje bez kontekstu jego fascynacji, inspiracji, marzeń i refleksji; jest dopełnieniem jego biografii, wyraża lęki i pragnienia, słabości i świat wewnętrzny. Dlatego rozmowy z twórcami wydają mi się najwartościowszym wkładem w dział o relacjach człowiek – kultura. Poznanie autora dzieła to najbardziej intymna forma przeżywania słowa i obrazu. Dział Rozmowy, który pojawia się w jubileuszowym wydaniu „Res Publiki Nowej”, powstał w odpowiedzi na potrzebę odniesienia się redakcji do wydarzeń dziejowych, które współtworzyły i w które wpisywały się prace Nowosielskiego, reportaże Kapuścińskiego czy filmy Tarkowskiego. Każdy z przejawów twórczości był swoistą próbą zrozumienia świata i wyrażenia siebie za pomocą dostępnych środków przekazu. Słowo, obraz i wytwór rąk to trzy najważniejsze formy ujęcia świata w ramy zrozumiałe, a przez to dostępne, dla odbiorcy. Rozmowa o dziele ma je dopełnić i tłumaczyć jego wartość. A sama praca zwykle wynika z życia jego twórcy, sposobu postrzegania i rozumienia świata. 34


35

Prezentowane w dziale rozmowy nie są uniwersalne, uniwersalny jest raczej sposób doboru „rozmówców”. W tym doborze kierowaliśmy się dość oczywistym kryterium wyjątkowości rozmówców oraz naturalną ciekawością, wynikającą z naiwnie postawionego pytania: co kryje w sobie osoba tak wyjątkowa ze względu na swoje dokonania twórcze? Chodziło tu o kulturę zadawania pytań. W każdej rozmowie to nie bezczelność czy arogancja, ani też przygotowanie pytającego, świadczą o jej jakości, jedynie wrażliwość i otwartość na rozmówcę oraz dociekliwość i zaciekawienie drugą osobą jako człowiekiem pozwalają zajrzeć czytelnikowi za ledwo uchyloną zasłonę prywatności, a co za tym idzie, ujawniają zupełnie wyjątkowy świat wewnętrzny, który sprawia, że taka a nie inna kreacja dzieła jest możliwa w danym momencie dziejowym. Wyjątkowość wywiadów polega na często złudnym poczuciu, ale jakże ekscytującym, że ktoś, kogo chcemy poznać, dopuszcza nas na chwilę nieco bliżej, pozwala nam zajrzeć przez uchylone drzwi do swojego świata, doznać własnej intymności jego odbioru. Rozmowa to najbardziej twórczy sposób poznania dokonań życiowych drugiego człowieka, a umiejętność dialogu warta jest każdej nagrody, zaś odwaga jego przeprowadzenia – najwyższego uznania. Dlatego prezentujemy Państwu trzy wywiady z wyjątkowymi twórcami. Mimo że każdy z nich skoncentrował swoją twórczość wokół innej dziedziny kultury, łączy ich ogromna wrażliwość na odbiór świata oraz niezwykła umiejętność jego opowiedzenia w osobisty sposób. Rozmowa to najcenniejszy wynalazek człowieka, bez niej dzieło jest niczym, jeśli nie można go wyrazić i opowiedzieć w żadnym dostępnym nam języku. Katarzyna Kazimierowska (1979), absolwentka socjologii i politologii na UW, pisze, redaguje, interesuje się miastem i kulturą żydowską, sekretarz redakcji kwartalnika „Cwiszn”. Organizatorka festiwalu Warszawa jest Kobietą. Członkini redakcji „Res Publiki”.


Z Andriejem Tarkowskim rozmawiają Jerzy Illg, Leonard Neuger 29 grudnia 1986 roku zmarł w Paryżu w wieku zaledwie 54 lat Andriej Tarkowski, jeden z najoryginalniejszych, najbardziej suwerennych twórców współczesnego kina. […]1 Prezentowana poniżej rozmowa przeprowadzona została w Sztokholmie, w marcu 1985 roku. Tarkowski pracował tam wówczas nad swoim ostatnim – jak miało się okazać – filmem, głębokim metafizycznym traktatem, podobnie znamiennie jak poprzedni, zatytułowanym Ofiara. Przed dziennikarzami i ciekawskimi chronił go cały sztab współpracowników i do spotkania doszło przede wszystkim dzięki temu, iż Tarkowski wiedział, że będzie miał do czynienia z ludźmi z Polski, kraju bardzo mu bliskiego, którego przeobrażenia i dokonania na progu lat 80. śledził – jak wyznał – z ogromną radością, niepokojem i nadzieją. Było to zatem coś więcej aniżeli tylko zwykły wywiad udzielony przez wielkiego twórcę przedstawicielom prasy – rozmowa zamiast uzgodnionej wstępnie jednej godziny trwała cztery, z budynku sztokholmskiej telewizji przenieśliśmy się do mieszkania Tarkowskiego, który – rozczarowany sprowadzającymi się do częstych nieporozumień kontaktami z ludźmi Zachodu – wyraźnie cieszył się, że może porozmawiać z kimś „stamtąd”. Przeszło dwie godziny tego spotkania utrwalone na taśmie magnetofonowej prezentujemy poniżej. Jest to jedna z ostatnich tak obszernych wypowiedzi Tarkowskiego – wkrótce potem świat obiegła wiadomość o jego chorobie.

Jerzy Illg (1950), krytyk literacki i wydawca, doktor nauk humanistycznych (Wydział Filologiczny Uniwersytetu Śląskiego). Od 1983 roku związany z wydawnictwem Znak jako redaktor, a od 1992 roku jego redaktor naczelny.

Leonard Neuger (1947), historyk literatury i tłumacz. Od 1999 roku profesor języka i literatury polskiej Instytutu Slawistyki Uniwersytetu Sztokholmskiego, a w latach 2003–2007 dyrektor tego instytutu.

Andriej Tarkowski (1932–1986), rosyjski reżyser filmowy i teatralny, scenarzysta, aktor.

W Zwierciadle przedstawił Pan swoją biografię. Jakie to zwierciadło? Czy jest to zwierciadło takie, jak u Stendhala, które przechadza się po gościńcu, czy też w tym zwierciadle zobaczył Pan samego siebie, dowiedział się o sobie czegoś, czego nie wiedział Pan przedtem? Innymi słowy: to dzieło realistyczne czy subiektywna autokreacja? A może Pański film stanowi próbę pozbierania fragmentów rozbitego zwierciadła i oprawienia ich w ramę obrazu filmowego, skomponowania z nich zamkniętej całości? Kino w ogóle stwarza zawsze możliwość zebrania oddzielnych odłamków w jedną całość. Film składa się przecież z poszczególnych kadrów, jak mozaika – z oddzielnych kawałków o różnej barwie i odmiennej fakturze. I może być tak, że każdy z nich w oderwaniu od innych nie ma – zdawałoby się – żadnego znaczenia. Ale w owej całości staje się on elementem niezbędnym, istnieje tylko w tej całości. Dlatego kino jest dla mnie ważne w tym sensie, że w filmie nie ma, nie może być ani 1.

36

Skróty pochodzą od redakcji „Res Publiki Nowej”.


Sztuka nie boi się propagandy Z Jerzym Nowosielskim rozmawia Krystyna Czerni

Interesuje mnie sam początek pana drogi artystycznej, pierwsze zetknięcie ze sztuką. Jerzy Nowosielski (1923), należy do najwybitniejszych malarzy polskich XX wieku. Rysownik i scenograf, teoretyk sztuki, filozof i teolog.

Krystyna Czerni (1957), krytyk i historyk sztuki, związana z Instytutem Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego, współpracownik „Tygodnika Powszechnego” i miesięcznika „Znak”, autorka albumu Nowosielski (Znak, 2006), pod jej redakcją ukazała się książka Tadeusz Różewicz, Zofia i Jerzy Nowosielscy. Korespondencja (Wydawnictwo Literackie, 2009) oraz Rozmowy z Jerzym Nowosielskim (Znak, 2009), będąca zapisem spotkań Jerzego Nowosielskiego i Zbigniewa Podgórca. Krystyna Czerni jest autorką biografii Jerzego Nowosielskiego, która za kilka miesięcy ukaże się nakładem wydawnictwa Znak.

56

Początki zawsze są trudne do uchwycenia. Gdy się wychodzi z domu jako tako inteligenckiego, kontakt ze sztuką ma się właściwie od dziecka. U mnie związane to było z muzyką, miałem 12 lat, gdy byłem po raz pierwszy na operze – to był Donizetti, a poza tym chodziłem do cerkwi w Krakowie, gdzie był bardzo dobry śpiew. To była cerkiew unicka, z tym że chodzili do niej również prawosławni – studenci ukraińscy z Wołynia – bardzo muzykalni i wykształceni muzycznie, tak że tam zawsze śpiewały znakomite zespoły wokalne. Przychodzili także Polacy, którzy chcieli się po prostu wyśpiewać, kultura muzyczna płynęła przed wojną bardzo cienkim strumykiem, instytucje muzyczne nie miały oparcia finansowego, więc przychodzili na przykład śpiewacy operowi, cała partytura była rozpisana na głosy (w alfabecie łacińskim), brali do ręki i śpiewali. To była znakomita placówka muzyczna Krakowa. Pamięta pan swój pierwszy obraz? Nie bardzo pamiętam. Miałem 10–12 lat i to były jakieś akwarelki, w wieku czternastu lat władałem już dosyć sprawnie akwarelą, temperą, ale fascynacja malarstwem przyszła w 1938 roku. Byłem wtedy z ojcem z wizytą u naszych przyjaciół w Warszawie i tam był taki architekt, Władysław Jachimowicz, który dał mi do przeczytania parę tekstów o sztuce – to był chyba Lam i jeszcze jakieś teksty zagraniczne. Byłem już trochę opatrzony ze sztuką nowoczesną, ale nie miałem jeszcze do niej określonego stosunku i pamiętam, że wtedy nagle, po prostu w ciągu godziny, otwarłem się na sztukę nowoczesną, to było cudowne uczucie. No, a w czasie wojny – ponieważ trzeba było coś ze sobą zrobić – zapisałem się do Kunstgewerbeschule. Niemcy postanowili wznowić szkoły zawodowe i tak też potraktowali Szkołę Przemysłu Artystycznego, gdzie uczyli głównie byli profesorowie ASP, którzy prowadzili po prostu swoje normalne pracownie artystyczne. Dostałem się do Kamockiego i tam u niego zacząłem nieoficjalne studia akademickie bez oficjalnej matury. Kamocki miał do mnie bardzo sympatyczny stosunek, bardzo mu się podobało to, co robię, i z profesorów pamiętam właściwie tylko jego, bo uczyłem się głównie od kolegów. Było tam paru chłopców uświadomionych w problematyce sztuki nowoczesnej, uzupełniali-


Reportaż i trwanie

Rozmowa z Ryszardem Kapuścińskim – reporterem

Wojciech Górecki (1970), historyk, dziennikarz, reporter, analityk, specjalizujący się w tematyce Kaukazu Północnego i Południowego. W 2010 roku nakładem wydawnictwa Czarne ukazała się jego książka Toast za przodków, a także Planeta Kaukaz (2002, wyd. 2. uzupełnione, Czarne 2010).

Ryszard Kapuściński (1932–2007), reportażysta, dziennikarz, publicysta, poeta i fotograf, legenda polskiego reportażu.

Trzy lata temu zwierzał się pan miesięcznikowi „Bestseller”: „Związek Radziecki to zawsze był wielki temat. Dla nas, Polaków, być może jeden z największych. Rosja to także mój osobisty temat. Urodziłem się w Pińsku, na Polesiu. Na początku lat siedemdziesiątych zjeździłem Gruzję, Armenię, Azerbejdżan. Napisałem o tym książkę Kirgiz schodzi z konia. W połowie października 1989 spakowałem się i wyjechałem tam znowu”. Pańska podróż trwała ponad rok i zaowocowała wydaniem Imperium. Jak do niej doszło i jak wyglądała organizacja tak gigantycznego przedsięwzięcia? Kiedy postanowiłem objechać ten kraj, pieriestrojka była w pełnym rozkwicie i rozpoczynała się ostatnia faza upadku ZSRR. „Inostrannaja Litieratura” wydrukowała właśnie mojego Cesarza, miałem więc pieniądze na podróż. Przygotowanie wyjazdów do kolejnych republik i obwodów było wielką operacją strategiczną, która pochłaniała mnóstwo czasu, energii i sił. Nad załatwianiem biletów, hoteli i wyżywienia pracował cały sztab ludzi – moich przyjaciół. Bez nich niewiele bym zdziałał. O zorganizowaniu w tamtych warunkach takiej podróży jak moja można by napisać osobną książkę. Przejechałem ponad sześćdziesiąt tysięcy kilometrów, przemierzyłem Związek Radziecki od Brześcia do Magadanu i od kręgu polarnego do granicy z Iranem i Afganistanem, dotarłem do wszystkich republik. Trafiłem na bardzo ostre zimy i bardzo upalne lata i sporym problemem było, jak fizycznie wytrzymać taką podróż. Parę razy byłem bliski załamania. Wracałem do kraju i znowu wyjeżdżałem. Napisał pan, że „o Rosji tym łatwiej jest mówić, im bardziej nazwie tej nadaje się sens abstrakcyjny”. Jak z perspektywy swojej podróży określiłby pan, czym jest Rosja? Rosja to twór bardzo specyficzny, historycznie specyficzny, w którym zawiera się wiele elementów nieokreśloności. Można powiedzieć, że Rosja to Heisenbergowska „nieokreśloność”. Gdzie są granice Rosji? Nie wiadomo! Są granice Federacji Rosyjskiej, ale na terenie Federacji jest nie tylko Rosja. Kto to jest Rosjanin? Również nie wiadomo! W dawnym ZSRR mieszkają miliony ludzi, którzy mają kłopoty z określeniem się, z ustaleniem, kim są, skoro ojciec był, powiedzmy, Tatarem, matka Rosjanką, babka Kazaszką, ciotka Uzbeczką a wujek Ukraińcem.


ROZMOWY


Szantaż MARCIN BĄBA

spólnoty p ol it yc z ne w sposób nieunikniony opierają się na sile i przemocy. Ich początki i fund a m e n t y, ich trwanie i wreszcie upadek nieodzownie wiążą się z użyciem siły i przemocy wobec wrogów i współobywateli czy poddanych. Skoro korzeni cywilizacji europejskiej należy szukać w chrześcijaństwie oraz dziedzictwie Grecji i Rzymu, to są one skażone u swych początków. To Kain, po morderstwie brata i tułaczce, zakłada pierwsze biblijne miasto; po wspólnym ustanowieniu Rzymu Romulus zabija swego brata bliźniaka; wreszcie republika rzymska ufundowana jest na gwałcie Lukrecji, jej samobójstwie i obnoszeniu

90

jej ciała po rzymskim rynku przez Brutusa. Nawet słowo, podstawa porozumiewania się i działania rozumu, zdolne dokonywać „boskich zgoła dzieł”, jednocześnie potrafi krzywdzić i „pogrążyć w otchłani smutku”. Filozofia polityczna, niezależnie jak rozumiana, musi odnieść się do problemu towarzyszącej człowiekowi i wspólnocie politycznej przemocy i rozważyć ten dylemat, być może nawet spróbować go rozwiązać. Bez względu na to, czy filozofia polityczna jest „próbą prawdziwego poznania zarówno natury rzeczy politycznych, jak i prawego czy dobrego porządku politycznego” i różni się od myślenia politycznego „niewrażliwego na odróżnienie między opinią i wiedzą” (Leo Strauss), czy stanowi „postawę radykalnie burzycielską”, zupełnie nieprzydatną praktycznie (Michael Oakeshott), nie może unikać pytania o przemoc. I filozofia polityczna oczywiście pytania o przemoc stawia, a nawet udziela odpowiedzi. Wielu i diametralnie rozbieżnych. Hannah Arendt rozumie polityczność jako dobrowolne, wspólne i bezinteresowne działanie grupy ludzi. Ludzka zdolność


91

Platona działania jednomyślnego, innymi słowy – władza, jest własnością wspólnoty. W momencie pojawienia się przemocy ginie władza i możliwość wspólnego działania – „władza i przemoc są przeciwieństwami; gdy jedna absolutnie panuje, druga jest nieobecna. Przemoc pojawia się tam, gdzie władza jest zagrożona, lecz przemoc pozostawiona własnemu losowi doprowadza do zaniku władzy”. Radykalnie odmienną relację między przemocą i politycznością można znaleźć u Carla Schmitta. W jego rozumieniu „specyficzne polityczne rozróżnienie, do którego możemy sprowadzić wszystkie polityczne działania i motywy, to rozróżnienie przyjaciela i wroga”. Antagonizm wpisany w myślenie Schmitta, z definicji, zakłada użycie przemocy wobec wroga. Należy jednak pamiętać, że nie jest to pochwała przemocy, że konfrontacja z wrogiem jest sytuacją szczególną i wyjątkową. Gloryfikacja przemocy i rewolucyjnego terroru to przekonania Georges’a Sorela. Robotnicy zrzeszeni w syndykaty, w sposób żywiołowy i niezorganizowany, w imię działania dla samego działania, mieli zniszczyć współczesny świat.

Autorzy publikowanych w tym dziale esejów zadają pytania o relację przemocy i wolności politycznej, współistnienie ludzi; o siłę i jej centralne miejsce w największym eposie europejskim – Iliadzie. I alternatywna historia – z przymrużeniem oka pisana – konfliktu Sokratesa z Atenami, pióra Friedricha Dürrenmatta. Przemoc konstytuująca filozofię polityczną nie wyraża się bowiem w konfrontacji miasta z filozofem, lecz w groźbie, przekupstwie i szantażu Platona wobec Sokratesa. Marcin Bąba (1979), historyk idei. Członek redakcji „Res Publiki”. Redaktor prowadzący 200. wydanie „Res Publiki”.


stawanie się człowiekiem dzięki polityce

l Polityka rozgrywa się między dwoma biegunami: możliwej przemocy i wolnego współistnienia. Wobec przemocy konieczna jest obrona z użyciem przemocy, chyba że odrzucając przemoc jesteśmy gotowi stać się niewolnikami innych lub unicestwić samych siebie. Wolne współistnienie rodzi wspólnotę dzięki instytucjom i prawom. Polityka przemocy i polityka obrad są wedle swego sensu przeciwstawne; sposób, w jaki obie się łączą, rozstrzyga o praktyce politycznej – tak przynajmniej było dotąd i trudno przewidzieć, kiedy to się zmieni. 92

Odróżnia się politykę wewnętrzną i politykę zagraniczną. O tym, której przypada pierwszeństwo, decyduje sytuacja danej społeczności wobec innych społeczności. Lecz obie mogą się przenikać. Polityka zagraniczna wyrasta z polityki przemocy, która wszelkie rozmowy traktuje jako podstęp. Ale dzięki układom, prawu międzynarodowemu dąży do przekształcenia samej siebie i rezygnacji z przemocy. Polityka wewnętrzna przejmuje z kolei cechy polityki zagranicznej, gdy politycy sięgają w walce do podstępów, kłamstw, zgubnego zatajania, wymuszania


Iliada, czyli poemat o sile Prawdziwym bohaterem Iliady, prawdziwym, stojącym w jej centrum podmiotem, jest siła. Siła, którą ludzie się posługują, siła, która sobie ludzi poddaje, siła, przed którą ludzkie ciało się wzdryga. Duszę ludzką wciąż jej stosunki z siłą przekształcają, wciągają w pole jej działania, tak że siła, którą dusza rozporządza – oślepia ją, a ciężar siły, której dusza ulega – przytłacza. Ci, którym się roiło, że dzięki postępowi władza siły należy już do przeszłości, mogli w tym poemacie widzieć niejako dokument; ci, którzy umieją dostrzec, że tak dziś, jak i niegdyś, siła zajmuje centralne miejsce w historii ludzkości, postrzegają Iliadę jako szczególnie piękne i czyste zwierciadło. Siła jest tym, co z każdego, kto jest jej poddany, czyni rzecz. Kiedy działa w sposób ostateczny, czyni z człowieka rzecz w znaczeniu najbardziej dosłownym, gdyż zamienia go w martwe ciało. Ktoś istniał, a w chwilę później nie ma nikogo. Oto obraz, który Iliada stawia nam przed oczy nieustannie: 98


ć r ie

śm

114

k

So

Platon, introwertyczny intelektualista, postanowił zmienić świat, którym gardził. Ale nie wiedział jak. Był niepopularny, politycznie bez szans, spokrewniony ze sprzyjającymi Sparcie dyktatorami, Kritiasem i Charmidesem, którzy zginęli podczas demokratycznej kontrrewolucji. Był arystokratą wybitnie krótkowzrocznym, zarozumiałym i sztywnym. Nienawidził Ateńczyków za tę ich całą demokrację, a szczególnie nienawidził Sokratesa. Z zazdrości. Sokrates był gruby i brzydki, ale popularny, i był znanym w całym mieście oryginałem. Kamieniarstwo zarzucił. Utrzymywała go żona, Ksantypa, prowadząca antykwariat, jak z uporem nazywała swój sklep ze starożytnościami. Była okazałą, postawną kobietą o niegdyś jasnych włosach, którym zawdzięczała swoje imię: Xanthippe – jasnogrzywy koń. Praktyczna i wielkoduszna. Rezydowała w kuchni za antykwariatem i wynurzała się z niej tylko wtedy, gdy zjawiał się klient albo żeby wystawić nowy towar. W dzień Sokrates włóczył się po mieście i każdego, kto się nawinął, wciągał w dowcipne a czasem wysoce niedorzeczne rozmowy. Stał się modną postacią wśród rozbisurmanionych arystokratycznych pedałów, którzy przecha-

a s e rat

dzali się po Atenach i kpili z demokracji. Sokrates nie przejmował się polityką. Twierdził, że nic nie wie, i udowadniał innym, że też nic nie wiedzą. Zapraszanie go należało do dobrego tonu. Bywał w najlepszych domach. Nie zabrakło go przy żadnej uczcie. Miał niesłychanie mocną głowę. Gdy wszyscy leżeli już spici, chodził po pokojach i zabierał sobie to jakąś wazę, to posążek. Ksantypa sprzedawała je w antykwariacie słynącym z rzadkich okazów. Ofiary kradzieży milczały. Sokrates był Sokratesem. Znowu go zapraszano i znowu dochodziło do kradzieży. Tylko gdy sławna hetera Diotyma opowiedziała raz ze śmiechem, jak to odkupiła w antykwariacie Ksantypy małego Fidiasza za sumę dwukrotnie większą, niż swego czasu zapłaciła rzeźbiarzowi, przy czym przekonana była, że rzeźba przedstawiająca Heraklesa nadal u niej stoi, Platon chciał zwrócić się do policji, by przeprowadziła rewizję w antykwariacie Ksantypy. Potem jednak zastanowił się, czy zamiast niszczyć popularność Sokratesa, nie byłoby sprytniej ją wykorzystać. Udał się zatem do Sokratesa i zapytał, czy widział jego tragedie. Sokrates odparł, że wygwizdywał je razem z innymi. Cóż, nadają się raczej do


ROZMOWY


Pamięć est deszczowe lipcowe popołudnie, Bańska Szczawnica – miasteczko ukryte w (obecnie) słowackich górach. W krótkiej pauzie pomiędzy wybrzmieniem pytania a wybuchem dyskusji staram się wyczytać z twarzy uczestników wzbierające emocje i na ich podstawie przewidzieć argumenty, które za chwilę padną. Znam je na pamięć, choć w międzynarodowym gronie zdarza mi się oficjalnie rozmawiać na temat lustracji po raz pierwszy. A właściwie – jedynie przysłuchiwać rozmowie. Spodziewam się bowiem, że to, co chciałabym dodać, nie przeniosłoby rozmowy na inny poziom, a jedynie wytrąciło z równowagi (znajdujących się już i tak ryzykownie blisko granicy desperacji) rzeczników „prawdy”, skandujących ze ściśniętym gardłem: „takie są FAKTY, przecież PAMIĘTAM”. Poziom zaangażowania emocjonalnego uczestników maleje proporcjonalnie do ich wieku, najniższy notuję u siebie. Ani nie pamiętam wydarzeń, o których mowa, ani nie mam dostępu do przekazów historycznych na ich temat. Dzięki błogosławionej reformie szkol122

MAGDALENA MALIŃSKA

nictwa na wszystkich poziomach edukacji bardzo szczegółowo zapoznałam się wprawdzie z przebiegiem wojen peloponeskich, zdecydowanie mniej natomiast z czymkolwiek, co wydarzyło się po drugiej wojnie światowej, czy to z powodu niechęci nauczycieli do wypowiadania się o czasie wciąż niezamkniętym, czy raczej z powodu braku rozstrzygających (?) opracowań historycznych. Zarówno pamięć, jak i historia – dwa sposoby radzenia sobie z przeszłością – pozbawiły mnie na polu walki nie tylko prawa budowania obrazu, nie tak znowu odległej, rzeczywistości (na tym zależy mi mniej), lecz także zabierania głosu we współczesnych sprawach publicznych, które w jakikolwiek sposób uwikłane są historycznie. Czyli (w polskich realiach) – we wszystkich. Naturalną konsekwencją tego stanu rzeczy jest potrzeba manifestacyjnego odcięcia się od tych (nierozstrzygalnych?) sporów i zajęcia sprawami bieżącymi, a ściślej – sprawami, do których przyłożono wektor skierowany w przyszłość. Brzmi znajomo? Jest jeszcze drugie wyjście: odwrót od spraw publicznych w ogóle. Tymczasem dyskusja o lustracji w krajach wyszehradzkich i Niemczech zdążyła już zabrnąć w ślepy zaułek, drogę niegdyś być może przejezdną, dziś zabarykadowaną przez język. Pamięć faktów. Pamięć wielkiej historii – przekaz


123

mikrohistoryczny o tych samych wydarzeniach, które opisywano oficjalnymi i nieoficjalnymi, ale też antyoficjalnymi kanałami; pamięć prywatna wydarzeń publicznych; archiwa zawierające dokumenty, w których autentyczność mamy prawo wątpić. Kolekcje niepełne, pozbawione indeksów zawartości i przypisów. Kolekcje rozkradzione. Kolekcje, które być może nigdy nawet nie dążyły do wyczerpania paradygmatu. Instytucje naukowe powołane dla celów politycznych. Przemyka mi przez myśl, że być może wtrącenie do szczawnickiej dyskusji kilku argumentów nowego historyzmu mogłoby przenieść ją na inne tory. Po chwili jednak zdaję sobie sprawę z ich bezużyteczności, z co najmniej dwóch powodów: po pierwsze, analizowanie zależności pomiędzy Historią (tą wielką, pisaną przez zwycięzców), historią (przeszłością, którą zwykliśmy określać tym mianem) i pamięcią ( jednostkową i zbiorową) tego okresu wymagałoby równowagi reprezentacji, a ta zachwiana jest na korzyść pamięci (a ściślej: wielu różnych pamięci silnych jednostek, które walczą ze sobą o prawo do pierwszeństwa w hierarchii ważności). Po drugie – zaciekłość, z jaką rzecznicy „prawdy” bronią statusu ontologicznego faktów historycznych, dotyczy ważniejszej sprawy, a mianowicie – ich własnej tożsamości. Dla świadków

wydarzeń historycznych uznanie tworzonego współcześnie obrazu tych wydarzeń za część narracji podlegającej tym samym prawom, co każda inna opowieść, jest nie do przyjęcia. Dla mojego pokolenia natomiast założenie to jest jedynym możliwym. W „Res Publice” na przestrzeni 30 lat problem pamięci i historii poruszany był przez różnych autorów przy okazji wielu tematów numeru. Poniższy skromny wybór przedstawiam, żywiąc przekonanie, że napięcie pomiędzy tymi dwoma sposobami odnoszenia się do przeszłości nie tylko stanowiło oś przecinającą całe morze innych ważkich kwestii do tej pory, lecz także współcześnie – ze względu na wejście w dorosłość pokolenia, którego jestem częścią – będzie zyskiwało na ważności. Podobno Bogdan Borusewicz po tegorocznych obchodach rocznicy powstania „Solidarności” wyraził opinię, że zamiast pompować pieniądze i energię w kolejne święto mające upamiętniać ten okres, powinniśmy skupić się na dofinansowaniu prac nad jego dokumentacją. Podobno. Jeśli tego nie zrobił, robię to ja. Magdalena Malińska (1986), doktorantka w Instytucie Literatury Polskiej UW. Członkini redakcji „Res Publiki”

i historia


Dramat pamięci 124


Rozmowa w redakcji „RP” z udziałem Pawła Hertza, Krystyny Kersten, Zygmunta Kubiaka, Zdzisława Najdera. Redakcję reprezentowali: Piotr Kłoczowski, Marcin Król i Marek Zaleski

Marek Zaleski (1952), krytyk i historyk literatury, eseista, publicysta, wykładowca uniwersytecki. Przez wiele lat był zastępcą redaktora naczelnego „Res Publiki”.

Paweł Hertz (1918–2001), pisarz, wydawca. Członek zarządu polskiego PEN Clubu, członek i korespondent Instytutu Wiedzy o Człowieku w Wiedniu.

Krystyna Kersten (1931–2008), historyk dziejów najnowszych, profesor Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk.

Chcemy dziś zastanowić się nad mechanizmami naszej pamięci ostatnich kilkudziesięciu lat, w szczególności tego, co przeszło do historii pod nazwą PRL. Zgadzamy się zapewne co do tego, że dramat polskiej pamięci to dramat nieciągłości i pamięci złej, niechcianej. Oznacza to zaburzenia w rozumieniu siebie samych, a prowadzi do zakłóceń tożsamości. Wypacza obraz historii. Na czym polegają owe zaburzenia? Kiedy to się zaczęło? Czy z chwilą upadku państwa w 1939 roku? Czy po roku 1944, wraz z instalowaniem się tutaj nowej władzy? Czy może później? Czy rację mają ci, którzy mówią o zachowaniu ciągłości naszej kultury i tradycji narodowej, czy raczej nastąpiło tu jakieś zerwanie? Trzeba rozróżnić między historią polityczną a historią intelektualną, jakkolwiek oczywiście one się zazębiają. Ale jest coś takiego, co stanowi pewną gwarancję dla polskości: bez względu na obroty historyczne nić ciągłości biegnie przez stulecia. To bardzo ważne, zwłaszcza gdy mówimy o pamięci, ponieważ pamięć trwa nieustannie. Może być odsuwana, ponieważ z jakichś powodów bywa niewygodna, może być przywracana, może biec płytko, może schodzić głęboko, ale jest, ponieważ stanowi rodzaj obrony zbiorowości, która jak gdyby instynktownie zdaje sobie sprawę, że jest wystawiona na różne zagrożenia. Zatem ta nić ciągłości istnieje, natomiast utraty pamięci często są raczej sztuczne: chcemy zapominać o jakichś rzeczach, potem jakieś rzeczy chcemy sobie przypominać, to zresztą jest udziałem głównie jednej warstwy, tak zwanych intelektualistów, bo normalni ludzie, którzy się sprawami pamięci nie zajmują, w swoim życiu codziennym, rodzinnym, religijnym właśnie tę nić ciągłości podtrzymują. Ja też się zgadzam co do tego, że nie można mówić o przerwaniu ciągłości. Przeciwnie. Jeśli chodzi o PRL, myślę, że mamy wręcz do czynienia ze zjawiskiem petryfikacji tego, co było. Niedawno czytałam prasę przedwojenną: „Wiadomości Literackie”, „Prosto z Mostu”, „Politykę” i byłam uderzona aktualnością tej prasy. Wiele artykułów mogłoby zostać wydrukowanych dzisiaj i nikomu by specjalnie nie przeszkadzało, że zostały napisane przeszło pół wieku temu. Jaka różnica, biorąc z kolei prasę z lat trzydziestych i prasę z końca XIX wieku! A to przecież tyle samo pokoleń! Co nastąpiło w ostatnim półwieczu? Myślę, że społeczeństwo, w sposób po części świadomy, po części naturalny, spontaniczny,


Czas pamięci Na całym świecie przeżywamy nadejście czasu pamięci. W ciągu ostatnich dwudziestu lub dwudziestu pięciu lat wszystkie kraje, grupy społeczne, etniczne, rodzinne przeżyły głęboką przemianę stosunku, jaki tradycyjnie utrzymywały z przeszłością. Przemiana ta przybrała rozmaite formy: krytyka oficjalnych wersji historii, odkrywanie zepchniętych w niepamięć fragmentów dziejów, rewindykowanie śladów przeszłości wymazanej lub skonfiskowanej, kult korzeni (roots) i rozwój badań genealogicznych, gorączka wszelkiego rodzaju obchodów rocznicowych, sądowe rozrachunki z przeszłością, mnożenie się najrozmaitszych muzeów, zwiększona uwaga poświęcana przechowywaniu archiwaliów i udostępnianiu ich w celu konsultacji, odrodzenie się przywiązania do tego, co Anglosasi nazywają „dziedzictwem”, a Francuzi „spuścizną”. 134

Niezależnie od tego, jaką postać przybiera kombinacja tych elementów, można powiedzieć, że jakaś głębinowa fala pamięci rozlała się ostatnio po świecie, wszędzie wiążąc ze sobą bardzo ściśle wierność dla rzeczywistej lub wyobrażonej przeszłości z poczuciem przynależności, świadomość zbiorową ze samoświadomością jednostkową, pamięć z tożsamością. Francja może pierwsza weszła w ten wiek pamięci namiętnej, niepogodzonej, niemal obsesyjnej. Następnie, po upadku muru i zniknięciu Związku Radzieckiego, zetknęliśmy się z „pamięcią odnalezioną” Europy Wschodniej. Wreszcie wraz z upadkiem dyktatur latynoamerykańskich, końcem apartheidu w Afryce Południowej i działalnością Truth and Reconciliation Commission mogliśmy obserwować oznaki prawdziwej globalizacji pamięci oraz


Przeszłość to kraj

Przeszłość, z powodów zasadniczych, jest niepewna, co zmusza nas do nerwowego udowadniania, że była właśnie taka, za jaką ją uważamy. Chcemy mieć pewność, że dzień wczorajszy był równie rzeczywisty, jak dzisiejszy; obciążamy się więc bez reszty relikwiami przeszłości, namacalnie potwierdzającymi pamięć i historię. Lubimy sobie wyobrażać, że ci, którzy kiedyś żyli, już wówczas chcieli, byśmy wiedzieli, jak bardzo ich życie było prawdziwe. W roku 1978 w broszurze towarzystwa historycznego Colorado Heritage Center ukazał się następujący komentarz do wystawy dziewiętnastowiecznych listów i zapisków amerykańskich osadników: „Nie spiesząc się spisywali swe spostrzeżenia i odczucia i zostawili nam zapis swych najintymniejszych myśli”, jak gdyby troska o to, byśmy właśnie my poznali ich przeszłość, skłoniła osadników do utrwalenia ich życia. 142

Jednocześnie zaś mamy świadomość, że przeszłości nie można poznać tak dobrze jak teraźniejszości. L.P. Hartley powiedział, że przeszłość to obcy kraj, gdzie sprawy toczą się inaczej. To, co dziś znane jest jako „przeszłość”, nie jest tym samym, czego doświadczano jako „teraźniejszości”. Pod pewnymi względami znamy przeszłość lepiej niż ci, którzy w niej żyli; T.S. Eliot zauważył, że „przeszłość odczuwana jest przez nas w taki sposób i z taką głębią, jakie nie były dostępne świadomości, którą o sobie miała przeszłość”. Interpretujemy teraźniejszość żyjąc w niej; stoimy zaś poza przeszłością i widzimy jej zakończone działanie, dziś znane już skutki tego, co wówczas było przyszłością. Wysuszenie starego bagna staje się jednym z kroków w stopniowym zagospodarowywaniu lądu; ostatnie wystawy pokazują, jak wczesne obrazy zapowiadały późniejszy rozwój


kraj

Przeszłość to

Mit i pamięć w powojennej Europie 152

II wojna światowa nie stanowiła takiego samego doświadczenia dla wszystkich krajów. Dla niektórych była to całkiem „dobra” wojna, przynajmniej do ostatnich miesięcy jej trwania. Czechom i Morawom, na przykład, wiodło się całkiem nieźle pod okupacją nazistowska, którzy w uprzywilejowany sposób traktowali te kraje ze względu na ich bogactwa naturalne i potencjał przemysłowy, wykwalifikowaną i subordynowaną siłę roboczą, kulturowe i obyczajowe ( jeśli nie rasowe) pokrewieństwa. Większość czeskich robotników i chłopów była przez Niemców dobrze traktowana i dla nich okupacja to okres pełnego zatrudnienia, wysokich zarobków, zadowalających przydziałów kartkowych – tylko członkowie ruchu oporu, komuniści i Żydzi, podobnie jak gdzie indziej, żyli w ciągłym zagrożeniu, narażeni na prześladowania, utratę majątku i deportacje. Słowacy i Chorwaci odzyskali swe „niepodległe” – nawet jeśli były one rządzone przez kolaborantów – państwa i wielu było bardzo zadowolonych z tak pomyślnego obrotu spraw. Niemcy i Austriacy odczuli boleśnie trudy wojny dopiero w jej końcowym okresie; do tego czasu gospodarki ich krajów zasilała siła robocza i surowce wywożone z okupowanych krajów. Nawet Francji, a może przede wszystkim Francji, nie wiodło się zbyt źle – większości zniszczeń wojennych oraz najbardziej okrutnych aktów zbiorowych represji dokonano już po lądowaniu aliantów (co zapewne tłumaczy, dlaczego Francuzi tak różnie pamiętają ten okres). Ogólnie mówiąc, na pewno nie było dobrze w czasie II wojny światowej być Żydem, Cyganem czy Polakiem, jak również nie było bezpiecznie być Serbem (w Chorwacji), Rosjaninem (do 1943) lub Ukraińcem czy Niemcem (po 1943). Ale gdybyśmy mogli zatrzymać zegar – powiedzmy w styczniu 1944 roku – to większość z krajów okupowanej Europy miałaby mało powodów do narzekań w porównaniu z tym, co miało nastąpić. Innym sposobem powiedzenia tego samego jest stwierdzenie, że zasadnicza część okupowanej Europy albo kolaborowała z okupantem (mniejszość), albo przyjęła z rezygnacją i spokojem obecność i działania armii niemieckiej (większość). Nazistom nigdy by się nie udało utrzymać hegemonii nad


Lebenstein

Pieczęć Erosa i #anatosa

Wystawa Jan Lebenstein. Pieczęć Erosa i (anatosa. Paryż, lata 60. Obrazy, rysunki, portfolio, fotografie z lat 1960–1970, której kuratorem był Piotr Kłoczowski (przy współpracy Anny Tomczak z Zachęty i Agnieszki Szewczyk), była prezentowana od 26 czerwca do 22 sierpnia 2010 roku w Narodowej Galerii Sztuki Zachęta. Wystawie towarzyszyła publikacja Jan Lebenstein. Warszawa – Paryż. Prace z lat 1956–1972 pod. red. Piotra Kłoczowskiego i Agnieszki Szewczyk, projekt graficzny Emilii Bojańczyk (Oficyna Wydawnicza Pracowania, Gdańsk 2010). Na początku 2011 roku nakładem Oficyny Wydawniczej Pracownia ukaże sie książka Piotra Kłoczowskiego Jan Lebenstein. Pieczęć Erosa i (anatosa. Portfolio.

Na początku jest problem otwarcia, to znaczy, jak przedostać się z miejsca, gdzie jesteśmy, a chwilowo jest to jeszcze nigdzie, na odległy brzeg. To po prostu problem połączenia, zmontowania mostu. Ludzie rozwiązują takie problemy każdego dnia1. Rozwiązują je, a rozwiązawszy, radzą sobie dalej. Niektórzy zostawiają po sobie plany, mapy, kartograficzne wprawki i notatki z drogi. Próby obrysowania nowego kontynentu czy szeregu wysp, jak wystający nad powierzchnię wody kręgosłup przedpotopowego gada. Prace Jana Lebensteina przywodzą na myśl raczej niepokojące wykopaliska archeologiczne. Archeologię niewiedzy. Upartą, uporczywie tworzoną dokumentację z podróży do piekieł, według określenia Micińskiego. Wbrew złudzeniom, którym chętnie się poddajemy, proces samoprzekształcania się czy ucieczki od ustanowionych tożsamości do jakiegoś innego świata nie dokonuje się łatwo. Dla Lebensteina to była kwestia wyznaczenia linii, ucieczki albo procesu stawania się, który miał potencjał wytwarzania nowych form życia. Taka kreacja może zdarzyć się tylko w momencie załamania istniejących form ży1.

162

Por. John Maxwell Coetzee, Elizabeth Costello, Penguin 2003, s. 1.

cia, kiedy indywiduum zyskuje dostęp do pierwotnej, transformującej siły czystego życia. Piotr Kłoczowski starał się to pokazać w przestrzeniach Zachęty w ramach wystawy Jan Lebenstein. Pieczęć Erosa i #anatosa. Udało mu się zebrać prace ukryte po prywatnych kolekcjach na całym świecie: gwasze, obrazy, rysunki, szkice i fotografie. Pojawiły się dzieła zupełnie nieznane w Polsce. Wystawa obejmowała twórczość z lat 60., szczególny nacisk położony został na „trzy pierwsze zimy paryskie”. To wtedy dokonuje się zasadnicza przemiana w dziełach Lebensteina. W Paryżu młody wówczas malarz znalazł się za sprawą wygranej: Grand Prix Biennale de Paris za Figury osiowe. Nagrodą było stypendium w Paryżu. Stypendium, z którego już nie powrócił do kraju. Trzeba pamiętać, że Paryż tamtych lat był bardzo interesującym miejscem, a Lebensteinowi pomagał nie byle kto, bo Konstanty Jeleński. To jemu zawdzięczamy rewelatorski tekst, z którego zaczerpnięto tytuł wystawy. To on też pierwszy dostrzegł niezwykłą złożoność dzieła młodego artysty. Miał zresztą przewagę nad innymi krytykami, bo jako jeden z nielicznych widział nie tylko figury osiowe,


Jan Lebenstein, SiÄ™ drapie. Z carnets intimes, rys., 1961?


Zespół: Kuba Ambrożewski, Magdalena M. Baran, Ireneusz Białecki, Łukasz Bluszcz, Grażyna Borkowska, Przemysław Czapliński, Justyna Czechowska, Małgorzata Dziewulska, Wojciech Górecki, Irena Grudzińska-Gross, Piotr Gruszczyński, Łukasz Jasina, Helena Jędrzejczak, Robert Jurszo, Damian Kalbarczyk, Marcin Kilanowski, Piotr Kłoczowski, Jacek Kochanowicz, Andrzej St. Kowalczyk, Sergiusz Kowalski, Marcin Król, Jarosław Kuisz, Joanna Kurczewska, Jacek Kurczewski, Katarzyna Kwiatkowska, Andrzej Leder, Tomasz Łubieński, Maciej Melon, Krzysztof Michalski, Łukasz Mikołajewski, Jan St. Miś, Marcin Moskalewicz, Małgorzata Mostek, Aleksandra Niżyńska, Teresa Oleszczuk, Szymon Ozimek, Arkadiusz Peisert, Jeremi Sadowski, Bohdan Sławiński, Marta Słomka, Aleksander Smolar, Michał Sołtysiak, Piotr Sommer, Aleksandra Stańczuk, Jerzy Szacki, Weronika Szczawińska, Karolina Szymaniak, Anna Wylegała, Michał Wysocki, Wojciech Zajączkowski. Redakcja: Marcin Bąba (redaktor prowadzący wydanie), Artur Celiński (zastępca wydawcy), Tomasz Kasprowicz, Katarzyna Kazimierowska (redaktor współprowadząca wydanie), Magdalena Malińska (redaktor współprowadząca wydanie), Szymon Ozimek, Wojciech Przybylski (wydawca), Gabriela Sitek (sekretarz redakcji). Dziękujemy przyjaciołom i dobroczyńcom: Tomasz Andrzejewski, Piotr Czuderna, Wiktor Dłuski, Jan Elbanowski, Carl Henrik Fredriksson, Simon Garnett, Danuta Glondys, Marta Gramała, Irena Grudzińska-Gross, Wojciech Górecki, Łukasz Hrynkiewicz, Jerzy Illg, Karol Kamiński, Eva Karadi, Piotr Kłoczowski, Michał Kotnarowski, Agnieszka Kowalska, Andrzej Kozicki, Witold Krassowski, Marcin Król, Dorota Lachowska, Monica A. Lapaczewski, Grzegorz Lewandowski, Angelika Łuszcz, Radosław Markowski, Borys Markowski, Marta Mieszczanek, Arkadiusz Muś, Zdzisław Najder, Leonard Neuger, Pierre Nora, Teresa Oleszczuk, Aleksandra Olędzka-Frybesowa, Jakub Panek, Piotr Paszkowski, Michał Piernikowski, Agata Petrykowska, Grzegorz Pędzich, Maria Snopkiewicz-Otto, Anna Szczęsnowicz, Maciej Tański, Michał Wenzel, Wiesław Władyka, Alejandra Vanney, Marek Zagańczyk, Marek Zaleski, Piotr Zięba, AMO (Praga), BISLA (Bratysława), Eurozine, Fundacja Batorego, Diogenes Verlag AG, IInstitut Littéraire „KULTURA”, Institut fuer die Wissenschaften vom Menschen, Klub Lokator, Narodowa Galeria Sztuki Zachęta, Oficyna Wydawnicza Pracownia, Państwowy Instytut Wydawniczy, „Transit”, Wydawnictwo Adam Marszałek, Willa Decjusza. Dziękujemy autorom i tłumaczom prezentowanych tekstów za umożliwienie ich publikacji. W numerze reprodukujemy 12 rysunków Jana Lebensteina, w tym 11 pochodzących z tzw. carnets intimes, prowadzonych przez artystę w pierwszej połowie lat 60. Wszystkie rysunki pochodzą ze zbiorów prywatnych. Właścicielom dziękujemy za ich udostępnienie. Portrety autorów, których teksty publikujemy w numerze, są autorstwa Agaty Krupy. Korekta, redakcja: Magdalena Jackowska i Ewelina Sobol Projekt okładki, opracowanie graficzne i skład: rzeczyobrazkowe.pl Adres redakcji: Res Publica Nowa ul. Gałczyńskiego 5, 00-362 Warszawa Telefon: 0 22 826 05 66, faks: 0 22 343 08 33 redakcja@res.publica.pl www.res.publica.pl Kwartalnik wydawany przez Fundację Res Publica im. H. Krzeczkowskiego, ul. Gałczyńskiego 5, 00-362 Warszawa. Prenumerata: cena prenumeraty rocznej (4 numery) wynosi 80 złotych, dla studentów i doktorantów 60 złotych Darowizny wspierające naszą działalność prosimy wpłacać na konto Fundacji Res Publica im. Henryka Krzeczkowskiego nr: 59 2490 0005 0000 4520 7698 5723 z dopiskiem: darowizna na rzecz Fundacji Res Publica im. H. Krzeczkowskiego Druk: Drukarnia Gemtext Sp. z o.o., ul. Puławska 34, 05-500 Piaseczno Nr 10/2010 200/ rok XXIII ISSN: 1230-2155 Numer indeksu: 375500 Cena 20 zł (VAT 0%) Nakład 2800 egz. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu operacyjnego „Promocja czytelnictwa. Rozwój czasopism kulturalnych”.

Współpraca:


Res Publica Nowa (nr 200)