Issuu on Google+

ISSN 2082-4408

MYSZLICIEL kwartalnik interdyscyplinarny KNS MISH

Nr 1 (5)/styczeń - marzec 2012 egzemplarz bezpłatny

Linia horyzontu Najdroższe zdjęcie świata

Moskwa dziś Religia, socjalizm i kapitalizm

tajemnica

Oskarżony

Proces Jana Długosza


Zawartość numeru: Przemyszlenia Historia sztuki

4 Święte oblicze Rouaulta Krystyna Rzędzian 8 Ojciec plakatu Aleksandra Kocjan 11 Najdroższe zdjęcie świata Magdalena Mazur Filozofia

13 W głąb przedmiotu Jarosław Besztak Psychologia

14 Zrobię to jutro Andrzej Cudo Społeczeństwo

16 Obraz dzisiejszej Moskwy Karolina Malecka Językoznawstwo

20 Maniak, ale zdrowy! Wojciech Bryda 22 Jak mówić, by nic nie powiedzieć Katarzyna Kwiek Literatura Poezja

24 Portrety pięciu Elżbiet Anna Radziszewska Recenzja

O tajemnicach i nie tylko Własne są przez nas jak najgłębiej skrywane, cudze – pożądane. Tajemnice. Niezależnie od tego do kogo należą, zawsze sprawiają, że osoba lub rzecz, której dotyczą, staje się bardziej interesująca. Tracimy nieraz mnóstwo czasu, by je rozwikłać, a często odkrycie jednego sekretu sprawia, że przed nami pojawia się kolejny, a potem jeszcze jeden i jeszcze… Niektórzy postanawiają zaprzestać dalszych poszukiwań, inni zaś, nie mogąc żyć ze świadomością, że w ich życiu jest coś niewyjaśnionego, poświęcają całe swoje życie na rozwikłanie zagadki. My, w tym numerze, postaramy się przybliżyć choć kilka tajemnic – ze szczególnym uwzględnieniem tych związanych z historią sztuki. Mamy nadzieję, że czytanie o drodze do stania się artystą czy o znaczeniu współczesnej fotografii sprawi Wam przyjemność i skłoni do dalszych przemyśleń, poszukiwań, a może nawet do napisania czegoś własnego, co mogłoby się pojawić w kolejnym numerze „Myszliciela”. Już teraz możemy Wam zdradzić redakcyjną „tajemnicę”: hasło przyszłego numeru to prawda. Czy we współczesnym świecie można liczyć na przynajmniej kilka tekstów na ten temat? A może okaże się, że napłyną wyłącznie artykuły o nieprawdzie? Prawda zapoczątkuje cykl trzech „platońskich” numerów: prawda, dobro, piękno, które będą ukazywać się kolejno co kwartał, za wyjątkiem okresu wakacyjnego. Niezależnie od tego, o czym chcecie napisać, piszcie. Czekamy na Wasze teksty do połowy maja. Możecie śledzić nas na bieżąco na podstronach Koła Naukowego MISH KUL oraz na stronie www.facebook.com/myszliciel. Życzymy przyjemnej lektury. Redaktor naczelny „Myszliciela”

26 Wirtualny proces Długosza Ewa Żydek Felieton Olej do głowy

28 Czerwony neon Jolanta Prochowicz Z braku laku

29 Ars medica Michał Rozmysł

MYSZLICIEL

kwartalnik interdyscyplinarny KNS MISH

ISSN 2082-4408

nakład: 600 egz.

adres: Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II Al. Racławickie 14, 20-950 Lublin, pok. CN-P03 e-mail: myszKUL@gmail.com www.facebook.com/myszliciel Redaktor naczelny: Wojciech Bryda (wojciech90@gmail.com) Z-cy redaktora naczelnego: Michał Rozmysł, Olga Kawecka Sekretarz: Ewa Sobiecka Redakcja: Elżbieta Drozdowska, Helena Kistelska. Justyna Kurlak, Joanna Marczuk, Magdalena Mazur, Jolanta Prochowicz, Dominika Ptaszek, Paulina Wiejak Korekta: Anna Radziszewska, Małgorzata Stolarska, Katarzyna Mazur Ilustracje: Karolina Radaj (okładka), Małgorzata Bodzek (s. 9), Zuzanna Szpunar (s. 20) Skład i łamanie: Wojciech Bryda Dział prawny: Katarzyna Klepacz Druk: BaCCart Zakład Poligraficzny s.c. Małgorzata Olech, Mirosław Olech; ul. Raszyńska 37-39, 20-780 Lublin; www.drukarnia-baccarat.pl


Przemyszlenia Historia sztuki

Tajemnice Świętego obli

https://picasaweb.google.com/lh/photo/tv2y1sP2kjjyKC91wtRGaQ

Ojciec Georgesa Rouaulta był stolarzem, a  on sam już jako czternastolatek zaczął pracować w  warsztacie przy restauracji starych witraży. Potem przyszedł czas na własną twórczość, którą cechowało niestandardowe podejście do perspektywy oraz działanie przede wszystkim plamą barwną i mocnym konturem. Nowoczesną stylistykę przenikał przy tym duch sztuki religijnej i  moralizującej o  głęboko sięgających korzeniach.

Święte oblicze zostało namalowane przez Rouaulta w 1933 roku.

S

ztuka religijna od zawsze próbowała dosięgnąć największych tajemnic świata, zawrzeć w kształtach i kolorach to, co niewyrażalne. Na przestrzeni wieków stosowano na jej potrzeby różne sposoby wypowiedzi. Wśród nich była sztuka ikony, która z całym mistycyzmem swego symbolicznego przekazu, osiąganego przy użyciu abstrakcyjnej formy, fascynowała zarówno wiernych, jak i artystów, chociaż nie zawsze była zrozumiała i akceptowana, a w czasach rozkwitu malarstwa nowożytnego postrzegana wręcz jako przejaw zacofania. W  XIX, a  potem XX wieku, gdy nastąpił kryzys sztuki katolickiej, wielu artystów powróciło do form bizantyjskich jako tych, które najpełniej wyrażały sacrum. Wśród czerpiących z tej tradycji był francuski malarz Georges Rouault. Jego prace często zdają się być niejednoznaczne. Przykładem może być jeden z obrazów, owiany tajemnicą – Święte oblicze. Od rzemieślnika do artysty Georges Rouault żył w latach 1871-1958. Ojciec artysty był stolarzem i pracował w fabryce fortepianów. Po nim Rouault przejął rzemieślniczą uczciwość i  troskę o  solidne wykończenie dzieła. Jako czternastolatek zaczął pracować w warsztacie zajmującym się restaurowaniem starych witraży – już

4

wtedy zachwycił się pięknem średniowiecznych dzieł, a ich typowy, ciemny gruby kontur oraz nasycony kolor, stały się nieodłącznymi elementami jego obrazów. Rouault uczył się w École des Arts Décoratifs, a następnie w École des Beaux-Arts w klasie Gustave’a Moreau. Rozwinął swój własny styl: odrzucił tradycyjną perspektywę, głównym środkiem wyrazu stała się płaska plama barwna obwiedziona mocnym, ciemnym konturem, który wyznaczał zarys poddanych deformacji postaci. Często przypisywano mu podobieństwo do estetyki romanizmu: według jego przyjaciela, Jacques’a  Maritaina, wynikało to z  podobieństwa odczuwania „prymitywów romanizmu” i  „naiwnej poetyckiej percepcji oraz naiwnego rzemieślniczego instynktu malarza”1. Sam artysta również przyznawał się do tej więzi: „Nie czuję się przynależny do tego nowoczesnego życia na ulicach, po których teraz spacerujemy, moje prawdziwe życia tkwi daleko w wieku katedr”2. Jego obrazy stwarzają wrażenie pewnej niedbałości, które dodatkowo wzmocnione jest wyraźną fakturą gęsto nakładanej farby. Jednakże nie ma tu mowy o niewykończeniu obrazu – Rouault fanatycznie wręcz dążył do perfekcji, niemalże nigdy nie był zadowolony z efektu – niekiedy niszczył swoje prace3 lub „potrafił odebrać właścicielowi sprzedany już obraz, aby jeszcze coś w nim zmienić, domalować lub tylko rozjaśnić jakiś kolor”4. Efekt jest niejednoznaczny i poruszający: pozorna niedbałość linii łączy się z precyzyjnie wypracowaną fakturą. Od lat 30. Rouault zaczął często sięgać do tematyki religijnej. Szersze konteksty w malarstwie Rouaulta Georges Rouault był człowiekiem głęboko wierzącym i  w  swej malarskiej ekspresji czuł potrzebę wyrażenia tej 1 J. Maritain, Georges Rouault (1871- ), New York 1954. 2 W. Pach, Georges Rouault, „Parnassus” 5 (1933), nr 1, s. 9.. 3 Rouault miał podpisany kontrakt z  A. Vollardem. Po śmierci marszanda procesował się z jego spadkobiercami, dzięki czemu odzyskał 700 dzieł, jednakże 315 prac spalił, gdyż uznał je za niedoskonałe – podaję za: J. Turowicz, Rouault, „Tygodnik Powszechny” 12 (1958), nr 9, s. 2. 4 K. Czerni, Święte oblicze, „W drodze” 1982, nr 10, s. 56. Myszliciel, nr 1 (5)


Temat numeru

icza Georgesa Rouaulta Krystyna Rzędzian

wiary. Prace o tematyce religijnej zawsze powstawały z wewnętrznych pobudek. Nie tworzył wystroju świątyń. Nie lubił też samego określenia „sztuka religijna”, mówił: „Nie ma sztuki sakralnej. Jest po prostu – sztuka, i to wystarczy, aby wypełnić całe życie”5. W innym wywiadzie zwrócił uwagę, że nie można mówić o religijności sztuki, lecz co najwyżej o religijności artysty6. Przy tym Rouault nie zarzucił stylistyki deformacji i  syntezy; dążył do przezroczystości znaków w  swoich obrazach, chciał, by kierowały uwagę widza na rzeczywistość pozaobrazową. Twórczość Rouaulta łączy się bezpośrednio ze sztuką średniowiecza, a  przez nią z  Bizancjum. Pewnym jest, że był on świadom popularnego w  tym czasie w  Europie nurtu neobizantynizmu. Jego mistrz Gustave Moreau uczestniczył w dekoracji paryskiego Panteonu, gdzie wraz z innymi artystami stworzył bizantynizujące wnętrze, w którym wykonano mozaiki w  technice naśladującej realizacje z  Rawenny7. Natomiast kwestia samych ikon musiała być mu znana, jeżeli nie przez ogólne zainteresowanie okazywane przez wielu artystów, to przez znajomość z Henrim Matissem – artystą, który tak jak i Rouault należał do klasy Gustave’a Moreau w École des Beaux-Arts. Głosił on konieczność nauki poprzez prawosławne ikony, odbył podróż do Padwy, Rawenny, Wenecji, odwiedzał wystawy prezentujące bizantyjskie lub bizantynizujące prace; stał się uznanym znawcą ikon, zaś jego retrospektywną wystawę pokazywaną w latach 90. XX wieku w Nowym Jorku i Paryżu nie bez powodu zatytułowano „Olśnienie przyszło do mnie ze Wschodu”. Matisse z pewnością podzielił się swą opinią z fowistami i wystawiającymi z nim artystami – a więc także z Rouaultem.

partii widoczne są żółte promienie, koncentrycznie rozchodzące się wokół głowy Chrystusa od wysokości jego oczu. Wizerunek twarzy otoczony jest dwoma prostokątnymi ramami o  niewyraźnych konturach – wewnętrzna z  góry i z dołu ograniczona jest rytmem czerwonych plam (może kamieni szlachetnych), zaś zewnętrzną z trzech stron (z góry, z dołu i z lewej) wyznacza bieg niebieskich punktów. Tło całości stanowi ciemna, niejednolita powierzchnia, oscylująca między czernią a purpurą. Kompozycyjne podobieństwo do ikon jest tu oczywiste. Płaskość plam, zupełny brak trójwymiarowości oraz umowny, niedążący do realizmu kontur rysów twarzy stanowią deformacje, które mają przenosić uwagę z  samych form na ich znaczenie. Szerokootwarte oczy szczególnie narzucają skojarzenie z malarstwem ikonowym. Idąc za pędzlem malarza… Układ form oraz tytuł prowadzą do wzorca mandylionu lub związanego z  tradycją Kościoła Zachodniego wizerunku nazywanego Chustą Weroniki – tzw. vera icon 'prawdziwe oblicze', którego odbicie miała uzyskać św. Weronika, gdy podczas drogi Chrystusa na Golgotę otarła mu twarz. Krystyna Czerni dostrzega tu wyraźne wpływy malarstwa ikonowego, jednoznacznie identyfikuje Święte Oblicze Rouaulta jako vera Tematyka biblijna była jednym z głównych problemów, których dotykał w swojej sztuce Rouault. Na zdjęciu: Głowa Jezusa.

Oblicze Świętego Oblicza

https://picasaweb.google.com/lh/photo/mIvTc2zDDplBxmIV8mn25g

Jakie nie byłoby ostatecznie bezpośrednie źródło, z  którego Georges Rouault dowiedział się o ikonach, pewnym jest, że je znał i podejmował dialog z ich stylistyką. Szczególnie widoczne jest to w pracy zatytułowanej Święte Oblicze. Dzieło to powstało w  1933 roku, obecnie przechowywane jest w Musée National d’Art Moderne w Paryżu. Obraz ma postać stojącego prostokąta o wymiarach 91x65 cm, wykonany został w technice olejnej połączonej z gwaszem na papierze. W centrum kompozycji, na białej płaszczyźnie, znajduje się wizerunek twarzy Chrystusa. Jest to twarz pociągła, o  niskim czole, mocno zarysowanych brwiach, dużych, szerokootwartych oczach, długim prostym nosie i małych ustach okolonych zarostem. Ciemne włosy, sięgające do wysokości brody, opadają prosto po obu stronach. Twarz jest wypełniona nieregularnymi czerwono-białymi plamami, całość zaś obwiedziona jest ciemnym grubym konturem. W górnej 5 K. Czerni, dz. cyt., s. 57. 6 Tamże, s. 58. 7 R. Rogozińska, Ikona w sztuce XX wieku, Kraków 2009, s. 35. Styczeń – Marzec 2012

5


http://www.flickr.com/photos/60179301@N00/3383482427

Przemyszlenia Historia sztuki

Kolejny z religijnych obrazów malarza – Chrystus i Apostołowie.

icon. Brak typowych dla tego rozwiązania ikonograficznego oznak męki tłumaczy przekazem symbolicznym: czerwona powierzchnia twarzy ma oznaczać krwawy pot, „złoty świecący zygzak wokół głowy” – koronę cierniową, zaś oczy zastygłe w strachu wskazują na mękę drogi krzyżowej. Dekoracyjną ramę postrzega jako nawiązanie do średniowiecznych ksiąg, które często ozdabiano drogocennymi kamieniami lub jako imitację procesyjnego ludowego feretronu8. Jednakże przy porównaniu Świętego Oblicza z innymi pracami o tym samym motywie, który Rouault nieustannie podejmował9, okazuje się, iż zazwyczaj wyraźniej zaznaczał tradycyjny element przynależący do schematu chusty św. Weroniki, jakim jest korona cierniowa. Na wizerunkach z 1922, 1928 i 1946 roku znajdują się zarówno promienie wokół głowy Chrystusa, jak i  owa korona przedstawiona niezależnie od owych świetlistych kresek. Zatem „złoty świecący zygzak wokół głowy” nie musi być odczytywany jako korona cierniowa, lecz po prostu światło, oznaka boskości. To zbliżałoby Święte Oblicze do typowego ujęcia twarzy Chrystusa w tradycji ikonowej. W  tym miejscu należałoby przypomnieć, skąd wywodzi się ikonografia mandylionu.

8 K. Czerni, dz. cyt., s. 60-61. 9 J. Maritain, dz. cyt.

6

Chusta z boskim wizerunkiem Mandylion według legendy należy do grupy wizerunków acheiropoietos, czyli „nie ludzką ręką uczynionych”. Jego powstanie wiąże się z  opowieścią o  królu Edessy, Abgarze, który będąc ciężko chory, wysłał swojego sługę do Chrystusa, by ten przybył i uleczył go. Jezus odmówił podróży do chorego, jednak dał posłańcowi chustę, na której odbił wizerunek swej twarzy – owa nie ludzką ręką uczyniona ikona uzdrowiła Abgara. Tak więc klasyczny mandylion przedstawia ujętą frontalnie twarz Chrystusa na tle białej chusty. Obraz Rouaulta od tego tradycyjnego przedstawienia odbiega głównie kolorystyką, lecz jak wiadomo w sztuce ikony kolor zawsze miał znaczenie symboliczne; zwracająca uwagę czerwień i biel na twarzy Chrystusa ze Świętego Oblicza może odnosić się do boskości i czystości Jezusa, może symbolizować Jego krwawą mękę i zmartwychwstanie do panowania w Królestwie Niebieskim. Gdyby przyjąć, że główną inspiracją dla Rouaulta przy tym obrazie było malarstwo ikonowe, wówczas owe ozdobne ramy okalające wizerunek Chrystusa można byłoby uznać za dekoracyjną ramę ludowego feretronu. Rouaultowi bliskie były tendencje naiwnej sztuki prymitywów, zapewne widział nie tylko kanoniczne ikony, lecz także wizerunki cerkiewne wykonane przez prostych twórców ludowych. Być może, że zainspirowała go właśnie ludowa ikona.

Myszliciel, nr 1 (5)


Temat numeru Niepokojce oczy

To będzie ostatni raz, Ojcze! z roku 1927.

http://www.flickr.com/photos/33994310@N00/4399801646/

Jest jednak w  obrazie Rouaulta jeden element, który stoi w sprzeczności z malarstwem bizantyjskim i są to, paradoksalnie, tak bardzo ikonowe oczy. Sam ich kształt, skierowanie wzroku na wprost, ale jednak gdzieś poza widza to zabieg typowy w sztuce prawosławia; natomiast ich wyraz, dający nieodparte wrażenie lęku i zaniepokojenia, jest zaprzeczeniem funkcji ikony, mającej przekazywać dogmatyczną prawdę o Bogu. Możliwe, że artysta znał również inną legendę o powstaniu wizerunku Chrystusa, pochodzącą z syryjskiego tekstu z  VI wieku. Opowieść ta została dokładnie zrekonstruowana właśnie pod koniec XIX wieku przez ewangelickiego teologa Ernsta von Dobschütz i przedstawia historię, która miała wydarzyć się za panowania Dioklecjana. Według tej legendy poganka Hypatia, mieszkająca w Kamulianie niedaleko Edessy, pewnego dnia znalazła w��studni płótno z  przedstawieniem twarzy Chrystusa. Owo płótno zaraz po wyciągnięciu z wody w cudowny sposób wyschło. Kopie tego wizerunku nazywano Kamulianą. Przyjmuje się, że ów cudowny obiekt znajduje się obecnie w Manopello10. Twarz Chrystusa na płótnie z Manopello przedstawiona jest w  typie mandylionu, przy czym charakteryzuje się smutnym, zamyślonym spojrzeniem. Być może Georges Rouault znał tę legendę – przypomnianą przecież za jego młodości – i  w  swym obrazie połączył znane mu przekazy w  jedną całość. Zatem wydaje, że artysta czerpał zarówno z tradycji sztuki Kościoła Wschodniego, jak i Zachodniego, które uzupełniał jednak własnymi odczuciami. Stosując różnorodne Rouault ma w swoim dorobku także obrazy niezwiązane bezpośrednio z religią. Przedstawiając akrobatów, tancerki, prostytutki, czy królów starał się przekazać treści moralizatorskie. Na zdjęciu jedna z postaci commedii dell’arte – pierrot.

środki osiągnął podstawowy cel sztuki religijnej: „w każdym udanym obrazie Rouaulta można wyczuć obecność Boga”11. Ikona wiecznie żywa

http://www.flickr.com/photos/89841606@N00/3140095673

Okazuje się zatem, że w  kontekście sztuki religijnej język ikony się nie wyczerpuje, nie ulega przedawnieniu. Maksymilian Wołoszyn w  kontekście fali zainteresowania ikoną stwierdził: „Mogiły nie otwierają się bez przyczyny. Dzieła sztuki wstają z martwych w tych momentach historii, w których są potrzebne”12. Co istotne, nie jest konieczne powtarzanie ikony przez automatyczne kopiowanie – pozostaje ów margines indywidualnej ekspresji, który pozwala na przedstawienie rzeczywistości boskiej bez formalnego skostnienia13. Dziełu Georgesa Rouaulta nie można zarzucić ani braku nowoczesności, ani porażki w przedstawieniu sacrum. Lionello Venturi tak mówił o  Rouaulcie: „jest pokornym rzemieślnikiem, ale jego wyobraźnia sięga nieba i ziemi”14. ■

10 P. Badde, Boskie oblicze. Całun z Manopello, Radom 2006, s. 112-113. Styczeń – Marzec 2012

11 L. Venturi, Rouault, „Parnassus” 11 (1939), nr 61, s. 5-13. 12 Tamże, s. 117. 13 Michał Janocha porównuje wykonanie ikony według kanonu do wykonania utworu muzycznego według zapisu nutowego – M. Janocha, Wschód-Zachód, dwie koncepcje sztuki sakralnej, [dostęp on-line 17.12.2010:] http://www.kik.waw.pl/czytelnia-i-forum/chrzescijanski-wschod/ wschod-zachod-dwie-koncepcje-sztuki-sakralnej/. 14 K. Czerni, dz. cyt., s. 65.

7


http://www.artelista.com/ypimages/Small/10/mwm09672.jpg

Przemyszlenia Historia sztuki

Ojciec plak atu Aleksandr a Kocjan

Pochodził z kazirodczego związku, przez co obciążony był wadami genetycznymi. Jednak nawet niski wzrost i krótkie kończyny nie przeszkodziły mu stać się fenomenalnym malarzem.

H

enri de Toulouse-Lautrec, bo o nim mowa, urodził się w 1864 i żył do roku 1901, a życie to było barwne i kontrowersyjne. Ten francuski malarz i grafik miał arystokratyczne korzenie. Był synem hrabiego Alfonsa i  hrabiny de Toulouse-Lautrec, kuzynostwa, które, jak to w tej rodzinie bywało, pobrało się ze względu na strach przed utratą majątku rodzinnego. Cenę za utrzymanie spadku i  bliskie pokrewieństwo rodzinne małżonków zapłaciły dzieci; brat Henriego zmarł, a on sam cierpiał z powodu wad genetycznych. Już jako dorosły mężczyzna, górną część ciała miał naturalnych rozmiarów, natomiast kończyny dolne miał anormalnie krótkie (mierzył 1,5 m.). Ze względu na swoje ułomności, przyszły malarz nie mógł czerpać z wielu dziedzin życia i można domniemywać, że dzięki temu oddał się sztuce, z której czerpiemy nie tylko radość podziwiania, ale również wiedzę o życiu towarzyskim i artystycznym Paryża końca XIX wieku.

8

Impresjonizm i secesja Henri Toulouse-Lautrec wpisany został w nurt impresjonizmu, ale podawany także w różnych źródłach jako przedstawiciel secesji (fr. sécession; łac. seccesio 'odejście'), stylu w sztuce europejskiej schyłku XIX i  pierwszego dziesięciolecia XX wieku, zaliczanego do modernizmu. Istotą secesji było dążenie do stylowej jedności sztuki dzięki łączeniu działań w różnych jej dziedzinach, a w szczególności rzemiosła artystycznego: architektury wnętrz, rzeźby i grafiki. Charakterystycznymi cechami stylu secesyjnego są: płynne, faliste linie, ornamentacja abstrakcyjna bądź roślinna, inspiracje sztuką japońską, swobodne układy kompozycyjne, asymetria, płaszczyznowość i linearyzm oraz subtelna pastelowa kolorystyka. We Francji styl ten nazywany jest Art Nouveau, dojrzałą formę osiągnął w połowie lat 90. a apogeum popularności i możliwości w roku 1900 (wystawa światowa w Paryżu).

Myszliciel, nr 1 (5)


Historia sztuki ◄ Au Salon de la rue des Moulins Toulouse-Lautreca

Zaduch małych knajp Patrząc na dzieła Toulouse-Lautreca nie sposób nie dostrzec charakterystycznych dla niego miękkich linii, pastelowych kolorów czy asymetrii postaci. Pokuszę się o stwierdzenie, iż jego kreska stanowi jedność z rzeczywistą dynamiką osób wyjętych z kabaretów, teatrów, barów czy domów publicznych, ujętych w ramy jego obrazów i rysunków. Właściwie nie wyjętych, ale zatopionych w ówczesny klimat, a czasem, odnieść można nawet wrażenie, w zaduch małych knajpek, w których skupiało się życie towarzyskie Montmartre’u, o ile nie całego Paryża. To, co wyróżnia prace Toulouse-Lautreca, to styl, klimat, technika, wrażenie ich nieskończoności, jak również dynamika wyzierająca z jego prac, często malowanych na szarym pogniecionym papierze, bo tylko to było pod ręką, szkicowanych w przestrzeni baru czy domu publicznego. Malarz bohemy Toulouse jest jednym z  najwybitniejszych przedstawicieli postimpresjonizmu i  francuskiej secesji, jednym z  ojców współczesnego plakatu, jak również twórcą litografii i  ilustracji, na których uwiecznił życie bohemy dziewiętnastowiecznego Paryża. W połowie lat 90. XIX wieku Toulouse tworzył ilustracje dla humorystycznego pisma „Le Rire”. Był uznawany za duszę Montmartre’u – artystycznej dzielnicy Paryża, w  której mieszkał i  tworzył. Malował postaci aktywnie uczestniczące w nocnym życiu Moulin Rouge, jak i  innych kabaretów, teatrów oraz domów publicznych. Malował m. in. Yvette Guilbert i Louise Weber – tancerkę i twórczynię francuskiego kankana. Henri większość czasu spędzał na uciechach ciała, piciu i  zabawie, co niestety nie wyszło mu na zdrowie, a  wręcz można stwierdzić, iż hulaszczy i swawolny tryb życia przyczyniły się do jego rychłej śmierci. Artysta chorował na kiłę i zapalenie płuc. Umarł mając niespełna 36 lat. Rodzice i przyjaciel z dzieciństwa założyli poświęcone jego twórczości muzeum i wypromowali jego sztukę, dzięki czemu świat, a nie tylko Paryż, poznał jego dzieła.

fotograficznego chciał uchwycić ulotne chwile. Jego rysunki mogą świadczyć o tym, że w danej chwili przestawał szkicować, bo już działo się coś innego, scena, którą chciał uwiecznić minęła – tak, jakby postać już wychodziła z kadru... Skąd ten zachwyt? Jest kilka płaszczyzn, na których sztuka Toulouse-Lautreca styka się z tajemnicą. Myślę, że na pewne pytania związane właśnie ze sztuką nie ma odpowiedzi i dlatego jest to element życia tak frapujący. Fakt, że większość ludzi kojarzy prace Lautreca, a nie zna jego życiorysu, nie dziwi. Wszak odbieramy sztukę przez pryzmat własnego poczucia estetyki i emocji, które w nas wzbudza, a nie poprzez analizę sieci wydarzeń w  życiu artysty. Może zastanawiać fakt, dlaczego prace Henriego de Toulouse-Lautreca są tak wziętymi i uznanymi dziełami, którymi zachwyca się cały świat. Jednakże to pytanie można sobie zadać w związku z twórczością jakąkolwiek, bo to, co podoba się jednemu człowiekowi, innego wprawia w zachwyt, a jeszcze ktoś inny nie zauważy w niej nic szczególnego. Trudno taką sytuację wiązać z tajemnicą wszechświata, jest to raczej kwestia gustu. Tabu na obrazie Największa tajemnica, jaka jest związana z  malarstwem Lautreca, to tajemnica, którą on sam „wyciągnął na salony” z zadymionych kafejek, kabaretów i domów intymnych schadzek. Tematyka prac Toulouse-Lautreca do czasów jego malarstwa była tajemnicą poliszynela, ale jednak tematem tabu. Niegodnym i  niestosownym było przecież mówić, a  tym bardziej malować czy szkicować to, co działo się w barach, Henri de Toulouse-Lautrec, rys. Małgorzata Bodzek.

Niedokończone, szybkie, zachłanne Toulouse-Lautrec uznawany jest za genialnego artystę, posiadającego zadziwiającą umiejętność obserwacji połączoną z  wyjątkową sympatią i  zrozumieniem dla ludzkości. On sam nigdy nie okazywał żadnych żalów z powodu swojego kalectwa. Żył pełnią życia, posiadał wielu przyjaciół i zawsze był akceptowany, mimo nikłej postury i  swoich dziwactw. Malował tak, jak żył. Często były to rysunki niedokończone, szkicowane jakby od niechcenia, szybko i z zachłannością. Fenomen tego artysty polega m. in. na przekorze zawartości jego dzieł i specyfice ich tworzenia, rzeczy rzadko spotykanych u  „wymuskanych” artystów, co w  tajemniczy sposób świadczy o  kunszcie i  wartości jego prac. Namalowanych Bohaterów Lautrec przedstawiał takimi, jakimi byli, bez oceniania, bez upiększania, tak, jakby za pomocą aparatu Styczeń – Marzec 2012

9


kabaretach, za sceną teatru czy w  domu publicznym. Ten artysta jednak miał odwagę tego dokonać. Nie dlatego, żeby pokazać plugawe towarzystwo i niechlubne zachowania, ale żeby przedstawić świat, w  którym żył na co dzień, pokazać ludzi, wśród których czuł się dobrze i których kochał. Byli to ludzie bardzo mu życzliwi, ciepli, kolorowi, wśród których nie czuł się jak odmieniec i kaleka, ale jak przyjaciel, jak ktoś, kto może czuć się swobodnie, nie zważając na etykietę salonów. Wspominam o  tym, ponieważ tajemnicą dla wielu jest fakt, że Henri de Toulouse-Lautrec lubił się przebierać, stroić w kobiece fatałaszki i bawić się, jakby czuł, że los nie da mu wiele czasu na cieszenie się życiem. Czerpał więc z  niego pełnymi garściami. I  może właśnie to tabu, wywołujące rumieniec zawstydzenia, sprawiło, że dzieła tego małego-wielkiego człowieka zachwyciły i  zachwycają po dzień dzisiejszy. Niekwestionowany geniusz, Albert Einstein, który odkrywał przed ludzkością tajemnice z zupełnie odmiennej sfery życia, wypowiedział kiedyś słowa, którymi zapewne kierował się, odkrywając nieznane dotąd pokłady wiedzy i które moim zdaniem pasują do postaci Toulouse-Lautreca, jego dzieł: „najsubtelniejsze i najgłębsze doświadczenie emocjonalne, jakiego człowiek może doświadczyć, to zetknięcie się z tajemnicą”. Myślę, że sentencja ta jest kwintesencją istoty sztuki w ogóle. Mały człowiek – duże ceny

Plakaty autorstwa Henriego de Toulouse-Lautreca. Powyżej: Moulin Rouge, zapraszający na koncert; poniżej: Divan Japonais z okazji otwarcia kawiarni.

http://www.artelista.com/ypimages/Small/10/mwm09679.jpg

http://www.flickr.com/photos/73532212@N00/2927836522

Przemyszlenia Historia sztuki

10

Można dywagować na temat popularności dzieł Toulouse-Lautreca. Nie wiadomo czy jego prace, tak cenione na całym świecie, są wyjątkowe, bo dobre, piękne, bo uchwyciły ulotną chwilę, nastrój sytuacji – jednocześnie wpisały się w idee nurtu secesji; czy może tak pożądane, bo modne, rozsławione na początku przez majętną rodzinę? Choć biorąc pod uwagę fakt, że rodzina jego, tak bardzo przywiązana do majątków, że nawet malwersacje genetyczne i cierpienie dzieci rodzących się z  kazirodczych związków, nie stanowiły przeszkody w  kierowaniu się żądzą pieniądza, może już wówczas miała poczucie, że dzieła Henriego warte są każdej inwestycji. Praktycznie od samego początku, prace Toulouse-Lautreca osiągały zawrotne ceny, następnie stały się bezcenne i  na zawsze przypisane do rozsławionego na cały świat Paryża i kultury Francji. Kiedyś pewien człowiek – koneser sztuki obcujący z nią na co dzień – odpowiedział mi bardzo prosto na pytanie: skąd można wiedzieć co jest dziełem sztuki, a co zwykłym bohomazem? Zawsze takie wątpliwości rodzą się we mnie w  sytuacjach zetknięcia się ze sztuką współczesną, kiedy zdziwienie miesza się z  konsternacją, w  związku z  rozważaniem nad istotą i sensem danego rodzaju sztuki, która takową nie zawsze przypomina. Człowiek ten, odpowiedział zwięźle i rzeczowo: „Cena, cena stanowi o wartości sztuki”. Przyznam, że ciężko jest mi pogodzić się z takim wytłumaczeniem, choć teoria ta pasowałaby niewątpliwie do sztuki uprawianej przez Toulouse-Lautreca, tak wysoko cenionej i tak cennej. Mimo, iż żyjemy w świecie materializmu, gdzie rządzi pieniądz, to dla mnie właśnie sztuka jest elementem łączącym duchowy świat emocji i doznań ze światem materialnym jako fizyczny przejaw wspomnianych przeżyć autora i odbiorcy. ■ Myszliciel, nr 1 (5)


Historia sztuki

Maksimum treści i zysku Magdalena Mazur

Andreas Gursky, Rhine II, 1999

Nowe najdroższe zdjęcie świata wzbudziło wiele kontrowersji. Ciężko zrozumieć, dlaczego przedstawienie linii brzegowej, pasu rzeki i  przygnębiającej, ciężkiej kurtyny szarych chmur skłoniło kogoś do entuzjastycznej rozrzutności.

P

od koniec 2011 roku media doniosły o  rekordowej kwocie 4,3 miliona dolarów, jakie osiągnęła fotografia Andreasa Gursky’ego pt. Rhine II. W takich sytuacjach po pierwszej fali zdziwienia pojawiają się istotne pytania. Co sprawia, że dzieło to jest tak drogocenne? Gdyby było obrazem, rzeźbą – dedukuje przeciętny człowiek po przeczytaniu newsa w internecie – to jeszcze w jakiś sposób zrozumiałe, bo Sztuka kosztuje. Zatem Rhine II musi być dziełem sztuki. Jednak to nadal zdjęcie. Każdy może takie zrobić.

procesu, kontaktu z dziełem, doznanie estetyczne odbiorcy decyduje o podniesieniu dokumentu do rangi dzieła sztuki. Egzystencjalny horyzont

Fotografia jako stosunkowo świeża i niejednoznaczna gałąź sztuki sprawia często trudności w  klasyfikacji i  wartościowaniu konkretnych jej przejawów. Przede wszystkim istotny jest fakt, że dzieli się na dwie kategorie1: bez-sztukę, czyli innymi słowy dokument, wykonany bez intencji czy zamysłu artystycznego, oraz właściwe dzieło sztuki. Nie zawsze jednak postanowienie wykonawcy-artysty o  stworzeniu dzieła sztuki wystarczy do zakwalifikowania zdjęcia do tej kategorii. François Soulages2 opisuje proces przeniesienia dzieła z obszaru bez-sztuki do sztuki, twierdząc, że dokonywany jest on w całości przez odbiorcę dzieła, który kolejno umieszcza je w szerszym kontekście (np. sztuki w ogóle), a potem rozważa jako pojedynczy wytwór. W trakcie tego

Zatem rola, jaką odgrywa odbiorca, jest niezwykle istotna, w przypadku przeniesienia – decydująca. Roland Barthes podkreśla ważną potrzebę poszukiwania prawdy w obrazie3, którą jako odbiorcy realizujemy przez przybliżenie się, próbę „wejścia” weń, co kończy się na warstwie tworzywa, pojedynczych pikselach. Dlaczego mówimy o tym w kontekście zdjęcia Gursky’ego? Otóż autor wychodzi naprzeciw tej naturalnej potrzebie i  realizuje dzieła wielkoformatowe (wymiary Rhine II: 184x363 cm), co pozwala nam zanurzyć się w krajobrazie, poddać kompozycji obrazu, zupełnie wypełniającej nasze pole widzenia. Co więcej, według Barthesa fotografię można rozważać poprzez studium, swoiste pole kulturowe, a także punctum, przez które rozumie „ukłucie”, niespodziewane przecięcie4. W przypadku zdjęcia Gursky’ego wydaje się, że pierwszą warstwą może być forma, czyli horyzontalność pasów ziemi, wody i nieba, pedantyczna symetria i minimalizm. Jeśli zaś chodzi o punctum, to z pewnością będzie już kwestia indywidualnej interpretacji, może być nim ukłucie świadomości poczucia bezczasu czy niekonkretności tego przedstawienia – co spowoduje pytania o nasze istnienie

1 F. Soulages, Estetyka fotografii. Strata i z ysk, Kraków 2007, s. 179. 2 Tamże, s. 180.

3 R. Barthes, Światło obrazu. Uwagi o fotografii, Warszawa 2008, s. 176. 4 Tamże, s. 168.

Bez-sztuka staje się sztuką

Styczeń – Marzec 2012

11


Przemyszlenia Historia sztuki ◄ Andreas Gursky jest także autorem drugiej najdrożej sprzedanej fotografii – 99 centów – za ponad 3 miliony dolarów.

w świecie. Słuszność takiego tropu potwierdzają wypowiedzi krytyków: Christie’s – „Dramatyczne i głębokie spojrzenie na ludzką egzystencję i nasze relacje z naturą na zakręcie XXI wieku”, „Daily Telegraph” – „Współczesna wariacja na temat Niemiec i ulubionego w kraju romantycznego krajobrazu oraz relacji człowieka z naturą” 5. Pytania egzystencjalne będą odgrywać kluczową rolę w odbiorze i interpretacji współczesnej sztuki. Zarówno Soulages, jak i  Barthes, w  nich właśnie upatrują powinności fotografii. Po raz kolejny podkreślona zostaje rola odbiorcy w dziele sztuki, kiedy to on sam staje się dla siebie punktem odniesienia6, konfrontując się z pytaniami o tu i teraz i budując jednocześnie świadomość swojego istnienia w  świecie. Choć dzieło nie odpowiada, to jednak przez pytania i aluzje wyraża, sygnalizuje zagadnienia i zostawia szerokie pole interpretacji.

na podstawie samej fotografii. Przyczyną tego jest fakt, że nie uchwyca ona ich istoty, a jedynie ślad – dokładnie rzecz ujmując – ślad ich wzajemnej relacji8. W  tym momencie uświadamiamy sobie więc ogromną rolę twórcy w procesie fotografowania. Jeśli tego nie uczynimy, nie zdołamy poprawnie zinterpretować zdjęcia Gursky’ego, gdyż – niczym przeciętny człowiek po przeczytaniu newsa w internecie – nastawieni będziemy na przedstawieniową funkcję zdjęcia. Taką właśnie postawę zdają się przyjmować ci, którzy głównym argumentem swej krytyki ustanawiają ilość i jakość elementów kompozycji zdjęcia: „The Guardian” – „Zdjęcie przedstawia obraz szlamu szarego Renu pod szarym niebem”, „Artinfo” – „Tam się nic nie dzieje, tam nic nie ma”9. Tymczasem w  Świetle obrazu… Barthes wypowiada znamienne zdanie: „Chcę wypowiedzieć wnętrze, nie odsłaniając intymności”10 i  tym samym kreśli zadanie artysty (przeżywającego świat przez obraz i  przedstawiającego go na zdjęciu), a  dla nas drogę rozumienia dzieła. Rola artysty jest żywa, dynamiczna, polega na dążeniu do samopoznania poprzez interaktywny udział w relacji z przedmiotem do sfotografowania11. Próba samopoznania będzie w  związu z  tym polegała na świadomym stawianiu pytań przez fotografię, które my musimy odczytać i zadać ponownie we własnym kontekście, w odniesieniu do swojej osoby. Interaktywny udział artysty w relacji zaś oznacza jego konkretną i  indywidualną reakcję na przedmiot, ustosunkowanie się doń czy postawienie problemu. Zatem nie przedmiot będzie treścią obrazu, jak już zostało stwierdzone, a relacja między nim a podmiotem. Cyfrowy minimalizm

Inaczej wygląda kwestia obiektywnej wiedzy o obrazie. Tutaj możliwości odbiorcy zostają znacznie ograniczone, a Soulages obszar ten nazywa wręcz czarną dziurą7 fotografii, twierdząc, że podmiot fotografujący i przedmiot do sfotografowania nigdy nie poddadzą się całkowitemu poznaniu

Na koniec warto dodać, że Rhine II to także przykład perfekcjonizmu w  kwestii cyfrowej obróbki zdjęcia. Andreas Gursky zdecydował się zredukować niepotrzebne elementy krajobrazu, sprowadzając je do pustych płaszczyzn horyzontalnych i  jednocześnie kreując w  ten sposób nowy, nierzeczywisty obraz. To, można rzec, poprowadziło go do budowy uniwersalnej metafory, do odczytania której potrzebna jest postawa poetycka12 , jak Soulages określa pewną swobodę podejścia do indywidualnej poezji danego dzieła. Wypowiedź samego artysty wpisuje się w taką interpretację zdjęcia: „Ono mówi wiele przy użyciu minimalnych środków. Dla mnie to alegoryczny obraz sensu życia”13. ■

5 [dostęp on-line: 23.01.12:] http://www.tvn24.pl/24467,1724190,0,1,dlaczego-nijaki-krajobraz-to-najdrozsze-zdjecie-swiata,wiadomosc.html. 6 R. Barthes, Światło obrazu. Uwagi o fotografii, Warszawa 2008, s. 148. 7 Tamże, s. 140.

8 F. Soulages, Estetyka fotografii. Strata i z ysk, Kraków 2007, s. 140. 9 [dostęp on-line: 23.01.12:] http://www.tvn24.pl/24467,1724190,0,1,dlaczego-nijaki-krajobraz-to-najdrozsze-zdjecie-swiata,wiadomosc.html. 10 R. Barthes, Światło obrazu. Uwagi o fotografii, Warszawa 2008, s. 174. 11 F. Soulages, Estetyka fotografii. Strata i z ysk, Kraków 2007, s. 140. 12 Tamże, s. 229. 13 [dostęp on-line: 23.01.12:] http://www.tvn24.pl/24467,1724190,0,1,dlaczego-nijaki-krajobraz-to-najdrozsze-zdjecie-swiata,wiadomosc.html.

Wnętrze bez intymności

12

Myszliciel, nr 1 (5)


Filozofia http://www.flickr.com/photos/earthworm/4216195146/in/photostream/

W głąb przedmiotu Jarosław Besztak

Przedmioty służą nie tylko do ułatwienia naszego życia. To one w pierwszej kolejności są powiernikami naszych tajemnic i wiedzą o nas znacznie więcej niż bliscy.

K

ażdy funkcjonuje w otoczeniu rzeczy, które wywierają wpływ na życie właściciela, jak również budują atmosferę tajemnicy wokół siebie. Sami ludzie tworzą tajemnicę dzięki przedmiotom gromadzonym w  ciągu życia. Nie tylko jednostka dba o to, aby te ostatnie były artefaktami pozbawionymi prawa głosu, by nie wyartykułowały szeregu skrzętnie skrywanych przez lata sekretów. Rodzi się w tym miejscu ważne pytanie: czy człowiek funkcjonuje w świecie rzeczy czy też rzeczy w świecie człowieka? Można na nie udzielić dwóch odpowiedzi i obie są poprawne. Pozbawianie azylu Z realistycznym przekonaniem można rzec, że rzeczy to sfera ludzkiej codzienności, bez której trudno wyobrazić sobie egzystencję. XXI wiek pozbawia poczucia prywatności, odbiera miejsca uważane za swoiste azyle, co w konsekwencji prowadzi do poszukiwania przez człowieka nowych sfer, które mogłyby być dostępne tylko dla niego. Śledząc współczesną literaturę naukową nie wydają się bezzasadne słowa, iż światowe społeczeństwa składają się z dwóch elementów: ludzi i rzeczy. Wchodzą one z sobą w ścisłe interakcje i wzajemnie się determinują. Kontakty – tylko z kim? Wyjątkowość roli rzeczy podkreślał Janusz Barański. W swoim studium pisał: „spędzamy z nimi więcej czasu niż z innymi ludźmi, jak również są zwykle pośrednikami w kontaktach z  nimi – podczas pracy czy odpoczynku; to z  ich użyciem wyrażamy nasze indywidualne i  zbiorowe tożsamości”1. Posiłkując się myślą Gastona Bachelarda warto dodać, iż rzeczy kreują obrazy intymności, podkreślają świat marzeń oraz nadają wyrazistości sekretnemu życiu psychicznemu, jakie każdy stara się za wszelką cenę ukryć2. Współczesny człowiek – jak twierdził Gerard Genette – przeżywa swoje trwanie w poczuciu lęku i wewnętrznej obsesji, ciągle szuka ukojenia i kieruje swe myślenie w  stronę otaczających go rzeczy3. Każdy dzień daje świadectwo, że te ostatnie ciągle towarzyszą człowiekowi i go definiują. Nawet drobiazgi z szuflady mówią o nas o wiele więcej, niż sami myślimy. Każda rzecz skrywa sekret Jakkolwiek by nie zapatrywać się na rozważaną w artykule problematykę, można przyjąć za słuszne, że wszystkie wymienione „drobiazgi” stanowią obrazy intymnego życia i budują atmosferę tajemnicy. Dzięki nim można żywić wyobraźnię, która chce, aby w mózgu „tu i ówdzie funkcjonowały pudła na wspo1 J, Barański, Świat rzecz y. Zarys antropologiczny, Kraków 2007, s. 10-11. 2 G. Bachelard, Poetyka przestrzeni: szuflady, kufry i szafy, „Pamiętnik Literacki” 1976, z. 1. s. 233-243. 3 G. Genette, Przestrzeń i jęz yk, „Pamiętnik Literacki” 1976, z. 1, s. 227.

Styczeń – Marzec 2012

mnienia”4. Jednak nie jest łatwo wniknąć w wewnętrzny świat przedmiotów i odkryć skrywane w nich sekrety. Dzieje się tak, ponieważ zawarta w nich przestrzeń jest głęboka. Nie otwiera się przed każdą z osób chcącą w nią wniknąć i tym samym zburzyć panujący ład. Tajemnica danej rzeczy należy jedynie do jej właściciela. Ten ścisły związek podyktowany jest tym, że rzeczy skrywają coś więcej niż tylko powierzane im przez nas tajemnice. Tkwi w nich ośrodek spokoju oraz harmonii, obcy wobec otaczającej człowieka rzeczywistości. Stąd wynika niechęć do tego, aby postronne osoby przekroczyły pewną cienką granicę i tym samym naraziły samą rzecz i jej właściciela na odszyfrowanie tajemnicy, jaką w sobie kryje. Dlaczego rzeczy zajmują tak ważne miejsce w naszym życiu? Jednoznaczna odpowiedź jest niezwykle trudna. Można przyjąć za uzasadnione przekonanie, że rzeczy w przeciwieństwie do ludzi są wierne i nie zdradzają powierzonych tajemnic. Tym samym dają poczucie bezpieczeństwa. Mimo iż otaczamy się szeregiem przyjaciół nigdy nie mamy pewności, że nie zdarzy się między nami konflikt, w wyniku którego zostanie przekazana wiedza postronnym osobom, co w konsekwencji mogłoby np. narazić nas na nieprzyjemności. Sposób na samotność Świat rzeczy jest wyjątkowy również dlatego, gdyż rekompensuje towarzystwo „żywych” ludzi. Nie wszyscy obdarzeni są darem nawiązywania znajomości. Funkcjonują w  społeczeństwie także osoby świadomie wybierające samotność i w przedmiotach upatrujące towarzyszy życia5. Interesującym przykładem są katolickie sakramentalia, przez ludzi odbierane jako emblematy głębokiego życia religijnego. Ważne ustalenia w tej kwestii uczyniła Ann Ball6. Przedmioty, takie jak: różaniec, książeczka do nabożeństwa, medalik czy szkaplerz jednoznacznie mówią o ich właścicielu, iż jest człowiekiem, w życiu którego religia odgrywa prymarną rolę. Istotnie, warunkują one mistyczny związek ze sferą sacrum. Niejeden katolik traktuje te rzeczy z wielkim namaszczeniem, przez co daje świadectwo ich wielkiej roli w swoim życiu. Immanentnie tkwiąca tajemnica w  świecie rzeczy jest wypadkową tego, że są one pamiątkami z  przeszłości, mówią o szczególnie ważnych chwilach, dotyczą najbliższych, a nierzadko są jedynymi po nich pozostałościami. ■ 4 H. Bergson, Myśl i ruch. Wstęp do metafiz yki, Warszawa 1963, s. 129. 5 Zob. J. Gajda, Samotność i kultura, Warszawa 1987, s. 6. 6 A. Ball, Katolickie sakramentalia. Jak czerpać z bogactw Kościoła?, Gdańsk 2005.

13


Przemyszlenia Psychologia

Zrobię to jutro

http://www.flickr.com/photos/epsos/4907209228/

Andrzej Cudo

Często zastanawiamy się, jak to możliwe, że w  tajemniczy sposób ubywa nam czasu. Przecież przed chwilą był cały miesiąc, a już jest jutro…

T

ajemnica skracania się kontinuum czasowego jak do tej pory nie została rozwikłana przez fizyków, mimo że tak często się z  nią stykamy. Przecież – ile razy mieliśmy przeświadczenie długiej perspektywy czasu przed egzaminem: „Jeszcze cały miesiąc”; a później: „Jeszcze cały tydzień”, a tu nagle okazuje się, iż już jutro jest nasze wymarzone spotkanie z wykładowcą. W ten oto sposób następuje zniknięcie całego tygodnia lub miesiąca. Jednakże ciekawym pozostaje fakt, jak to dzieje się naprawdę. Wymówka, że było tysiąc ważnych rzeczy do zrobienia, nie pomoże. Dlaczego? O tym za chwilę.

Rozważając problem odwlekania, należy zwrócić uwagę na kilka jego aspektów. Z  jednej strony mamy do czynienia z czynnikami obiektywnymi, które przeszkadzają osiągnąć zamierzony cel, z  drugiej zaś mamy szereg subiektywnych czynników, które powodują, iż osoby postępują według maksymy: „Co się odwlecze, to nie uciecze”. Właśnie taki rodzaj działań będzie polem naszych dalszych rozważań. Jednakże na początek należy zwrócić uwagę, iż ludzie pod wieloma względami różnią się od siebie. Jednym z takich czynników jest przyjmowana przez nich perspektywa czasowa1. Jest ona

rozumiana jako całościowe spojrzenie na własną przeszłość i przyszłość w danym momencie czasu 2. Można tu wyróżnić trzy rodzaje osób. Pierwszy rodzaj jest zorientowany na przeszłość i  charakteryzuje się przywiązywaniem dużej wagi do tego, co już było. Przeszłość stanowi najważniejszą część ich życia. Są też ludzie zorientowani na teraźniejszość, którzy skupiają się na tu i  teraz, a  motto ich życia można zawrzeć w  słowach carpe diem. Na koniec zaś osoby, które są zorientowane na przyszłość i przywiązują większą wagę nie do tego, co aktualnie osiągnęły, ale chcą zdobywać więcej i lepiej3. Oprócz tego osoby z  krótką przyszłościową perspektywą czasową sytuują większość swoich planów w bliskiej przyszłości, z kolei ludzie mający dłuższą perspektywę umieszczają swe marzenia w dalszej przyszłości4. Wszystko to przypomina sytuację człowieka idącego ulicą. Ważne jest, aby wiedział co dzieje się wokół niego, czyli spoglądał za siebie, „pod nogi” oraz przed siebie. Jednakże jeśli idąc chodnikiem uwzględnimy tylko dwie pierwsze opcje, prędzej czy później spotkamy się w najlepszym przypadku twarzą w twarz z latarnią uliczną. Powyższe rozróżnienie uwidacznia nam, iż każdy człowiek ma inne postrzeganie siebie w kontekście czasu, a co za tym idzie – inaczej traktuje problem przekładania i odwlekania na jutro.

1 Zob. W. Lens, Future Time Perspective: A Psychological Approach, [w:] Psycholog y of time: theoretical and empirical approaches, pod red. Z. Uchnast, Lublin 2006.

2 Zob. Z. Zalewski, Psychologia zachowań celowych, Warszawa 1991. 3 Zob. P. Zimbardo, J. Boyd, Paradoks czasu, Warszawa 2009. 4 Z. Zalewski, dz. cyt.

Jak chodzisz po ulicy?

14

Myszliciel, nr 1 (5)


Psychologia Ogromna ilość zadań, stawianych przed nami, sprawia, że jesteśmy zmuszeni żyć w ciągłym pośpiechu. Z tego powodu zapominamy czasem o tym, co naprawdę ważne.

Kolejną rzeczą stojącą za tajemnica „kurczenia się” czasu może stać przyzwyczajenie osób do wykonywania działań pilnych, czyli takich, które są naglące ze względu na termin ich wykonania. Przy czym ludzie przeważnie nie zwracają uwagi na ważność danych zadań. Można tutaj zadać sobie pytanie: ile czynności w ciągu dnia wykonuję tylko dlatego, iż termin ich wykonania mnie ponagla? Gdzie tu miejsce na kwestię ważności tych działań w dłuższym okresie czasu? Stephen Covey stwierdza, iż większość ludzi marnuje swój czas robiąc rzeczy, które są zarazem nieważne i niepilne lub nieważne, a  pilne do wykonania. Natomiast jego zdaniem mało kto zajmuje się czynnościami ważnymi, a  nie pilnymi, czyli m.in. planowaniem własnych działań, przygotowywaniem ich, poszerzaniem zakresu własnych możliwości, zapobieganiem wydarzeniom negatywnym, które możemy przewidywać, czy umacnianiem związków interpersonalnych z innymi5. Można porównać to do przeziębienia – są ludzie, którzy biorą garść leków, gdy tylko pojawi się przeziębienie, a są też osoby, które starają się profilaktycznie nie dopuścić do zachorowania. Tak samo jest z czasem. Ludzie mogą żyć sprawami pilnymi twierdząc, iż są ciągle zabiegani lub przystanąć w ciągłym biegu za przysłowiową marchewką i zastanowić się, co tak naprawdę jest dla nich ważne i co mogą robić, aby efektywnie to osiągnąć. Mogą żyć według maksymy mówiącej, iż moje jutro zaczyna się już dziś. W okowach prokrastynacji Pomimo różnic w  perspektywie czasowej oraz zwracaniu uwagi na rzeczy pilne przy pomijaniu rzeczy ważnych, wydaje się, iż istotnym problemem w zakresie „znikania czasu” pozostaje zwlekanie czy też inaczej mówiąc: odwlekanie. Część osób ma tendencję, w  większym lub mniejszym zakresie, do unikania trudnych sytuacji. Jeśli tendencja taka utrzymuje się przez dłuższy okres i  dotyczy różnych dziedzin życia, możemy mówić o prokrastynacji. Przy czym jest to sytuacja, w  której osoba ma problemy z  zabraniem się do pracy i odkłada ją na kolejne terminy. Dzieje się tak często wtedy, gdy osoba nie widzi natychmiastowych efektów swoich działań oraz dane działanie jest rozłożone w czasie. Przyczyny takiego zjawiska mogą być różnorakie6. O prokrastynacji możemy mówić również wówczas, kiedy odwlekanie ma zarazem charakter chroniczny i jest związane ze znaczną trudnością w  zarządzaniu czasem, czyli

http://www.flickr.com/photos/en321/14132615/

Uzależnienie od spraw pilnych

m.in. oddzieleniu rzeczy ważnych od pilnych w kontekście stawianych celów. Ponadto prokrastynacja może przybierać różne formy: od łagodnych poprzez poważne do patologicznych. Jednakże zawsze warto kierować się kilkoma prostymi zasadami, które mówią m.in. o tym, iż duże części materiału można podzielić na małe, łatwiejsze do zarządzania w krótkim czasie; warto wyeliminować zachowania zastępcze związane np. z  kilkunastorazowym sprawdzaniem portali społecznościowych bez ważnego powodu; ustalenie konkretnego planu oraz daty rozpoczęcia realizacji czynności, co ułatwia zrealizowanie jej do końca, itd. Jutro nie umiera nigdy Tajemnicza ucieczka czasu to z  jednej strony wypadkowa predyspozycji człowieka, z  drugiej zaś jego świadomych lub nie do końca uświadamianych wyborów. Przy czym nie wyczerpuje to wszelkich możliwych czynników wyjaśniających „kurczenie się czasu”, dlatego też należy mieć ciągle na względzie fakt, iż jutro nie umiera nigdy i prawdopodobnie zawsze będzie w człowieku chęć, aby coś na jutro odłożyć. Pamietajmy przy tym o  stwierdzeniu Alberta Einsteina: „znane są tysiące sposobów zabijania czasu, ale nikt nie wie jak go wskrzesić”. ■

5 Zob. S. R. Covey, A. R. Merrill, R. R. Merrill, Najpierw rzecz y najważniejsze, Warszawa 2009. 6 Zob. P. Steel, The Nature of Procrastination: A Meta-Analytic and Theoretical Review of Quintessential Self-Regulatory Failure, Psychological Bulletin, 133 (1), 2007. Styczeń – Marzec 2012

15


Przemyszlenia Społeczeństwo

Za czym kolejk a ta stoi? K arolina Maleck a

„Rosja to nie kraj. To stan umysłu” – głoszą slogany. Coś w  tym jest. Bo jakim krajem jest Rosja?

K

olejne wybory, kolejny raz wygrał Putin. Czytam artykuły i komentarze Rosjan, oglądam zdjęcia z Placu Czerwonego z wieczoru wyborczego. I nie do końca to wszystko rozumiem. „Rosja to nie kraj. To stan umysłu” – głoszą slogany. Coś w tym jest. Bo jakim krajem jest Rosja? To jedno z najbardziej tajemniczych państw Eurazji. Ponad 142 milionów ludzi (w tym ok. 116 mln to Rosjanie) żyjących w 9 strefach czasowych, mówiących, oprócz rosyjskiego, co najmniej 20 językami – cyfry mówią same za siebie. Z  czym wam kojarzy się Rosja? Najczęstsze skojarzenia to: wieczna zima, białe niedźwiedzie chodzące po Moskwie (sic!), wielkie futrzane czapki „uszanki”, walonki, samowar, czarna Wołga, kawior, matrioszka zwana przez niektórych Polaków „babuszką” i wreszcie wódka, tanie papierosy i torby „pasiaki” lub „bazarówy”, z którymi Rosjanie przyjeżdżają handlować w Polsce. Jak to wygląda w rzeczywistości? Po trzymiesięcznym pobycie w Moskwie spotkałam się z wieloma pytaniami o to, czy Rosja rzeczywiście jest właśnie taka, jak się o niej mówi. Tego rąbka tajemnicy uchylę na podstawie obserwacji życia w Moskwie, chociaż można przypuszczać, że jej mieszkańcy znacznie różnią się od reszty Rosjan. Wydobyć piękno Stolica Rosji to specyficzne miasto. To miasto wielu kultur i  narodów, a  przede wszystkim kontrastów. Bogactwo i bieda. Piękno i brzydota. Obok starej czarnej Wołgi, bo na ulicach ich ciągle sporo, niejeden raz przejeżdża dziesięciometrowa limuzyna, szczególnie nieopodal Moskiewskiego City, które wygląda jak miniatura nowojorskiego Manhattanu. Trzy minuty drogi od Kremla z widniejącymi na jego wieżach czerwonymi gwiazdami, które wciąż przypominają o epoce komunizmu, znajduje się centrum handlowe „Ohotnyj riad”, wybudowane trzy piętra pod ziemią ze sklepami europejskich firm i oczywiście restauracją McDonald’s – od 1990 roku mekka niemal każdego moskiewskiego dziecka, symbol globalizacji, kapitalizmu. Z drugiej strony Kremla – znów mieszanka kilku światów. Na Placu Czerwonym znajdują się z jednej strony Mauzoleum Lenina, naprzeciwko Glawnyj Uniwersalnyj Magazin (GUM) – galeria handlowa niczym dzieło sztuki (ceny w niej zresztą odpowiednie dziełom sztuki!), a w głębi – Cerkiew Wasyla Błogosławionego z  charakterystycznymi kopułami przypominającymi lody włoskie, na zewnątrz nie aż tak kolorowa jak na pocztówkach, ale za to niesamowita w środku – ducha prawosławia podkreślają nie tylko ikonostasy i na-

16

ścienne malowidła, ale też męski chór, którego głos unosi się niczym z nieba. Właśnie cerkwie, a właściwie ich ilość, bo mówi się, że w samej Moskwie jest ich ponad 1000, to kolejna charakterystyczna cecha Rosji. Niestety, te najpiękniejsze perełki w stolicy są często głęboko ukryte pomiędzy szarymi blokami. Dawniej w Moskwie nie można było budować budowli wyższych niż cerkwie i nad stolicą górowało mnóstwo świątynnych kopuł. Teraz dominują bloki tzw. „komunałki”, czyli ogromne kamienice epoki ZSSR, w  których znajdowały się komunalne mieszkania – w każdym pokoju mieszkało nawet kilka rodzin, mających wspólną kuchnię, toaletę, łazienkę i  zwykle bardzo szeroki korytarz. A  to, jak wyglądało kiedyś rosyjskie miasto, można zobaczyć np. w Suzdalu (ok. 200 km od Moskwy) – tam nadal obowiązuje wspomniany wcześniej zakaz, a miasto jest wpisane do listy dziedzictwa kulturowego UNESCO. Dopiero tam miałam okazję zobaczyć, jak wygląda zwykły dom mieszkalny Rosjanina – w Moskwie ludzie mieszkają przede wszystkim w  kilkunastopiętrowych blokach lub w  kamienicach. Poza willami „noworuskich” domu raczej tam nie spotkacie. Codzienność „Nowyj Russkij” to termin kojarzący się często z bogatym człowiekiem, który dorobił się majątku w latach 90., korzystając ze zmian w ustroju politycznym, robiąc różne „przekręty”. Krótko mówiąc – mafioso. Ale nie jest prawdą, że po Moskwie mafia biega po ulicach z pistoletami. Pod tym względem jest to miasto względnie bezpieczne. Owszem, ilość przestępstw jest wysoka, ale biorąc pod uwagę liczbę Myszliciel, nr 1 (5)


Społeczeństwo ludności – wygląda to tak, jak w każdej większej stolicy. Jeśli mafia działa, to załatwia swoje sprawy na podległym jej terytorium, starając się nie wciągać w to zwykłych przechodniów. A  kim jest statystyczny przechodzień? Zwykle nie jest to rdzenny mieszkaniec Moskwy. Najlepiej ludzi obserwuje się w  metrze. Mnóstwo młodych ludzi, szczególnie kobiet, przyjeżdża tutaj z prowincji w poszukiwaniu szczęścia, lepszego życia, a przede wszystkim męża. Są to albo szare myszki z długim warkoczem, albo dziewczyny w mini, cienkich rajstopkach i butach na dwunastocentymetrowej szpilce, nawet w zimie. Trzeba przecież wyróżniać się z tłumu, bo mężczyzn jest znacznie mniej niż kobiet. Co dodatkowo zwraca uwagę w metrze? Po pierwsze ilość ludzi, którzy czytają. Czytają niezależnie od gęstości tłumu, zwykle na tabletach, które nie są zbyt tanie (generalnie elektronika jest droższa niż na zachodzie Europy). Ale skoro w wagonach spędza się codziennie tak dużo czasu (z jednego końca miasta na drugi, ok. 30 km, podróż trwa około godziny), trzeba go dobrze spożytkować. Na szczęście rozkład metra jest świetnie oznakowany i wbrew pozorom nie tak łatwo się tutaj zgubić. Łatwo za to zamyślić się nad tym, jak mądrze zbudowano moskiewski metropoliten, bo jest faktycznie przerażająco ogromny i można dzięki niemu dotrzeć do niemal każdego zakątka miasta. Ukłon w stronę architektów i logistyków! Każda stacja jest inna, kunszt wykonania niektórych jest imponujący. Ale niestety, ręce opadają na widok rzucającej się w oczy biedy ludzi żebrzących o pomoc oraz ciągle powtarzających się motywów sierpa, młota i wizerunków Lenina.

Wczoraj i dziś Nie da się zaprzeczyć, że komunizm odcisnął głębokie piętno na życiu i wyglądzie Moskwy i Rosji w ogóle. Symbole ZSRR są nadal dość widoczne obok symboli epoki carów (piękne cerkwie, zapierający dech w piersiach Teatr Wielki, zachwycające parki i  zespoły pałacowe na obrzeżach miasta etc.) oraz kolorowych neonów naszych czasów. Ciągle czuć ducha starej epoki, który wisi gdzieś w powietrzu, jest widoczny w  drobnostkach. Pierwsze skojarzenie – w  2010 roku prezydent Miedwiediew zmienił nazwę „milicji” na „policję”, ale nadal można spotkać idących obok siebie milicjanta i  policjanta (różne plakietki i  strój, którego wspólnym elementem są nadal noszone w  Rosji zimowe czapki „uszanki”). Warto zauważyć, że Moskwę nawet na co dzień patroluje wielu policjantów. Szczególnie jest to odczuwalne w  czasie większych zdarzeń, kiedy to pracownicy policji, chcąc utrudnić wejście na terytorium wyłączone w tym czasie z ruchu, stają blisko siebie, tworząc żywy mur. Na przykład w czasie ostatnich wyborów do Dumy zamknięte było całe ścisłe centrum wraz z  wyjściami z  kilku stacji metra, obstawionych przez mnóstwo mundurowych. Demonstracja siły? Czy zwykła ochrona? Zapewne jeszcze więcej policji obstawiało tłumy, które wyszły na ulice podczas ostatnich wyborów prezydenckich. Wątpliwe czy zwycięstwo Putina jest autentyczne i zgodne z faktycznym głosowaniem. Znane są liczne przypadki fałszerstw. Ale z mojego punktu widzenia wynik był przewidywalny. Faktem jest, że w społeczeństwie rosyjskim coś się Nowoczesna, kapitalistyczna część Moskwy, zwana City, została dobudowana tuż obok reliktów epoki socjalizmu. Takich nietypowych połączeń stylu w Moskwie jest więcej: znaleźć tu można także komunistyczne bloki, wybudowane tuż obok starych cerkwi.

Styczeń – Marzec 2012

17


Przemyszlenia Społeczeństwo Mimo oficjalnej zmiany nazwy milicji na policję, Rosjanie jakby wciąż nie mogą się przyzwyczaić. W niektórych komisariatach (jak na zdjęciu) spotkać można obok siebie obie te nazwy. Także na ulicach widzi się czasem funkcjonariusza policji, idącego ramię w ramię z milicjantem.

ruszyło, że rodzi się społeczeństwo obywatelskie, które chce faktycznej demokracji, nowego systemu i  nienawidzi Putina – protesty po wyborach do Dumy były najlepszym tego dowodem. Ich siła i liczebność jest jednak jeszcze zbyt mała. A w umysłach wielu Rosjan nadal tkwi stary porządek, wiele kobiet uważa Putina za ideał mężczyzny (więc czemu i nie prezydenta?), inni uważają, że dobrze jest, jak jest – bo to wygodne, po co wprowadzać zmiany. Część Rosjan po prostu kocha Putina i na niego głosowała. Pozostali z kolei nie interesują się polityką w ogóle, więc głosują „tak jak wszyscy” lub nie głosują wcale. Zresztą na kogo mają głosować, skoro tylko wybrane stacje telewizyjne dostały pozwolenie na emisję komunikatów wyborczych. Można domyślać się, czyje spoty były transmitowane. W kolejce za czymkolwiek Abstrahując od polityki – to, co pozostało z sowieckiej epoki w mentalności Rosjan, to miłość do kolejek. Miałam oka-

zję tego doświadczyć na własnej skórze. Kilkusetmetrowa kolejka w Moskwie jest widokiem dość częstym. Otwarcie supermarketu, wystawy w  galerii, przyjazd jakiegoś dzieła do muzeum, darmowy wstęp z  okazji jakiegoś święta, zamknięcie wystawy – każda okazja, żeby postać w  kolejce jest dobra. Miałam przyjemność stać kilka razy w długich kolejkach, by dostać studenckie bilety do Teatru Wielkiego. System w skrócie był taki: bilety studenckie (dużo tańsze niż normalnie, ale jest ich średnio trzy razy mniej niż chętnych) teatr sprzedaje dwie godziny przed rozpoczęciem sztuki. Jednak już dużo wcześniej ustawia się na zewnątrz przed kasami „żywa kolejka”, która albo żyje swoim życiem, tzn. kto pierwszy ten lepszy, albo jest tworzona według kolejności zapisów na liście chętnych, która jest spisywana zwykle wczesnym rankiem w dniu spektaklu i przekazywana z rąk do rąk. System z listami często się nie sprawdza, więc ludzie i tak stoją w kolejce. Najzabawniejsze były sytuacje, gdy ludzie, szczególnie starsi, stawali w kolejce na jakiś czas, a dopiero później się

GUM (Glawnyj Uniwersalnyj Magazin, pol. Główny Uniwersalny Sklep) – jedno z  największych w  Moskwie centrów handlowych, a  jednocześnie ogromna atrakcja turystyczna, znajduje się na Placu Czerwonym. W okresie świątecznym GUM jest zawsze bogato przystrojony.

18

Myszliciel, nr 1 (5)


Społeczeństwo ◄ Fontanna w podziemnym centrum handlowym Ohotnyj riad.

pytali, za czym stoimy. W  grudniu miałam też okazję obserwować kilometrowe kolejki do relikwii pasa Najświętszej Marii Panny, które zostały przywiezione do Soboru Chrystusa Zbawiciela. W sumie przez kilka dni 70 tys. ludzi stało na mrozie po kilkanaście godzin, często brali oni urlopy, żeby pokłonić się relikwiom, podczas gdy większość z nich nie jest praktykującymi chrześcijanami. Wiara, ostatnia deska ratunku? Czy moc reklamy, a  przy okazji możliwość kontaktu, porozmawiania w kolejce z przypadkowymi ludźmi? Wydaje się, że przeważał ten ostatni aspekt. „Nie” dla wódki

fot. (s. 16-19): Karolina Malecka

Pierwszym skojarzeniem z  Rosjaninem, niestety, nadal nie jest żaden wielki pisarz, kompozytor ani nawet car, tylko często po prostu pijak. Mówi się, że „Ruscy” piją dużo i na umór. Fakt, wódka w  Rosji jest tania. Prawdą jest też, że w niektórych rejonach piją jej więcej niż na zachodzie Europy, często szklankami, ale to dlatego, że wolniej się wchłania. Natomiast nieprawdą jest, że przeciętny mieszkaniec Moskwy wypija więcej wódki niż mieszkaniec Warszawy. Rosjanie-studenci też nie piją więcej niż Słowacy, Węgrzy, Rumuni czy Polacy w  tym samym wieku. Rosjanie mają swoistą kulturę picia – np. zwykle piją w domu, więc rzadko spotyka się kogoś pijanego na ulicy, oraz, zamiast popijać sokiem, przegryzają, co również ma zapobiec szybkiemu upiciu się. Może właśnie dzięki temu są w stanie świętować Nowy Rok przez tydzień. Co ciekawe, w większości sklepów alkohol nie jest sprzedawany po godzinie 23.00, ale można legalnie pić piwo w miejscach publicznych. I tak dla ścisłości: Moskwa to nie Syberia – zima nie trwa tutaj cały rok, po ulicach nie chodzą też białe niedźwiedzie, chociaż niedźwiedź, ale brunatny, jest jednym z  symboli Rosji. A „stan umysłu” Rosjan dla nie-Rosjanina jest raczej trudny do zrozumienia. ■

Cerkiew Wasyla Błogosławionego to jeden z najbardziej rozpoznawalnych moskiewskich obiektów architektonicznych – głównie ze względu na to, że pojawia się na ogromnej liczbie pocztówek. Jej wnętrze jest naprawdę przytłaczające.

Styczeń – Marzec 2012

19


Przemyszlenia Językoznawstwo

Maniak, ale zdrowy! Wojciech Bryda

Przyzwyczajeni do nazywania wszelkich przejawów zainteresowania jakąś tematyką maniami, nie zdajemy sobie sprawy, że jeszcze 150 lat temu określenie to mogło być dla kogoś nieprzyjemne, a  nawet obraźliwe.

Z

naczenie wyrazów występujących w  języku zmienia się nie tylko na przestrzeni stuleci, lecz nawet w ciągu kilku lat – na naszych oczach. Częstą przyczyną tych nagłych przemian są czynniki pozajęzykowe: psychologiczne, socjologiczne, historyczne, a  także wpływ mediów. To od nas, użytkowników języka, zależy sposób używania danego słowa. Wśród najczęstszych procesów neosemantyzacyjnych (bo o  takich należy mówić) wyróżnia się: przesunięcie znaczenia, generalizację (uogólnienie), specjalizację (zawężenie) oraz zmianę nacechowania stylistycznego wyrazu. Wydawać by się mogło, że pojęcia mania zmiany takie nie dotyczą. Przyjrzyjmy się mu jednak dokładniej1. Na początku było szaleństwo Słowo mania należy wywodzić od greckiego manía, oznaczającego 'szaleństwo' (zapożyczonego być może za pośrednictwem łaciny). Z takim też znaczeniem weszło ono do języka polskiego. Niestety, niemożliwe jest dokładne określenie, kiedy leksem ten pojawiał się w użyciu, jednak już w Słowniku jęz yka polskiego2 Samuela Lindego (wydawanym w latach 1854–1857) czytamy, że jest to: „Zapalczywość albo szaleństwo pochodzące z gorącości mózgu, bez gorączki, mieszające imaginacją”. Także nieco późniejszy Słownik Wileński3 (z roku 1861) podaje, że mania to: „1) wariacja, pomieszanie umysłu, gorączka z  bredzeniem. […] 2) żądza, namiętne 1 Artykuł ten jest przekształconym fragmentem pierwszego rozdziału mojej pracy licencjackiej z filologii polskiej pt. Od koniomanii do małyszomanii, od brontofobii do adamofobii. Historia -manii i -fobii w jęz yku polskim, powstającej pod kierunkiem dr Jolanty Klimek (jej ukończenie planowane jest na rok 2012). 2 S. B. Linde, Słownik jęz yka polskiego, t. 1-6, Wilno 1854-1857 (wydanie fototypiczne: Gutenberg Print, Warszawa 1994). 3 Słownik jęz yka polskiego (zwany Słownikiem wileńskim), oprac. A. Zdanowicz, M. Bohusz i in., t. 1-2, Wilno 1986 (edycja elektroniczna: http:// eswil.ijp-pan.krakow.pl).

20

upodobanie, dziwaczne przywyknięcie”. W  obu przypadkach termin ten wiąże się z zachowaniem całkowicie odbiegającym od normy – chorobą, niezdrowym podejściem do czegoś, a nawet postradaniem zmysłów. Nie można wykluczyć tego, że ludzie cierpiący kilka lat temu na małyszomanię wariowali (w  sensie dosłownym) na widok Adama Małysza, a telemaniaków wciąż trawi gorączka, gdy nie spędzą wystarczająco dużo czasu przed telewizorem. Myślę jednak, że są to rzadkie przypadki. Dużo częściej maniacy są po prostu pasjonatami danej dziedziny. Jaki jest w  takim razie związek pomiędzy współczesnym rozumieniem manii, a jej dawnym znaczeniem? Spróbujmy przyjrzeć się kolejnym etapom ewolucji pojęcia. Ty manio przeklęta! Pierwszej małej rewolucji w rozumieniu manii dokonują autorzy Słownika warszawskiego4 (1900–1927). Wyróżniają tam oni aż cztery znaczenia (w  tym jedno zakwalifikowane do 4 Słownik jęz yka polskiego (zwany Słownikiem warszawskim), red. J. Karłowicz, A. Kryński, W. Niedźwiedzki, t. 1-8, Warszawa 1900-1927. Myszliciel, nr 1 (5)


Językoznawstwo dziedziny lekarskiej); ponadto, wykorzystując termin użyty przez Karla Jaberga5, możemy mówić o amelioracji (polepszeniu) znaczenia ogólnego. W definicji podawanej w Słowniku warszawskim czytamy: Mania, i, lm. e 1. lek. rozstrój umysłu, obłąkanie, obłęd, szał, fiksacja, wariacja, szaleństwo […] 2. szczególna myśl, która oplatała umysł, ćwiek to głowie […] 3. chorobliwe upodobanie, żądza dokonania czegoś albo oddania się czemuś, pasja, słabość, namiętność, pociąg, skłonność […] 4. przekleństwo […]’.

Wyróżnienie znaczenia medycznego pozwala twierdzić o specjalizacji znaczenia, zaś druga i trzecia definicja podana powyżej zbliża nas do współczesnego rozumienia terminu w powszechnej świadomości ludzi. Co prawda w trzeciej definicji wciąż pojawia się określenie chorobliwe, sugerujące, że mania jest wciąż czymś nienormalnym, niewłaściwym, jednak drugie znaczenie pokazuje, że leksem ten zaczyna oznaczać także „myśl, która oplata umysł”. Oznaczałoby to, że koniec XIX wieku to czas, kiedy pojęcie manii zyskuje bardziej pozytywny charakter, choć jeszcze nie do końca zapomina się o  jego pejoratywnym wydźwięku. O tym ostatnim świadczy także czwarte znaczenie: 'przekleństwo' (tu: w znaczeniu 'klątwa, złorzeczenie'). Autorzy słownika podają następujące przykłady użycia: ‘Psia mania. Ty manio przeklęta!’. Trudno stwierdzić, jak silnym przekleństwem była wtedy mania, być może było to określenie używane w sytuacjach, gdy ktoś lub coś, np. jakaś myśl, przywiązywała się do człowieka i  nie dawała mu spokoju (tak jak dziś mówi się o  „myśli przeklętej”), w  celu odpędzenia od siebie natręta. Jednak nawet przyjęcie takiego założenia nie zmienia faktu, że zaliczenie manii do kategorii przekleństw (nie należy mylić z  wulgaryzmami!) jest dość zastanawiające. Chorobliwe zainteresowanie O drugim, większym przełomie w definiowaniu manii możemy mówić w przypadku Słownika jęz yka polskiego pod redakcją Witolda Doroszewskiego6: mania […] 1. bardzo silne, niemal chorobliwe zainteresowanie czymś; upodobanie, pociąg do czegoś; pasja, konik, bzik’ […] 2. chorobliwy stan psychiczny, polegający na nagłych przejściach od podniecenia do depresji i  ześrodkowaniu świadomości na jakiejś określonej myśli, urojeniu […] 3. daw. szaleństwo, obłęd.

Po pierwsze znaczenie medyczne leksemu przesuwa się na dalszą pozycję, po drugie określenie chorobliwy w  definicji zostaje opatrzone przysłówkiem niemal: „bardzo silne, niemal chorobliwe zainteresowanie czymś; upodobanie, pociąg do czegoś; pasja, konik, bzik” [podkr. – WB], po trzecie definicja 'szaleństwo, obłęd' zostaje opatrzona kwalifikatorem dawne. Wszystkie powyższe obserwacje świadczą o tym, że zmieniał się charakter definicji: od ściśle medycznego znaczenia przechodziło się do potocznego, które przestawało być ko5 G. Kleparski, Kierunki typologiczne w badaniach nad zmianą znaczeniową wyrazów, „Biuletyn Polskiego Towarzystwa Językoznawczego”, z. LV, 1999, s. 82. 6 Słownik jęz yka polskiego, red. W. Doroszewski, t. 1-11, Warszawa 19581969. Styczeń – Marzec 2012

jarzone z chorobą (w znaczeniu dosłownym), co poświadcza zarówno zastosowanie przysłówka niemal, osłabiającego wydźwięk chorobliwości oraz wskazanie na szaleństwo i obłęd jako na definicje dawne. Zarówno Słownik jęz yka polskiego pod redakcją Mieczysława Szymczaka7, Praktyczny słownik współczesnej polszcz yzny Haliny Zgółkowej8, Słownik współczesnego jęz yka polskiego pod redakcją Bogusława Dunaja9 oraz Uniwersalny słownik jęz yka polskiego pod redakcją Stanisława Dubisza10, których materiały leksykograficzne opierają się m.in. na Słowniku Doroszewskiego nie podają już w definicji manii określenia chorobliwy. Leksem ten wyjaśniany jest w nich jako przesadne zainteresowanie się czymś czy też bardzo silny i trudny do opanowania pociąg do jakichś rzeczy; i właśnie w ten sposób jest on współcześnie rozumiany. W tej pasji jest szaleństwo Odrzucenie ze współczesnych definicji wyrazów nasuwających skojarzenia z chorobą fizyczną (majaczenie, gorączka, chorobliwość) nie oznacza, że mania całkowicie zatraciła w  znaczeniu swój pierwotny charakter. Według najnowszych definicji wciąż pozostaje ona zjawiskiem innym niż naturalne zachowanie, jakąś przesadą. Pasja, często nazywana po prostu manią, staje się czasem tak silna, że odnajduje się w  niej wręcz oznaki szaleństwa. Bo czy można mówić o  tym, że wszystko w  porządku w  przypadku nadmiernego (!) zainteresowania Unią Europejską (euromania) lub nadmierne (!) przywiązywanie wagi do dokumentów ( papierkomania)? Ponadto w języku pozostają w użyciu leksemy specjalistyczne (z  dziedziny medycyny), które odnoszą się wprost do zaburzeń psychicznych, np. nadużywanie leków (lekomania), uzależnienie od narkotyków (narkomania). Mimo że wiele nowopowstałych manii to wyłącznie wynik poczucia humoru pewnej grupy ludzi, należy pamiętać o semantycznym rodowodzie manii, od którego całkowicie się nie odcięliśmy. I w myśl powiedzenia – „co za dużo, to niezdrowo” – zachowywać umiar we wszystkim, co robimy, by żadna pasja nie stała się prawdziwą (medycznie rozumianą) manią. ■

7 Słownik jęz yka polskiego, red. M. Szymczaka, t. 1-3, Warszawa 19781981. 8 H. Zgółkowa, Praktyczny słownik współczesnej polszcz yzny, t. 1-50, Poznań 1995-2005. 9 Słownik współczesnego jęz yka polskiego, red. B. Dunaj, Warszawa 1996. 10 Uniwersalny słownik jęz yka polskiego, red S. Dubisz, t. 1-5, Warszawa 2003.

21


Przemyszlenia Językoznawstwo

Jak mówić, by nic nie powiedz

Niejeden z nas, oglądając wieczorne wiadomości lub przysłuchując się wypowiedziom eur polsku i poprawnie gramatycznie, wypowiadają się oni w sposób niezrozumiały dla przecię

S

potykamy dwa typy eurokratów: tych, którzy w swoich wypowiedziach co drugie słowo używają neologizmów typu kohez ja, kodecyz ja czy też subsydiarność, jak również nagminnie posługują się skrótowcami w stylu TEN-T EA, FEOGA czy FEDER, oraz tych, którzy relacjonują unijne wydarzenia za pomocą tzw. „pustych słów” czy też, jak określiliby to studenci, „leją wodę” tak, że ostatecznie nie jesteśmy w  stanie określić faktycznego przebiegu zdarzeń. W takiej sytuacji najistotniejsze jest określenie czy postawa eurodeputowanych względem odbiorców wyrażana za pomocą języka, jakim się posługują, jest świadoma. Innymi słowy, czy ci, którzy powinni być naszymi reprezentantami na arenie międzynarodowej, są w stanie w prosty sposób przekazać swoim wyborcom, co właściwie dzieje się „w tej Unii”, czy może zwyczajnie nie chcą nam tego powiedzieć. Eurożargon a eurolekt Użyty w tytule artykułu termin eurożargon zakłada przekonanie autorki o  niekoniecznie najlepszych intencjach osób posługujących się tą odmianą języka. Jest to związane z istniejącą w języku polskim (i nie tylko) konotacją słowa żargon, do którego przypisywane są takie epitety jak: pejoratywny, niezrozumiały, nieprawidłowy, sztuczny, zdeformowany1. Naukowcy badający żargon wspólnotowy preferują określenie eurolekt (nieistniejące aż do tej pory w  języku polskim) ze względu na jego neutralny charakter. Termin ten został stworzony przez Roberta Goffina jako proste odniesienie do socjolektu – odmiany języka używanej przez klasę lub grupę społeczną, grupę zawodową lub subkulturę. Socjolekt bywa mylony z żargonem, choć ten drugi jest jednym z kilku jego wariantów obok języka zawodowego (profesjolekt lub technolekt) oraz slangu. Żargon wyróżnia się wśród innych odmian socjolektu swoją tajną „naturą”. Jedną z jego pierwszych odmian był żargon więzienny, który służył do swobodnej wymiany informacji pomiędzy więźniami tak, by nie miały do nich dostępu żadne osoby postronne.

Funkcje eurożargonu Zastanówmy się więc, jaki ma cel używanie specyficznego, specjalistycznego słownictwa, skrótów i skrótowców, przydługich zdań, często w stronie biernej oraz nieustanne odwoływanie się do poprzednich dokumentów unijnych, których nieznajomość odbija się na zrozumieniu rozporządzeń i dyrektyw pisanych aktualnie. Pierwsza funkcja eurożargonu to funkcja czysto techniczna. Wraz z  powstaniem Unii Europejskiej zaistniała konieczność nazwania szeregu pojęć i  terminów, które dotąd nie istniały, inne natomiast musiały zostać dostosowane do nowych realiów, mam tu na myśli głównie terminy ekonomiczne czy prawnicze. Nie można zapomnieć również o  tym, że Unia posiada 23 języki oficjalne, dlatego żargon ułatwia porozumiewanie się specjalistom różnych narodowości pracujących nad jednym zagadnieniem. Każda grupa zawodowa czuje potrzebę integracji, za pomocą wspólnego języka zacieśniają się więzy pomiędzy jej członkami, wzmacnia to ich poczucie bezpieczeństwa i odrębności. Co więcej, znajomość eurożargonu dzieli ludzi na tych wtajemniczonych i niewtajemniczonych, tych którzy posiedli wiedzę na temat „sekretu” i tych, którzy nieświadomie stoją z boku i nie mają wpływu na podejmowane przez wspólnotę decyzje. Pracownicy unijni, politycy, wyspecjalizowani w  tej tematyce dziennikarze i każda osoba znająca żargon wspólnotowy ma świadomość dostępu do informacji dla wybranych (mimo że pozornie jest ona przedstawiana wszystkim obywatelom wspólnoty). Jean-Yves Le Gallou, były francuski eurodeputowany ze skrajnie prawicowej partii Frontu Narodowego, ośmiela się nawet porównywać eurożargon do nowomowy stworzonej przez George’a  Orwella w  powieści Rok 1984. Pojęcie nowomowy weszło z czasem do języka potocznego Unijni parlamentarzyści porozumiewają się czasem zupełnie niezrozumiałym dla przeciętnego człowieka językiem.

22

http://www.flickr.com/photos/oxfam/4462288922/;

1 Przedstawiam tutaj kilka definicji terminu żargon z  użyciem przymiotników zacytowanych powyżej (w tłum. Kwiek) : „Sztuczny język używany przez członków danej grupy, którzy nie chcą być zrozumiani przez osoby niewtajemniczone” (Lexique de la terminologie linguistique français, allemand, anglais, italien, par J. Marouzeau. Paris 1961, s.129). Termin stosowany w  przypadku mowy niezrozumiałej, wręcz niepoprawnej (jak wyżej. s.129). Słownik Petit Larousse (Petit Larousse : dictionnaire encyclopédique pour tous, Paris 1992) odnosi termin do „niezrozumiałego języka”. Słownik Nouveau Petit Robert (Le nouveau Petit Robert : dictionnaire alphabétique et analogique de la langue française, sous la dir. de Josette ReyDebove et Alain Rey, du Petit Robert par Paul Robert, Paris 1993) mówi o „języku zdeformowanym”. Myszliciel, nr 1 (5)


Językoznawstwo

http://www.flickr.com/photos/european_parliament/3389785138/;

zieć K atarzyna Kwiek

rodeputowanych, odnosi wrażenie, że choć po ętnego odbiorcy. i jest często przytaczane w kontekście narzędzia, które służy do fałszowania rzeczywistości i narzucania z góry jednej prawidłowej wizji świata. W  języku tym niemożliwe było tworzenie krytycznych opinii na temat rządu (tu: UE), służył on poniekąd do manipulacji tłumem. Według Orwella im mniej rozumiemy z tego, co mówią politycy, tym mniej zadajemy pytań, a  tłum, który nie zadaje sobie pytań, nie myśli, nie jest groźny. „Puste słowa” vs. fakty Co z  odmianą eurożargonu przejawiającą się używaniem tzw. „pustych słów”, co z politykami, którzy potrafią opowiadać godzinami o  misji Unii, choć nie pojawia się tam żaden konkret? Oni również spełniają swoją ważną funkcję w stosunkach dyplomatycznych, raz na jakiś czas, zazwyczaj w  razie potrzeby i  pojawienia się nagłego konfliktu, sytuacji problemowej, mają miejsce spotkania Rady Ministrów wszystkich państw członkowskich. Podstawowym celem spotkań jest omówienie problemu, przedstawienie różnych racji i co najważniejsze – dojście do kompromisu. Presja dotycząca osiągnięcia zgody a  jednocześnie obronienia racji własnego rządu i podtrzymania statusu kraju jest tak wielka, że politycy zmuszeni są do operowania słownictwem mało konkretnym, dającym także nadzieje na osiągnięcie sukcesu w negocjacjach. Rozmowy toczą się godzinami, często przeciągają do nocy lub do rana dnia następnego, zaś w  przerwach zarówno premier Polski, Hiszpanii lub chociażby Francji muszą przekonać media i rodaków do tego, że każdy z nich broni praw swoich obywateli i nawet jeśli osiągnięty zostanie kompromis (z założenia polegający na tym, że każda ze stron musi ustąpić w jakimś punkcie) to i tak właśnie ich kraj jest tym, który skorzysta na tym najbardziej. Eurożargon staje się więc narzędziem wyrafinowanej gry ludzi po części manipulujących prawdą lub ukrywających ją wtedy, gdy jest ona nieprzyjemna. A każdy z nas świadomie lub nie staje się jednym z uczestników tej gry. Pomimo dostępu do pełnej legislacji unijnej, wszelkich glosariuszy, nie interesujemy się tym, o czym za nas (dla nas?) decydują na kolejnych szczytach politycy, bo przecież „i tak nic nie zrozumiemy”, a w razie czego jakiś dziennikarz na pewno podniesie larum. Eurożargon to odmiana języka działająca na pograniczu trzech języków specjalistycznych: biurokratycznego, prawnego i  stosunków międzynarodowych. Zawiera on jednak również wiele cech języka politycznego, musi być więc zawsze w zgodzie z political corectness, czyli poprawnością polityczną. Ma ona w zamierzeniu polegać na unikaniu w dyskursie publicznym stosowania obraźliwych słów i zwrotów oraz zastępowaniu ich wyrażeniami bardziej neutralnymi.

Styczeń – Marzec 2012

Często nazywana jest cenzurą lub też autocenzurą, ponieważ osoba zabierająca głos sama zabrania sobie używania określonych słów czy zwrotów, by nie wyjść na kogoś nietolerancyjnego lub zaściankowego. Prowadzi to do zubożenia języka i  wprowadzania neutralnych, poprawnych politycznie, lecz nie do końca oddających rzeczywistość zwrotów, jak użycie słowa opiekun na określenie któregoś z rodziców. W odniesieniu do eurożargonu zwroty, których należy unikać to te, mogące być odebrane negatywnie przez mniejszości narodowe, religijne lub seksualne. Należy także zaznaczyć, że nie istnieje jeden eurożargon czy też eurolekt (tacy badacze jak Goffin, Guenova czy Mori używają tych pojęć zamiennie), lecz tak jak Unia posiada 23 języki oficjalne, tak istnieją też 23 nieoficjalne eurożargony. Przy czym rola eurożargonów angielskiego i  francuskiego jest tu kluczowa, gdyż interferują one ze sobą nawzajem, w konsekwencji czego pojawiają się hybrydy językowe – neologizmy powstałe z cząstek wyrazowych należących do obu języków. Wszystkie pozostałe eurożargony stają się z braku odpowiedników jedną wielką kalką językową na poziomie semantycznym lub syntagmatycznym. Europanto Mając pełną świadomość faktu, że eurożargon może być postrzegany przez studentów jako zjawisko nudne i mało kreatywne, warto przedstawić jego ostatnią, choć nieformalną, funkcję ludyczną polegającą na traktowaniu języka w sposób humorystyczny i komizmotwórczy. Diego Marani (tłumacz w Radzie Unii Europejskiej) stworzył w 1996 r. europanto. Słowo to z języka greckiego znaczy wsz ystko w  euro i  początkowo miało oznaczać rodzaj żartu, gry słownej stanowiącej jednocześnie parodię eurożargonu. Europanto jest to sztuczny język, nieposiadający reguł gramatycznych, który polega na mieszaniu słów głównych języków europejskich. Statystycznie pojawia się w nim 42% słów pochodzenia angielskiego, 38% pochodzenia francuskiego, 15% z innych języków, podczas gdy 5% słów zostało stworzonych przez samego autora2. ■ 2 [dostęp on-line: 16.02.12:] http://dictionary.sensagent.com/europanto/cs-cs/

23


Portrety pięciu Elżbiet Anna R adziszewsk a

Dawniej płeć piękna pojawiała się w literaturze wtedy, gdy przywoływano jakąś muzę lub zwracano się do ukochanej. Dopiero w Oświeceniu wskazano na słabości kobiet.

A

ż dziw pomyśleć, że kobiety nie były kiedyś tak popularne w literaturze. Owszem, zajmowano się płcią piękną, ale przede wszystkim wtedy, kiedy chciano odwołać się do jakiejś muzy, gdy opiewano atuty swojej wybranki, często wyimaginowanej lub nakreślonej przez autorów w  sposób całkowicie wykreowany. Przełamywanie tej bariery następuje w Oświeceniu, gdy pisarze posługując się pamfletem1 chcą zaznaczyć, że kobiety nie są pozbawione swoich słabości. Tomasz Kajetan Węgierski napisał pięć krótkich utworów epigramatycznych zatytułowanych Portrety pięciu Elżbiet. Ignacy Chrzanowski widzi w  tym wierszu odpowiedź na bezimienną Odę do ojcz yzny na dzień 19 listopada w roku 17742. Juliusz Gomulicki zgadza się z tym, że tekst został napisany na dzień 19 listopada, z racji imienin Elżbiet3, jednak nie 1 Pamflety, podobnie jak satyry, ganią zachowania i  postawy

posługując się ironią, krytyką, absurdem, jednak dotykają osoby znanej w życiu publicznym. Często to bezpośrednie wymienienie napotyka na zapis niejasny, zawierający jakiś pseudonim czy kryptonim, a  wtedy żeby rozszyfrować intencję utworu należy znać szerszy kontekst, rozumieć koncepcję oddaną przez pisarza. 2 I. Chrzanowski, Z dziejów satyry polskiej XVIII wieku, Warszawa 1909, s. 93, przyp. 3. 3 Panująca wtedy w kraju żałoba narodowa nie stanowiła przeszkody, żeby urządzić na Zamku przyjęcie na cześć ulubienic króla. J. W. Gomulicki, „Portrety pięciu Elżbiet”, „Stolica” 1960, nr 47.

24

w roku 1774, ale dwa lata później. Panie raczej nie oczekiwały takiego prezentu… Wpływ na króla Stasia Od jakiego czasu w  naszej historii mówi się o  pojawieniu Elżbiet? Cztery z nich w początkowych latach zasłynęły znacząco w salonach Stanisława Augusta Poniatowskiego, a były to: Izabela Elżbieta Branicka z Poniatowskich, Izabela Elżbieta Czartoryska z Flemingów, Izabela Elżbieta Lubomirska z Czartoryskich oraz Izabela Elżbieta Sapieha z Branickich. Gdy do tej grupki bliskich królowi „przyjaciółek” dołączyła najmłodsza – Izabela Elżbieta Potocka z  Lubomirskich – i wszystkie Elżbiety zaczęły od 1774 roku pojawiać się równocześnie na dworze, weszło w użycie określenie: „pięć Elżbiet warszawskich”4. Wszystkie je łączyło bywanie w salonie u króla Stanisława Augusta i prowadzenie życia skandalistek, „które poprzez salony i  alkowy miały bardzo silny wpływ na króla Stasia”5. Przyglądając się Portretom pięciu Elżbiet nie dowiemy się za wiele, jeśli nie znamy szerszego kontekstu. Nawet nagłówki typu „P. K. H. P. Krakowska” czy „X. G. P. Xiężna Generałowa Podolska” nic nam nie powiedzą, jeśli 4 Tamże. 5 S. Szenic, W  sprawie „Pięciu Elżbiet” K. Węgierskiego, „Odrodzenie” 1949, nr 29. Myszliciel, nr 1 (5)

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/f/f2/Izabela_Potocka_jako_Polihymnia.jpg; http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/c/cd/The_Blue_Marquise.jpg;http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/f/f5/Izabela_Branicka.jpg

Literatura Poezja


◄ Od prawej: I. E. Potocka z Lubomirskich, I. E. Lubomirska z Czartoryskich, I. E. Sapieha z Branickich, I. E. Branicka z Poniatowskich, I. E. Czartoryska z Flemingów.

nie rozszyfrujemy kryptonimów, które dla ówczesnych czytelników były znacznie łatwiejsze do zrozumienia. Skąpa i niewierna Pani Krakowska to Elżbieta Branicka z  Poniatowskich, starsza siostra króla Stanisława. Została scharakteryzowana jako skąpa, interesowna, którą „wzrusza” król-brat. Stanęła za swoim mężem – Janem Klemensem Branickim, gdy ten starał się o koronę królewską, jednak gdy mu się to nie udało, razem osiedlili się na białostockim dworze, który przyćmiewał inne współczesne dwory. Po śmierci męża wróciła do Warszawy, gdzie miała ogromny wpływ na wydatki swojego brata – można powiedzieć, że „pomagała” mu zarządzać jego finansami. Gomulicki określa ją słowami: „łatwo obiecywała, rzadko dotrzymywała”6. Druga z  bohaterek – Księżna Generałowa Podolska to Elżbieta Czartoryska z Flemingów – uszczypliwa, a w dodatku w  tym dowcipie bystra. Ponadto piękna, dziwaczna, „płocha” i niewierna, a jej emocje i uczucia zależne były od humoru. Do jej romansu z  królem przyczynił się w  dużej mierze mąż, który sam woził Elżbietę wieczorem do zamku. Trójka jej dzieci poczęta została przez trzech rożnych mężczyzn (mówi się o Stanisławie Auguście, ambasadorze Repninie i księciu de Lauzun), jednak zostały one uznane przez męża – Adama Kazimierza. Gdy jej mąż, a także marszałek Stanisław Lubomirski doszli do władzy w „Familii”, Czartoryska musiała współpracować ze swoją dotychczasową rywalką – Elżbietą Lubomirską, siostrą swojego małżonka. Czartoryska stała się także, jak pisze Stanisław Szenic, „jedną z najbardziej cenionych matron polskich” 7. Intrygantka Trzeci epigramat poświęcony jest szwagierce Czartoryskiej, czyli Elżbiecie Lubomirskiej, zwanej Marszałkową Koronną. Ta również żywiła silne uczucie do króla Stanisława, de facto swego ciotecznego brata, a  gdy ten ją odrzucił, znalazła sobie nowego kochanka, pisarza polnego koronnego – Rzewuskiego. Mimo to ciągle szukała nowych mężczyzn, w  szczególności znajdowali u  niej miejsce ludzie znaczący i  obcokrajowcy, jak np. kawaler maltański Maisonneuve. Węgierski do wersu: „Niemało wyświadczyła Domowi Nowemu” czyni przypis: „Nazwisko Francuza Maisonneuve – szambelan faworyt (podaję za Karolem Estreicherem, Biblioteka Klasyków Polskich)”8. W  innej edycji znajdziemy przypis „Je demande pardon pour la platitude”9, co można przetłumaczyć jako “wybacz mi/przepraszam za przeciętność”, kierowane bezpośrednio do wspomnianego już Francuza. Czartoryską bawiło wymyślanie intryg, za które 6 J. W. Gomulicki, dz. cyt. 7 S. Szenic, dz. cyt. 8 W. Błahut, Jeszcze o „Elżbietach” K. Węgierskiego, „Odrodzenie” 1949, nr 26. 9 T. K. Węgierski, Portrety pięciu Elżbiet, [w:] tegoż, Wiersze wybrane, Kraków 2002. Styczeń – Marzec 2012

często płaciła wysoką cenę10. Dużo podróżowała, zaniedbując przez to męża i dzieci, a „całe swoje uczucie umieszczała w pięknych budowlach i dziełach sztuki”11. Najlepsza, choć zdradziła Elżbieta Potocka z Lubomirskich, najmłodsza z grona dam, nazywana Pisarzową Litewską dostaje same komplementy: za wdzięk, urodę, dowcip i  cnotę. Według Gomulickiego Węgierski musiał do niej wzdychać nocami, skoro jedynie ją w swoim wierszu oszczędził, a rogi doprawił jej mężowi, pisarzowi Potockiemu. Aż dziwne, że młody artysta nie miał nic do zarzucenia dwudziestotrzyletniej mężatce, ale podkreśla to tym bardziej wielbiącym, niźli hańbiącym opisem, wyróżnieniem jej na tle reszty „Elżbiet warszawskich”. Kosztowna kochanka Jako ostatnia jest opisywana Elżbieta Sapieżyna z  Branickich. Tytuł Księżnej Wojewodziny Mścisławskiej pochodzi od funkcji drugiego męża (z pierwszym Janem Sapiehą po trzech latach rozwiodła się, by poślubić innego mężczyznę, również z  rodu Sapiehów), wojewodzicy mścisławskiego. Jako „jedna z najkosztowniejszych kochanek króla Stasia”12 potrafiła znacznie uprzykrzyć mu życie, stale o sobie przypominając, grożąc, wymyślając intrygi i ściągając od niego wysokie kwoty. Wszystko potrafiła rozplanować i  dobrze zarządzać nie tylko sobą, ale i innymi. Złamać konwenanse Młody Węgierski bywał na dworze, poznał więc i  pojął panującą tam sytuację. Możemy się domyślić, że to przełamanie konwenansów wywołało na Zamku wielką wrzawę. Tym bardziej przeczytanie epigramatów podczas imienin. Gomulicki opisuje to w ten sposób: Mężowie i  Elżbiety rozgniewali się strasznie. Koźmian: „Groziły mu rózgami, postarały się, że wiersze jego przez kata na Rynku spalonymi zostały”. Stanisław August i  książę Adam cofnęli mu swoją protekcję, Marszałek Lubomirski począł go teraz stale i  konsekwentnie prześladować, a  Ignacy Potocki – nie mogąc darować poecie słodkich westchnień do pięknej Pisarzowej (no i tego „bakałarza”) – odpowiedział mu równie złośliwym wierszem13.

Przytoczę dwa ostatnie wersy wiersza Odpowiedź pięciu Elżbiet Ignacego Potockiego, które pomogą uzmysłowić jego złość: Godzieneś, cny poeto, by cię Muzy rosą Helikońską skropiły, co ją w kroku noszą!14 ■ 10 „Jedną z jej największych intryg przeciwko królowi była głośna sprawa majorowej Dugrumowej: Lubomirska wydała przeszło milion złp, aby udowodnić, że majorowa Dugrumowej była nasłana przez króla, celem otrucia księcia Adama Czartoryskiego. Intryga, zapoczątkowana pomyślnie aresztowaniem kamerdynera królewskiego, starosty Ryxa i adiutanta generała Komarzewskiego spaliła na panewce, a marszałkowa opuściła Polskę na stałe.” S. Szenic, dz. cyt. 11 J. W. Gomulicki, dz. cyt. 12 S. Szenic, dz. cyt. 13 J. W. Gomulicki, dz. cyt. 14 Tamże.

25

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/53/Izabella_Poniatowska_Branicka.jpg;http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/1/12/IzabelaCzartoryskaMuzeumLiteratury.jpg

Poezja


Literatura Recenzja

Wirtualny proces Długosza Ewa Żydek

Bardzo prostym językiem, ale nie pozbawionym prawniczego słownictwa, nadającego sprawie autentyczności, został opisany wirtualny proces, w  którym oskarża się Jana Długosza o subiektywizm historyczny, zakłamania i plagiaty.

T

en proces powinien się wreszcie odbyć. Nie dlatego, by pastwić się nad najwybitniejszym polskim kronikarzem i rażącymi błędami popełnionymi przez niego, lecz w imię prawdy historycznej. Tworząc wiekopomne dzieło, Jan Długosz z premedytacją przeinaczał lub przemilczał niektóre wydarzenia w  dziejach Polski, zmieniał fakty historyczne, krzywdząc niekiedy bohaterów swoich Roczników, cz yli kronik sławnego Królestwa Polskiego, ale przede wszystkim wypaczają sens ich postępowania. Poprawiał historię tak, jak było mu wygodnie. [...] Gdyby proces Jana Długosza odbywał się w naszych czasach, w XXI wieku, to mógłby przebiegać właśnie tak.1 Proces dotyczący Jana Długosza odbył się na łamach książki Andrzeja Zielińskiego – doktora nauk politycznych, dziennikarza i historyka – który na potrzeby owego procesu wskrzesił historyczne postaci najbardziej skrzywdzone przez kronikarza, aby te mogły dać świadectwo prawdzie minionych wieków. Historia podkolorowana We wstępie swojej książki Zieliński przedstawia krótki stan badań, dotyczący europejskiego i polskiego dziejopisarstwa. Wymienia najpierw zagranicznych „kronikarzy” jak Widukind z  Korbei, Ibrahim Ibn Jakub czy Konstantyn Porfirogenety, podając tytuły ich dzieł, w  których znajdują się, często szczątkowe, informacje o dziejach Polski. Następnie przybliża kształt i treść pierwszej polskiej kroniki, napisanej w XII wieku – Kroniki polskiej Galla Anonima, która powstała prawdopodobnie na podstawie rozmów prowadzonych na dworze królewskim między samym kronikarzem a przebywającymi tam „sędziwymi Polakami”. Zakłada się więc, że doszło do zakłóceń w porozumieniu między stronami, gdyż Gall nie znał ojczystego języka Polaków, ci z kolei nie znali dobrze łaciny. Tak więc dzieło przez niego stworzone także nie jest wolne od błędów, uproszczeń czy przeinaczeń. Także Wincenty Kadłubek udoskonalił pewne fakty oraz, jak nazywa to Zieliński, „gorliwie zajął się tworzeniem nowych zdarzeń historycznych, wyłącznie dla potwierdzenia swojej wizji najstarszych dziejów Polski”(s. 20). Nie tylko więc głównemu oskarżonemu w tej sprawie zarzuca się kłamstwo przy tworzeniu kroniki, ale także jego poprzednikom, którzy 1 A. Zieliński, Oskarżony Jan Długosz, Warszawa 2011, s. 5. Wszystkie pozostałe cytaty podaję według tego wydania. Stronę umieszczam w nawiasie po cytacie.

26

podjęli się podobnego przedsięwzięcia. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że istnieli jednak kronikarze, których relacje moglibyśmy uznać za wiarygodne. Był wśród nich Marcin z Opawy, którego dzieło nie zachowało się do dzisiejszych czasów. Oprócz niego wymienia autor jeszcze Wincentego z Kielczy czy Piotra z Byczyny. Niestety, dla większości polskich kronikarzy liczyła się bardziej forma i sensacyjność historii niż autentyczne dzieje. Zieliński zarzuca im, zwłaszcza Gallowi Anonimowi i Wincentemu Kadłubkowi, a pośrednio także Janowi Długoszowi, iż „traktowali pisanie kroniki jako popis własnej erudycji” (s. 27). Znieważenia, plagiaty, fałszywe zeznania Sąd otwiera sprawę z  powództwa interesu społecznego przeciwko kronikarzowi Janowi Długoszowi. Jako pierwszy głos ma oskarżyciel, który przedstawia krótko sylwetkę oskarżonego, podając najważniejsze informacje o  jego rodzinie i  pełnionych przez niego funkcjach. Przedstawia (brak personaliów prokuratora) w tym miejscu akt oskarżenia, mówiący o zniewadze, fałszywych zeznaniach i oświadczeniach, a także o plagiatach i wielu innych wykroczeniach tego typu. Wszystkie oskarżenia podparte są współczesnymi artykułami kodeksów karnych. Wielokrotnie zarzuca mu się subiektywizm na rzecz obiektywizmu historycznego. Za karygodne uważa się także wypisywanie nieprawdy o osobach już nieżyjących, a więc nie mogących bronić swego dobrego imienia. Proces miał więc być też szansą dla nich, by mogły przedstawić własną wersję wydarzeń, przeważnie inną od tej przedstawionej w Rocznikach. Po przeprowadzonej analizie wypowiedzi świadków nie ma wątpliwości, że to, w  jaki sposób zostały przedstawione poszczególne wydarzenia czy osoby, zależało od humoru kronikarza i  jego sympatii bądź antypatii. Zdumiewające jest to, że fałszywe są także jego relacje co do wydarzeń, w których sam uczestniczył. To kolejny powód, dla którego jego dzieło nie powinno być uważane za autentyczne. Świadkowie Prokurator, chcąc potwierdzić wysunięte przez siebie zarzuty, powołuje się na autorytet współczesnych Długoszowi historyków i kronikarzy, którzy już wtedy uważali dzieło Długosza za bajki, wymysły, a jego styl określali szorstkim, język zaś pełnym skażeń i niedociągnięć. Stanisław Sarnicki Myszliciel, nr 1 (5)


Recenzja – przyp. recenzenta). Obrona w swoim wystąpieniu powołuje się na opinie historyków, którzy cenili pracę Długosza. Są to m.in.: Sędziwój z Czechła (uczony, żyjący w czasach Długosza), Jan Dąbrowski (prof. Uniwersytetu Wileńskiego i  Jagiellońskiego, znawca dziejopisarstwa) i  Julia Mruk (znawczyni twórczości Długosza). Ci, a także inni badacze dziejopisarstwa, doceniają próbę ukazania przez Długosza historii Polski na tle innych krajów europejskich, a  błędy przez niego popełnione tłumaczą brakiem dostępu do wiarygodnych źródeł. Ostatnie słowo oskarżonego Do głosu zostaje dopuszczony sam oskarżony. „Podejmując, z boską pomocą, ten wysiłek, wiedziałem z góry, że nie będę chciał być tylko zwykłym annalistą ograniczającym się do podawania dat, imion i  wydarzeń. Pisałem owe księgi naszych dziejów z myślą o pokazaniu także przyczyn i skutków tego wszystkiego, co zostało gdzieś już wcześniej zapisane” (s. 144). Na swoją obronę przytacza też fragmenty Listu dedykacyjnego, poprzedzającego Roczniki, w którym zaznaczył, że trudno jest uniknąć pomyłek przy tworzeniu tak wielkiego dzieła. Celem nadrzędnym jego pracy miało być uchronienie pamięci o narodzie polskim przez zapisanie wszystkich możliwych informacji. Tłumaczy, iż rejestrował wszystko to, o  czym wówczas się mówiło i  pisało. Prosi też historyków, by dzieło jego poprawili i dopełnili. Apeluje, by na bieżąco spisywali dzieje swojej ojczyzny w  celu uniknięcia błędów, które on sam popełnił z braku wiedzy. A. Zieliński, Oskarżony Jan Długosz, Warszawa 2011.

nazwał dzieło Długosza „nieociosanym klocem, wymagającym dopiero obróbki”(s. 41) . Według oskarżyciela, dzieło polegało na uzasadnianiu postawionych przez niego wcześniej tez, a więc jest ono „często pisane kłamstwem”. W  kolejnych pięciu rozdziałach głos mają świadkowie oskarżenia, a są to kolejno: Mieszko II Lambert, Bolesław II, zwany Zapomnianym, Bolesław Śmiały, Wincenty z Szamotuł (wojewoda poznański i  starosta generalny Wielkopolski za panowania Władysława Łokietka) oraz Gniewosz z Dalewic (szlachcic herbu Kościesza). Każdy ze świadków krótko przedstawia swoje pochodzenie w  celu zweryfikowania faktów z tym, co napisał o nich Długosz. Następnie przedstawiają swoje zarzuty. Obrona Dwa kolejne rozdziały to mowa obrony i powołanych przez nią świadków. Tu następuje dopełnienie biografii Jana Długosza, która według obrony została wcześniej przedstawiona pobieżnie, z pominięciem istotnych faktów, m.in. dotyczących edukacji oskarżonego. Pada tu istotne dla sprawy pytanie, mianowicie czy można stosować obowiązujące dziś prawo do osądu osoby żyjącej w średniowieczu? W  oskarżeniu wielokrotnie mówi się o  popełnianych przez Długosza plagiatach, jednak w czasach kiedy on tworzył, nie było żadnych przepisów, które zabraniałyby korzystania z  dóbr intelektualnych innych osób bez podawania źródła (prawo autorskie zostało ukształtowanie w  XIX w. Styczeń – Marzec 2012

Wyrok Sąd, po wysłuchaniu obydwu stron, ogłasza wyrok, przy pełnej świadomości tego, iż niemożliwością jest wymierzanie kary osobie od dawna nieżyjącej. Podaje się więc do publicznej wiadomości przebieg procesu w  formie niniejszej książki. Taki wyrok, choć symboliczny, ma być przestrogą dla wszystkich, którzy przy pracy nad swoimi dziełami historycznymi stosowali metody subiektywne, jak czynił to Jan Długosz. Podsumowują wirtualny proces, bo przecież tylko o takim możemy mówić w  przypadku naszego oskarżonego, został on opisany przez Zielińskiego w sposób bardzo przystępny. Nie brakuje też humorystycznych wypowiedzi dotyczących Jana Długosza, sprzyjających łatwiejszemu odbiorowi książki. Pozycja ta jest ważnym źródłem sytuującym polskie kroniki na tle dziejopisarstwa europejskiego. Cenne są wskazówki autora, dotyczące czytania średniowiecznych kronik. „Trzeba, biorąc do ręki którąkolwiek z  polskich kronik, najpierw uzmysłowić sobie, w  jakich czasach ona powstawała, kim był piszący, komu służył i od kogo pozostawał materialnie i  duchowo zależny, a  przede wszystkim – skąd czerpał informacje do swoich zapisów” (s. 164). Jak mówi dalej Zieliński, trzeba być krytycznym nie tylko w stosunku do spraw, które dzieją się aktualnie, ale także do tych, które miały miejsce w dalekiej przeszłości. ■ Tekst ten ukazał się na portalu www.historia.org.

27


Felieton Olej do głowy

Czerwony neon Jolanta Prochowicz

28

Myszliciel, nr 1 (5)

http://www.flickr.com/photos/laughingsquid/1130900072/

K

reatywność – słowo, które świeci czerwonym neonem w centralnej części mojej świadomości. Nie pozwala zasnąć. Jest nieznośnie natrętne. Jeszcze kilka lat temu rozumiałam je po prostu jako „twórczy”. Lubiłam to określenie, bo było wytłumaczeniem dla bałaganu na biurku i  pomalowanego różowo-złotym sprayem roweru. Niestety, wraz z końcem dzieciństwa,skończył się też czas, gdy słowa nie miały lepkich marketingowych konotacji. I tak dziś otacza mnie, osobę (o zgrozo!) dorosłą, mnóstwo przedmiotów, które ktoś kreatywnie mi sprzedał, rozmawiam na tematy, które ktoś wykreował. Cała masa ludzi na kreatywnie brzmiących stanowiskach, takich jak copywriter czy head of creative, dba o to bym czuła się wyjątkowa. Gdyby jednak chodziło tylko o to, nie byłoby najgorzej. Ale nie wystarczy, bym ja tę kreatywność sobie biernie przyswajała, bym cieszyła się w  samotności niepowtarzalnością reklamy proszku do prania przygotowaną dla mnie przez kreatywny „team” najbardziej kreatywnej agencji reklamowej w Polsce. To zbyt mało. Ja też muszę być hasła, które wydają się ludziom absurkreatywna. Z  każdą pisaną linijką Z  każdą pisaną linijką tekstu, dalne lub porażająco mądre” – dodaje tekstu, z  każdą wypowiedzią publicz- z każdą wypowiedzią publiczną, z miną znawcy. ną, wpisem na Facebooku, muszę być wpisem na Facebooku, muszę Cóż, czerwony neon nigdy nie gakreatywna coraz bardziej i  bardziej. być kreatywna coraz bardziej śnie. A  ja nie mam pomysłu. Zbyt Nikt nie lubi przecież nudnych tekstów i bardziej. wiele tej kreatywności wokół mnie. i  nieciekawych ludzi. Nikt też takich W  rzeczywistości, gdzie wszystko jest ludziom nie zatrudnia, a już na pewno chwytliwe, niepowtarzalne i  kreatywnie w tzw. „sektorze usług”. ne, wszystko wydaje się tak samo tanie. Wzdycham smutno. Hegel nie musiał być kreatywny. Nie Zacierają się subtelności, intrygujące gry słów stają się do musiał być kreatywny ani Arystoteles, ani Kartezjusz. Nie bólu wyświechtane, każda idea natychmiast zostaje przemiemusieli dodawać w tytułach „słów kluczy”, które najczęściej lona na „czterowyrazowe hasło”. wyszukują internauci. Nie pisali też intrygujących leadów. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że wkrótce „zwyczajność” Nikt im nie wycinał z tekstu trudnych słów. Mogli pozwolić będzie modna, a rzetelność intelektualna stanie się popularsobie na snobizm nudy. Szczęściarze. nym trendem. Ktoś to musi jednak na nowo wymyślić, do„No i kto ich teraz czyta?!” – śmieje się z moich niezdarbrze opakować i sprzedać. Oby stało się tak wkrótce. Tymnych przykładów znajomy copywriter. „Jeśli chodzi o filoczasem „Be creative!” – nie ma innej rady. ■ zofię, to sprzedają się krótkie, wycięte z klasycznych tekstów


Z braku laku

Ars medica Michał Rozmysł

Zastanawiałem się kiedyś nad tym, czy w naukach ścisłych można odnaleźć jakieś elementy sztuki. Czy technika ma w  sobie coś z  artyzmu? Gustave Flaubert odpowiada pośrednio na pytanie. Jeżeli w każdym elemencie rzeczywistości można doszukać się poezji, tak również i nauka staje się jej przejawem, czy jako inspiracja, czy jako cel sam w  sobie. Francuski powieściopisarz mówi jedynie o  poezji, ale pośrednio jego wypowiedź odnosi się do kategorii sztuki. Synekdochiczna interpretacja – części (poezji) jako całości (sztuki) – jest tutaj w pełni usprawiedliwiona. Przyczynek do tego tekstu jest całkiem błahy – w jednym z popularnych medycznych seriali produkcji amerykańskiej do szpitala przyjeżdża rytownik ze zmasakrowaną po wypadku ręką. Zawiązuje się krótki wątek: wartość sprawnej dłoni dla artysty. Lekarze rokują, iż nie ma szans na uratowanie. Znajduje się jednak ambitny chirurg ortopeda, który podejmuje się wyzwania zrekonstruowania zmiażdżonych kości, na koniec kwituje swoje dokonania: „I’m an artist too”2. To jedno krótkie zdanie, o dość małostkowej proweniencji oraz cytat z Flauberta naprowadziły mnie na odpowiedź do zadanego wcześniej pytania. Czy w medycynie, która niezaprzeczalnie korzysta z osiągnięć naukowych w dziedzinie fizyki, biologii, chemii i szeregu innych nauk ścisłych, można odnaleźć kategorię piękna? Jak najbardziej! Czym jest rekonstrukcja zniszczonych kości, jeżeli nie czymś na kształt pracy architekta, dla którego materiałem jest ludzkie ciało, połączone ze stopami różnych metali? Współczesna medycyna umożliwia sztuczne uzupełnienie utraconych organów – protezy nóg, rąk, dłoni, uszu, oczu, nosów, genitaliów – dzięki inkorporowaniu do ciała ludzkiego materiałów nieorganicznych – akrylu, szkła, porcelany, nylonu, metalu. Wszystkie z  tych materiałów mogą służyć równocześnie za materiał dla pracy artysty. Jednym ze szczytowych osiągnięć w dziedzinie rekonstruowania ciała przy wykorzystaniu zasobów nauk przyrodniczych jest przełomowe dokonanie – hodowla sztucznej kości przez naukowców z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie3. Kolejny przykład kunsztu medycyny: naprawa zerwanych naczyń krwio1 G. Flaubert, Correspondance, w: M. Praz, Śmierć, zmysły i diabeł w literaturze romantycznej, Warszawa 1974, s. 41. 2 Grey’s Anatomy, sezon 8, epizod 6, reżyser: Kevin McKidd, scenariusz: Peter Nowalk, premiera: 20 października 2011 roku, na amerykańskim kanale ABC. 3 [dostęp on-line: 23.02.12] http://www.rmf24.pl/nauka/news-sztucznakosc-z-lublina-robi-swiatowa-kariere,nId,277741 Styczeń – Marzec 2012

http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Vitruvian.jpg

Niegdyś uważano, że cukier otrzymuje się wyłącznie z trzciny cukrowej – dzisiaj zaś nie wyrabia się go z niej prawie wcale. To samo dotyczy poezji: czerpmy ją z czegokolwiek, gdyż znajduje się we wszystkim i wszędzie. Flaubert1

Człowiek witruwiański Leonarda da Vinciego. Rysunek jest ilustracją do dzieła Witruwiusza O architekturze ksiąg dziesięcioro, traktatu o proporcjach ludzkiego ciała.

nośnych, która przypomina misterny trud koronczarek. Najlepszym przykładem będzie tutaj praca przy „naprawie” serca – przeszczep – żmudne łączenie i dopasowywanie tkanek pochodzących z  dwóch odrębnych organizmów. Cały obszar chirurgii plastycznej nie jest przypadkiem szczytem dokonań w dziedzinie rzeźbienia żywej tkanki? Medycyna ma wiele cech sztuki, m.in. elitarność. Tak jak obrazy najwybitniejszych malarzy osiągają rekordowe ceny na aukcjach, tak i najlepsi specjaliści zasypywani są niebotycznymi sumami za swe usługi. Medycyna jest również awangardowa – ścieżki wyznaczają najbardziej odważni i nowatorscy naukowcy, którzy nie boją się ryzyka, podchodzący czasem do swej pracy z szaleńczym zapałem godnym artysty. Medycyna, jak i sztuka w klasycznej formie, miała przynosić ukojenie, a dziś – sztuka ma być przede wszystkim praktyczna, cechować powinna się użytecznością, jak i medycyna, dzięki której każdy może skorzystać nie tylko z  gamy zabiegów niekoniecznych dla ratowania życia, ale także z tych dla zaspokojenia swej własnej próżności i przyjemności. Krótkie rozważania o analogii medycyny i sztuki, chciałbym zakończyć cytatem osobistości, która najpełniej połączyła obie dziedziny – Leonarda da Vinciego, który zwrócił uwagę na kolejną cechę przynależną medycynie i sztuce: zwątpienie, którego brak prowadzi do szarlatanerii i epigoństwa. Powiedział on: „Artysta nie osiąga nic wybitnego, jeśli nie wątpi w siebie i czasem się nie zawaha”4. ■ 4 [dostęp on-line: 23.02.12] http://www.historia-powszechna.yoyo.pl/ cytaty/a.php?a=90

29



"Myszliciel" nr 5