Page 1

OD AUTORA

ROZDZIAŁY: I – IV Cztery pierwsze rozdziały książki „Nauczyciel Sztuki” są dostępne w internecie dla każdego. Można je bezpłatnie pobierać, czytać, zapisywać, gdzie się chce, przekazywać innym, drukować, cytować bez umiaru i w ogóle robić z nimi różne rzeczy, których na ogół wydawnictwa zabraniają robić z fragmentami swoich książek...


OD AUTORA

Jest rok 2012. Upalne lato rozgrzewa do białości zabytkowe uliczki Salamanki. Miguel De Los Reyes siedzi przy kawiarnianym stoliku i lawiruje ekranem swego iPada tak, by złapać cień markizy i odczytać wyniki wczorajszego testu z filozofii. Za chwilę kelnerka przyniesie zmrożoną colę. Trącony nieuważnie stolik przechyla się i pusta szklanka rozpryskuje się o bruk. Jakaś przechodząca obok dziewczyna taksuje Miguela gniewnym spojrzeniem, ale nie zwalnia kroku. Zanim zniknie za rogiem, kelnerka będzie już zmiatać szkło i z uprzejmym uśmiechem odmówi przyjęcia dwóch euro za stratę; to nic, szkło się tłucze, wiadomo. Na tym koniec. Za chwilę nie będzie śladu po całym zajściu. Czy na pewno? Może tamta dziewczyna, odwracając się na moment ku stłuczonej szklance, straciła szansę skrzyżowania spojrzeń z nadchodzącym właśnie z przeciwka trzydziestoletnim programistą z Bayonne, Francisem Le Bourge. Więc on nie rozpozna jej wieczorem w winiarni, nie poprosi do tańca i o drugiej w nocy nie wylądują w jej dusznym pokoiku nad księgarnią przy Calle de San Juan. Stłuczona szklanka sprawiła, że Le Bourge spędzi tę noc samotnie. Następną także i następną. Sieć przypadków, splątanych przyczyn i nieoczywistych następstw bywa subtelniejsza od pajęczyny i trudno w tym momencie zgadnąć, że za piętnaście lat zgorzkniały

5


i zapiekły w złości programista Le Bourge wywoła największą w historii awarię przemysłową, która pozbawi życia blisko trzy miliony ludzi i uczyni Paryż na zawsze bezludną, toksyczną wyspą. Żywa wyobraźnia podpowiada, że świat wokół nas w każdej chwili może wybrać jedną z tysiąca dróg, że mógł też wybrać jakąś inną trajektorię w dowolnym punkcie przeszłości. I że ci, co żyliby w owym alternatywnym świecie, uważaliby go przecież za jedyny możliwy. Dla autora wymyślanie takiej historii alternatywnej to fascynujące zadanie. Tak rzadko przecież możemy być dumni z naszej prawdziwej przeszłości, w której tyle spraw aż prosi się o to, by przeżyć je ponownie, ale tym razem zupełnie inaczej: mądrzej, piękniej... Jakże by to było na przykład, gdyby szesnastowiecznej Hiszpanii nie ścisnęły wcale rozżarzone kleszcze inkwizycji, a zamiast tego kwitłby tam nadal wielobarwny świat Arabów, Żydów i chrześcijan, świat który w prawdziwej historii zaczęto wypalać żelazem dwieście lat wcześniej? Wystarczy zamknąć oczy, by zobaczyć ową dawną Hiszpanię, w której z jakiegoś stołu spadła szklanka, zmieniając już na zawsze wszystko.

6


ROZDZIAŁ I

G

aspar żuł w milczeniu kawałek pieczeni i spokojnie rozważał taktykę. Poważnych przeciwników było na razie trzech. Ale pozostali konkurenci też mogli zapewne sprawić przykrą niespodziankę. Nie należało nikogo lekceważyć. Szermierz wsparty łokciami o stół patrzył w zamyśleniu w ogień kominka. Płomienie pełgały, oświetlając chwiejnym blaskiem wzór na posadzce. Ważne było, aby ani na moment nie zerknąć w stronę któregokolwiek z rywali. Mogliby to wziąć za tremę. Stokroć lepiej było okazywać obojętność. Nie musiał zresztą patrzeć na nich, miał w głowie wystarczająco dużo spostrzeżeń wychwyconych dnia wczorajszego i dziś od rana. Także teraz, choć nie odwracał wzroku od ognia, w istocie cały skupiony był na nasłuchiwaniu rozmowy Navarrczyka z jakimiś dwórkami. To był właśnie jeden z poważnych przeciwników. Na oko nieco starszy od Gaspara, być może dobiegający już trzydziestki, odgrywający beztroskiego dworskiego bawidamka, ale z całą pewnością doświadczony i niezwykle biegły w Sztuce. Gaspar wyczuwał takie rzeczy przez skórę. Wystarczyło, że widział wczoraj, jak ów szermierz z Navarry (któż by spamiętał dziwaczne imiona tych Basków?), wchodząc do sali audiencyjnej wśród tłumu gości, zrobił nagle prawie niezauważalnie dłuższy krok po skosie i oszczędnym ruchem ręki


zagarnął kibić towarzyszącej mu dziewczyny, usuwając ją z miejsca, gdzie w tym właśnie momencie wyrżnął jak długi pachołek z dzbanem wina. Czerwona kałuża pełna skorup ściągnęła natychmiast uwagę wszystkich, ale Gaspar zapamiętał to, co ważne: potykającego się pachołka Navarrczyk zauważył niemal za swymi plecami i zareagował w ułamku sekundy, z idealną koordynacją ruchów, ani na moment nie usztywniając ciała. Poważny przeciwnik, bez dwóch zdań. Ten człowiek nie był przyuczonym szermierczym rzemieślnikiem. Bask znał Sztukę. Drugim poważnym przeciwnikiem był mestre Pablo Arreola de Salamanca, mężczyzna zażywnej postury, wieloletni fechmistrz na dworze księżnej Eleonory. Zanim odszedł z jej służby, wyuczył był znakomicie obu książęcych synów, a ich obecne umiejętności szermiercze stanowiły najlepszą rekomendację dla mistrza. Jako były książęcy nauczyciel fechtunku Arreola miał prawo używać dożywotnio tytułu Biegłego w Sztuce. Był jednym z dwóch Biegłych wśród stających obecnie w turnieju. Trzecim przeciwnikiem, którego należało traktować z wielką powagą, był – rzecz jasna – dotychczasowy fechmistrz na tutejszym dworze, ciemnoskóry Ibrahim Ibn Zafir. On także należał do Biegłych w Sztuce. Umiejętności szermiercze Maura były legendarne, a teraz wspierała je jeszcze urażona duma. Dwa miesiące wcześniej Ibrahim niepojętym przypadkiem stracił oko w pojedynku i choć przeciwnik przypłacił to życiem, książę Ferdynand i tak przestał bezwarunkowo ufać swemu dotychczasowemu fechmistrzowi. „Nie chcę – rzekł – by mój Filip umiał pokonywać przeciwników, tracąc za każdym razem jedno oko. Książę ma więcej niż dwóch wrogów”. Maur musiał podać się do dymisji i stanąć wraz z innymi do turnieju o stanowisko dworskiego fechmistrza. Na dworze książęcym zagościli nagle liczni pretendenci do zaszczytu, a jednooki Maur przyglądał się

10


każdemu z nich z kamienną twarzą. Zamierzał odzyskać stanowisko i nikt nie wątpił, że ma szansę. Z tłumu innych kandydatów przybyłych na dwór na razie oficjalnie do turnieju zgłosiło się jeszcze czterech. W tej grupie uwagę zwracał potężny rudobrody Amalryk z Courçon, chyba najstarszy wśród pretendentów – zapewne przekroczył już czterdziestkę. Amalryk przybył z północy, nie mówił ani słowa po kastylijsku, ale od biedy dało się zrozumieć jego łacinę wymawianą z dziwnym, twardym akcentem. Bez wątpienia był doświadczonym szermierzem, respekt budziła też jego niedźwiedzia postura. O pozostałych trzech konkurentach, znacznie młodszych, było wiadomo niewiele. Dwaj z nich byli świeżo upieczonymi absolwentami bardzo solidnej Akademii Fechtunku w Burgos, której patronował kalif Salamanki. Gaspar miał już okazję widzieć ich z bronią i nie mógł nic zarzucić ich Sztuce. Trzeci, bodaj najmłodszy z całej stawki, był podobno Tancerzem Miecza, co wśród dworzan wywoływało lekkie drwiny, ale też i ciekawość – od dziesięcioleci nie widziano w tych stronach zapomnianej Sztuki z górskiego klasztoru San Benedicto. Pozostali potencjalni rywale rozglądali się na razie i rozważali, czy w ogóle stawać do turnieju w tak znakomitej obsadzie. Ale nie oni stanowili problem. Gaspar spokojnie analizował sytuację. Z powodu zaskakującej reguły turnieju głównym dylematem taktycznym stała się nagle kolejność wyzwań. Od tego, kto kogo i w jakiej kolejności zaprosi do próby, zależało bardzo wiele. A w myśl reguły każdy mógł wyzwać każdego, ale bynajmniej nie w dowolnej chwili. Robiła się z tego niezła szarada i było się nad czym zastanawiać. Gaspar jeszcze raz powrócił myślami do wczorajszej audiencji. Książę Ferdynand, pan na zamku w Nájera, skinął łaskawie zebranym i uprzejmie pozdrawiał pierwszych pretendentów, gdy wyczytywano ich imiona, lecz w międzyczasie dolewał wina księżniczce Izabeli, wymie-

11


niał jakieś uwagi ze sztywnym jak tyczka posłem angielskim i było widać, że emocje turnieju na razie nie skupiają na sobie całej książęcej uwagi. W istocie turniej dopiero się rozpoczynał. Marszałek odczytywał ustalenia reguły turniejowej: „… potykać się do pierwszej krwi…, pokonany ustąpi z turnieju, a zwycięzca niechaj wyzywa następnego”. Objaśniono, że książę nie życzy sobie pojedynków prawdziwie krwawych. Dla zwycięstwa wystarczy niewielkie draśnięcie, zaznaczające przewagę. Kto by zadał ciężką ranę, o tym będzie wiadomo, iż nie panuje nad bronią lub własną popędliwością, więc nie może uczyć Sztuki. Dalej marszałek objaśniał zawiłą zasadę wyzwań: zrazu każdy może wyzwać każdego, jednak gdy odbędą się już pierwsze pojedynki, dalej wyzywać się wzajemnie mogą tylko ci, co stoczyli równą liczbę walk. Jeśli chce kto wyzwać przeciwnika, który już ma za sobą jedno zwycięstwo, sam najpierw musi też raz zwyciężyć, a to – wyzywając takiego, co podobnie jak on jeszcze nie walczył. Gdy zaś kto wygra dwie walki, musi czekać cierpliwie, aż znajdzie się drugi, co też dwakroć zwyciężył, i ten go dopiero może zaprosić do próby. Ten zaś, kto choć jedną walkę przegra, nieważne ile wcześniej odniósł zwycięstw, odpada ostatecznie z turnieju i nie może ani wyzywać, ani przyjmować wyzwań. Gaspar nie całkiem umiał wyobrazić sobie, w jaki sposób reguła ta ma na końcu sprawiedliwie wyłonić zwycięzcę. Ale nad tym czuwał marszałek, natomiast dla niego ważne było przede wszystkim to, że jedna przegrana walka odbiera dalsze szanse. Trzeba było za każdym razem wygrywać. W tej sytuacji najprzytomniej zachował się mestre Arreola, który natychmiast wyzwał jednego z młodzieńców z Burgos, co obaj potwierdzili objęciem się za ramiona. Młodzieniec aż pokraśniał z dumy, a Arreola zachował nieprzenikniony uśmiech dyplomaty. Gdy chwilę potem Navarrczyk chciał z całym bogactwem protokołu złożyć mu wyzwanie, Arreola odrzekł spokojnie:

12


– Dobrze, panie, ale ów zacny młodzieniec próbuje się ze mną pierwszy. Gdybym go pokonał, z najwyższym szacunkiem dam pole zwycięzcy waszego pierwszego pojedynku. Ale uchybiłbym tu obecnym rycerzom, gdybym śmiał mieć z góry pewność, że to będziecie wy. Więc zaczekajmy. – I skłonił się nisko przed bladym jak ściana rozmówcą. Nagle stało się jasne, że kolejność wyzwań to też pełna przebiegłości gra. Gaspar był niemal pewien, że teraz obrażony publicznie Navarrczyk podejdzie z wyzwaniem do niego lub do Ibrahima. Wyzwanie łatwiejszego przeciwnika oznaczałoby wszak przyznanie, że on sam podziela niepewność Arreoli co do swego zwycięstwa. Ale Navarrczyk zaskoczył wszystkich zgoła inną reakcją. Skłonił się i po prostu odszedł ucztować i podszczypywać dziewczęta. Nie wyzwał nikogo. Wcale nie zamierzał zbyt wcześnie odsłaniać kart. Dalsze wyzwania na razie nie padały. Pozostali kandydaci za przykładem Navarrczyka zajęli się ucztą. Było jednak jasne, że wszyscy w napięciu kalkulują, kogo i kiedy zaprosić do próby. Rzecz wymagała namysłu, tym bardziej że dołączali kolejni konkurenci. Późnym popołudniem do turnieju zgłosił się jeden z najlepszych uczniów Ibrahima Ibn Zafira, wysoki, szczupły i – jak szeptano – niezwykle utalentowany Muntasir al-Mansur. Marszałek miał podobno jeszcze dwa inne zgłoszenia, ale na razie nie było wiadomo czyje. Kolejność wyzwań robiła się tym samym karkołomnie skomplikowana. Zaproszenie trudniejszego przeciwnika i wyraziste pokonanie go mogło zachwiać odwagą innych szermierzy, a wyzywać słabeusza byłoby Gasparowi wstyd. Co innego, gdyby to jemu rzucił wyzwanie któryś z młokosów – cóż, nie miałby wówczas prawa odmówić. To byłby wymarzony początek turnieju – łatwa potyczka bez ujawniania wyższego kunsztu. Lecz by móc zostać wyzwanym przez któregoś z młodzieńców, Gaspar nie mógł zaczynać od innego pojedynku. Przecież jeśli najpierw rozprawi się z któ-

13


rymś z lepszych szermierzy, straci prawo przyjmowania wyzwań od początkujących i będzie mógł mierzyć się tylko ze zwycięzcami innych walk. A więc prawdopodobnie przyjdzie mu toczyć kolejno ciężkie pojedynki z trzema najlepszymi, podczas gdy oni – to możliwe – będą mieli za sobą jedynie lekkie walki z nowicjuszami. To było zupełnie nieopłacalne. Gaspar postanowił więc czekać. Nie mógł się jednak opędzić od myśli o wczorajszej audiencji. Piętnastoletni książę Filip w widoczny sposób nie lubił swego poprzedniego nauczyciela i z wielkim zainteresowaniem przyglądał się jego potencjalnym konkurentom. Kiedy po odczytaniu reguły poproszono gości na biesiadę, książęcy syn nie omieszkał zaprosić niektórych szermierzy do wysokiego stołu, gdzie wypytywał ich ciekawie o Sztukę. Rozmówców dobrał sobie bodajże według wystawności strojów, bo przy stole książęcym zasiedli tylko Arreola i obaj szermierze z Akademii w Burgos. Gaspar odetchnął więc z ulgą. Nie znosił dworskiej etykiety. Zajął się spokojnie pieczenią i winem. Zgodnie z zacnym obyczajem odkrawał też plastry pieczeni dla swej sąsiadki po prawej, dolewał jej wina i bez przekonania chwalił jej urodę, po trosze słuchając toastu, jaki na prośbę księcia wygłaszał właśnie nadworny philosophos. Można było spodziewać się jakichś kwiecistych, przemądrzałych bredni, ale na szczęście uczony poprzestał na toaście bardzo krótkim: mówił o uważności, która jest istotą Sztuki. „Za Sztukę!” – powtórzono ochoczo jego słowa, puchary powędrowały w górę, a potem ku ustom. Tymczasem marszałek zadzwonił w kielich i ogłosił oficjalnie wyzwanie: – Jego Książęca Wysokość Ferdinando Esteban Francisco Manrique de Lara y Cardona, książę Nájera, hrabia Treviño, markiz Aguilar de Campoo – recytował bez zająknienia tytuły swego chlebodawcy – w swej łaskawości zezwala, by w pojedynku w dniu jutrzejszym zmierzyli się…

14


Rozwinął rulon oficjalnego zestawienia turniejowego i odczytywał: – Mestre Pablo Andrea Pedro Arreola de Salamanca i kawaler Isaac Rodriguez Tomasso de Silva y Álvarez. Ogłoszenie pojedynku Arreoli z młodym Izaakiem, prymusem Akademii w Burgos, nie było dla nikogo zaskoczeniem, wyzwanie padło wszak publicznie, więc rzecz została skwitowana tylko zdawkowymi oklaskami. Uczta trwała w najlepsze. Gaspar nalał znów wina sąsiadce. Wino było wyborne i chcąc się nim delektować, musiał napełniać też puchar damie, tak wypadało. „W tym tempie – pomyślał – biedaczka upije się za chwilę”. Faktycznie, dziewczyna opróżniała swój puchar wcale nie wolniej niż on. Damy na dworach potrafiły pijać ostro i zdarzało się wcale nierzadko, iż rozluźnione trunkiem bez ceregieli ciągnęły szermierzy do łoża. Dla niektórych to był chyba rodzaj współzawodnictwa: wytypować trafnie dwóch przyszłych przeciwników w finale i zawczasu przespać się z oboma, by móc potem, chichocząc z przyjaciółkami, porównywać ich techniki szermiercze. Inne znów chętnie nagradzały zwycięzców tuż po pojedynkach, sycąc się zapachem niedawnej walki. Dla jeszcze innych rozrywką bywało pocieszanie pokonanych. Młodzi szermierze na ogół zachłystywali się tym szczególnym powodzeniem. Gaspar miał już ten okres dawno za sobą. Zdążył się nasycić, rozczarować, spróbować znów, rozczarować jeszcze boleśniej. Nie lubił tych zalotów i na szczęście umiał skutecznie bronić się przed nimi. Ale jego sąsiadka wcale nie próbowała go uwieść. Nazywała się Ruth i rozmawiała z nim głównie o turnieju. Opowiadał jej o poszczególnych przeciwnikach, a ona słuchała uważnie, czasem dopytywała o coś lub wtrącała własną zaskakującą ocenę. Kiedy w pewnej chwili wspomniał, że obaj akademicy z Burgos są podobni i mylą mu się ciągle, odpowiedziała spokojnie:

15


– Z kolei ja widzę między nimi same różnice. Izaak, ten co się tak głośno śmieje, to urodzony zwycięzca, promieniuje z niego ambicja i pewność. A ten ładniejszy, Diego… o, to bardziej złożona sprawa. Stara się dorównywać swemu towarzyszowi pewnością siebie, bądź co bądź to Andaluzyjczyk, ale ma głowę zaprzątniętą czymś innym, wydaje mi się, że się czymś martwi. Myślę, że szermierka nie jest jego drogą, może zabrnął do Akademii trochę przez przypadek. Spodziewam się, że akurat on z ulgą przyjmie pierwszą przegraną. Gaspar wzruszył ramionami. On sam dalej nie rozróżniał akademików i nie miał pojęcia, który z nich miałby być niby „ładniejszy”. Lecz uświadomił sobie też, że przecież nawet nie znał ich imion, które ona wymieniła bez kłopotu. Więc nie sposób było zaprzeczać: nie przyjrzał im się dokładnie. A skoro tak, to być może faktycznie przegapił coś ważnego? Postanowił zwrócić baczniejszą uwagę na akademików. Opinia Ruth – choć w pierwszym odruchu nie chciał się do tego przyznać – zaciekawiła go. W ogóle Ruth okazała się bardzo interesującą rozmówczynią. Patrzyła śmiało w oczy, słuchała uważnie, odpowiadała z jakąś ciepłą mądrością, gestykulując przy tym delikatnie. Była w jego wieku, a może nieco starsza. Nie błyszczała urodą, jaką ceni się na dworach, jej piegowatej twarzy nie pokrywała warstwa bielidła, ale kiedy się uśmiechała, robiło się ciepło. Przyłapał się na tym, że od pewnego czasu mówi do niej „przyjaciółko”, jakby znali się od lat, i odruchowo przygląda się ciągle jej ruchliwym dłoniom – było w nich coś magicznego. Westchnął, napełnił oba puchary i podzielił się z Ruth swymi wątpliwościami. Nie sposób przewidzieć, jak ogłoszona dziś rano zawiła reguła wyzwań miałaby wyłonić sprawiedliwie jednego zwycięzcę. Zastanowiła się chwilę i odpowiedziała: – To da się przewidzieć dość dokładnie. Patrz… – I rozsypawszy na stole garść orzeszków ułożyła z nich prosty

16


schemat wyzwań. Dobrane w pary orzeszki oznaczały szermierzy, zwycięzcy przechodzili wyżej, łączyli się znów w pary wyłaniające kolejnych zwycięzców. To było rzeczywiście nieźle pomyślane – na trójkątnym schemacie Ruth było widać dobrze całą złożoność zasady. Gaspar postanowił sobie w duchu, że później przeanalizuje tą metodą własne plany co do kolejności wyzwań. Ucałował jej dłoń ze szczerym podziwem, a ona odwdzięczyła mu się tak pięknym piegowatym uśmiechem, że nagle zapomniał, co chciał dodać. Przytrzymał jej dłoń o ułamek chwili dłużej, niż tego wymagał sam tylko dworny gest. Jedli orzeszki, przekomarzali się i śmiali, chrupiąc kolejnych „szermierzy”. Gaspar sięgnął po dzban z winem, ale pomiarkował się w porę. Na jej pytające spojrzenie mruknął zakłopotany: – Nie powinienem ci już dolewać, przyjaciółko. Piję dziś bez umiaru. Jeszcze chwila i przeze mnie spadniesz pod stół. – A gdy przyzwalająco wskazała jego własny puchar, dodał: – Nie, nie. Nie nalewam tobie, więc sam też nie wypiję. To mądry obyczaj, żeby z obfitości stołu korzystać równo. – Z równością rzecz nie jest aż tak prosta, przyjacielu… – Ruth zamyślona patrzyła gdzieś w przestrzeń, ale zaraz odwróciła się ku niemu i dotykając palcami wierzchu jego dłoni, rzekła wesoło: – Ja ważę niespełna sto trzydzieści funtów, a ty pewnie ze dwieście, może troszeczkę mniej. Niech będzie – przyjrzała mu się bacznie – sto dziewięćdziesiąt pięć. Więc dla mnie te trzy wypite szklanice to sporo więcej niż dla ciebie. Dla sprawiedliwej równości możesz wypić jeszcze śmiało… – obliczyła szybko w pamięci – dobre półtorej szklanicy, taka jest sprawiedliwa proporcja. Nalewajże więc śmiało! I ze śmiechem skłoniła go, by nalał sobie wina, a on już nie protestował. Kręciło mu się miło w głowie i pomyślał, że właściwie nie musi czekać na jakiś szczególny pretekst, żeby znów pocałować tę magiczną, szczupłą dłoń. Ruth jadła właśnie owoc granatu i jej palce miały cierpki smak.

17


Przytrzymał jej dłoń, ale wymknęła mu się delikatnie i pogładziła go po policzku, a potem sięgnęła znów po niedokończoną ćwiartkę owocu. Tymczasem zagrała muzyka i od stołu zaczęły wstawać najpierw pojedyncze, a potem coraz liczniejsze pary, pośrodku sali zaś powoli formował się korowód do pierwszej pawany. Ruth nachyliła ku niemu twarz, na której wino wymalowało już żywe rumieńce, i rzekła, tłumiąc śmiech: – Przyjacielu, widzę po twojej przerażonej minie, że taki sam z ciebie tancerz jak ze mnie tancerka. Uciekajmy więc, wyślizgnijmy się na dziedziniec ogrodowy, nikt nie zauważy, tutaj są boczne drzwi. Wzięła go za rękę. Znała dobrze zamek, wymknęli się, chichocząc jak dzieci umykające z nudnej lekcji greki, pobiegli długim korytarzem i przez boczne drzwi wyszli na wirydarz z fontanną. Usiedli na kamiennej ławie we wnęce ukrytej za krzewem migdałowca. Wieczorne powietrze pachniało mirtem. Gaspar nie puszczał dłoni Ruth, pocałował ją znów i próbował sięgnąć jej ust. Nie uciekła przed nim, ale nie odwzajemniła pocałunku. Objęła jego głowę czułym, niemal matczynym gestem i gładząc go po włosach, skłoniła ku sobie, tak że położył głowę na jej kolanach. W zamyśleniu czesała palcami jego włosy, a Gasparowi wcale nie chciało się przerywać tej dziwnej pieszczoty. – Wiesz – rzekła nagle – muszę ci coś powiedzieć. Ale nie przestraszysz się, dobrze? – Gaspar przytaknął bez słowa i zamknął oczy. – Rozmawia się nam dobrze, naprawdę dobrze – powiedziała cicho – więc wolę, żebyś wiedział od razu. No więc… nie chcę, żebyś był potem rozczarowany… Bo ja… – przełknęła ślinę i zamilkła. Gaspar też nie przerywał ciszy. – To wszystko jest cholernie skomplikowane. Właściwie powinnam chyba zacząć od tego… nie musisz planować sobie tego całego porządku wyzwań. Jutro stanie się coś i wszystko,

18


19


co sobie teraz układasz, będzie już nieważne… – A widząc jego coraz bardziej zdumioną minę, dodała zrezygnowana: – Jestem Widząca. Myślę, że słyszałeś coś o nas i wiesz, w czym rzecz. Widzę przyszłość. Zapadła cisza. Gaspar wciągał w nozdrza wilgotne powietrze pełne zmieszanych zapachów wieczoru. Widząca. No tak… Pewnie, że słyszał. – Tu u nas – mruknął cicho – to chyba nie problem, prawda? Na północy czy we Włoszech pewnie nie mogłabyś mi tego powiedzieć tak po prostu. Ale tutaj nikt nie robi z tego problemu… – Problem jednak jest – rzekła spokojnie – i myślę, że to rozumiesz. Pewnie, że u nas nie płoną stosy. Ale sto pięćdziesiąt mil stąd już płoną. A ludzie wszędzie jednakowo boją się tego, co niezrozumiałe. Nie trzeba jechać do Akwitanii, żeby nasłuchać się bajek o czarach. – E, zazdroszczą i tyle. Każdy by tak chciał. – To nic miłego, wierz mi. To nie tak, że patrzysz na przykład na tę fontannę, a jak ci się znudzi, odwracasz oczy i już. Z przyszłością jest inaczej, pokazuje się, jak chce i kiedy chce. Nie możesz sam skierować wzroku na nic, pokazuje ci się coś, czego sam nie wybierasz. I nie możesz zamknąć oczu ani się odwrócić. Ja – głos jej stwardniał – często widzę coś, czego wolałabym nigdy nie zobaczyć. Nie ma czego zazdrościć, bądź pewien. To potrafi zaboleć bardziej niż wasze zabawy z mieczami. Gaspar milczał przez dłuższą chwilę. – Wiesz, jak mi pójdzie jutro? – spytał wreszcie cicho. – Widzisz to? Przytaknęła bezgłośnie. Czochrała jego włosy jak sierść na karku ulubionego psa z roztargnieniem, przez które przebijała jakaś pierwotna czułość. – Właśnie dlatego rozmawiam z tobą – rzekła. – Jutro zaplącze ci się wokół losu czarny węzeł. Zły dzień. Będziesz

20


wściekły. Tak wściekły, że nie chcę na to patrzeć. Będziesz jak wściekły pies, gotów zagryźć każdego. Gaspar poczuł nagle, że jest mu niewygodnie. Beztroski nastrój gdzieś się ulotnił. – No, nie wiem – burknął. – Co ma być, to będzie. Przez chwilę chciał się podnieść. Nie musi wcale wysłuchiwać dziwacznych obaw Ruth, która nie ma przecież pojęcia o szermierce. A potem pomyślał nagle, że to nie tak. Że ta dziewczyna, która przecież wcale go nie zna, po prostu martwi się o niego. Przejmuje się jego sprawami, którymi od tylu lat nie przejmował się nikt. I że siedzi tu i głaszcze go tak… I już nie chciał się podnosić. Czuł przez suknię ciepło jej uda na swoim policzku. – Ruth… Chłodna dłoń odgarnęła włosy z jego twarzy. – Wiesz, tak mi przyszło do głowy… Bo powiedziałaś sama: rozmawia nam się naprawdę dobrze… Język mi się plącze, przepraszam… A teraz przecież nie będziemy już wracać na ucztę… I pomyślałem, że może bym… Może byśmy… – otarł się policzkiem o jej kolana i dotknął ciepłej sukni wargami. Udo dziewczyny drgnęło niespokojnie, a  wplątana w jego włosy ręka znieruchomiała. Przytrzymywała go teraz ostrożnie jak leżącą na kolanach paczkę. – Nie, nie. To bez sensu, wybacz. Nic nie mówiłem… – poczuł się nagle speszony własnym prostactwem. Cóż za pomysł, żeby po kilku chwilach znajomości… – Widzisz sama, że… że nie powinienem tyle pić – próbował obrócić niezręczność w żart, ale ona położyła mu dłoń na ustach i nie dała dokończyć. Siedzieli przez chwilę w ciszy, a Gaspara ogarniał coraz głębszy, obezwładniający żal do samego siebie. Znów coś zepsuł. Tak nienawidził tej swojej niezdarności. Ale wtedy Ruth powiedziała bardzo cicho:

21


– Cholera. Mam nadzieję, że to nie zabrzmi jakoś głupio… Dobrze. Słuchaj, chodźmy do mnie… I zaczekała, aż do niego dotrze, co usłyszał. A potem nie cofnęła wcale dłoni, kiedy składał w jej wnętrzu długi, ciepły pocałunek.

Y Książę Manrique de Lara przez zmrużone powieki patrzył w ogień kominka. Płomienie obserwowane poprzez rzęsy mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Było to wielce ciekawe zjawisko, warte rozważenia. – Cóż więc radzicie, don Rodrigo? – spytał spokojnie. Ochmistrz nerwowo poruszył się na ławie. Właśnie przed chwilą zrelacjonował księciu niepokojący incydent, o jakim mu doniesiono jeszcze wczoraj wieczorem. Nie lubił przynosić złych nowin, ale tym razem musiał lojalnie poinformować księcia o tym całym zamieszaniu. Tyle że książę był zajęty przez cały dzień i raczył wysłuchać jego relacji dopiero teraz. – Wasza Wysokość! Sądzę, że w rzeczy samej była to młodzieńcza nieodpowiedzialność. A przecie od fechmistrzów wymagamy, że tak powiem, dyscypliny i odpowiedzialności za postępki. Właśnie odpowiedzialności! Jakże taki ma potem układać do szabli młodego księcia, kiedy sam jest, że tak powiem, nieokrzesany? Książę uniósł rękę na znak, że teraz namyśla się nad całą sprawą, więc ochmistrz zamilkł. Był wielkim zwolennikiem porządku i dyscypliny, dbał o nie, może czasami nawet i przesadnie. Zresztą, czy można w ogóle przesadzić z dbałością o porządek? Książę rozważał usłyszaną przed chwilą relację, a don Rodrigo w oczekiwaniu na dyspozycje władcy przypominał sobie jeszcze raz popołudnie, analizując, czy niczego nie zaniedbał i czy zarządził wszystko w sposób należyty. O wczorajszej awanturze z udziałem Gaspara De Los Reyes

22


dowiedział się niemal zaraz po niej i przez cały ranek rozważał, jak ma dopilnować, by ów skory do awantur młodzieniec przynajmniej na uczcie nie wywołał jakiegoś skandalu. Po pierwsze postanowił więc zadbać o to, by Reyes nie został poproszony do wysokiego stołu, i miał nadzieję, że tamten zrozumie dyplomatycznie wyrażoną przyganę. Następnie długo dumał, przy kim należy go posadzić, aby ów nie rozbawił się zanadto i nie wszczął na samej uczcie jakiegoś nieprzystojnego incydentu. Wreszcie błysnęła mu w głowie myśl znakomita. Posadzi Reyesa w parze z ową brzydką, piegowatą matematyczką, nauczycielką książęcych dzieci, która miała w pogardzie elegancję dworską i nawet nie raczyła się godziwie umalować, jak nakazywał obyczaj, a z każdej uczty wychodziła pierwsza, gdyż nie umiała w ogóle tańczyć. Biesiada w takim towarzystwie, upływająca na konwersacjach o matematyce, powinna skutecznie ostudzić Reyesa. Jak postanowił, tak zrobił i okazało się to decyzją nader mądrą. Reyes, jak zauważył ochmistrz, pił niewiele i gdy tylko zaczęły się tańce, a matematyczka jak zwykle poszła sobie, zaraz i on wyszedł ze spuszczoną głową. Ochmistrz uśmiechnął się z satysfakcją – dobrze mu tak! Niech na drugi raz uszanuje porządek. Książę przerwał milczenie. – Dobrze, mój Rodrigo. Sam nic już nie rób w tej sprawie. Wysłucham jeszcze drugiej relacji, zanim wyrobię sobie zdanie. Poproś tu Alejandra. Ochmistrz skłonił się i wyszedł, zapraszając gestem do komnaty siwego kapitana straży, który od dobrej chwili czekał przed drzwiami. Książę skinął głową i wskazał mu miejsce na ławie. Alejandro usiadł wyprostowany. – No, więc jak to było wczoraj z tymi obwiesiami w gospodzie, don Alejandro? – Pytanie było zadane tonem lekkim, jakby nieco roztargnionym, ale kapitan straży zbyt długo znał księcia, by dać się zwieść. Książę będzie słuchał uważnie i zapamięta każde słowo.

23


– Za pozwoleniem Waszej Wysokości, to była ta banda, o której od miesiąca donoszono nam, że łupi na zachodnim gościńcu. Tym razem wezwano nas już po wszystkim, nawet nie było na kogo dobywać broni. Przyszło nam tylko sprzątnąć dwa trupy i opatrzyć rannych. Największy ambaras mieliśmy z uspokojeniem szanownego dostawcy tkanin dla dworu Waszej Książęcej Mości. Akurat przypadkowo stał w owej gospodzie z rodziną i o mało nie przypłacił tego życiem. Ale chwalić Boga, nic mu się nie stało. – Słyszałem już jedną relację – rzekł spokojnie książę – ale relacji nigdy nie za wiele. Chcę wiedzieć, czy któryś z mistrzów fechtunku nie rozpętał tej burdy, by się popisać. Mówcie więc, drogi Alejandro, wszystko, co wiecie. Cóż tam się wczoraj działo? Od początku, po kolei, jeśli łaska. I kapitan straży odmalował księciu najwierniej, jak umiał, obraz wczorajszych wydarzeń w gospodzie. Słowa starannie przepytanych świadków – jak rzadko – układały się w spójną całość.

S Gospoda rozbrzmiewała wesołym gwarem. Pod koniec dnia zazwyczaj było tu pełno gości. Ci, co kończyli dzienny etap swej podróży, przed udaniem się na nocleg spożywali wieczerzę i przy tej okazji w biesiadnej izbie zbierał się wielobarwny i wielojęzyczny tłum. Rozmawiano głośno, opowiadano sobie wzajemnie nowiny z podróży, nadstawiano ciekawie ucha na to, co opowiadali inni, przekazywano sobie wieści o tym, co się dzieje na gościńcach, która rzeka wylała i bród jest nieprzejezdny, gdzie most niedawno naprawiono czy też co się wydarzyło na jarmarku w Valladolid. Gaspar siedział zmęczony przy stole w kącie i winem zmieszanym pół na pół z wodą popijał gorący podpłomyk, który odłamywał po kawałku, by umoczyć każdy kęs w oliwie z czosnkiem

24


i bazylią. Jednym uchem słuchał nieprzerwanego monologu siedzącego obok kupca i bardzo uważał, aby nic nie odpowiadać i nie dać się wciągnąć w rozmowę. Tamten przemawiał, nie zwracając uwagi na to, czy jest w ogóle słuchany. – …a wszystko to, uważacie panie, przez upadek obyczaju. Któż widział, żeby tak wyglądały suknie niewieście? Zgorszenie, tfu! Najlepiej by taka cycki na wierzch wywaliła, jako mamka karmiąca, z przeproszeniem waszmości. Saraceński obyczaj… Gaspar już chciał sprostować, ale ugryzł się w język. Patrzył obojętnie po izbie. Nieopodal, przy obficie zastawionym stole siedział tęgi żydowski kupiec z dwiema córkami i żoną z maleńkim dzieckiem przy piersi. Rozprawiali o czymś w śpiewnym ladino, ale większość tej mowy dało się bez kłopotu zrozumieć. Dziecko spało grzecznie i kobieta zerkała na nie z matczynym rozczuleniem, a zauważywszy, że i Gaspar akurat przygląda się maleństwu i doń uśmiecha, odwzajemniła mu się spojrzeniem pełnym nieukrywanej rodzicielskiej dumy. – …bo młodzi, powiadam, jeno za modą gonią, kiecki jakoby diabeł wykroił! – Kupiec wziął głęboki oddech, ugryzł wielki kęs pieczeni, popił winem, lecz cisza nie trwała długo. – Tak więc, o czymże to ja? Ach prawda, o obyczajach. Dziwi się potem jedna z drugą, iż się w niejednym mężczyźnie krew zagotuje i rzeczy nieprzystojne czyni. Tfu, pokuśnice diabelskie! Otóż trza wam wiedzieć, że za mej młodości… Myśli Gaspara odpłynęły gdzieś w bok. W przeciwnym kącie, ukryte w cieniu za słupem siedziały trzy siostrzyczki, klaryski pielgrzymujące zapewne do świętego Jakuba w Composteli. Dwie starsze rozmawiały cicho, natomiast nowicjuszka, może piętnastoletnia dziewczyna o ciemnoczekoladowej skórze i migdałowych oczach, nie odzywała się ani słowem, związana być może ślubami milczenia. Kiwała tylko głową lub kręciła nią w odpowiedzi na pytania starszych

25


mniszek. Siedziała wyprostowana ze skromnie spuszczonymi oczyma, jednak gdy na moment podnosiła wzrok, miało się wrażenie, że rozmowy cichną, a izba rozświetla się blaskiem jej niepospolitej urody. – …i Saracena wzięła za męża, powiadam jegomości, i przeszła na jego wiarę. Taki wstyd! Za Saracenem jest i ledwie pół roku przeszło, a już z brzuchem chodzi, bo trzeba wiedzieć jegomości, iż Saracenowie wielce lubieżni są i nie popuści taki niewieście… Dalej kilku drobnych przekupniów, przybyłych zapewne na jutrzejszy targ, spożywało posiłek w otoczeniu swych podróżnych tobołów. Ci nie tracili zazwyczaj miedziaków na wynajem izby i zapewne mieli zamiar iść za chwilę do stajni, gdzie można było całkiem zacnie wyspać się na słomie przy mułach i koniach. Tymczasem skrupulatnie wyjadali do dna polewkę, wycierali miski skórkami chleba i starali się nie pozostawić ani kropli wina w glinianych kubkach. Obok nich siedziały dwie przekupki z koszami owoców. Rozprawiały o czymś żywo i wydawały się nie zwracać uwagi na nikogo. – …przez owych Żydów to wszystko, powiadam – perorował kupiec. – Nabierze taki towaru nie wiedzieć skąd i ceny tak niskie da, że człek przy nim zgoła na swoje nie wyjdzie, bo też spuścić musi… Gaspar błądził wzrokiem po izbie. Żyd z krótką siwą brodą, pewnie uczony w  podróży, otulony wełnianym płaszczem przysypiał nad półmiskiem i co chwila zabawnie podrywał głowę, która natychmiast znów zaczynała powoli opadać na jego pierś. Obok młodzik, wyglądający na ucznia zmierzającego do terminu w jakimś warsztacie rzemieślniczym, trzymał na kolanach niewielkie zawiniątko, zawierające zapewne cały jego dobytek. Jadł tyle co nic i spode łba zerkał markotnie w odległy kąt, gdzie siedziały mniszki. Nie mógł zgoła pojąć, czemu świat jest urządzony

26


tak przewrotnie, że właśnie te najpiękniejsze dziewczęta chcą się zamykać w klasztorach, brzydkie zaś jak na złość zostają poza murami i próbują namówić człeka do żeniaczki tak zachłannie, że w końcu trzeba przed nimi uciekać z rodzinnej wsi, nie żegnając się z nikim. – …i jakem już pierwej mówił jegomości, spór z nim wszcząłem przed sędzią grodzkim. Jeno sędzia przekupny i póki co Maurowi plugawemu dał rację. Ale niedoczekanie! Do księcia z odwołaniem jadę, bo przecie… Dwaj młodzi szlachcice, studenci słynnej Akademii Fechtunku z Burgos, w swych widocznych z daleka granatowo-złotych barwach, zajmowali oddzielny stół, zastawiony wyłącznie wielkim dzbanem tęgiego wina i dwoma pucharami. Nie mieli przypasanej broni. Dla uniknięcia burd panował tu twardo przestrzegany zwyczaj, iż broń zostawiało się w przedsionku, pod opieką wykidajły. Niedaleko od nich młody Saracen w bogatych szatach podawał troskliwie napar z ziół starszej kobiecie, podtrzymywanej pod łokieć przez służącą. Strzępki rozmowy, jakie doleciały Gaspara, dotyczyły choroby, medyków i zdzierskich stawek, jakich ci niedouczeni partacze żądają. – Ech, wszystko to jedna wielka niesprawiedliwość – rzekł kupiec i westchnął ciężko. – Tyle trudu człek co dnia wkłada, a za to żadnej nagrody na tym świecie. Chyba w niebie za swoje odbierzem… Pośrodku, przy długim stole siedziała grupa murarzy udających się pewnie na pobliską budowę. Zamawiali niewiele. Wyraźny posłuch w tej grupie miało dwóch starszych majstrów: grubas z wielkimi czarnymi wąsami i siwowłosy kościsty cieśla o zasępionej twarzy. Do murarzy przysiadły się dwie dziewki karczemne z kusząco rozsznurowanymi dekoltami, ale rozmowa nie kleiła się zbytnio, bo murarze dopiero jechali na budowę, więc nie mieli srebra i nie dało się na razie umówić kontraktu satysfakcjonującego obie strony.

27


Młodsza z nich, na którą wołali Dolores, już zaczęła zbierać się do odejścia, ale okrągła i roześmiana Teresa, zapewne lepiej znająca życie, pociągnęła ją za rękaw, by znów usiadła. W karczmie i tak nie było nic ciekawszego do roboty, więc nie zawadziło tymczasem poprzekomarzać się z rzemieślnikami, zapisać się ciepło w ich pamięci, pozwolić im łapczywie poobwąchiwać wychylające się ze stanika piersi, by potem na budowie mieli do czego tęsknić i by przypomnieli sobie tę tęsknotę za parę tygodni, gdy będą wracali z wypłatą. – …owe dziewki wszeteczne, tfu, zgorszenie. I obraza boża. No, jakże też… Patrzajcie, ta jedna ładniutka, ani słowa. Ech, po prawdzie i owej drugiej też by człek kijem nie odpędził, kąseczek doprawdy smakowity. Ale też prostaków sobie upodobały, aż dziw! O czymże więc to ja? A, prawda, upadają obyczaje, a to przez brak pobożności. Bo też… Teresa szepnęła coś na ucho Dolores i ta podniósłszy się z miejsca, obeszła ławę naokoło, muskając przy okazji dłonią karki pochylonych nad kuflami murarzy, po czym przecisnęła się ponad kolanami dwóch młodzików i usiadła obok grubego wąsatego majstra, opierając się o niego ciepłym biodrem. Majster nie był zapewne najprzystojniejszy przy tym stole, może i wręcz przeciwnie, możliwe że był przy tym stole najmniej apetyczny. Ale nie było wątpliwości, że za miesiąc jego trzos będzie po trzykroć zasobniejszy niż sakiewki prostych murarzy. Zgoła inaczej postąpiła jednak bardziej doświadczona Teresa. Ta, zamiast wdzięczyć się do drugiego z majstrów, rozmawiała zalotnie z kilkoma rzemieślnikami, nie wyróżniając żadnego z nich. Zagadywała ich o pracę, śmiała się, słuchała niby to nieuważnie, a po kilku chwilach wzięła za rękę młodego czarnowłosego cieślę, do którego kompani mówili Sancho. Jej niezawodny instynkt wybrał owego Sancho z całej grupy z podobnie bezlitosną trafnością, z jaką myszołów rozpoznaje z wysoka nieświadomą niczego mysz wśród łudząco podobnych do niej szarych

28


grudek zaoranej ziemi. Wiedziała dokładnie, że choć młody cieśla Sancho miał zarobić bynajmniej nie więcej niż jego kompani, to właśnie jego serce było najbardziej wygłodniałe, a ciało najbardziej stęsknione ciepła, i była pewna, że to on spośród całej gromady zapamięta ją najwierniej i odnajdzie, gdy będą wracać tędy za cztery tygodnie. Wiedziała też dokładnie, gdzie i na jak długo należy wpuścić za chwilę jego szorstkie dłonie, by przez moment zasmakowały słodyczy, lecz aby żadną miarą nie zdążyły się nią nasycić. Pulchna Teresa znała się na swym rzemiośle nie gorzej niż ów młody chłopak na ciesiołce, a jej sprawne palce wykonywały swój zacny zawód tak samo biegle, jak szorstkie ręce owego cieśli, gdy ów dłutował precyzyjnie wpusty w zamkach spinających dębowy oczep. Trzymała go teraz za obie dłonie i oplatała cierpliwie siecią swego ciepłego głosu i słonecznego zapachu. Przestała się też interesować pozostałymi rzemieślnikami. Wystarczyło, że Sancho będzie im teraz co wieczór przypominał o pewnej gospodzie, do której warto wrócić, by dobrze wydać zarobione miedziaki. Gadatliwy kupiec zamilkł na dobre, zasępił się i zadumał nad niełaskawym losem i niesprawiedliwością świata tego. Czemuż to takie wesołe dziewczęta zawsze wolą towarzystwo prostaków, nie zaś ludzi zacnego stanu, jak choćby on sam? A zresztą może i dobrze. Zaraz też by jedna z drugą chciała od niego jakiego grosza. I za co to? Za to, co przecie ludzie winni czynić z samej miłości bliźniego. Ech, niegodziwy ten świat… Przy samych drzwiach siedziało jeszcze trzech mężczyzn jedzących z całkowitą obojętnością i niezwracających uwagi na nikogo. Można w nich było rozpoznać kurierów wiozących pocztę. Podróże nie miały dla nich nic z romantycznej przygody, była to po prostu ich praca. Gospody bywały zawsze podobne jedna do drugiej, trakty nie różniły się od siebie i należało pilnować, żeby tak pozostało. Tęgi

29


karczmarz krzątał się głównie wokół żydowskiego kupca z rodziną i młodego zamożnego Saracena z chorą matką. Dość często pojawiał się też koło siedzących w kącie klarysek i wydawało się, że szczególnie serdecznie próbuje ugościć śliczną ciemnoskórą nowicjuszkę. Pozostałych leniwie obsługiwała jego żona. Gaspara ledwie zaszczyciła sennym spojrzeniem. Zamawiał niewiele i nie był specjalnie interesującym gościem. Jeden z młodych murarzy nachylił się ku klaryskom i zagadywał nowicjuszkę, gestykulując żywo, lecz za moment zebrał kułakiem po karku od chudego majstra i czerwony po uszy odsunął się, spuściwszy głowę, a starszy majster posłał siostrom przepraszające spojrzenie, przeżegnał się pobożnie i dla pewności klasnął jeszcze raz po karku pomocnika. Kilka głów zwróciło się ku drzwiom: na dworze zrobił się hałas, słychać było przekleństwa, nawoływania, coś twardo wyrżnęło w ścianę. Ktoś wyjrzał przez okno i zaklął przerażony. Jeden z kurierów przesiadł się w pośpiechu w ciemniejszy kąt koło Gaspara. – To te psiekrwie, co rabują na zachodnim gościńcu – mruknął. – Ludzie owego hycla Beniteza. Wybuchła szarpanina przy drzwiach, zapewne wykidajło próbował kogoś nie wpuścić. W gospodzie rozmowy przycichły. Drzwi otworzyły się, waląc z hukiem o ścianę, mało nie wyrwały się z zawiasów. Wykidajło ni to siedział na ziemi, ni to zwisał bezwładnie wsparty o ościeżnicę drzwi. Z jego piersi płynęła krew, tworząc w wejściu kałużę. Ponad jego ciałem wchodzili do środka ludzie Beniteza. Gaspar zaczął liczyć: trzech, pięciu, sześciu, ośmiu… Do izby wciąż wchodzili następni. Prowodyr miał twarz tępego okrutnika. Był rosły, masywny, podniecony trunkiem. To, jak rozprawił się z wykidajłą, nie pozostawiało wątpliwości – on i jego kompani szukali krwi. Gdyby weszli tu dla rabunku, można byłoby oddać złoto i ocalić życie. Ale ci szukali krwi dla zabawy, dla dzikiej przyjemności sycenia się przerażeniem innych.

30


Gaspar siedział w swoim kącie. Prowodyr już zganiał precz z ławy murarzy i długim kordem zgarnął zamaszyście na podłogę ich posiłek i kufle. Zbierali z klepiska chleb i swoje rzeczy i ze spuszczonymi głowami usuwali się co prędzej z oczu bandytów. Ci rozsiedli się przy ich stole i darli się na karczmarza, który jakby zapadł się pod ziemię. Jeden z awanturników, rosły Maur z brzydką szramą od kącika ust przez policzek, stanął nad stołem żydowskiego kupca i zaglądał w oczy przerażonemu Izraelicie wzrokiem drapieżnika, który już nie zamierza wypuścić ze szponów ofiary. Końcem miecza zaczepił szatę Żyda pod jego szyją i ni to przecinał, ni rozdzierał z wolna materiał. Jedna z córek kupca rozpłakała się z przerażenia, bo drugi z bandytów podszedł cicho od tyłu i oparł się bezceremonialnie o jej ramiona. Stary Żyd próbował się ruszyć w obronie córki, ale miecz oparł się sztychem o jego krtań. Tymczasem prowodyr awanturników zauważył mniszki. – Cóż tam, siostrzyczki – wydarł się na całe gardło. – Cóż to za czarną małpę ubrałyście w habit?! Widzieliście, c o mpañ e ro s? – Odw róc i ł się do k a m ratów, a  on i natychmiast posłusznie zarechotali. – Od kiedy to małpy chodzą w szatach? Trza by przywrócić ład boży i zwlec szaty z tego szatańskiego pomiotu – zarechotał, wskazując kordem milczącą i nieruchomą jak posąg dziewczynę. Starsza klaryska wstała i zasłoniła ją własnym ciałem. Była blada jak ściana. Benitez nie spieszył się, wysunął powoli okrwawiony kord ponad ramieniem starszej zakonnicy, zaczepił sztychem habit nowicjuszki tuż przy szyi i z sykiem rozciął tkaninę, odsłaniając szczupłe ramię. Dziewczyna nawet nie drgnęła. Patrzyła przez niego jak przez brudną szybę gdzieś w nieodgadnioną dal. Starsza klaryska zbierała się na desperacką odwagę, by odtrącić gołą dłonią ostrą jak brzytwa klingę. Kątem oka zobaczyła wysokiego młodzieńca, który szedł ku niej.

31


Herszt zerknął też. Dokładnie w tym samym momencie Gaspar z krótkiego półobrotu wyrżnął go kamionkowym kuflem w twarz. Naczynie rozprysło się wraz z odłamkami kości i zębów i w tym ułamku sekundy Gaspar wyrywał już bandycie kord, łamiąc mu palce z obrzydliwym trzaskiem. Schwycił półprzytomnego z bólu Beniteza za kark i stanął za nim. Prześladowcy ocknęli się natychmiast, wkoło błysnęła broń. Odtrącali na boki zawadzające stołki i ławy, osaczając Gaspara kołem. Było ich kilkunastu – nie dworskich paniczyków, tylko zabijaków, których ręce nieraz ociekały krwią. Nie miał żadnych szans. Podchodzili pewni swego. Jednak jakiś pierwotny instynkt drapieżników powstrzymał ich przed żywiołowym atakiem. Dwóch pierwszych zatrzymało się czujnie, reszta także stanęła w gotowości. Coś mogło być nie tak. Ten młody nie bał się. Wszedł między uzbrojoną gromadę, kuflem zmiażdżył gębę samemu Benitezowi i zabrał mu broń jak dziecku. Twarz Gaspara była pozbawiona wyrazu, wyglądała jak nieruchoma maska. – Rzućcie broń i kładźcie się na ziemi – powiedział do piętnastu zbrojnych morderców. Cisza trwała tylko ułamek sekundy, potem rechot z piętnastu gardeł zachwiał izbą i zagłuszył dalsze słowa Gaspara. – Liczę do trzech. Maur, który dobrą chwilę temu odwrócił się od stołu żydowskiego kupca i obserwował bacznie sytuację, wystrzelił nagle błyskawicznym pchnięciem wytrawnego szermierza prościutko w skroń Gaspara, a w tej samej chwili dwóch innych też rzuciło się do przodu. – Raz – powiedział Gaspar, nie podnosząc głosu. Maur osuwał się bezwładnie na kolana, kord miał wbity w twarz niemal po rękojeść. Jego miecz trzymał Gaspar. Jeden z dwóch pierwszych napastników ściskał oburącz głęboko rozrąbane usta i podbródek. Krztusił się, znad jego zaciśniętych dłoni wyzierały oczy oszalałe z bólu i wypływała falami jasnoczerwona krew. Jego szabla z wolna przewracała się na klepisko.

32


Przez otwarte drzwi do izby wbiegło dalszych pięciu, którzy dotąd stali przy koniach. – Dwa – powiedział Gaspar i odepchnął bezwładne ciało omdlałego Beniteza. Nie potrzebował tarczy. Ciało zwaliło się na środek podłogi, przygniatając stopy wyjącego z bólu opryszka z rozpłataną twarzą. Gaspar przełożył miecz do lewej i schylił się spokojnie po jego szablę. – Trzy. Bardzo trudno opisać, co stało się w następnych ośmiu sekundach. Trzech pierwszych bandytów zaatakowało Gaspara niemal równocześnie. Przeszedł przez nich jak przez krzaki, zostawiając za sobą chrupnięcia pękających kości, rzężenie i jęki. Kolejnemu odrąbał w powietrzu dłoń na skos cięciem tak potężnym, jakby trzebił młodnik. Schylił się, unikając dwóch pchnięć, i rozrąbał kolejnemu kolano, a w półobrocie zdążył jeszcze chlasnąć następnego szablą od dołu w pachwinę, mieczem zaś trzymanym w lewej przebić na wylot bark kolejnego. Miecz pozostał już w ciele tamtego, dwaj inni zaś, ruszając ku niemu, potknęli się w zamęcie o ławę. Gaspar chlasnął jednego z nich w prawy obojczyk i ręka zbójcy zwisła bezwładnie. Kątem oka dostrzegł, jak tymczasem obaj studenci z Burgos zbrojni w oręż zebrany z podłogi, trzymają w szachu czterech następnych napastników, a młody Saracen, przewróciwszy ciężki stół, stał za nim niby za pawężą i osłaniał krótkim kindżałem swą matkę i mniszki. Bandyta, który próbował znaleźć tam żywą tarczę, musiał się cofnąć, klnąc wściekle. Któryś z rannych, ciągnąc za sobą krwawy ślad, pełzł w stronę nieskończenie odległych drzwi, za którymi mogło czekać ocalenie. – Na podłogę – powiedział Gaspar do trzech pozostałych bandytów, którzy cofali się ku kominkowi. – Szybko! – chlasnął przez policzek najpotężniejszego z  nich tak szybko, że tamten nie zdążył drgnąć, a ochłap krwawego ciała zwisł z twarzy odsłaniając białą kość. – Na ziemię! – chlasnął nagle za siebie, odrąbując niemal zupełnie palce

33


bandycie, który przed chwilą wycofał się przed kindżałem Saracena i teraz chciał zdradliwie pchnąć Gaspara w plecy. Pozostali dwaj rzucili broń i kładli się na podłodze. Także ci, których przytrzymali pod sztychem młodzieńcy z Burgos, poddawali się i kładli twarzami do klepiska. Gaspar opuścił szablę. Izba zaroiła się nagle od straży książęcej. Blady jak wapno karczmarz, który wbiegł za strażnikami, trzęsąc się, próbował dziękować młodzieńcom z Burgos i Saracenowi za usieczenie zbójów. Dowodzący strażą siwy kapitan wydawał sprawnie rozkazy. Sześciu napastników, którzy się poddali, skuto w łańcuchy i pognano gdzieś w ciemność ku zamkowi. Rannych strażnicy książęcy pilnowali, zanim sprowadzony naprędce cyrulik nie podwiąże ich ran, by mogli być zabrani do lochów. Zabitych było o dziwo tylko dwóch: Maur z kordem wbitym w twarz aż po rękojeść i odźwierny zaszlachtowany przez zbójców. Karczmarz i kapitan uspokajali roztrzęsionego Izraeli­tę. Jego rodzina na szczęście nie ucierpiała, tylko najadła się strachu i teraz córki próbowały dzielnie pomóc w uspokajaniu ojca, zaś małżonka kupca, widząc, że inni zajmują się dobrze jej mężem, usunęła się nieco na bok i karmiła dziecko, które spokojnie przespało całą awanturę, nieświadome zagrożenia. Młody cieśla Sancho szlochał i – by nie osunąć się na podłogę – musiał wesprzeć się na ramieniu Teresy. Ta szeptała mu coś do ucha i usiłowała odegnać od niego śmierć, która przed chwilą zajrzała mu w oczy. Żona karczmarza zakrzątnęła się tymczasem za igłą i nićmi i pomagała starszej zakonnicy zszyć rozcięty na ramieniu habit nowicjuszki. Ciemnoskóra dziewczyna dopiero teraz skuliła się i rozpłakała spazmatycznie. Złożywszy głowę na ramieniu drugiej z sióstr, drżała cała jak w febrze. Dolores westchnęła i wzięła się do ścierania krwawych plam z podłogi, póki całkiem nie zaschną. Kapitan straży zaczął dziękować obu młodym akademikom, lecz ci zaprzeczyli stanowczo: to nie oni pokonali

34


zbójców. I zaczęli opowiadać kapitanowi, co się stało. Spod stołu wyszedł też ostrożnie kupiec, który uprzednio zagadywał Gaspara. Teraz opanował już panikę i z dziarską miną opowiadał wkoło, iż to za jego namową ów dzielny rycerz… Rozglądano się więc za wysokim młodzieńcem, który tego dokonał, lecz Gaspara dawno już nie było. Układał się do snu w izdebce na górze. Jutro czekała go pierwsza oficjalna audiencja na zamku i uroczyste rozpoczęcie turnieju, a wieczorem uczta, na której zamierzał upić się solennie.

V Gaspar obudził się o pierwszym brzasku i nie mógł już zasnąć. Wydarzenia sprzed dwóch dni były tak odległe, jakby działy się przed laty. Ruth leżała tuż obok. Czuł jej ciepłe udo i słyszał głęboki oddech spokojnego snu. Zanurzył jeszcze raz twarz w rudych włosach dziewczyny – pachniały nieznanymi ziołami, mocno, korzennie. Naprawdę nie chciało się wstawać. Oparł się na łokciu i patrzył z bliska na piegowaty, zaróżowiony policzek, białą skórę na szyi i delikatnie pulsujące pod nią tętno. Spała ufnie jak dziecko. „Jakie to dziwne – pomyślał – potrafię rozpłatać człowieka, choćby tych obwiesiów w karczmie, i nawet palec mi nie drgnie. A tutaj drżę cały jak pajęczyna na wietrze”. Wstał i niespiesznie rozpoczął swój codzienny rytuał poranny. Rozciągał kolejno ramiona, łydki, biodra, grzbiet, tors. Poruszał głową na wszystkie strony powolnymi, płynnymi ruchami. Rozluźniał i rozciągał nadgarstki i palce. Opadał w niski przysiad i  z tej pozycji wyfruwał do wysokiego skoku, płynął w przód nieprawdopodobnie długim wypadem i natychmiast odpływał wstecz niską retiradą tuż nad posadzką. Chodził wyuczonymi sekwencjami kroków we wszystkich kierunkach, potem wplatał w nie półwolty, pełne wolty, a każde z tych ćwiczeń powtarzał po wielekroć. Kiedy

35


wreszcie skończył i zatrzymał się dla uspokojenia oddechu, zorientował się, że Ruth już od pewnego czasu nie śpi i przygląda mu się. Posłał jej uśmiech. – Nie śpisz już, kochana? – Ej, przecież umawialiśmy się – mruknęła sennie – żadnego „kochana”, żadnego zakochiwania się. My tu tylko spędzamy razem miłe chwile. – Oj tak, tak! Miłe, cudowne, najcudowniejsze. – Zanurkował ze śmiechem w jej kierunku i próbował wślizgnąć się znów pod ciepłe okrycie. – Szermierz, cholera – mruknęła, nie mogąc powstrzymać uśmiechu – broń znów w gotowości. – Pocałowała go mocno, a potem dość stanowczo odsunęła. – Idź już. Musisz być dziś skupiony i mieć dużo sił.

u „Skupiony i pełen sił”… Przypominał sobie to wszystko teraz, kiedy przy wczesnej wieczerzy rozpamiętywał przebieg dnia. Rano okazało się, że nadal nie padło żadne wyzwanie. Wszyscy szermierze postanowili przyczaić się i czekać na inicjatywę innych. Pojedynek mestre Arreoli de Salamanca z  kawalerem Izaakiem Rodriguezem Tomassem de Silva y Álvarez, prymusem Akademii w  Burgos, odbył się na dziedzińc u wczesnym przedpołudniem. Obaj walczący wybrali lekkie damasceńskie miecze. Chłód poranka ustąpił już przed promieniami jesiennego słońca. To był zapewne jeden z ostatnich słonecznych dni tej jesieni, wkrótce powinny przyjść deszcze. Tłum dworzan wypełnił nie tylko podcienia dziedzińca, ale i krużganek galerii ponad nimi. Wbrew temu, czego spodziewał się Gaspar, pojedynek okazał się bardzo wyrównany. Arreola musiał niemal od początku sięgnąć do wysokich kunsztów,

36


bo przeciwnik był znakomity. Braki w doświadczen iu nadrabiał n ieprawdopodobną spraw nośc ią f izyczną, a  przebiegłość starszego mistrza równoważył bł yskotliwym talentem. Zobaczył bodaj swoją szansę w różnicy wieku i tuszy; ruszył od razu na Arreolę ciągłym atakiem, którego nie zwalniał ani na moment. Arreola przyjął pierwsze złożenie z niejaką nonszalancją, czego o mało nie przypłacił natychmiastową przegraną. Dalej walczył już w pełnym skupieniu. Oprócz mistrzów szermierczych nikt z publiczności nie był w stanie docenić całej finezji pojedynku, a to przez jego nieprawdopodobne tempo. Dwukrotnie przerywano walkę, aby sprawdzić, czy nie nastąpiło zwycięskie draśnięcie. Za pierwszym razem chodziło o pchnięcie w dłoń, którym młodzieniec sparował atak Arreoli, rozcinając sztychem mankiet jego rękawicy u nasady nadgarstka. Po zdjęciu rękawicy okazało się, że ostrze nie sięgnęło jednak ciała, wobec czego walczono dalej. Za drugim razem chodziło o groźne pchnięcie Arreoli, który ominąwszy zastawę młodzieńca, trafił go w pierś. Jednak młody szermierz kierowany bezbłędnym odruchem, skręcił w to samo tempo mitja volta i ostrze atakującego, które zdążyło już przebić kaftan, ześlizgnęło się pod pachę, wychodząc na plecach przy łopatce. Zatrzymano walkę i kawaler Izaak Álvarez rozpiął koszulę, aby okazać, że tym razem unik był skuteczny i nie ma draśnięcia. Dyszący ciężko Arreola skrzywił się, a wśród tłumu dały się słyszeć niezadowolone pomruki. Pchnięcie nie było bynajmniej miarkowane i gdyby nie znakomity unik młodzieńca, skończyłoby się bardzo ciężką raną. Wymiany trwał y jeszcze dłuższą chwilę, zanim Arreola, cofając się przed wyśmienitym atakiem przeciwnika, wyprzedził go przeciwtempem o ułamek sekundy i drasnął atakującego w przedramię, samemu unikając jednocześnie o  włos przecięcia policzka. Publiczność

37


sądziła w pierwszej chwili, że to Arreola został trafiony i wybuchły nawet brawa, ale młody Izaak Álvarez od razu rozwiał wątpliwości. Odpłynął w tył wydłużoną retiradą, wyprostował się opuszczając broń i znieruchomiał, a potem skłonił się lekko, wskazał zwycięzcę i na dowód odsunął rękaw swej koszuli, okazując draśnięcie. Rany nie trzeba było nawet opatrywać, była jak drapnięcie kota. Arreola tym razem uważał po trzykroć. Walkę komentowano z wiel­­kim uznaniem, dało się też słyszeć żal, że tak znakomity szermierz musiał odpaść już na początku. Arreola oddychał ciężko i szczerze gratulował przeciwnikowi. Gaspar wiedział jednak, że ciężki oddech Biegłego może być tylko przedstawieniem odgrywanym przemyślnie, dla zmylenia innych przeciwników.

Y Przy wieczerzy wyjaśniła się częściowo jedna z dotychczasowych niewiadomych. Marszałek zadzwonił w puchar i kiedy ucichł gwar, ogłosił imiona wszystkich szermierzy zgłoszonych dotychczas do turnieju. Ci zaś kolejno wstawali, okazywali się zebranym i kłaniali księciu, który łaskawie uśmiechał się do każdego z nich. Owymi dwoma nieznanymi dotychczas uczestnikami turnieju okazali się: Nadżib Abd al-Malika oraz Natanael Urijah Levi. O pierwszym nie było wiadomo nic prócz tego, że nosi nazwisko prześwietnego rodu. Natomiast Levi był sławą szermierczą. Przez długi czas był fechmistrzem na dworze kalifa w Kordobie, skąd – jak głosiła plotka – musiał uciekać, gdy uwikłał się w romans z córką ministra skarbu. Inna wersja plotki mówiła zresztą o równoczesnym romansie z córką ministra i jedną z młodych żon Jego Dostojności. Tak czy owak Natanael Levi był postacią barwną. Gaspar oceniał go z wyglądu na swego rówieśnika. Blizna przecinająca

38


jego twarz od czoła po policzek raczej dodawała mu swoistego uroku, niż szpeciła. Należało spodziewać się, że ten szermierz także będzie się liczył w turnieju. Marszałek zakończył prezentacje i teraz z kolei spytał oficjalnie, czy padły jakieś nowe wyzwania. Odpowiedziała mu głucha cisza. Wzniesiona brew marszałka mogła wyrażać lekkie zdziwienie. Ponowił pytanie i znów nikt nie zgłosił żadnej umówionej próby. W sali rozległy się szmery i chichoty, tylko szermierze siedzieli bez ruchu z nieprzeniknionymi twarzami. I wtedy właśnie Gaspar postanowił nagle zrobić to, nad czym przemyśliwał już od wczesnego ranka. Pomysł był nieco szalony, ale przez to właśnie genialny. Wstał, odchrząknął i zadzwonił tylcem noża w swój ciężki puchar, a kiedy szmery ucichły, rzekł donośnie: – Dzielni panowie i światłe panie! Pozwólcie, że zakłopotany tym milczeniem, w waszej obecności złożę pełne szacunku zaproszenie do próby… – zawiesił głos, odstawił puchar i podniósł ze stołu swoją zawczasu przygotowaną rękawicę zdobioną herbem. Uniósł ją wysoko, by okazać zebranym, a następnie ruszył od stołu na środek komnaty. Czuł na sobie oczy całej sali, gdy zatrzymał się dokładnie pośrodku kamiennej rozety i dokończył: – …zaproszenie do próby skierowane ku… wszystkim mym szlachetnym konkurentom. – Rzucona skórzana rękawica klasnęła ciężko o posadzkę. – Czekam od tej chwili w gotowości, a kto podniesie rękawicę, uczyni mi jako pierwszy zaszczyt zmierzenia się w pojedynku. – I skłonił się głęboko ku stołowi po lewej stronie sali, gdzie siedziała większość fechmistrzów. Odezwały się oklaski i marszałek potwierdził donośnie: – Padło wyzwanie. Mistrz Gaspar De Los Reyes wyzywa… – zawahał się przez mgnienie oka – tego, kto jako pierwszy podejmie rękawicę. Posunięcie było genial ne. Gaspar stał się teraz w oczach dworu najodważniejszym z całej stawki. Rzucił

39


wyzwanie wszystkim i każdemu z osobna. A jednocześnie inicjatywa należała nadal do innych. To któryś z nich musiał teraz wyjść na środek i podnieść rękawicę. Jeśli będzie to młokos, nikt nie może mieć Gasparowi za złe łatwego pojedynku. Jeśli to będzie któryś z najpoważniejszych przeciwników, trudno, i tak trzeba będzie ich kiedyś pokonać. Gaspar dotarł do swojego krzesła wśród pomruków aprobaty. Dwórka siedząca obok niemal pożerała go łakomym wzrokiem. Nachyliła się ku niemu poufale i szeptała mu tuż przy uchu coś o natychmiastowej gotowości oddania hołdu jego męstwu. Gaspar wywijał się jak umiał, błądząc wzrokiem po sali w poszukiwaniu rudych włosów, ale Ruth nigdzie nie było. W sali trwało poruszenie. Przed chwilą młodziutki Tancerz Miecza podszedł do Ibrahima Ibn Zafira, wymienili krótkie słowa i braterski uścisk, po czym ruszyli w stronę marszałka. Wstawali też kolejni szermierze, by umawiać pojedynki. I wtedy właśnie plan Gaspara zaczął odsłaniać przed zebranymi kolejną warstwę swej genialności. Marszałek odchrząknął i ogłosił donośnie: – Dotarło do mnie wyzwanie złożone i przyjęte, jednak nie ogłoszę imion walczących, gdyż wyzwanie takie byłoby sprzeczne z  regułą turnieju, przeto uchylam je. Przypominam szlachetnym konkurentom, że od kilku chwil wszyscy, z wyjątkiem mestre Arreoli de Salamanca, który ma już za sobą jedną walkę, jesteście zaszczyceni wyzwaniem pana Gaspara De Los Reyes. Reguła surowo zakazuje uciekać spod jednego wyzwania, przyjmując inne. Wyzwanie pana Gaspara De Los Reyes dotyczy wszystkich, więc dopóki któryś z panów go nie przyjmie, pozostali nie mogą umawiać innych pojedynków. Udając, że poprawia coś przy cholewie buta, Gaspar pochylił głowę, by inni nie widzieli triumfalnego uśmiechu na jego twarzy. Zagrywka okazała się mistrzowska.

40


Ruth nie miała racji – żadnego czarnego węzła, to był dzień jego triumfu. Wiedział, że teraz Maur, posądzony publicznie o próbę uniknięcia walki z Gasparem, znalazł się w sytuacji bez wyjścia – musi podnieść rękawicę. To był dobry rozwój wypadków. Gaspar nadal udawał skromną obojętność i nie patrzył w stronę głównego stołu, ale widział kątem oka, jak Ibrahim powoli wstaje i rusza po jego rękawicę. W sali podniósł się szmer: „idzie, idzie podnieść…”, potem jakieś okrzyki zmieszały się ze śmiechami. Gaspar spojrzał na środek i… zirytowany zagryzł wargi. Tak kunsztownie budowana dramaturgia runęła jak domek z kart. Ibrahim Ibn Zafir stał bezradnie. Nie miał czego podnieść z posadzki, bo rękawicę trzymał w ręku lekko zdezorientowany nadworny philosophos. Uczony, przechodząc przez salę, zapewne wziął rękawicę za czyjąś zgubę i teraz rozglądał się wkoło z pytającym wyrazem twarzy. Odezwały się chichoty, ktoś ze śmiechem podpowiedział imię właściciela rękawicy i uczony, pozdrawiając Gaspara z daleka zakłopotanym uśmiechem, ruszył w jego stronę. Na środku sali zupełnie zdezorientowany Ibrahim patrzył pytająco na marszałka. Ten sam był przez chwilę kompletnie zbity z tropu, ale zaraz odzyskał panowanie nad sytuacją i przemówił donośnie: – Professore, zatrzymajcie się, zaszła pomyłka. – Filozof stanął. – Rękawica, którąście podnieśli, to znak wyzwania. Kawaler De Los Reyes zaprosił do próby tu obecnych i właśnie mistrz Ibrahim zamierzał zaproszenie przyjąć, gdy zabraliście rękawicę. Bądźcie łaskawi… – I wskazał Maura. Filozof skłonił się z daleka Maurowi, spojrzał na rękawicę, potem na marszałka, westchnął i rzekł spokojnie: – Panie, obawiam się, że nie mogę oddać mistrzowi Ibrahimowi rękawicy pana De Los Reyes. – W  sali zrobiło się nagle cicho. – Wybaczcie mi, że niechcący

41


wprowadziłem zamieszanie, ale logika jest sztuką równie bezlitosną jak szermierka. Powiedzieliście, że ta rękawica jest wyzwaniem. Słuchałem z uwagą reguły turnieju, którąście wczoraj odczytali, i przesądza ona jasno, że skoro podniosłem rękawicę, to tym samym przyjąłem wyzwanie mistrza De Los Reyes. – Cisza w sali aż dzwoniła w uszach, a filozof kontynuował: – Trudna rada. Uchybiłbym teraz honorowi mistrza Gaspara, gdybym tłumaczył się nieuważnością. Uważność wszak to fundament Sztuki, czyż nie tak? Po sali przetoczył się szmer uznania, a filozof pochylił głowę, jakby nad czymś się namyślał, po czym podniósł wzrok na marszałaka i dokończył spokojnie: – Przyjmijcie wobec tego moje zgłoszenie do turnieju. – I ruszył z zakłopotanym uśmiechem ku Gasparowi. Dały się słyszeć głosy zdumienia, nerwowe śmiechy, ale wreszcie zerwały się rzęsiste oklaski. Marszałek z całym kunsztem doświadczonego dyplomaty opanował już zaskoczenie i ogłosił donośnie: – Wyzwanie mistrza Gaspara De Los Reyes przyjął wielce szanowny doctor philosophiae et iuris Romanorum, Abraham ben Aaron Leot al Jadecha. Obaj rycerze zechcą umówić porę i miejsce pojedynku, a te oznajmić marszałkowi. Gaspar nie musiał patrzeć na innych szermierzy, czuł całym sobą ich mściwą satysfakcję. Zrozumiał w ułamku sekundy, że swój pierwszy pojedynek stoczy z tym bakałarzem. „Obaj rycerze”… Co za koszmarny wstyd! W dodatku filozof swoją bystrą reakcją zebrał całą sympatię sali. Trzeba będzie teraz pokonać go w jakiś niezwykle delikatny sposób, ściągając na siebie możliwie najmniej niechęci tłumu, ale w istocie sytuacja była beznadziejna. Gaspar stanie się w oczach dworskiej publiki prostackim łobuzem bijącym szanowanego mędrca. Na jego szyi z wolna zaciskał się oślizgły czarny węzeł. Ruth miała rację.

42


Uczony podszedł i uśmiech nął się zakłopotany. Siedząca obok dwórka z  entuzjazmem rzuciła się mu na szyję i atakując dekoltem siwą szczecinę jego brody, piszczała coś o starych cedrach mających korzeń zdrowszy niż niejeden młody… Filozof wywinął się z jej objęć z przepraszającym uśmiechem. Gaspar odebrał swoją rękawicę i machinalnie wziął tamtego w ramiona na znak przyjętego zaproszenia do próby i  braku urazy niezależnie od jej wyniku. Gardło miał ściśnięte, nie słyszał słów mówionych do niego, dzwoniło mu w uszach, jakby nurkował w głębinie. Filozof i tak był już moralnym zwycięzcą pojedynku. Im bardziej Gaspar go pokona, tym bardziej będzie przegrany. Z boku podeszli właśnie Ibrahim i młodziutki Tancerz Miecza. Nawet nie ukrywali złośliwej satysfakcji. – Pozwólcie panowie – rzekł przymilnie Maur, zwracając się do filozofa i ignorując Gaspara – aby zwycięzca z naszej pary miał zaszczyt walczyć jutro przed południem ze zwycięzcą z waszej pary – i uśmiechnął się szeroko. Gaspar ze wszystkich sił pragnął zapaść się pod ziemię. Czarny węzeł zacisnął się. Ruth miała rację po tysiąckroć. Filozof odrzekł spokojnie: – Ponieważ wasza propozycja zaszczyca nas obu, pozwólcie panowie, że teraz namyślimy się obaj nad odpowiedzią. – Skłonił się lekko i nie czekając na ich odejście, odwrócił się plecami, a do Gaspara rzekł: – Czy nie zechcecie, panie, wyjść ze mną na chwilę do ogrodu? To wszystko zaszło tak nagle, że teraz warto bez pośpiechu namyślić się nad dobrym końcem naszej przygody. Gaspar przytaknął milcząco, jego gardło nadal wypełniał czarny supeł. Filozof mówił coś jeszcze, ale Gaspar słyszał tylko dzwonienie w uszach, jakby ktoś zdzielił go obuchem. Uwagę sali przykuły tymczasem głośno oklaskiwane kolejne wyzwania, które teraz już posypały się

43


jak z rękawa. Sprytny Navarrczyk o imieniu Otso wyzwał nieznanego szerzej Nadżiba al-Malika, natomiast potężny Amalryk z Courçon zaprosił do próby młodego al-Mansura i gdy objęli się dla przypieczętowania próby, okazało się, że są niemal równi wzrostem. Marszałek właśnie ogłaszał oba te wyzwania, więc filozof i Gaspar mogli ruszyć ku drzwiom nieobserwowani przez nikogo.

t Filozof usiadł na obramowaniu fontanny. – Wypadałoby, abyśmy walczyli jutro o świcie, prawda? – zagadnął bez wstępów. – O świcie będzie najmniej gapiów. Gaspar skinął z wdzięcznością głową. Nadal nie mógł nic powiedzieć. Mędrzec też milczał i kiwał w zamyśleniu głową, jakby powtarzał: „No tak, no tak…”. – Professore – wykrztusił wreszcie Gaspar – dziękuję z serca za to, jak odprawiliście tego bezczelnego Maura. Wiedzcie, że wielce to doceniam… – A potem nagle wybuchł dziką wściekłością: – Co za dureń ze mnie, co za idiota. Śmiejecie się ze mnie w duchu, co?! I powiem wam, macie po stokroć rację. Co za dureń! Co mi przyszło do tej pustej głowy?! Rękawica na środku posadzki? Wyzwanie dla wszystkich? A gdyby podniósł ją pies?! Z przeproszeniem waszej dostojności, proszę o  wybaczenie… Większego idioty nade mnie świat nie widział. – I kopnął wściekle w obramowanie fontanny, aż kamienie zadrżały. Filozof milczał. Potem rzekł cicho: – Cóż mam rzec? Prawda, to było głupie. Ale stało się, trudno. Teraz pomyślcie o tym tak: ileż cennej nauki zebraliście tego jednego wieczoru? – Gaspar chciał gwałtownie zaprzeczyć i dalej biczować własną głupotę, ale filozof przerwał mu: – Skoro mamy walczyć o świcie, muszę już iść na spoczynek, wiek ma swoje prawa. Dziedziniec, pół godziny po wschodzie.

44


Walczycie szablą, prawda? Postaram się i ja odszukać i doczyścić moją. – I nie czekając odpowiedzi, zniknął w ciemnej alei.

S Sekretarz marszałka dworu notował skrupulatnie miejsce i godzinę pojedynku, zachowując cały czas grzeczną, nawet uniżoną postawę, ale dało się zauważyć, że i on bawi się świetnie wynikłą sytuacją. Zwinął rulon i kłaniając się nisko, wycofał się tyłem. Bezczelny dworak! Nie podnosił głowy, ale pewnie chichotał przy tym jawnie. Gdzieś w oddali marszałek ogłaszał, że Natanael Levi, awanturnik z Kordoby, wyzwał Diega Cuencę, drugiego akademika z Burgos, a Gasparowi chciało się wyć z potwornego poczucia klęski. Jedna chwila sprawiła, że nagle z pana sytuacji stał się przedmiotem powszechnych drwin, z mistrza gry – fajtłapą, który nie umie ustawić figur na szachownicy. A wszystko to los rozegrał z nim na środku sali w obecności całego dworu. Ci plotkarze będą mieć teraz używanie przez najbliższe miesiące. Zajmą się jego porażką nie gorzej niż sępy padliną. Gaspar czuł narastającą falę chłodnej wściekłości. Szarpnął głową jak koń targający wodze przed szarżą, jego płuca łapczywie zaczerpnęły powietrza, unosząc pierś, barki rozciągnęły się, a ramiona bezwiednie naprężyły. Strzepnął dłońmi i omiótł dzikim spojrzeniem salę. Zatrzymał wzrok na grupie przyglądających mu się dworzan. Ich przyciszone chichoty umilkły, spojrzenia utkwiły w ziemi, a jeden z młodzieńców przypomniał sobie coś nagle i odszedł spiesznie ku sali, pozostawiając bez obstawy wystraszoną dwórkę. Gaspar nienawidził ich w tym momencie jak karaluchów. Ale najbardziej wściekły był na siebie. Mógł to przewidzieć, do tego nie trzeba być Widzącym jak Ruth. Właśnie, ostrzegła go przecież, a on zlekceważył to. Czemu jej tu nie ma? Dotarło do niego, że być może Ruth nie przyszła na ucztę, bo nie chciała oglądać jego upadku. Nie ze strachu przed jego

45


wściekłością ujrzaną we wczorajszym przeczuciu, tylko z delikatności. Chciała może być tą jedyną, która nie ogląda jego wstydu. I Gaspar pomyślał nagle, że musi stąd jak najprędzej uciec, że chce leżeć z głową na kolanach Ruth, kląć na własną głupotę i dać się czochrać po włosach jak pies, który wraca pokąsany z jakiejś bezmyślnej psiej przygody. Wstał, zaciskając szczęki, i ruszył do bocznych schodów, a dworzanie milkli i rozstępowali się przed nim. Przemierzanie długich galerii i korytarzy nocą, kiedy słychać każde dotknięcie podeszwą posadzki, miało w sobie coś uspokajającego. Gaspar starał się poruszać bezgłośnie, ale jego urywany, spazmatyczny oddech rozlegał się w całym korytarzu, a dygocące z gniewu ciało odmawiało posłuszeństwa i kroki, w zamierzeniu ciche i miękkie, mimo woli kończyły się głuchym uderzeniem pięty o posadzkę, jakby nogi nie do końca umiały zaniechać wściekłych tupnięć. Gaspar spróbował uspokoić oddech. Nabrał głęboko powietrza i zatrzymał je w płucach, zanim pozwolił sobie na stopniowy wydech. Nie całkiem się to udało, płuca najpierw wypuszczały powietrze powoli, ale jego resztkę wyrzuciły gwałtownie i natychmiast łapczywie znów zaczerpnęły oddechu jak płuca tonącego. Starał się brać wdech wolniej, zatrzymywać go chwilę, potem jeszcze wolniej wydychać powietrze i wreszcie pozostawać przez moment w bezdechu. Zwolnił, było już lepiej, drżenie w mięśniach nieco zelżało, krok zmiękł i stał się cichszy. Gdzieś od strony środkowego skrzydła dało się słyszeć miarowe uderzenia zegara, z dziedzińca dolatywało przez chwilę ujadanie psa, a w odległych zabudowaniach odpowiedziały mu inne psy. Chłodne światło księżyca oświetlało korytarz wystarczająco jasno, by można było iść nim, już nie zwalniając kroku. I Gaspar ani się spostrzegł, gdy oto stał przed znajomymi drzwiami w końcu korytarza bocznego skrzydła. Teraz nagle opanowała go niepewność. Skąd taka myśl, że Ruth w ogóle zechce go oglądać? Rano odprawiła go dość

46


stanowczo, nie przyszła w ciągu dnia ani na chwilę, a teraz zapewne musiała spać. Zamiast pukać zaskrobał delikatnie w drzwi. Przez chwilę nasłuchiwał, lecz nic nie zakłóciło kompletnej ciszy. Ruth spała. Odwrócił się, by odejść. Ale w tej chwili drzwi uchyliły się, oświetlając korytarz, i Ruth bez słowa wciągnęła go do środka. Czekała na niego. I wszystko było tak, jak trzeba. Niewiele pytań, dużo czułego trzymania za ręce i cierpliwego milczenia, zanim węzeł w gardle Gaspara stopniowo rozluźnił się. Z półsłówek zaczęła składać się opowieść o tym, co się stało, a Ruth wcale nie przynaglała go, czekała, aż sam doda kolejny i kolejny szczegół, a rozsypane fragmenty opowieści skleją się powoli w całość. Westchnęła i ścisnęła jego dłonie uściskiem niespodziewanie mocnym i męskim. A potem wstała i dorzuciła polano do wygasającego już kominka. Wlała do przygotowanej balii parującą wodę z kociołka. Po izbie rozszedł się zapach ziół. – Chodź tu – powiedziała – już dobrze… Zmyj z siebie ten dzień i niech ci ulży. Polewała go wodą z dzbana i osuszała szorstkim lnianym ręcznikiem. A potem wilgotnymi palcami zgasiła świecę i czułym ruchem ramienia zagarnęła go do łoża, by leczyć go tam z bólu i wstydu. Nie było łatwo. Pocałunki zrazu natrafiały na zaciśnięte usta, ciepła dłoń obejmowała kark napięty, jakby spodziewający się ciosu. Mruczała mu do ucha jakieś kojące słowa, ale w odpowiedzi słyszała tylko westchnienia, jakby Gaspar zbierał się, by coś powiedzieć, i żadną miarą nie mógł. Aż stopniowo gniew i wstyd zaczęły rozpuszczać się i ustępować bezsilnemu żalowi, a Gaspar, próbując powiedzieć, że już wszystko w porządku, nagle zaszlochał jak mężczyzna, łzami wściekłości i bezradności. Głaskała go długo, cierpliwie i pozwalała mu łkać i kląć, kląć i łkać, aż się uspokoił. A wówczas jakimś nieprawdopodobnym kocim ruchem splotła się z nim i w jednej chwili byli znów parą kochanków.

47


– Już dobrze – szepnęła – już dobrze… Zostaw. Ich nie ma. Teraz jesteś tu. Walcz ze mną, dzielny psie, pokonaj mnie… I nie czekając na jego atak, uczyniła piękny śmiały wypad do pierwszego złożenia.

X Bladym świtem na placu nie było rzeczywiście wielu gapiów, dworacy jeszcze spali. Pojawiła się młodzież, która dopiero skończyła ucztować i właśnie szła na spoczynek. Było też trochę czeladzi dworskiej, która krzątała się od brzasku. Na szczęście nie pojawił się żaden z konkurentów. To nie był dla nich ważny pojedynek i bardziej opłacało się wykorzystać dodatkowe dwie godziny na sen. Wszystkich czekały dziś pojedynki, wielu miało stoczyć dwa. Kiedy Gaspar wszedł na plac, filozof już czekał. Duża część nocy zeszła Gasparowi na rozpamiętywaniu wydarzeń dnia i nad ranem miał przemyślane kilka wariantów bardzo eleganckiego pokonania uczonego z pełnym szacunkiem dla jego wieku i autorytetu. Spojrzał po raz pierwszy na przeciwnika. Filozof stał bez płaszcza i  Gaspar w  ułamku sekundy zrewidował swoje nocne plany. Nie trzeba będzie udawać i walczyć ze sztuczną delikatnością. Ten siwobrody mężczyzna był szermierzem. Kiedyś mógł być znakomitym fechmistrzem. Zapewne nie walczył już od lat i trudno było zgadnąć, ile z jego Sztuki ocalało, ale to jednak z pewnością był stary szermierz. Broń przy jego nodze była pozbawiona zdobień, cała jej szlachetna doskonałość wyrażała się w prostocie wykonania i znakomitej krzywiźnie klingi zakończonej poszerzonym piórem z ostrzonym tylcem. Stara znakomita robota, nie dworska zabawka. Broń zawsze mówiła bardzo wiele o  człowieku. Ta mówiła: „szermierz”. Gaspar stanął naprzeciwko filozofa. Lustrował uważnie jego postawę i strój. Nauczyciel stał swobodnie, z ciężarem

48


rozłożonym na obie stopy. Wydawał się teraz nieco młodszy. Szablę trzymał w prawej dłoni, opuszczoną do nogi, kciuk lewej dłoni zaś miał zatknięty za pas spinający kaftan. Cały strój, niegdyś zapewne czarny, był teraz poszarzały i zrudziały, ze śladami licznych przygód i napraw. Ale spod zniszczeń nadal wyzierało znakomite rzemiosło. Szewc, który szył te buty, sam musiał wiedzieć niejedno o Sztuce, a kaftan… dziś już się takich nie widywało. Gaspar czuł już w ciele znane miłe napięcie. Wziął oddech, spojrzał w oczy staremu szermierzowi, wyprostował się z szacunkiem i wykonał salut swoją Błyskawicą. Filozof odpowiedział pozdrowieniem tak oszczędnym i szlachetnym, że Gaspar po raz pierwszy poczuł na plecach dreszcz. Miał przed sobą bardzo ciekawego przeciwnika. Ruszyli z wolna ku sobie, skracając stopniowo początkowy dystans dwudziestu kroków. To był rodzaj gry nerwów, kto pierwszy uzna dystans za zbyt krótki i zastygnie w pozycji szermierczej. Gaspar postanowił nie próbować sztuczek. Przyjął postawę w bezpiecznym dystansie sześciu kroków i w tym samym momencie filozof także zastygł w postawie, a następnie obaj, jak gdyby ćwiczyli to latami, w identycznym tempie skrócili dystans, wykonując po dwa kroczki ku sobie. Stali teraz naprzeciw siebie w dystansie cięcia z krótkiego półwypadu. Zaczęło się. Pierwsze złożenie zazwyczaj mówiło bardzo wiele o przeciwniku: jak daleko od ciała składał zastawę, na ile pozwalał ramieniu ugiąć się pod ciosem, by wyczuć jego siłę, na ile kroków naprzód przewidywał przebieg walki. Nowicjusze skupiali się na jednym ciosie, początkujący szermierz kontrolował zazwyczaj jedno, czasem dwa tempa do przodu. Mistrzowie rozgrywali wymianę na wiele ruchów naprzód i cierpliwie, jak w szachach, rozprowadzali przeciwników, wiedząc dokładnie, w jakiej sytuacji znajdą się oni za trzy lub cztery ciosy.

49


Gaspar wypuścił najprostszy, próbny atak prymą, żeby poczuć broń i rękę przeciwnika. Filozof zastawił się spokojnie piątą, przechylił ją oszczędnym ruchem w pierwszą, płynnie spuszczając po niej cięcie i… nie zrobił nic więcej. Stanął ponownie w postawie i czekał. Postawa była nieskazitelna, tyle że lewą dłoń stary szermierz układał nie za plecami, ale opierał ją na biodrze. Stara szkoła, teraz już nikt tak nie walczył. Gaspar zastanowił się. Po reakcji filozofa nie dało się wywnioskować nic ponad to, co i tak było wiadomo. Szkółka, najprostsza reakcja, jaką ćwiczył na początku każdy nowicjusz. Uczony przyjął cięcie idealnie w tempo, ani asekuracyjnie, ani ryzykancko. Nie dało się wyczuć siły jego ramienia, bo zastawa była spuszczająca. Nie było jak ocenić dynamiki i refleksu, bo filozof w ogóle zaniechał odpowiedzi. Słowem – żadnego błędu. Ale też – jakiż błąd można byłoby popełnić w tak prostym złożeniu. Jaki? Ano – można było odsłonić swoje umiejętności. Filozof nie zrobił tego. Bardzo poważny przeciwnik. Pełna koncentracja! Gaspar postanowił zaatakować ponownie pierwszą, tym razem dużo mocniej, z cięciem na czoło. Teraz filozof musi przyjąć wymianę, bronić się i od razu odpowiedzieć, żeby zająć prawą rękę Gaspara obroną. Zastawi cięcie kwintą czy sekstą? Spróbuje wślizgnąć się pod cięcie septymą i ripostować błyskawiczną sekundą? Odpłynie w tył, wychodząc z dystansu? Zejdzie z linii ciosu na jeden z tak wielu sposobów? Zobaczymy. Gaspar cofnął się o dwa kroczki, a potem nagle zaatakował prymą z bardzo wyciągniętego wypadu. Stopa pofrunęła do przodu tuż nad ziemią, a nad nią wystrzeliło do przodu błyskawiczne cięcie z góry, precyzyjne i bezlitosne. Filozof zrobił coś kompletnie niezrozumiałego, jakby się zagubił. Zastawiając się kwintą wykonał cień ruchu rozpoczynającego ucieczkę z dystansu, ale zanim cios dotknął zastawy, w przeciwtempie zrobił krótki krok do przodu,

50


zostawiając jednak uniesioną zastawę za sobą i przyjmując cięcie ponad własnym karkiem. Gaspar już w połowie cięcia zrozumiał, co się dzieje i przechylał się na lewo, gotów uciekać w lewy skos przed zabójczą kwintą, gdy tylko stopa dotknie posadzki. Ale stopa, zamiast na posadzkę, natrafiła na ustawioną przemyślnie stopę przeciwnika i nie znajdując oparcia, ześlizgnęła się ku wewnętrznej, a Gaspar wyrżnął biodrem w kamienną płytę dokładnie w chwili, kiedy szabla filozofa liznęła go po policzku. Było po walce. Szermierz leżał w dziwnym szpagacie. Policzek nawet go nie piekł, było to zacięcie niewielkie, jak podczas golenia. Filozof podał mu rękę i Gaspar powoli wstał. Był jeszcze zupełnie oszołomiony. Walka zakończyła się właściwie w pierwszym złożeniu. Czegoś takiego nie zaznał od lat. Jednak pomimo to Gaspar odczuwał jakąś dziwną lekkość. Tamten nie trafił go przypadkiem, o nie. To była Sztuka, przed jaką nie wstyd było upaść. Gaspar skłonił się nisko, a potem uściskał filozofa. – Dziękuję wam stokroć za naukę – rzekł głośno, tak by go słyszano, po czym dodał ciszej: – Zróbcie to dla mnie, proszę: zlejcie teraz bez litości tego jednookiego Maura. Należy mu się. – I ja ci dziękuję, młodzieńcze – rzekł filozof. – To był dla mnie zaszczyt. A co do Maura, rad bym spełnić twoją prośbę – uśmiechnął się smutno – ale nie będzie okazji. Wygra Tancerz.


ROZDZIAŁ II

M

iriam siedziała w ciemności, schowana za wełniany płaszcz we wnęce. Starała się nie oddychać zbyt głośno, ot tak, na wszelki wypadek, bo w sumie nie obawiała się jakoś szczególnie. Dorośli mieli w ogóle marny słuch, a ci starzy nie słyszeli prawie nic. Można było przejść im tuż za plecami, można było sięgnąć sprytną ręką do ich sakiewki i wyciągnąć stamtąd kilka maravedis, a czasem srebrnego reala, a oni nie słyszeli kroków ani szelestu tkaniny, ani brzęku wyskubywanych z sakiewki monet. W ogóle gapowatość dorosłych bawiła ją. Wystarczyło wykazać trochę cierpliwości i zaczekać, a zawsze któryś zostawił niepilnowany stragan, odstawiony gdzieś bez dozoru wózek z owocami, siatkę ryb lub kosz z pieczywem. Dzięki temu wszechobecnemu gapiostwu dorosłych na ogół dało się całkiem znośnie żyć. Trochę gorzej bywało zimą. Ale w ciągu całej ciepłej części roku Miriam była królową życia, dziewięcioletnią suwerenną panią własnego losu, którym potrafiła zarządzać wcale nie najgorzej. Jej królestwem było miasto: wąskie uliczki między rynkiem a portem nad rzeką, targowiska, place, kościoły. Tam najłatwiej było naskubać czegoś na przeżycie. Do zamku zapuszczała się rzadko, nie było tam nic szczególnie ciekawego.


Tym razem wlazła tu kierowana pewnym nie do końca przemyślanym impulsem i właśnie przez to była teraz w niejakim kłopocie. Staruch wrócił do izby zupełnie niespodziewanie, kiedy właśnie miała wychodzić. Zdążyła oczywiście czmychnąć za płaszcz. Materia zasłaniała jej wprawdzie widok, ale słyszała dźwięki i czuła zapachy, to wystarczyło. Stary, pogwizdując jakąś nieznaną melodię, przygotowywał posiłek. Brzęknął hakiem o pałąk kociołka z wrzątkiem, zdejmując go znad kominka. Zasyczały krople spadające w żar, wrzątek został wlany do jakiegoś małego naczynia i po komnacie rozszedł się aromat parującej grenadiny i mięty. Słychać było chrupanie skórki krojonego pieczywa, zadźwięczał nóż odkładany na blat. Po posadzce przesunął się z chrobotem drewniany zydel i gospodarz usiadł. Jadł niespiesznie, mrucząc coś, a może nucąc pod nosem. W ciemnościach Miriam ostrożnie badała palcami swą przytuloną do piersi zdobycz. Rurki z drążonych łodyg jakiegoś nieznanego jej krzewu były połączone w szereg tak, że każda kolejna była dłuższa od poprzedniej. Musiała zaczekać cierpliwie, aż będzie można wyjść z ukrycia i czmychnąć oknem. Wtedy obejrzy instrument dokładnie i będzie mogła go próbować do woli. Gra nie mogła być szczególnie skomplikowana, skoro nawet ten bałwan Esteban, który nie umiał upilnować głupiej kozy, potrafił grać na podobnym. Stukały naczynia, stary sprzątał ze stołu. Zaraz wyjdzie, i bardzo dobrze. To będzie ten moment, na razie trzeba jeszcze spokojnie czekać. Tuż koło niej coś skrobnęło o posadzkę. Stary postawił obok wnęki miskę dla psa. Miriam zdrętwiała przerażona. Pies, fatalnie. Psy były dużo uważniejsze od ludzi, czujne, nie dawały się zmylić, ukryć się przed nimi w izbie było niemożliwością. Większe psy potrafiły też być naprawdę groźne. Miriam dwukrotnie ledwie uratowała się przed psami i miała wobec nich ponury respekt. Ale tym razem na szczęście nic więcej się nie stało. W izbie nie było słychać psa. Stary skończył sprzątać, dopił łyk i wyszedł, zabierając z kołka płaszcz.

54


Znieruchomiała, bo przez moment była całkowicie odsłonięta, ale na szczęście nie spojrzał w jej kierunku i zamknął drzwi. Wysunęła się z wnęki. Okno nadal było uchylone. Tuż przed nią, na podłodze, stał półmisek z plackiem, gliniany kubek grenadiny i złożona w trójkąt wełniana chustka, a na niej – instrument podobny do tego, który wcześniej ukryła za pazuchą. Tylko mniejszy. Może to właśnie jego dźwięk słyszała wtedy pod oknami i to zdecydowało, że postanowiła wybrać się do zamku, by wziąć sobie instrument, na którym dało się wygrywać te melodie wyciskające łzy z oczu… Miriam przyjrzała się czujnie stojącym na podłodze przedmiotom. Pułapka? Raczej jakieś dworskie dziwactwo, nad którym nie zamierzała się zastanawiać. Sięgnęła po mniejszą fletnię i błyskawicznie ukryła ją pod ubraniem. Złapała też chustkę i czmychnęła w stronę okna. Siedząc już na parapecie z jedną nogą na zewnętrznym gzymsie, zatrzymała się jednak. Cichutko wróciła do izby i odłożyła na stół większą fletnię. Ta mniejsza była dużo poręczniejsza do noszenia, duża mogła się połamać przy przełażeniu przez mur, to byłoby bez sensu. Podniosła z podłogi kubek, obwąchała go nieufnie i upiła niewielki łyk grenadiny. Ugryzła kawałek placka, a resztę wrzuciła za pazuchę. Wyskoczyła przez okno, pobiegła po gzymsie jak wiewiórka do gałęzi drzewa i za chwilę zeskakiwała już z zewnętrznego muru na dobrze znaną ulicę. Ot, dzieciak bawiący się wspinaniem, gdzie go nie prosili. W tym mieście nie było nic bardziej obojętnego dla przechodniów niż bezpańskie psy i bezpańskie dzieci – po wielkiej zarazie jednych i drugich było wszędzie pełno. Nie niepokojona przez nikogo zawiązała na włosach świeżo zdobytą czerwoną chustkę i pobiegła nad rzekę. Był wczesny ranek, a ona chciała wypróbować swój nowy instrument.

V Wynik pojedynku Gaspara z filozofem stał się główną sensacją omawianą przy śniadaniu. Wprawdzie już po

55


nim zdążyły się odbyć dwa inne pojedynki – Amalryk z Courçon pokonał po pięknej walce Muntasira al-Mansura, Navarrczyk zaś zmiótł słabiutkiego, jak się okazało, Nadżiba Abd al-Malikę, jednak oba te wyniki nie miały w sobie nic niezwykłego. Za to wynik walki Gaspara z profesorem był rzeczywistym zaskoczeniem. Gaspar uchodził w oczach wielu za głównego faworyta turnieju, więc jego przegrana wywracała do góry nogami wszystkie bez mała kalkulacje konkurentów. Toteż rozmawiano głównie o tym. Filozof zniknął gdzieś, jakby zapadł się pod ziemię, więc pytające spojrzenia zwrócone były na Gaspara. On sam nie otrząsnął się jeszcze do końca z oszołomienia, ale – co było dla niego samego niepomiernie dziwne – czuł się teraz dużo lżej niż wczoraj. Przyszedł na śniadanie do wielkiej auli, kiedy już było w niej pełno ludzi i właśnie podawano polewkę i placki. Przywitał go lekki szmer – już wiedziano. Dostrzegł od razu, że grupy ciekawskich oblegają nielicznych naocznych świadków jego porannego pojedynku i słuchają ich relacji. Ale tego pojedynku nie oglądał nikt z mistrzów Sztuki, więc i relacje musiały być dalekie od wnikliwości. Jego samego, rzecz jasna, nikt o nic nie spyta. Szermierze siedzieli z kamiennymi twarzami – było oczywiste, że wiedzą. I było oczywiste, że nie mają pojęcia, jak mogło do tego dojść. Gaspar uśmiechnął się do konkurentów z  daleka i pozdrowił ich ukłonem. Sprężystym krokiem przeszedł przez całą salę w stronę stołu, przy którym siedzieli Maur i młody Tancerz. Ich pojedynek miał odbyć się za godzinę i teraz okazywali sobie wzajemnie szacunek, jedząc razem posiłek i gawędząc. Gaspar przywitał się z nimi, kłaniając się nisko najpierw Ibrahimowi, a zaraz potem młodzieńcowi. – Czy pozwolicie, panowie – spytał po prostu – że przysiądę się do was? Sprawy potoczyły się tak, że wszystkim nam przyda się chwila rozmowy.

56


Zaskoczył ich kompletnie. Zerwali się obaj, zapraszając go niemal serdecznie. Usiadł obok Tancerza. Ten podał mu kosz z plackami. Ibrahim przechylił się nad stołem, aby dolać mu wina, i jedli przez chwilę razem, przerzucając się wzajemnie uprzejmościami. Wszystkim wyraźnie ulżyło. Wczorajsze złośliwości i irytacje okazały się nagle zupełnie niewarte rozpamiętywania. Gdy już podjedli nieco, Gaspar powiedział: – No cóż, do rzeczy. Już wiecie, że profesor pokonał mnie pierwszym cięciem jak dzieciaka. Jestem jeszcze oszołomiony, ale to była dla mnie wielka nauka. Teraz wychodzi na to, że być może jeden z was będzie z nim walczył. – Łyknął wina, a oni mu nie przerywali. – Pewnie przydałoby się wam wiedzieć cokolwiek o jego kunszcie. Chętnie służyłbym wam tą wiedzą, ale wybaczcie, jestem bezradny i nic mądrego wam nie podpowiem. Pokonał mnie tak szybko, że nadal nie wiem o nim nic, ponad to właśnie, że umiał pokonać mnie, samemu wcale nie odsłaniając swego kunsztu. Nie miejcie mi za złe, ale będę obstawiał jego zwycięstwo. To niezwykły mistrz Sztuki. Zapadła na chwilę cisza, a potem odezwał się Ibrahim: – Dziękuję z serca, mestre. Nie wiem, co powiedzieć. Kto by pomyślał, że ten nauczyciel… To musi być nie byle kto, skoro pokonał was, którego miałem za faworyta tego turnieju. Tamci młodzi widzieli was pierwej w karczmie i opowiadali, więc wiemy wszyscy, co potraficie. No i jak wczoraj stało się to z waszą rękawicą i profesorem… – Ibrahim szukał słów – …potem przy winie długo żartowaliśmy z waszej przygody, nie miejcie za złe. I jak to w takich razach, no wiecie… padały tu różne przypuszczenia, ale nie było takiego, co by przewidział to, co zaszło. Kto by pomyślał? Dziękuję za wasze ostrzeżenie. Ech, że też mogłem go nie zauważyć! – Poprawił nerwowo przepaskę na martwym oku. – Od czterech lat jadaliśmy przy tym samym stole, a ja zauważyłem tylko, że uczy księżniczkę greki czy czegoś tam. Jak mogłem

57


przegapić takiego szermierza? Jeśli to ja będę miał zaszczyt, obiecuję wielką uważność. – Skłonił się z powagą. Gaspar odpowiedział ukłonem i pomyślał: „Nie będziesz miał okazji…”. Ale nie powiedział tego głośno. Młody Tancerz Miecza wymruczał pod nosem jakieś speszone podziękowania, przeprosił, wstał i ruszył szykować się do pojedynku. Maur także zaczął się powoli zbierać. Wielu dworzan już skończyło posiłek i najgorliwsi spośród nich szli teraz zajmować wygodne miejsca na dziedzińcu, zanim pojawi się tam tłum, by przyglądać się pojedynkowi. Tymczasem inni wchodzili dopiero do sali. Gaspar spojrzał w tamtą stronę i od razu dostrzegł rude fale. Ruth była ubrana prosto i miała odsłonięte włosy, co było tu śmiałą ekstrawagancją. Przyszła dopiero teraz, nie chciała wcale oglądać jego porannego pojedynku. „Musisz być skoncentrowany – powiedziała – idź sam”. Teraz zobaczyła go z daleka i szła ku niemu szybko. Na jej twarzy dało się wyczytać zaskoczenie, a potem niepokój. Podeszła i usiadła obok, natychmiast nachyliła się ku niemu i spytała zdumionym szeptem: – Jak to? Wygrałeś? Nie rozumiem… No tak… Cóż niby miała sobie pomyśleć, widząc go rozluźnionego i uśmiechniętego od ucha do ucha. – Przegrałem, cudna. – Gaspar wziął ją za dłoń i czubkami jej palców dotknął swego draśniętego policzka. – Profesor rozłożył mnie jak dzieciaka. Pierwszym uderzeniem. Patrzyła na niego z niedowierzaniem, a potem na jej twarzy zagościł ten nieprawdopodobny uśmiech, od którego robiło się jasno. – Przegrałeś i  nie jesteś zły? – rzekła przyciszonym głosem. – Nie mogę uwierzyć. Mądry, dzielny psie. Niepotrzebnie tak się bałam o ciebie… – I pocałowała go przy wszystkich, nie zwracając na nich uwagi. – Bałam się, że będziesz znów wściekły na siebie, a ty robisz mi taki prezent. Ty mądry psie. – I objęła go serdecznie.

58


Gaspar czuł się dziwnie lekko. Inni mieli przed sobą walki, a on już skończył i teraz może spokojnie przyglądać się i delektować widowiskiem, na którym znał się jak nikt. Opowiedział Ruth ze śmiechem, jak po przegranym pojedynku niełatwo było mu przyjść tu, na śniadanie, jak wszedłszy wreszcie do auli, przełamał się i podszedł pierwszy do Ibrahima i Tancerza. Kiwała głową z podziwem. – Wiedziałam, że taki jesteś! Nieprawda, wcale nie wiedziałam, nie znam cię przecież jeszcze tak dobrze... Ale bardzo chciałam, żebyś się taki okazał. No, no… Jadła rodzynki i co chwila zerkała na niego uradowana, jakby nie mogła nacieszyć oczu. On zaś gadał jak najęty o pojedynku, który miał odbyć się za chwilę. Sztukę Ibrahima opisał krótko – klasyczny szermierz z mistrzowskimi umiejętnościami i doświadczeniem. Nie popełnia błędów. Brak jednego oka może niby osłabić jego orientację w przestrzeni, ale przeciwnik nie powinien na to liczyć. A przeciwnik jest wielce ciekawy. I Gaspar opowiedział jej z kolei o Tańcu Miecza, starej Sztuce powstałej przed ponad stu laty w klasztorze San Benedicto w Pirenejach i ćwiczonej kiedyś na oblodzonych górskich ścieżkach. Ona słuchała z uwagą i w końcu powiedziała: – Nie znam się na tym, ale gdyby kto mnie spytał, stawiałabym na tego małomównego chłopca. Rozumiem, że w Sztuce mistrzowska precyzja jest atutem, ale nieregularność tempa jest prawdopodobnie podstawą nieprzewidywalności akcji. A nieprzewidywalność sprzyja zwycięstwu, to wydaje mi się logiczne. W każdej sprawie musiała mieć swoje zdanie. Gaspar żachnął się i zaczął przekonywać, że akcje w tempie regularnym też bywają nieprzewidywalne, ale Ruth zamiast się kłócić, rozsypała na stole garść migdałów. „Aha, zaczyna się – uśmiechnął się w duchu – będzie wykład”. A ona już z szybkością starego rachmistrza przesuwającego paciorki liczydeł

59


układała dwa rzędy niewielkich porcji migdałów. W pierwszym porcje były wyliczone: jeden, trzy, pięć, siedem; w drugim wylosowała cztery porcje na ślepo. – Patrz – powiedziała – łatwo przewidzieć, że teraz tutaj dołożę dziewięć. Ale nie wiesz, ile wylosuje mi się tu. Regularność to przewidywalność. Wystarczy odgadnąć regułę, która ją porządkuje. Zgarnęła dolny szereg migdałów i zaczęła wyjadać je ze śmiechem. Gaspar pokręcił głową. Teoretycznie może i tak, ale… – W praktyce – rzekł – wystarczy pojedyncza drobniutka nieregularność – zabrał jeden migdał z górnego szeregu – i już niczego niepodobna przewidzieć. Teraz masz: jeden, dwa, pięć, siedem. Co niby ma być dalej? Ale Ruth już nurkowała dłonią pod jego łokciem, przesunęła czubkiem palca pojedynczy migdał z przedostatniej na ostatnią kupkę. – Chyba że zakłócona regularność ułoży ci się sama w jakąś nową regularność, odruchowo, bezwiednie. Niewielu ludzi rozumie, jak głęboko jesteśmy zaplątani w różne regularności i symetrie. Wydaje mi się, że bardzo trudno jest ułożyć coś prawdziwie nieregularnego – uśmiechnęła się do niego. A on musiał znów przyznać jej rację.

X Pojedynek Tancerza i Ibrahima był pełen wielkiej ostrożności z obu stron. Tłum gapiów wypełnił tym razem szczelnie całą wolną przestrzeń dziedzińca, pozostawiając tylko pole do walki – koło o średnicy dwunastu kroków. To Tancerz był w tym pojedynku stroną wyzywającą, więc do Ibrahima należało prawo wyboru broni. Maur uczynił piękny gest w stronę młodego szermierza i choć sam preferował mauretańską szablę, zaproponował długie miecze – tradycyjną broń Tancerzy. Miecze

60


bastardowe, którymi można było walczyć zarówno jednorącz, jak i wykorzystywać ich długą rękojeść do operowania oburącz, były bronią wymuszającą wszechstronność. Naiwni szermierze dworscy uważali je często za broń łatwą – ot, sześć kanonicznych postaw i tyleż zasłon, znanych tak dobrze z dworskich traktatów szermierczych. Ale prawdziwi fechmistrze wiedzieli, że to broń skrajnie wymagająca. Natomiast o Tańcu Miecza, zapomnianej już dziś sztuce z pirenejskich klasztorów, wiedziano tylko, że podobno wyglądał dziwacznie i był zaskakująco skuteczny. Toteż czekano z ciekawością na walkę młodego Tancerza. Obaj walczący weszli do kręgu niemal równocześnie, gotowi i skoncentrowani. Kiedy pozdrowili się i ruszyli ku sobie, ich kroki zdawały się nieco ostrożniejsze niż zazwyczaj. Ibrahim walczył, skręcając leciutko głowę, aby jego jedyne oko miało maksymalne pole widzenia. W pewnym momencie przyspieszył i postawił dwa kroki nieco dłuższe, ale w tej samej chwili młody Tancerz Miecza odpłynął w bok po kole długimi, pięknymi krokami swojej Sztuki. Trzymał miecz w dziwnej pozycji, wiszący sztychem w dół, z rękojeścią wzniesioną na wysokość czoła. Oczy miał lekko przymknięte, jakby raziło go słońce. Ibrahim stał w klasycznej postawie, trzymając miecz w opuszczonych nisko dłoniach. Wodził czujnie sztychem za przeciwnikiem – musiał być przygotowany na nieznane. Tancerz nie kwapił się do ataku. Okrążał Maura z daleka ze swoją nieprzeniknioną twarzą, jakby pogrążony w dziwnym półsennym transie. Maur także nie ruszał do przodu, był bardzo ostrożny. Gdy badając przeciwnika, zrobił krok ku niemu, a ten ruszył po skosie naprzeciw, Ibrahim natychmiast czujnie odszedł w przeciwny skos i zatrzymał się znów w postawie gotowości. Trwało wzajemne badanie się z dystansu i wśród publiczności odezwały się pojedyncze głosy zniecierpliwienia. Natychmiast jednak zostały uciszone karcącymi syknięciami innych. Bardzo ceniono uważność, jaką wykazywali tu obaj walczący.

62


Wreszcie Tancerz znieruchomiał na moment, a potem, jakby zagrała mu nagle niesłyszalna dla innych muzyka, popłynął zakosem, wykonując przedziwny taniec nieprzypominający niczego. Każdy krok tego dziwnego, nierytmicznego pląsu był inny. Długie, płynne kroki przeplatały się z gęstym dreptaniem niemal w miejscu, a kierunki kolejnych kroków zmieniały się zaskakująco. Ciało płynęło w jednym kierunku, a nogi wybiegały spod niego gdzieś w bok i rozpoczęty wypad okazywał się nagle ostrym zakrętem w lewo zamaskowanym półwoltą w prawo. Co chwila wydawało się, że już wiadomo, jaki kierunek obiera młodzieniec, lecz on właśnie wtedy błyskawicznie skręcał w przeciwną stronę lub zamierał na ułamek sekundy i nagłym skokiem ruszał w dalszy pląs. Miecz wisiał cały czas nieruchomo w jego dłoniach. Wszystko to działo się jak w jakimś hipnotycznym transie. Chwilami Tancerz zataczał się niby pijany i wydawało się, że zaraz upadnie, ale on chwytał w lot równowagę i tańczył dalej. W pewnym momencie zbliżył się do Ibrahima na odległość bezpośredniego cięcia. Zaskoczyło to Maura i spóźnił się o ułamek sekundy z postawieniem zasłony. Jednak Tancerz nie wykorzystał tego. Sam też był zaskoczony nagłą okazją i nie zdążył na nią zareagować. Po obu stronach wyczuwało się wielkie napięcie i nerwowość. Czas już był najwyższy skrzyżować stal. Ibrahim ruszył nagle niezwykle szybkim atakiem kroczek-wypad i wystrzelił rozpoznawczym skośnym cięciem na prawy bark przeciwnika. Cięcie trafiło w pustkę, bo Tancerz jak łasica zanurkował pod lewy łokieć Maura i wstając tuż za jego ramieniem, już zawijał się do ataku półobrotem z góry. Ibrahim bezbłędnie wyczuł atak i zastawił się na wyczucie za plecami. Po raz pierwszy w tym pojedynku zadzwoniła stal. Cięcie szczupłego młodzieńca było szybkie i mocne, ale Maur obronił je bez żadnego trudu. Nie odwinął się jednak tercją z dołu, tylko uciekł, przedłużając kierunek swego wcześniej-

63


szego ataku, i wywinął się do obrony błyskawiczną woltą. Niepotrzebnie – Tancerza już tam nie było. Wśród gapiów rozległy się chichoty. Przeciwnik już płynął ku niemu z boku. Ibrahim tym razem ruszył od razu naprzeciw, nie zamierzał się dłużej asekurować. Był prawdopodobnie znacznie silniejszy od młodziutkiego przeciwnika i musiał sprowokować wymianę, by zachwiać tym baletmistrzem i pomieszać jego przemyślne kroczki. Szedł naprzód bardzo skupiony, nie dał się zmylić dwóm kompletnie zaskakującym zwodom i gdy tylko znalazł się w dystansie półtora kroku, przyrżnął płasko od lewej na biodro, z trzech czwartych obrotu, jakby chciał zrąbać dąb. Obrona okazała się przedziwna. Tancerz nie zanurkował pod cięcie, nie uciekł z dystansu ani nie zastawił się tuż przy ciele. Pozostał w samym środku pola rażenia, skręcił się tylko przodem do cięcia i wyrzucił zastawę daleko jak kompletny nowicjusz. W dodatku, zanim potężne rąbnięcie Ibrahima tknęło zastawy, Tancerz nagle uniósł ją, odsłaniając zupełnie biodro i zaczął skręcać się do cięcia z góry. Cios za cios? Bezsens! Maur był już w przewadze połowy tempa i jego cięcie właśnie dochodziło celu. Gaspar chyba pierwszy zrozumiał, co się dzieje. Volta tancerza w połowie zmieniła się w skręcony półwypad, którym przemknął przed zbliżającym się mieczem jak psotny chłopak przed rozpędzoną karetą i przyjął na odsłonięte biodro potężne rąbnięcie… dłoni zaciśniętych na długiej rękojeści. Ułamek sekundy później on sam spuszczał już cięcie na czoło Ibrahima. Miecz Tancerza, zatrzymany twardym szarpnięciem tuż przed celem, nie dotknął czoła Maura, ale Ibrahim Ibn Zafir nie wahał się ani chwili. Uniósł prawą dłoń na znak, że prosi o zatrzymanie walki. Następnie wyprostował się, opuszczając miecz, dotknął palcami czoła i skłonił się, wskazując przeciwnika na znak, że uznaje trafienie i poddaje walkę. Po czym schował długi miecz do pochwy i skłoniwszy się jeszcze raz, odszedł szybko, patrząc gdzieś ponad głowami zebranych. Tancerz też już odłożył miecz i nie zwracając zupełnie uwagi na burzę braw,

64


rozpiął kaftan. Łapał ciężko powietrze i rozcierał oburącz prawe biodro. Nie czuł w nim jeszcze bólu, ale wiedział, co będzie, gdy opadną emocje. Trzeba było od razu rozetrzeć miejsce uderzenia, rozciągnąć bok energicznymi skłonami i rozruszać staw przysiadami. W przeciwnym wypadku w ciągu godziny biodro będzie sztywne i to przesądzi o wyniku następnej walki. – Wszystko w porządku? – O krok od niego stał filozof. Pojawił się nie wiadomo kiedy. – Pozwolicie, że spojrzę? Aaa, no tak, nic poważnego. Myślę, że przydałby się wam teraz dzień odpoczynku. – Nic mi nie jest – mruknął zduszonym głosem Tancerz. – Dziękuję Waszej Magnificencji. A jeśli chodzi o to, cośmy wczoraj… No, to niegrzecznie wyszło, wybaczcie. Macie teraz prawo, jestem gotów choćby zaraz. – Nie, nie. Spokojnie, młodzieńcze – powiedział filozof miękko. – Nie ze mną. Rozmasowuj, nie przeszkadzam. A potem odpocznij. O ile mogę to ocenić, masz trochę czasu, więc zadbaj teraz o to biodro i bądź sprawny. – A wy, panie? – Ja już mam przeciwnika, walczę za chwilę.

W W książęcej bibliotece panował chłód. Rzędy ksiąg ciągnęły się przez całą salę i znikały gdzieś w półmroku. Okna były zasłonięte kotarami, tylko pojedyncza smuga słonecznego światła padała na dwa wielkie globusy pośrodku pomieszczenia: jeden wyobrażający lądy i morza, drugi zaś ukazujący zodiak na sferze niebieskiej. W tym oświetleniu wyglądały one jak wielkie złote kule. Na pulpitach ustawionych wzdłuż regałów gdzieniegdzie leżały księgi. Panowała cisza. Marszałek dworu siedział oparty o  poręcz krzesła i czekał, aż książę Ferdynand skończy czytać listy przyniesione właśnie przez sekretarza. Książę przeglądał je na

65


razie pobieżnie i odkładał na bok te, które będą wymagały uważniejszej lektury. – Powiadasz więc, że mamy turniej pełen niespodzianek? – Spojrzał na marszałka, a ten przytaknął w milczeniu. – Teraz z kolei nasz Ibrahim poległ z rąk tego chłopca. Jak to wyglądało? Widziałeś walkę? – Widziałem, panie, w każdym szczególe, od początku do końca. Jeśli wolno mi zauważyć, wiemy to dobrze obaj, że Ibrahim potrafi być porywczy i mieć za nic obyczaj, gdy wpadnie w gniew. Tym razem jednak zapewniam, że niczym nie uchybił Sztuce. Przyjął porażkę po rycersku, odszedł z placu godnie. – Taaak… to nie jest dla niego łatwa lekcja – mruknął książę w zamyśleniu. – Ale wszyscy przyjmujemy od życia lekcje. A co prócz tego? – Ten Amalryk, jak Wasza Wysokość już wie, pokonał w bardzo pięknej walce młodego Muntasira al-Mansura. Zakończenie bardzo ciekawe. Trafienie było wzajemne, niemal jednoczesne, z obu stron do krwi. Amalryk, jak mi się zdaje, spodziewał się kłótni, ale ten młodzieniec, nie czekając ani chwili, uznał pierwszeństwo przeciwnika. Piękna postawa, dwór bił brawo. Frank szedł do pojedynku jak na wyprawę krzyżową, a po takim geście uściskał al-Mansura serdecznie i okazał mu wielki szacunek. Zresztą trzeba przyznać, że ów młodzik wymęczył go bez litości. Amalryk łapał oddech jak ryba. – Zobaczymy, jak poradzi sobie dalej. A ów Bask, jakże tam on się zwie? – Otso, panie. Mikel Juan Otso de Irrunea. No cóż, wybrał najłatwiejszego przeciwnika, pokonał go w mgnieniu oka. Nie zmęczył się, nie odsłonił swych umiejętności. To dobrze kalkulujący spryciarz. – Myśli strategicznie – uśmiechnął się kwaśno książę. – Może to i dobrze. Cóż jeszcze powinniśmy omówić? – Panie – rzekł marszałek z  lekkim wahaniem – chciałbym jeszcze wrócić do sprawy naszego filozofa…

66


Nie widziałem tego pojedynku z Reyesem o świcie, ale wszyscy, nie wyłączając jak się zdaje Waszej Wysokości, mieliśmy Reyesa za faworyta i tej walki, i całego turnieju. Wynik pojedynku zupełnie nas oszołomił. Wszystkich, z wyjątkiem Waszej Książęcej Mości. – Marszałek nerwowo przełknął ślinę. – Odnoszę więc wrażenie, że nie wiedziałem o czymś ważnym, że Wasza Książęca Mość nie obdarza mnie pełnym zaufaniem. Wobec tego z całym szacunkiem muszę wyrazić niepewność, czy bez tego zaufania potrafię dobrze kierować sprawami dworu… – W jego głosie drżała urażona duma. Książę przerwał mu: – Stary przyjacielu, nie mam przed tobą żadnych tajemnic, nie gniewaj się. Nauczyciel filozofii moich córek spłatał figla nam wszystkim. Ale ja nauczyłem się obserwować ludzi i nie jestem aż tak zaskoczony jak wielu. Słyszę, że to był przypadek, że Reyes się poślizgnął. Bzdury, nie było żadnego przypadku, po prostu nasz Abraham pokazał kunszt. A tym młokosom nie mieści się to w głowach, bo to mój i twój rówieśnik. Uważają, że w naszym wieku powinniśmy się cieszyć, jeśli bez pomocy pachołka wstajemy z krzesła. A tu nagle dziadek sprał faworyta. Dziwna sytuacja, przyznaję, ale dla mnie bardzo miła. – I przez twarz księcia Ferdynanda Manrique de Lara y Cardona, zazwyczaj poważną, przemknął łobuzerski uśmiech. – Nie mogę jednak pojąć, panie, o co mu idzie. Ma swoje miejsce na dworze, jest szanowany. Po co pcha się do funkcji fechmistrza? – Nie, nie, przyjacielu, nie sądzę, aby nasz Abraham chciał być fechmistrzem. Chodzi o coś innego i wkrótce zapewne dowiem się, o co. – Za pozwoleniem Waszej Wysokości, jestem jednak zaniepokojony. Trzeba brać pod uwagę różne możliwe warianty. Bo z kolei co do pojedynku Arreoli, to przecież… Usłyszeli kroki. Przez aulę szedł szybko, niemal biegł, sekretarz zapewne z pilną wiadomością. Zatrzymał się

67


w niskim ukłonie, książę skinął niecierpliwie i zdyszany sekretarz wykrztusił: – Przed chwilą zakończył się pojedynek. Mestre Natanael Urijah Levi pokonał kawalera Diego Estebana de Valle y Cuenca, trafiając go w udo. Ranę opatrzono, nie jest poważna. Pojedynek przebiegł bez obrazy Sztuki, zgodnie z regułą – wyrecytował i zamilkł. Książę odprawił go skinieniem i rzekł: – Mamy więc komplet zwycięzców pierwszych starć. Opowiedz mi jeszcze króciutko o  pojedynku Arreoli. Widziałeś to osobiście, prawda? – Widziałem. Niewiele jest do mówienia. Nasz filozof w pierwszym złożeniu trafił go w czoło, ukłonił się i chciał odejść. Ale Arreola zakwestionował trafienie, bo nie było niby krwi i zażądał dalszej walki. Więc filozof wrócił i trafił go jeszcze raz. Takim samym atakiem, w to samo miejsce, tak samo leciutko, też bez krwi. Arreola był bezradny jak dziecko. – Nie trzeba było tak się obżerać na naszych ucztach – skwitował kwaśno książę. – Pamiętam go sprzed dwóch lat. Utył wyraźnie od tego czasu i rusza się ślamazarnie. Ale przegrać to jedno, a nie mieć honoru to drugie. A co na to ludzie? – No cóż, wiadomo: buczenia, śmiechy, krzyki, że jak chciał krwi, to mu ją puścić, jak to ludzie. Nasz Abraham tylko przytrzymał przez moment sztych oparty o czoło tamtego, żeby nie było wątpliwości. Arreola chyba ugotował się ze wstydu. Mniemam, że nie będziemy go gościć na obiedzie. Kazał służbie spakować się i teraz pewnie wyjeżdża. – No tak – mruknął książę – no tak. Chodźmy zatem na obiad. Zgłodniałem. I najwyższy czas obejrzeć drugi akt naszego theatrum.

R W sali biesiadnej było wesoło i gwarno. Głośne rozmowy, brzęk pucharów i  szczęk noży o  półmiski, wesołe

68


opowieści i chóralne wybuchy śmiechu, donośne toasty i przepijanie do siebie, pokrzykiwania na służbę; wszystko to zlewało się w jeden bezładny harmider. Schodzili się jeszcze spóźnieni goście. Brakowało na razie muzułmanów – akurat była pora ich modlitwy. Za książęcym stołem, wśród innych dostojnych gości siedział tyczkowaty poseł angielski, którego książę Ferdynand zaszczycał miłą rozmową. Poseł zdążył już oswoić się ze swobodną atmosferą zamku Nájera i brał udział w ożywionej wymianie zdań. Głównie pasjonowała go, jak się zdaje, wielość wyznań tutejszego dworu i ludu. – Nie miewamy w tym przedmiocie konfliktów, milordzie – rzekł książę uprzejmie. – Obecność mędrców wielu kultur i ich przyjazne dyskusje to bogactwo naszego świata. Trwając przy jednej prawdzie, nie zaszkodzi wysłuchać i innych prawd. – Rozumiem wasz smak do różnorodności, książę – skłonił się poseł – ale pozwolę sobie zauważyć, iż różnorodność to także niestabilność. Poddani Jego Wysokości króla Henryka VIII są wyłącznie członkami Kościoła Anglii i to bardzo porządkuje nasz świat. Księżniczka Izabela pokręciła głową i próbowała wciągnąć posła w dyskusję o przewagach różnorodności nad jednolitością, lecz poseł uśmiechnął się do niej wystudiowanym uśmiechem, nalał jej z  wyszukaną uprzejmością wina i nie podejmując rozmowy, odwrócił się znów ku księciu Ferdynandowi, by dyskutować o stabilności politycznej. Gaspar siedział pomiędzy dwoma akademikami z Burgos. Wybrali specjalnie miejsce w dole stołu, z dala od wyżej urodzonych, aby móc się zachowywać nieco swobodniej i mniej zważać na formy. Jedli, pili i komentowali niewybrednym językiem wydarzenia ostatnich dni. Podano właśnie pieczeń jagnięcą, fasolę z oliwkami i kozim serem, wszystko zaś obficie przyprawione oliwą, bazylią i wonnymi

69


ziołami z Prowansji. Pieczeń była wyborna, a popijana niezłym winem, smakowała wprost bosko. – A gdzie to nasz grubasek Arreola? Do diabła, powinien pić tutaj z nami, przegranymi – wyszczerzył zęby Diego. – Podobno uciekł, nie czekał obiadu, jakoś odjęło mu apetyt… – Niech przepadnie w piekle – warknął Izaak. – Gadzina bez honoru. Miałem go niechybnie trafionego, oszczędziłem, bom nie chciał odjąć mu prawej dłoni. Wstrzymałem pchnięcie i co? Nie uznał. A mankiet rękawicy rozpłatany przez trzy warstwy, wstrzymałem pchnięcie dopiero na rękawie koszuli. I tego on śmiał nie uznać! Muł go chędożył! – Widzieliście, co z nim zrobił ten profesor? To chyba gorsze niż stracić oko – mruknął Diego. – W pewnej chwili zrobiło mi się go nawet szkoda. Gaspar przełknął jagnięcinę i rzekł wesoło: – Profesor dał mu tylko lekcję. I to bardzo cenną lekcję, ten padalec powinien być wdzięczny. Krzywdę zrobił sobie sam, łżąc wobec tylu ludzi, że nie było trafienia. Takiej kompromitacji nie życzę nikomu. Ale nikt jej nie jest winien, tylko on sam. Pokiwali wszyscy głowami, a Izaak dodał w zadumie: – Widzieliście to dr ugie trafienie? Niepojęte… Zamierzyłem sobie teraz ćwiczyć to codziennie. Jak on to zrobił? Skrócił zasięg jakoś nadgarstkiem, już chyba wiem jak. A po minięciu zastawy wypuścił nadgarstek znowu. – Nie, chyba nie… mruknął Gaspar. – Nie zdążyłem się przyjrzeć, pacnął od niechcenia jak muchę, ale zdaje mi się, że skrócił to łokciem. Te szerokie rękawy, nie było widać. Nadgarstek szedł pięknie w linii. – Tak czy inaczej, nieprawdopodobna koordynacja. Wyglądało, jakby ciął przez zastawę, jakby miecz Arreoli był z mgły. Grubas dostał za swoje, na jego miejscu wolałbym ciężką ranę – podsumował Diego. Milczeli chwilę, a potem Gaspar rzekł do Diega:

70


– A ty, compañero, walczyłeś z tym Levim znakomicie. Trzeba przyznać, że ten Andaluzyjczyk jest wart swojej sławy i w końcu pokonał cię, trudno. Ale pojedynek był piękny i – szacunek dla twojej Sztuki! Diego pokraśniał chyba bardziej z  zakłopotania niż z dumy. Nie przywykł widocznie do pochwał i szybko, chcąc zmienić temat, wykrzyknął: – Do diabła, przegrałem, ale wiedzcie, że powinniście mi zazdrościć zranionego uda. Trzeba wam było widzieć tę cudną medyczkę, co oczyszczała moją ranę. O, jest przed kim ściągać nogawice, mówię wam, warto było dać się nadziać. Zważcie sobie, iż jutro rankiem wybieram się na umówioną zmianę opatrunku. Trudno uleżeć spokojnie, gdy się ona do człeka weźmie tymi sprawnymi paluszkami. Zaraz moje ciało oddaje hołd jej sztuce i ani mi się powstrzymać. Te paluszki… Ech, mógłby ów Andaluzyjczyk zranić mnie choćby o cal wyżej. – Byle znów nie za wysoko – wyszczerzył zęby Izaak i wszyscy trzej wybuchnęli śmiechem. W tym momencie rozmowy przycichły, bo marszałek dzwonił w puchar. Wszystkie głowy zwróciły się ku niemu. Posykiwania uciszały ostatnie rozmowy i przez cichnący gwar przebił się do nich donośny głos: – …z tych więc sześciu, co zakończyli zwycięstwem swe pierwsze walki, dwóch już odbyło drugą walkę. W tej zaś mestre Abraham ben Aaron Leot al Jadecha pokonał mestre Pabla Arreolę z Salamanki. – Marszałek po raz pierwszy chyba nazwał filozofa mistrzem. – Pozostali zaś szermierze, między którymi winno teraz dojść do wyzwań, aby mogli zmierzyć się jutro, to: mestre Natanael Urijah Levi – Levi wstał i ukłonił się – mestre Amalryk z Courçon – z kolei wstał rudobrody rycerz o posturze niedźwiedzia – mestre Manuel Jesus de Lara y Covadonga – Tancerz niezgrabnie kiwnął głową – i mestre Mikel Juan Otso de Irrunea – Bask właśnie zdążył wyplątać ręce z dekoltu adorującej go dwórki, wstał i skłonił się nienagannie.

71


Marszałek zaczerpnął powietrza, by wygłosić formułę: – Jego Książęca Wysokość Ferdinando Esteban Francisco Manrique de Lara y Cardona, książę Nájera et cætera w swej łaskawości życzy przyszłym walczącym uważności i cnoty. Niech zwycięży Sztuka! Zrobił się szum, biesiadnicy wstawali, aby wypić książęcy toast, puchary powędrowały w górę. Wielu biło brawo szermierzom. Z kolei przy wejściu zapanowało ożywienie. Do sali weszli właśnie: Ibrahim z lutnią pod pachą, a z nim Muntasir i Nadżib al-Malika, witani wesołymi okrzykami innych biesiadników. Oczekiwano ich niecierpliwie, jako że byli doskonałymi kompanami przy stole. W tym ogólnym zamęcie, nie tracąc ani chwili, Otso przemknął ku przeciwnej stronie stołu, zatrzymał się przy niedźwiedziowatym Amalryku, skłonił się i rzekł z wyszukaną uprzejmością, kalecząc szkaradnie łacinę: – Mistrzu Amalryku, zapraszam cię do próby. To dla mnie wielki honor. – Item vice versa, magistre Otso. – Rudobrody Amalryk wstał, by objąć Baska serdecznym uściskiem niedźwiedzia, i usiłował zaprosić go, by usiadł obok. Otso uśmiechnął się wystudiowanym grymasem, jednak nie usiadł. Wykonał przepraszający gest, zamienił z Amalrykiem jeszcze parę kurtuazyjnych zdań, po czym kłaniając się, umknął na swoje dawne miejsce i powrócił do przerwanych zabiegów przy pewnym dekolcie. Udawał, że nie patrzy na boki, ale oczywiście dostrzegł kątem oka Leviego, który także, niemal równo z nim, ruszył, by wyzwać Amalryka. Tyle że Otso był szybszy. Było oczywiste, że to właśnie Amalryk jest teraz przeciwnikiem najsłabszym z całej czwórki. Niedźwiedzia postura rudobrodego mogła imponować publice, ale Otso wiedział swoje. Słabością Amalryka były wiek i tusza, a jedno i drugie przekładało się na kondycję. Otso wyliczył sobie, że Frank musiał przekroczyć czterdziestkę całkiem

72


niedawno; jeszcze kilka lat temu był zapewne okazem tężyzny. Trudno mu było pogodzić się z wiekiem i dalej rzucał się na przeciwnika jak młodzieniec o niespożytej energii. W pojedynku z tym przeklętym Muntasirem al-Mansurem ledwie dociągnął do końca. Jego zmęczenie było widać nawet po kilku godzinach, gdy wszedł na ucztę. Powłóczył ciężko nogami, co nie umknęło bacznej uwagi Baska. Ważne było też to, że Amalryk bynajmniej nie miarkował się w piciu i jedzeniu; właśnie dlatego Otso, wśród uśmiechów i uprzejmości, niewinnie zaproponował porę pojedynku tuż po wschodzie słońca. Można się było spodziewać, że wówczas Amalryk będzie w najgorszej kondycji. Wszystko szło według planu. Miętosząc w zamyśleniu pierś sąsiadki – jakże ona miała na imię? – szepnął jej coś do ucha. Postanowił wyjść stąd szybko, by wyspać się godziwie przed walką, wszelako przedtem zamierzał jeszcze poświęcić jakąś chwilę na podtrzymanie swej sławy niepokonanego kochanka, a w trakcie chciał wypytać tę dziewczynę o różne dworskie plotki. Informacja miała zawsze swą cenę.

t Przy drugim końcu stołu Gaspar i obaj akademicy z Burgos nie odstępowali półmisków i pucharów. Siedzący niedaleko Ibrahim na prośbę współbiesiadników wydobył z marokańskiej lutni tęskny akord i zaintonował pieśń, którą zaraz podchwycił Muntasir. Diego z wielką wprawą dołączył swym niskim głosem, a jakaś całkiem niepozorna dwórka, siedząca dotąd z boku, przejęła wysoki głos i śpiewała tak pięknie, że natychmiast uwaga wszystkich skierowała się na nią. Ibrahim teatralnie wywracał oczami i robił do niej miny pełne uwielbienia, a ona z równie żartobliwą przesadą to spuszczała skromnie powieki, to znów zerkała na niego. Kiedy pieśń wybrzmiała, rozległy się oklaski i wesołe okrzyki. Akademicy i Gaspar w znakomitych

73


humorach wrócili do jagnięciny i komentowania wdzięków książęcej medyczki. Izaak opowiedział sprośny i niespecjalnie śmieszny dowcip, Diego i pobliscy biesiadnicy ryknęli śmiechem. Gaspar także się uśmiechnął, dopił resztkę wina i rozglądał się za pachołkiem, który mógłby przynieść pełny dzban. Ale nikogo nie było, służba uwijała się w górze stołu, gdzie zasiadali możniejsi. – Pojutrze pewnie ostatni pojedynek i powoli będzie czas wyjeżdżać. Co zamierzacie, compañeros? – spytał Gaspar. I nagle uświadomił sobie, że on sam nie ma jeszcze żadnego przemyślanego planu. Przyjechał przecież z zamiarem wygrania turnieju i pozostania na zamku w Nájera. Ale wszystko potoczyło się inaczej i teraz trzeba było powziąć jakieś decyzje. – Ze mną sprawa prosta – mruknął Diego. – Pędzę co koń wyskoczy do domu, do Andaluzji. Ojciec jest bardzo ciężko chory. – Głos mu zadrżał. – Pewnie nie dożyje zimy. Muszę przejąć obowiązki w dobrach. – Ja pewnie zostanę jeszcze parę dni pocieszyć twoją medyczkę – zarechotał Izaak. – Skoro wyjeżdżasz, to ktoś ją musi utulić, amigo. Od czego się ma przyjaciół. – I klepnął Diega po plecach, aż zadudniło. – Poczekajże, łotrze – wyszczerzył zęby Diego – jeszcze dwa dni. Zdążę ją wyściskać tak, że nie będziesz miał czego po mnie poprawiać. O, jest tam się do czego przytulać, powiadam wam. – I spytał Gaspara najnaturalniej w świecie: – A jak tam twoja matematyczka, amigo? Co zamierzasz? Gaspara zamurowało. Wyręczył go Izaak. – Co zamierzył, już zrobił – rechotał. – Teraz czas odfruwać, wszak to jesień. – I z kolei Gasparowi dostało się po plecach serdecznie, aż zadudniło. Gaspar chciał zaprzeczyć, ale nie zdążył, bo tym razem wyręczył go Diego: – Nie, nie, amigo. To nie tak. Popatrz na niego. Oczy mu się świecą do tej dziewczyny, jakby wsadził łeb do beczki

74


z miodem. Ona też nie jest mu niechętna. To coś więcej. Gdyby chodziło o zwykłe ugniatanie siennika, nawet bym nie pytał. Ale tu jest inna sprawa. Mam rację? Gaspar milczał. Po pierwsze zaskoczyło go, że wszyscy wkoło wiedzą o nim i Ruth; najwidoczniej obaj akademicy już nieraz rozmawiali o nich. „Zakochanym zdaje się, że wszyscy wkoło mają zamknięte oczy” – przemknęło mu przez myśl. Po drugie z najwyższym zakłopotaniem uświadomił sobie, że on sam nie zastanowił się dotąd, co dalej. Dotychczas decyzje podejmowała właściwie Ruth i sprawy toczyły się torem wyznaczonym przez nią, a on dawał się nieść. Ale teraz był najwyższy czas, by wziąć lejce tego zaprzęgu w swoje ręce. – Nie wiem, co dalej – powiedział cicho – ale, do diabła, masz po stokroć rację, amigo. To coś dużo więcej niż ugniatanie siennika. Rozmowa jakoś przestała się kleić. Mówili jeszcze o jakichś drobiazgach. Gaspar, dopijając wino, pomyślał, że byłaby pora wyślizgnąć się stąd chyłkiem. Wstał i zaczął się żegnać. Izaak wyściskał go serdecznie, mocno, aż zatrzeszczały żebra. – Idź już zlizywać ten twój miód. Jak widzę was razem, to nie dziwię ci się wcale – powiedział i mrugnął porozumiewawczo do Gaspara. Ale Diego nie dał się zwieść pozorom. Objął Gaspara jak brata i mruknął mu prawie do ucha: – Nie jest łatwo tak wyjeżdżać, co? Ech, do diabła, nie zazdroszczę ci, amigo. Będziesz musiał z nią jakoś porozmawiać, to trudniejsze od cięcia się na placu.

U Rozmowa z Ruth okazała się całkiem inna, niż się spodziewał. Łatwiejsza i zarazem dużo trudniejsza. Gdy zapukał

75


do drzwi, gdy przywitała do czułym uściskiem i pocałunkiem, cały układany po drodze plan zawalił się jak budowla z klocków. W komnacie było ciepło, na kabinecie leżały rozłożone księgi, papier i cyrkle. Ruth przerwała widocznie jakieś swoje zajęcia. To ona pierwsza zagadnęła, napełniając kociołek wodą: – Pojutrze koniec turnieju, mój cudny. Tak mi z tobą dobrze. Zostaniesz jeszcze dzień? Czy ruszasz od razu? – No właśnie – wybąkał. – Powinniśmy chyba jednak porozmawiać. Bo teraz wyszło tak, że… Dotknęła jego policzka, przechodząc obok. – Wszystko w porządku. Nic nie tłumacz. Jesteśmy dorośli i wiemy, jak wygląda życie. Spędźmy miło jeszcze te dwa dni, potem jedź i wspominaj mnie dobrze. Jak chcesz, zostań dzień dłużej. Trochę szkoda, że to już. Pomyślał, że właśnie słyszy słowa, jakie marzą się tylu mężczyznom: „Zabawmy się, a potem jedź i się nie przejmuj”. Ale kiedy one padły, poczuł z całą mocą, że przecież nie to chciał usłyszeć. Do diabła, wszystko wyszło nie tak. Ogarnął go nagle jakiś nieokreślony, obezwładniający żal. Nie do niej, raczej do siebie samego, a może do tej całej idiotycznej sytuacji. – Ech, czuję się podle. Wiem, umawialiśmy się, ale jak pomyślę, że mam ot tak, po prostu wyjechać… Podeszła do niego, usiadła mu na kolanach i pocałowała mocno, a potem odsunęła się nieco i powiedziała spokojnie: – Przyjacielu, myślę, że martwisz się o mnie, że bardzo chcesz nie być jednym z tych, co kładą się z pierwszą, jaka się zgodzi, i nad ranem nie pamiętają jej imienia. Wiedz, że bardzo to doceniam – pocałowała go delikatnie. – Ale wiedz też o tym, że zdecydowałam się na te chwile bliskości z tobą, bo wiedziałam, że za cztery dni wyjedziesz. Gdyby nie to, nie gniewaj się, nie zaprosiłabym cię do łoża. Wysoko cenię sobie swoją wolność. Żyję sama i tak zostanie. Żadnych

76


związków. Jestem z tobą przez chwilę i jeśli potem zechcesz być jednym z moich przyjaciół, sprawisz mi radość. A jeżeli nie zechcesz, zrozumiem. Tak to wygląda. Gaspar milczał. Przecież to, co powiedziała, było jasne, szczere. I w tej szczerości nie było nic z prostackiej nieuważności. Była uczciwa, a przy tym uważna. Czemu więc czuł się jak ostatni osioł? – Lepiej będzie, jak przeniosę się od razu do komnaty gościnnej. Zaraz zbiorę rzeczy. – Te słowa wypowiedziały mu się jakby same. „Co ja do diabła robię? – pomyślał. – Co to za szczeniackie fochy?!” Patrzyła na niego czule, a może tylko z troską. – Przyjacielu – powiedziała cicho – nie chciałam ci sprawić bólu. Napij się ze mną wina, zostań ze mną dziś, zostań jutro, cieszmy się dobrą chwilą. Ale nie wymagaj ode mnie, żebym była kimś innym, niż jestem.


ROZDZIAŁ III

D

ziękuję za rybę – powiedział filozof. Miał chyba nieszczególnie mądrą minę. Ryba leżała na stole, była naprawdę spora. Łypała na niego martwym okiem i szczerzyła zębaty pysk. – Co to za ryba? – Lucio – mruknęła Miriam, siedząc okrakiem na parapecie. – Wy chyba mówicie na to szczupak. Filozof skrobał się po brodzie i z rosnącym poczuciem bezradności próbował sobie przypomnieć, jak się przyrządza szczupaka. Rozejrzał się po swojej komnacie. Pewnie będzie potrzebna jakaś miska. I nóż. O to akurat było najłatwiej. Sięgnął po swój toledański puginał i spojrzał zakłopotany w stronę okna. – Łowisz ryby? – spytał. – Łowię, jasne. Ale tego gwizdnęłam ze straganu. – Piękny, dziękuję. Będzie jedzenia na trzy dni. – Były tylko takie. Rano zawsze jest większy wybór, ale nie chciało mi się zrywać o świcie. – Obracała w palcach fletnię i próbowała z niej wydobyć dźwięk. – No, pokaż jeszcze raz, jak robisz, że to gra? Jak ja dmucham, to tylko szumi. – Czekaj, najpierw zróbmy coś ze szczupakiem. – Filozof bezradnie trzymał rybę za ogon i rozglądał się w poszukiwaniu ratunku. – Najpierw trzeba ją chyba oskrobać, tak? Miriam zsunęła się z parapetu ze zwinnością kota.


– Daj – powiedziała – najpierw trzeba wypatroszyć. Przełóż polana w kominku, upieczemy ją w żarze. Oddał jej rybę z ulgą i przyglądał się, jak patroszy ją z wprawą drapieżnika. Na zaproponowany jej puginał skrzywiła się tylko: „za duży!” i wyciągnęła nie wiedzieć skąd cienki, ostry nóż, którym pracowała z zadziwiającą zręcznością. Zanim zgarnęła wnętrzności i odcięty łeb do ognia, spytała: „nie masz kota?”. Myślała o wszystkim. Nabrała miską wody z drewnianego wiadra, wypłukała rybę, chlapiąc na wszystkie strony. „Wyschnie” – prychnęła, widząc jego przerażoną minę, i rzuciła rybę wprost na blat. Nie zdążył zaprotestować, gdy już rozgarniała żar w kominku jego puginałem z Toledo za dwanaście reali. Mruknęła coś o soli, więc zaczął rozglądać się i przypominać sobie…, ale ona już wskoczyła na zydel, już zdejmowała znad kominka sól i woreczek z ziołami, o których dawno zapomniał. Starła zioła w dłoniach i wsypała je wraz z solą do wnętrza rozpłatanej ryby. Resztę soli i ziół po prostu wytarła ze stołu rybą. Następnie szczupak został wprawnie owinięty w jakieś duże, zgniecione liście wyciągnięte zza pazuchy i trafił na węgle. Znów puginał posłużył jako pogrzebacz. Ryba została przysypana żarem i Miriam jak kot wskoczyła znów na swój parapet. – No – powiedziała – teraz graj. Tylko powoli, bo muszę się nauczyć. Filozof wciągnął w  nozdrza zapach ziół i  ogniska. Nie chciało mu się wcale wycierać z popiołu kunsztownie trawionego ostrza, nic pilnego, niech sobie leży. Wziął w ręce fletnię, westchnął i zaczynając od bardzo delikatnego tonu, zagrał starą pieśń Las estrellas de los cielos. Dźwięki płynęły jak podmuchy wiatru, to szybsze, to znów wolniejsze, układając się w tęskną melodię. Grał tak, żeby Miriam mogła się przyglądać. Przerwał i pokazał jej jeszcze raz początek, potem tłumaczył, jak się wydobywa

80


dźwięk. Spróbowała i jej mniejsza fletnia po raz pierwszy nie zasyczała, tylko wydała buczący dźwięk, najpierw chwiejny, a za chwilę już czysty. Miriam uśmiechnęła się triumfalnie. – Gram! Teraz cicho, bo ćwiczę! A  ty wyciągaj już rybę, bo się spali. Najlepiej na taką deskę, stoi tam we wnęce, za płaszczem. Filozof wzruszył ramionami, sięgnął do wnęki, wyciągnął odstawioną tam kiedyś i dawno zapomnianą deskę do krojenia chleba i ułożył ją przed kominkiem. Rozejrzał się za pogrzebaczem, po czym znów wzruszył ramionami, odgarnął żar puginałem, zsunął spieczoną rybę na deskę i postawił na stole. – Rozłam ją na pół i jedz to ze środka – powiedziała. – To spalone z wierzchu się potem wyrzuca razem ze skórą i łuskami. Po komnacie rozszedł się smakowity zapach. – A ty? – spytał. – Nie jesteś głodna? – Jestem – odpowiedziała. – Zaraz przyjdę, na razie gram. Filozof też jeszcze nie zaczynał jeść. Siedział z przymkniętymi oczami, wciągał w  nozdrza woń pieczonej ryby zmieszaną z zapachami ziół i słuchał delikatnych dźwięków fletni.

R – Powinieneś jeszcze spać. Nie zrywaj się. – Ruth patrzyła z troską na Gaspara, który właśnie otworzył zapuchnięte oczy. Uśmiechnął się do niej, jakby chciał powiedzieć: „w porządku, ze mną już wszystko dobrze”. W komnacie panował jeszcze półmrok, dzień był pochmurny, zza okna dobiegał szum deszczu. Miniona noc okazała się całkiem inna niż się spodziewał. Oczekiwana namiętność wcale nie nadeszła, zamiast niej napłynęła falą delikatna czułość

81


i nieprzeparta potrzeba rozmowy aż po blady świt. Tak upłynęła ta noc: dużo wypowiadanych szeptem dobrych słów i dużo piekielnie trudnych spraw, odsłanianych z trudem, z jakim zrywa się stary opatrunek z rany. Zasnął nad ranem z jej dłonią przy policzku. Obudził się dopiero teraz, ona zaś już od dawna była na nogach. Ta dziewczyna miała w sobie tyle mocy… Przyglądał się jej w słabym świetle pochmurnego poranka. Nalewała do dwóch misek jakąś gorącą strawę, na stole leżał pokrojony chleb. Miała już wszystko przygotowane na jego przebudzenie. Przełamując poranne odrętwienie, Gaspar wstał i zaczął się ubierać. Czuł się zmęczony. Ale to była ważna noc. Opowiedział Ruth chyba całe swoje życie, wypłakał jej na ramieniu najboleśniejszą historię sprzed czterech lat, gdy brał jeszcze dworskie podboje miłosne za uczucia. I jak opętany szaleństwem zakochania o mało nie zabił dwojga niewinnych ludzi, jak potem zgnębiony własną porażką odrzucił Sztukę, bo czuł się jej niegodny. I jak Sztuka uratowała go, jak krok po kroku powrócił do niej, zadając sobie każdego dnia trudne lekcje uważności. A ona słuchała i rozumiała wszystko. A nad ranem ściszonym, ledwie słyszalnym głosem opowiedziała mu okruchy ze swojego życia, po których nie pytał już o nic, tylko obejmował ją i płakał. Wszystko było jasne i musiał uznać, że ma być tak, jak powiedziała. Ech, do diabła, czemu los się czasem tak plącze? Z całą mocą postanowił uszanować jej potrzebę niezależności. Ale – jak miało być teraz między nimi? Nie był pewien. Może ją przytulić i pocałować, czy to już będzie narzucanie się ponad miarę? Wyczuła chyba, że się waha, bo podeszła do niego pierwsza i wtuliła się w niego. – Obejmij mnie – powiedziała – i bądźmy dla siebie tacy jak wczoraj. Pojutrze wszystko rozwiąże się samo, a teraz nie myślmy o tym.

82


– Postaram się, przyjaciółko, będzie dobrze. – Objął ją i z całych sił próbował nie myśleć o nieuchronnie zbliżającym się wyjeździe. Chleb smakował wybornie, polewka parowała. Na dworze wciąż szumiał deszcz i było w tym szumie coś kojącego. Ruth spojrzała w okno. – Czy w takim deszczu oni będą mogli walczyć? – Poradzą sobie – uśmiechnął się Gaspar. – O to nie mam obaw, to część ich rzemiosła. Wszyscy oni wiedzą, co robić. – Podłożę jeszcze porządnie do kominka, żebyśmy mogli wysuszyć się i ogrzać, kiedy wrócimy. A więc pamiętała. Wczoraj, gdy wspomniał mimochodem, że zależałoby mu, aby obejrzała z nim ostatnie pojedynki, nie odpowiedziała nic. Wziął to wtedy za odmowę. Widocznie nie znał jej jeszcze dość dobrze. Spojrzał na jej piegowaty profil i westchnął.

V Rycerz Amalryk z Courçon obudził się o bladym świcie z potwornym bólem głowy. Właściwie bolała go nie tylko głowa. Bolało go wszystko. Po wczorajszym porannym pojedynku był z siebie niezwykle zadowolony – z kondycją nie było wcale źle. Wprawdzie rzeczywiście pod koniec zadyszał się trochę, ale mięśnie i stawy miał sprawne jak dawniej. Poradził sobie niezgorzej z tym niesamowicie szybkim i nieprawdopodobnie zdolnym młodym Maurem. Niewierny okazał się zresztą człowiekiem honoru, co Amalryk przyjął w pierwszej chwili z zaskoczeniem, ale już za moment ze szczerym szacunkiem. Gdy wieczorem przyjmował wyzwanie od chrześcijańskiego rycerza z Pampeluny, był najlepszej myśli. Rano jednak okazało się, że mięśnie nóg i grzbietu bolą, jakby były pozrywane, że ból tylko zdradliwie przyczaił się

83


poprzedniego dnia. Przeklinając w duchu własną niefrasobliwość – wszak dobrze znał ten rytm reakcji swojego ciała – Amalryk zawołał na sługi i kazał przygotowywać sobie migiem gorącą kąpiel z ziołami i morską solą. Rozpalano co prędzej w kominie i napełniano wodą sagan, lecz tymczasem przybiegł pachołek z  posłaniem. Rycerz Mikel Juan Otso de Irrunea już czekał na placu i  zapytywał uprzejmie, kiedy Amalryk zechce przybyć. Amalryk zaklął i kazał szykować kąpiel na swój powrót z pojedynku, a tymczasem warknął na sługi, by go co prędzej ubierano, zapinano pas i podawano miecz. Zszedł na dziedziniec w nieszczególnym humorze. Było zimno. Wiał silny wiatr i po twarzy zacinały krople drobnego deszczu. Otso już czekał we wschodnim krańcu dziedzińca. Ustawił się tak, by Amalryk miał deszcz i wiatr w oczy. Rudobrody rycerz otrzeźwiał już na dobre i w jego głowie zaczął się błyskawicznie rysować obraz sytuacji. Miał za sobą wczorajszy ciężki pojedynek, a jego przeciwnik był po pojedynku najlżejszym z możliwych. Niefrasobliwie zgodził się na wczesny ranek, znów dając fory swemu przeciwnikowi. Spóźnił się, więc to tamten miał prawo wybrać dogodne dla siebie miejsce na placu. Jedyna rzecz, jakiej jeszcze Amalryk nie zepsuł, to wybór broni. To on, jako wyzwany, miał prawo wybrać rodzaj oręża. Spojrzał na drugi koniec placu i dostrzegł szablę w dłoni Baska. Nie dobywszy broni ruszył w kierunku przeciwnika, zapraszając go gestem do spotkania na środku placu. Bask z ociąganiem podszedł, trzymając w ręku dobytą szablę, co było lekką impertynencją. Na szczęście o osiem kroków od Amalryka pomiarkował się i schował broń. Zatrzymali się obaj w odległości ataku z wypadu. – Miecze – warknął Amalryk. – Miecze, oczywiście, wasze prawo – uśmiechnął się usłużnie Otso de Irrunea. – Bądźcie łaskawi poczekać, zaraz każę przynieść mój miecz.

84


– Nie macie miecza ze sobą? – spytał groźnie Amalryk, aż echo odbiło się po dziedzińcu. – Ergo nie jesteście gotowi do pojedynku o oznaczonej porze – spiorunował wzrokiem Baska. – Więc to ja pierwszy przybyłem na plac w gotowości. I mam prawo wybrać stronę placu. Staniemy obaj bokiem do wiatru, by było uczciwie – zrobił wymowną pauzę, aby wybrzmiało ostatnie słowo – a ponieważ nie byliście gotowi o czasie, mam też prawo zmienić godzinę pojedynku – zawiesił głos. – Nie skorzystam z tego prawa, bo pogardzam takimi sztuczkami. – I odwrócił się na pięcie. Trwało jeszcze dobry kwadrans, nim pachołek przyniósł Mikelowi Otso miecz. Amalryk był pewien, że chytry sługa sztucznie przedłuża tę czynność, aby Bask miał czas pozbierać się po otrzymanej reprymendzie. Sam pojedynek był ciężki i  pozbawiony finezji. Amalryk walczył po trosze z Baskiem, a po trosze z własnym buntującym się ciałem. Dwukrotnie zahaczył przeciwnika mocnym cięciem, ale liźnięcia końcem miecza po mokrym pikowanym kaftanie, wzmacnianym grubą skórą, nie miały szans spowodować rany. Raz to Otso sięgnął jego, ale cięcie podobnie drapnęło tylko kaftan, roztrącając krople. Trzeba było szukać pchnięć lub skutecznie zaatakować cięciem głowę, rękę czy nogę – dopiero tam była szansa puszczenia krwi. Amalryk oczywiście mógłby dążyć do przełamania i przyrżnąć porządnym cięciem w tułów przeciwnika. Krwi by to nie puściło, ale parę żeber by pękło, to pewne. Jednak książęca reguła narzucała wymóg delikatności, miarkowania uderzeń i ograniczania ran. Amalryk czuł, że powoli zaczyna mu brakować oddechu. Cofnął się, zdystansował przeciwnika trzymanym w gotowości pchnięciem na gardło i odpoczywał. Nagle Otso wystrzelił do przodu długim wypadem, nurkując bardzo nisko, pod przygotowane pchnięcie

85


przeciwnika. Amalryk świadom większego zasięgu swego niedźwiedziego ramienia, poszedł w przeciwtempo pchnięciem w czoło. W tej samej chwili poczuł potworne szarpnięcie. Sztych Baska tkwił w jego barku, zaś jego własny sztych wisiał o szerokość dłoni przed czołem przeciwnika. Przez ułamek sekundy rudobrody rycerz miał wielką pokusę, by krzyknąć: „jednoczesne!”, wszak jego cios mierzony na czoło został wstrzymany i kto wie, czy nie był równie szybki jak cios tamtego. Nie krzyknął jednak, zatrzymał się, spokojnie oparł sztych swego miecza o kosz osłaniający dłoń Baska i pchnął lekko, wyszarpując ostrze przeciwnika ze swej rany. Następnie cofnął się o krok, i przyciskając ranę lewą ręką, mieczem trzymanym w prawej wskazał zwycięzcę. Musiał przy tym oprzeć prawy łokieć o biodro, bo ranna ręka odmawiała już posłuszeństwa. Skłonił się chłodno przeciwnikowi, długo i z szacunkiem publiczności oraz obecnym pośród niej szermierzom, po czym dumnie wyprostowany zszedł z placu. Udawał się do swych komnat, by oparzyć ranę, a potem zażyć wreszcie upragnionej gorącej kąpieli i zmyć z siebie niesmak tego poranka.

s Ciężko dysząc, Diego Cuenca opadł na posłanie. Strużki potu spływały po jego roześmianej twarzy. Przeciągnął się jak najedzony kot. – Chwała twojej sztuce medycznej, piękna – wyrzucił z siebie, chwytając łapczywie oddech. – Ledwie żyję, ale uleczyłaś mnie po dwakroć. – A ty mnie tylko raz, mój dzielny – Siham śmiała się perliście. Jej obfite, śniade udo obejmowało władczo drżące jeszcze kolana młodzieńca, a pulchna drobna dłoń czesała kędzierzawy zarost na jego torsie. – No, ale jesteś

86


ranny, więc ci wybaczam, że drugie zwycięstwo odniosłeś samotnie. – I oboje wybuchnęli śmiechem. – A teraz – powiedziała – leż spokojnie, a ja obejrzę sobie twoją ranę i zmienię ci opatrunek. – Wstała, z wdziękiem poprawiła jedwabną koszulę, wprawnym ruchem naciągnęła na siebie zrzuconą przed chwilą dżalabiję, rozpuszczone włosy przykryła hidżabem z wzorzystego kaszmiru, który w jej wydaniu był bardziej ozdobą niż zasłoną, i uśmiechnęła się do niego słodko. Nadal jeszcze miała przyspieszony oddech i pachniała miłosnymi figlami, ale była już na powrót medyczką, a on – jej pacjentem. Odwiązała bandaż i zbadała uważnie okolice rany. – Na razie wygląda dobrze – powiedziała – ale to dość głęboka rana, więc dopiero jutro będzie wiadomo, czy nie trzeba się martwić. – I zawijając świeży bandaż dodała ze śmiechem: – Ech, głuptasy, kaleczycie się co chwila jak dzieci. W ogóle nie macie pojęcia, co robić z tymi waszymi pięknymi ciałami. No, wstawaj, opatrunek gotowy. Zapraszam jutro rano na kolejny zabieg. Diego już wstawał i schylił się właśnie, by podciągnąć splątane u kostek hajdawery, gdy Siham korzystając z nadażającej się okazji pieszczotliwie przeciągnęła paznokciami po jego pośladku i zamruczała jak kotka

Y Natanael Urijah Levi, mistrz fechtunku i awanturnik z Kor­ doby, ziewając zapinał rozchełstany kaftan i szedł powoli do auli, gdzie podawano śniadanie. Zastanawiał się, co zrobić dalej. Obejrzał wczorajszą walkę Tancerza z Ibrahimem bardzo uważnie i powziął przekonanie, że młody Covadonga jest niezwykle wymagającym przeciwnikiem. W mieczu był niedościgłym mistrzem, natomiast można było przypuszczać, że nie radził sobie z szablą. Levi postanowił upewnić

87


się, czy tak jest w istocie. Od momentu, kiedy wczoraj ten cały Otso, przewracając taborety, dobiegł z wywieszonym językiem do Amalryka i wyzwał go, Levi i Covadonga zostali ostatnią parą przeciwników. Wiadomo było, że teraz któryś z nich musi wyzwać drugiego. Ale Covadonga w ogóle nie kwapił się z wyzwaniem. To właśnie potwierdziło ostatecznie podejrzenia Leviego: Covadonga czekał, aż sam zostanie wyzwany, bo wówczas to jemu przysługiwałoby prawo wyboru broni i mógłby wybrać swój ulubiony miecz. Bał się walki na szable. Wobec tego Levi postanowił go przetrzymać. Udając roztargnienie, rozglądał się po całej sali, ale specjalnie ani razu nie natrafił wzrokiem na Tancerza. Wyszedł z taką miną, jakby chciał gdzieś poza salą szukać partnera do walki. Tancerz musiał spędzić nerwową noc. Levi liczył teraz, że tamten wyzwie go przy śniadaniu, jednak trzeba było mieć też strategię na wypadek, gdyby Tancerz twardo czekał. Rozważał przez chwilę wyzwanie Tancerza i próbę walki na miecze – miał mocne zaufanie do swej Sztuki w tym zakresie. Ale powoli zwyciężała w nim inna koncepcja. Podejdzie i zaproponuje Tancerzowi pojedynek szabla – miecz. To było, jak się wydawało, rozwiązanie sprawied­l iwe. Do przyjęcia zarówno dla Tancerza, jak i dla niego. Był głodny, więc przyspieszył kroku, gdy nagle z ciemnej wnęki w bocznym korytarzu usłyszał ciche syknięcie: – Psst! Mestre Levi, podejdźcie no tu. Levi spojrzał ciekawie, wzrok przez chwilę przyzw yc zaja ł się do pó ł m roku. We w nęce st a ł O t so. Zniecierpliwiony kiwnął ręką, jakby obawiał się, że ktoś ich zobaczy. Levi podszedł ku niemu. Bask usiadł na dębowej ławie i zachęcił Leviego, by usiadł obok. – Powinniśmy porozmawiać, mestre. Najpierw my dwaj, a potem, jak się dogadamy, trzeba będzie rozmówić się też z tym Covadongą.

88


– Oczywiście, mestre, zamieniam się w słuch. – Levi lubił zagadki. – Zacznę od końca: ten profesor, niech go diabli. Trzeba się go pozbyć. Dobrze mówię? – I  nie czekając na reakcję Leviego, kontynuował: – Wiem, jak to zrobić. A właściwie, jeżeli tylko będziemy rozsądni, wszystko zrobi się samo. My tylko musimy współdziałać i nie dać się przechytrzyć. Levi nie odzywał się, umiał być cierpliwym słuchaczem. Skinął tylko głową i uśmiechnął się zachęcająco na znak, że jest ciekaw propozycji. – Otóż sprawa wygląda tak: nie pogniewajcie się za szczerość, ale wiemy, że ten stary, jak co do czego, pokona i was, i Tancerza. I mnie też. Spokojnie, na razie jesteście bezpieczni. Profesor nie może wyzwać ani was, ani Tancerza, bo on ma za sobą już dwie walki, a wy tylko po jednej. Ale jeśli tylko stoczycie ten wasz pojedynek, profesor będzie mógł natychmiast wyzwać zwycięzcę. Załóżmy, że to będziecie wy. – Levi milcząco przytaknął. – Wtedy on was wyzwie, pokona i tym samym załatwi też mnie. Więc pijemy wodę z jednego kubka. Dobrze mówię? – Zaraz, zaraz. Powoli. Dlaczego miałby tym samym załatwić także was? – Proste, mestre. Jeśli on zwycięży, to będzie jego trzecia walka. Nie będzie miał już przeciwników na swoim poziomie. Ja bym wówczas odpadł, bo mam tylko dwie walki. Żeby go wyzwać, musiałbym najpierw stoczyć z kimś trzecią walkę, a tu już nie ma z kim. Rozumiecie? Zostaję ze swoimi dwiema walkami jakby w ślepej uliczce. – Stuknął ręką w ścianę. Levi już zaczynał rozumieć. – Aha, więc wobec tego… – Czekajcie, jeszcze chwila. Teraz druga strona medalu – on mógłby wyzwać mnie. Teraz, natychmiast. Mam też dwie walki jak on. Jak mnie pokona, to będzie miał

89


wygrane trzy. Wtedy to wy jesteście w tej ślepej uliczce i możecie się już w ogóle z Tancerzem nie bić. Odpadniecie i tak, bo nawet jak zlejecie tego chłopaka, będziecie mieli stoczone tylko dwie walki, a profesor trzy. – No, niby tak – Levi był już w pełni skupiony. – Więc dlaczego was dotychczas nie wyzwał? – Musiałby mnie najpierw znaleźć – uśmiechnął się krzywo Bask. – Pewnie szuka mnie od rana. Ale ja nie pcham się na razie ludziom przed oczy. Chciałem najpierw pogadać z wami. – Co wobec tego radzicie? – spytał cicho Levi. Był skupiony i czujny. – No właśnie. Jak wam pokazałem, moczymy gęby w  t ym samym kubku. Zróbmy tak: dogadajcie się z Tancerzem na jakieś znośne zasady pojedynku. Może wy szabla, a on miecz? No i wtedy, w chwili gdy będziecie się bić, byłbym tuż obok. Zrobię tak, żeby on mnie nie widział. Jak tylko którykolwiek z was wygra, natychmiast niech wyzywa mnie. A wtedy – załatwiliśmy profesora jego własną bronią. To my mamy wtedy trzecią walkę, a on jest w ślepej uliczce ze swoimi dwiema. I ten niby niezwyciężony szermierz odpadnie, bo nie będzie miał nas jak wyzwać – wyszczerzył w ciemności zęby. – A my, no cóż, ktoś z nas na końcu wygra. I tak jest tylko jedna posada do wzięcia. Levi skrzywił się w duchu. A to przebiegła gadzina z tego Baska. Ale argumentacja była przekonująca. – Lepiej gadać szczerze – rzekł. – Nie będę wam prawił pochlebstw; gdy spotykają się pochlebcy, diabeł siada do uczty. Ale powiem tyle, że wasz plan ma sens. Tylko jeszcze jedna sprawa. Jaką mam gwarancję, że mnie w ostatniej chwili nie zostawicie w ślepej uliczce? Umawiacie się ze mną, a skąd mam wiedzieć, czy nie umówicie się też z kim innym? – Policzcie to sobie spokojnie. Nie mam w tym interesu – odpowiedział Bask. – Z kim miałbym knuć przeciw wam?

90


Z Tancerzem? Przecież i tak macie najpierw swój pojedynek i jeden z was odpadnie. Z profesorem? Jest jasne, że wolę walczyć z każdym z was, byle nie z nim. Zresztą wy też nie macie interesu oszukiwać mnie. Ta sama sytuacja. Więc ja nie mam obaw. Zapadła cisza. Levi patrzył w podłogę i zastanawiał się nad propozycją. – Zgoda – powiedział wreszcie. – Schowajcie się, a ja wtajemniczę tego młodego Covadongę. Myślę, że się zgodzi, tylko trzeba będzie mu to objaśnić bardzo klarownie, bo ten chłopiec nie wygląda na specjalnie lotnego w sprawach strategii.

t Książę siedział blisko kominka owinięty w wełniany płaszcz i próbował rozgrzać zziębnięte stopy. Poranny spacer to nie był dobry pomysł. Wilgoć i chłód deszczowego dnia spowodowały, że odezwał się książęcy reumatyzm. Prawy nadgarstek, z którym od dawna był spokój, znów przypomniał o sobie tępym bólem, uniemożliwiającym utrzymanie w dłoni czegokolwiek cięższego. Nawet szklany puchar grzanego wina książę wolał dziś podtrzymywać, na wszelki wypadek, lewą ręką. Popijał wino małymi łykami, delektował się jego słodkawo-cierpkim smakiem przyprawionym wonnymi korzeniami i w zamyśleniu patrzył w płomienie kominka. Ten widok nie nużył go nigdy, pozwalał zebrać myśli i uporządkować je. Nie przeszkadzało mu nawet specjalnie, że siedzący nieopodal młody książę Filip co chwilę ze złością pstrykał w ogień skorupkami orzechów. Irytacja młodego księcia nie była uzasadniona i najlepszym rozwiązaniem było po prostu przeczekać ją. Ferdynand skinął zapraszająco, wskazując filozofowi dzban z gorącym trunkiem, ale ten podziękował.

92


– Spróbuj, przyjacielu, to znakomity napój na chłodne, wilgotne dni. Rozgrzewa, łagodzi reumatyzm. A nade wszystko smakuje wybornie. – Temu ostatniemu argumentowi trudno się oprzeć – pokiwał głową filozof i sięgnął po dzban. – Trzeba by wytoczyć przeciw niemu argumentum per sensibus perceptio i samemu skosztować tego wina. Niechże więc będzie. – Nalał pół szklanicy i upił łyk. – Dziwny smak, ale rzeczywiście znakomite. – Teraz powiedz, o co tu chodzi? – Książę spojrzał na filozofa badawczo. – Chciałeś uchronić mojego syna przed Arreolą w roli nauczyciela? – Arreola i tak by odpadł, Wasza Wysokość. – Więc skoro Arreola i tak by odpadł, to o co szło? Po co się wtrąciłeś? Bo obaj wiemy, że miałeś jakiś plan. Filozof westchnął ciężko. Przyglądał się przez chwilę, jak gęste czerwone wino spływa po ściance szklanicy. – Powiadają, że kto mówi prawdę, powinien mieć w pogotowiu osiodłanego konia przed drzwiami – spojrzał na księcia – ale w zamian za gościnę na tutejszym dworze jestem winien Waszej Książęcej Mości szczerość. – Cenię sobie szczerość – mruknął książę. – Wiesz dobrze, że możesz mówić bez obaw. Potrzebuję koło siebie ludzi, którzy nie boją się mówić mi prawdy. – Wtrąciłem się, żeby nauczycielem Filipa nie został zbyt dobry szermierz. – Obok młody książę zmarszczył brwi i przerwał pstrykanie. – Gdyby nie moja interwencja, wygrałby Reyes, tak myślę. Jest lepszy od nich wszystkich. Ale nauczycielem byłby gorszym, bo kocha Sztukę gorącym sercem i zmuszałby młodego księcia do tak samo gorącej miłości. A do miłości nie można zmuszać i Filip znienawidziłby szermierkę do końca. Każdy zaś z trzech pozostałych uszanuje umiarkowany zapał ucznia i nie zamęczy go własnymi ambicjami. Tancerz jest za młody, Levi

93


traktuje szermierkę jak zabawę, a ambicją Baska jest raczej kariera dworska. Może żaden z nich nie jest ideałem, ale kto chciałby mieć muła bez wad, będzie w końcu chodzić piechotą. Na nauczyciela fechtunku dla młodego księcia każdy z nich nada się wystarczająco dobrze. Książę Ferdynand pokiwał w zamyśleniu głową. A więc chodziło o to… Ale filozof jeszcze nie skończył. – A ów De Los Reyes to największy talent szermierczy, jaki widziałem w swoim długim życiu. Opowiadałem Waszej Książęcej Mości o tamtym wieczorze w gospodzie. Nie zrobił nic ponad potrzebę, mógł ich wszystkich pozarzynać jak owce, a tylko ich poranił i obezwładnił. Powstrzymał się od gniewu, nie popisywał się umiejętnościami. To bardzo rzadkie. Ma przed sobą drogę ku doskonałości i powinien się uczyć. Książę Ferdynand upił spory łyk grzanego wina i po jego twarzy rozlał się nagle ciepły, błogi uśmiech. – Aaa, to taka sprawa – powiedział jakby sam do siebie, kiwając w zadumie głową – to taka sprawa. Rozumiem. Upatrzyłeś sobie Reyesa i chcesz go uczyć Sztuki, tak? – Jeśli uzyskam pozwolenie Waszej Książęcej Mości. Jeszcze z nim nie rozmawiałem, ale jeśli książę pozwoli, chciałbym go zatrzymać na dworze. – Przyjacielu – rzekł książę – przyzwalam z całego serca. Niczemu nie sprzyjam tak, jak nauce. Być może ona jedna zostanie po nas jako ślad. Jednak spytam cię o coś jeszcze. – Tak, Wasza Wysokość? – Tylko nie odpowiadaj mi od razu. Ja sam spróbuję odgadnąć, a ty przyznasz szczerze, czy mam rację. – Abraham skinął głową. – Mówisz, że wygra któryś z nich trzech. To znaczy, że ty sam nie zamierzasz wygrać. Chyba wiem, jak to zrobisz. Właśnie po to wyzwałeś Arreolę, prawda? Musiałeś wlać komuś w taki sposób, by oni wszyscy się przestraszyli. By bali się z tobą walczyć. Mało który

94


szermierz boi się przegranej, ale prawie każdy boi się wstydu, ośmieszenia. Mam rację? Domyślam się nawet, czemu padło akurat na Arreolę. – Bo sobie na to zasłużył – rzekł Abraham. – Oszukał w pierwszej walce, powinien uznać trafienie tego chłopca, tego Izaaka. Więc to jemu zrobiłem wstyd… – …i mogłeś być już spokojny – dokończył książę. – Teraz każdy z  nich kombinuje, jak nie walczyć z  tobą. Z każdym, tylko nie z tobą. Dadzą się pokaleczyć, byle nie ty. W tej chwili, o ile mi wiadomo, ten młody Covadonga walczy z Levim. Spodziewam się, że ledwie skończą, Otso już wyzwie zwycięzcę tego pojedynku i w ten sposób ty wypadniesz z  gry. I  będziesz mógł się zająć uczeniem Reyesa. Mam rację? – Nie zaplanowałem tego aż tak precyzyjnie, jak Wasza Wysokość to objaśnił – uśmiechnął się filozof. – Trochę pomógł przypadek. Ale tak, rozszyfrował mnie książę. Usłyszeli kroki. Sekretarz podszedł spiesznie i zatrzymał się w ukłonie. Książę skinął i sekretarz wyrecytował: – Przed chwilą zakończył się pojedynek, w którym kawaler Manuel Jesus de Lara y Covadonga po długiej i bardzo wyrównanej walce, trwającej dziewiętnaście wymian, pokonał mestre Natanaela Urijaha Leviego, trafiając go cięciem na skroń. Cios wstrzymano, nie było rany, pokonany uznał trafienie. Pojedynek przebiegł bez obrazy Sztuki, zgodnie z regułą. – Czy zaraz potem padło wyzwanie mistrza de Irrunei? – spytał książę z niewinną miną. Zdumiony sekretarz wybałuszył oczy i przytaknął osłupiały. Książę westchnął i odprawił dworaka gestem. Młody książę Filip siedział z nogami założonymi na ławkę. Znów pstryknął w ogień łupiną orzecha. – Jeśli Wasza Książęca Mość pozwoli – rzekł filozof – pójdę już. Młody Książę zapewne potrzebuje w  spokoju

95


porozmawiać z ojcem o nowej sytuacji. – Skłonił się i odszedł. Ferdynand patrzył za nim zamyślony. – Niepotrzebnie się złościsz – rzekł do syna spokojnie – przecież wszystko idzie po twojej myśli. Ibrahim odpadł i nie będziesz miał z nim więcej lekcji. W turnieju zostali tylko dwaj kandydaci, obaj znakomici i od obu mógłbyś się wiele nauczyć. – To nie tak, wszystko poszło źle – warknął Filip. – Nie chcę się uczyć od żadnego z nich. Z Baskiem pewnie wcale nie da się dogadać. Czy on w ogóle mówi po kastylijsku? Już lepszy byłby ten Tancerz, ale on jest ode mnie starszy tylko ze dwa lata. – Od każdego z nich możesz się nauczyć bardzo dużo – powiedział książę – musisz tylko chcieć przyjmować nauki. A z tym masz taki sam problem jak… jak ja w twoim wieku – uśmiechnął się na to wspomnienie. – Szermierka w ogóle nie pasjonuje cię specjalnie, jak zauważyłem. – Filip przytaknął niechętnie i w stronę kominka wystrzeliła kolejna skorupa orzecha. – Za to podobno całkiem nieźle idzie ci astronomia, tak? – O, tak – ożywił się Filip – i matematyka. Obliczeniami można zdziałać dużo więcej niż mieczem. W wojskowości przyszłość należy do artylerii i inżynierii wojennej, szermierka będzie nieistotna. Czy wiesz – zapalił się nagle – że dwa dni temu rozmawiałem z inżynierem przy rozbudowie zachodniego muru i on pokazywał mi obliczenia, a ja wszystko rozumiałem? Rozmawiałem z nim jak specjalista ze specjalistą. Nawet znalazłem w jednym miejscu błąd w wyliczeniu. Dziękował mi bardzo! – No tak – mruknął książę – matematyka, astronomia. Ucz się tego wszystkiego, bardzo dobrze. To poszerza spojrzenie na świat. A co do szermierki… Jeśli ona odejdzie do lamusa, to chyba nie za twojego życia. Warto więc ją znać. Koniecznie oglądaj jutro końcowy pojedynek.

96


Potem opowiesz mi wszystko ze szczegółami. To moje życzenie. – Filip skłonił się w milczeniu.

U W wielkiej auli zamkowej rozbrzmiewał radosny gwar, uczta trwała w najlepsze. Ogień płonął w obu kominkach; ochmistrz dworu nie poskąpił na tę uroczystą okazję trzydziestu tuzinów świec i wnętrze było rozświetlone jak za dnia. Muzykanci po odegraniu pawany, dostojnej sarabandy i powolnego baja danza, na prośbę księżniczki Izabeli zagrali żywiołowe saltarello, które wreszcie poderwało do tańca młodzież. Następnie grano już głównie skoczne branle i modny ostatnio, wywodzący się ze Szkocji jig. Usłyszawszy go, lord Edmund Howard skrzywił się z niesmakiem. W jego kraju był to taniec plebejski, niestosowny na książęcym dworze. Jednak tu był modną zamorską nowinką i tańczono go z przyjemnością. Znakomitym tancerzem okazał się Izaak, który nie opuszczał żadnego z tańców i wydawał się niezmordowany. Znał figury do wszystkich branli, często w bogatszej wersji niż tańczone tutaj, i przewodził młodzieży w urozmaicaniu znanych układów. Diego próbował dzielnie dotrzymywać mu kroku, ale gdy skończyły się chodzone, dostojne pawany, a zaczęły tańce skoczne, musiał poddać się ze względu na zranione udo i nie kryjąc żalu, pokuśtykał na miejsce. Całkiem niezgorszym tancerzem okazał się za to potężny Amalryk. Szedł w pawanie naprzeciwko księżniczki Izabeli i odgrywał z nią pojedynek na wyniosłe spojrzenia i usztywnione ukłony tak udatnie, że aż zza wysokiego stołu zaczęto bić im brawo. Przy branlach też bynajmniej nie zszedł z placu śladem większości starszych, lecz wcisnął się do kręgu pomiędzy dwie dwórki i nie gorzej od nich pląsał pięknym dostawnym krokiem

97


to w lewo, to w prawo i podskakiwał wysoko w takt melodii, chwytając w lot wszystkie taneczne nowinki pokazywane przez Izaaka. Gaspar siedział za stołem i próbował zabawiać rozmową Covadongę, ale ten czerwienił się, odmrukiwał półsłówkami i nie dał się wciągnąć w żaden z tematów. Na uwagę Gaspara o deszczu, który może utrudnić jutrzejszy pojedynek, mruknął jedynie: „aha”; pytanie o dzisiejszy pojedynek z Levim zbył machnięciem ręki i krótkim „no, Bóg sprzyjał”; a uniwersalnego tematu urody siedzących nieopodal dwórek nie podjął w ogóle. Wobec tego Gaspar poddał się i postanowił jeść w milczeniu. Teraz właśnie pomyślał, że już odsiedział tu swoje i że byłby czas najwyższy wracać do komnaty. Przełożył nogę przez ławę, gdy ktoś dotknął jego ramienia. Obok niego stał profesor. Był jak zwykle lekko przygarbiony. Otulał się połami swego czarnego płaszcza, jakby też przemarzł tego popołudnia. Wydawał się lekko zakłopotany i nieco bardziej oficjalny niż dotychczas. – Mestre Gaspar, czy możemy porozmawiać? – spytał. – Oczywiście, mestre. Bądźcie łaskawi usiąść. – Gaspar już robił miejsce na ławie, ale profesor wskazał na drzwi. – Usiądźmy lepiej gdzieś w ciszy. Rzecz, którą mam do was, wymaga spokojnego namysłu. Gaspar skinął głową i ruszyli obaj do wyjścia. Szli długimi korytarzami, rozmawiając chwilę o drobiazgach, aż filozof zatrzymał się przed drzwiami swojej komnaty i zaprosił Gaspara do środka. We wnętrzu panowała niemal zupełna ciemność. Minęła dłuższa chwila zanim filozof rozdmuchał resztki żaru w kominku, zapalił od nich smolną drzazgę, a od niej z kolei woskową świecę. W komnacie zrobiło się na tyle jasno, że można było dostrzec zarysy mebli. Gaspar usiadł na podsuniętym przez gospodarza zydlu. Filozof pochylił się nad kominkiem, kładąc na dogasający

98


żar cienkie sosnowe szczapy, a gdy po chwili zajęły się płomieniem, dołożył na wierzch grubsze polana. Powiesił nad kominkiem miedziany kociołek. Pospiesznie zrobił na stole nieco miejsca, odgarniając po prostu rękawem iście kawalerski bałagan: resztki jakiegoś posiłku, puginał, marokańską fletnię i glinianą miskę, z której rozchlapał przy okazji nieco wody. Uśmiechnął się do Gaspara przepraszająco. – No cóż, trochę tu nieporządku, wybacz. Mój Anselmo to kawał strasznego lenia, a ja chyba nie mam twardej ręki i nie umiem go skłonić do większej pracowitości. A teraz do rzeczy. –Spojrzał na Gaspara. Westchnął i powiedział: – Pomyślałem sobie, że byłoby to z pożytkiem dla nas obu, gdybym cię uczył Sztuki. W komnacie zapadła cisza. W kociołku nad kominkiem zasyczała woda, filozof wstał, wzdychając ciężko, zdjął hakiem kociołek i postawił go na stole. W kociołku, zanurzona w wodzie, grzała się butla jakiegoś napoju. Ustawił na stole dwa pucharki, odkorkował butlę i po komnacie rozszedł się dziwny aromat podgrzanego czerwonego wina zmieszany z zapachami imbiru, goździków, pieprzu i cynamonu. – Skosztuj tego – powiedział nalewając. – Podarek od księcia. Znakomity napój, rozgrzewa członki i leczy wszelkie choroby. Podobno. Gaspar milczał. Propozycja kompletnie go zaskoczyła i powoli docierało do niego, co się z nią może wiązać. – Czynicie mi zaszczyt – odpowiedział ostrożnie. – Bardzo wiele przemawia za tym, abym przyjął waszą propozycję natychmiast. Uczyć się od was to byłoby coś! Ale – ciąg­nął – znam dobrze siebie, łatwo wpadam w entuzjazm i tracę uważność. Dlatego nie pogniewajcie się, muszę to rozważyć. Rad bym usłyszeć, dlaczego chcecie mnie uczyć. W wieku lat dwudziestu pięciu wypada mi raczej nauczać drugich. Samemu należałoby już umieć tyle, ile trzeba. Czy uważacie, że ja umiem nie dość?

99


– Umiesz bardzo dużo – rzekł filozof. – Dużo więcej niż ja w twoim wieku. Więcej niż ktokolwiek, kogo znam. Widziałem cię wówczas w gospodzie. Postąpiłeś jak dojrzały mistrz Sztuki: opanowałeś gniew, zaniechałeś zemsty, nie szukałeś sławy. Walczyłeś znakomicie. Cieszę się jednak, że nie ty będziesz nauczycielem fechtunku młodego księcia Filipa. Dla niego twoja wiedza to byłby przytłaczający nadmiar. Jemu to byłoby po nic. Za to ty sam masz otwartą drogę do doskonałości. Jeżeli więc będę mógł podprowadzić cię kawałek tą drogą, to będzie dla mnie zaszczyt. I miłe zajęcie na starość – uśmiechnął się rozbrajająco. – W wieku lat z górą pięćdziesięciu chciałoby się już robić tylko rzeczy przyjemne. Na przykład uczyć kogoś zdolnego. – I widząc wahanie Gaspara, dodał: – Byłbyś domownikiem księcia Ferdynanda i miałbyś utrzymanie na dworze. Książę już się zgodził. Gaspar poruszał w zamyśleniu pucharkiem. W tym oświetleniu przez lekko zielonkawe szkło wino wydawało się niemal czarne. Już od wczoraj wydawało mu się, że wcześniej gdzieś widział filozofa. Teraz przypomniał sobie wędrownego bakałarza z gospody. – Mistrzu – rzekł – najchętniej krzyknąłbym od razu „tak!”. Ale wiedzcie, że krzyknąłbym nie tylko ze względu na samą możliwość nauki z wami. Przez ostatnie dni szukałem za wszelką cenę pretekstu, aby nie musieć stąd wyjeżdżać. I teraz daliście mi najtwardszy powód, abym mógł tu pozostać. Musicie więc wiedzieć, dlaczego tak mi na tym zależy. Mówiąc oględnie – sprawy serca. Spotkałem tu cudowną dziewczynę, wiecie, grom z jasnego nieba. Oceniacie mnie po chłodnej głowie podczas walki, a tymczasem ja na jej widok zapominam języka w gębie jak piętnastolatek. Jest cudowna, myślałem, że coś takiego się nie zdarza, tak mi z nią… ech, więcej nie wypada mi mówić, wybaczcie. W każdym razie to także ze względu na nią z całego serca pragnę tu zostać.

100


– Nikt nie oczekuje od ludzi Sztuki, że będą machinami bez uczuć. Gdybyśmy nie kochali, o cóż warto byłoby walczyć? – rzekł filozof pogodnie. – Miłość to nie jest przeszkoda. Tym łatwiej ci będzie podjąć decyzję. Pożyteczne z przyjemnym, czego chcieć więcej? – To nie takie proste, mestre. Zaplątana sprawa, nie wiem, jak wam to objaśnić. Sprawy serca chyba nigdy nie bywają proste. Otóż ta dziewczyna… jest nam razem cudownie. Ale ona chce być wolna, żadnych związków. Długo rozmawialiśmy i dałem jej słowo, że wyjadę jutro. Teraz będę musiał powiedzieć jej, że zostaję… Twarz filozofa nagle stężała. Nie patrząc na Gaspara, spytał cicho: – Mówisz może o Ruth, o matematyczce? – Gaspar zdumiony skinął głową. Zapadła cisza. Filozof patrzył gdzieś w kąt komnaty. Wydawało się, że cały zesztywniał. Łagodny wyraz jego twarzy zniknął jak zdmuchnięty płomień świecy. – No, to mamy problem.


ROZDZIAŁ IV

T

y intrygancie! Ty zasrany intrygancie! – Ruth z zaciśniętymi pięściami szła w stronę łóżka. Wściekle kopnięty ciężki taboret poleciał po posadzce, a łomot obudził chyba pół zamku. Nie próbował się nawet zasłaniać, siedział na brzegu łóżka zrezygnowany i przegrany. – Przecież nie wiedziałem… Dopiero wczoraj wieczorem ta rozmowa… – Nie wiedziałeś, cwany zasrańcu? Wiedziałeś od początku! – Zamachnęła się na odlew. – Takie bzdury możesz… – kolejny cios, aż coś chrupnęło – …możesz wmawiać temu naiwnemu chłopakowi! Filozof skulił się, kryjąc głowę między ramiona, i czekał, aż grad ciosów ustanie. Uderzenia były coraz rzadsze; Ruth dysząc ciężko, opuściła ręce. Stała nad nim w rozkroku, głos jej drżał. – Co to za podła intryga?! Kto ci pozwolił urządzać moje życie?! Szukasz dla mnie opiekuna?! – Widząc, że próbuje coś powiedzieć, zamachnęła się, ale nie uderzyła. – Popatrz, jak sam żyjesz, zasrańcu! Zajmij się lepiej sobą, ja radzę sobie dobrze. Filozof spuścił głowę, miał teraz o  sto lat więcej. Powiedział całkiem cicho:


– Siadaj, naprawdę nic nie wiedziałem. Skąd miałem wiedzieć? Szarpnęła się wściekle. – Skąd?! Cały zamek gada od trzech dni, że sypiam z tym chłopcem, tylko ty jeden nie wiesz, tak? – Rozejrzała się za taboretem. Leżał pod odległą ścianą. Zrezygnowana usiadła ciężko na łóżku obok filozofa. – Znamy się za długo, żebym uwierzyła w takie gówno – powiedziała. – Wiem, jak to brzmi – powiedział jeszcze ciszej – ale naprawdę się nie zorientowałem. Nie miałem pojęcia. Po prostu chciałem go uczyć. – Czego chciałeś go uczyć?! Zastanów się najpierw, czego sam nie umiesz! – warknęła. A potem powiedziała już spokojniej: – Daj temu chłopcu spokój, daj mu się odkochać. Niech sobie wyjedzie, daj mu spokojnie żyć. To jest ważniejsze niż twoja zasrana Sztuka. – Skrzywiła się i obmacała przedramię lewej ręki. – Pokaż – powiedział filozof. – Nic sobie nie zrobiłaś? Trzeba było lać prawą, tamta złamana zawsze będzie mniej sprawna. – Jest jesień, więc boli – warknęła Ruth – ale nie tak jak ciebie gęba! I mimo woli parsknęli oboje śmiechem. Ruth wzięła filozofa za ramiona i spojrzała mu w oczy. – Naprawdę n ie w iedziałeś o  n iczy m, Mist rzu Nieuważności? Przytaknął. – Wierzę ci. Więc teraz pomyśl, jak to odkręcić. Temu chłopcu nie może stać się krzywda. Nie próbuj mu robić jakichś nadziei w moim imieniu. Niech ma możliwość spokojnie się odkochać. Skinął głową z rezygnacją. Miała oczywiście rację. Są sprawy ważne i ważniejsze. – Przepraszam. Odprawię go jeszcze dziś.

104


– Nie tak szybko – warknęła Ruth. – Nie tak szybko. Teraz już żadnych pochopnych kroków. Jak to – odprawisz go? Za to, że się we mnie zakochał? Ale on kocha też szermierkę i sam mówisz, że to niesamowity talent. Narobiłeś mu nadziei, a teraz chcesz mu to odebrać i zgonić winę na mnie, tak? – Oddychała ciężko. – To ja powinnam stąd odjechać, zasrańcy. Zawsze wszystko rozwalicie, a potem trzeba po was naprawiać. Macie te swoje szable zamiast mózgów. – I dodała zrezygnowana: – Nic nie rób. Trzeba pomyśleć.

S Filozof zgarniał skorupy rozbitej miski. Bolało go wszystko w środku. – No, nieźle! Co jej zrobiłeś? Lała cię, aż trzeszczało. – Skrzypnęło okno. – Nie teraz – powiedział zrezygnowany filozof. – Teraz, teraz. – Miriam już zeskakiwała na łóżko. Podniosła z podłogi przewrócony zydel i usiadła na nim. Przyglądała się przez chwilę pobojowisku. – Ale się wściekła na ciebie! – powiedziała ze szczerym uznaniem. – Potem już jej trochę przeszło, nie? Tego nie wyrzucaj! Zatrzymał się i resztki wczorajszego szczupaka pozostały na desce, zamiast wylądować w kominku. Filozof spojrzał na nią pytająco. – Chyba nie chcesz tego jeść? – Nie – pow iedziała Mir ia m – a le się przyda. Przyniosłam ci kota. – Pod jej koszulą mruczało coś niewielkiego, nie zamierzając opuszczać ciepłego schronienia. – Nalej mu w coś wody. Kot był niewielki, szary, w nowym miejscu zachowywał się ze stoicką obojętnością. Nie spróbował wody i nie spojrzał na resztki szczupaka. Rozejrzał się po komnacie,

105


prze­ślizgnął obojętnym kocim wzrokiem po filozofie, otarł się o nogi Miriam i poszedł zwiedzać teren, zaczynając oczywiście od przestrzeni pod łóżkiem. – Po co mi kot? – spytał zrezygnowany filozof. – Żeby polował. Żeby ci tak nie śmierdziało myszami – odpowiedziała spokojnie Miriam. – I do głaskania.

X W kominku płonął ogień. Poddany króla Navarry, mestre Mikel Juan Otso de Irrunea siedział w niedbale rozchełstanej koszuli i rozważał wydarzenia ostatnich dni oraz przymierzał się powoli do poczynienia planów na dzień następny. Sytuacja wymagała teraz sprytu i mądrej przebiegłości. Aby nie odczuwać zimna kamiennej posadzki, gołe stopy oparł na sukni, ciśniętej w nieładzie na podłogę. Popijał gęstą, smolistą kaffę zagotowaną z imbirem i miodem. Porządkował w pamięci wydarzenia poprzedniego dnia. Wszystko szło mniej więcej według planu. Właśnie pozbył się najgroźniejszego konkurenta, którego nie byłby w stanie pokonać na placu. Ów Żyd był może i dobrym szermierzem, ale było sto skutecznych sposobów pokonywania takich przeciwników. I Otso znał je wszystkie. Odstawił srebrny tygielek z  głośnym szczękiem. Pościel na łóżku poruszyła się i wysunęły się spod niej szczupłe ramiona dziewczyny. Przeciągała się i próbowała otworzyć oczy – po nocnej pijatyce nie było to zapewne łatwe. Otso nie pamiętał jej imienia, była starszą dwórką księżniczki Izabeli. Podczas miłosnych zmagań piszczała i chichotała, jakby miała wszędzie łaskotki. Wiadomo, kobieta i mulica są zawsze łase na pieszczoty. W przerwach nie zamykała jej się buzia, opowiadała najróżniejsze dworskie plotki, z których jednak dało się odłowić sporo ważnej treści.

106


Otso schylił się i podniósł z podłogi jej koszulę, złożył ją i rzucił wprawnie w jej kierunku. – Zmykaj już – powiedział. – Mam tu trochę ważnych zajęć. Dwórka wskoczyła szybko w giezło. Było widać, że niezbyt delikatne wypraszanie nad ranem to dla niej nie pierwszyzna, że przyjmuje je jako naturalną kolej rzeczy. Wyciągnęła mu spod nóg swą suknię, wobec czego musiał oprzeć na chwilę stopy na zimnych kamieniach. Już sznurowała gors i związywała włosy. Wypiła co do kropli resztę wina z pucharu stojącego przy łożu. Dosznurowując suknię, przyglądała się ciekawie szachownicy z rozstawioną partią. Była już chyba gotowa skomentować rozgrywkę, ale Otso przesunął się tak, że zasłonił jej widok oparciem krzesła i plecami, dając w ten sposób dobitnie do zrozumienia, że nie życzy sobie takich komentarzy. Wobec tego wzruszyła ramionami. Przechodząc boso w stronę drzwi powiedziała: – Byłeś słodziutki. – I palcami przesłała mu całusa. Jej komplement nie znaczył nic. Otso sam znał swoją wartość. Potrafił być taki, jak tylko zechciał. Gdy trzeba – słodziutki, gdy trzeba – trujący.

u – No i co teraz zrobisz, moja mądra? – Siham z czułą wprawą wmasowywała rozgrzewającą maść. – Myślałam, że sobie z tym chłopakiem sprawiasz po prostu trochę radości, a tu taka historia! Miłość, łzy, komplikacje… – rozmarzyła się. – Tobie to się zawsze trafi coś takiego! Ruth leżała z policzkiem przytulonym do posłania i z lubością oddawała swoje piegowate plecy wprawnym dłoniom przyjaciółki. – W ogóle mi się nic nie trafia, kłamczucho – sięgnęła za siebie w poszukiwaniu dłoni Siham – bo chyba nie

107


liczysz tego durnego poety. A jak się wreszcie po dwóch latach odważyłam, to od razu mam za swoje – westchnęła ciężko. – Taki cudny, dobry chłopiec. I ja mu znowu robię krzywdę. Nienawidzę siebie. – Odnalazła po omacku drobną dłoń przyjaciółki i pociągnęła ją ku swojej twarzy, próbując pocałować w czubki palców. – Nie, nie – wzbraniała się Siham – czekaj, mam całe palce w balsamie… – Robisz mi taki cudowny masaż, już jestem zdrowsza – Ruth zamruczała jak kotka. – Nie, nie. Jestem strasznie chora, masuj mnie jeszcze… – No, ale jaki on jest? Opowiedz chociaż trochę, proszę. – Siham powolnymi, kolistymi ruchami wcierała balsam. Biała skóra Ruth zaróżowiła się, balsam już działał. – Nie umiem opowiadać – mruknęła. – Rozmawia ze mną, jest szczery, nie boi się odsłaniać. Jakim jest kochankiem? Nie mam jak ocenić, no przecież wiesz, jak to jest ze mną. Dba o mnie, nie tylko o siebie. Nic mu nie musiałam mówić, sam zauważył, że mam to z ręką. Uważa, nie uraził mnie ani razu, obchodzi się ze mną delikatnie. – Widział blizny? – No, chyba – mruknęła głucho Ruth. – Trudno ich nie zauważyć. Nawet jakby był ślepy, natrafiłby na nie rękami. – I co? Dopytuje się? Milczy i udaje, że ich nie ma? – Nie, nie udaje. Sama wiesz, jakie są koszmarne. A on cały czas je całuje. Nie dają mu spokoju, ale o nic nie zapytał. W końcu sama mu coś powiedziałam, tylko troszeczkę, ale dla niego to chyba i tak było za dużo… – Ruth miękko poddawała się dłoniom przyjaciółki. – Aha, delikatny, całuje – psotna dłoń Siham drażniła ją – a potem w końcu zgłodnieje, zapomni o delikatności i wyobraca cię jak wiatrak, nie bacząc, czy oś nasmarowana, byleby żarna tarły – i roześmiała się perliście. – Nie oszukujmy się, to w końcu mężczyzna. Młody, zdrowy mężczyzna.

108


Ruth mruknęła cicho: – No tak, miele się, miele, żebyś wiedziała. Ledwie mam kiedy spać. Ale to nie tak. On jest delikatny, naprawdę. Jest strasznie silny, a uważa. Właśnie to mnie w nim tak wzrusza. – Ruth umilkła, a po chwili dodała: – Ostatnią noc przesiedział przy mnie do rana jak przy chorym dziecku, ścierał mi tylko pot z czoła. I nie dobierał się do mnie wcale. No, prawie wcale – roześmiała się. – A potem rano ta rozmowa. Myślałam, że ich obu zabiję. Nie masz jakiejś trutki na mężczyzn, piękna? Siham w zadumie głaskała szczupłe plecy przyjaciółki. – No, to masz kłopot, moja najmądrzejsza. Masz teraz prawdziwy kłopot.

S Gaspar De Los Reyes i Diego Cuenca siedzieli w komnacie gościnnej i doprowadzali swoje uzbrojenie i dobytek do porządku po porannych ćwiczeniach. Umówili się wczesnym rankiem na majdanie zamkowym, by z dala od oczu gapiów przećwiczyć tamto nieprawdopodobne cięcie, którym filozof ośmieszył Arreolę. Majdan okazał się znakomitym miejscem ze względu na zupełny brak ciekawskich, ale miał też pewną wadę. Po dobie ulewnego deszczu było na nim pełno błota naniesionego przez koła wozów i kopyta końskie. W niektórych miejscach brodziło się w błocie wręcz po kostki. To wszystko – i utrzymująca się od rana mżawka – sprawiało, że na majdanie było bardzo ślisko. Dzielnie ignorując i błoto, i deszcz, Diego i Gaspar próbowali krok po kroku dojść do tego, jak wyglądało tamto cięcie. Okazało się, że od biedy da się coś podobnego wykonać na oba sposoby: wymyślony przez Izaaka skrót nadgarstkiem oraz sugerowany przez Gaspara skrót łokciem. Jednak w obu wersjach cięcie wyglądało zupełnie nieporadnie i sztucznie.

109


Na razie nie sposób było zgadnąć, czy w którymś z tych dwóch wariantów da się wyćwiczyć płynność. A już kompletnie nieprawdopodobne wydawało się wykonanie cięcia w takim tempie, by ominąć precyzyjnie postawioną zastawę dobrego szermierza. Tymczasem przecież profesor dwukrotnie trafił tym cięciem Biegłego w Sztuce. Z porannych ćwiczeń na majdanie wyszło więc coś i zarazem nic. Po godzinie deszcz wzmógł się i wygonił ich z podwórka. Teraz siedzieli przy kominku z gołymi nogami, w samych koszulach. Nogawice i buty suszyły się przy ogniu, a oni rozmawiali, czyszcząc broń. Gaspar, wiedziony jakimś impulsem, opowiedział przyjacielowi całą przygodę ostatniej doby. W oględnych słowach zwierzył mu się z zawiłości całej historii z Ruth, potem wtajemniczył go w oszałamiającą propozycję profesora. „Nie musielibyśmy teraz zgadywać, co i jak z tym cięciem” – roześmiał się, ostrząc szablę. A wreszcie opowiedział o dziwnych wydarzeniach, zakończonych poranną awanturą. – Nic już nie wiem, amigo – westchnął. – Pokłócili się strasznie… Nie mogłem uwierzyć, że tak się wściekła. To taka cierpliwa, rozumna dziewczyna; o co mogło pójść? Teraz ona gdzieś zniknęła, on też. Nie mam kogo spytać, co się dzieje. – Skończył dociągać damasceńskie ostrze Błyskawicy kostką z niepolewanej porcelany moczoną w miseczce z oliwą i teraz precyzyjnie wycierał klingę safianem. – W ogóle same niewiadome – powiedział do siebie. – Okazuje się, że oni się dobrze znają, jakieś stare sprawy są między nimi… No, musieli być kiedyś bardzo blisko. – Co się zgoiło, tego nie rozdrapuj. – Diego oglądał pod światło krawędź swojej toledańskiej klingi. – Zresztą nie sądzę, jest od niej dwa razy starszy albo i lepiej. – Właśnie. A dał się zrugać jak żak i położył uszy po sobie. Żadnej obrony, żadnej riposty. Kim oni są dla siebie? No bo przecież, do czorta siarczystego, nie każdemu się

110


pozwala, żeby nas prał po łbie i wyzywał od zasrańców. A on tylko pytał, czy nic sobie nie zrobiła w rękę. Właśnie! Skąd wie, że ona kiedyś miała tę rękę złamaną? Przecież przez suknię tego nie widać. – Ty jesteś o nią zazdrosny, amigo! – Diego wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – Oj, coś czuję, że to się wcale nie skończy tak gładko, jak sobie postanowiliście. – Trącił Gaspara bosą nogą. – Na moje oko nie tylko ciebie trafiło, ale ją też. Lepiej porozmawiajcie szczerze. – E, co ty wyplatasz – rzekł szybko Gaspar. – Ja zazdrosny? Niby o co? Między nami nic nie ma i  nic nie będzie. Już wszystko postanowione, zaraz idę do komnaty i zaczynam się pakować. – Wypielęgnowana Błyskawica gładko wsunęła się do pochwy. – Rób, jak chcesz – mruknął Diego – ale prawda jest taka, że gadasz o  niej cały czas i  nie możesz przestać. Słyszę, jakim tonem mówisz, widzę, jaką masz wtedy minę. Możesz sobie wyjechać, ale przestań się okłamywać, że to nic ważnego. Gaspar podniósł głowę na swego rozmówcę. – Byłeś kiedyś w sytuacji bez wyjścia? Takiej, że cokolwiek zrobisz, będzie źle? Ja właśnie w takiej jestem. Na samym początku powiedziała mi jasno, jak ma być. I ja się zgodziłem. – Ech, amigo – Diego zaglądał mu w oczy z całkiem bliska – mam tylko jedno pytanie. Czy ona już wtedy wiedziała, kim się okażesz i co do niej poczujesz?

Y – Poddaję się, magistra. – Książę Ferdynand ze śmiechem rozłożył ręce. – Dwa wieczory strawiłem nad tą studnią i przyznaję, że zadanie jest niezwykle trudne. – Pochylił się nad kartą z rysunkiem i obliczeniami, opierając rękę na ramieniu syna.

111


– Powiadasz, pani, że mój Filip poradzi sobie z tym mistrzowskim problemem? No, no, jeśli tak będzie, zadziwicie mnie. – Poradzi sobie, Wasza Wysokość – powiedziała spokojnie nauczycielka. – Myślę, że uda się to nie od razu, ale poradzi sobie. Każda nasza lekcja obejmuje teraz prostsze rozważania z Euklidesa, a potem młody książę próbuje krok po kroku rozwiązywać owo zadanie. – To może potrwać długo – książę Ferdynand pokręcił głową. – Ja się poddałem, ale z ciekawości podsunąłem tę studnię naszemu młodemu astronomowi. Biedzi się nad nią trzeci dzień – roześmiał się. – Myślę, że dla syna Waszej Wysokości to będzie miesiąc – rzekła spokojnie Ruth. – W ciągu miesiąca książę Filip pokona tę studnię. Filip zaczerwienił się z dumy. Oczywiście, że sobie poradzi. Zadanie było zdradliwe, choć wyglądało zupełnie niewinnie. Dwie tyczki, jedną o długości dwóch, a drugą – trzech sążni, wrzucono do pewnej studni tak, że oparły się o krawędź dna dokładnie po przeciwnych stronach, a następnie każda z nich opadła drugim końcem na przeciwną ścianę. W ten sposób skrzyżowały się i ów punkt skrzyżowania wypadł na wysokości jednego sążnia. Należało obliczyć szerokość studni. Filip uwielbiał geometrię i postanowił pokonać studnię znacznie szybciej niż w miesiąc. Książę Ferdynand skinął im łaskawie i odwrócił się, by usiąść w swoim krześle przy kominku, gdzie czekali już na niego ochmistrz z inżynierem. Obaj mieli nietęgie miny. Inżynier nerwowo przestępował z nogi na nogę, a ochmistrz chował pod pachą liczydło oraz plik papierów. Sprawa wynik­ła wczoraj. Przebudowa zachodniego skrzydła zamku ugrzęzła w opóźnieniach i wyglądało na to, że ważna część prac może nie zostać zakończona przed zimą. Książę, zazwyczaj łagodny, wpadł w gniew. Zrugał inżyniera, ten zaś kajał się i tłumaczył brakiem pieniędzy na zapłatę dla majstrów.

112


Książę wezwał więc ochmistrza i zażądał wyjaśnień. Don Rodrigo także się kajał, lecz tłumaczył z kolei, że majstrowie – mimo godziwej zapłaty – pracują ślamazarnie. Ferdynand przerwał im i dał obydwu dzień na sporządzenie szczegółowego planu nadgonienia opóźnień. Ta część budowy bezwarunkowo musiała być zakończona przed zimą. – No więc co tam? – spytał tonem, który sprawił, że obaj rozmówcy skulili się jeszcze bardziej. – Jakie macie pomysły? – Panie – wybąkał ochmistrz – sprawa przedstawia się następująco: nie mamy skąd wziąć teraz więcej majstrów. Rozbudowa Akademii w  Burgos, że tak powiem, zajęła wszystkich. Mamy obecnie tylko dwudziestu czterech majstrów, stąd tak ekstremalnie trudna, że tak powiem, sytuacja. Oceniamy z obecnym tu architectorem, że mając tylko tych do roboty, w rzeczy samej, musimy liczyć termin zakończenia nie szybszy niż za sześć tygodni. – Pracują cały czas, Wasza Wysokość – jąkał się inżynier. – Gonię ich, aż gardło zdarłem; majstrowie też nie szczędzą bata na pomocników. Ale to leniwe tałatajstwo, co lepsi pracują w Burgos dla Akademii. Ci u nas patrzą jeden na drugiego, żaden nie zrobi więcej za te marne miedziaki, co im… – urwał nagle. – Z uniżonym przeproszeniem Waszej Wielmożności – wyjąkał pobladły i zamilkł. Ochmistrz spiorunował go wzrokiem. – W rzeczy samej, ośmielam się rzec, iż za taką, że tak powiem, ślamazarną pracę płacimy temu tałatajstwu za dużo. Dostają teraz po dwanaście maravedis dniówki. W trzy dni taki hultaj zarobi więcej niż reala… – …do podziału na majstra i trzech pomocników – wtrącił łamiącym się głosem inżynier. – To, pokornie proszę o wybaczenie, niewiele. W Burgos dostaliby szesnaście miedziaków dniówki. – Wasza Wysokość – perorował don Rodrigo – na całą tę zgraję dziennie wypłacam prawie osiem i pół reala. A tu żadnego porządku ani dyscypliny! Nic tak nie przyspieszy pracy

114


jak pusty żołądek. Wnoszę, aby obniżyć im dniówkę do dziesięciu miedziaków. To będzie – przesuwał sprawnie paciorki liczydeł – prawie półtora reala, że tak powiem, oszczędności dziennie. A za całe czterdzieści dni zaoszczędzimy – znów zastukały paciorki – prawie sześćdziesiąt reali. – Hmm… budowa stoi, ale za to zaoszczędzimy siedem i pół talara. – Książę spojrzał lodowato na ochmistrza, który nagle skurczył się i zamilkł. Inżynier bąknął jeszcze zduszonym głosem: – Już za dwanaście miedziaków nie chcą pracować, Wasza Książęca Mość. Za dziesięć rozpierzchną się i tyle będzie budowy… Uniżenie błagam o rozważenie, czy nie można by dać im choć piętnaście maravedis dniówki. To summa summarum kosztowałoby dziesięć czy jedenaście talarów więcej, ale ludzie by zostali i budowa by szła… Książę miał nieporuszoną twarz. Ponad głowami rozmówców spojrzał na syna, który od dobrej chwili przysłuchiwał się rozmowie. Ferdynandowi wydało się nawet, że młody książę coś oblicza. Tknięty jakimś nagłym impulsem, Ferdynand spytał: – A ty, Filipie, jak byś postąpił? Bądź łaskaw podejść tu i wesprzeć mnie radą. Podejdźcie i wy, magistra. Oto matematyka stosowana, z jaką władca boryka się co dnia. – Uśmiechnął się gorzko. – Więc cóż radzisz, synu? Filip usiadł obok ojca i spojrzał na nauczycielkę. Czuł, że zaschło mu w gardle. Miał wymyślony przed chwilą plan i kompletnie nie wiedział, jak mogą na ten plan zareagować. Wciągnął powietrze i rzekł: – Za twoim pozwoleniem, ojcze. Bywałem na budowie przez ostatnie dni, przyglądałem się i – położył przed sobą kartę z obliczeniami – zrobiłbym tak: zapłaciłbym każdemu z majstrów na rękę sześć maravedis dniówki. Za to da się godziwie jeść i nakarmić murarzy, lecz nie sposób odłożyć zarobku. – Inżynier chciał coś wtrącić, ale Filip powstrzymał go gestem. – Ale dodatkowo urządziłbym między majstrami coś na kształt turnieju. Każdego dnia ten, co wymuruje najwięcej,

115


zarobi dodatkowo – zerknął do wyliczeń – dwadzieścia trzy miedziaki. Następny najpracowitszy – dwadzieścia dwa, następny dwadzieścia jeden i tak po kolei. Ostatni leń zostanie z gołymi sześcioma miedziakami. Ale następnego dnia ma szansę być pierwszy i odrobić to z nawiązką. Każdego dnia każdy może zarobić więcej od innych, jeśli tylko lepiej pracuje. Najlepszy majster u nas zarobi… sześć plus dwadzieścia trzy, to daje dwadzieścia dziewięć maravedis. W Burgos proponują mu połowę tego! – Oczy mu świeciły; nauczycielka słuchała w skupieniu, ojciec siedział nieporuszony. – Każdego dnia osiemnastu majstrów zarobi lepiej niż obecnie, a sześciu najgorszych zarobi mniej. Więc każdy będzie chciał być najlepszy i jestem przekonany, że budowa ruszy z kopyta – zakończył. Ochmistrz od dłuższego czasu próbował zabrać głos: – Z całym szacunkiem dla matematycznej, że tak powiem, finezji młodego księcia – ironia była wyczuwalna – ludzie chcą wiedzieć, ile zarobią. My sami będziemy mieli kłopot, jak wyliczyć koszty budowy. W rzeczy samej, trzeba by każdego dnia zsumować… – Wysunął przed siebie liczydła. – Jak tam szło? Dwadzieścia dziewięć plus dwadzieścia osiem, plus… – Czterysta dwadzieścia – powiedziała matematyczka. Rodrigo zignorował jej uwagę. Chodziło wszak o podanie księciu dokładnej kwoty, a nie o zgadywanie w przybliżeniu. Dalej przesuwał paciorki liczydeł, mrucząc pod nosem kolejne liczby: „…plus dwadzieścia jeden, plus dwadzieścia, plus…”. Książę chrząknął zniecierpliwiony. – Już, już, panie. Dokładnie to będzie… – stuk-stuk – … czternaście plus trzynaście, plus… Jeszcze moment, Wasza Wysokość – stuk, stuk-stuk – …plus osiem, plus siedem, plus… Liczydła przestały stukać, zapadła kłopotliwa cisza. – Czterysta dwadzieścia – wykrztusił ochmistrz głucho. Inżynier zerknął na matematyczkę i westchnął. Teraz z kolei on patrzył z góry na przygarbione plecy dworzanina. Ochmistrz próbował przejść do kontrataku:

116


– Wszakże jeśli to aż tyle, to cała budowa będzie kosztować pewnie ze dwadzieścia talarów więcej. Teraz dniówka kosztuje nas tylko trzysta maravedis… – Dwieście osiemdziesiąt osiem – poprawił go Filip. – W rzeczy samej, więc skoro miałoby to wzros­nąć do czterystu dwudziestu, to w sześć tygodni da dodatkowe… – Próbował sięgnąć do liczydeł, ale spojrzał na Ferdynanda i w porę porzucił ten zamiar. Młody książę odezwał się tonem, który nie pozostawiał złudzeń, że był synem swego ojca: – Obecnie koszt budowy przez sześć tygodni to ponad czterdzieści cztery talary. To, co doradził inżynier, zwiększyłoby koszt o dwanaście talarów. To, co doradzam ja, to nie wzrost, ale zmniejszenie kosztów. Bo po zarządzeniu nowego sposobu płacenia budowa nie będzie trwała sześciu tygodni. Skończy się w cztery. Zapłacimy tylko czterdzieści trzy talary. Ruth mimowolnie się uśmiechnęła. Inżynier podniósł na młodego księcia spojrzenie dziecka, które nagle zaczynało zrozumieć jakąś oczywistość. Widać było, że już jest całym sercem za nową organizacją budowy. Ochmistrz stał zgięty w ukłonie tak niskim, jakby chciał zasłonić sobą nieszczęsne liczydła. Książę Ferdynand przerwał milczenie. – Tak zrobimy. Ruszajcie na budowę, nakazuję przerwać prace i ogłosić nowy system. Dziś dzień odpoczynku, a od jutra – nowe porządki. Co tydzień niech architector złoży raport z postępów budowy. Nie mnie, lecz księciu Filipowi. To samo ochmistrz, rozliczenie proszę prezentować co dnia młodemu księciu, który z mego upoważnienia sprawdzi, czy wszystko idzie zgodnie z naszą wolą. Koniec posłuchania.

X Filip siedział naprzeciwko nauczycielki i próbował skupić się na tyczkach w studni, ale nie był w stanie. Od kilkunastu minut czuł się dorosły. Będzie nadzorował budowę. System, który obmyślił,

117


przypadł do gustu jego ojcu. Nawet nauczycielka, jak się zdawało Filipowi, w pewnej chwili uśmiechnęła się z uznaniem. – Magistra – spytał – jak dodałaś w pamięci tak szybko te wszystkie liczby? To niemożliwe, musiałaś użyć jakiegoś sposobu. – To proste – powiedziała Ruth. – Jest dwudziestu czterech majstrów. Pierwszy dostanie dwadzieścia dziewięć miedziaków, każdy następny o miedziaka mniej, aż ostatni – sześć. Teraz patrz, pierwszy i ostatni dostaną razem trzydzieści pięć maravedis. Drugi i przedostatni – także trzydzieści pięć. Trzeci i przedprzedostatni także. Jest dwanaście par po trzydzieści pięć maravedis każda. A więc – sześć czwórek po siedemdziesiąt maravedis. A sześć razy siedemdziesiąt, to właśnie czterysta dwadzieścia. Quod erat demonstrandum. Twarz Filipa jaśniała. Uwielbiał te lekcje. I tę nauczycielkę.

W Księżniczka Izabela, najstarsza córka Ferdynanda, spacerowała korytarzem wschodniego skrzydła w towarzystwie swej dwórki i przyjaciółki Soledad. Skończyła dziś lekcje sylogistyki nieco wcześniej. Profesor wydawał się nieobecny duchem, zamyślony. Sylogistyka była prosta, ale wymagała niestety nauki na pamięć, czego Izabela szczerze nie znosiła. Toteż z ulgą przyjęła wcześniejsze zakończenie lekcji. Teraz mogła oddać się rozmowie z przyjaciółką. Soledad od trzech lat była dla niej najbliższą osobą i powierniczką. Kiedy została przyjęta do służby na dworze, od razu przypadła Izabeli do gustu. Dwa lata starsza od księżniczki, panna Soledad Enríquez de Córdoba y Ayala była potomkinią znakomitego rodu i owa równość stanu ułatwiała przyjaźń, która – jak się szybko okazało – była równie ważna dla obu młodych kobiet. Dziewiętnastoletnia księżniczka nawet w oświeconej atmos-

118


ferze zamku w Nájera musiała funkcjonować w dość ciasnym gorsecie zasad dworskich. Za to Soledad, potomkini awanturniczej linii swej rodziny, godziła się przestrzegać pozorów dworskiej etykiety tylko ze szczerej sympatii dla swej pani i przyjaciółki, sama z siebie zaś miała za nic arystokratyczne konwenanse. Szczerze podziwiała księżniczkę za jej intelekt i dopytywała ciekawie o jej studia naukowe. Księżniczka za to skrycie zazdrościła Soledad odważnego korzystania z przygód i uciech młodości i nie wzbraniała się wysłuchiwać jej barwnych opowieści o mężczyznach. Ponad tym wszystkim łączyła je głęboka przyjaźń i niewzruszona wzajemna lojalność. Teraz Soledad opowiadała jej dalszy ciąg swej przygody z ostatniej nocy, o której rozmawiały już z rana. – To takie zabawne, jak ślepi potrafią być mężczyźni. Ten chytrusek próbował wypytywać mnie o wszystko i zdaje się, że do końca miał mnie za głupią kozę, która niczego nie zauważy. Plotłam mu trzy po trzy, a jemu się chyba wydało, że dowiedział się tylu ważnych rzeczy. Czemu taki gagatek nie pomyśli w ogóle, że ten kto plotkuje z nim, za chwilę będzie też plotkował o nim? – O co dokładnie pytał? – Księżniczka nie była specjalnie zaniepokojona, ale uważała za swój obowiązek być czujną. – Gównie o sprawy ludzi dworu. Kto kogo proteguje, kto z kim jest w konflikcie – Soledad zrobiła swą figlarną minkę – kto z kim sypia… No, takie tam dworskie ciekawostki. Ale jestem pewna, że to z jego strony nie była taka sobie ciekawość. On próbuje się wywiedzieć o coś konkretnego. Tylko jeszcze nie wiem o co. Ale mogę spróbować go podpuścić raz jeszcze – dwórka wymownie przewróciła oczami. – Oho, widzę, że znów masz na niego apetyt – księżniczka zaczerwieniła się. – To w końcu świetny szermierz… Czy nie mam racji? – Taki tam szermierz, pani, trzy sztychy i  po walce. Chciałam z  nim powojować dłużej, ale… ileż to można

119


zwojować marynowanym kiełbiem? – Soledad wybuchnęła śmiechem. Ale po chwili dodała już poważniej: – Myślę jednak, że warto go mieć na oku. To może być niezły spryciarz. Tu niby naiwny, ale na przykład znakomicie gra w szachy. Miał na stole rozstawioną niezwykle ciekawą partię. Chętnie dowiedziałabym się, kto zachodzi do niego grywać. Stawiam na twojego profesora, to trochę jego styl tak rozwijać pozycję. A ten chytrusek myśli, że skoro jest dobry w szachy, to w życiu też będzie wszystko rozgrywał. Chętnie pogram z nim i zobaczę jego minę na końcu. Księżniczka zamyśliła się na chwilę. Patrzyła na przyjaciółkę, rozważając coś, a potem powiedziała: – Tak, on wkrótce może zostać książęcym fechmistrzem i wtedy będzie uczył Filipa, a potem pewnie także Francisca. Trzeba więc brać sprawę poważnie. Czy potrafisz powiedzieć mi dokładniej, o kogo wypytywał? Które powiązania, czyje i z kim interesowały go najbardziej? – O ciebie, pani, rzecz jasna, bo wie, że służę tobie. Dalej – o marszałka, potem o ochmistrza i tę jego historię z Dolores. Ciekawe, skąd o tym wiedział, bo to przecież już ponad rok temu, a on jest tu zaledwie od dwóch tygodni. Dalej, o twego nauczyciela filozofii, o niego zdaje się najwięcej. Potem o twego ojca, księcia pana – o niego też wypytywał dużo. Ale zdaje się, że już i tak wie swoje, bo w ogóle nie słuchał odpowiedzi. Co ciekawe, nie spytał ani razu o młodego księcia Filipa, którego przecież ma szkolić. O medyczkę, no wiadomo, jak oni wszyscy. Zajrzą jej w dekolt i już każdy z nich choruje. Jak powiadają: gdzie mieszka medyk, tam stale jęczą chorzy – roześmiała się figlarnie. – Pytał jeszcze o naszego młodego astronoma. Krzywił się strasznie, że tutaj nauce służą „niewierni”, jak się był wyraził. Bo to katolik. I jeszcze o dowódcę straży; czy wiem, gdzie służył, jakie ma doświadczenie. Tu naplotłam mu chyba najwięcej niepodobieństw. – Soledad Ayala wyprężyła dumnie pierś.

120


– Dobrze, moja droga – rzekła księżniczka. – Teraz opowiedz mi pokrótce, coś mu nabajdurzyła. Spróbujemy zgadnąć, po co mu te wszystkie informacje i co zamierza z nimi zrobić. Ostrożności nigdy nie za wiele.

V W półmroku pochmurnego poranka mistrz szabli z Pampe­ luny, Mikel Juan Otso, przygotowywał się w swej komnacie do ostatniego pojedynku w turnieju. Młodego Manuela Covadongę miał za przeciwnika trudnego, ale nie obawiał się specjalnie. Zdążył go sobie już obejrzeć w walce, przemyślał obrony i rozważył taktykę, a nade wszystko miał obmyślone dwa ataki, które powinny się okazać skuteczne. Otso podchodził do tego pojedynku równie poważnie, jak do każdego innego – na końcu miecza zawsze wisiała śmierć. Bask rozgrzewał systematycznie całe ciało, rozciągał każdy mięsień i każdy staw. Wykonywał błyskawiczne wymiany z cieniem: najpierw krótkie, a potem – stopniowo – coraz dłuższe, aż w końcu tak długie, że jego oddech się urywał, a płuca nie nadążały chwytać powietrza. W przypadku pojedynku, który mógł być naprawdę wyczerpujący, lepiej było przejść taki kryzys w czasie rozgrzewki przed właściwą walką, bo potem ciało łapało drugi oddech i szermierz był w stanie walczyć dużo dłużej. Trudniejsze było przygotowanie do walki umysłu. Mikel Otso de Irrunea miał i na to swoje wypróbowane po wielekroć sposoby. Ponieważ widział wcześniejszą potyczkę Covadongi z Ibrahimem i niedawną z Levim, teraz odtwarzał sobie jeszcze raz w pamięci owe pojedynki i w myślach wcielał się w przeciwników Tancerza. Gdzie popełnili błędy? Co należało zrobić inaczej? Jakie szanse można było wykorzystać? W wyobraźni widział naprzeciw siebie Covadongę, pląsającego z tym dziwnie zwieszonym w dół mieczem. I już wyczuwał, jak trzeba

121


reagować na ów urywany, zmienny rytm jego ruchów. Kiedy stanie na placu, będzie przygotowany. I co najważniejsze – wiedział już, jak powinien zacząć pojedynek. Tak, to był dobry pomysł.

T Na dziedzińcu, pomimo ulewnego deszczu, było sporo publiczności. Jednak większość gapiów schroniła się w podcieniach i na krużgankach okalających podwórzec – stamtąd zamierzano przyglądać się pojedynkowi. Jeszcze kwadrans temu wydawało się, że deszcz stopniowo słabnie, ale teraz lunęło ze zdwojoną siłą, a gdzieś z oddali było słychać pojedyncze głuche grzmoty. Niebo rozdarła potężna błyskawica i przez chwilę słychać było tylko spadające krople, ale po chwili huk gromu zatrząsł ścianami zamku. Walczący stali naprzeciw siebie. Covadonga ze swym długim mieczem, Otso zaś z mauretańską szablą. Spotkanie dwóch rodzajów broni w rękach dwóch mistrzów mogło być fascynujące, ale pamiętano, że Covadonga nie dalej jak wczoraj pokonał znakomitego szablistę Leviego, zaś Otso pokonał znakomicie władającego mieczem Amalryka. Mogło więc wydarzyć się wszystko. Zrobiło się niemal ciemno. Kolejna błyskawica rozświetliła plac w chwili, gdy szermierze wykonali salut powitalny. Po błysku zapadła ciemność i publiczność już nie widziała, jak Otso, nie czekając ani ułamka sekundy, ruszył do błyskawicznego ataku. Przebiegł połowę dystansu czterema krokami i pokonał drugą połowę nieprawdopodobnym wypadem, dzięki któremu zamaszyste cięcie jego szabli smagnęło przeciwnika po cholewie buta. Nie było trafienia w ciało, ale Bask był już w półdystansie i ciął natychmiast ponownie. Nie dał Tancerzowi rozwinąć swego pląsu, od razu związał go szybką, prostą wymianą. Ten pozbierał się w ułamku sekundy i poszedł na wymianę. Stał w miejscu i ciął się z Baskiem twardo, cios za cios. I było teraz widać, że jego Sztuka nie jest utkana wyłącznie ze zwodów

122


i pląsów, że jest w niej i siła, i precyzja, i rytm, i rzemiosło. Pociemniało jeszcze bardziej i było widać doprawdy niewiele. Gaspar skupił się na nasłuchiwaniu tempa wymiany: raz – raz, raz – raz. Cięcia z obu stron padały niemal równo, żaden z walczących nie był w stanie wyprzedzić drugiego. Jeśli któreś cięcie o włos wyprzedzało tempo, to z kolei odpowiedź była wyraźnie mocniejsza, gdyż zostawało więcej przestrzeni na godziwy zamach. A była to wymiana nastawiona z obu stron na przełamanie. Gaspar rozpoznawał to wyraźnie po sile uderzeń. Ponieważ w tych warunkach nie sposób było rozwinąć wyższego kunsztu, obaj walczący nastawili się na zmęczenie przeciwnika. Szło teraz o to, komu wcześniej omdleje ramię, zbraknie sił, a potem precyzji i szybkości. Gaspar słuchał w ciemności: cztery cięcia, pół tempa przerwy i długa wymiana dziewięciu cięć, pół tempa przerwy i od razu cztery szybkie cięcia i niemal natychmiast długa, niekończąca się wymiana. W tej naliczył trzynaście kolejnych cięć. Pod sam jej koniec coś się już rozregulowało w rytmie, ktoś odpowiadał komuś z opóźnieniem i bez impetu. W krótkiej przerwie, trwającej jedno tempo, rozbłysła błyskawica, która w ułamku sekundy pozwoliła Gasparowi zorientować się w sytuacji. Covadonga cofał się, ustępował, na razie jeszcze w jako tako kontrolowanej defensywie, ale Mikel Juan Otso parł do przodu nieubłaganie, nie dając młodzieńcowi odetchnąć. Deszcz niemal ustał. Przygasające do tej pory smolne pochodnie wokół dziedzińca stopniowo rozpalały się coraz jaśniejszym blaskiem i w tym blasku dało się dostrzec teraz walczących. Tancerz złapał oddech, dystansując przez chwilę Baska wystawionym w przód mieczem. Jego klinga była o szerokość dłoni dłuższa, a wraz z rękojeścią dawała przewagę dwóch dłoni. Cofał się, osłaniając się sztychem wycelowanym w pierś przeciwnika. Otso nie mógł pozwolić na ten odpoczynek. Zgarnął sztych Tancerza w prawo i ciął zakręconą z łokcia szybką i niezbyt mocną prymą. Tancerz

123


wyciągnął zasłonę przed czoło, ale w chwili cięcia wyrzucił ją nagle daleko do przodu, kuląc głowę między ramiona, i oparł swoją zastawę tuż przy jelcu o zastawę szabli atakującego. W tym samym momencie położył nagle klingę po swoim lewym barku i mając szablę Baska zahaczoną jelcem, szarpnął ją gwałtownie na siebie. Obserwujący walkę Gaspar aż się wzdrygnął, znał tę zabójczo skuteczną technikę. Szarpnięta jelcem szabla wystrzeliła w przód, tuż przy uchu Covadongi, a ten w następnym ułamku sekundy ciął poziomo morderczym cięciem na szyję. Ale był zbyt wolny. Bask dał nura pod cięcie i natychmiast uniósł się w postawie za lewym barkiem Tancerza. Ten pociągnięty impetem własnego, chybionego ciosu poleciał w prawo, lecz czując za plecami Baska, sięgnął jeszcze raz do wyższych kunsztów swojej Sztuki. Zamiast dać się wytrącić z równowagi, pociągnął cios dalej w pełną woltę i ciął poziomo z lewej w miejsce za plecami, gdzie musiał być przeciwnik. Mikel Juan Otso de Irrunea był tam rzeczywiście. Wykonywał właśnie swą mistrzowską, obmyśloną zawczasu technikę. Odparł cięcie zamaszystą, dynamiczną sekundą, a następnie – nie zwalniając w ogóle ruchu szabli – zawinął ją za własnymi plecami, robiąc pół kroku ku Tancerzowi. I nagle spod własnej lewej pachy, zza pleców, wypuścił sztych, który oparł się o żebra młodzieńca. Na mokrej białej koszuli wykwitła czerwona plama. Walczący cofnęli się od razu w przeciwnych kierunkach, broń opadła, obaj skłonili się sobie z respektem. Tancerz wskazał zwycięzcę i skłonił się raz jeszcze, a potem oparł się bez sił na mieczu. Podbiegło do niego zaraz dwóch dworzan, schwycili go pod ręce i poprowadzili w podcienia, gdzie wśród jasnych pochodni stało krzesło i czekała ze swymi instrumentami książęca medyczka o oczach jak migdały. Gaspar nagle ruszył do przodu, gwałtownie roztrącając dworzan. Otso, oddychając płytko, zrobił dwa niepewne kroki, zachwiał się i runął bezwładnie do tyłu. Rąbnąłby niechybnie głową

124


o kamienne płyty, gdyby nie ramię i kolano Gaspara, wsunięte niesamowicie wyciągniętym wypadem pod jego plecy. – Odsuńcie się – warknął Gaspar do tłumu. – Powietrza! I zimnej wody! – A do bezwładnego Baska mruknął: – Żyjesz, compañero, tylko zemdlałeś.

Y W komnacie gościnnej panował jak zwykle beztroski bałagan. Posłania i dobytek gości były porozrzucane w nieładzie. Manuel Jesus de Lara y Covadonga powoli i z niejakim trudem upychał swój skromny dobytek do sakw, krzywiąc się czasami z bólu. To jego ostatnia noc tutaj i trzeba było się spakować. Nie miał służby, która wyręczyłaby go w tym zajęciu. Na szczęście ciasny bandaż usztywniał wszelkie ruchy tułowia i dzięki temu młodzieniec nie nadwyrężał aż tak bardzo zranionego boku. Ale i tak bolało jak diabli. Sztych Baska skrobnął jednak solidnie o kość. Trudno, trzeba jeszcze powlec się na ucztę, wydawaną dziś na cześć zwycięzcy. Nie był w komnacie sam, czuł na sobie ciekawskie, ukradkowe spojrzenia innych. „To ten co przegrał” i „z taką raną w drogę? Na koniu będzie problem…”. Covadonga spojrzał krytycznie na spakowane sakwy. Jutro dopakuje jeszcze szatę paradną, którą teraz trzeba przywdziać i niedługo ruszać w niej na ucztę. Szata podróżna zaś, w którą z kolei oblecze się jutro, była na samym wierzchu. Wszystko gotowe. Za jego plecami otworzyły się drzwi. Do komnaty wszedł marszałek, a z nim mestre Otso. – Jesteście tu, panie. – Marszałek był lekko zdyszany. – To świetnie, cieszę się, że zdążyliśmy, że jeszcze nie wyjechaliście. – Jestem, do usług – Manuel Covadonga skłonił się. Na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie. – Na prośbę tu obecnego mistrza Otsa de Irrunei – marszałek przybrał oficjalny ton – książę łaskawie ugości cię w swoim zamku, dopóki nie zgoi się twoja rana. Mestre Otso obawia się, czy nie zranił cię zbyt mocno.

125


– Wybacz, compañero – wtrącił zakłopotany Bask. – Ta przeklęta pogoda, ślisko, niewiele było widać. Czułem, że skrobnąłem cię solidnie w żebra. – Jesteście spakowani, panie? To dobrze. – Marszałek klasnął w ręce. – Służba przeniesie wasz dobytek do godniejszej komnaty, gdzie będziecie mogli się kurować i powoli wracać do pełnego zdrowia.

S Filozof nalał mleka do miseczki. Kota nigdzie nie było widać, ale należało założyć, że wyjdzie z ukrycia, kiedy zgłodnieje. – Mamy czekać, tak? – upewnił się Gaspar. – Może powinienem tam pójść i dać znać, że już jesteśmy? – Nie, chyba nie. – Filozof sam nie był pewien. – Powiedziała, żebyśmy czekali, więc po prostu czekajmy. Gdzie się podział ten kociak? Nawet nie słychać skrobania. Może już gdzieś prysnął? No, nie wiem, chyba nie nadaję się do hodowania kotów. – Więc po co go sobie sprawiłeś? Filozof już miał zacząć opowiadać zupełnie nieprawdopodobną historię o dziewczynce, wchodzącej chyłkiem przez okno i przynoszącej to rybę, to znów kota, ale zdawszy sobie sprawę, że przecież w taką historię nikt trzeźwy nie mógłby uwierzyć, odpowiedział tylko: – Żeby polował. Żeby tak nie śmierdziało myszami. – I po chwili dodał ciszej, jakby z wahaniem: – I do głaskania. Skrzypnęły drzwi i weszła Ruth. Wstali obaj, filozof już otwierał usta, ale uciszyła go gestem. Podeszła do Gaspara i pocałowała go serdecznie, ale nie dała się objąć, tylko ścisnęła jego dłonie i odsunęła się. Podeszła do filozofa, wyciągnęła rękę, jakby chciała go pogłaskać po policzku, ale zamiast tego stuknęła go tyko kułakiem w pierś, ni to gniewnie, ni to czule. – Siadajcie – powiedziała – i nic na razie nie mówcie, dobrze? – Skinęli głowami i usiedli. Ruth spojrzała na Gaspara.

126


– Ukochany… No dobrze, wiem, mieliśmy tak do siebie nie mówić, ale teraz już się wszystko splątało. Przepraszam cię, to nie miało tak być. Nie chciałam cię skrzywdzić, widocznie zupełnie nie znam mężczyzn. Myślałam, że będziesz zachwycony: kilka dni zabawy i wyjazd bez zobowiązań. Przecież każdy mężczyzna o tym marzy, prawda? Ale nie trafiłam na „każdego mężczyznę”, tylko na ciebie. Moja wina, przepraszam cię strasznie. Nie mogę zmienić zdania – teraz odsuniemy się od siebie. Damy sobie czas na ostygnięcie. Dixi. Odwróciła się do filozofa. – A ty, Abraão, wybacz, że cię tak sprałam. Może cię to pocieszy, że przy tej okazji zrobiłam sobie coś w tę rękę i nie mogę spać – parsknęła śmiechem i za chwilę śmiali się we troje. Ruth uspokoiła się pierwsza. – Nie możemy tu mieszkać razem. Ty będziesz cierpiał i za chwilę ja też będę cierpiała. Zróbmy tak: ucz go i ucz się od niego, zgoda. Ale nie tutaj. Wybierzcie się razem w podróż. Na dwa miesiące, może trzy. Rozłąka dobrze nam zrobi. Macie trzy dni. Jeżeli w tym czasie nie wyjedziecie, to ja odjadę stąd w diabły. Chciałabym, żeby przez ten… Co to?! – Jej twarz przybrała nagle zdumiony wyraz. – Zwariowaliście? Jeszcze kota tu brakowało…


NAUCZYCIEL SZTUKI 1-4  

Cztery pierwsze rozdziały powieści NAUCZYCIEL SZTUKI

Advertisement