Page 1


ZAMIAST WSTĘPU Zamiast Wstępu

WEHIKUŁ CZASU

Oto kolejny numer „Wehikułu Czasu” – magzynu Studenckiego Koła Naukowego Historyków Uniwersytetu Pedagogicznego. Jest to drugi numer w tym roku akademickim, a dziesiąty w całej historii tego czasopisma. Jak widać, musiało upłynąć wiele wody w Wiśle, abyśmy mogli doczekać się tego jubileuszowego wydania. W obecnym numerze znajdziecie, m.in. wywiad z profesorem Jerzym Gołębiowskim. W wywiadzie tym możemy przeczytać o zaskakującym spotkaniu Profesora Eugeniuszem Kwiatkowskim. Ponadto przeczytacie obiecane w poprzednim „Wehikule” artykuły naszych „Afrykańczyków”, w których to wspomnieniach opisują swoje spostrzeżenia, wrażenia, przeżycia z trzytygodniowej wyprawy naukowej „Polskie cmentarze w Afryce Wschodniej. Tanzania - Uganda 2009”. Z okazji ostatnich wydarzeń związanych z katastrofą pod Smoleńskiem przedstawiamy artykuły dotyczące zbrodni Katyńskiej oraz Katastrofy pod Smoleńskiem. Zdajemy sobie sprawę, że w poprzednim „Wehikule” pojawiło się wiele błędów gramatycznych, czy też technicznych, związanych z łamaniem i składaniem tekstu. Mamy tylko nadzieję, że jesteście dla nas wyrozumiali. Będziemy dokładać wszelkich starań, aby podobne błędy już się nie pojawiały. Oczywiście cały czas czekamy na Wasze artykuły. Następny numer pojawi się w przyszłym roku akademickim. Życzymy Wam (i sobie), aby zbliżająca się sesja przeminęła szybko, a co najważniejsze z pozytywnymi wpisami w indeksie.

Powodzenia! Redakcja

Nr. 10 Maj 2010

Spis treści Wywiady 4 Wywiad z Profesorem Jerzym Gołębiowskim.

Z życia koła

6 Sprawozdanie z Dni Otwartych Uniwersytetu Pedagogicznego. 7 Rok szkolny 2009/2010 Rokiem Historii Najnowszej.

Wyprawa Naukowa do Afryki.

8 Afrykańskie Abecadło. 15 Kenia, Tanzania, Uganda, czyli jak

podróżowaliśmy przez Afrykę Środkową. 17 Kultura Afryki Wschodniej w oczach Mzungu. 20 Szkolnictwo w Tanzanii. 22 Sprawozdanie z konferencji: „Z mrozów Syberii pod słońce Afryki”. 23„ Sybiracy to nie CB Radio”- wywiad z Franciszkiem Sedlakiem 24 Wywiad z Profesorem Danielem Boćkowskim.

Katyń - Smoleńsk

26 Tragiczna Symbolika - O Katyniu

w kontekście katastrofy smoleńskiej 30 “Wielu Rosjan płakało” Wywiad z Krzysztofem Śmigielskim - świadkiem wydarzeń 10 kwietnia 2010 r.

Historie Wszelakie

32 Islamska twarz Rosji cz. II. Gazeta Instytutu Historii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie Wehikuł Czasu

Redakcja: Magdalena Kliś (redaktor naczelny), Marcin Daniel, Krzysztof Bassra, Krzysztof Śmigielski

Wydawca: Instytut Historii UP

Współpraca: Łukasz Filipczyk, Katarzyna Kotula, Karol Suchocki, Mateusz Maryjka, Anna Hejczyk, Mariusz Solarz, Paweł Czernich, Mateusz T. Jamro

Druk: Instytut Historii UP Nakład 100 egzemplarzy Adres redancji: ul. Podchorążych 2, pok 10 E 30-084 Kraków; e-mail:

wehikulczasu.up@gmail.com

Opieka Redakcyjna: dr Hubert Chudzio Skład i design: Krzysztof Śmigielski, Tomasz Kalisz Okładka: Marcin Daniel

Wehikuł Czasu nr 10/2010

3


WYWIADY Wywiad z Profesorem Jerzym Gołębiowskim przeprowadzili: Łukasz Filipczyk, Katarzyna Kotula

Ostatnio mieliśmy przyjemność przeprowadzić wywiad z Panem prof. dr hab. Jerzym Gołębiowskim, którego zainteresowaniami badawczymi są industrializacja oraz przemiany cywilizacyjne w Polsce XX w. Co ważne jednak, Pan Profesor wystąpił tu nie tylko w roli badacza naukowego, lecz przede wszystkim, w głównej mierze jako naoczny świadek ważnych przemian społecznopolitycznych dokonujących się w Polsce w latach ‘60-’80-tych. WCz: Jaki był Pana, jako studenta, młodego człowieka, stosunek do przemian politycznych, które dokonywały się w latach ‘60 XX w.? PROFESOR: Otóż należy zaznaczyć, że my byliśmy beneficjentami przemian, które dokonały się po II Wojnie Światowej. Rzesze młodzieży robotniczo-chłopskiej, a nawet tak zwanej „niższej inteligencji”, otrzymały możliwość edukacji. Dzięki systemowi stworzonemu przez PRL otwarły się możliwości kształcenia bezpłatnego. Dojście Gomułki do władzy było ważnym przełomem, wszyscy więc wiązaliśmy wielkie nadzieje z tymi wydarzeniami. Dzisiaj, patrząc z waszej perspektywy, osób które nie mogą pamiętać tamtych czasów, wydawać się to może przesadne, jednakże w tamtych latach to był realny, naprawdę głęboki przełom! WCz: Swoje studia ukończył Pan w roku, w którym doszło do pewnego rodzaju kryzysu politycznego, który zapoczątkowały demonstracje studenckie... PROFESOR: Tak, studia ukończyłem w 1968 roku, w okresie tzw. „burzy i naporu”. Tak naprawdę trudno jest wskazać na genezę wystąpień młodzieży tego czasu... To był bunt, którego celem nie było tylko „poszerzenie” wolności słowa, lecz był to zarazem sprzeciw wymierzony przeciwko niewydolności systemu, który wówczas istniał. Nie wystarczy tylko głosić hasła sprawiedliwości społecznej, ludzie muszą mieć poczucie, że żyją w kraju „normalnym”; a myśmy wtedy wiele ab-

4

Wehikuł Czasu nr 10/2010

surdów widzieli na własne oczy. Myślę, że stąd wziął się ten bunt młodego pokolenia, w którym ja bezpośrednio nie uczestniczyłem, występowałem tylko w roli naocznego świadka. Późniejsze wystąpienia ludności miały już zupełnie inne oblicze, wynikały bowiem głównie z problemów rynkowych, gdyż wówczas nawet bardzo błahy powód mógł stać się przysłowiową „iskrą zapalną” do następnych wystąpień. Ludność była zmęczona powojenną rzeczywistością i codziennymi problemami. WCz: Czy mógłby Pan, Profesorze przybliżyć nam, jak wyglądały początki Pańskiej kariery naukowej? PROFESOR: Początki były niezwykle ciężkie, wymagano od nas bardzo wiele. Asystent- stażysta musiał się wykazać, udowodnić, że zniesie trudy tego zawodu. W moim przypadku, oprócz normalnych dyżurów asystenckich, pełniłem dodatkowo trzy razy w tygodniu dyżury w bibliotece. Wybrałem dyscyplinę trudną, ale bynajmniej tego nie żałuję! Ważna jest wartość i poczucie użyteczności społecznej tego co się robi, dopiero na drugim planie są własne sukcesy i osiągnięcia... WCz:…do których możemy chyba zaliczyć pana spotkanie z Eugeniuszem Kwiatkowskim! PROFESOR: Tak, poznałem go osobiście chociaż, co zabawne nie wiedziałem wówczas, że on jeszcze żyje! To było na piątym roku studiów, kiedy pisałem o polityce gospodarczej Pana Premiera Kwiatkowskiego. Zbierając potrzebne materiały sięgnąłem po „Polski Słownik Biograficzny” w celu zasięgnięcia głębszej wiedzy na temat działalności i samej osoby, której dotyczyła moja praca magisterska. Co się okazało, minęło już w słowniku hasło na „kw” zaczyna się na „o”...Kwiatkowskiego nie ma! Zwróciłem się do mojego mistrza, prof. Mariana Tyrowicza, skonfundowany, iż nie mogę znaleźć poszukiwanego hasła, na co (obecny akurat w tej samej sali) prof. Jan Perdenia z ciepłym uśmiechem odpowiada: „no tak, no tak... Kwiatkowskiego już pogrzebali, a ja z nim co sobotę gram w brydża!”. Zgiąłem się w pół, prosząc Profesora o możliwość nawiązania kontaktu z Panem Kwiatkowskim. Ku mojej radości tydzień później dostałem jego numer


WYWIADY telefonu. Do dziś pamiętam przyspieszony rytm serca i uderzenia krwi do mózg trzymając w ręku słuchawkę telefonu, tak ogromnym przeżyciem dla mnie była ta sytuacja. Premier Kwiatkowski zgodził się na rozmowę. Miałem spotkać się z „żywą historią”! WCz: Jak wiemy, oprócz historii gospodarczej zajmuje się Pan również przemianami społecznymi. Jako naoczny świadek zmian społecznych po roku ‘89 czy mógłby Pan ocenić, porównać te przemiany w stosunku z okresem PRL’u? PROFESOR: To problematyczne pytanie. System nakazowo-rozdzielczy zaraz po wojnie posiadał zalety mimo zakusów i prób niektórych historyków ukazywania go wyłącznie w czarnych barwach. Musiał się jednak skończyć, ponieważ był nieefektywny. System ten, zwłaszcza w sferze obrotu, jest po prostu nie do zniesienia. Ci, którzy znają moją twórczość nazywają mnie etatystą, zwolennikiem obecności państwa w gospodarce. Należy jednak pamiętać, iż pojęcie etatyzmu jest niezwykle szerokie. Kiedy jestem więc tak określany, w odpowiedzi powołuję się na Eugeniusza Kwiatkowskiego, który w jednym ze swych sejmowych przemówień w 1939 roku powiedział: „Nie jestem zwolennikiem etatyzmu z przekonań, jestem nim z konieczności”. Tam, gdzie nie ma kapitału prywatnego, a kapitał obcy działa na szkodę państwa, nie ma innego wyjścia jak obecność kapitału państwowego w życiu gospodarczym i społecznym. Dokonując naszej transformacji ustrojowej, która, co nie podlega kwestii, była konieczna i potrzebna, zrobiliśmy ją chaotycznie, bez sensu, tworząc tzw. „klasę próżniaczą”. Iluż pasożytów społeczeństwo polskie utrzymuje? Prezydent Mościcki miał kancelarię składającą się z 67 osób, obecnie kancelarie rządowe to molochy zatrudniające po kilkaset pracowników. Ciężko aprobować taką rzeczywistość do końca. Doskonale wiem, że warunki życia wielu osób są znacznie lepsze niż mogły być w minionym systemie, zarazem jednak nie można zapominać o całych rzeszach ludzi żyjących w nędzy. WCz: Czyli Pańskie odczucia dotyczące obecnej sceny politycznej będą raczej negatywne?

PROFESOR: Patrząc krytycznie na naszą arenę polityczną odnoszę wrażenie, że widzę teatr, gdzie każdy dostał swoja rolę do zagrania, a społeczeństwu przypadła rola biernej publiczności. Za najbardziej niepokojący uważam fakt, że kolejne koalicje rządzące, nie mają konkretnej wizji Polski. Planowanie to naturalny, potrzebny i ze wszech miar korzystny zabieg. Plany miał i prezydent Roosevelt, podobnie gospodarka japońska opiera się na planowaniu, tymczasem kolejne rządy w Polsce traktują ten aspekt jako bezwzględnie nieodpowiedni i związany tylko z pejoratywnie wartościowanym systemem, który minął. Tymczasem należy pamiętać, że plan to pewna wizja rozwoju oraz wyznaczenie środków potrzebnych do jej realizacji. Jest to kwestia niezwykle istotna, chociaż niestety ostatnio mówi się o tym dość rzadko. Musimy przecież wiedzieć dokąd zmierzamy! Zwłaszcza, gdy w grę wchodzi przyszłość waszego pokolenia. WCz: Kończąc już, spędził Pan wiele lat w Krakowie, tutaj Pan studiował i rozpoczął pracę naukową i tutaj spotkały Pana wydarzenia dziś określane mianem doniosłych i historycznych, ale czy mógłby Pan, Profesorze, opowiedzieć o równoległym, a często lekceważonym procesie, mianowicie jak zmieniało się oblicze miasta? PROFESOR: Kraków w „moich czasach” rósł w tempie niewyobrażalnym! Zaczynając studia, żeby dostać się do Nowej Huty musiałem przesiadać się na Rondzie Mogilskim, gdyż tam kończyła się część linii komunikacji miejskiej, a w pewnym sensie „kończył się” tam Kraków, ale co zaskakujące, pomimo tych nieudogodnień podróż trwała zdecydowanie krócej niż teraz. Dlaczego? Pomiędzy „Wieczystą”, a Placem Centralnym nie było właściwie nic, żadnego przystanku, nie było tam ani AWF’u, ani Politechniki, ani osiedla w Czyżynach... W Nowej Hucie osiedliła się głównie ludność napływowa z całej Polski, zwłaszcza z Podkarpacia, z województwa kieleckiego, czyli rejonów biednych, dlatego funkcjonował stereotyp mieszkańca Nowej Huty, zgodnie z którym miał on niby hodować świnie w łazienkach. To rzecz jasna absurd, ale prawdą jest, że na trasie Kraków-Kielce,

Wehikuł Czasu nr 10/2010

5


Z ŻYCIA KOŁA podróżując autobusem, łatwo było zauważyć, że co druga chata, jeszcze w latach ‘60(!) była kryta strzechą! Wiele zmieniło się po dojściu do władzy Gomułki, a potem Gierka. Ogromnym wysiłkiem udało się dokonać niewyobrażalnego postępu! Niektórzy złośliwie mówią, że chłoporobotnicy pracujący wówczas na budowach byli mało wydajni, a niektórzy podkradali materiały budowlane. Nie pochwalam oczywiście tego procederu. Jednak dzięki ich zarobkom i nielegalnym „dochodom” zmieniło się radykalnie oblicze wsi polskiej, która najwięcej skorzystała na przemianach w okresie PRL`u.

Marcin Daniel

Sprawozdanie z Dni Otwartych Uniwersytetu Pedagogicznego 23 marca 2010 odbył się kolejny Dzień Otwarty Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie. Podczas Dnia Otwartego poszczególne Instytuty starały się przyciągnąć jak największą liczbę potencjalnych studentów. W prezentującym się gronie nie zabrakło i naszego Instytutu Historii, który jak zwykle reprezentowany był przez szeroką grupę studentów, głównie działających w Studenckim Kole Naukowym Historyków UP. Tradycyjnie przygotowaliśmy wiele atrakcji dla wszystkich uczestników. W poprzednich latach goście odwiedzali poszczególne Instytuty, w których ich przedstawiciele prezentowali swoje kierunki. W tym roku uległa zmianie koncepcja organizowania Dnia Otwartego przez uczelnię. Polegała ona na zorganizowaniu w auli Uniwersytetu stoisk dla każdego Instytutu. Rozwiązanie to ma swoje zalety i wady. Niewątpliwym plusem była możliwość zapoznania się przez zainteresowanych z wieloma kierunkami na raz, natomiast minusem była mała przestrzeń, jaką oddano do dyspozycji Instytutom, co spowodowało odciągnięcie od zwiedzania faktycznych siedzib Instytutów, a co za tym idzie zapoznania się z przyszłymi miejscami studiowania „od kuchni”. Z pewnością na nowym rozwiązaniu przyjętym

6

Wehikuł Czasu nr 10/2010

przez uczelnie ucierpiał Instytut Historii. W porównaniu do lat poprzednich, dało się zauważyć spadek liczby odwiedzających korytarze i sale naszego instytutu – mówi jeden ze studentów historii. Z powodu małej przestrzeni jaka została nam przydzielona na auli nie dało się zaprezentować wszystkich atrakcji przygotowanych przez studentów z poszczególnych sekcji SKNH. Zaprezentowane one zostały na korytarzu przed Instytutem Historii. Każda z sekcji przygotowała okazałe plakaty prezentujące ich działalność, a ponadto Sekcja Mediewistyczna ustawiła dyby, w których każdy mógł się sfotografować, co było jedną z najbardziej obleganych atrakcji. Goście mogli zrobić sobie także zdjęcie z manekinem ubranym w kompletny mundur wojsk lądowych Stanów Zjednoczonych z okresu wojny w Wietnamie, przygotowany przez Sekcje Historii XX wieku i Historii Wojskowości. Sekcja Historii Starożytnej specjalnie na Dzień Otwarty nakręciła krótki film o zmaganiu rzymskich legionistów z barbarzyńcami prezentowany wraz z prezentacją przedstawiającą nasz Instytut, jego pracowników i Studenckie Koło Naukowe Historyków UP. Na gości czekali także przedstawiciele Instytutu, którzy przez cały dzień byli do dyspozycji odwiedzających i z uśmiechem na twarzy odpowiadali na pytania nurtujące zainteresowanych. Studenci historii biorący udział w Dniach Otwartych, jak zwykle „stanęli na wysokości zadania”, niezrażeni niekorzystną koncepcją tegorocznej imprezy. Swoją postawą i barw-nymi strojami przez cały dzień zachęcali maturzy-stów do studiowania historii na naszym Instytucie, chętnie ich oprowadzając, odpowiadając na pytania i wręczając broszury informacyjne przygotowane przez Instytut Historii. W tym roku goście mogli podziwiać cały szereg postaci z różnych epok: rzymskich legionistów prezentowanych przez Sekcje Historii Starożytnej, średniowiecznych rycerzy w pełnych zbrojach płytowych z Sekcji Mediewistycznej, żołnierzy armii amerykańskiej, radzieckiej angielskiej i polskiej z różnych lat XX wieku, w których wcielili się członkowie Sekcji Historii XX wieku i Historii Wojskowości. Oprócz nich podziwiać można było kolorowe stroje: szlachcica, dwórek i dworzan, mnicha,


Z ŻYCIA KOŁA senatora rzymskiego i wiele innych. Kolejną atrakcją przygotowaną przez studentów historii z Sekcji Mediewistycznej był pokaz średniowiecznych sztuk walki, zaprezentowany na auli. Cała plejada nietypowych postaci kręcących się wśród tłumu zebranego wokół stoisk na auli, przed uczelnią, jak i na jej korytarzach zachęcająca do odwiedzenia naszego stoiska, niewątpliwie przyciągała uwagę zebranych osób i przyszłych studentów, wpływając na sukces naszego Instytutu pod względem jego atrakcyjności. „Przygotowanie Dnia Otwartego przez nasz Instytut, w praktyce oczywiście przez studentów, oceniam bardzo wysoko. Bardzo się cieszę, że jak zwykle można liczyć na studentów i ich zaangażowanie. To co mnie się nie podobało, to przeniesienie punktu ciężkości Dnia Otwartego do auli i jego organizacja na modłę targów. Była to zupełnie chybiona propozycja, ponieważ odciągała kandydatów i gości od Instytutów. W tej formule przygotowywanie Dnia Otwartego w Instytutach traci sens. Tym bardziej, że poszczególne jednostki zaprezentowały się w auli bardzo nierówno. “A co do naszego przygotowania na tle innych, to oczywiście nasza prezentacja była już drugi raz z rzędu zdecydowanie najlepsza. Szkoda tylko, że niektóre jednostki nie zdobyły sie na własne pomysły i kopiowały nasze.” ocenia dr Jerzy Ciecieląg odpowiedzialny za przygotowanie Dnia Otwartego Instytutu Hitorii. Tegoroczny Dzień Otwarty jest kolejnym sukcesem Instytutu Historii i studentów ze Studenckiego Koła Naukowego Historyków UP, którzy według wielu kolejny raz okazali się najlepsi.

Krzysztof Bassara

Rok szkolny 2009/2010 Rokiem Historii Najnowszej Na początku 2010 roku została nawiązana współpraca pomiędzy Studenckim Kołem Naukowym Historyków im. Joachima Lelewela (SKNH) a Młodzieżowym Domem Kultury „Dom Harcerza” im. prof.

A. Kamińskiego (MDK) w zakresie przeprowadzenia cyklu odczytów mających na celu poszerzenie wiedzy z historii najnowszej Polski wśród mieszkańców Dzielnicy II. MDK „Dom Harcerza” jako placówka wychowania pozaszkolnego Gminy Kraków (m. in.: jest członkiem Polskiego Stowarzyszenia Wychowania Pozaszkolnego oraz Krajowej Rady Placówek Wychowania Pozaszkolnego) prowadzi różnorodną działalność oświatową, wychowawczą i kulturalna, której adresatami są przede wszystkim dzieci i młodzież szkolna miasta Krakowa, a także mieszkańcy Dzielnicy II. W związku z ogłoszeniem przez Ministerstwo Edukacji Narodowej roku szkolnego 2009/2010 „Rokiem Historii Najnowszej” Młodzieżowy Dom Kultury przy ul. Lotniczej 1 w Krakowie podjął działania mające na celu upowszechnianie wiedzy na temat dziejów od narodzin II Rzeczypospolitej do czasów współczesnych. „Dom Harcerza” daje możliwość realizacji miedzy innymi dla przeprowadzenia ciekawych scenariuszy lekcji oraz na omówienie trudnych i często kontrowersyjnych wydarzeń z historii Polski. MDK – zgodnie ze swym statutem – umożliwiając studentom naszego Instytutu Historii prowadzenie zadań oświatowych realizuje cele i zadania pogłębianie i rozszerzanie wiedzy wykraczającej poza szkolne programy. Do udziału w projekcie zostali zaproszeni studenci SKNH Uniwersytetu Pedagogicznego oraz krakowskie Oddziałowe Biuro Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej. W dniach 8-26 lutego 2010 roku na terenie „Domu Harcerza” miała miejsce ekspozycja IPN pt.: „Burza. Armia Krajowa 1944”, przedstawiająca wysiłek zbrojny Armii Krajowej podczas realizacji planu „Burza” – najważniejszego i największego przedsięwzięcia militarnego oraz politycznego Polskiego Państwa Podziemnego w czasie II wojny światowej. 12 lutego odbył się pierwszy wykład poruszający zagadnienia związane z wystawą. O czynie niepodległościowym lat okupacji hitlerowskiej i sowieckiej opowiadał dr Teodor Gąsiorowski (OBEP IPN w Krakowie – Referat Edukacji Historycznej IPN).

Wehikuł Czasu nr 10/2010

7


Z ŻYCIA KOŁA Przy realizacji tego projektu studenci Koła mają na szczególnej uwadze propagowanie i aktywizowanie postaw patriotycznych oraz społecznych, po przez szerzenie wiedzy historycznej, zaś udostępnione przez placówkę miejsce i odpowiedni sprzęt daje możliwość realizacji tych zamierzeń. Inicjatywa MDK-u podjęta ze strony Studenckiego Koła Naukowego Historyków umożliwia studentom historii na zapoznanie się i oswojenie z pracą edukacyjno-wychowawczą w placówce wychowania pozaszkolnego. Do maja br. Sekcja Historii XX Wieku i Historii Wojskowości zrealizowała dwa spotkania w „Domu Harcerza”. 16 kwietnia br., w placówce przy ul. Lotniczej 1 odbył się pierwszy z cyklu odczytów zatytułowanych: „Rzeczpospolita. Historia najnowsza”. Z ramienia SKNH z wykładem pt.: „Stosunki dyplomatyczne między Polską, Niemcami i ZSRR w latach 1933-1939” wystąpił Krzysztof Kloc. Zgodnie z planem o godzinie 18.00 dyrektor „Domu Harcerza” Pan mgr Mieczysław Czytajło – inicjator projektu zainaugurował spotkanie od chwili ciszy i zadumy, by upamiętnić ofiary katastrofy prezydenckiego samolotu Tu-154, który rozbił się 10 kwie-tnia 2010 roku pod Smoleńskiem. Po krótkim przemówieniu Pana dyrektora głos zabrał Krzysztof Kloc. W przeciągu godzi-ny wygłosił bardzo interesujący i ciekawy wykład poświęcony zagadnieniom polityki zagranicznej między Niemcami, Polską i ZSRR w dwudziestoleciu międzywojennym. Wykład poruszał nie tylko zagadnienia związane z dawnymi dziejami polityki zagranicznej, które doprowadziły do wybuchu II wojny światowej, ale też ich długofalowymi skutkami, które odczuwalne są po dziś dzień. Wśród słuchaczy była przede wszystkim młodzież szkolna, która z ogromnym zainteresowaniem słuchała wykładu naszego kolegi Krzysztofa Kloca, wśród przeciętnego gimnazjalisty mogłoby się wydawać zjawiskiem abstrakcyjnym. 29 kwietnia – tuż przed majowymi obchodami Święta Pracy, Dnia Flagi Rzeczypospolitej Polskiej oraz 3 maja ze swoją prezentacją multimedialną wystąpił Adam Sasinowski. Adam Sasinowski podjął się ważnego

8

Wehikuł Czasu nr 10/2010

tematu, aczkolwiek często zaniedbywanego w szkołach gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych – przesiedleń ludności polskiej w głąb ZSRR w latach 1939-1945 i ich losów. Swój wykład wzbogacił o cenny materiał ikonograficzny, dzięki czemu młodzież miała okazję się zapoznać z warunkami wywózki, życia codziennego Polaków wywiezionych w głąb Związku Radzieckiego w okresie II wojny światowej. Także nawiązał do późniejszych losów Polaków w ZSRR i ich drogach do Ojczyzny. Na pewno zaskoczeniem dla zebranych były informacje o polskich osiedlach w Iranie czy Afryce Środkowej. Współpraca pomiędzy MDK-iem, a studentami zrzeszonymi w SKNH Uniwersytetu Pedagogicznego jest pierwszą tego typu działalnością dla obu stron. Miejmy nadzieję, że projekt rozwinie się w przyszłości. Do końca czerwca odbędą się kolejne spotkania przy ul. Lotni-czej 1, na które już teraz serdecznie zaprasz-amy wszystkich miłośników historii do udziału w przedsięwzięciu.

Karol Suchocki

Afrykańskie abecadło Podczas trzech tygodni naszego pobytu w Afryce działo się mnóstwo rzeczy, (przeżyliśmy wiele wspaniałych chwil) czasu spędzonego na czarnym lądzie nigdy nie zapomnimy. Pisząc o naszym projekcie i wyprawie, chciałoby się oddać każde przeżycie, każde zetknięcie z otaczająca nas inna kulturą, nie jest to niestety możliwe. Dlatego wybrałem kroplę z morza i przeniosłem na papier : Afrykańczycy Pierwsze skojarzenie oczywiście Murzyni, od niepamiętnych czasów zamieszkujący kontynent afrykański. Dla mnie, dla wszystkich członków misji, to również wszyscy Ci ludzie, których podczas II wojny światowej wiatry historii zagnały na Czarny Kontynent. Ponad 20 tysięcy naszych rodaków, Sybiraków - Afrykańczyków żyło w osiedlach, rozsianych po całej wschodniej i południowo–wschodniej części kontynentu.


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI Zdecydowana większość z nich opuszczała stopniowo obozy, udając się na kolejny etap emigracji, inni wracali do nowej Polski. Byli też i tacy, którzy tam pozostali na zawsze… Biali Podczas naszej podróży spotykaliśmy, również białych. Pomimo, iż byli oni w zdecydowanej mniejszości, to pierwszego białego spotkaliśmy już w 3 godziny po wylądowaniu w Nairobi. Radosne ,,bella mia” , które niosło się po uliczkach otaczających nasz hostel wskazywałoby na włoszkę. Do dziś nie wiemy czemu tak właśnie powitaliśmy przeuroczą Szwajcarkę Joane, która doskonale władała niemieckim, angielskim, francuskim… tylko nie włoskim. Okazało się, iż uczy ona dzieciaki w slumsach Nairobi. W tym samym hostelu poznaliśmy również Ute jej koleżankę z Berlina, która postanowiła opuścić Niemcy i przenieść się do pracy w Afryce. Razem spędziliśmy niezwykle przyjemne chwile. Joana zrobiła dla nas w środku nocy, na dachu hostelu pokaz wschodnich sztuk walki, po czym prawie do rana trwała żywa dyskusja na wszelkie tematy. Na plaży nad Jeziorem Wiktorii w Kampali poznałem wraz z Mariuszem dwie bardzo miłe Szwedki. Wspominam o nich, gdyż niewielu młodych europejczyków postanawia czas odpoczynku przeznaczać na prace. Mianowicie skończyły one naukę w liceum i przed rozpoczęciem studiów podjęły się jako wolontariuszki nauczania języka angielskiego w kenijskich szkołach. Do Kampali wyskoczyły na krótki urlop. Oczywiście spotkaliśmy również naszych rodaków, i to już drugiego dnia pobytu. Kilka dni wcześniej zdobyli oni Kilimandżaro, szykując się do powrotu, zwiedzali Nairobi. Natomiast w misji Don Bosco w Ugandzie, wolontariuszem był Tomek, absolwent prawa na UMK. Cesar Prezes Towarzystwa Przyjaźni polskougandyjskiej. Osoba niezwykle specyficzna, największy przyjaciel Michała, nie odstępował go nawet na pace pick-up`a, którym podróżowaliśmy nocą. Cesara spotkaliśmy podczas naszego pobytu w Masindi, gdzie prowadziliśmy prace na trzecim, dla nas ostatnim już

cmentarzu. Starał się pomóc, jak tylko umiał, wszędzie go było pełno. Nie dawał o sobie zapomnieć w żadnym momencie, czego przykładem była pobuka, którą sprawił Michałowi, gdy przed siódma rano po korytarzu budynku, w którym spaliśmy, niosło się dźwięczne: „Mike…Mike…are You still sleeping?” Dzieci Na naszym podróżnym szlaku często napotykaliśmy dzieci. Najczęściej byli to uczniowie szkół, którzy w każdym kraju byli łatwi do rozpoznania, gdyż nosili na sobie mundurki. Patrząc się na nie, skojarzyły mi się od razu dzieciaki, które widziałem na ulicach Dublinu, Dun Laoghaire, Bray czy innych irlandzkich miast. Oczywiście, były biedniejsze, ich ubrania były przybrudzone, ale w porównaniu z innymi które spotkaliśmy, te miały naprawdę dobrze. Mieliśmy okazje przebywać przez tydzień w ośrodku, który opiekował się biednymi dziećmi, opuszczonymi, nieraz zabranymi wprost z ulicy. W ośrodku Don Bosco miały wszystko czego potrzeba, nic im nie brakowało, ale jednak nic nie zastąpi rodziny… domu… Ojciec Józwiak prowadzący ten ośrodek stara się, jak może by z tych dzieciaków, wyrośli dobrzy ludzie, posyła swoich podopiecznych do szkoły, zapewnia im dach nad głową, jedzenie, ubranie, mają orkiestrę, boiska, a nawet grupę akrobatów. Spora część z nich została zabrana do ośrodka z ulicy. Jednak te którtam pozostały mają najgorzej. Niestety takich pozostawionych, pororzuconych jest ciągle za dużo. Są werbowane przez gangi, nieraz porywane przez czarowników i brutalnie zabijane, gdyż ciągle praktykuje się tworzenie talizmanów z różnych narządów. Wśród najmłodszych zostawionych samym sobie szerzy się również AIDS. Everest Pozytywnie zakręcony duchowny z klasztoru w Poli Singisi (Arusha, Tanzania) Zawsze uśmiechnięty i serdeczny. Dla niepoznaki nazywaliśmy go Czomolungma. Podczas ostatnich chwil przed wyjazdem z Tanzanii podrzucił nas na miejski bazar, po czym zabłądził i zgubił drogę, do tego ścigała nas ściana deszczu, co nam - podróżującym

Wehikuł Czasu nr 10/2010

9


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI na pace nie wróżyło nic dobrego. Lecz nawet taki obrót sytuacji nie pozbawił Everesta optymizmu i w końcu udało się nam dotrzeć na dworzec. W klasztorze jest jedynym miejscowym duchownym, natomiast kilku chłopaków przebywa w nowicjacie. Franciszkanie z Arushy maja u siebie kandydatów na braci tak z Tanzanii, jak i Kenii. Fotografie Poruszając kwestie fotografowania wystarczy napisać: dr Chudzio i Mariusz. To całkowicie wyczerpuje temat. Mając ich ze sobą nie trzeba nawet mieć aparatu. W pojedynku na „pstrykanie” pokonaliby każdą koreańską czy japońska wycieczkę. Nieśmiałe próby dobicia do czołówki (pod względem ilości) czynił Mateusz, lecz jego wysiłki nie na wiele się zdały. Zdjęcia zapełniają kilka płyt DVD pokaźna liczba kilku tysięcy fotek powoduje zawrót głowy. Jeżeli zaś chodzi o jakość to Afryka gwarantuje zapierające dech w piersiach światło, wszyscy byli nim zafascynowani i zgodnie twierdzili, że takiego nigdy nigdzie nie widzieli. Także obiektów do uwiecznienia jest ogrom. Staraliśmy się uchwycić, jak najwięcej, tak by nic nie umknęło. Gorąco Miało być upalnie i mieliśmy umierać, tak myśleliśmy przed wyjazdem. Już pierwsza noc zweryfikowała nasze wyobrażenia. Okazało się całkiem przyjemnie, nie za gorąco ani nie za zimno. Natomiast widok portiera w hostelu otwierającego nam drzwi, ubranego w długie spodnie, kapotę przypominającą płaszcz i kominiarkę w pierwszej chwili wywołał u mnie podejrzenie, że coś jest nie tak, w końcu jesteśmy w Afryce więc czemu zamaskowany gość do nas się zbliża? Dopiero po chwili zorientowałem się, że jemu może być po prostu zimno. Noce w Nairobi nie należą do najcieplejszych, w końcu miasto leży na wysokości 1700 m n.p.m. Pomimo tego, iż przekraczaliśmy równik, to upał nam nie doskwierał. Podczas robót prowadzonych na cmentarzach, owszem było gorąco, ale nie nazbyt uciążliwie. Natomiast słońce opalało doskonale, wystarczyło spędzić 30 min. jadąc na pace bez koszulki by cieszyć się

10 Wehikuł Czasu nr 10/2010

naturalną opalenizną – nieźle, jak na przełom października i listopada. Gdy przyjeżdżaliśmy powinna zaczynać się pora deszczowa. Faktycznie deszcz padał kilka razy, ale zawsze udało nam się schronić i nigdy nas nie przemoczyło. Nowym doświadczeniem było przeżycie tropikalnej burzy, ściana deszczu, ale takiego intensywnego, oraz niezwykle silny wiatr. Na szczęście byliśmy wtedy w budynku, wolałbym nie przeżywać tych chwil na otwartej przestrzeni. Harce Szeroko pojęta cześć artystyczna, naszej wyprawy. Nie było czasu na nudę, tak podczas prac na cmentarzach, jak i po powrocie z nich. Noce w zależności od miejsca, w którym przebywaliśmy spędzaliśmy albo w swoim gronie, albo wśród miejscowych, a w Nairobi razem z Joanną i Ute. Czas zlatywał bardzo szybko, kilka rozdań, parę żartów, dwie piosenki, i zbliżała się godzina druga, trzecia… Po Mszy Świętej w Poli, podczas której odbyły się chrzest, pierwsza komunia i bierzmowanie zostaliśmy zaproszeni na uroczysty obiad jako goście Praksedi – jednej z bohaterek dnia. Wszyscy w koło śpiewali, grali i choć gitarzystów było wielu to nikt nie śmiał zagrać przy… doktorze Chudzio. Zaczęliśmy śpiewać nasze piosenki, furorę wzbudziły Sokoły, natomiast Mariusz udowodnił, że nie na darmo jest studentem Akademii Muzycznej. Gdy go poniosło śpiewał tak potężnie, że aż budynek się trząsł, a dziewczyny, które stanowiły 99% obecnych wpadły w zachwyt.

I w końcu zwierzęta. Każdy biały jadący do Afryki chce zobaczyć słonia, nie ma co ukrywać my również chcieliśmy. Już drugiego dnia spotkaliśmy guźce oraz karmiliśmy żyrafę, wiec początek uznaliśmy za obiecujący. Podczas naszych


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI podróży mijaliśmy stada krów, najlepiej ich wygląd opisuje powiedzenie „skóra i kości”, ten widok nie był optymistyczny, próbował nas pocieszać doktor, który twierdził, że ten typ tak ma. W kolejnych dniach towarzystwa dotrzymywały nam w pokojach i łazienkach sympatyczne jaszczurki, które upodobały sobie bieganie po ścianach, a nawet suficie. W końcu nadszedł nasz jedyny wolny dzień, który postanowiliśmy przeznaczyć na safari. Park Narodowy Tarangire słynie z ogromnej liczby słoni i faktycznie po pierwszym zauroczeniu tymi wspaniałymi zwierzętami pod koniec wycieczki nikt z nas już nie reagował na hasło „słoń”. Mijaliśmy całe stada, były dosłownie na wyciągnięcie reki… spotkaliśmy również całą plejadę innych znanych zwierząt. Szerzej o safari pisze w swoim artykule Mariusz, dodam, iż jedynymi zwierzętami których nie spotkaliśmy były hipopotamy i nosorożce. W parku przez cały czas, towarzyszyły nam muchy tse-tse, z którymi szczególnie zaciekłe boje toczył dr Chudzio. Podczas przeprawy przez źródła Nilu, mijaliśmy krokodyle, natomiast pracom prowadzonym na cmentarzu w Koji bacznie przyglądały się małpy. Jednak naszym „najwierniejszym” towarzyszem były komary – nosiciele wszechobecnej malarii. Nam udało się uniknąć tej strasznej choroby, której najcięższa odmiana, zabiła niedawno podróżniczkę Kinge Choszcz. Jedzenie Nikt się nie spodziewał, że jednym z pierwszych tematów, po wylocie z Warszawy będzie jedzenie. Zostaliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni już na pokładzie samolotu. Każdy, kto latał potwierdził, że „Turek się postarał”. Spośród posiłków wybraliśmy kurczaka, zapiekanego w serze, sałatkę z serem feta oraz pomidorem, do tego pieczywo, masełko a na deser mus czekoladowy. Lista drinków tez robiła wrażenie, znalazły się na niej 3 rodzaje wina, różne piwa, mocne alkohole, a dla muzułmanów soki i woda. Także jedzenie na miejscu było bardzo smaczne. Mieszkając z misjonarzami, jedliśmy wraz nimi siadania i kolację – najczęściej ryż, fasole, marchewki przyprawione sosami, różne rodzaje bananów, pomarańcze, pomidory. Piec-

zywo wyśmienicie smakowało z dżemem pomarańczowym wymieszanym z masłem orzechowym. Podczas całodziennych prac na cmentarzach, mieliśmy okazje w chwilach przerwy spróbować kolejne rarytasy. W Tengeru opiekun nekropolii Simon zrywał nam prosto z drzewa papaje, bez porównania z puszkowanymi lub importowanymi do Europy. W Koji miejscowe kobiety ugotowały nam na miejscu sycący obiad, rybka prosto z jeziora Wiktorii oraz maniok. Odwiedziliśmy też dwóch „chińczyków”, podobno dla europejskich żołądków najbezpieczniejsze, oraz bar, w którym specjalnością był smażony kurczak, rozkawałkowywany na stole, przy którym sie-dzieliśmy. Jedzeniu kurczaka towarzyszył pewien rytuał. Mianowicie przed jedzeniem do każdego z nas podeszły dwie osoby. Jedna trzymała czajniczek z wodą i ręcznik a druga miskę, jak jeden mąż umyliśmy ręce i… zaczęliśmy jeść, gdyż do jedzenia kurczaków nie używa się sztućców. Niezapomniana była też kuchnia u ojca Józwiaka, gdzie murzyńska gospodyni raczyła nas… polskimi potrawami. Jednym słowem nie dało się tam schudnąć. Jako obcy, musieliśmy uważać co pijemy, gdyż spożycie niepewnej wody mogło się dla nas źle skończyć, tak więc każda woda butelkowana, korzystając z tego, że pijemy tylko napoje zamknięte spróbowaliśmy kilka rodzajów piw. W Tanzanii polecamy Kili, w Ugandzie zdecydowanie króluje Nile Special.

W Koji miejscowe kobiety ugotowały nam na miejscu sycący obiad, rybka prosto z jeziora

Wiktorii oraz maniok

Kenia Kenia położona jest we wschodniej części Afryki, graniczy z Somalią, Etiopią, Sudanem, Ugandą i Tanzanią. Stolicą jest Nai-

Wehikuł Czasu nr 10/2010

11


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI robi, w którym mieliśmy okazje przebywać. Kenie zamieszkuje ok. 38 mln ludzi, a kraj ten ma powierzchnie 580 tys km². W Kenii porozumiewamy się w językach suahili oraz angielskim, aczkolwiek jak w każdym większym państwie regionu, używa się multum języków plemiennych. Środkiem płatniczym jest szyling kenijski, przyozdobiony wizerunkiem Jomo Kenyatta, głównego twórcy i prezydenta niepodległej Kenii. Na czele kraju stoi obecnie Mwai Kibaki. Turyści znajdą tu wiele rozrywek, cały wschód to praktycznie jedna wielka plaża, a wody Oceanu Indyjskiego zachęcają do pływania, natomiast wielbicielom pięknych widoków i egzotycznych zwierząt Kenia może zaoferować miejsca tak znane, jak rezerwat Masai Mara czy Tsavo. Lamba siku nigine Językiem popularnym w Kenii i Tanzanii jest oprócz angielskiego, język suahili. Będąc ciągle wśród tubylców, pracując z nimi udało się nam podchwycić kilka słów i zwrotów. Niektóre z nich były prawdziwym zaskoczeniem. Ponieważ w każdym z nas jest coś z małego dziecka pierwszym zakupem były oczywiście maczety nazywane panga, identycznie jak ryba więc łatwo zapamiętać, shoka (wymawiane mniej więcej: sioka) to siekiera, a znajomo brzmiące sururu oznaczało kilof. Tradycyjnie miejscowi, gdy widzą białego starają się sprzedać mu, jakikolwiek towar, dla nas była to nowość, gdy co chwile z każdej strony ktoś próbował z nami handlować. Największym spokojem w takich chwilach emanował doktor, powtarzał, że tu jest (spokój) jeszcze nie najgorzej, a prawdziwe oblężenie przeżywalibyśmy w Egipcie. Jednak, by sobie pomóc wyuczyliśmy się kilku pomocnych zwrotów asante sana – dziękuje bardzo, i tytułowego lamba siku nigine – dzięki może później / innym razem. Przez cały czas naszego pobytu, gdzie tylko się pojawiliśmy słyszeliśmy, jak miejscowi wołają do nas mzungu, co oznacza „biały”, po pewnym czasie staję się to uciążliwe. Największym zaskoczeniem było, dobrze nam znane barabara, jednak w języku suahili ma całkiem inny desygnat a mianowicie drogę.

12 Wehikuł Czasu nr 10/2010

Michał Sabatura Przełożony klasztoru franciszkanów pod Tengeru, w którym gościliśmy. Wielokrotnie służył nam radą i pomocą. W Afryce już od dobrych ,,kilku” lat. Dzięki niemu mogliśmy zobaczyć wioski położone z dala od głównych dróg, zaśpiewać na Mszy Św., czy być gośćmi na uroczystościach odbywających się po udzieleniu sakramentów Praksedi i jej koleżankom. Nauka Gdy ojciec Michał powiedział, że jedzie do odległej wioski uczyć religii, postanowiliśmy wraz z Anią i Mariuszem towarzyszyć mu. Potraktowaliśmy to jako okazje do poznania miejsc, w które żaden turysta nigdy nie dotrze. Tradycyjnie wskoczyliśmy na pakę i ruszyliśmy. Po zjeździe z głównej drogi mijaliśmy kolejne wioski, aż wreszcie dotarliśmy do miejscowości, w której ojciec miał nauczać. Na pakę wskoczyła również gromadka dzieciaków, najodważniejszy z maluchów postanowił dotknąć białego, złapał więc mnie za rękę i ze zdziwionym wzorkiem przyglądał się to swojej, to mojej dłoni. Wtedy dotarło do mnie, że oprócz misjonarza jesteśmy pewnie pierwszymi białymi, których widział. Chwile później zatrzymaliśmy się, ojciec Michał poszedł nauczać dzieciaki, a my chcieliśmy przejść się, by poznać, jak najwięcej nowego. Nie minęła chwila, gdy podszedł do nas mężczyzna, który przedstawił się jako nauczyciel pobliskiej szkoły i zaprosił nas do odwie-dzenia jego placówki. Szkoła składała się z kilku długich parterowych budynków, tak że ich ułożenie przypominało odwróconą literę „U”, i sali gimnastycznej w postaci otwartego placu. W każdym budynku biednie. Jest tablica, krzesła, ławki (w stanie przed agonalnym) i tyle. W szkole pracuje 15 nauczycieli. Dzieci spędzają tam po 10 godzin. Uczą się podobnych przedmiotów co my: historii, geografii, biologii, filozofii, języka angielskiego itd.– w sumie 9 przedmiotów. W szkole podstawowej dzieci uczą się w języku suahili, a w secondary school uczą się w języku angielskim, natomiast suahili mają jako dodatkowy przedmiot. Nauczyciele w większości są spoza tej miejscowości, gdyż w Tanzanii to rząd decyduje, gdzie pedagog będzie pracować, zapewniając też bezpłatne lokum.


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI Od syberyjskich mrozów do słońca Afryki W zeszłym roku minęła siedemdziesiąta rocznica rozpoczęcia II wojny światowej, na 2010 rok przypada kolejna, także siedemdziesiąta rocznica pierwszej zorganizowanej przez Sowietów wywózki Polaków na Syberię. Losy naszych rodaków w latach 19391945 a także i później, były tragiczne i zawiłe. Prócz tych wstrząsających, najbardziej znanych faktów, jest także mnóstwo nieznanych i zapomnianych. Wśród nich exodus Polaków do Afryki. By przypomnieć o tych wydarzeniach stworzyliśmy projekt „Od syberyjskich mrozów do słońca Afryki - Niezwykłe drogi polskich Sybiraków do Ojczyzny, w czasie i po II wojnie światowej” a w ramach niego wyprawę ,,Pamiętamy. Polskie cmentarze wojenne w Afryce. Uganda – Tanzania 2009”. We wrześniu ubiegłego roku Ala, Ania i Mariusz pojechali na zjazd „Klubu pod baobabem” zrzeszającego „Afrykańczyków”, gdzie zbierali wywiady od świadków historii. Miesiąc później, bo na przełomie października i listopada 2009 roku miała miejsce wyprawa do Tanzanii i Ugandy. Celem wyjazdu było odwie-dzenie miejsc, w których w czasie II woj-ny światowej i po jej zakończeniu znajdowały się obozy polskich przesiedleńców. Podczas pobytu w Afryce udało się m. in.: uporządkować polskie cmentarze w Koji i Masindi w Ugandzie oraz odwiedzić cmentarz w Tengeru w Tanzanii. Stworzyliśmy też dokumentację fotograficzną i filmową. Po powrocie nadszedł czas na stworzenie wystawy oraz zorganizowanie konferencji, które przypadły na koniec marca 2010 roku. Dzięki zaangażowaniu Wojewody Małopolskiego Pana Stanisława Kracika, 24 marca odbyło się w Urzędzie wojewódzkim spotkanie dla prasy. Sesja naukowa z 25 marca, okazała się bardzo dużym i skomplikowanym, ale na szczęście udanym przedsięwzięciem. Było to spotkanie trzech pokoleń: Sybiraków – naukowców – studentów i młodzieży. Swoją obecnością zaszczycili nas, przedstawiciele władz państwowych, władze uczelni, licznie zgromadzeni Afrykańczycy, goście z trzech kontynentów. Do organizatorów i uczestników konferencji skierował list prezydent Lech Kaczyński, który przywiozła ze sobą Pani Grażyna Wereszczyńska – dyre-

ktor z kancelarii. Uroczystego otwarcia wystawy fotograficznej dokonał Pan Jerzy Miller Minister Spraw Wewnętrznych Administracji. Nie sposób wymienić każdego, który przyczynił się do sukcesu projektu. W prace było zaangażowanych mnóstwo osób, tak przy zbieraniu wywiadów, szukaniu sponsorów, kontaktu z prasą, organizacji wyprawy, jak i tworzeniu wystawy, czy obsługi konferencji (catering z najwyższej półki). Chciałbym wszystkim tym osobom złożyć wielkie i gorące podziękowania za pomoc. Pan Edward W niedzielne popołudnie, będąc jeszcze w Tanzanii odwiedziliśmy Pana Edwarda – Polaka, który przybył do Afryki w 1951 roku. Zajmował się on likwidacją polskiego osiedla. W Tangeru mieszkała jego matka. Od momentu przybycia do Afryki, nigdy nie odwiedził rodzinnej Polski. Początkowo był troszkę nieufny, lecz gdy usłyszał po co przyjechaliśmy i co już udało nam się zrobić, upadły wszystkie mury i atmosfera stała się niemal rodzinna. Odwiedziliśmy go w jego domu – domu pełnym pamiątek z minionych lat. Niejedna praca magisterska mogłaby powstać na podstawie zbiorów tam zastanych. Czas mijał nam bardzo miło a co za tym idzie szybko. Ponieważ Pan Edward był m. in.: rzeźnikiem, podarował nam na pożegnanie kiełbasę własnego wyrobu. Smakowała jak nasza, palce lizać. Ryszard Józwiak Misjonarz z Polski, opiekun dzieciaków w Namugongo. Postać nietuzinkowa, by dokładnie go opisać brakłoby stron w wydaniu „Wehikułu”. Dzięki nam pomimo 20 lat pobytu w Ugandzie pierwszy raz odwiedził cmentarz w Koji, od tego czasu potraktował to miejsce, jak swoje. Robił co mógł by nasze prace posuwały się sprawnie do przodu. Sam postanowił zakupić część materiałów, wynająć matatu (rodzaj minibusika), oddelegował nam do pomocy swoich podopiecznych… ta lista nie ma końca. Nikt z nas go nie zapomni, nie ma w tym stwierdzeniu ni krzty przesady. Swoim przykładem potwierdza powiedzenie, iż „wszystkie Ryśki to fajne chłopaki”. Pozostaniemy mu zawsze wdzięczni.

Wehikuł Czasu nr 10/2010

13


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI Simon & Sebastija Simon jest opiekunem cmentarza w Tengeru, bardzo się ucieszył gdy dowiedział się, o celu naszej misji. Sam nie był w stanie przeprowadzić wszystkich prac, a i my bez niego nie poradzilibyśmy sobie tak dobrze. Simon przez prawie rok nie dostawał żadnego wynagrodzenia od naszej ambasady, więc można powiedzieć iż pracował społecznie. Pytany przez nas czemu dogląda cmentarza, mówił, że przejął funkcje opiekuna po swoim ojcu, który przez wiele lat dbał o stan nekropolii. Sebastija, to córka wspomnianego wyżej Simona. Ona również interesowała się naszymi pracami, szczególnie polubiła Anie, której sprezentowała piękną lokalna sukienkę. Służyła nam także za przewodnika w naszych powro-tnych wędrówkach z cmentarza, dzięki czemu mogliśmy poznać jeszcze lepiej piękno afrykańskiej przyrody. Tanzania Położona jest w Afryce środkowo – wschodniej, graniczy z Kenią, Ugandą, Rwandą, Burundi, Demokratyczna Republika Konga, Zambia, Malawi i Mozambikiem, natomiast wschód kraju opiera się o Ocean Indyjski. Kraj ma powierzchnie blisko 950 000 tys km², a liczba ludności to prawie 40 mln. Kraj ten powstał w roku 1964 z połączenia byłych kolonii brytyjskich: kontynentalnej Tanganiki i wyspy Zanzibar. Stolicą Zjednoczonej Republiki Tanzanii jest Dar–es–Salaam co oznacza po angielsku „house of peace”, a po polsku „dom pokoju”. Obecnym prezydentem jest Jakaya Kikwete. W Tanzanii walutą jest szyling tanzański, pieniądze te prezentują się bardzo ciekawie:

Językami w których możemy się porozumieć to suahili oraz angielski. Aczkolwiek w użyciu jest jeszcze kilkadziesiąt innych. Ogromny

14 Wehikuł Czasu nr 10/2010

dochód zapewniają wpływy z turystyki. Tanzania trzeba przyznać, ma czym przyciągać podróżników. Bajeczne plaże dla wielbicieli pływania i opalania się, dużą liczbę parków narodowych, takich jak: Ngorongoro, Tarangire, Serengeti, w których można podziwiać piękno fauny i flory czy wreszcie najwyższy szczyt Afryki Kilimandżaro. Uganda Republika Ugandy, leży w środkowej Afryce, otulona przez jeziora Wiktorii, Edwarda i Alberta, graniczy z Sudanem, Demokratyczną Republiką Konga, Rwandą, Tanzanią i Kenią. Kraj ma powierzchnie 236 tys km², a liczba ludności wynosi ok. 32 mln. W Ugandzie płacimy szylingami ugandyjskimi ozdobionymi m. in.: wizerunkami rybek czy bawołów, a mówimy w językach angielskim i suahili, aczkolwiek z relacji Josepha pomagającego nam w pracach, w Ugandzie mieszka wiele plemion i każde z nich ma swój język. Stolica Ugandy jest Kampala, prezydentem jest od 1986 Yoweri Museveni. Niepodległość od Wielkiej Brytanii uzyskała w 1962 roku. Od ponad 20 lat, trwa walka z rebeliancką Armią Bożego Oporu (LRA), nie zetknęliśmy się z bojownikami, choć słyszeliśmy, że ciągle są niebezpieczni. Wsparcie Bez pomocy wielu osób i instytucji, nasz projekt nie mógłby zostać zrealizowany. Pomimo, iż z początku spotkaliśmy się różnymi reakcjami, istniało grono które w nas uwierzyło – ówczesny Wojewoda Małopolski Jerzy Miller, Rektor i Prorektorzy naszego Uniwersytetu, Dziekan Wydziału Humanistycznego prof. Kazimierz Karolczak, dyrekcja instytutu na czele z prof. Markiem Wilczyńskim oraz prof. Zdzisławem Nogą i zastępcą dyrektora dr. Jerzym Ciecielągiem, Samorząd studentów wraz z Samorządem doktorantów naszej uczelni. Wsparła nas także Pani Teresa Żurkowska. Nieoceniona pomoc okazali nam również „Afrykańczycy”. Last but not least podziękowania należą się doktorowi Hubertowi Chudzio, który nie zrobił kwaśnej miny, gdy przed dwoma laty padła propozycja projektu, lecz włożył w niego całe serce i dzięki jego ogromnemu zaangażowaniu udało się zrealizować to ambitne przedsięwzięcie.


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI „Z nieba nam spadliście” Takimi słowami powitał nas zastępca ambasadora RP w Nairobi Pan Jerzy Sosiński. Bardzo miło czuliśmy się w jego towarzystwie. Mieliśmy przyjemność dwukrotnie się z nim spotykać, raz w Namugongo u ojca Ryszarda Józwiaka a po raz wtóry podczas ostatniego dnia pobytu naszej misji w Afryce, kiedy to podjął nas obiadem oraz był naszym przewodnikiem po polskiej ambasadzie. Nie spodziewaliśmy się takiego przyjęcia, gdyż pomimo objęcia patronatem Ministra Spraw Zagranicznych naszej wyprawy, ambasada w Nairobi pozostawała głucha na próby nawiązania kontaktu. Jako ciekawostkę warto dodać, iż po zlikwidowaniu w ubiegłym roku ambasady w Dar-es-Salam w Tanzanii, nasi dyplomaci w Nairobi mają ,,pod opieką” 10 krajów regionu.

Mateusz Maryjka

Kenia, Tanzania, Uganda, czyli jak podróżowaliśmy przez Afrykę Środkową. Poranek Centrum Krakowa. Jeśli masz nieszczęście być studentem korzystającym z transportu miejskiego i nijak nie potrafisz ustrzec się przed srogą miną profesora, którego zmarszczki na czole wyliczają skrupulatnie sekundy Twojego spóźnienia, poniższe wypociny są przeznaczone dla Ciebie. Nieprzyjazny motorniczy, hordy nieprzejednanych „bab towarowych” (gdy nie wiadomo, czy to starsza pani włóczy za sobą wypchane reklamówki, czy też to one ją), obfity tłum i zwyczajowo wpadające pod tramwaj samochody, w których z kolei sfrustrowani wyrobnicy pędzą na spotkanie swych korporacyjnych cel. W myśl harmonii i ładu nad całym tym chaosem jurysdykcję stanowić ma prawo ruchu drogowego, niejednokrotnie jednak trudno nam w to uwierzyć. Wyobraźmy sobie jednak miejsce, gdzie prawo to ma źródło w nieskażonym élan vital… Już pierwsze chwile na afrykańskiej ziemi nakreśliły nam fakt, iż pojazd mieszczący konkretną ilość osób jest w stanie zmieścić nawet czterokrotnie więcej, jeśli będzie

to niezbędne. Podróż z lotniska do hotelu małym matatu (regionalne określenie niedużych samochodów typu van) była je-dnak subtelnym interludium wobec przyszłych doświadczeń. Nijak podczas podróżowania po Nairobi nie mogliśmy dostrzec osławionej anarchii drogowej Afryki, drogi jawiły się być w stanie przyzwoitszym niż polskie, a naszą uwagę od pierwszych zmian stanu rzeczy odwracało wyjątkowe słońce Afryki. Być może ruch w samym Nairobi był odrobinę niezorganizowany, ale cóż… Pierwszy element zaskoczenia to podróż z Kenii do Tanzanii. Ku naszemu zaskoczeniu asfalt kończył się około dziesięć kilometrów za Nairobi, ciąg dalszy to mniej lub bardziej obskurne drogi gruntowe. W zakamarki nieosłoniętego ciała próbował wedrzeć się kurz afrykańskiej pory suchej, a do uszu dochodziły jęki zawieszenia autobusu. Kilkugodzinna podróż staje się wycieńczająca, po zatrzymaniu pojazdu brak drgań ciała jest stanem wręcz nienaturalnym. Po drodze ujrzeliśmy hit mody ówczesnego sezonu, sandały wykonane z dętek, które to popularne były szczególnie wśród masajskich plemion. Podróż poprzez tereny Kenii i Tanzanii wskazała również na motocykl, jako środek transportu gotowy przewieźć okazałych gabarytów przedmioty. Naszej uwadze nie umknął motocyklista beztrosko wiozący łóżko… Motocykle pełnią również funkcje taksówek. Arusha, znajdująca się po żyznej stronie góry Meru była dla nas praktycznie punktem docelowym. W tym momencie warto wyobrazić sobie ruch na Alejach Mickiewicza w godzinach szczytu. Jezdnię pozbawiamy dodatkowo pasów wspomagających, ma ona około pięciu metrów szerokości, a była niejednokrotnie w stanie zmieścić cztery pojazdy, z czego dwa ni to wyprzedzały, ni to po prostu jechały równolegle. Pobyt w Tangeru pod kątem transportu zaowocował wielokrotnymi podróżami na pace pickupa, co dla niektórych było całkiem nowym doświadczeniem. W tym momencie warto zwrócić uwagę na to, czym tak naprawdę w Afryce się podróżuje. Jak wspomniałem, motocykl przejął tam niejednokrotnie funkcję samochodu dostawczego, czy taksówki. Pisałem także

Wehikuł Czasu nr 10/2010

15


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI o matatu, szczególnie Nairobi i Kampala roiły się od drobnych autobusów, które, mimo iż lata świetności miały za sobą, dzielnie stawiały czoła wszelkim przeszkodom. Pojawia się tu problem jakości pojazdów, w istocie wszystko, w czym zastosowanie ma fundamentalna istota zapłonu jest już zdatne do podróżowania (nie zapominajmy wszakże o kołach…). Przyzwyczajeni do warunków europejskich, niejednokrotnie ocenialiśmy samochody po sfatygowanej karoserii, jednak prawdziwym ich skarbem było zawieszenie, zbudowane ze stopów przypuszczalnie „nieznanych” w Europie, bo też nie wyobrażam sobie naszej subtelnej motoryzacji na bezdrożach Afryki. Wielu nie pamięta już, że piesza wędrówka również bywa formą transportu. Tych właśnie informuję, iż większość mieszkańców Afryki właśnie w ten sposób pokonuje odcinki dzielące ich domy od miejsc pracy, szkół, kościołów itd. Koniec pobytu w Tangeru (okolice Arushy) świadczył o konieczności pokonania najdłuższego lądowego odcinka podczas całej ekspedycji. Niemalże dwudziestogodzinna podróż autobusem z wyżyn Tanzanii ku nizinom Ugandy obfitowała w przygody. Po raz kolejny udowodniono nam, iż żadna nawierzchnia nie jest straszna zawieszeniom sprowadzanych do Afryki (głównie z Azji np. indyjska Tata) pojazdów. Pamiętacie wstrząsający wypadek autokarowy polskich pielgrzymów we Włoszech? Wyobraźcie sobie, iż jeden z czynników katastrofy, hamowanie, w Afryce zredukowany jest o tyle, o ile przy podobnych nachyleniach jest on w ogóle nie stosowany. Po dotarciu na miejsce, oswojeni ze specyfiką środkowej Afryki, z nieopisanym zachwytem podziwialiśmy samoregulację ruchu ulicznego w ugandyjskiej stolicy, Kampali. Podobno istnieją tam przepisy ruchu drogowego; naszym oczom na skrzyżowaniach ukazały się ponad to światła, prym jednak wiedzie nieskrępowana wolność. Jak się okazuje, atmosfera tego typu sprzyja płynności komunikacji, nie wszędzie jednak udałoby się w ten sposób osiągnąć efektywność. Zasadniczym bowiem elementem tego typu systemu jest specyficzne spojrzenie mieszkańców

16 Wehikuł Czasu nr 10/2010

Afryki na upływający czas, brak pośpiechu, presji, a co się z tym wiąże, stresu. Autobusy odjeżdżają na przykład nie o wyznaczonej godzinie, a dopiero w momencie, gdy wypełnią się podróżującymi. Sytuacja taka jest dla nas niewyobrażalna w Polsce, warto zatem dokonać autorefleksji względem trybu życia, który przyświeca nam od najmłodszych lat. Czy aby na pewno nasze priorytety nie stały się siłą wyrywającą nas z objęć życia? Centrum Kampali to tętniący życiem konglomerat przystanków autobusowych, chaotycznego i rozkrzyczanego dworca, postojów taksówek, kramów, sklepów oraz mas przemieszczającej się ludności. Trudno dostrzec jakiekolwiek normy rządzące tym miejscem. Kolejny etap podróży i zarazem ostatni cmentarz, znajdujący się nieopodal szkółki leśnej w okolicach Masindi. To w drodze do tego miejsca czekała nas kolejna niespodzianka. Otóż na odcinku 30 km. nowo wybudowanej drogi zastosowano rewelacyjny pomysł na utwardzenie nawierzchni rozmieszczając w odległości około pięciu metrów progi zwalniające usypane z piasku i kamieni… W efekcie prowadziło to do wyszukanych manewrów pomagających ominąć nieszczęsne wzgórki. Wierzcie mi, mój żołądek ma swoje niewybredne zdanie na temat tego odcinka… Powrót z Masindi do Nairobi odbył się z pomocą salezjanina, ojca Ryszarda Józwiaka, tym samym ponownie odwiedziliśmy go w ugandyjskiej stolicy. Centrum Kampali to tętniący życiem konglomerat przystanków autobusowych, chaotycznego i rozkrzyczanego dworca, postojów taksówek, kramów, sklepów oraz mas przemieszczającej się ludności. Trudno dostrzec jakiekolwiek normy rządzące tym miejscem, na szczęście szybko udało się nam dotrzeć do salezjańskiej misji, gdzie członkowie naszej ekspedycji mogli odpocząć przed podróżą do Nairobi, a w rezultacie do Polski. Czas mijał, a my przyzwyczajaliśmy się do specyficznego charakteru podróżowania pośród afrykańskiej sawanny i dżungli. Niejednokrotnie byliśmy zaskakiwani, niejednokrotnie rozbawieni, ale nigdy nie mogliśmy narzekać na brak wrażeń. Czy to na pakach pickupów, czy podczas pieszych wędrówek przez dżunglę,


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI kolekcjonowaliśmy nowe wrażenia, które razem tworzą wspaniałą mozaikę wspomnień i niejednokrotnie pobudzają do refleksji.

Anna Hejczyk

Kultura Afryki Wschodniej w oczach Mzungu (swahili: biały człowiek) Na konferencji promującej książkę Cypriana Kosińskiego pt. „Afrykański polonez” usłyszałam zdanie: „Ten kto był w Afryce dwa tygodnie, napisze o niej trzy książki, ten kto mieszka tam dwa lata - trzy zdania”. Jako uczestniczka wyprawy naukowej „Polskie cmentarze w Afryce Wschodniej. Tanzania-Uganda 2009” miałam okazję spędzić na Czarnym Lądzie trzy tygodnie. Mimo to postanowiłam napisać kilka zdań na temat kultury tamtejszej ludności. Kultura to pojęcie bardzo złożone. Rozumiemy przez nią całokształt materialnego i duchowego dorobku ludzkości, a także ogół wartości, zasad i norm współżycia przyjętych przez dane zbiorowości. Krótki czas mojego pobytu w Afryce Wschodniej pozwala jedynie na pobieżne poznanie najbardziej charakterystycznych elementów tamtejszej kultury, związanych z ubiorem, muzyką, jedzeniem, obyczajami i mentalnością ludności. Obraz, jaki wyłania się z tego zestawienia, musi być więc w pewnym stopniu wybiórczy, ogólnikowy i subiektywny. Należy więc potraktować go jako przyczynek do głębszego zainteresowania się tym bardzo złożonym, ale przede wszystkim bardzo ciekawym tematem. Afryka Wschodnia, wbrew ogólnie panującemu, europejskiemu przekonaniu, nie jest monolitem. Tworzą ją trzy państwa: Kenia, Uganda, Tanzania. Kraje te różnią się od siebie ukształtowaniem terenu, klimatem, religią, kulturą, językiem. Przykładowo, we wszystkich trzech państwach językami urzędowymi są angielski i swahili, ale w Ugandzie najczęściej używanym jest język Luganda. Różnorodność można zauważyć także w każdym z tych krajów osobno. Przykładem może być kontrastująca z sobą przyroda. Po dwóch stronach góry Meru (masyw Kilimandżaro, Tanzania) jest ona

zupełnie inna. Z jednej strony góry roztaczają się zielone pola ryżowe i dżungla, z drugiej wysuszona, jałowa ziemia, pokryta rdzawym pyłem. Zróżnicowana jest nie tylko przyroda, ale również społeczeństwo. Wynika to z odmiennej przynależności plemiennej, miejsca zamieszkania czy statusu społecznego. Zjawisko to dobrze unaocznia ubiór tamtejszej ludności. Stolica Kenii, Nairobi to bardzo prężnie rozwijające się miasto, które wyglądem nie odbiega od dużych europejskich metropolii. Ubiór mieszkańców również nie jest nam obcy. Po-pularne są jeansy, (zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet), garsonki, garnitury, eleganckie koszule czy sportowe bluzki. Czasem (w nocy kiedy temperatura spada poniżej 20 st C) Murzyni w obawie przed zimnem, ubierają puchowe kurtki i „kominiarki”. W tamtejszej modzie można więc dostrzec zjawisko przenikania się kultur. Strój zmienia się jednak zupełnie, kiedy opuścimy stolicę. Poza nią, w mniejszych miasteczkach czy też na wsiach, ludność żyje dużo skromniej. Ma to oczywiście odzwierciedlenie w ubiorze. Często ogranicza się on do dziurawego podkoszulka lub kawałka materiału, zakrywającego ciało oraz „sandałów” zrobionych z opony samochodowej. Kenię, ale również Tanzanię zamieszkują plemiona Masajów. Żyją one na pustkowiach, w małych chatkach, zbudowanych z gałązek oraz mie-szanki błota, trawy, gliny, popiołu, krowiego gnoju i moczu. Masajowie wyróżniają się nie tylko specyficzną urodą, ale i strojem. Cze-rwono-niebieskie, kraciaste koce okrywają ich smukłe, wysokie sylwetki. Niezbędnymi ele-mentami stroju Masaja są także kij i rungu. Kij służy do podpierania, kiedy jego właściciel, stojąc na jednej nodze, dogląda pasącego się stada. Rungu natomiast (czyli ok. 40 cm hebanowa pałka z wybrzuszeniem na główce) to narzędzie walki. Masajowie to bowiem plemię pasterzy, ale także wojowników. Kobiety z tego plemienia ubierają się podobnie do mężczyzn. Jako przedstawicielki płci pięknej szczególnie dbają o ozdoby. Wykonują je własnoręcznie ze skóry, muszelek i różnych kolorowych koralików. Można odnieść wrażenie, że im więcej bransoletek, wisiorków ma na

Wehikuł Czasu nr 10/2010

17


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI sobie kobieta, tym lepiej dla jej wizerunku. Jeśli chodzi o klasyczny strój tanzański, to miałam okazję poznać go dokładnie. Wiąże się z tym krótka historia. Pracując na cmentarzu w Tengeru (Tanzania) nasza grupa poznała Sebastię. Ta miejscowa dziewczyna pokazała nam krótszą niż znaliśmy dotąd drogę, wiodącą z cmentarza do misji franciszkańskiej, w której mieszkaliśmy. Kiedy przyprowadziła nas do celu, pogoda się zmieniła i niebo zasnuły deszczowe chmury. Dałam jej więc swoją kurtkę przeciwdeszczową, żeby w drodze powrotnej nie zmokła. Następnego dnia, kiedy spotkałyśmy się na cmentarzu, Sebastia w dowód wdzięczności podarowała mi swoje ubranie, zapewniając że jest to oryginalny strój tanzański. Składał się on z prostej, długiej sukienki oraz z „narzutki” z długim rękawem. Obydwie części stroju wykonane są z tego samego, wzorzystego, brązowo-żółtego materiału. Jest to jedna z najbardziej oryginalnych pamiątek jakie przywiozłam z Afryki Wschodniej.

Moda ugandyjska różni się nieco od tanzańskiej. O ile wykorzystywane materiały są podobne, o tyle sukienki różnią się krojem. W przeciwieństwie do prostych tanzańskich, ugandyjskie charakteryzują się „bufkami” przy rękawach i szerokimi spódnicami. Jako ciekawostkę dodam, że dużą atrakcję dla tubylców stanowią ubrania wojskowe. Kurtki, spodnie moro, specyficzne wojskowe buty nie są do nabycia przez ludność cywilną Kenii, Ugandy czy Tanzanii. Dlatego

18 Wehikuł Czasu nr 10/2010

też moi koledzy, ubrani w tego typu odzież, wzbudzali duże zainteresowanie wśród tubylców. Wielokrotnie pytano czy nasza grupa jest jednostką wojskową, czy policyjną? Dzieci, które uczęszczają do szkoły, mają obowiązek noszenia mundurków. Każda szkoła ma swój fason i kolor. System ten jest zapewne pozostałością po epoce brytyjskich rządów. Zupełnie inną kwestią jest to, ile dzieci do szkoły chodzi. Bardzo wielu rodzin po prostu nie stać na edukację. Bieda jest zjawiskiem powszechnym, a jej wymiar jest trudny do wyobrażenia. Prawdziwym skarbem dla małego Afrykańczyka jest pusta butelka po wodzie mineralnej, która może służyć jako bidon. Zakup jej jest dla wielu horrendalnym wydatkiem. Dzieci zostają więc w domu, pomagając rodzinie w codziennych obowiązkach. Sytuacja ich nie jest jednak najgorsza, porównując ją z losem, jaki spotyka sieroty. Wiele z nich żyje na ulicy, z biegiem czasu dołączając do różnych szajek, gangów. Inne porywane są w związku z szerzącym się na dużą skalę procederem handlu organami. To tragiczne zjawisko wpisane jest niestety w obraz afrykańskiej ulicy. Obserwując ulicę afrykańskich miasteczek, poznajemy kulturę dnia codziennego. Na niej toczy się teatr życia, któremu to przygląda się z uwagą wielu obserwatorów. Ugandyjczycy wiele czasu spędzają przed swoimi małymi, drewnianymi lub ceglanymi domkami, przypatrując się temu, co dzieje się na ulicy. A dzieje się dużo. Oczywiście w zależności od wielkości miasteczka ruch jest większy lub mniejszy. Zasadą jednak jest, że handel odbywa się właśnie głównie na ulicy. Przedmiot transakcji jest w tym przypadku mało istotny. Przed sklepikami o powierzchni 2 m2, nazywającymi się szumnie „Marketami”, stoją różnorakie towary, od dużych kawałków mięsa, po ubrania czy meble. Ciekawostką jest częste wykorzystywanie ścian małych domków mieszkalnych, jako powierzchni reklamowych. Do ugandyjskiego krajobrazu, na który składa się zieleń przyrody i rudo-brązowa barwa ziemi, dochodzą więc krzykliwe-różowe, żółtekolory reklam. W większych miastach ruch na ulicach jest trudny do opisania. Duża ilość samochodów, jeszcze większa-motocykli, przy


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI sporadycznym zwracaniu uwagi na przepisy ruchu drogowego albo sygnalizację świetlną, a także tłumy pieszych, tworzą niepowtarzalną atmosferę afrykańskiej ulicy. Przejawem kultury globalnej są bilbordy z reklamami takich firm jak Coca Cola, NIVEA, Orange lub te, które promują Mistrzostwa Świata 2010. Dużą popularnością cieszy się także prezydent USA, Barack Obama, którego nazwisko pojawia się w co drugim warzywniaku. Elementem kultury dnia codziennego jest także kultura jedzenia i związane z nią potrawy. Większość ludzi na co dzień nie posługuje się sztućcami. W Ugandzie miałam okazję zjeść przygotowany przez miejscową ludność posiłek. Była to bardzo popularna tam ryba – tilapia, złowiona w jeziorze Wiktoria, a także maniok z sosem. W Tanzanii z kolei pierwszy raz w życiu jadłam zerwane świeżo z drzewa papaje. Trzeba zaznaczyć, że nikt z naszej grupy nie wiedział w jaki sposób je się te owoce. Na szczęście krótkiej instrukcji udzielił nam znajomy Afrykańczyk, Simon i mogliśmy rozkoszować się smakiem papai przez kolejne dni pobytu na Czarnym Lądzie. W Aruszy (Tanzania) wybraliśmy się do miejscowego baru, gdzie spróbowaliśmy pieczonych bananów i kurczaka. Jako ciekawostkę dodam, że zgodnie ze zwyczajem, przed podaniem jedzenia do stolika podszedł „kelner” z czajniczkiem gorącej wody, miską i mydełkiem. Zdając sobie sprawę z braku łazienki, a także z tego, że będziemy jeść rękami, chętnie je umyliśmy. Był to zabieg służący zachowaniu higieny, przede wszystkim jednak spełniał walory psychologiczne, minimalizując naszą obawę przed zachorowaniem na różnego rodzaju choroby układu pokarmowego. Jedzenie „na mieście” było dla nas jednak rzadkością. Żywiliśmy się głównie w misjach zakonnych, w których mieszkaliśmy. Tam podstawą jadłospisu była fasola i ryż. Mając bezpośredni kontakt z zakonnikami: franciszkanami w Tanzanii, salezjanami w Ugandzie, mogliśmy dokładnie przyjrzeć się sytuacji religijnej w tych państwach. Wniosek, jaki nasuwa się z moich obserwacji, to: walka o rząd dusz. Rozmaite kościoły i ich odłamy starają się zdobyć jak największą liczbę wyznawców. Najbardziej popularnymi religiami

są: protestantyzm, katolicyzm, a w Tanzanii także islam. Trzeba podkreślić, że mimo dużego zróżnicowania wyznaniowego, a może właśnie dlatego, panuje powszechna tolerancja religijna. Uczestnicząc w mszach świętych na Czarnym Lądzie miałam okazję poznać inne, afrykańskie oblicze katolicyzmu. Jest ono bardzo radosne i żywiołowe. Ważną rolę w czasie mszy odgrywa muzyka. Na północy Ugandy gra się na tzw. adungu. Jest to regionalny drewniany instrument, złożony z pudła rezonansowego i wygiętego gryfu ze strunami, może przypominać harfę. Śpiewane przez wiernych pieśni są często kilkunastozwrotkowe. Towarzyszą im również występy taneczne przedstawiane przez grupy młodzieży. Duże wrażenie zrobiła na mnie taka grupa młodych tancerzy w kościele w Masindi (Uganda). Ubrani byli oni w jednakowe, różowe stroje, a przewodził im stary „szaman”, machając w rytm muzyki ogonem małpy. Nie tylko tancerze, ale wszyscy obecni w kościele biorą czyny udział w mszy, żywiołowo gestykulując, klaszcząc i machając rękami. W związku z tym oczywistym jest, że trwa ona od 2 do 3 godzin. Czas ten jednak w miłej atmosferze mija bardzo szybko. Msza święta jest tylko jedną z okazji, która pozwala unaocznić mentalność i obyczaje Afrykańczyków. Są to ludzie bardzo radośni, pełni entuzjazmu. Uderzająca dla Europejczyka jest ich otwartość. Zupełnie naturalne jest, gdy trzymają się za ręce dwie idące razem kobiety, a także dwaj mężczyźni. Murzyni bardzo łatwo i chętnie nawiązują kontakty. Trzeba zaznaczyć, że biały człowiek (swahili: Mzungu) jest dla miejscowych dużą atrakcją. Gdziekolwiek pojawiła się nasza grupa słyszeliśmy: Jambo! (swahili: Wiataj!), How are you? (ang. Jak się masz?). Często byliśmy zapraszani przez miejscowe władze państwowe lub kościelne na posiłki. Częściowo wynikało to z faktu, że goszczenie „białego” nadawało prestiżu, a częściowo z gościnności tamtejszej ludności. Mzungu jest również nieodłącznie kojarzony z pieniędzmi, czego wyraz dawały dzieci, wołając w naszym kierunku: Mzungu, Mzungu, I love you so much! Money, Money! (ang. Biały! Biały! Tak bardzo cię kocham! Pieniądze, [daj] pieniądze!). Podkreślić należy także dużą nachalność miejscowych,

Wehikuł Czasu nr 10/2010

19


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI co jest charakterystyczne dla Afrykańczyków, natomiast zupełnie obce kulturowo Europejczykom. Niezapomniany będzie dla mnie przyjazd do Arushy (Tanzania). Zanim udało nam się wysiąść z busa, przez otwarte okna i drzwi w pojeździe pojawiły się ręce handlarzy, sprzedających koraliki i tragarzy oferujących swoje usługi. Wysiadając, trudno było przecisnąć się przez tłum miejscowych, chętnych do pomocy „za drobną opłatą”. Kupując pamiątki na bazarze należy się liczyć nie tylko z entuzjastycznymi namowami sprzedawców, ale także z przyciąganiem klienta „za rękaw” do swojego stoiska. Cena towaru jest przy tym ok. 10- 20- krotnie większa od jego rzeczywistej wartości, dlatego nieodzowną umiejętnością „Białego” przybywającego do Afryki Wschodniej jest targowanie. Na co jeszcze powinien być przygotowany Mzungu? Na przykład na lekcję cierpliwości, którą otrzymuje się podróżując miejscowymi środkami transportu. Busy wyruszają w trasę, kiedy zbierze się odpowiednia liczba pasażerów. Może to trwać kilka minut, ale czasami nawet kilka godzin. Murzyni jednak nie spieszą się, podsumowując całą sytuację stwierdzeniem: Hakuna matata (swahili: Nie ma problemu). Przykłady na różnice kulturowe pomiędzy Europejczykami, a Afrykańczykami można by jeszcze mnożyć. Ostatnim z nich będzie brak cmentarzy. Zmarli w Afryce Wschodniej spoczywają niedaleko swoich domostw. Afryka Wschodnia jest dla mnie polem bitwy pomiędzy tradycją, a nowoczesnością. Postępująca z biegiem czasu globalizacja ściera się z obyczajowością i mentalnością tubylców. W dzisiejszym świecie nie można oczywiście uniknąć zjawiska przenikania się kultur, co widać chociażby na przykładzie dużych miast, takich jak Nairobi czy Kampala. Chcąc zobaczyć „prawdziwą” Afrykę, poczuć jej atmosferę trzeba więc opuścić metropolie i odwiedzić małe wioski rozsiane na pustkowiach lub w dżungli. Dlatego uważam, że bardzo ważne jest dbanie o zachowanie obyczajów i tradycji. Dbanie o to, żeby w pogoni za nowoczesnością nie zagubić własnej tożsamości. Ryszard Kapuściński napisał: „Europejczyk jest w Afryce gościem i tak się

20 Wehikuł Czasu nr 10/2010

czuje. Gospodarzami są Afrykanie i tak się zachowują.”* Kultura afrykańska znacząco różni się od europejskiej. Ale czy to nie właśnie ta odmienność i zagadkowość Czarnego Lądu nas fascynuje? * R. Kapuściński, Rwący nurt historii. Zapiski o XX i XXI w, Kraków 2007.

Mariusz Solarz

Szkolnictwo w Tanzanii Podczas pobytu w Afryce wraz z Anią Hej-czyk i Karolem Suchockim, zwiedziłem szkołę znajdującą się w wiosce w pobliżu miejscowości Arusha. Czwartego dnia misji, 22 X 2009 roku, w środę wstaliśmy wcześnie. O godz. 8 zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy na cmentarz w Tengeru. Było pochmurno, podczas naszej pracy na cmentarzu zaczęło padać. Do misji franciszkańskiej w której nocowaliśmy, wracaliśmy pieszo 7 km. Byliśmy na miejscu po godz. 13. Po obiedzie, o. Michał Sabatura, gwardianin i nasz gospodarz, zabrał naszą trójkę do wioski, gdzie przeprowadzał egzamin przed pierwszą komunią świętą. Pojechaliśmy pickup-em. Ania siadła w kokpicie wraz z ojcem Michałem i jego pomocnikiem. Natomiast Karol i ja siedzieliśmy na pace. Po południu wypogodziło się, więc podczas jazdy słoneczko nas opaliło. Zjechaliśmy z głównej drogi. Trasa którą dalej jechaliśmy była strasznie wyboista, koleiny były nieraz tak duże, że parę razy myśleliśmy że wylecimy z auta. Mijaliśmy małe domki i większe posiadłości. W większości wyglądały one jak nasze kioski. Zbudowane z gliny, rzadko z cegły, lub drewna. Większość nie miała szyb w oknach, tylko kraty. Wokół nich znajdowało się dużo bananowców. Zwierzyna często była puszczona luzem. Wyschnięte trawy i popękana ziemia to następny obraz podczas naszej krótkiej podróży. W końcu dojechaliśmy na miejsce. W tej samej wiosce znajduje się również kościół luterański, betonowy z kratami w oknach. Kościółek rzymsko-katolicki był zbudowany z kamienia i gliny. Dach jest pokryty blachą. Kościół nie posiadał szyb ani krat


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI w oknach, zamiast tego były drewniane okiennice.

Ryc.1 Kościół w wewnątrz. Ksiądz przystąpił do egzamino-wania dzieci, a nasza trójka poszła zwiedzać wioskę. Chociaż byliśmy sami, to czuliśmy się bezpiecznie. Zobaczyliśmy kilka parterowych budynków, zaczęliśmy robić zdjęcia. Podszedł do nas mężczyzna stojący niedaleko i zaczął opowiadać. Okazało się że stoimy przed Secondary School w Kikwe, zaś mężczyzna jest nauczycielem historii w tej szkole. Szkoła składała się z trzech parterowych budynków. Kilka metrów od niej znajduje się domek dla nauczycieli. Teren wokół niej był otoczony kamieniami. Kamienie wyznaczały również teren boiska do gry, my początkowo myśleliśmy że to parking dla pracowników. Nauczyciel postanowił nam pokazać szkołę. Stwierdził, że będzie to dla nas bardzo ciekawe, a po przyjeździe do kraju będziemy mogli opowiedzieć o szkolnictwie na ich ziemi. W całej szkole było kilka dużych sal, siedziało w nich kilkadziesiąt dzieciaków. Brakuje jakichkolwiek pracowni.

Tylko w niektórych zakratowanych oknach znajdowały się szyby. Do naszej wycieczki dołączyła nauczycielka biologii. Zaczęli opowiadać o pracy w szkole. Odwiedziliśmy też pokój nauczycielski, w którym znajdował się stół, kilka rozlatujących się krzeseł i jakaś szafka. Jak na nasze europejskie warunki, szkoła ta wyglądała jak do rozbiórki. Uczy się w niej 475 uczniówi pracuje 15 nauczycieli. W klasach znajdują się dzieci w wieku od 8 lat wzwyż. Wszystko zależy od tego na jakim poziomie jest młodzieniec. Nie ma jakichkolwiek pomocy naukowych, ewentualnie takowe są robione przez uczniów i nauczycieli. W klasie są powieszone dwie tablice na długości ściany, jedna z przodu, a druga z tyłu. Metalowe ławki się rozlatują. Według słów nauczycieli, na szkolnictwo nie przeznacza się w tym kraju zbyt dużych funduszy. Nauczyciel po zakończeniu studiów jest przydzielany do szkoły przez rząd. Nie ma wpływu na to gdzie będzie uczył, może to być nawet setki kilometrów od domu. Dostaje zakwaterowanie. W szkole dzieci przesiadują ok. 10 godzin dziennie i wszystkie noszą mundurki. Mają 9 przedmiotów. Podobnie jak my uczą się historii, biologii geografii itd. W szkole podstawowej językiem obowiązującym jest suahili, a dodatkowo uczą się j. angielskiego. W secondary school, językiem podstawowym staje się angielski, a suahili można wybrać jako dodatkowy przedmiot. Szkoły są prywatne i państwowe. W Ugandzie za semestr szkoły płaci się maksymalnie 6 $, a mają tych semestrów trzy, podejrzewam, że w Tanzanii jest podobnie. Ryc. 2 W klasie…

Wehikuł Czasu nr 10/2010

21


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI

Ryc. 3 Lekcja geografii. Chcieliśmy zrobić sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie z uczniami. Nauczyciel wyraził zgodę. Wszedł do jednej z klas i zapytał się uczniów czy mają na to ochotę. Odmówili… Akurat lekcja była o białym kolonizatorze. Zdjęcie udało się zrobić w następnej klasie, po wykresach na tablicy domyśleliśmy się, że odbywała się tam lekcja geografii. Pożegnaliśmy się z naszymi nowymi znajomymi. Wróciliśmy do kościoła, gdzie rozdaliśmy dzieciom przywiezione przez nas długopisy i słodycze. Następnie wsiedliśmy do auta, dołączyły do nas dzieciaki i ruszyliśmy z powrotem.

i uratowano najbardziej zniszczone groby. Po powrocie do kraju członkowie SKNH zgodnie z założeniami, przekazywali wiedzę o tym zapomnianym fragmencie historii Polski. Odwiedzali szkoły, a także inne instytucje w których prowadzili zajęcia poświęcone tej tematyce. Została także stworzona wystawa fotograficzna, przedstawiająca pracę SKNH w Afryce. Jej uroczyste otwarcie odbyło się w dniu konferencji. Konferencja rozpoczęła się o godzinie 10, Rektor UP prof. Michał Śliwa powitał naszych gości, wypowiedział kilka słów na temat realizacji projektu i uroczyście otworzył konferencję. Po jego magnificencji wypowiedziała się pani Grażyna Wereszczyńska z kancelerii Prezydenta RP. Odczytała list od Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, który pisał: Składam wyrazy uznania twórcom tego cennego przedsięwzięcia…; W imieniu Rzeczypospolitej dziękuję.

Mariusz Solarz

Sprawozdanie z konferencji: „Z mrozów Syberii pod słońce Afryki”. Dnia 25 III bieżącego roku, na naszej uczelni w audytorium im. Danka odbyła się konferencja naukowa: “Z mrozów Syberii pod słońce Afryki”. Była ona poprzedzona konferencją prasową zorganizowaną dzień wcześniej przez Wojewodę Małopolski Stanisława Kracika. Konferencja została zorganizowana przez Instytut Historii UP i SKNH. Odbyła się w ramach projektu, który rozpoczął się w 2009 r. Studenci naszego instytutu zebrali wspomnienia „Afrykańczyków”. Kolejnym etapem projektu było stworzenie dokumentacji filmowej, fotograficznej i kartograficznej trzech największych polskich cmentarzy w Afryce Wschodniej. Podczas prowadzenia tych prac, odnowiono

22 Wehikuł Czasu nr 10/2010

Dziękujemy za te słowa uznania… Po powitaniach nadeszła chwila na referaty. Jako pierwsza wystąpiła Pani dr


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI Anna Zapalec z referatem Przygotowanie i przeprowadzenie deportacji obywateli polskich w głąb ZSRR w latach 1940-1941. Poniżej podaje wystąpienia kolejnych referentów i tytuły ich prac. Osoby zainteresowane będą mogły poznać ich treść z publikacji pokonferencyjnej. Prof. Daniel Boćkowski, Polska ludność zesłańcza w ZSRR w czasie II wojny światowej. Dr Hubert Chudzio, Polskie osiedla w Afryce Wschodniej i Południowej w latach 1942-1952. Prof. Władysław Masiarz, Polskie skupiska na Syberii po II wojnie światowej do czsów współczesnych. Anna Hejczyk, mgr Mariusz Solarz, Pamiętamy. Polskie cmentarze w Afryce Wschodniej – stan polskich nekropolii dziś. Po ostatnim wystąpieniu studenci podziękowali opiekunowi SKNH, dr. Hubertowi Chudzio za pracę i poświęcenie dla studentów. Przed referatem Ani i Mariusza został zaprezentowany film przedstawiający pracę studentów naszego instytutu w Afryce. Ostatnia wystąpiła pani Maria Dutkiewicz, prezes klubu „Pod Baobabem”, opowiedziała o swoim pobycie na Syberii i w Afryce. W przerwie można było napić się kawy lub herbaty i przegryźć coś słodkiego. Doskonale spisał się catering złożony z członków SKNH: Magdaleny Jaróg, Marty Bałys, Jakuba Rosiek, Pauliny Krogulewskiej, Joanny Mamcarczyk, Eweliny Kowal, Magdaleny Kliś. Po przerwie nadeszła chwila na dyskusję. Rozpoczął były Ambasador RP w Nairobi, Wojciech Jasiński. Wypowiadał się również nasz gość z Afryki, pan Edward Wakiku - opiekun polskiego cmentarza w Koji. Następnie zostały zaprezentowane trzy filmy o tematyce przesiedleńczej. Finałem konferencji było uroczyste otwarcie wystawy fotograficznej, na którą przybył Minister Spraw Wewnętrznych i Administracyjnych Jerzy Miller. Cały czas były z nami obecne nasze władze: pan Dziekan Wydziału humanistycznego prof. Kazimierz Karolczak, dyrekcja Instytutu Historii dr Jerzy Ciecieląg. Po otwarciu wystawa odbyła się uroczysta kolacja

zorganizowana przez jego magnificencje, rektora UP. Była to multimedialna konferencja trzech pokoleń: świadków historii, pracowników naukowych, studentów i uczniów. Nasi goście zapełnili całe audytorium. Przyjechali do nas z 5 krajów i 3 kontynentów. Patronat nad konferencją objął: Parlament Europejski, Minister Spraw Zagranicznych RP, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji RP, Wojewoda Małopolski, Marszałek Województwa Małopolskiego, Dyrektor Narodowego Centrum Kultury, Rektor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, Poseł na Sejm RP Jarosław Gowin, Prezes „Klubu pod baobabem”. Patronatem medialnym objęły nas Telewizja Polska oraz Radio Kraków. Organizacji konferencji podjęły się następujące osoby: dr Hubert Chudzio, dr Anna Zapalec, mgr Mariusz Solarz, Anna Hejczyk, Karol Suchocki, Michał Tarasiewicz, Mateusz Maryjka, Alicja Śmigielska, Elżbieta Wąsowska, Magdalena Jaróg, Marta Bałys, Jakub Rosiek, Paulina Krogulewska, Joanna Mamcarczyk, Ewelina Kowal, Magdalena Kliś. Do dnia dzisiejszego przychodzą podziękowania za profesjonalizm jakim wykazało się SKNH UP podczas organizacji tego przedsięwzięcia. Cieszy nas, że konferencja zainteresowała tak wielu odbiorców, o czym świadczyła pełna sala przez cały dzień.

„Sybiracy to nie CB Radio”wywiad z Franciszkiem Sedlakiem Przeprowadził: Paweł Czernich

Pierwszym gościem, który zabrał głos w czasie dyskusji podczas konferencji “Z mrozów Syberii pod słońce Afryki” był Pan Franciszek Sedlak. Większość osób interesująca się tematyką sybiracką zna Panią Danutę Sedlak - prezesa zarządu Związku Sybiraków w Katowicach. Pan Sedlak wspomaga żonę, reprezentując ją podczas konferencji. Odnosząc się do referatu dr Anny Zapalec skupił się przede wszystkim na kwestii przygotowania i deportacji obywateli polskich w głąb ZSRR. Podczas przerwy zgodził podzielić się wrażeniami z konferencji, opowiadając też o swojej działalności w kręgach sybirackich.

Wehikuł Czasu nr 10/2010

23


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI Wehikuł Czasu: W jaki sposób dowiedział się Pan o konferencji “Z mrozów Syberii pod słońce Afryki”? Franciszek Sedlak: Przyznam szczerze, że nie pamiętam szczegółów. Podczas dyskusji wspomniałem o swojej działalności w towarzystwie sybirackim. Siedzę w tym tak długo, że wszystkie informacje tego typu szybko do mnie docierają. Segregując je dowiedziałem się o waszej konferencji. Potem widziałem jeszcze informacje o konferencji w mediach. W zasadzie jestem tu w zastępstwie mojej żony, która częściej pojawia się na takich imprezach. WCz: Czy jest to pierwsza konferencja naukowa o tej tematyce, w której bierze Pan udział? FS: Tak, ponieważ pomijam udział, w nazwijmy je, sybirackich imprezach, gdzie pojawiają się przede wszystkim Sybiracy, bez asysty naukowców. Czasem spotykamy się ze studentami lub innymi młodymi ludźmi. Jestem kierowcą, sekretarzem i opiekunem mojej żony, więc pojawiam się wszędzie tam, gdzie ona. Ale taka konferencja jest dla mnie czymś nowym. WCz: Jak więc odbiera Pan konferencję? Czy uważa Pan, że takie spotkania powinny być organizowane częściej? FS: Bardzo dobrze odebrałem dzisiejszą konferencję i uważam, że uczelnie powinny częściej organizować takie imprezy. Cykliczne konferencje to okazja do nowych pomysłów - byle nie za często. Kiedy brałem udział w międzynarodowych spotkaniach Sybiraków przekonałem się, że odstęp czasowy jest potrzebny, ponieważ dochodzą nowe kwestie które można wykorzystać i nie powtarzać tych samych tematów. WCz: Które z dzisiejszych wystąpień wywarło na Panu największe wrażenie? FS: Powiem szczerze, że przygotowywałem się do tego, co powie Pani dr Zapalec, ponieważ, jak można było zauważyć czytam o tym na co dzień i to weryfikuję. No i oczywiście wszystkie wystąpienia Sybiraków, zwłaszcza Pani Dutkiewicz. Co prawda też mam to na co dzień, ale niewiele osób wie, że kiedy ponad dwadzieścia lat temu odradzali się Sybiracy, miałem wgląd w najróżniejsze dokumenty, którymi Sybiracy nigdy się nie

24 Wehikuł Czasu nr 10/2010

dzielili, więc znam ten temat prawie tak jak zesłańcy, chociaż całą wojnę spędziłem w Krakowie. Żałuję tylko, że studenci nie zabierali głosu, pomijając oficjalne wystąpienie. WCz: Czy działając tak długo w organizacjach sybirackich mógłby Pan powiedzieć, co jeszcze należy robić, aby zainteresować ludzi tematem wysiedleń? FS: Przede wszystkim najważniejsza jest popularyzacja. Studenci historii wiedzą na ten temat sporo, ale ogólnie społeczeństwo posiada prawie zerową wiedzę o Sybirakach. Ktoś powie, że przesadzam, ale mogę podać przykład. Moja żona załatwiając jakąś sprawę dla organizacji poszła na pocztę i dziewczyna przy okienku wzięła fakturę, gdzie widniała nazwa Związku Sybiraków. Zapytała „związek sybi-czego?”, na co dziewczyna w sąsiednim okienku powiedziała: „No to ci, CB Radio!” Chyba dalszy komentarz nie jest potrzebny? Podobno to są ludzie z maturą, czy z wyższym wykształceniem, ale kiedy żona wróciła do domu i opowiedziała mi to, sam nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać. Uważam, że teraz i tak media zajęły się tą tematykę i czasami można obejrzeć jakiś reportaż w telewizji, ale trzeba spopularyzować wiedzę od strony historycznej. Niech ludzie wiedzą, że Sybiracy to nie CB Radio. Mam nadzieję, że wasz Uniwersytet zorganizuje jeszcze jakąś konferencję, gdzie spotkają się Sybiracy, naukowcy i studenci WCz: Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę kolejnych udanych konferencji oraz popularyzacji tematu Sybiraków. FS: Dziękuję bardzo!

Wywiad z Profesorem Danielem Boćkowskim Przeprowadził: Paweł Czernich

Jednym z wydarzeń konferencji “Z mrozów Syberii pod słońce Afryki” był referat Prof. Daniela Boćkowskiego: „Polska ludność zesłańcza w ZSRR w czasie II wojny światowej”. Jednak jeszcze większą uwagę skupiła dyskusja Pana Profesora z jednym z Sybiraków, gdzie Prof. Boćkowski negował fakt wyrzucania ciał poległych sybiraków z pociągów, twierdząc, że nie pozwalała na


WYPRAWA NAUKOWA DO AFRYKI to radziecka biurokracja. Kwestionowanie wspomnień świadka deportacji wywołało sporo kontrowersji- pojawiały się głosy, że profesor przywiązuje zbyt wielką wagę do radzieckich dokumentów, lekceważąc zdania świadków historii. Inni jednak twierdzili, że jest to obrona prawdy historycznej, która przez wiele lat mogła zostać zatarta w pamięci Sybiraków. W rozmowie dla „Wehikułu Czasu” prof. Boćkowski ocenił przebieg konferencji, a także ustosunkował się do wcześniejszej polemiki. Wehikuł Czasu: Panie Profesorze, czy udział w dzisiejszej konferencji to pierwszy Pański związek z Uniwersytetem Pedagogicznym? Daniel Boćkowski: Z uczelnią tak. Poznałem co prawda pracowników naukowych przy okazji różnych badań, czy konferencji, natomiast na uczelni jestem pierwszy raz. Jestem głównie związany z Polską Akademią Umiejętności i Polską Akademią Nauk w Warszawie. WCz: Bierze Pan udział w wielu zjazdach i konferencjach. Jak oceni Pan dzisiejszą konferencję i czym różni się ona od innych wydarzeń tego typu? DB: Powiem szczerze, że wszystkie konferencje są trochę do siebie podobne, bowiem, skupiają się na zagadnieniach naukowo-dydaktycznych. Połączenie wspomnień i teraźniejszości jest bardzo udane, jednak przyznam się, że jedna rzecz na konferencjach zawsze mnie drażniła, a tutaj szczególnie - czytanie z kartki, zero kontaktu. Ktoś, kto był w Afryce nie musi czytać tego co się działo. Lubię kontakt, dlatego mówię i patrzę na ludzi. Jest to bardzo trudne, uważam, że retoryki powinno uczyć się na studiach i studenci powinni umieć przemawiać do innych. Kontakt wzrokowy przy dwudziestu minutach pozwala przekazać znacznie więcej, a widziałem tutaj ogromne spięcie. Uważam, że trudniej czytać z kartki, niż patrzeć na ludzi i mówić. Nie ma wtedy tej chemii, to podstawa, słuchacze poczuli i dali się pociągnąć. WCz: Przyzna Pan , że wypowiedzi

niektórych osób zawierały niesamowity ładunek emocjonalny, a Pan swoimi wypowiedziami niekiedy musiał sprowadzić je na ziemię w dosyć brutalny dla nich sposób. DB: Powiem tak: trudno nam mówić o ładunku emocjonalnym, kiedy nikt z nas nie przeszedł takiej gehenny. Jest to problem wyrwania się z tego zaklętego kręgu, ale ci ludzie wracają do tego pamięcią. Nie mogą powiedzieć, że nic się nie stało, bo jednak piekło utraty bliskich, rodziny, matki, siostry, brata jest czymś, co zapamiętuje się na całe życie. Jestem daleki od tego, by ściągać na ziemię w ten sposób, jednak zawsze walczę o to, żeby łączyć to z pewną prawdą historyczną. Kiedy pozwolimy, by rządziły tylko wspomnienia, do niczego nie dojdziemy, a potrzebna jest symbioza tych dwóch rzeczy. Ludzie często zachowują swój obraz nie tego co pamiętalinie zapominajmy, że większość obecnych była wtedy dziećmi i jest to zupełnie inna pamięć ludzka. Bardzo często ci ludzie czytają po latach wspomnienia innych ludzi i zaczynają swoje wspomnienia przypisywać tym relacjom, bo skoro napisali to ludzie mądrzejsi, to znaczy, że tak było. Jest to śmieszne, bowiem czasami jest to sprzeczne z ich przeżyciami, ale znam przypadki, które twierdzą, że tak naprawdę było, a ich losy mogą być zupełnie inne. Czasem wydobycie tej inności jest jeszcze ciekawsze niż to, że wszyscy myślą tak samo WCz: Projekt „Polskie cmentarze w Afryce wschodniej” ma głośny patronat medialny, a także patronat [wywiad przeprowadzony przed katastrofą lotniczą z 10 IV – przyp. red.] prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jak Pan uważa, dlaczego tego typu przedsięwzięcia są nieznane szerszemu gronu? Czy gdyby zwiększyć promocję, przyszłoby więcej osób? DB: Myślę, że nie przyszliby. Dlaczego? Dlatego, że to jest stare, nudne, nic się nie dzieje. Gdyby ogłoszono, że Szymon Majewski i Doda będą opowiadać kawały, wypełnilibyście dwie takie aule. Myślę, że sami skutecznie zniechęciliśmy ludzi do historii, dlatego, że stała ona się czymś bardzo politycznym. Wyrwanie historii z okopów polityki jest niezbędne. Istnieje polityka historyczna i historia polityczna. Wyrzućmy to wszystko. Czy trzeba się kłócić o to, kto będzie w Katyniu? Czy trzeba się

Wehikuł Czasu nr 10/2010

25


KATYŃ - SMOLEŃSK kłócić o to, kto będzie 9 maja na defiladzie w Moskwie? Czy trzeba uznać, że są patrioci dobrzy i patrioci źli? Nie wiem, jak to rozwiązać. WCz: W takim razie, czy Pańskim zdaniem historia za 20 lat będzie jeszcze bardziej polityczna? DB: Kiedyś nie była taka. Potem stała się narzędziem. Mam nadzieję, że przestanie być narzędziem, ponieważ wtedy ludzie przyjdą. Jeśli przeniesiemy tutaj wszystkie spory, przegramy wszyscy. WCz: Dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów. DB: Dziękuję bardzo.

Krzysztof Śmigielski Mateusz T. Jamro

Tragiczna Symbolika O Katyniu w kontekście katastrofy smoleńskiej. Rozważania historyczno - politologiczne.

Katyń - to słowo spowite jest mgłą tajemniczości i niedopowiedzeń. Zarówno u ludzi młodych jak i nieco starszych przywołuje przykre wspomnienie tych, którzy zostali zamordowani służąc ojczyźnie. 10 IV 2010 roku runął na ziemię prezydencki samolot. Na jego pokładzie znajdowali się przedstawiciele najwyższych władz państwowych: prezydent Lech Kaczyński, dowództwo Sił Zbrojnych, parlamentarzyści, przedstawiciele rodzin poległych. Pasażerowie TU-154 stanowili polską elitę intelektualną, polityczną i wojskową. Lecieli do Katynia, by oddać hołd zamordowanym oraz upomnieć się o prawdę. Pragnęli po raz kolejny zadać te niewygodne pytania: kto?, dlaczego? i po co? dopuścił się mordu na Polakach. Jaką prawdę skrywa katyński las? Postaramy się pokrótce w ramach przypomnienia odpowiedzieć na te kwestie. Swoją odpowiedź pragniemy jednak ograniczyć do tego, co zostało już przez historyków ustalone, nie pomijając jednak szerszego kontekstu istotnego dla właściwego zrozumienia tzw. zbrodni katyńskiej. Pragnie-

26 Wehikuł Czasu nr 10/2010

my również podkreślić symboliczną wymowę Katynia, uwzględniając szczególny kontekst, jakim jest katastrofa z 10 kwietnia. PRZYCZYNY I PRZEBIEG ZBRODNI Z historycznego punktu widzenia Katyń jest bezprecedensowym zdarzeniem w polskiej historii. Nigdy wcześniej nie miała miejsca tak haniebna zbrodnia dokonana na polskim narodzie. Mimo tego, że o Katyniu mówiło się wiele, a obecnie mówi się jeszcze więcej, w powszechnym odbiorze Katyń pozostaje słowem-mgłą. Polacy posiadają niewielką świadomość historyczną dotyczącą tego wydarzenia. Pytani o najbardziej podstawowe fakty sprawiają wrażenie zakłopotanych. Ostatni sondaż przeprowadzony na początku kwietnia wskazuje, że 30% społeczeństwa NIE MA POJĘCIA o Katyniu. Dlatego pragniemy przedstawić najważniejsze fakty składające się na proces historyczny (przyczyny, przebieg, skutki). Takie ujecie uważamy za istotne dla właściwego zrozumienia tzw. Zbrodni Katyńskiej.

23 sierpnia 1939 roku został zawarty Pakt pomiędzy III Rzeszą a Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich - znany powszechnie jako pakt Ribbentrop – Mołotow. Oficjalnie był to pakt o przyjaźni i nieagresji. W rzeczywistości, pod pięknymi i niewinnie brzmiącymi hasłami skrywał się plan zawładnięcia przez dwa totalitarne mocarstwa środkową Europą. Tajny protokół Paktu stanowił o podziale strefy wpływów w Europie. Granice między dwoma mocarstwami wyznaczono na linii Wisła - Narew - San. Związek Radziecki miał podporządkować sobie tereny Finlandii, Estonii, Łotwy, Rumuńskiej Besarabii i wschodniej Polski. III Rzesza: Litwę oraz


KATYŃ - SMOLEŃSK zachodnią Polskę. Już z założeń paktu można wyciągnąć wniosek, iż w interesie wrogich imperiów będzie leżała likwidacja elit poszczególnych krajów, które mają zostać podbite.

TU DODAĆ ZDJĘCIE !!!!!!!!!!

MAPA R-M

Realizując postanowienia zawarte w tajnym protokole paktu 23 VIII, III Rzesza wysunęła w stosunku do Polski następujące żądania: włączenia Wolnego Miasta Gdańsk, budowy eksterytorialnej autostrady z Prus na teren Rzeszy i przeprowadzenia plebiscytu na terenie Pomorza. Z punktu widzenia polskiego interesu były to żądania nie do spełnienia. Najdobitniej polską rację stanu wyraził minister Józef Beck: „Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor”. W związku z odrzuceniem niemieckich roszczeń przez polski Rząd, 1 września 1939 roku wojska III Rzeszy wkroczyły na terytorium II Rzeczypospolitej rozpoczynając tym samym II Wojnę Światową. Związek Radziecki rozpoczął ofensywę 17 września. Walki trwały do 6 października, kiedy to pod Kockiem zostały pokonane ostatnie regularne oddziały Rzeczypospolitej dowodzone przez Franciszka Kleeberga. Tym samym rozpoczęła się hitlerowska i sowiecka okupacja ziem

polskich. Po zajęciu Kresów Wschodnich przez wojska sowieckie, NKWD aresztowało ok. 250-300 tys. polskich obywateli. 19 września 1939 roku ok. 125 tys. osób, na mocy rozporządzenia Woroszyłowa, zostało przekazane Ludowemu Komisariatowi Spraw Wewnętrznych (NKWD). Przejęcie polskich oficerów przez NKWD było sprzeczne z postanowieniami konwencji haskiej i genewskiej, gdyż od tej pory byli oni traktowani jako pospolici przestępcy. Ze 125 tys. zostało wyselekcjonowanych ok. 40 tys. które w największym stopniu mogły zaszkodzić ZSRR. Część trafiła do GUŁAG-ów, reszta zaś do obozów NKWD. Owo zagrożenie wynikało z faktu, że więźniowie posiadali znakomite wykształcenie oraz byli wychowywani w duchu patriotycznym i niepodległościowym. Stano-wili kwiat polskiej inteligencji. Wśród więźniów znaleźli się: prof. UJ - Ignacy Chrzanowski, wybitny pozytywista, Narodowy Demokrata, autor popularnej historii literatury, dr Witold Czarnek znakomity adwokat, czy Stanisław Haller, twórca słynnych błękitnych oddziałów tworzonych we Francji mających ogromne znaczenie dla odzyskania przez Polskę niepodległości. Były to osoby najbardziej niebezpieczne w przekonaniu władz sowieckich, istnienie tych elit uniemożliwiało ewentualne zwasalizowanie Polski. Sowieci mieli bowiem zamiar uderzyć na III Rzeszę, kiedy ta będzie uwikłana w wojnę z Francją. Uwzględniając te zamiary, polscy oficerowie musieli zostać uznani za wrogów klasowych i element walki kontrrewolucyjnej.

Wehikuł Czasu nr 10/2010

27


KATYŃ - SMOLEŃSK Zostali wysłani do trzech obozów: Kozielska, Starobielska, Ostaszkowa. Resztę deportowano do więzień NKWD w Kijowie i Mińsku, Moskwie i Chersoniu. 5 marca 1940 r. Ławrientij Beria – Ludowy Komisarz Spraw Wewnętrznych ZSRR skierował do Józefa Stalina notatkę nr 794/B, w której polscy jeńcy wojenni w liczbie: 14 736 osób oraz zesłańcy w więzieniach Zachodniej Białorusi i Ukrainy w liczbie: ok. 12000 osoby stanowią “zdeklarowanych i nie rokujących nadziei poprawy wrogów władzy radzieckiej”. Tym samym uznano za uzasadnione: rozstrzelanie 14,7 tys. jeńców i 12 tys. więźniów, bez wzywania skazanych, bez przedstawiania zarzutów, bez decyzji o zakończeniu śledztwa i aktu oskarżenia. Zgodnie z notatką, Politbiuro KC, tego dnia wydało decyzję nr P13/144 stanowiącą aprobatę decyzji z dnia 5 marca. Od 3 kwietnia do 16 maja 1940 roku rozstrzelano: 4410 osób z Obozu Kozielskiego w Katyniu i najprawdopodobniej w siedzibie obwodowego NKWD w Smoleńsku. 3739 osób z Obozu Starobielskiego w Piatichatkach i najprawdopodobniej w siedzibie obwodowego NKWD w Charkowie. 6314 osób z Obozu Ostaszkowskiego naj-prawdopodobniej w siedzibie obwodowego NKWD w Kalininie (Twerze), a pochowano w Miednoje. 3400 – 4200(?) osób z więzień Zachodniej Ukrainy w siedzibie okręgowego NKWD w Kijowie, pochowani najprawdopodobniej w Bykowni. Domniemanym miejscem zbrodni jest także Chersoń. 3600 – 4500(?) osób z więzień Zachodniej Białorusi w siedzibie okręgowego NKWD w Mińsku, pochowani najprawdopodobniej w Kuropatach. 396 osób ocalało, trafiając do obozu juchnowskiego, a później griazowieckiego Zabito co najmniej 21 857 osób. Powszechne przekonanie, że rozstrzeliwań w Katyniu dokonywano nad tzw. dołami hipotetycznie droga śmierci mogła wyglądać następująco: z Kozielska więźniów przewieziono do Gniezdowa. A stamtąd czarnymi autobusami więziennymi tzw. Czornymi Woronami do lasu Katyńskiego. W willi NKWD ofiarę wprowadzano do piwnicy. Oprawca wychodził

28 Wehikuł Czasu nr 10/2010

za plecami ofiary i zasko-cz-enia strzelał jej w tył głowy. Wybrana technika miała służyć głównie zachowaniu dyskrecji, a przez to ograniczeniu ryzyka wystąpienia buntu. Potwierdzeniem tej hipotezy może być fakt, że w czasie ekshumacji dokonanej w 1943 roku przez Niemców, większość ofiar miała w jamie gębowej trociny. Brało się to stąd, że posadzka piwnicy była wysypana trocinami. Strzelano w tył głowy, tak aby zrobić jak najmniej bałaganu. Najskuteczniejszą metodą był strzał w kark, tak aby kula wyszła przez usta, ewentualnie przez oczodół. Zdarzały się przypadki zabijania nad dołami śmierci, Stanowiły jednak wyjątek a nie regułę.

NIEWYGODNA PRAWDA – ODKRYCIE ZBRODNI I JEJ KONSEKWENCJE 5 Października 1941 roku Mieczysław Lisiecki – robotnik przymusowy, dzięki relacjom Rosjan mieszkających koło Gniezdowa, dowiedział się o domniemanym miejscu za-mordowania. Jak twierdzili Rosjanie, rozstrzelano tam polskich szpiegów. Faktycznie, Lisiecki znalazł w lesie fragmenty polskich mundurów. W końcu marca 1942 r. przymusowi robotnicy z Polski ponownie dzięki relacjom mieszkańców odnaleźli groby. Pierwszy przypadek nie został zgłoszony władzom niemieckim. Dopiero drugie odkrycie zameldowano Niemcom. Ci zaś 18 lutego 1943 r. rozpoczęli wstępne badania oraz przesłuchania okolicznej ludności. 13 kwietnia Radio Berlińskie podało do publicznej wiadomości, że w lesie pod Smoleńskiem odnaleziono 12 000(sic!) ciał polskich oficerów zamordowanych przez NKWD na wiosnę 1940 roku. Zakładano,


KATYŃ - SMOLEŃSK że tylu polskich oficerów zamordowano w Katyniu, nie widząc jednocześnie o innym miejscach mordu. 16 kwietnia zaproszono do współpracy Międzynarodowy Czerwony Krzyż. 17 kwietnia Rząd Sikorskiego w Londynie zwrócił się do MCK o zbadanie sprawy. Wobec tego władze niemieckie utworzyły komisję międzynarodową z jednym obserwatorem w składzie 12 osób z krajów zależnych od III Rzeszy i 1 osoby ze Szwajcarii-Francois Naville. Komisja przebywała w Katyniu od 28 do 30 kwietnia. Do 3 czerwca 1943 r. wydobyto ponad 4100 ciał, 2800 zidentyfikowano. Po wyparciu armii niemieckiej ze Smoleńszczyzny teren lasu katyńskiego zajęły oddziały NKWD. Natychmiast do pracy przystąpiła: “Specjalna komisja ds. ustalenia i przeprowadzenia śledztwa okoliczności rozstrzelania w lesie katyńskim polskich jeńców wojennych przez niemiecko-faszystowskich najeźdźców”. Przewodniczącym komisji był akademik Nikołaj Burdenko. Jej domniemani sprawcy zbrodni zostali określeni już w nazwie komisji. W czasie ekshumacji prawdopodobnie ze spreparowanych kilku zwłok z nienaruszonego masowego grobu zebrano dowody. Raport komisji mówi o ponad 900 ekshumowanych ciałach. W styczniu 1944 r. ujawniono 9 dowodów (skrawki gazet, kwit z pralni, pocztówka z warszawskim adresem) z datami po kwietniu-maju 1940 Na podstawie tych dokumentów zbrodni miał dokonać Wehrmacht jesienią 1941. Raport Komisji powtarzał liczbę 11 000 oficerów zamordowanych przez Niemców w Katyniu. Od tego momentu zaczyna się tak zwane Kłamstwo Katyńskie.

tu dodać zdjęcie!!!!

Pod koniec lat pięćdziesiątych XX w. na polecenie Chruszczowa szef. KGB Alexander Szelpin badał sprawę mordu i po wykonaniu kwerendy przechowywanych przez NKWD, a potem przez KGB dokumentów, w przedstawionej notatce nr. N-632-Sz z 3 marca 1959 r. Zaproponował zniszczenie 21 857 teczek personalnych zamordowanych obywateli byłej Polski burżuazyjnej – jako nieprzydatnych. Propozycja została zatwierdzona i wykonana. Śledztwa w tej sprawie były prowadzone przez wiele komisji z różnych krajów. Jednakże nie osiągnięto żadnego consensusu. Po rozpadzie ZSRR początkowo prokuratura rosyjska prowadziła śledztwo w tej materii, jednak i to umorzono, kontynuując politykę ciągłych kłamstw TRAGICZNA SYMBOLIKA Przez ponad 70 lat interes polityczny Związku Radzieckiego oraz jego sukcesorki Federacji Rosyjskiej, jak również niektórych państw alianckich (UK, USA) wymagał, aby o Katyniu zapomniano. Stanowisko państw alianckich było podyktowane ogromnym znaczeniem, jakie miał sojusz z ZSRR dla zakończenia II wojny Światowej, oraz rela-tywnością sojuszy podczas Zimnej Wojny. Każdy głos wzywający do wyjawienia prawdy nie docierał do uszu wielkich tego

Wehikuł Czasu nr 10/2010

29


KATYŃ - SMOLEŃSK świata. Był dla nich zbyt cichy i niezrozumiały. Dopiero katastrofa polskiego samolotu rządowego zwróciła oczy całego świata w stronę smoleńskiego lasu. Zaczęto pytać: dlaczego na pokładzie tego samolotu znajdowało się aż tak wiele osób. Dlaczego w obchodach kolejnej rocznicy zbrodni katyńskiej chcieli wziąć udział: prezydent, przedstawiciele rządu, parlamentu? Tragiczna śmierć polskiej elity rządzącej sprawiła, że tym razem głos prawdy był mocny i nie dał się zagłuszyć. Pragnę więc wyrażanie podkreślić jakie znaczenie ma Zbrodnia Katyńska. W Katyniu i innych obozach nie zginęli zwykli ludzie. Zginęła elita polskiego narodu. W pierwszym biuletynie traktującym o zbrodni, wydanym na emigracji, zamieszczono następujące wyjaśnienie: “[…]W Katyniu mordowano Polskę – Polskę reprezentowaną przez synów wszystkich warstw narodu Polskiego. W Katyniu wymordowano polaków za to, że są Polakami, nie pytając, gdzie się urodzili, czy w izbie robotniczej, czy w wiejskim dworze. I dlatego cała Polska, bez wyjątku zbrodnie katyńską jednakowo przyjęła i osądziła.” Patrząc na Katyń z perspektywy katastrofy uświadomiliśmy sobie znaczenie i wymiar zbrodni. Zarówno Zbrodnia Katyńska jak i Tragedia Smoleńska pozbawiły Polaków ludzi których nie da się łatwo zastąpić, o ile w ogóle się da. Zgięły bowiem jednostki wybitne mające ogromną wiedze i doświadczenie, które zdobywali przez całe życie bacznie obserwując otaczającą rzeczywistość i zadając nieustannie nowe pytana. Potrzebny będzie teraz ogromny wysiłek wielu pokoleń by wytworzyć nową elitę. Niestety procesu zbierania doświadczenia i kształtowania świadomego krytycznie myślącego umysłu nie da się przyśpieszyć. Pozostaje nam więc cierpliwie czekać w nadziei, że kolejna katastrofa na taką skalę się nie przydarzy. Katastrofa z 10 IV widziana przez pryzmat zbrodni katyńskiej stanowi kolejny tragiczny paradoks historii. Potrzebna była wielka ofiara byśmy zrozumieli wielkość straty poniesionej na początku 1940 r. Potrzebna była wielka ofiara by wypełnić wezwanie, jakie postawili przed sobą członkowie poległych rodzin katyńskich oraz

30 Wehikuł Czasu nr 10/2010

władz państwowych jeśli zapomnę o nich ty Boże na niebie zapomnij o mnie. Oni nie zapomnieli. Walcząc o prawdę ponieśli najwyższą ofiarę. Ale czy ta ofiara była potrzebna...? Bibliografia: Katyń zbrodnia i kłamstwo, Tadeusz A.Kisielewski, wyd. Rebis, Poznań 2010. Zbrodnia Katyńska w Świetle Dokumentów, wyd.Krzyża Nowohuckiego Kraków 81’. Zagłada polskich elit Akcja AB-Katyń, pod. red. Witolda Wasilewskiego wyd IPN, Warszawa 2010. Zbrodnia Katyńska - Teka edukacyjna, pod red, Dariusza Gorajczyka wyd. IPN, Warszawa - Kraków 2010.

“Wielu Rosjan płakało” - wywiad z Krzysztofem Śmigielskim Przeprowadził: Paweł Czernich

Katastrofa pod Smoleńskiem stała się wydarzeniem historycznym i już teraz porównywana jest do katastrofy samolotu gen. Sikorskiego nad Gibraltarem. Media prześcigają się w relacjach i wywiadach na ten temat, a podejrzliwi tworzą nowe teorie spiskowe. Jeden z członków redakcji „Wehikułu Czasu” miał okazję przebywać 10 kwietnia w Katyniu i to przez niego zostałem poinformowany o katastrofie prezydenckiego samolotu. W wywiadzie Krzysztof Śmigielski przedstawia swoje wspomnienia z Rosji 10 kwietnia 2010 roku. Wehikuł Czasu: W jaki znalazłeś się wtedy w Katyniu?

sposób


KATYŃ - SMOLEŃSK Krzysztof Śmigielski: Uczestniczyłem w wyjeździe organizowanym przez krakowski oddział Instytutu Pamięci Narodowej. Był to wyjazd turystyczny, jednak najważniejszą częścią wyjazdu miało być uczestnictwo w obchodach katyńskich. WCz: Gdzie znajdowaliście się, kiedy usłyszeliście o katastrofie? KŚ: W momencie katastrofy przebywaliśmy na cmentarzu w Katyniu, ok. 20 kilometrów od lotniska pod Smoleńskiem. Czekaliśmy na przybycie polskiej delegacji z prezydentem na czele. Nagle samochody Biura Ochrony Rządu odjechały z cmentarza na sygnale, co wydawało się naturalne, ponieważ w tym czasie samolot miał lądować pod Smoleńskiem. Kilka chwil później odjechały wozy transmisyjne TVP i stacji komercyjnych. Natychmiast rozdzwoniły się telefony reporterów, którzy zostali na miejscu. Wtedy usłyszeliśmy informacje, że samolot prezydencki rozbił się podczas podchodzenia do lądowania. Pierwsza wersja mówiła o lądowaniu samolotu, który nie wyhamował na pasie i rozbił się w lesie. Od razu zadzwoniłem do Polski, ale wówczas media nie zdążyły podać żadnej informacji. Podsłuchując rozmowę jednego z reporterów dowiedziałem się, że samolot prezydencki rozbił się i wszyscy zginęli. Pogłoska o trzech ocalałych osobach potwierdziła tylko dezinformację. Uroczystości zostały przerwane przez prowadzących oficjalną wiadomością o katastrofie i potwierdzeniem o braku ocalałych. Rozpoczęła się msza w intencji ofiar tragedii. WCz: Na miejscu znajdowali się też delegaci rosyjscy. Jaka była ich reakcja na wieść o katastrofie? KŚ: Przez krótkofalówkę jednego z milicjantów usłyszałem, że miał to być zamach terrorystyczny. Zaś atmosfera na cmentarzu była tragiczna. Delegaci rosyjscy starali się przede wszystkim zachować porządek, uczestniczyli też w modlitwach za ofiary katastrofy. WCz: Po jakim czasie dotarliście na miejsce katastrofy? KŚ: Na miejsce katastrofy dotarliśmy dopiero następnego dnia. W czasie jazdy można było zauważyć połamane drzewa. Autokar zaparkował obok bramy wjazdowej

na lotnisko i wszyscy starali dostać się jak najbliżej miejsca tragedii, jednak zostaliśmy zatrzymani przez milicję. Poza reporterami byliśmy pierwszą zorganizowaną grupą polską, która tam dotarła. Następnie udało się nam wejść na polanę, ok. 100 metrów od miejsca uderzenia, dalszego dostępu strzegł jednak kordon milicjantów i wojskowych.

Tu Dodać zdjęcie!!!!!!!!!!!!!!

WCz: Tobie jednak udało się podejść bliżej? KŚ: Obchodząc polanę nieco z boku mogłem ominąć strażników, podejść bliżej na ok. 30-40 metrów od miejsca katastrofy i zrobić kilka zdjęć. Niestety sceny, które tam widziałem nie nadają się do opisu, podobnie jak zdjęcia do publikacji z wiadomych względów... Wracając do drogi chciałem przeskoczyć rów z wodą, kiedy zostałem zatrzymany przez dwóch milicjantów wyposażonych w karabiny Kałasznikowa. Wyglądało to dość groźnie, milicjanci zaczęli mnie szarpać, i pytać, co tutaj robię, zdziwieni tym, że zaszedłem ich od strony od której się tego nie spodziewali. Znam rosyjski na tyle, by zrozumieć ich pytania, ale szczerze mówiąc udawałem, że nie wiem co tu się stało. Na szczęście dosyć szybko mnie puszczono, gdyż mili-cja zajęła się ludźmi składającymi kwiaty na większych szczątkach samolotu.

Tu dodać zdjecie

Wehikuł Czasu nr 10/2010

31


KATYŃ - SMOLEŃSK WCz: A jaka była reakcja zwykłych Rosjan spotykanych w czasie podróży? KŚ: Do tej pory uważałem Rosję za kraj nieco dziki, nieprzychylnie nastawiony do Polski i niewrażliwy na ludzką krzywdę, jednak zachowanie Rosjan wywołało moje zdziwienie. Wielu z nich płakało. Podczas zakupów w Smoleńsku wielu słysząc język polski podchodziło i wyrażało współczucie, wielu składało kwiaty przed polskim konsulatem. WCz: Prezydent Dmitrij Miedwiediew wygłosił orędzie do Polaków, słowa współczucia kierował do Polski, także Władimir Putin. Jak zostało to odebrane przez społeczeństwo rosyjskie? KŚ: Rosjanie w większości docenili ten gest. Słyszałem opinie mówiące, że to zachowanie podyktowane jest wyłącznie protokołem dyplomatycznym, ale były to marginalne przypadki, które nie wpłynęły na zachowanie społeczeństwa rosyjskiego. Miejmy nadzieję, że przynajmniej w tym wypadku zachowanie władz rosyjskich było szczere. Telewizje i gazety na bieżąco informowały o katastrofie, a zwłaszcza tzw. media rządowe. WCz: Jak w kontekście tej tragedii media rosyjskie wypowiadały się o mordach w Katyniu? Czy według nich Lech Kaczyński leciał oddać cześć oficerom zamordowanym przez NKWD, czy po prostu leciał do Katynia? KŚ: Media jasno mówiły, po co prezydent leciał do Katynia. Jednak dla mnie większym zaskoczeniem była emisja „Katynia” Andrzeja Wajdy. Co prawda emitowano już ten film w niszowej telewizji, ale druga emisja i towarzysząca jej dyskusja była niezwykła. Rosjanie zaczęli interesować się, po co Lech Kaczyński leciał do Katynia. WCz: Czy podczas powrotu do Polski zauważyłeś zmianę zachowania celników? KŚ: Każdy, kto podróżował na wschód zna rosyjskich strażników granicznych i ich zachowania, dlatego zdziwiłem się, kiedy podczas przekraczania granicy rosyjsko- łotewskiej czekaliśmy tylko godzinę. Wcześniej w okolicach Pskowa, milicjanci zamierzający skontrolować nasz autokar, widząc tabliczkę „Wyprawa katyńska” pozwolili nam odjechać. Każdy, kto zna rosyjskie realia wie, że to zupełnie niesamowite.

32 Wehikuł Czasu nr 10/2010

WCz: Czy ze względu na obecność na miejscu tragedii byliście inaczej traktowani po powrocie do Polski? KŚ: Po przyjeździe do Warszawy policja eskortowała nas niemal pod sam pałac prezydencki, gdzie bardzo dużo osób chciało z nami rozmawiać, ponieważ szybko rozeszła się informacja skąd wracamy. WCz: Widziałeś reakcje ludzi pod pałacem prezydenckim. Czy Twoim zdaniem Polacy rzeczywiście przeżywali tą katastrofę, czy mieliśmy do czynienia narodowym karnawałem żałoby? KŚ: To co powiem będzie może niezbyt poprawne, ale w moim przekonaniu, podobnie jak po śmierci Jana Pawła II atmosfera została przede wszystkim wykreowana przez media. Polacy w trudnych chwilach potrafią się jednoczyć, ale mają też skłonność do masowej histerii, a to co pokazywały media niekiedy raziło patosem. WCz: Dziękuję za rozmowę. KŚ: Dziękuję bardzo.


HISTORIE WSZELAKIE Krzysztof Bassara

Islamska twarz Rosji cz. II W 1789 roku z mocy dekretu carycy Katarzyny II utworzono Orenburską Duchowną Radę Muzułmanów w Rosji, ze siedzibą w Ufie. Rada dzięki przywilejom mogła stymulować życie wspólnot muzułmańskich. Zgodnie z edyktem Katarzyny II wyznawcą islamu skupionym wokół Rady umożliwiono kształcić duchownych, budować meczety, czy drukowanie książek o tematyce religijnej. Jednak Rada ciesząc się pewnymi przywilejami, pozostawiała państwowej administracji kontrolę nad wyznawcami islamu. Pełnia swobód i wolność praktyk religijnych pojawiła się dopiero wraz z wprowadzeniem dekretu z 17 listopada 1905 roku. Sielanka, jaką zagwarantowała Katarzyna II nie trwała długo. Po objęciu władzy przez Aleksandra I przystąpiono ponownie do chrystianizacji. Co więcej, wprowadzono z nową siłą osadnictwo chrześcijańskie, zmuszając dotychczasowych mieszkańców – muzułmanów do ucieczki. Problem ten najmocniej dotknął rejonów Nadwołża i Krymu, gdzie pod koniec XIX wieku większość stanowili Ro-sjanie i Ukraińcy. Jedynie zrezygnowano z respektowania dawnego dekretu o szerzeniu „propagandy” muzułmańskiej. Podczas ramadanu 1833 roku car Aleksander II wydał kolejny dekret: „Zgodnie z wolą Jego Cesarskiej Mości Cara Rosyjskiego wszyscy muzułmanie w Rosji powinni dokładnie przestrzegać przepisów swojej religii [...]. Apostatów należy karać w sposób następujący: pierwszy raz rózgami, drugi raz kijami, trzeci raz nahajkami” . Jednak po kilku dekadach powrócono do starych metod. W 32 lata po ogłoszeniu dekretu Aleksandra II powołano Misjonarski Wydział Antymuzułmański, który był przybudówką Kazańskiego Seminarium Duchownego. Za czasów Aleksandra III prawosławie już nabrało charakteru narodowego. Co więcej, chrześcijaństwo w obrządku prawosławnym od tego momentu przestało spełniać podstawową rolę czynnika asymilującego. Rusyfikacja prowadzona w oparciu o religię

przynosiła szkody nie tylko dla „obcych”, ale dla samych rusyfikatorów. Ograniczane grupy nieprawosławnych dostrzegały w tym procesie zagrożenie dla własnych tożsamości. Dla wielu społeczeństw konserwatyzm stał się formą oporu i próbą przetrwania, ale też prowadził nieuchronnie do konfliktów. Przemieszania ludności i zmiany etniczne sprzyjały napięciom na linii wyznaniowej. W szczególności na obrzeżach imperium dochodziło do poważnych starć militarnych, gdzie wiara stawała się poważnym czynnikiem tworzącym zjawiska konfliktowe. Dodatkowo sytuację pogarszał fakt, iż z punktu widzenia Petersburga, aż ⅓ społeczeństwa mieszkającego w granicach imperium nie pasowała do modelu religijnej zależności (patrz tab. 1). Lojalizm wielu grup religijnych – nie tylko muzułmańskich – był zasadniczo skierowany poza ramy państwa rosyjskiego (np.: katolicy zależni od papieża z Rzymu; buddyści, których duchowy przywódca żył w Tybecie). Najjaskrawszym tego przypadkiem był ortodoksyjny islam w wydaniu północnokaukaskich rebeliantów walczących o ustanowienie imamatu (religijno-polityczna organizacja muzułmanów; państwo teokraty-czne). Podobna sytuacja miała miejsce w Azji Środkowej, gdzie pod hasłem „świętej wojny” (arab. dżihad) emirat Buchary starał się ocalić swój byt przed naporem wojsk carskich. Walka zbrojna nie była jedyną formą kształtowania swojego przywiązania do tradycji. Zależała ona w głównej mierze od lokalnych, krajowych, regionalnych, językowych, czy etnicznych powiązań w oparciu o własne rozumienie islamu. Świetnym przykładem mogą być tu działania różnych reformatorów religijnych. W połowie XIX wieku niektóre wybitne jednostki wśród samych muzułmanów zaczęły dostrzegać potrzebę zmian. Byli to między innymi: Tatarzy nadwołżańscy Abu Nasr al-Kursawi, Szihabuddin Mardżani, działający w Dagestanie Hasan Alkadari, Kazach Ibrahim Ałtynasaryn, czy Ahmed Mahdum Kalla z Bucharii. Wzrastające zacofanie wyznawców islamu w wielu dziedzinach gospodarki i technologicznych, i brak skutecznej obrony przed dominacją rosyjską, coraz mocniej ograniczały szanse na wyzwolenie

Wehikuł Czasu nr 10/2010

33


HISTORIE WSZELAKIE się. Droga do uzyskania choćby autonomii nie była łatwa. Wśród samych muzułmanów rosyjskich istniały różne tożsamości, które odmienne się ustosunkowywały do Rosji i Rosjan. Na jednym biegunie stali zwolennicy tzw. dżadidyzmu . Domagali się oni modernizacji społecznej dla muzułmanów, po przez reformę edukacji, europeizację obyczajów, ubiorów, itd., przy jednoczesnym zachowaniu tradycji religijnych. Stali oni na stanowisku, iż należy wykorzystywać skromne możliwości, jakie daje im państwo rosyjskie w modernizacji rosyjskiej ummy. Główna postać tego ruchu Ismail Bej Gasprinski „nową metodę” zbudował na reformie szkolnictwa w madrasach, w których m.in.: zakazał stosowania kary cielesnej, jako stymulatora nauki. Na drugim biegnie stali konserwatywni kadymiści (nazwa z arab. usul kadim - „stara metoda”). Była to grupa, którą zadowalał zaistniały status quo rosyjskiej rzeczywistości. Pragnęli oni pozostać, przy tradycyjnych metodach nauczania, jak i funkcjonowania całej społeczności muzułmańskiej. Z kolei na skrajnej pozycji stali zwolennicy ruchu waisowców. Dla tych radykałów, określających się również jako: „bułgarscy muzułmanie waisowskiego Bożego pułku wspólnoty starowierczej” wszystkie ziemie rosyjskie należały do dar al-harb, czyli „domu wojny”. Z tego arabskiego terminu wywodzili oni takie postulaty jak: całkowita negacja państwa rosyjskiego, jej administracji, przedstawicieli. Nawet ci, którzy wyznawali islam, a współpracowali z administracją byli uznawani za zdrajców. Ostatecznie to dżadidzi uzyskali kluczową pozycję w Imperium Rosyjskim. Nie napotykając na większe opory ze strony administracji w sferze reform społeczno-edukacyjnych mogli oni prowadzić swoją działalność. Jednak w obrębie działań politycznych dalej byli zmuszeni do funkcjonowania w podziemiu. Prawdziwy przełom nastąpił wraz z powstaniem pierwszej nowoczesnej muzułmańskiej partii politycznej Ittifaq ul. Muslimin (Związek Muzułmanów) . „Ojcem” tego dzieła, był Tatar nadwołżański Abdurszaid Ibrahim. Jednak prawdziwy przełom nastąpił w 1906 roku, kiedy to na drugim zjeździe tej partii w Sankt-Petersburgu podjęto decyzję

34 Wehikuł Czasu nr 10/2010

o współpracy z kadetami. Wtedy to powstała: „pierwsza koalicja partii muzułmańskiej, ukierunkowana na cele polityczne, a nie oparta na wspólnocie religijnej lub terytorialnej”. Partia Abdurszaida wyznaczyła nowy kierunek w działaniach politycznych następnych ludów muzułmańskich żyjących w Rosji. Po 1905 roku zaczęły w różnych rejonach Rosji powstawać muzułmańskie partie polityczne. W 1905 roku w Azerbejdżanie powstała pierwsza Muzułmańska Partia Socjaldemokratyczna, tzw. Himmat. Na wzór ruchu młodotureckiego Tatarzy z Krymu utworzyli w 1906 roku ruch młodotatarski, którego celem było oczyszczenie ziem krymskich z dominacji rosyjskiej. Również na Uralu powstała marksizująca partia muzułmańska Uralczilar. Na Kaukazie organizowano oddziały samopomocy. Po rewolucji lutowej w 1917 roku drogi między upadającą Rosją, a młodymi ruchami nacjonalistycznymi wyraźnie się rozeszły. 1 maja 1917 roku odbył się Wszechrosyjski Kongres Muzułmanów. Z terenów całej Rosji przybyło 900 delegatów, którzy domagali się utworzenia niezależnego od Petersburga samorządu muzułmańskiego. Również w każdym z okręgów powołano armie muzułmańskie. Jednak nie podjęto najważniejszej decyzji: czy utworzyć własną niezależną organizację państwową. Pracę nad powołaniem parlamentu i niezależnej organizacji polityczno-religijnej przesądzony został rewolucją bolszewicką. Wojna domowa między „białymi”, „czerwonymi” i ruchami nacjonalistycznymi ostatecznie przerwała wszelkie szanse na utworzenie niepodległych państw dla muzułmanów. 1. Dziewiąty miesiąc roku muzułmańskiego, podczas którego wszystkich wiernych obowiązuje ścisły post (całkowity zakaz jedzenia i picia) od wschodu słońca do zmierzchu. 2. Cytat za: M. Łabenda, Muzułmanie w Rosji i europejskiej części byłego ZSRR, [w]: „Muzułmanie w Europie” pod red. A. Parzymies, Warszawa 2005, s. 244. 3. Dżadidyzm pochodzi od arabskiego słowa usul dżadid – „nowa metoda”. Za prekursora i twórcę tego ruchu uważa się przedstawiciela krymskiej szlachty Ismaila Bej Gasprinskiego (w języku tatarskim Gasprały, ur.1851, zm.1914). 4. Ich nienawiść do wszystkiego co się kojarzyło z nowinkami religijnymi była na tyle mocna, iż unikali nawet słowa „Tatar”. W związku z tym, że to głównie inteligencja tatarska głosiła hasła przemian religijno-społecznych, cały wytwór i dorobek tej grupy etnicznej był skażony nieprawomyślnym reformizmem. Więcej patrz: W. Zajączkowski, Rosja i narody. Ósmy kontynent. Szkic dziejów Eurazji, s. 138-141. 5. S. Keller, To Moscow, not Mecca: the Soviet campaign against Islam in Central Asia, 1917-1941, Westport 2001, s. 24-25. 6.Cytat za: M. Łabenda, op cit., s. 245.


Wehikuł czasu nr 10  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you