Issuu on Google+


%2多( 1$52'=(1,( (UQHVW%U\OO 7HVVD&DSSRQL%RUDZVND -DQ$QGU]HM.誰RF]RZVNL23 7RPDV]=LPRFK


Drodzy Przyjaciele, niektórzy z nas pamiętają zapewne nieśmiertelny monolog Jana Tadeusza Stanisławskiego „O wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia”. Tę prawdę każdy ksiądz wyrecytuje o dowolnej porze dnia czy nocy. A jednak to właśnie w Boże Narodzenie jesteśmy blisko Boga tak mocno, jak tylko się da. W te święta, jak w żadne inne, uświadamiamy sobie, że On przyszedł na świat jak każde zwyczajne dziecko, zrodzone przez matkę. Tak jak my wszyscy. I jest to prawda przerastająca nas pod każdym względem, ale bez niej, o czym często zapominamy, nie ma mowy o chrześcijaństwie. Boże Narodzenie ma jeszcze jeden wymiar: tego dnia świętujemy tajemnicę wejścia Boga w rzeczywistość ziemską, która choć nadal ziemska, staje się także miejscem Jego obecności „po wszystkie dni aż do skończenia świata”. Z tym większą radością oddajemy do Waszych rąk ten specjalny świąteczny numer miesięcznika „W drodze”. Pierwszy i – mamy nadzieję – nie ostatni w historii pisma. Nietypowy, w formie prezentu na czas Oktawy Bożego Narodzenia. Stworzony z myślą o dniach przełomu roku. A w nim, niczym w świątecznej kuchni, sacrum miesza się z profanum. W kuchenno-smakową podróż zabierze Was Tessa Capponi-Borawska, geniusz radiowego mikrofonu Tomasz Zimoch przeprowadzi przez Turniej Czterech Skoczni, a legenda baletu i choreografii Ewa Wycichowska zaprosi do tańca, przypominając, że każdy z nas jest tancerzem. Nietuzinkowy poeta Ernest Bryll opowie o konsekwencjach wcielenia, a to, czego nie ma w ewangelicznych opisach dzieciństwa Jezusa, tropić będzie przenikliwa biblistka siostra Judyta Pudełko. Życzymy Wam w te świąteczne dni radości w zwyczajności, która najlepiej oddaje sens wcielenia Syna Bożego. Przychodzi On do nas, a raczej my Go odkrywamy jako obecnego tu i teraz. On już jest, a święta są nam potrzebne po to, by jeszcze raz odkurzyć w sobie prawdę o tym, że jednym z wielu Jego imion jest Miłość, która nie potrafi, nie umie i nie chce oderwać się od człowieka. •


W numerze:

BOŻE NARODZENIE 7

CAŁKIEM POWAŻNE ŚWIĘTA tajemnica wcielenia – Wojciech Dudzik OP

13

POETA OD BOŻEGO NARODZENIA o pieluchach w żłóbku – rozmowa z Ernestem Bryllem

25

MIAŁO NIE BYĆ CHOINKI wigilia A.D. 1944 – Jan Andrzej Kłoczowski OP

29

SMAKOWANIE ŚWIĘTA nie szczędźmy radości – rozmowa z Tessą Capponi-Borawską

41

ROSÓŁ Z MAŁYSZEM SMAKUJE LEPIEJ Turniej Czterech Skoczni – rozmowa z Tomaszem Zimochem

53

DO SERCA PRZYTUL PSA kiedy zwierzęta mówią ludzkim głosem – Radosław Nawrot

61

ZAPROSZENI DO TAŃCA mowa ciała – rozmowa z Ewą Wycichowską

70

WIZYTA DUSZPASTERSKA opowiadanie – Jarosław Mikołajewski

77

CO TO BĘDZIE ZA DZIECIĘ? o ewangelii dzieciństwa – rozmowa z siostrą Judytą Pudełko PDDM

DOMINIKANIE NA OKTAWĘ 90

ZAWRÓT GŁOWY – Rafał Wędzicki OP

91

OKŁADKA – Marek Kosacz OP

92

BŁOGOSŁAWIENI, KTÓRZY ZOBACZYLI – Dominik Jarczewski OP

93

ZBAWIĆ, A NIE POLEPSZYĆ – Maciej Soszyński OP


94

WYCHOWANIE DO WIECZNOŚCI – Zygmunt Chmielarz OP

95

ILE MOŻNA CZEKAĆ? – Jarosław Głodek OP

96

KAZNODZIEJA I UPŁYW CZASU – Wojciech Prus OP

97

STAĆ SIĘ CZŁOWIEKIEM... – Mateusz Łuksza OP

POETA TŁUMACZY KLASYKÓW 22

DRUGIE PRZYJŚCIE – William B. Yeats NOC I SNY – Matthäus von Collin tłum. Antoni Libera

FELIETON 50

ROK FRANCISZKA – bp Damian Bryl

Zdjęcie na okładce: Henrik Eldholm

MIESIĘCZNIK POŚWIĘCONY ŻYCIU CHRZEŚCIJAŃSKIEMU Redakcja: Roman Bielecki OP (red. nacz.), Katarzyna Kolska (z-ca red. nacz.), Mateusz Łuksza OP (sekr. red.), Wojciech Dudzik OP, Dominik Jarczewski OP, Paweł Kozacki OP, Anna Sosnowska (współpraca) Oprac. graficzne: Łukasz Sulimowski Druk: Zakład Poligraficzny Antoni Frąckowiak, ul. Unii Lubelskiej 3, 61-249 Poznań Nakład: 1300 egz. Kolportaż i reklama: Kornelia Winiszewska, tel. 61 850 47 27, kwiniszewska@wdrodze.pl Wydawca: Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze Adres redakcji: ul. Kościuszki 99, 60–920 Poznań, tel. 61 850 47 22, faks 61 850 17 82, miesiecznik@wdrodze.pl, www.miesiecznik.wdrodze.pl Cum permissione auctoritatis ecclesiasticae. Redakcja nie odsyła materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo adiustowania i skracania tekstów przyjętych do druku.


GROTA NA RODZENI A PA ŃSK IEGO F O T. A N N A M IC H A L A K- PAW Ł OWSK A

BOŻE NARODZENIE

6

BOŻE NA RODZEN IE / WOJCIECH DUDZIK OP /


CAŁKIEM POWAŻNE ŚWIĘTA ••• O ile widok niemowlaka zawiniętego w pieluchy nie dziwi nikogo, o tyle niemowlę śpiące w żłobie budzi zainteresowanie. Chciałbym więc napisać o żłobie – drogowskazie w szukaniu Pana Jezusa. Wojciech Dudzik OP

iałem napisać „ciepły tekst o Bożym Narodzeniu”. Żaden pro-

M blem. Wystarczy umiejętnie połączyć okoliczności zewnętrzne

z zakrytą dla większości tajemnicą Wcielenia i gotowe. Okoliczności zewnętrzne? Że tak nam ciemno w tym grudniu i zimno i że wszyscy zmęczeni jesteśmy i zabiegani, że porządki, zakupy i koniec roku w pracy i trzeba siedzieć po godzinach. Ten opis przeważnie wychodzi nam w mistrzowski sposób. Listę można jeszcze uzupełnić o remonty w centrum, korki po południu, no i że drogo. Trudniej opisać, o co chodzi z tą tajemnicą. Jakby brakowało fi nezji w nazywaniu czegoś o wiele większego przecież i trwalszego. Bo czy wystarczy napisać, że „Bóg się rodzi”, że „poszli, znaleźli”, i to wszystko w ciepłych kolorach, przyjemnym świetle i w dodatku „dla nas i dla naszego zbawienia”? Idealnie dopasowane rozwiązanie, by nie napisać: pocieszenie dla ludzi dobrej woli spragnionych pokoju, najczęściej w wersji świętego spokoju od wszystkiego. Jak widać, nie za bardzo potrafię

/ C AŁKIEM POWA ŻNE ŚWIĘTA

7


pisać „ciepło” o Bożym Narodzeniu. Chciałbym więc popełnić kilka akapitów o „poważnym Bożym Narodzeniu”, biorąc sobie do serca, że Ewangelia jest dobrą i jeszcze do tego nowiną, a zatem „od śmiertelnej powagi zachowaj mnie, Panie!” i pozwól umiejętnie ubrać w słowa to, co we mnie rodzi lektura historii Twoich narodzin.

W rękach ludzi Zanim jednak o narodzinach, chciałbym przytoczyć zdanie wypowiedziane przez Pana Jezusa w ostatnim dniu Jego ziemskiego życia. Jest to fragment dialogu między Nim a Piłatem. „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” (J 18, 37) – odpowiada Pan na pytanie o to, czy jest królem. Zupełnie na marginesie warto w tym miejscu dodać, że na najstarszym znanym nam i zachowanym do dzisiaj skrawku papirusu zawierającym słowa Ewangelii znajduje się właśnie to zdanie. Świadectwo, którego żaden upływ czasu nie może osłabić i strącić do przepaści zapomnienia. Czytamy więc słowa, które niejednego z nas – księży odczytujących na liturgii w Wielki Piątek opis Męki Pańskiej – poruszają do samych trzewi. Taka w nich moc i siła przekonania. O czym Pan Jezus mówi? Przede wszystkim o celu swoich narodzin, a więc przyjścia do naszego ziemskiego i cielesnego wymiaru. O jakiej prawdzie chciał zaświadczyć? Jaka prawda potrzebowała aż tak dosadnego i niepozostawiającego cienia wątpliwości dowodu? Im dłużej o tym myślę, tym intensywniej stają przed moimi oczami obrazy niemowlaka całkowicie zależnego od rodziców, a także dorosłego Chrystusa wydanego w ręce ludzi, stojącego przed Piłatem z rękami związanymi, zupełnie zależnego od jego wyroku. Bóg wydany w ręce ludzi, zależny od ich dobrej woli. To jest prawda, o której przyszedł zaświadczyć nasz Pan. Stawia ona do góry nogami mój obraz Boga, w którego rękach jest przecież wszystko, o czym tylko zdołam pomyśleć. Ten obraz jest wyobrażeniem o Kimś nieznoszącym sprzeciwu, surowo i precyzyjnie karzącym mnie za lekkie przewinienia, o ciężkich nawet nie wspominając. Ten Bóg, o którym właśnie tak lub bardzo podobnie

8

BOŻE NA RODZEN IE / WOJCIECH DUDZIK OP /


sobie myślę, stoi przed poganinem, puszącym się kawałkiem ziemskiej władzy, i z podniesioną głową mówi, że jest Królem, narodzonym, by dać świadectwo o pokorze Boga. Bo jak inaczej nazwać takie wydanie się ludziom? Ten sam Ewangelista pisze o Słowie, które „przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1,11). Czy Ten, do którego wszystko należy, nie mógł przyjść inaczej? Mógł, ale najwyraźniej nie chciał. Wybrał zależność, możliwość odrzucenia i skazanie na ludzki kaprys. To wszystko brzmi bardzo poważnie, unosi się nieco ponad naszymi głowami. Co mam zrobić z takim bezbronnym Bogiem? Dokładnie to samo, co się robi z zależnym od rodziców niemowlakiem, albo przykutym do łóżka starszym współbratem. Zaopiekować się. Brzmi to może poetycko, ale przecież wyczuwamy, o co chodzi. Moja opieka to moja miłość, oddany komuś czas, kiedy go karmię, podaję mu rękę, poprawiam kołdrę, kiedy cierpliwie słucham kolejny raz tej samej historii. Bóg nowonarodzony i Ten dorosły, sądzony przez Piłata, prosi w najprostszych słowach o miłosierdzie.

Jeden z milionów W czytanym podczas pasterki opowiadaniu o narodzeniu Pana Jezusa z Ewangelii św. Łukasza nigdy wcześniej nie zwróciłem uwagi na wzmiankę o spisie ludności, od którego przecież cała historia się zaczyna. Czy to przypadek, że Chrystus urodził się właśnie wtedy, czy też jakaś ważna i zbawienna informacja dla każdego, kto czyta i chce uwierzyć w napisane słowo? Jestem pewny, że chodzi o tę drugą odpowiedź. Spis ludności daje w miarę obiektywny i dokładny obraz ludzkiej rzeczywistości. Podkreślam to „w miarę”, bo czy jakiekolwiek liczby i statystyki są w stanie objąć świat naszych spraw? Bóg pojawia się więc na tym naszym świecie po to, by dać się zapisać, by dołączyć w pierwszej kolejności do potomków króla Dawida, a szerzej to ujmując, do wszystkich potomków pierwszego Adama. Chce być między ludźmi. Nawet jeśli jest ich w Betlejem tak wielu, że nie ma w gospodzie miejsca dla rodzącej kobiety.

/ C AŁKIEM POWA ŻNE ŚWIĘTA

9


Bez trudu można znaleźć w internecie informację, że w czasach Augusta jego imperium zamieszkiwało 56 milionów ludzi. Tylko o kilka milionów mniej niż we współczesnej nam Italii. Kategorie „mało”, „dużo” gubią się w dystansie, jaki dzieli nas od tamtych czasów. Ważne jest więc to, że narodzony na ziemi Bóg nie boi się stać cyfrą, jednym z zapisanych milionów, po to by jak najbardziej przybliżyć się do nas, którzy już właściwie wszystko przekładamy na cyfry. Widzę w tym zbiegu wydarzeń – rozporządzeniu Augusta i czasie rozwiązania, jaki nadszedł dla Maryi, wyraz solidarności Boga ze mną i Jego szacunek dla tego, co ziemskie. Przychodzi akurat wtedy, by od urodzenia być zapisanym – być policzonym między ludźmi. Przypominam sobie werset z pieśni o Słudze Jahwe z Księgi proroka Izajasza: „W nagrodę przydzielę Mu tłumy, i posiądzie możnych jako zdobycz, za to, że Siebie na śmierć ofiarował i policzony został pomiędzy przestępców” (53,12). Proszę się nie obrażać, że prorok mówi tu o przestępcach, a ja piszę, że właśnie ten werset pasuje do policzenia Jezusa między ludzi. Nasza niezbyt ciekawa sytuacja w grzechu nie czyni z nas przecież klaunów, którzy tylko udają, że się przewracają, brudzą i wpadają na niezauważoną ścianę. To zdanie proroka opisuje dobrze naszą kondycję, ale także świadomość Tego, który wie, do kogo przyszedł, między jakich ludzi się wcielił i za kogo w końcu oddał swoje bezcenne życie.

Odwiązanie W pasterkowej Ewangelii jest jeszcze jeden szczegół, który od wielu lat przyciąga moją uwagę. Anioł ogłaszający pasterzom nowinę o narodzinach Zbawiciela „dziś”, podpowiada im, że znakiem rozpoznawczym Mesjasza będą pieluszki i żłób służący za kołyskę. O ile widok niemowlaka zawiniętego w pieluchy nie dziwi nikogo, o tyle niemowlę śpiące w żłobie budzi zainteresowanie. Chciałbym więc jeszcze napisać o żłobie – drogowskazie w szukaniu Pana Jezusa. On go sobą wypełnił, jest więc jak pokarm, jest jak owoc ziemi, którym karmią się zwierzęta. Czy ta podpowiedź anioła odnosi się też do nas, czy dotyczy tylko tamtej sytuacji? Mam szukać Boga w jedzeniu? Oczywiście powiedze-

10

BOŻE NA RODZEN IE / WOJCIECH DUDZIK OP /


nie „niebo w gębie” nie jest bezsensowną zbitką wyrazów, a to, co mam na talerzu, jest wciąż Bożym darem. Spróbujmy jednak pójść inną drogą. Wytycza ją pewne miejsce w Ewangelii św. Łukasza, kiedy Chrystus uzdrawia kobietę osiemnaście już lat pochyloną ku ziemi. Uzdrowienie ma miejsce w szabat, co wywołuje oburzenie zebranych w synagodze Żydów. Właśnie wtedy, broniąc swojego gestu miłosierdzia, Jezus mówi: „Obłudnicy, czyż każdy z was nie odwiązuje w szabat wołu lub osła od żłobu i nie prowadzi, by go napoić?” (13,15). Podobieństwo wymienionych przez Pana zwierząt z tradycyjnym wyposażeniem naszych szopek możemy uznać za przypadkowe bądź też celowe. Żłób jest tu nie tyle naczyniem, w którym zwierzęta mogą znaleźć jedzenie, ile miejscem uwiązania, oddalenia od źródła wody, przeznaczenia do ciężkiej pracy, przed którą ratuje tylko błogosławieństwo dnia szabatu. Mały Jezus, dając się położyć w żłobie, jest w miejscu oznaczającym nasze przywiązanie. Do tego, żeby posiadać i żeby coś znaczyć – począwszy od zespołu, w którym pracuję, po grono rodzinne spotykające się na imieninach. Żłób, o którym mówi Jezus uzdrawiający pochyloną kobietę, jest też pośrednio obrazem każdego naszego pochylenia: ograniczonych horyzontów, znudzenia podobnymi do siebie dniami, tygodniami, latami i uroczystościami rodzinnymi, niemożnością wyprostowania się, by stanąć na własnych nogach i realizować swoje zamiary i pragnienia. Niemowlę w żłobie jest w samym środku tych naszych smutków i braków. Rozsadza je od wewnątrz. Jeśli słyszę dziś dobrą nowinę o Jego narodzeniu, to mogę doświadczyć upragnionej wolności. W przeciwnym razie grozi mi, że zostanę obłudnikiem, obruszającym się na Boga za Jego miłosierdzie, który nie dostrzega już w świecie światła, nadziei i rozwiązania, które przyniósł Zbawiciel.

Moje marzenie Na koniec, skoro to taki specjalny numer miesięcznika, pozwolę sobie na pisemne wypowiedzenie mojego marzenia. A marzy mi się przemiana. By ta szopka, którą pewnie w każdym kościele będziemy

/ C AŁKIEM POWA ŻNE ŚWIĘTA

11


mogli w najbliższych dniach oglądać, zamieniła się w mój klasztor, moją celę, ulicę, przy której mieszkam, i miasto, którego odgłosy przeciskają się przez klauzurę. Żebym w moim niekoniecznie magicznym i błyskotliwym świecie miał takie miejsce wytchnienia i pokoju na ziemi, by zawsze był tam Pan Jezus i Matka Boża w towarzystwie wcale nie takiego starego świętego Józefa. Każdemu takiej szopki w życiu życzę. •

Wojciech Dudzik – ur. 1981, dominikanin, członek redakcji miesięcznika „W drodze”. Pracuje w sekretariacie Polskiej Prowincji Dominikanów. Mieszka w Warszawie.

12

BOŻE NA RODZEN IE / WOJCIECH DUDZIK OP /


POETA OD BOŻEGO NARODZENIA ••• My jesteśmy przekonani, że On powinien się urodzić u nas, a nie na jakimś wygnaniu, bo tylko u nas miałby dobrze! Zaraz byśmy Go obłożyli oscypkami, otulili pierzynami, nakarmili kiełbasami. Z Ernestem Bryllem rozmawia Anna Sosnowska

ANNA SOSNOWSKA: Wśród dominikanów krążą legendy o kolędowaniu w domu Bryllów. Jak to się zaczęło? ERNEST BRYLL: Zupełnie przypadkowo. Jeden z naszych przyjaciół,

ksiądz, który został w seminarium warszawskim opiekunem pierwszego roku, zapytał kiedyś, czy mógłby wpaść do nas na kolędowanie z klerykami. Wtedy Małgosia, moja żona, zadzwoniła też do zaprzyjaźnionego dominikanina i powiedziała: Słuchaj, przychodzą chłopcy z seminarium, może zakolędujecie razem? I tak jedni pojawili się w czarnych strojach, drudzy w białych. Było także wiele innych osób, bo kolędowanie to u nas w domu już tradycja. Nasza sąsiadka, która zajmuje się folklorem, ściągnęła jeszcze ludową orkiestrę spod Warszawy, więc graliśmy, śpiewaliśmy, trochę gadaliśmy o kolędach, no i tańce też musiały być, bo jak Narodzenie, to Narodzenie! Niezwykle fajne przeżycie. Ale opowiem pani o jeszcze jednym kolędowaniu.

/ POETA OD BOŻEGO NA RODZENI A

13


Też pod Bryllowym dachem?

Nie, w Radiu Józef, którego już nie ma. Mój przyjaciel Marek Jaromski (trochę szalony) zadzwonił i powiedział: Przyjedź do mnie do radia w święta, będziemy kolędować. Ja spytałem: Ale jak? Bo w mojej głowie jeszcze się nie zakodowało, że ludzie mają przecież telefony komórkowe. Atmosfera w czasie tej audycji była niezwykła – ja zaśpiewałem, Marek zawtórował i nagle całe radio zaczęło śpiewać, bo słuchacze dołączali do nas za pośrednictwem telefonów. Potem ktoś powiedział: To ja wam zaśpiewam kolędę z Podlasia, ktoś inny: A ja z pogranicza prawosławia i katolicyzmu. Nawet odezwali się ludzie gdzieś zza morza, którzy odbierali tę audycję przez internet. Przykłada pan taką wagę do kolęd, do ich śpiewania, kultywowania, bo sam pan ich wiele napisał?

To prawda, niektórzy nazywają mnie nawet poetą od Bożego Narodzenia, ale dla mnie jest to ważne z innego powodu. Jakiego?

My, jako chrześcijanie, na ogół podchodzimy do zagadnienia Bożego Narodzenia dość folklorystycznie i nie bardzo myślimy o tym, że wyznajemy religię monoteistyczną, absolutnie różną od wszystkich innych monoteistycznych religii. W porównaniu do mahometańskiego Allaha czy żydowskiego Jahwe, u nas nastąpiła generalna zmiana. Bo Bóg stał się człowiekiem?

Tak. Ja to nazywam wielkim oksymoronem. Czyli sprzecznością.

14

BOŻE NA RODZEN IE / ERNEST BRYLL /


Ale taką, z której wynika coś zupełnie nowego. My wierzymy w to, co inne religie monoteistyczne uważają za kompletne szaleństwo, wierzymy w coś, co się nie mieści w ludzkiej logice, bo jak mógł się narodzić Ktoś, Kto jest wieczny? Jak wieczność może stać się czasowa? Wykład tej sprzeczności możemy znaleźć w pierwszej zwrotce kolędy „Bóg się rodzi” Franciszka Karpińskiego. Dlaczego rozmyślanie o tym ma dla pana takie znaczenie?

Bo przez to, że Bóg przyszedł na ziemię, stał się, jak ja to mówię, bratem naszej krwi. W Chrystusie natura boska złączyła się w jakiś sposób z naturą ludzką, co jest bardzo trudne do pojęcia. W pierwszych wiekach to wszystko stanowiło poważne zagadnienie i wiele herezji zasadzało się na tym, że różni myśliciele chrześcijańscy nie byli w stanie tego ogarnąć, więc kombinowali z ciałem astralnym albo z tym, że Jezus to wysłaniec Boży, a nie Bóg. Albo mieli takie pomysły, że to wprawdzie Bóg, ale tylko udający człowieka, więc nie mógł odczuwać cierpienia. Niektórzy nalegali nawet, żeby wyrzucić początek Ewangelii Łukaszowej, bo śmierdzi pieluchami. A tymczasem dotykamy tu czegoś bardzo ludzkiego. My chyba temu Dzieciątku też wolimy się przyglądać raczej z pewnego dystansu. Leży sobie takie święte Niemowlę w aureolce…

Ale przecież są też pieluchy i normalna cielesność. Nasza wyobraźnia cofa się przed tym, jednak dla mnie, jeżeli chce się w ogóle coś zrozumieć z naszej relacji z Bogiem, niezmiernie ważną sprawą jest przerobienie Jego człowieczeństwa. To szalenie istotne, bo przecież dotyka zmartwychwstania – jeśli nie było narodzin i śmierci, czyli czegoś dojmująco ziemskiego, to nie mogło być też powstania z grobu. Myślę, że musimy ten temat w naszym polskim katolicyzmie dobrze przepracować. Dlaczego właśnie w polskim katolicyzmie?

/ POETA OD BOŻEGO NA RODZENI A

15


Bo na ogół wszyscy jesteśmy jednością wiary, natomiast istnieją pewnego rodzaju odchylenia barw – inaczej na różne prawdy i sprawy reagujemy. Jesteśmy bardzo wrażliwi na Boże Narodzenie, chociaż w taki, powiedziałbym, ludowy sposób. Ja się czasami śmieję, że naszą sytuację opisuje kolęda „A wczora z wieczora”. „A wczora z wieczora/ Z niebieskiego dwora/ Przyszła nam nowina/ Panna rodzi Syna”.

Ale gdzie Ona go rodzi? „Za wyrokiem boskim/ W Betlejem żydowskim”. Tymczasem my jesteśmy przekonani, że On powinien się urodzić u nas, a nie na jakimś wygnaniu, bo tylko u nas miałby dobrze! Zaraz byśmy Go obłożyli oscypkami, otulili pierzynami, nakarmili kiełbasami. Oczywiście nie przyjdzie nam do głowy, że też byśmy Go zatłukli jakimiś kłonicami albo czymś innym, bo złość natury ludzkiej jest wszędzie taka sama. Czy my przez te wszystkie kolędowe, pastorałkowe opowieści nie próbujemy przypadkiem jakoś na swój sposób oswoić tematu wcielenia?

Jak najbardziej. Przez inne zwyczaje, jak choćby lulanie Jezusa, także. Ale to zawsze jest Jezus, który się nie zsika, o gorszej rzeczy nie wspominając. A przecież każdy, kto ma dzieci, wie, że jedną z rzeczy stanowiących o wyjątkowości relacji jest właśnie ta fizjologiczna bezbronność niemowlęcia. Które zresztą w tym przypadku Bóg oddaje w grube ręce dość nieokrzesanych pasterzy. Ojciec Niebieski zachował się nieodpowiedzialnie?

Napisałem kiedyś satyryczną rozmowę aniołów specjalizujących się w PR i reklamie, rwących sobie pióra z tego powodu, że Pan Bóg kombinuje zupełnie bezsensownie w sprawie zesłania swojego Syna na ziemię. Zamiast zapewnić Mu takie miejsce urodzenia, w którym mówi się ogólnoświatowym językiem, czyli greką, no, ewentualnie

16

BOŻE NA RODZEN IE / ERNEST BRYLL /


po łacinie, a nie po aramejsku, zamiast zagwarantować Mu dobrze sytuowaną rodzinę, wykształconą, z odpowiednią pozycją społeczną, to Bóg zsyła Go do kraju pogardzanego przez resztę Imperium Rzymskiego, uważanego za takie, za przeproszeniem, zadupie, zamieszkane w dodatku przez wariatów, którzy nie chcą wysłać swojego Jahwe do Rzymu, co było ogólnie przyjętą wtedy zasadą wymiany kulturowej. Ale jakby tego było mało – myślą sobie anioły – Bóg jeszcze sprawił, że Jezus pochodzi z Nazaretu, z którego nie może być przecież nic dobrego, bo to taki przysłowiowy Pcim tamtego okręgu. Nie ma najmniejszej szansy, żeby Jezus zdobył uznanie. I tu tkwi pewnego rodzaju tajemnica, znowu mamy oksymoron, bo coś, co właściwie nie rokuje nic, daje niebywałe efekty. Oczywiście można to tłumaczyć zbiegiem okoliczności. Dużo tych zbiegów okoliczności musiałoby być.

Tak, ale niektórzy uważają, że okoliczności głównie się zbiegają. A ja, jako poeta, podchodzę do tego tak, że skoro to jest tajemnica, to ja nie mogę tylko klęknąć przed nią na kolana, ale muszę spróbować ją zobaczyć, dotknąć jej. Skoro zaniosło mnie w którymś momencie mojego życia do żłóbka, to trzeba poklepać po pupce tę Nieskończoność, która tam leży, wejść z Nią w kontakt. A może łatwiej byłoby nam to wszystko ogarnąć, gdyby Jezus zstąpił na ziemię już jako dorosły?

Przerabiałem temat wcielenia ciągle i na różny sposób, aż nagle zrozumiałem, że istota tkwi właśnie w Jego dziecięctwie. Niedawno napisałem wiersz, w którym Matka, podając nam Dziecko, mówi: „Przytul Je”. Dlaczego chodzi o relację z Dzieckiem? Bo każdy może Je wziąć na ręce, nawet jeśli jest to człowiek – nie lubię tego słowa – niegodny, nie w porządku, potrzaskany, popękany, niezałatwiony z sobą. Przytul Je, słuchaj, jak bije Jego serce, jak Ono jest związane z tobą.

/ POETA OD BOŻEGO NA RODZENI A

17


„Bądź teraz silny, Tyś Dziecka obroną/ Nawet gdy w życiu twoim wszystko zagubione”.

Matka w moim wierszu apeluje do tego naturalnego odruchu opieki nad małym dzieckiem i przez to prosi o coś więcej. Bo to Dziecko jest Bogiem, więc przytulając Dziecko, przytulamy też Boga. Mam pewność, że ten akt przytulenia Miłości, nawet jeżeli wypełnia nas zwątpienie czy wręcz rozpaczliwie brakuje nam wiary, coś przed nami otwiera. W Bożym Narodzeniu jest wiele rzeczy nielogicznych, które nie śniły się żadnym fi lozofom, więc trzeba mieć wielką pokorę, żeby nie próbować ich uładzić w formę dowodu do przyjęcia. A problem z człowieczeństwem Chrystusa odbija się, moim zdaniem, także na naszej relacji z Matką Boską. Wydawałoby się, że akurat z Maryją nie mamy w Polsce kłopotu, bo Jej kult trzyma się u nas całkiem nieźle.

Owszem, Polska jest krajem ponoć wielkiego kultu maryjnego, ale jednocześnie odnoszę wrażenie, że chce się go zepchnąć w pewnego rodzaju ludowość, folklor, a ludzie dostojni i wytworni w swoich rozumowaniach teologicznych patrzą na to z pewnego rodzaju pobłażliwością, bo przecież musi być jakiś teatr dla ubogich. Jako poeta widzę to tak, że na dole idą pielgrzymki, a na wieżach siedzą ci, którzy obserwują ten marsz z dystansem, czasem i niechęcią, bo ten kult maryjny ich uwiera. A przecież, kiedy przyglądniemy się obrazom Jezusa w sztuce, to widać na nich Jego pępek, co znaczy, że Chrystus był związany bezpośrednio z tą Kobietą. Czyli znowu dotykamy tej dojmującej życiowości i człowieczeństwa w Bożym Narodzeniu. Które pan podkreśla w swoich wierszach chyba w jeszcze inny sposób – pokazując perspektywę śmierci, ku której będzie zmierzał Jezus. Pisze pan: „Zobaczył pyski wołów wielkie zaślinione/ I cień od uszu osła – cierniową koronę”.

18

BOŻE NA RODZEN IE / ERNEST BRYLL /


Wie pani, u każdego narodzenia stoi śmierć. Taka jest tajemnica naszego istnienia i powód, dla którego zadajemy pytanie: po co żyjemy? Boże Narodzenie stawia przed nam wiele bardzo poważnych kwestii, dlatego ja nie mogę nie zastanawiać się nad tym, co się tutaj stało? Tymczasem my dziś zamieniamy te święta w zabawę, w Season’s Greetings – czas podarków. Atmosfera kolorowych migających światełek czy reklamy z Mikołajem w roli głównej pojawiające się zaraz po Wszystkich Świętych raczej nie sprzyjają głębszej refleksji i namysłowi.

To prawda, że atakuje nas dziś sztuczność Narodzenia kupionego. Tak łatwo otrzymać obecnie substytuty wszystkiego – od szopki komputerowej do gotowej, już ubranej choinki. Nie ma tego elementu obecnego w dawnej obyczajowości: klejenia ozdób i łańcuchów czy lepienia pierogów. Szkoda nam na to czasu, bo przecież możemy te rzeczy kupić. I chociaż wydaje się to mało ważne, to zaczyna nas to zżerać od środka i tak naprawdę czai się za tym ogromne niebezpieczeństwo. Jakie?

Na tę sprawę trzeba spojrzeć tak: klejenie łańcuchów czy lepienie pierogów to nie jest strata czasu, ale właśnie zyskanie czasu na przerabianie tajemnicy Narodzenia. Można wtedy pomyśleć, można o tym porozmawiać, poopowiadać, pouczyć się słów kolęd. Wiadomo, że my nie będziemy ich śpiewać jak gwiazdy popu, a nasze pierogi może nie będą takie eleganckie, jak te ze sklepu. No i co z tego? Uważam, że coś tu pęka, coś się wali, ale wiem też, że ludzie zaczynają zdawać sobie z tego sprawę i próbują to ratować. Wiem, bo to sprawdzam. W jaki sposób?

Wybieram się czasem na Służew na roraty do dominikanów. Niezwykły kościół, nie wiadomo dlaczego panuje tam taka atmosfera modlitwy.

/ POETA OD BOŻEGO NA RODZENI A

19


Nie mam pewności, czy oni zasługują na taką łaskę Bożą, ale ja też nie zasługuję, a dostaję. Jest wcześnie rano, siąpi deszcz, przymrozek i wszystko generalnie do chrzanu. Ktoś podwiózł mnie z żoną, wchodzimy do kościoła. I wie pani co? To jakby scena z jakiegoś filmu. W ciemności i zimnie stoi tłum młodych ludzi, wielu z nich w garniturkach, z teczkami czy laptopami w rękach, bo zaraz potem idą do pracy. To mi przywraca wiarę, że właśnie ci młodzi, i to młodzi z większych ośrodków miejskich, dadzą sobie radę z tą sztucznością Narodzenia kupionego. Mówi pan tu także o wspólnocie, o doświadczaniu czegoś razem. To mi uświadamia, że w wielu pana bożonarodzeniowych wierszach również jest dość tłoczno.

Relację z Bogiem w dużej mierze trzeba przeżywać samotnie, ale w wypadku Narodzenia i Dziecka nie jest to możliwe, bo nie da się adorować Dziecka, nie zajmując się Nim. Gdyby tak wszyscy uklękli i tylko się do Niego modlili, to Ono by zginęło. Czyli musi tu być jakiś udział, pomoc, zaangażowanie. Poza tym wspólnota staje się dla nas często ratunkiem, bo każdy z nas jest w taki czy inny sposób pokaleczony. Opisałem w jednej z moich sztuk, a potem przeniosłem do „Kolędy-Nocki”, taką sytuację, że ludziom poobcinano po jednym skrzydle. I mówią im: No lećcie, proszę, jesteście wolni! A oni nie mogą. I nagle zaczynają podawać sobie ręce i połączeni w gromadę ciężko, ale unoszą się ponad ziemię. I o to właśnie chodzi. A nie o to, żeby tak strasznie strzec swojego przeżywania Boga i nie dopuszczać tu żadnych zakłóceń. Może metafora jest niestosowna, ale znam poetów, którzy podobnie podchodzili do swojej poezji. A ja zawsze robiłem wszystko, żeby życie mi przeszkadzało w pisaniu wierszy, bo dopiero wtedy wychodziło to, co naprawdę musiałem napisać. I uważa pan, że ta zasada sprawdza się także w przypadku wiary?

Tak, ja to tak właśnie widzę. Przychodzę na pasterkę pełen niepewności, czy ja to wytrzymam? Przecież będzie ciasno, duszno, długo,

20

BOŻE NA RODZEN IE / ERNEST BRYLL /


a ja mam tylko małe krzesełko; idę obłożony lekarstwami, bo jestem sercowiec. Wszystko zaczyna się przerażeniem, a pod koniec wybucha radość z tego, że On się narodził, cały kościół z tej radości po prostu chodzi. I nagle okazuje się, że dostałem nowe siły, wracam nawet fizycznie odrodzony, bo naładowały mnie te promienie, fluidy bijące od innych ludzi. Czy wcielenie Boga do czegoś pana zobowiązuje?

Przede wszystkim do myślenia – ale nie abstrakcyjnego! – o tym, co się stało w żłóbku, do próby zobaczenia tego, bo w przypadku ludzi takich jak ja, sam zachwyt niewiele daje. Odczytuję to jako mój obowiązek. To, że Bóg stał się moim bratem, stawia przede mną wiele wyzwań i nawet jeśli nie potrafię im sprostać, to przynajmniej muszę wiedzieć, że nie dałem sobie z tym rady. • rozmawiała Anna Sosnowska

Ernest Bryll – ur. w 1935 r. w Warszawie. Poeta, autor Kolędy-Nocki oraz wielu innych sztuk scenicznych, oratoriów, musicali, tekstów piosenek i programów telewizyjnych. Tłumacz z języka irlandzkiego, czeskiego oraz jidysz. W latach 1991-1995 był ambasadorem Polski w Irlandii. Mieszka w Warszawie.

/ POETA OD BOŻEGO NA RODZENI A

21


Poeta tłumaczy klasyków

DRUGIE PRZYJŚCIE ••• William B. Yeats Zataczający coraz szersze kręgi Sokół przestaje słyszeć sokolnika; Nie ma już osi, wszystko się rozpada. Nad światem chaos; mętna, krwawa kipiel, Która zalewa falami i topi Wszelkie misteria dawnej niewinności. Najlepsi w nic nie wierzą, a najgorsi Cali aż wrą od niespożytej pasji. Czyż to nie znak jakiegoś objawienia? Czyż nie nadchodzi czas Drugiego Przyjścia? Drugiego Przyjścia! Ledwom to wymówił, A oto jaka poraża mnie wizja Wprost ze Spiritus Mundi: Piach pustynny, A po nim wolno stawia krok za krokiem Coś o lwim cielsku, ale z ludzką głową I pustych ślepiach, okrutnych jak słońce, Wśród cieni ptaków, krążących nerwowo. Znowu ciemności; lecz teraz już wiem, Że sen kamienny tych dwudziestu wieków Zmieniła w koszmar dziecinna kołyska. Czyj czas nastaje w końcu? Jakież monstrum Brnie do Betlejem, by się tam narodzić?

22

POETA TŁU M ACZY K L ASY KÓW / A NTONI LIBER A


Antoni Libera Pisarz, tłumacz, eseista, reżyser teatralny

•••

NOC I SNY ••• Matthäus von Collin Zapadasz oto, święta nocy, I jak twym światłem pokój lśni, Tak i na śpiących, też z twej mocy, Spływają zaraz błogie sny. Smakują je z upodobaniem, A gdy się budzą, słychać krzyk: „Wróć, święta nocy!” I wołanie: „Wracajcie szybko, błogie sny!”

A NTONI LIBER A / POETA TŁU M ACZY K L ASY KÓW

23


FOT . ANNA GAWLAK


MIAŁO NIE BYĆ CHOINKI… ••• Jan Andrzej Kłoczowski OP

ył grudzień 1944 roku. Znajdowaliśmy się w Brwinowie pod Warszawą. My – to znaczy rodzice, mój piętnastoletni brat Zbyszek, ja – siedmiolatek – oraz zaprzyjaźniona od lat z naszą rodziną opiekunka dzieci i gospodyni zwana Dudeczkiem. W Brwinowie znaleźliśmy się z początkiem września, wygnani z Zielonki, znajdującej się po drugiej stronie Warszawy i Wisły, usunięci stamtąd przez Niemców, którzy – nie wiedzieć po co – oczyszczali teren przed spodziewanym nadejściem Rosjan. Przewiezieni przez płonącą Warszawę na Dworzec Zachodni (było to już po upadku Starówki) dostaliśmy się do obozu w Pruszkowie, skąd udało się wydostać i schronić u przyjaciół w Brwinowie. W połowie października dotarła do nas wiadomość, że mój najstarszy brat Jerzy, który jako plutonowy podchorąży walczył w powstaniu na Mokotowie, znajduje się w szpitalu w Skierniewicach. Wiadomość miała postać zapisanej niewprawnym pismem karteczki i była adresowana do gospodarzy zajętego przez nas mieszkanka, który to adres Jurek pamiętał. Takie kartki, czasami wyrzucane z pociągu, przekazywane od osoby do osoby, były niejednokrotnie jedyną nadzieją

B

/ MI AŁO NIE BYĆ CHOINKI…

25


nawiązania kontaktu z bliskimi czy rodzinami. Bałaganiarscy podobno Polacy niezwykle skrupulatnie dostarczali te kartki adresatom lub osobom, które mogły przyjść z pomocą. Po upadku powstania nie działały koleje, nie działała żadna komunikacja, ale rodzice bez chwili wahania podjęli decyzję – jedziemy do Skierniewic. Jak? Mieszkaliśmy przy stacji kolejowej i wiedzieliśmy, że mimo braku normalnych połączeń jakieś pociągi czy same parowozy od czasu do czasu jeżdżą. Polski zawiadowca stacji, dowiedziawszy się, że mama i ojciec chcą się dostać do syna rannego w powstaniu, zatrzymał przejeżdżający parowóz i tak dotarli do celu. Jurek w ostatnich dniach powstania w ataku na Królikarnię stracił prawą rękę. Po upadku Mokotowa rannych powstańców, już jeńców wojennych, przewieziono do Skierniewic i umieszczono czasowo w cywilnym szpitalu. Tam znaleźli go rodzice. Po powrocie z przejęciem opowiadali, jak czułą troskliwością powstańcy zostali otoczeni przez miejscowych. Gdy rana się podgoiła, Niemcy zabrali rannych, w tym Jurka, ze szpitala do stalagu, czyli obozu dla jeńców wojennych, także w Skierniewicach. Byli tam powstańcy, ale także berlingowcy (jak wtedy nazywano polskich żołnierzy od generała Berlinga, bezskutecznie pomagających powstańcom) i sowieci. W Brwinowie było biednie, nie było za co żyć, wyszliśmy bowiem z Zielonki jedynie z tym, co dało się unieść na plecach. Pamiętam, że mama sprzedała złotą koronę z zęba. Wielką pomocą były zupy rozdawane na ulicach przez RGO (Rada Główna Opiekuńcza – jedyna dopuszczona przez okupantów organizacja charytatywna). Rodzice i Dudeczek ukrywali przede mną, ale chyba także i przed Zbyszkiem, że często byli głodni, bo „najpierw trzeba dać jeść dzieciom”. Ale mimo tego całego niedostatku zawsze coś zaoszczędzili, aby, korzystając znowu z życzliwości polskich kolejarzy, zawieźć cokolwiek Jurkowi do obozu. Obozem kierował Wehrmacht. Doświadczeni żołnierze chyba wiedzieli, że wojna się kończy, i pozwalali, choć nie za często, na widzenia. Nadszedł grudzień, było coraz zimniej i głodniej. Któregoś dnia ojciec powiedział mi, że w tym roku nie będzie choinki. Byłem dziec-

26

BOŻE NA RODZEN IE / JA N A NDRZEJ KŁOCZOWSKI OP /


kiem wojny, widziałem płonącą Warszawę, przeszedłem przez obóz w Pruszkowie, więc nie była to dla mnie niespodzianka. No cóż, nie będzie Wigilii, ciocia Ada nie wyjdzie pod koniec wieczerzy z powodu bólu głowy, co było dla mnie nieomylnym znakiem, że święty Mikołaj zaraz przyjdzie (tak, tak, prawdziwy święty Mikołaj przychodzi na Boże Narodzenie!), nie będzie worka z prezentami. Ale opłatek będzie, prawda? Ojciec potwierdził. Kilka dni przed Wigilią rodzice czy może sama mama – nie pamiętam – znowu pojechali do Skierniewic, aby podzielić się opłatkiem z Jurkiem. Ale pojawiła się niespodziewana przeszkoda. Wartownik oznajmił, że widzenie jest niemożliwe, są dodatkowe zarządzenia. I cóż na to matka Polka? Jakby przypomniała sobie brata oficera (zginął nad Berezyną w 1920 roku) i czystą niemczyzną wydała niemieckiemu podoficerowi rozkaz godny feldmarszałka: Przyprowadzić komendanta, natychmiast! Feldfebel pobiegł i wrócił z komendantem. Rozmowa była trudniejsza, ale stanowczość Polki połączona ze łzami matki zwyciężyła. Dopuszczono do widzenia. Dla mnie skutek tej rozmowy był ważny. Otóż mój brat, dowiedziawszy się, że nie będzie w tym roku choinki, stanowczo zarządził (spotkał się powstaniec z matką!), że w polskim domu, w najtrudniejszych nawet czasach, musi być choinka. Nie pozwólmy okupantom rządzić w naszych domach! I była… I choinka, i opłatek, ten sam, którym mama podzieliła się z Jurkiem. •

Jan Andrzej Kłoczowski – ur. 1937, dominikanin, prof. dr hab., historyk sztuki, teolog, filozof, duszpasterz, wykładowca, kaznodzieja, autor wielu artykułów i książek, mieszka w Krakowie.

/ MI AŁO NIE BYĆ CHOINKI…

27


FOT . LUCAS ALLEN

28

ŚPIEWNIK PASTERKOWY /

/

CORBIS


SMAKOWANIE ŚWIĘTA ••• Każdy, nie tylko dzieci, powinien dostać prezent. Bo ten prezent jest powiedzeniem: Ja w tym momencie myślałam o tobie i dam ci coś, co wybrałam dla ciebie. Bo jesteś szczególny. Z Tessą Capponi-Borawską rozmawia Dominik Jarczewski OP

DOMINIK JARCZEWSKI OP: Z jakim zapachem kojarzą się pani święta? TESSA CAPPONI-BORAWSKA: Pewnie jak każdemu – z zapachem przypraw korzennych. Jest jednak jeszcze inny zapach, którego nie potrafię dokładnie określić. To zapach domu moich rodziców we Florencji. Zapach, w którym miesza się woń choinki, pieczonych kasztanów i starego mieszkania. Na święta wyjeżdża pani do Włoch?

Jednego roku spędzam święta w Polsce, a drugiego – we Florencji.

/ SM A KOWA NIE ŚWIĘTA

29


A w tym roku?

W Polsce. Ale miejsce nie jest najważniejsze. Święta mogę spędzić gdziekolwiek – ważne, z kim. Staramy się też, żeby i we Włoszech, i w Polsce gościły na stole te same potrawy. I tu, i tam każdy przyrządza swoją specjalność. Mój mąż, który jest dobrym kucharzem, przygotowuje wspaniałe śledzie, mama – galaretkę z pomarańczy i cytryny. Każdy daje coś od siebie. Jednego roku na przykład na stole we Florencji pojawił się przepyszny makaron z owocami morza. Czyli taka wigilia składkowa?

Bardziej tutaj, w Polsce. Kiedy jedziemy do Florencji, nie mamy za dużo czasu na przygotowania, ale w Warszawie, gdzie do stołu zasiada około 30 osób, to konieczność. I to jest coś niezwykle pięknego, że każdy dzieli się z innymi tym, co najcenniejsze. Mąż robi swoje słynne śledzie, jedna szwagierka – ryby w galarecie, druga – bardzo dobry pasztet z fasoli. Można by długo wymieniać. Są takie potrawy, które je się tylko tego dnia i cały rok się na nie czeka?

Tak. I to jest również coś niezwykle ważnego. Pierwszy dzień świąt jest w mojej rodzinie świętowany po angielsku. Tak zostałam wychowana. A na takim angielskim obiedzie bożonarodzeniowym do drobiu czy szynki podaje się sos chlebowy. Moje dzieci uwielbiają go i nie potrafią zrozumieć, dlaczego nie robię go częściej. Oczywiście mogłabym, ale uważam, że to jest taki sos, który się je raz do roku. I już! Taka kulinarna asceza? Czego to nas uczy?

Przede wszystkim szacunku – i to nie tylko dla pory roku czy regionu, w którym żyję, ale i dla podziału mojego czasu na dni świąteczne i powszednie. Gdybym co drugi dzień jadła christmas pudding, jak

30

BOŻE NA RODZEN IE / TESSA C A PPONI-BOR AWSK A /


jakąś zwykłą szarlotkę, to straciłby on nie tylko swój sens, ale i tę niesamowitą aurę, która go otacza. Zdradzi pani przepis?

Oczywiście. Bardzo lubię tę potrawę, ponieważ samo jej przygotowanie związane jest z – jak to ojciec przed chwilą powiedział – kulinarną ascezą. Puddingu nie da się przyrządzić ot tak, w biegu. Kiedyś zaczynano go przygotowywać zaraz po Bożym Narodzeniu – na następny rok. Używano bakalii, które zostały po świętach. Ja zaczynam przygotowania dwa miesiące przed świętami. Trzeba wymieszać suszone owoce, migdały, mąkę, miękisz z białego chleba, skórkę pomarańczową i przyprawy korzenne, a następnie macerować to wszystko w alkoholu: w ciemnym piwie, rumie lub koniaku. Następnie, gdy przychodzi tzw. Stir-Up Sunday [ostatnia niedziela przed rozpoczęciem Adwentu – przyp. red.], każdy domownik musi zamieszać ciasto i po cichu wypowiedzieć jedno życzenie. Potem gotuje się tę mieszaninę na parze przez osiem godzin i odstawia do Bożego Narodzenia. Wszyscy w mojej rodzinie uwielbiają pudding. To esencja świąt. Wnosi się taką słodką kopułę, polewa koniakiem i podpala. Następnie trzeba zrobić rundkę wokół stołu, pilnując, żeby pudding nie zgasł. Ktoś biega z nim wokół stołu?

Tak. I mówi każdemu: Happy Christmas! Kto z domowników to robi?

Zazwyczaj ja. Trzeba chyba uważać, żeby się nie zająć od tego puddingu!

Trzeba przede wszystkim uważać, żeby pudding nie zgasł. To nie byłby dobry znak.

/ SM A KOWA NIE ŚWIĘTA

31


Zasiadamy do świątecznego stołu, składamy sobie życzenia, cieszymy się swoją obecnością… a cały rok żyjemy zupełnie inaczej.

Ale tak wcale nie musi być. To, że święta są dla mnie czasem dziękowania, nie zwalnia mnie z tej wdzięczności każdego dnia. Potrawy świąteczne są wielkim darem, ale takim darem jest też każdy obiad. Tu nie ma żadnej konkurencji. Potrzebujemy tych szczególnych momentów. I potrawy pomagają nam wejść w ten niecodzienny nastrój. Czy te święta nie są za przyjemne? Spotkania rodzinne, kolędy, smakowite potrawy, prezenty – tyle tego jest, że nie pozostaje za wiele miejsca dla Pana Boga.

Szczerze? Szczerze!

Ja uważam, że powinno być przyjemnie. Koniec końców świętujemy narodziny Dziecka. Proszę ojca, mamy czas na smutek, tak? Mamy…

Skoro raz do roku możemy świętować radośnie, w gronie rodzinnym, kiedy za oknem jest okropnie zimno… …nie ma co oszczędzać tej radości?

Nie ma co oszczędzać! Oczywiście irytuje mnie, że w wielu krajach Boże Narodzenie stało się świętem konsumpcjonizmu i że w dzielnicach handlowych już od października zaczyna się świąteczny szał. Denerwuje mnie ta orgia prezentowa. Owszem, parę lat temu pisałam, że każdy, nie tylko dzieci, powinien dostać prezent. Bo ten prezent jest powiedzeniem: Ja w tym momencie myślałam o tobie i dam ci coś, co wybrałam dla ciebie. Bo jesteś szczególny. Takie jest znaczenie

32

BOŻE NA RODZEN IE / TESSA C A PPONI-BOR AWSK A /


prezentów! Jeśli w ten sposób na to spojrzymy, to się okazuje, że nie ma sensu robić prezentów na łapu capu, w biegu, odhaczając listę: ciocia, mama, wuj… – i skreślamy. A często do tego się to sprowadza.

W tym roku moja szwagierka zaproponowała, żebyśmy losowali jedną osobę, dla której, poza najbliższą rodziną, przygotowujemy prezent. Zamiast 10 drobiazgów w biegu, każdy koncentruje się na tej osobie. Dla mnie to było bardzo interesujące, bo musiałam się dobrze zastanowić, co tej osobie sprawiłoby największą przyjemność. Prezent można kupić, a można też samemu zrobić. Ma pani taki zwyczaj?

Tak, tak. Co roku robię przetwory. Hm… Brzmi smakowicie…

To jedyna rzecz, którą potrafię dobrze zrobić. (śmiech) To jest wymiar mojej miłości. Za każdym razem staram się znaleźć nowe przepisy, które następnie wypróbowuję z moją nieocenioną panią Lesią. A jaki prezent najbardziej pani wspomina?

Kiedy miałam cztery lata, dostałam ogromną lalkę. Niby nic w tym szczególnego – każda dziewczynka marzy o takiej i kiedyś ją dostaje, ale ta lalka była dla mnie szczególna. Przede wszystkim była ogromna. Byłam nią zauroczona. Jako dziewiętnastolatka znalazłam pod choinką rower. Zmieścił się?

Zmieścił. To było niesamowite… Ale najbardziej niezwykłe są prezenty, które dostaję od mojego męża. Ciągle mam poczucie, że nie

/ SM A KOWA NIE ŚWIĘTA

33


dorastam do nich. On zawsze potrafi mnie zaskoczyć czymś niesamowicie pięknym. I zawsze ma takie pomysły! I zawsze trafia! A ja co roku mam ten sam problem – znaleźć prezent dla mężczyzny to katorga. Nigdy nie wiem, co kupić. Nowy krawat? – Nie! Jeśli chodzi o dobór prezentów, mężczyźni są niezwykle trudni. Chyba pani nie pomogę. Ja najbardziej lubię niespodzianki.

Ja też! Z wiekiem coraz mniej interesują mnie materialne prezenty. O wiele więcej radości może sprawić propozycja wspólnego wyjazdu z mężem albo bilet do teatru, kina czy na koncert. Rzeczy materialne przestają być dla mnie takie ważne. No może z jednym wyjątkiem – książek. Mogę je dostawać w każdej ilości. Mówiliśmy już trochę o zapachach, o smakach, a z jaką muzyką kojarzą się pani święta?

Jednoznacznie z Mesjaszem Haendla. Ta pierwsza część jest przepiękna…

I bardzo ważna dla mnie. W naszym florenckim domu aż do wieczerzy wigilijnej choinka jest zamknięta w salonie. Nikt nie ma do niej dostępu. Cała rodzina zbiera się o wyznaczonej porze pod drzwiami, bo wiadomo, że Święty Mikołaj zostawia tam prezenty. W tym czasie wchodzimy we dwie z mamą przez boczne drzwi, mama dzwoni srebrnym dzwonkiem i wtedy drzwi się otwierają. To jest coś pięknego! Jest ciemno, choinka pełna świateł, a w tle słychać muzykę Haendla. A zatem na pierwszym miejscu Mesjasz. Potem Oratorium na Boże Narodzenie Bacha. Kolędy odkryłam dopiero, gdy przyjechałam do Polski. Co prawda w czasie świąt śpiewaliśmy bardzo dużo kolęd angielskich, ale z tradycją wspólnego kolędowania, które trwa do końca stycznia, spotkałam się dopiero tutaj. Dla mnie to była nowość. Włosi mają dwie kolędy, ale one są nieznośne.

34

BOŻE NA RODZEN IE / TESSA C A PPONI-BOR AWSK A /


Dlaczego?

A słyszał je kiedyś ojciec? Nie.

To proszę gdzieś znaleźć Tu scendi dalle stelle. O-krop-ne! I wszyscy fałszują. To jest przeżycie! Bardzo nie lubię tej kolędy. Natomiast uwielbiam polskie i angielskie kolędy. Pamiętam, że kiedy jeszcze nie mieliśmy telewizji, niania nastrajała radio na świąteczne orędzie królowej, po którym następowała retransmisja Carol Service chyba z King’s College w Cambridge. To było rzeczywiście piękne. Od muzyki przejdźmy do sztuki. Który obraz o tematyce bożonarodzeniowej jest pani ulubionym?

Jest taki obraz w naszej florenckiej kolekcji – Madonna z Dzieciątkiem przypisywana siedemnastowiecznemu malarzowi Bernardinowi Mei. Maryja nosi na ręku Jezusa. Ten obraz zawsze mi towarzyszy. Jego zdjęcie noszę przy sobie. Ta Madonna jest po prostu piękna! Lubię też Adorację pasterzy z Tryptyku Portinarich Hugo Van der Goesa z Galerii Uffi zich oraz znajdujący się w moim rodzinnym domu siedemnastowieczny obraz Viviana Codazziego przedstawiający szopkę. Tak się dobrze składa, że wisi w pokoju sąsiadującym z choinką. Czyli zwykłej szopki już nie potrzeba?

Nie. Szopka jest. Muszę się przyznać, że fascynują mnie szopki neapolitańskie. Te z mnóstwem figurek?

Tak! Te figurki…

/ SM A KOWA NIE ŚWIĘTA

35


Kiedy pani o tym wspomniała, to przypomniał mi się obraz z dzieciństwa – mieszkanie nauczycielki mojego taty, pani Celeste Zawadzkiej, Włoszki, która zapraszała nas „na szopkę”. Pamiętam te figurki. Niezwykłe. I co roku musiała się pojawić nowa.

Jeśli będzie ojciec we Włoszech, proszę koniecznie odwiedzić muzeum San Martino w Neapolu, w którym znajduje się dział poświęcony szopkom. Można tam zobaczyć niesamowite rzeczy, bo te szopki zajmują nieraz powierzchnię całego pokoju. Są one też bardzo interesujące z punktu widzenia antropologii jedzenia. Jedzenia?

Tak! Bo tam wszyscy jedzą. To jest niesamowite! Wszyscy jedzą. A kto idzie do stajenki?

Chodzą do niej, chodzą… Ale po drodze jedzą. Jest tam sporo anachronizmów. Można na przykład zobaczyć kobietę, która gotuje wielki garnek polenty, czyli takiej mamałygi kukurydzianej, której oczywiście nie mogło być w czasach Jezusa. Ale są i rybacy, którzy przynoszą świeże ryby i je sprzedają. Jest pani, która piecze kasztany. Są również takie siedemnasto-, osiemnastowieczne szopki z przepięknymi figurami ubranymi w haftowane jedwabie. To jest niesamowite. Taka właśnie szopka jest w pani rodzinnym domu?

Tak, choć oczywiście nie aż tak rozbudowana. Bo trzeba powiedzieć, że pomysł szopki pochodzi z Włoch – od świętego Franciszka.

U swoich początków szopka miała spełniać funkcję dydaktyczną. Zupełnie jak freski w kościołach, które dla ludzi nieumiejących

36

BOŻE NA RODZEN IE / TESSA C A PPONI-BOR AWSK A /


czytać były rodzajem komiksu. Co do szopki, to muszę jeszcze dodać, że w moim domu aż do Wigilii żłóbek w szopce pozostaje pusty, natomiast trzech króli stawiamy w pewnej odległości. W szopce pojawią się dopiero 6 stycznia. W święto Trzech Króli, we Włoszech zwane Befana.

Czyli stara wiedźma. Wiedźma? A co ona ma wspólnego z trzema królami?

Niektórzy utożsamiają ją ze słynną Sybillą Kumańską, która, jak wiemy z Kaplicy Sykstyńskiej, zaliczana była do osób przewidujących nadejście Jezusa. Słowo „Befana” pochodzi od Epifania i tutaj nie ma dwóch zdań. La Befana to jest to samo, co polskie mikołajki. To przede wszystkim święto dla dzieci, które wieczorem wystawiają dla wiedźmy pończochę. Ona zaś zostawia w niej różne słodycze, ale przede wszystkim kawałek słodkiego węgla. Węgla?!

Tak. W Polsce na niegrzeczne dzieci czekają rózgi, a we Włoszech – węgiel. W związku z tym, że każde dziecko jest czasem niegrzeczne, na dnie tej pończochy zawsze jest węgiel. Ten węgiel trzeba potem zjeść?

Tak. Niech się ojciec nie przeraża – to jest taki wyrób z cukru imitujący węgiel. Uff… Wrócę w takim razie do pytania, gdzie w tym radosnym świętowaniu jest miejsce dla Pana Boga?

/ SM A KOWA NIE ŚWIĘTA

37


A ja znowu odpowiem, że nie trzeba oddzielać tego, co rodzinne, wspólnotowe, od tego, co związane z moją osobistą wiarą. Dla mnie Boże Narodzenie to czas, kiedy dziękuję Bogu za moje dzieci. Sporo musiało się zmienić w tym świętowaniu, od kiedy została pani matką?

Tak. I bardzo dobrze pamiętam te trzy razy, kiedy w czasie świąt byłam już w ciąży. Szczególnie wspominam wigilię z 1998 roku. Zjechało się wtedy do Warszawy mnóstwo osób. Chyba ostatni raz byliśmy w takim składzie: i moi rodzice, i ciotka… Towarzyszyło mi wtedy niezwykłe poczucie, że jestem częścią większego planu. Przeżywałam ciążę jak mój mały Adwent, a każdy Adwent jest dla mnie jak ciąża. Trzeba się dobrze przygotować do porodu. Dlatego nie lubię przechodzić do świętowania zmęczona. Jak to zrobić? Tyle pracy, przygotowań…

Staram się odpuszczać sobie różne rzeczy. Po to jest Adwent, żeby nauczyć się cierpliwości. Pamiętam z dzieciństwa kalendarz adwentowy, który kiedyś nie był z czekoladkami, ale z pięknymi obrazkami. Już pierwszego dnia zżerała nas ciekawość, co będzie w ostatnim okienku! A tu trzeba było cierpliwie czekać aż do świąt. Szkoła cierpliwości, ascezy, ograniczenia się, żeby móc świętować…

Tak, choć muszę przyznać, że z biegiem lat to Wielkanoc stawała się dla mnie coraz ważniejsza. W końcu to sedno naszej wiary. To po raz trzeci przekornie zapytam: może lepiej odpuścić sobie to Boże Narodzenie?

Nie, absolutne nie! To jest po prostu inny wymiar przeżywania naszej wiary. Taki, który jest nam bliższy. Znamy urodzenie dziecka,

38

BOŻE NA RODZEN IE / TESSA C A PPONI-BOR AWSK A /


znamy też śmierć. Natomiast zmartwychwstanie jest dla nas poza zasięgiem – Boże Narodzenie może nam je przybliżyć. Rodzenie przypomina trochę przejście między śmiercią a życiem. Najtrudniejsza jest głowa. Nogi już „wypływają”. Podczas Bożego Narodzenia przypominam sobie swoje ciąże i porody. Myślę wtedy, że Maryja musiała się zmierzyć z takimi samymi lękami, jak każda matka. Przede wszystkim z lękiem przed nieznanym. I ten znany z życia poród przybliża mi trochę to, co Bóg przygotował dla mnie na końcu drogi. • rozmawiał Dominik Jarczewski OP

Tessa Capponi-Borawska – pochodzi z Florencji, od 29 lat mieszka w Polsce, wykłada historię włoskiej kuchni oraz geografię historyczną Włoch na Uniwersytecie Warszawskim. Mieszka w Warszawie.

/ SM A KOWA NIE ŚWIĘTA

39


FOT . ROLF KOSECKI

/

CORBIS


ROSÓŁ Z MAŁYSZEM SMAKUJE LEPIEJ ••• Skoczkowie są zupełnie inni niż na przykład piłkarze. Regularnie na zawodach z ich udziałem na trybunach było mnóstwo transparentów w stylu: „Chcę mieć z tobą dziecko” albo: „Mama chce takiego zięcia”. Z Tomaszem Zimochem rozmawia Roman Bielecki OP

ROMAN BIELECKI OP: Nie boli pana gardło od tego krzyku? TOMASZ ZIMOCH: Nieraz boli, i to bardzo. Kiedyś stosowałem ludową metodę i piłem jajka, ale nie do końca mi pomagały. Mało się nie udławiłem. Teraz już się z tym pogodziłem i wiem, że kiedy się wchodzi na orbitę ekscytacji, to musi boleć. Nic na to nie poradzę. Mnie emocje kroją cały czas. W dniu zawodów dostaję głupawki i nie jestem sobą, co się objawia w różny sposób. Od rana chodzę jak nakręcony do tego stopnia, że często muszę wstąpić na chwilę do kościoła, żeby się wyciszyć. Albo przywdziewam jakiś charakterystyczny strój, żeby bardziej się wkręcić w atmosferę zawodów. Miałem swego czasu biało-czerwoną koszulę w kratkę, którą wkładałem na mecze polskiej reprezentacji. To było dawno temu. Nie wytrzymała próby czasu.

/ ROSÓŁ Z M AŁYSZEM SM A KUJE LEPIEJ

41


Pan się denerwuje jako odbiorca czy jako komentator?

Każdy sprawozdawca jest też kibicem. Od tego się nie ucieknie. I dobrze. Bo przeżycia w sporcie są bardzo ważne. Kiedy jestem na zawodach, chcę żeby mój reprezentant wypadł jak najlepiej. Choć, nie powiem, lubię też komentować wydarzenia sportowe bez udziału Polaków. Bo jest to wtedy – kto wie, czy nie większe – wyzwanie dla komentatora. Jeździ pan na nartach?

Oczywiście. Ale słabo. A chciałby pan skoczyć?

Jestem już na to za stary. Kości nie wytrzymają. Poza tym, kto przygotuje takie narty z poduszkami do lądowania? (śmiech) W takim razie, skąd u pana fascynacja zawodami w skokach?

To czysta zazdrość, że skoczkowie mogą latać, że czują się jak ptaki. I nie ma w tym absolutnie żadnej przenośni czy jakiegoś wyświechtanego zwrotu. Oni są fenomenalni, gdy przez te cztery sekundy na skoczniach mniejszych, a przez sześć, osiem czy nawet dziesięć sekund na większych, co mierzyłem kiedyś stoperem, płyną w powietrzu. Jaką trzeba mieć odwagę! Jak trzeba pokonać własny strach! Lubi pan Turniej Czterech Skoczni?

To było jedno z najważniejszych wydarzeń sportowych, które utkwiło mi w pamięci z lat dziecięcych. Zobaczyć Oberstdorf, Garmisch-Partenkirchen, Innsbruck i Bischofshofen, to było moje marzenie od zawsze. Wyspa skarbów, wyśniona po nocach. A transmisja telewizyjna to była liturgia, rytuał i obowiązek w domu. Taka sportowa Królewna

42

BOŻE NA RODZEN IE / TOM ASZ ZIMOCH /


Śnieżka. Moim bohaterem numer jeden był najpierw genialny Norweg Bjørn Wirkola. Bardzo przeżywałem, że to nie on pierwszy wygrał wszystkie cztery konkursy. Jako dzieciak skakałem razem z nim, i z nim lądowałem. Z nim też przeżywałem ból upadków. Od 1967 roku wygrał trzykrotnie pod rząd w TCS. Na zawsze pozostanie dla mnie legendą. Pamiętam niezwykły rok 1972, wtedy wspaniały japończyk Yukio Kasaya wygrywa w Oberstdorfie, w Garmisch-Partenkirchen i Innsbrucku. Ma szansę na zwycięstwo we wszystkich czterech konkursach. I nagle zostaje wycofany przed ostatnim konkursem ze względu na Igrzyska Olimpijskie w Sapporo, bo Japończycy myśleli tylko o tym, by jak najlepiej się do nich przygotować i zdobyć „złoto”. On by pewnie ten czwarty konkurs też wygrał. Na olimpiadzie wywalczył złoty medal. To ciekawe, co pan mówi, bo my nie mamy w Polsce wielkiej tradycji skoków. Skąd więc ten fenomen i popularność?

Bo to są nietypowe zawody. Cztery konkursy, a właściwie już osiem, od kiedy wprowadzono kwalifi kacje. Wszystko w krótkim czasie, w różnych miejscach i z różnymi wymaganiami technicznymi. Trzeba być bardzo wytrzymałym i dobrze przygotowanym nie tylko sportowo, ale także logistycznie i fizycznie. Żaden z zawodników nie zagrzewa nigdzie miejsca, ani na skoczni, ani także w pokoju hotelowym czy w łóżku, bo bagaże trzeba mieć cały czas spakowane, chwytać je i ruszać dalej w drogę do następnego punktu. Skoki są dzień w dzień. Nie ma tygodnia czy pięciu dni odpoczynku między jednym a drugim konkursem, cały czas w biegu. Kluczowe jest też usytuowanie.

To prawda, spotykamy się tuż po świętach, jeszcze w bardzo radosnym nastroju. Gdy się jedzie na TCS, to zazwyczaj z wałówką pod pachą. Ryba, ciasto, piernik, makowiec, a wszystko po to, żeby w czasie podróży albo tuż po przyjeździe do Oberstdorfu jeszcze trochę smaku świąt mieć przy sobie.

/ ROSÓŁ Z M AŁYSZEM SM A KUJE LEPIEJ

43


Ale oprócz tego chodzi o rozłożenie w przestrzeni.

Wszystko rozgrywa się w odległości 400 kilometrów. Najpierw dwa konkursy w Niemczech, potem dwa w Austrii. Każdy z nich jest inny. Oberstdorf to górski kurort, co się czuje od chwili przyjazdu. Miejscowość typowo wypoczynkowa, ale jednocześnie bardzo sportowa. Jedzie się tam bardzo wąską drogą i kiedy tam jestem, to zawsze myślę o tych, którzy narzekają na Zakopiankę. Korki przed Oberstdorfem dopiero uczą cierpliwości. Potem Garmisch-Partenkirchen, które jest kurortem razy dwa. Po pierwsze, bo zimowe igrzyska olimpijskie w 1936 roku i do zimowych sportów podchodzi się tam zupełnie inaczej, po drugie, tam się czuje zapach – nie chcę, żeby to źle zabrzmiało – dostojności i powagi. Później Innsbruck, wielka metropolia, która, odkąd pamiętam, była dla mnie miastem bardzo ważnym sportowo, bo tam dwa razy odbyły się zimowe igrzyska olimpijskie. I na koniec Bischofshofen, malutka mieścina, w której 6 stycznia, w święto Trzech Króli, kończy się turniej. Tam jest chyba najlepsza atmosfera. Przyjeżdżają tysiące ludzi, zabawa trwa cały czas. Niektórzy w ogóle nie odchodzą od stolików, żeby im nikt nie podebrał miejsca. Ile tam się pije piwa (śmiech), a zapach grzanego wina unosi się nawet na skoczni i myślę, że zawodnicy, latając w powietrzu, czują goździki. Mają tam jeszcze wspaniały rosół. Taki tłusty z wielkim knedlem w środku. Przepyszny! Nie mówiąc o parówkach, które są nierozerwalnie związane z życiem dziennikarzy w trakcie turnieju, no i o typowej bawarskiej mielonce. To wszystko ma swój urok. A czy podobnie jak o piłce nożnej, można powiedzieć o skokach, że są okrutne?

Tak to w sporcie bywa, że faworyci całego sezonu pucharu świata w czasie TCS wypadają blado. Adam Małysz wygrał go raz, mimo że faworytem był wielokrotnie, puchar zdobył czterokrotnie, nie mówiąc już o tym, ile sezonów skakania miał za sobą. To jest naprawdę trudny konkurs. Trzeba mieć równą formę albo inaczej: nie wolno

44

BOŻE NA RODZEN IE / TOM ASZ ZIMOCH /


stracić w pierwszym konkursie w Oberstdorfie. Straty tam poniesione praktycznie eliminują z walki o zwycięstwo w całości zawodów. Proszę zwrócić uwagę, że tylko Sven Hannawald wygrał wszystkie cztery konkursy. Udało się to tylko jemu i tylko raz w historii. Było wielu, którzy mając trzy wygrane, nie wygrywali ostatniego konkursu i przegrywali cały TCS. Taki Simon Amman nigdy nie wygrał TCS, choć jest skoczkiem wybitnym. I do dziś nosi w sobie smak porażki i głód wygranej. Kiedy byłem w Innsbrucku, stanąłem pod skocznią i zobaczyłem mikroskopijną belkę – co ja mówię, wcale jej nie widziałem – to miałem śmierć w oczach. Przecież nawet nie widać punktu startu. To przerażające!

Dopiero kiedy wejdziemy na Bergisel, która z wyglądu przypomina przyczajoną kobrę, i usiądziemy na belce, to zdajemy sobie sprawę z tego, na co oni się decydują, a jednocześnie, jaka to jest przepiękna przestrzeń. W Innsbrucku w ogóle jest fantastycznie, bo po drugiej stronie doliny widać uroczą panoramę ośnieżonych gór. Podobnie jest w Garmisch-Partenkirchen, tam swój urok miała stara olimpijska skocznia, którą musiano zburzyć, bo nie wytrzymała próby czasu. Jej rekordzistą pozostał do końca Adam Małysz. Dzisiejsza Große Olympiaschanze jest kosmicznym obiektem z jedną wadą. Często psuje się tam winda. I wtedy idzie się z nartami pod górę dwieście, trzysta schodów?

Jak najbardziej. Ma się wówczas wrażenie, że cała konstrukcja się rusza. Jedyna naturalna skocznia jest w Bischofshofen. Podobnie jak Wielka Krokiew w Zakopanem, została wkomponowana w otoczenie. Z tego powodu rozbieg jest bardzo wypłaszczony i najdłuższy ze wszystkich obiektów. Robert Mateja mówił nawet, że ciągnie się w nieskończoność i nie wszystkim zawodnikom to odpowiada. Nie wiadomo, kiedy będzie skok.

/ ROSÓŁ Z M AŁYSZEM SM A KUJE LEPIEJ

45


Pytał pan kiedyś zawodników, jak wytrzymują ogromną prędkość w chwili wybicia?

Oni na to w ogóle nie zwracają uwagi. Jeśli się zaczną nad tym zastanawiać, to nie będą dobrze skakali. To my, jako widzowie, widzimy w telewizorze lub na telebimie, że to było na przykład 100 km/h. U zawodników to jest automatyczne. Są pokorni, bo wiedzą, że to może być groźne, ale nie mogą się bać. My się bardziej boimy za nich. Na tym też polega urok tej dyscypliny. Czy nie jest tak, że TCS był od zawsze konkursem niemiecko-austriackim, a dopiero powodzenie Adama Małysza spowodowało, że my – ubodzy krewni z Polski – zaczęliśmy tam jeździć?

Kiedy pięćdziesiąt lat temu, popijając dobre piwo, wymyślono ten konkurs, założenie było takie, żeby ściągnąć najlepszych skoczków z całego świata, a nie tylko Niemców i Austriaków. Kiedy u nas pojawił się Adam Małysz i zmieniły się trochę czasy, bo łatwiej można było wyjeżdżać za granicę, kibice z Polski zaczęli masowo jeździć na TCS. Ale statystycznie jest nas tam najmniej. Efekt Małysza to raczej odkrycie tego, że skoki są dyscypliną bardzo rodzinną. Kibicowanie nie ma w sobie tyle agresji co w innych sportach, a jeżeli nawet zdarzają się interwencje na trybunach, to rzadko. Pomijam niezwykłą popularność samych skoczków, którzy pobijają niejedne niewieście serce. Fanki stanowią trzon kibiców, wszystkie podkochują się nie tylko w Polakach. Mam znajomą, która szaleje platonicznie za Andreasem Wellingerem z Niemiec. Nawet zaczęła uczyć się niemieckiego. Ciekawe, bo przecież zza kombinezonów i kasków nic nie widać.

No właśnie. Żona Kamila Stocha to jest jego dawna kibicka, która jeździła za nim na konkursy i tak się zrodziła miłość. Tego nie da się opisać. Ten pisk na trybunach, kiedy chłopaki lądują. To przepychanie się po autografy i złapanie jednego spojrzenia w tłumie.

46

BOŻE NA RODZEN IE / TOM ASZ ZIMOCH /


Całe tłumy fanek, które jeżdżą na wszystkie konkursy. W zimie to jeszcze nic, ale co się dzieje na zawodach letnich pucharu świata… Między Bogiem a prawdą, nie znam innej dyscypliny, w której by to było aż tak zaawansowane. A piłka nożna?

Absolutnie nie! Proszę pokazać mi na stadionie nastoletnie dziewczyny, które by tak piszczały na widok swoich idoli. Myślę, że prędzej są to zabłąkane fanki Justina Biebera. W Zakopanem, kiedy podczas konkursów organizowaliśmy spotkania otwarte z ekipą Austrii, Finlandii czy Norwegii, przychodziły gigantyczne tłumy. To nie były spotkania z Adamem Małyszem, ale na przykład z trenerem Miką Kojonkoskim i jego zawodnikami. Dziewczyny szalały. To rozumiem, bo Adam z tym nieśmiertelnym wąsem…

Nie mnie oceniać, są różne gusta. Każdy coś tam kryje w sobie. Tommy Ingebrigtsen, bardzo dobry skoczek, był nawet mistrzem świata, grał w zespole jako gitarzysta, Janne Ahonen – niby lodowaty na skoczni i w wywiadach, a w kontakcie dusza człowiek i wyciskacz niewieścich łez. Albo Sven Hannawald czy Martin Schmitt. Regularnie na zawodach z ich udziałem na trybunach było mnóstwo transparentów w stylu: „Chcę mieć z tobą dziecko” albo: „Mama chce takiego zięcia”. Skoczkowie są zupełnie inni niż, na przykład, piłkarze. Są bardziej dostępni, mniej gwiazdorzą, mają większy dystans do siebie. To widać podczas ostatniego konkursu skoków w Planicy, kiedy farbują sobie włosy na różne kolory albo potrafią, tak jak Norweg Bjørn Einar Romøren, trzykrotny medalista mistrzostw świata, założyć pod kombinezon frak, białą koszulę, krawat i tak skakać! Nie żal im Sylwestra? Pierwszego stycznia są zawody w Garmisch-Partenkirchen. Nie widać żadnych efektów ubocznych noworocznego świętowania?

/ ROSÓŁ Z M AŁYSZEM SM A KUJE LEPIEJ

47


Kiedyś zdarzyło mi się uczestniczyć w takiej nocy sylwestrowej z polskimi skoczkami. Pojechaliśmy kolejką linową nad skocznię w Oberstdorfie, do hotelu w górach. Była kolacja, toast, szampan i nic więcej. Chwilę czekania na fajerwerki, ale zaraz potem szybko do łóżka, bo konkurs, bo rywalizacja. Ale historia TCS zna przypadek fi ńskiego skoczka, Silvenoinena, który poszedł na zabawę w Garmisch-Partenkirchen. Kiedy wrócił nad ranem do hotelu, nie nadawał się do wystąpienia w konkursie. Kierownictwo ekipy Finlandii nakazało mu opuścić hotel, ale wstawili się za nim pozostali zawodnicy i pod ich presją kierownictwo się ugięło i powiedziało: Dobra, wystartujesz w tych zawodach, ale potem wracasz do domu. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że on wystartował i wygrał ten noworoczny konkurs. I do dzisiaj się to pamięta. Mówi pan o rodzinnej atmosferze panującej podczas zawodów, ale nie mogę nie spytać o nasze małe animozje. Wszyscy pamiętamy, że kiedy dobrym bohaterem był Adama Małysz, to złym Sven Hannawald, kiedy biega nasza Justyna, to wrogiem wszystkich jest Marit Bjørgen.

Nie lubię tego i uważam, że jest to niepotrzebne. Chociaż sam pamiętam, jak traktowano Adama Małysza w Austrii i Niemczech. Brzydkie kaczątko z Polski, nie nasz, mały skoczek, nikomu nieznany wdziera się i zabiera tort przygotowany tylko dla nas. Ale to się bardzo zmieniło. Doszło w skokach do jakiegoś zbiorowego pogodzenia. Adam udowodnił światu, jak wielkim jest sportowcem, my sami zaczęliśmy inaczej odbierać Schmitta, a zwłaszcza wroga numer jeden, jakim był swego czasu Hannawald. W biegach narciarskich tego nie ma. Tworzymy sobie niepotrzebnie wrogi obóz Norweżek. I jeżeli nas to nakręca, to się temu dziwię, bo uważam, że powinniśmy doceniać, że są dwie, trzy, cztery fantastyczne zawodniczki, które między sobą walczą. Tak mnie uczono sportu. Każdemu trzeba oddać szacunek, co nie znaczy, że po cichu nie będę zagryzał zębów. A myśli pan, że powtórzy się fenomen małyszomanii?

48

BOŻE NA RODZEN IE / TOM ASZ ZIMOCH /


Zastanawiałem się kiedyś, co będzie, jak Adam Małysz przestanie skakać, jak będą wyglądały skoki w Polsce. I okazuje się, że mają się bardzo dobrze. Socjologicznie pewnie nie powtórzy się ogólnonarodowa histeria, śmiem jednak twierdzić, że przez najbliższe lata skoki będą nas trzymały – w dobrym tego słowa znaczeniu – w sportowym napięciu. Mamy w końcu grupę zawodników, którzy wyrośli na fenomenie małyszomanii. Małysz był dla nich bohaterem. Byli w niego zapatrzeni. Sami chcieli być chociaż troszeczkę Małyszami. No i nimi zostali. To, co się teraz dzieje w polskiej reprezentacji skoków narciarskich, powinno być wzorem dla wielu innych dziedzin sportowych. Mimo że skoki są sportem indywidualnym, to w końcu mamy drużynę, w której Kamil Stoch jest liderem, ale zaraz za nim jest Krzysztof Biegun, Piotr Żyła, Maciej Kot czy Janek Ziobro. Myślę, że dalej będziemy jedli niedzielne obiady w ich towarzystwie. W końcu rosół lepiej smakował z Małyszem. Dziś mamy inną grupę ludzi. Już nie górala z Wisły, zamkniętego w sobie i szukającego wolnego kąta, bo wszystko go dziwiło i krępowało. To są młodzi, otwarci chłopcy, w dobrym tego słowa znaczeniu. Dla nich nie ma w tej chwili rywali nie do pokonania. Sprawią nam jeszcze wiele radości. • rozmawiał Roman Bielecki OP

Tomasz Zimoch – ur. 1957, z wykształcenia prawnik, dziennikarz Polskiego Radia, należy do czołówki polskich komentatorów sportowych. Za swoją pracę był wielokrotnie nagradzany, m.in. Złotym Krzyżem Zasługi przyznawanym przez prezydenta RP. Autor wielu kultowych komentarzy, m.in. „Panie Turek, niech pan tu kończy to spotkanie!” podczas meczu o awans do rozgrywek Ligi Mistrzów pomiędzy Widzewem Łódź a Broendby Kopenhaga w 1996 r.; „Jesteś wielki jak baletmistrz” – o Adamie Małyszu podczas Mistrzostw Świata w Predazzo w 2003 r., a także „Teraz graj nam Szopena – klawisze to twoje kijki” o Justynie Kowalczyk podczas Olimpiady w Vancouver w 2010 r.

/ ROSÓŁ Z M AŁYSZEM SM A KUJE LEPIEJ

49


Felieton na zaproszenie ks. bp Damian Bryl

ROK FRANCISZKA •••

Mijający rok, Rok Wiary, zostanie w pamięci wielu z nas jako czas zaskoczenia i zawierzenia. Już pierwsze dni lutego były mocnym uderzeniem, gdy dowiedzieliśmy się o abdykacji papieża Benedykta XVI. Pojawiło się wtedy wiele komentarzy, z których przebijało nie tylko zaskoczenie i zadziwienie, ale także swego rodzaju dramatyzm. Nie wszystko rozumiejąc, nie szukając też prostych i łatwych odpowiedzi, próbowałem z moimi wychowankami, klerykami poznańskiego seminarium, przeżyć ten czas w duchu zawierzenia. Wierzymy przecież, że Pan Jezus jest ze swoim Kościołem zawsze, także wtedy, gdy dzieją się sprawy, które nas zaskakują, których nie rozumiemy. Zatem wołaliśmy, każdy jak potrafi ł: „Jezu, ufam Tobie”. Szczególnie mocno trzymaliśmy się Pana Jezusa, gdy papież odjeżdżał do Castel Gandolfo. Zrobiło się jakoś pusto… ale „Jezu, ufam Tobie”. Tamtego wieczoru podczas Eucharystii świętowaliśmy moje spóźnione imieniny, mój święty patron został gdzieś z boku, choć i jego prosiliśmy, aby był z nami w tym szczególnym czasie. A potem czekaliśmy, nasłuchiwaliśmy i modliliśmy się. Ileż to było spekulacji co do kandydatów, niektórzy byli prawie pewni. Także w naszej wspólnocie pojawiali się zwolennicy tej lub innej osoby. Wielu nawet adoptowało

50

F ELIETON / KS. BP DA MI A N BRYL

kardynała, modląc się za konkretnego członka kolegium kardynalskiego. Ja natomiast zacząłem ogłaszać wkoło, że zamierzam włączyć się w wybór nowego papieża. Widziałem zdziwienie wielu osób. Moje postanowienie wynikało z prostego rozumowania: skoro dzieje się coś ważnego w Kościele, który kocham i na którym mi bardzo zależy, nie mogę pozostać z boku. Nikogo nie adoptowałem, ale modliłem się mocno o właściwy i Boży wybór, nie ograniczając Bożej Opatrzności żadną propozycją, żadną konkretną osobą. Ale skoro się modlę, aby wypełniło się wszystko, czego chce Pan Jezus, to i ja uczestniczę w tym ważnym wyborze. Więcej, na pewno będzie wybrany „mój kandydat”. I tak… wybrałem wraz z kardynałami papieża. Samo ogłoszenie wyboru, które śledziliśmy w naszej wspólnocie, mocno nas zaskoczyło, ale przecież skoro to był mój wymodlony kandydat, to po pierwszym poruszeniu serca i zdziwieniu przyjąłem go jako wymodlonego papieża. Zaskoczenie moje jednak było tak duże, że gdy ogłaszano wybór, na początku myślałem, że źle zrozumiałem łacińskie słowa. Zresztą podobne doświadczenie było udziałem większości moich współbraci, a także komentatorów telewizyjnych i radiowych. Ale najważniejsze było to, że mamy papieża, papieża Franciszka.


ks. bp Damian Bryl Biskup pomocniczy Archidiecezji Poznańskiej

•••

Od początku nowy papież budził wiele różnych emocji, jego słowa, gesty, niekonwencjonalne zachowania w jednych wzbudzały zachwyt, innych dystansowały. Jednak, co było i jest najważniejsze, papież porusza serca i umysły wszystkich. Chyba nie ma ludzi obojętnych na niego. Gdy dzisiaj, po kilku miesiącach, zastanawiamy się nad różnymi słowami i zachowaniami papieża, ale także nad tym, co działo się w nas, w naszych sercach, dostrzegamy, jak bardzo ważna jest autentyczność jego życia Ewangelią, jak bardzo nas to pociąga. Z wielu stron świata słychać o nawróceniach, które dokonują się po spotkaniach z Franciszkiem, o powrotach do wiary, do Kościoła. To, o czym często piszą media, czyli o potrzebie reformy kurii rzymskiej, czy innych strukturalnych zmianach w Kościele, schodzi na dalszy plan. Najważniejsza staje się autentyczność więzi z Jezusem Chrystusem, z której wszystko wynika i której wszystko ma służyć. Papież jednoznacznie demaskuje wszelką sztuczność, udawanie i brak autentyczności, a jednocześnie, dzięki temu, co mówi i robi, jest świadkiem radości Ewangelii. Pewnie to nie przypadek, że jego ostatnia adhortacja apostolska nosi tytuł „Radość Ewangelii” (Evangelii Gaudium). Rok Wiary to czas zaskoczenia i zadziwienia. Dla mnie takim zaskocze-

niem była decyzja papieża Franciszka o mianowaniu mnie na biskupa. Zauważyłem, że w wielu wiadomościach i komentarzach prasowych zaskoczenie i zdziwienie były jeszcze większe niż moje. Bo przecież, jak napisał jeden z dziennikarzy, tylu było bardziej predysponowanych i oczekiwanych kandydatów, a papież powołał kogoś z cienia. Moja nominacja była potwierdzeniem, że Franciszek zaskakuje. Uznając, że każdy ma prawo do własnej opinii, dzielę się moim osobistym doświadczeniem. Uczę się być człowiekiem wierzącym w Boga, który jest Bogiem żywym, bliskim, nieustannie towarzyszącym człowiekowi w drodze. Bogiem, który nas nigdy nie zostawia, ale zawsze jest blisko, którego Biblia nazywa Emmanuelem, Bogiem z nami. A jednocześnie Bogiem, któremu zależy na każdym człowieku, który każdego szanuje i kocha w jedyny i niepowtarzalny sposób. I chociaż Bóg czasami nas zaskakuje, przychodzi inaczej niż sobie to wymarzyliśmy, to jednak przychodzi, jest blisko. I dlatego uczę się mówić: „Jezu, ufam Tobie”, także wtedy, gdy On zaskakuje, gdy nie rozumiem. Zaskoczenie nie musi być dramatem, tragedią, może być otwarciem czegoś nowego, piękniejszego, jeśli pozwolimy sobie przeżyć to nie sami, ale z Jezusem. •

KS. BP DA MI A N BRYL / F ELIETON

51


FOT . ANNA GAWLAK

52

BOŻE NA RODZEN IE / R A DOSŁ AW NAWROT /


DO SERCA PRZYTUL PSA ••• Dźwięki, także te, których nie słyszymy, zapachy, wygląd i kolor, ogon, zadek, nawet taniec – to wszystko może służyć zwierzętom do komunikacji. Także z ludźmi. Radosław Nawrot

Wszystkie stworzenia, które są pod niebem, służą na swój sposób swemu Stwórcy, uznają Go i słuchają, lepiej niż ty. św. Franciszek z Asyżu

oc wigilijna to czas szczególny. Tak szczególny, że wszystko

N się wtedy zmienia. Nie tylko ludzkie życie, ale i życie zwierząt,

które zaczynają mówić ludzkim głosem. To jedyny moment, gdy ci jedyni – poza samą rodziną – naoczni świadkowie narodzin Chrystusa w Betlejem mogą nam o tym opowiedzieć… No tak się przynajmniej mówi. Ilu zatem z nas w noc wigilijną zakradało się do stajni, by dyskretnie posłuchać, o czym tam gawędzą konie? Albo do kurnika, by podsłuchać, o czym gdaczą kury? Czy do obory, by dowiedzieć się, jak tyłek gospodarza obrabiają krowy? A może i pies zaskomli coś na temat tego, czy dobrze go traktowaliśmy? Bo kot na pewno nie. Kot chodzi własnymi ścieżkami i jedyne, co miałby nam do powiedzenia w Wigilię, to: Ja spadam, bo mam sprawy do załatawienia. Narka.

/ DO SERC A PRZYTUL PSA

53


Zakradało się, by posłuchać i… nic. Ani słowa. Żadne ze zwierząt nie było łaskawe nawet powiedzieć nam „cześć”. Wygląda na to, że cała ta wigilijna legenda nie jest funta kłaków warta. Bzdura jakaś i aż śmieszne się wydaje, jak mogliśmy się na to nabrać. Doprawdy? A może to nie legenda nie jest warta funta kłaków, ale nasza zdolność postrzegania i rozumienia świata? Rozumienia zwierząt. Zwierzęta może i nie władają biegle angielskim, nie umieją odmieniać przez przypadki polskich rzeczowników, nie znają tajników chińskiego, arabskiego, swahili czy keczua. To jednak wcale jeszcze nie znaczy, że nie potrafią się z nami komunikować. Trzeba tylko nauczyć się słuchać. A do tego potrzebne są nie tylko uszy.

Romeo i Julia Powiada św. Franciszek, że każdy z braci naszych mniejszych służy Stwórcy lepiej niż my. Co to znaczy? Może to, że zwierzęta są znacznie bliżej natury niż ludzie. Nigdy nie oddaliły się zbytnio od matecznika, który powołał je do życia. I od jego reguł. A prawa przyrody mają pewien fascynujący walor. Są do bólu logiczne. Istniejące w przyrodzie organizmy zachowują się dzięki temu bardzo racjonalnie. Wszystko, co robią i do czego dążą, jest poddane logice ich istnienia. Prowadzi do ewolucyjnego udoskonalenia właśnie po to, aby istnieć lepiej, sensowniej, praktyczniej. A to z kolei znaczy na przykład, że zwierzęta potrafią wykorzystać do porozumiewania się wszystko, co tylko wykorzystać się da. Kiedy stado małp wznieca w koronie drzew tropikalnego lasu niebywały wręcz jazgot, moglibyśmy pomyśleć: co za hałaśliwa banda! Drą się jak opętane, bez ładu i składu, bez sensu. Bynajmniej. To nie są tylko wrzaski dla samych wrzasków. To… broń. Żyjące w lasach tropikalnej Ameryki wyjce to małpy o specjalnie zbudowanej krtani, wzmocnionej jeszcze workiem rezonansowym, który wisi im na podgardlu. Gdy zaczną wyć, potrafią osiągnąć siłę ponad

54

BOŻE NA RODZEN IE / R A DOSŁ AW NAWROT /


100 decybeli, są zatem głośniejsze od silników odrzutowego samolotu. Chór tak potężnych dźwięków jest oszałamiający, nic więc dziwnego, że gdy wyjce otoczą swym krzykiem podchodzącego je jaguara, ten ogłuszony wycofuje się z bolącą głową. Zwyczajnie zakrzyczany. To jednak nic przy sile głosu niektórych wielorybów. Pieśń humbaka – siedemnastometrowego walenia o długich płetwach – to jeden z najcudowniejszych dźwięków w przyrodzie. Osiąga ponad 150 decybeli, ma przepiękną melodię i niesie się na odległość setek kilometrów, w czym pomaga mu świetny przekaźnik fal, jakim jest woda. Wszystko po to, by usłyszała go pani humbakowa, niezwykle wrażliwa na urok piosenek swoich adoratorów. Humbak działa wedle sprawdzonej już pod niejednym balkonem zasady: zaśpiewaj jej, a będzie twoja! Byle głośno. Nieco odmiennie do sprawy podchodzą nietoperze. U nich obowiązuje reguła: zaśpiewaj, byle cicho, a wtedy będzie twój. Obiad konkretnie. Te jedyne ssaki, które opanowały sztukę czynnego lotu, posługują się bowiem dźwiękiem tak, jak my dotykiem. Stosują echolokację, czyli technikę wykorzystywaną przez ludzi w konstrukcji radarów i sonarów. Bardzo krótkie i niesłyszalne dla ludzkiego ucha dźwięki, które emitują, odbijają się od przeszkód i wracają do ucha nietoperza jako echo. Takie samo, jakie słyszymy w pozbawionym mebli pokoju. A nietoperz potrafi za ich pomocą stworzyć trójwymiarową mapę okolicy, przez którą przelatuje. To zwierzę, które wypowiada się, by… lepiej widzieć. Nikt, nawet komar, nie ukryje się przed taką gadką. Całą gamę dźwięków nieuchwytnych dla ludzkiego ucha stosują także zwierzęta, po których byśmy się tego nie spodziewali, chociażby słonie. Bulgoczące infradźwięki wydawane przez te olbrzymy są tak niskie i basowe, że człowiek ich nie wyłapie. Reszta słoniego stada jednak – owszem. Choćby komunikat o tym, gdzie znajduje się woda. Pamiętacie, jak wygląda słoniowa noga? Duża, ciężka, płaska od spodu jak kloc drzewa. To także nie jest przypadek. To za jej pomocą słoń odbiera dźwięki w formie drgań ziemi. Inaczej mówiąc, choć ma spore uszy, potrafi słyszeć stopą! Tygrysy żyjące w Azji potężnie ryczą. Ich atak na zdobycz staje się przez to bardzo efektowny. Naukowcy, którzy badali te koty, zaczęli się

/ DO SERC A PRZYTUL PSA

55


jednak zastanawiać nad pewną nielogicznością. Dlaczego bowiem drapieżnik podkradający się z takim mozołem do antylopy czy jelenia i atakujący znienacka, robiący wszystko, by go przedwcześnie nie zauważono, w decydującej chwili bezsensownie ryczy, co zdradza jego pozycję? Okazało się, że jego ryk niesie za sobą potężną dawkę dźwięków o niskiej częstotliwości. My ich nie słyszymy, ale to one działają paraliżująco na ofiary. Przyroda jest jednak logiczna.

Kolorowe kłamczuchy W świecie ludzi powiada się, że to Włosi mówią całym ciałem. U zwierząt to zupełnie normalne. Doszło nawet do tego, że potrafią one mówić… zadkami! Nie, to nie jest żart. Gazele przemierzające afrykańskie sawanny albo sarny w polskich lasach mają pośladki w białym kolorze i nie bez powodu ten fragment ich ciała nazywa się „lustrem”. Biały kolor odbija światło, dzięki czemu zwierzęta za pomocą tylnej części ciała potrafią komunikować się na duże odległości z innymi przedstawicielami swego gatunku. „Bądź widoczny na drodze” – ta reguła przyświeca lemurom katta z Madagaskaru wyposażonym w bardzo długie ogony w kontrastowe biało-czarne paski. Gdy przemieszczają się w wysokiej trawie albo gęstym lesie, wznoszą je. Taki ogon jest świetnie widoczny, niczym zawieszona na żerdzi flaga. Komunikat zupełnie innego rodzaju przekazuje nam żółto-czarna skóra salamandry plamistej – płaza, którego można spotkać także w polskich górach. Żółty i czarny to kolory, które mocno z sobą kontrastują. I o to chodzi! Salamandra nie tylko nie stara się bowiem przed nikim ukrywać, ale jej celem jest właśnie to, by była jak najbardziej widoczna. Po to, by przekazać ostrzeżenie: nie próbuj mnie dotykać, bo pożałujesz. W języku zwierząt takie kolory nie pozostawiają bowiem wątpliwości, że ich właściciel jest silnie trujący i nie warto mu wchodzić w paradę. Stosują je z powodzeniem także gąsienice motyli, węże… Niektóre potrafią nawet kłamać.

56

BOŻE NA RODZEN IE / R A DOSŁ AW NAWROT /


Tak, tak, kłamstwo nie jest obce zwierzętom. Żyjący w Ameryce lancetogłów mleczny, zwany wężem królewskim, jest niezwykle kontrastowo ubarwiony, w czarne, żółte i czerwone paski. Niemal identycznie jak bardzo jadowite węże koralowe, które też żyją w tej okolicy. Lancetogłów nie jest jednak jadowity. To zwykły oszust, udający swych groźnych krewniaków! Takie wprowadzanie w błąd nazywa się mimikrą batesowską, od nazwiska angielskiego przyrodnika Henry’ego Batesa, który badał motyle w Amazonii i znalazł wśród nich takie, które upodobniły się wyglądem do os.

Tańcz, głupi, tańcz Językiem zwierząt może być także zapach. Tak właśnie porozumiewają się między sobą koty i inne drapieżniki, które zostawiają swoją woń na wszelkich przedmiotach. Większość zwierząt, które chcą wyraźnie zaznaczyć granice własnych terytoriów, po prostu wyznacza je zapachem. Dla drapieżników bardzo ważne jest, by podzielić obszar na kawałki i nie przekraczać granic konkurentów – tak, aby jedzenia wystarczyło dla wszystkich. Zapach pozwala zwierzętom przekazać także inne informacje, niekiedy bardzo dla nich ważne, na przykład: jestem gotowa, by mieć dzieci. Większość samic zwierząt tak komunikuje się z potencjalnymi tatusiami, gdy dojrzeje do tego, by zostać mamą. Ktoś, kto nie zna języka zwierząt, popatrzy na ul pełen pszczół i dostrzeże w nim tylko wielki chaos. Małe owady przesuwające się bez ładu i składu to w jedną, to w drugą stronę. To jednak także zwierzęcy język, gdyż pszczoły do komunikacji między sobą wykorzystują… taniec. Kroczek w lewo, kroczek w prawo, teraz w tył i znów do przodu – to tajemny, geometryczny kod, dzięki któremu pszczoła powracająca właśnie z patrolu przekazuje swoim koleżankom informację o tym, gdzie np. znajduje się pole pełne kwiatów ze słodkim nektarem. My tańczymy dla przyjemności, pszczoły są w ten sposób w stanie podać dokładne współrzędne geograficzne. Umielibyśmy tak? Tak zatańczyć

/ DO SERC A PRZYTUL PSA

57


tango albo twista, aby pokazać partnerowi, gdzie w mieście można się napić dobrej kawy? Ludziom zdarza się przetańczyć całą noc. A i u zwierząt bywa, iż taniec tak je pochłonie, że przegapią kawałek życia. Jaskrawopomarańczowo ubarwione samce skalikurków gujańskich – ptaków z rodziny bławatników, które żyją w tropikalnej Ameryce – tańczą, aby przywabić samice. Robią to na otwartych polanach, gdzie są dobrze widoczne. Panie skalikurkowe przylatują, obserwują, zachwycają się pokazem. Wreszcie wybierają tego, który tańczy najefektowniej. Sygnalizują mu swoje zainteresowanie krótkim dziobnięciem. Zdarza się jednak, że samczyk wpada w taki amok samozachwytu nad swoimi pląsami na polanie, iż nie przerywa ich mimo tego znaku. Tańczy dalej w narcystycznym uwielbieniu. Samiczka dziobie go znów, i znów. Jeśli i to nie skutkuje – trudno. Przenosi swoje zainteresowanie na konkurenta. A ten zarozumialec najbardziej kochający samego siebie niech tańczy dalej! I niech żałuje!

Papużka z Księgi Guinnessa Dźwięki, także te, których nie słyszymy, zapachy, wygląd i kolor, ogon, zadek, nawet taniec – wszystko może służyć zwierzętom do komunikacji. Także z ludźmi. Nie jest to więc żaden mit ani legenda, że zwierzęta w Wigilię potrafią przemawiać. Oczywiście, że potrafią. Nie tylko w Wigilię, ale także każdego innego dnia. Stosują jednak język, którego my najczęściej nie rozumiemy. To jest wieża Babel oddzielająca świat zwierząt i świat ludzi. Powoli jednak. Ludzie wciąż nie potrafią nauczyć się języka zwierząt, jednakże one całkiem sprawnie radzą sobie ze skomplikowaną mową człowieka. Nasze głosy z powodzeniem naśladuje wiele ptaków, a także ssaków – np. białuchy, czyli żyjące w Arktyce białe walenie, zwane niekiedy „ćwierkającymi wielorybami”. Kruki, kawki, szpaki, gwarki i papugi znane są z tego, że można nauczyć je ludzkich słów. Rekordzistą pod tym względem jest wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa samczyk papużki falistej imieniem Puck.

58

BOŻE NA RODZEN IE / R A DOSŁ AW NAWROT /


Należy on do Amerykanki Camille Jordan i potrafi wypowiedzieć 1728 słów. To tyle, ile zna dziecko pod koniec trzeciego roku życia. Według lingwistów znajomość 1000 podstawowych słów pozwala zrozumieć 70 procent tego, co się słyszy w danym języku. Papużkę Pucka przebija jednak pewien niezwykły ptak, który żyje w buszu Australii i lasach Nowej Gwinei. To niejaki lirogon, którego nazwa wzięła się stąd, iż ma efektowny ogon z delikatnych piór w kształcie instrumentu muzycznego, liry. Lirogony są niedoścignionymi mistrzami w naśladowaniu nie tylko ludzkiej mowy, ale i wszelkich dźwięków. Rejestrują je niemal jak magnetofon i później wykorzystują w swoich pieśniach. Spacerując po australijskim buszu, można zatem niekiedy usłyszeć ludzką mowę, dźwięk migawki aparatu fotograficznego, ryk piły łańcuchowej albo silnika samochodu, płacz dziecka, szczekanie psa czy dzwonek komórki. Wszystko, co lirogon kiedyś usłyszał i zarejestrował. Może to być nawet kolęda w wigilijną noc, o ile ktoś mu ją zaśpiewa. •

Radosław Nawrot – ur. 1973, studiował prawo na UAM, dziennikarz, autor wielu książek o tematyce sportowej, a także serii komiksów o najsłynniejszych polskich olimpijczykach, mieszka w Poznaniu.

/ DO SERC A PRZYTUL PSA

59


CORBIS

/ FOT . DUNCAN SMITH

60

BOŻE NA RODZEN IE / EWA WYCICHOWSK A /


ZAPROSZENI DO TAŃCA ••• Kościół zapomniał o tańcu, na wiele wieków wygonił go z kościoła. A przecież taniec wyraża się poprzez ciało. Skoro człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo boskie, możemy przypuszczać, że Bóg też tańczył. Z Ewą Wycichowską rozmawia Katarzyna Kolska

KATARZYNA KOLSKA: Trochę się czuję onieśmielona tą naszą rozmową. Bo mamy rozmawiać o tańcu, a ja nie umiem tańczyć. EWA WYCICHOWSKA: Każdy umie. Próbuje mnie pani pocieszać.

Jeśli jako bazę przyjmiemy szeroką defi nicję Kurta Sachsa, zakładającą, że taniec to każdy ruch, który posiada intencję i rytm, i nie jest związany z wysiłkiem roboczym, to znaczy, że każdy człowiek ma w sobie potencjał, by tańczyć.

/ Z A PROSZENI DO TA ŃC A

61


Mam przed oczami taki obraz: jest czerwiec, ciepła noc, małe miasteczko w Hiszpanii, siedzimy ze znajomymi w kawiarnianym ogródku. Nagle jeden z mężczyzn bierze do ręki gitarę, słychać rytmy flamenco, ludzie spontanicznie wstają i zaczynają tańczyć. Starzy i młodzi. To nie jest jakaś rodzinna uroczystość, żadne święto. Zwykły wieczór. Trudno o podobną spontaniczność w naszym kraju.

Gdyby to się działo w Poznaniu, w sierpniu, to nie byłabym tym wcale zdziwiona. Od razu wiedziałabym, że są to uczestnicy międzynarodowych warsztatów tańca, ••• które od 20 lat odbywają się TA NIEC TO SPOSÓB WYR A ŻENI A w tym mieście. Ale tej spontaSIEBIE POPRZEZ CI A ŁO . niczności, o której pani wspoDL ACZEGO WIĘC mina, rzeczywiście trochę nam NIE MIELIBYŚMY Z TEGO na co dzień brakuje. Zanikła KORZYSTAĆ PODCZ AS tradycja tańca, która w naszym MODLIT WY ? MODLIMY SIĘ kraju była bardzo mocno zakoSŁOWEM , W Y POWI A DAJĄC JE rzeniona. Mamy przecież swoje LUB WYŚPIEWUJĄC , tańce narodowe, kiedyś tak poA LE MODLIMY SIĘ TEŻ CI A Ł EM . pularne, które weszły do kanonu tańca międzynarodowego. Mazur, krakowiak, polonez – każdy umiał je zatańczyć. Dziś jest z tym rzeczywiście bardzo krucho. Na naszą obronę powiem tyle: proszę pojechać na Podhale. Górale mają swoją muzykę, swoje kapele i niewiele im trzeba, by zerwać się do tańca. Wydaje się jednak, że niektóre narody są jakoś bardziej stworzone do tańca niż my, Polacy. Kiedy patrzę na Hiszpanów, mam wrażenie, że dla nich jest to naturalne, że mają to w genach, we krwi.

To prawda, różnimy się temperamentem, otaczającą nas naturą, kulturą, muzyką. Ale też musimy uderzyć się w piersi i przyznać, że w Polsce zaniedbaliśmy taniec. W szkołach została zlikwidowana

62

BOŻE NA RODZEN IE / EWA WYCICHOWSK A /


wiedza o tańcu, czyli o naszej cywilizacji. Wyrugowaliśmy coś z naszej kultury i dziwimy się, że nie tańczymy. Co możemy pokazać poprzez taniec?

Tańcem się nie pokazuje, od pokazywania jest pantomima. Tańcem się wyraża. A wyrażanie jest czymś dogłębnym, jest całością tego, co chcemy przekazać. Odpowiadając na pytanie, powiem tak: tańcem możemy wyrazić wszystko: radość, smutek, złość, przygnębienie, żal. Żal? Taniec kojarzy się przecież z radością!

Tak, z radością, a czasami nawet z rozpustą! I dlatego na wiele wieków Kościół o nim zapomniał, wygonił go z kościoła. A przecież taniec wyraża się poprzez ciało. Skoro człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo boskie, możemy przypuszczać, że Bóg też tańczył. O tańcu czytamy też w Piśmie Świętym. „W taniec zamieniłeś mój żałobny lament” – mówi psalmista. „Niech chwalą Jego imię wśród tańców” – czytamy w Psalmie 149. Król Dawid tańczył przed arką.

Taniec to sposób wyrażenia siebie poprzez ciało. Dlaczego więc nie mielibyśmy z tego korzystać podczas modlitwy? Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że podczas każdej mszy świętej mamy nie tylko liturgię słowa, ale także, odważyłabym się powiedzieć, liturgię ruchu. Modlimy się słowem, wypowiadając je lub wyśpiewując, ale modlimy się też ciałem. Ale przecież my podczas mszy zachowujemy się jak zamurowani.

Nie trzeba podrygiwać i podskakiwać, żeby tańczyć. Wystarczy, że wstajemy, siadamy, klękamy, żegnamy się ze świadomością sensu

/ Z A PROSZENI DO TA ŃC A

63


tych ruchów. To są konkretne gesty, które mają swój rytm, jakąś intencję. Co więcej – mamy w tym tańcu przewodnika w postaci kapłana, który też wykonuje bardzo konkretne gesty, inne niż poza mszą. Jeśli spojrzymy na to z perspektywy historycznej, to bez trudu zobaczymy, że prototańce skierowane były w górę, miały adres wertykalny. Tak też jest podczas liturgii. Pani chce mi powiedzieć, że my na mszy tańczymy?

Oczywiście. Pod warunkiem że zachowujemy narzucony nam rytm i że czynimy to z konkretną intencją. Powiem więcej: patrząc na ludzi w kościele, można nawet powiedzieć, że to dobry, zgrany zespół, który czasami potrafi świetnie tańczyć na chwałę Boga. A mnie się wydaje, że jesteśmy uwięzieni w naszych ciałach, że się tego swojego ciała obawiamy.

Nic podobnego. Wszyscy na świecie w mniej więcej jednakowy sposób używamy ciała do wyrażania naszych emocji. Od tej średniej światowej odstają nieco Włosi, którzy są bardzo ekspresyjni i nie potrafi ą rozmawiać bez gestykulowania, zwłaszcza gdy się kłócą. My również gestykulujemy, robimy to nawet wtedy, gdy jesteśmy sami w pokoju i rozmawiamy przez telefon. Przecież ta druga osoba nas nie widzi, a mimo to wspomagamy się gestem. Podobno 70 procent informacji, które sobie przekazujemy, to mowa ciała. Ciało wyraża nasze wnętrze, nasze emocje, namiętności?

Tak, to jest właśnie nasza eks-presja, czyli presja na zewnątrz! Nawet jeśli nie wykonujemy żadnego ruchu, kiedy jesteśmy zamknięci w sobie, to w ten sposób też się wyrażamy. Od wielu lat, najpierw jako tancerka, a potem jako choreograf i dyrektor Polskiego Teatru Tańca, propaguję sztukę tańca, która jest

64

BOŻE NA RODZEN IE / EWA WYCICHOWSK A /


aktem myśli – ciało jako instrument oddaje różne uczucia. One mają swoje niuanse, ujawniają nas. Ciało nie kłamie. Wystarczy uważnie przypatrzeć się ludziom w tańcu: widać ich temperament, charakter, uczucia, nastrój. Bezmyślne podskakiwanie to za mało. Ono jest sposobem zabawy, wyżycia się, zatracenia się bez świadomości, co też od czasu do czasu jest być może komuś potrzebne. Moja znajoma zapisała się kilka lat temu na warsztaty flamenco. Po kilku lekcjach powiedziała mi, że podczas tych zajęć poczuła i odkryła swoje ciało, swoją kobiecość, zaczęła się inaczej poruszać, zyskała taką cielesną świadomość.

Flamenco jest bardzo kobiecym tańcem, ma swoją fi lozofię. Ważne tu są ruchy rąk, palców, stóp, do tego piękna, bardzo kobieca spódnica, buty na obcasie, czasem wachlarz lub kastaniety. Trudno nie czuć się kobietą. ••• Taniec w każdej postaci K A R NAWA Ł TO RODZ AJ ŚWIĘTA , ma charakter terapeutyczny. ODSKOCZNI A OD CODZIENNOŚCI , Nie jestem pewna, czy zawsze KTÓR A BY WA SZ A R A , KTÓR A będzie terapią u zawodowców, NAS PRZYTŁ ACZ A UCI Ą ŻLIWYMI bo bycie tancerzem to ciężka SCHEM ATA MI , RYTUA Ł A MI , praca, to ciągłe zmaganie się CI ĄG ŁYM ZM AGA NIEM SIĘ , ze swoim ciałem, które się KONKUR ENCJĄ , WYŚCIGIEM , zmienia. O tym wszystkim TYM CI ĄG ŁYM : CHCĘ WIĘCEJ , pięknie napisał Jan Paweł II WIĘCEJ . CHODZI WIĘC O TO , w Liście do artystów, pokazuBY SIĘ OD TEGO ODERWAĆ . jąc, że praca twórcy to jego dialog ze światem i z drugim człowiekiem, że przez sztukę kreujemy swoje człowieczeństwo. Taniec jest takim dialogiem, bo tańczę dla drugiego człowieka, opowiadając mu o ludzkich sprawach. To wszystko wydaje się bardzo ulotne, dzieje się tu i teraz, a wymaga poświęcenia całego życia. Czy warto? Moje życie mówi mi, że tak.

/ Z A PROSZENI DO TA ŃC A

65


Dlaczego niektórzy w tańcu poruszają się zgrabnie i płynnie, a inni jakby kij połknęli?

To jest sprawa koordynacji i harmonii ruchów, która jest wrodzona. Można to szkolić, ale jeśli ktoś nie posiada tego talentu, to nie jesteśmy w stanie się tego nauczyć. Nie wszyscy muszą tańczyć zawodowo, gdzie talent i koordynacja są warunkiem sztuki. To znaczy, że nie każdy może tańczyć?

Każdy może, ale nie każdy będzie to robił równie pięknie. No i właśnie dlatego niektórzy nie chcą tańczyć. Wstydzą się. Patrzą na tych, którym to wychodzi, i myślą sobie: Nie, no ja się do tańca nie nadaję. Ruszam się jak słoń.

Trzeba spróbować, jest przecież tyle różnych technik i rodzajów tańca. Wystarczy znaleźć coś, co będzie nam odpowiadało. Poza tym nie można stale porównywać się z innymi i patrzeć na taniec tylko w kategoriach estetycznych lub figur i kroków. Trzeba mieć też na uwadze jego walory emocjonalne oraz terapeutyczne. I wtedy nie jest ważne to, jak ja wyglądam, jak się ruszam, tylko to, jakie emocje wyrzucam z siebie, gdy tańczę, zwłaszcza razem z innymi. Taniec pomaga nam zaakceptować siebie i innych w grupie. Lekarstwo dla ciała czy dla duszy?

Z ciałem zawsze leczy się duszę. Dziś, kiedy rozmawiamy, jest właśnie początek adwentu, a gdy nasi Czytelnicy będą czytali tę rozmowę, będzie już Boże Narodzenie i tylko kilka dni dzielić nas będzie od Sylwestra i karnawału. Czy pani lubi karnawał?

66

BOŻE NA RODZEN IE / EWA WYCICHOWSK A /


Jestem autorką spektaklu Walk@ karnawału z postem. Podczas pracy nad tym spektaklem pewien chłopiec, dziś już dorosły mężczyzna, powiedział mi, że w karnawale jest wszystkiego za dużo, a w poście jest tyle, ile trzeba. Te słowa stały się dla mnie inspiracją, a spektakl do dziś jest w repertuarze Polskiego Teatru Tańca. Dla mnie ważny jest i karnawał, i post. Nie byłoby karnawału bez postu?

I nie byłoby postu bez karnawału. Karnawał to między innymi radość, ale radość może też być w poście, pod warunkiem że potrafi my go właściwie wykorzystać. Post jednak za bardzo nie kojarzy się nam z radością. Mamy się umartwiać, pamiętać, że z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy, odmawiamy sobie wówczas wielu rzeczy, uczestniczymy w nabożeństwach, które też nie są szczególnie radosne…

Pewien zakonnik polecił penitentowi, który zatracał się w pracy i nie umiał odpoczywać, by w ramach pokuty sypiał przynajmniej osiem godzin na dobę. Wyrzeczenia zawsze służą dobru i są działaniem dla kogoś, a jeśli tak, to jest z tego radość. To po co nam karnawał?

Karnawał to rodzaj święta, odskocznia od codzienności, która bywa szara, która nas przytłacza uciążliwymi schematami, rytuałami, ciągłym zmaganiem się, konkurencją, wyścigiem, tym ciągłym: chcę więcej, więcej. Chodzi więc o to, by się od tego oderwać. Dlatego w karnawale jest kolorowo, radośnie, są eleganckie bale i rozkosze podniebienia. Ale po pewnym czasie następuje przesyt i tęsknimy do harmonii postu. Mówi pani o walce karnawału z postem. A skoro walka, to ktoś musi wygrać, a ktoś przegrać.

/ Z A PROSZENI DO TA ŃC A

67


Dlatego raz zwycięża post, a raz karnawał. Taki jest rytm naszego życia. Przypominają się słowa z Księgi Koheleta: „Jest czas rodzenia i czas umierania (…) czas płaczu i czas śmiechu czas lamentu i czas tańca”.

To jest opowieść o naszym życiu. Człowiek potrzebuje odpoczynku i radości, smutku i skupienia się – na sobie i na drugim człowieku. Przecież podczas zabaw czy bali karnawałowych nie tylko tańczymy, ale także siedzimy razem przy stole, rozmawiamy, jemy, czasem pijemy alkohol, cieszymy się swoją obecnością. Taniec jest tylko jednym z elementów tego wieczoru. Powiedziała pani na początku, że każdy umie tańczyć. To proszę dodać odwagi tym, którzy myślą, że nie umieją.

Święty Augustyn powiedział: Ucz się, człowieku, tańczyć, bo cóż będą z tobą robili aniołowie w niebie. Przecież nie będziemy tam tylko śpiewać. Będziemy też tańczyć?

A dlaczego nie? Akt stworzenia to dzieło Najwybitniejszego Choreografa. Oddzielił światło od ciemności, ziemię od nieba, ląd od wody… Słowo stało się Ciałem. Bóg Wielki Choreograf?

Ciągle działający i ciągle kreujący.

68

BOŻE NA RODZEN IE / EWA WYCICHOWSK A /


Kiedy przygotowuję z moimi tancerzami jakiś spektakl, to premiera jest dopiero początkiem, a nie końcem tworzenia. Każdy z artystów może wziąć udział w kreacji, każdy z wykonawców ma być współtwórcą. Jeśli pomyślimy o tym, że Bóg jest choreografem, to my wszyscy jesteśmy zaproszeni do tańca. Razem z Nim. • rozmawiała Katarzyna Kolska

Ewa Wycichowska– tancerka, choreograf, pedagog, profesor sztuk muzycznych, od 1988 roku dyrektor Polskiego Teatru Tańca. Absolwentka Szkoły Baletowej w Poznaniu i Akademii Muzycznej w Warszawie, studiowała taniec modern w Académie Internationale de la Danse w Paryżu. Była primabaleriną Teatru Wielkiego w Łodzi. Jest autorką choreografii do kilkudziesięciu spektakli baletowych w Polsce i za granicą, kieruje Zakładem Tańca na Uniwersytecie Muzycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Laureatka tegorocznej Nagrody Artystycznej Miasta Poznania.

/ Z A PROSZENI DO TA ŃC A

69


WIZYTA DUSZPASTERSKA ••• Jarosław Mikołajewski


CORBIS

/ IN PICTURES

/ FOT . RICHARD BAKER

zuł, że za drzwiami dwudziestki ktoś jest. Tak jak pod numerem siódmym i czternastym w trzypiętrowym bloku o dwudziestu jeden lokalach. Spojrzał do notesu. Pod trójką, szóstką, ósemką, siedemnastką i osiemnastką nikogo nie było naprawdę. Ci spod jedynki, piątki i piętnastki pozostawili dozorcy jasne dyspozycje. Nie życzą go sobie. Ma nie próbować. Nie pukać, nie dzwonić. Pozostałym nie przyszło nawet do głowy, że mogą nie chcieć wizyty. Czekali w komplecie. Albo ci, którzy mogli. Mama z córką, babcia z dwiema wnuczkami, stara matka z czterdziestoletnim, samotnym synem… Zapukał jeszcze raz, trochę głośniej, ale odpowiedziało mu to samo, co pod siódmym i czternastym. Jakaś nieforemna obecność, bardziej z tłumionego oddechu niż z ciała. Z zastygłych ruchów, zmieszania, irytacji i zawstydzenia.

C

/ WIZYTA DUSZPASTERSK A

71


Dlaczego nie otworzą i nie powiedzą: Nie chcemy tu księdza, nie lubimy tych wizyt, nie wierzymy w Boga ani w Jego Narodzenie, proszę sobie iść. Zdecydowanie by wolał, żeby przekłuli ten balon, który pęczniał i gęstniał pomiędzy nim a tym kimś po drugiej stronie zamkniętych drzwi, niż skazywali go na upokarzające nasłuchiwanie. Odwrócił się w prawo, twarzą do ostatniego mieszkania, w którym mógł się spodziewać, że czekają na niego zgodnie z tradycją, z domowym ołtarzykiem na białym obrusie, z herbatą i ciastem. Zajrzał do zapisków: rodzina praktykująca, małżeństwo, dwie dziewczynki w wieku gimnazjalnym i chłopak na studiach. Podszedł do progu, dobiegła go melodia kolędy i odgłosy zwykłej krzątaniny, pozbawionej tych ciężkich napięć, jakie sączyły się przez szczeliny drzwi z numerem dwadzieścia. Wyciągnął rękę, żeby zapukać, ale zaraz ją cofnął. Co chce im powiedzieć? Od czego ma zacząć? O co spytać? Dopiero teraz, przed ostatnim mieszkaniem, zorientował się, że nie zdążył się zastanowić nad tym przed wyjściem z plebanii. Nie zdążył? Przecież miał czas. Miał dziś cały dzień na refleksję, od porannej mszy świętej do czwartej, kiedy zapukał do pierwszych drzwi, tych z cyfrą dwa i zeszłorocznym, prawie już startym K+M+B. Co robił przez cały dzień, prawie tego nie pamiętał. A raczej odpychał od siebie tę pamięć, bo ostatnie godziny były lepkie i przykre jak ten balon pomiędzy nim a tym kimś spod dwudziestego numeru. Tylko obiad był w miarę lekkim i wyrazistym wspomnieniem, choć rozmowa przy stole wyraźnie się nie kleiła, żaden z kapłanów nie wziął na siebie odpowiedzialności za nastrój i wymianę myśli. Inicjatywa była wszędzie, więc nigdzie. Każdy myślał o swoich sprawach, jedli prawie w milczeniu. Ksiądz Józef wspomniał tylko, że przed wejściem do kancelarii jest ślisko, więc trzeba koniecznie posypać, a ksiądz Marcin spytał, kto to niby ma zrobić. Ale przedtem i potem – dziura. Próbował czytać brewiarz, ale mu nie szło. Pomyślał, że to przez wzrok, z którym w końcu musi coś zrobić. Po przebudzeniu widział przez mgłę i podwójnie. Długo nie mógł ustawić ostrego widzenia na literach gazety czy brewiarza, musiało

72

BOŻE NA RODZEN IE / JA ROSŁ AW MIKOŁ AJEWSKI /


minąć pół godziny, żeby czytał bez większych kłopotów. Miał nadzieję, że tylko dlatego, przez oczy, nie sprawia mu radości czytanie Pisma Świętego i książki, która przez wiele lat przynosiła mu niezawodne natchnienie i otuchę: antologii modlitwy wczesnochrześcijańskiej. W tych starych tekstach wiara była jak oddech podczas snu przy otwartym oknie. Ale teraz nie potrafi ł już zaczerpnąć tego powietrza, zaciągnąć się nim tak, żeby zakręciło się w głowie. Wpatrywanie się w rozdwojone, podszyte cieniem litery było wysiłkiem, który odbierał mu radość. Powinien w końcu pójść do okulisty. Miłość do Boga i ludzi musi mieć fizyczne wsparcie. W przeciwnym razie… No właśnie – nie licząc obiadu, tego dnia nie wychodził z mieszkania i robił to, o czym teraz wstydził się myśleć. Leżał na kanapie i oglądał telewizję. Przerzucał programy, nie mógł się skupić na niczym konkretnym. Od początku do końca obejrzał tylko odcinek kryminalnego serialu o zamkniętej akcji, który dało się prześledzić, nie obejrzawszy poprzednich. Ktoś kogoś zabił, potem się ukrywał, aż umarł, zanim złapał go policjant o skandynawskim nazwisku. Zło nie zostało ukarane. Obejrzał fragmenty quizu i konkursu dla młodych piosenkarzy, którzy pragną zrobić zawodową karierę. Było mu spokojnie i bezpiecznie. Bezmyślnie. Więc niby nie było w tym niczego złego, a przecież nie chciał myśleć o tym, co robił, bo nie było to tym, czego chciał. Bo przez to czuł się nieprzygotowany. Znów podniósł rękę do drzwi mieszkania numer dwadzieścia jeden i znowu ją cofnął. Chciałby już zapukać. Tym bardziej że za dwudziestką wciąż nabrzmiewała nieprzychylna obecność. Miał wrażenie, że przygląda się jego wahaniu i rozumie jego przyczyny. Że przez ciemnego judasza ta nieforemna istota widzi cały jego dzień: małomówny, niewesoły, pozbawiony serdeczności obiad, niechęć do brewiarza, widzenie podszyte cieniem i przerzucanie pilotem telewizyjnych kanałów. Chciał już zapukać, ale postanowił się skupić, żeby choć tę ostatnią wizytę poprowadzić świadomie i w świetle natchnienia. Zaraz… Co mówił dotychczas, pod dwójką, dziesiątką, szesnastką? Co zrobił?… Normalnie: pochwalił mieszkanie, skomplementował panią domu

/ WIZYTA DUSZPASTERSK A

73


za czysty obrusik, pana domu za choinkę, a dzieci za szopkę i papierowy łańcuch. Pomodlił się, pobłogosławił dom, przyjął ofiarę. Usiadł na kilka minut, obejrzał zeszyty od religii, rozdał obrazki. Pod dwójką poprosił o przechowanie ciężkiej kurtki, po którą wróci przed wyjściem. Pod siedemnastką, gdzie starsza kobieta miała nieobecne oczy, spytał, czy może w czymś pomóc. Złożył życzenia. Zrobił, co trzeba, ale nic więcej. No tak, jeszcze jeden szczegół – nie pamiętał, pod którym numerem, ale w jednym z mieszkań, gdzie ojciec rodziny rozgadał się o fi nansowych kłopotach, pomyślał z przykrością, że nikt nie pyta go o to samo. „Co księdza martwi, co cieszy?”… Przecież mogliby go o to zapytać. Mogliby się zainteresować, dlaczego, zamiast czytać modlitwy wczesnochrześcijańskie albo skupić się na wizytach, przez cały dzień gapił się w telewizor. Co by im odpowiedział? Pewnie zadałby im to samo pytanie, które oni zadali jemu. „To wy mi powiedzcie – wykrzyknąłby – dlaczego nic mnie nie ożywia, nie cieszy? Dlaczego pytam wciąż o to samo, dlaczego proszę zawsze o zeszyty, nie wchodząc w nic głębiej? Dlaczego nie pytam was o dzieciństwo, o jego bajeczność i koszmar? Dlaczego nie pytam, czy spędziliście kiedyś noc prawdziwej miłości, lecz również dzień prawdziwej miłości? Czy spędziliście dobę lub tydzień przy łóżku umierającego? Czy baliście się kiedyś o życie swoje lub bliskich?”. Tak, tak właśnie by im powiedział. I jeszcze: „Czy myślicie, że pasterz jest tylko po to, by karmić? Czy myślicie, że sam nie potrzebuje się żywić, i to świeżym pokarmem? Wciąż mi dajecie to samo – rzuciłby im prosto w twarz, w tę ich zadowoloną z siebie świąteczność – i zalega mi już to na żołądku. Ciągle te same krochmalone twarze i obrusiki, te same zeszyty, te same ofiary wciąż w tych samych kopertach. Ta sama miłość przykładna, a nigdy taka, której łaknąłbym sam. Taka, którą, patrząc na was, oglądałbym przez ten kwadrans jak fi lm, w ożywieniu. Z której widokiem wyszedłbym nieszczęśliwy, że sam takiej nie mam, ale i szczęśliwy, że taka w ogóle istnieje, i że to ich spełnienie spotyka się z moją samotnością”. Zakręciło mu się w głowie. Użył słowa „samotność” i poczuł, że jest ono trafne. Trafne i przeklęte, bo przecież nie miał prawa czuć się samotny. Zawsze powtarzano, że księdza ten stan nie dotyczy,

74

BOŻE NA RODZEN IE / JA ROSŁ AW MIKOŁ AJEWSKI /


bo przecież ma Jego, Tego, który jest początkiem i końcem, nadzieją wbrew nadziei, obietnicą, spełnieniem. Natychmiast pomyślał o grzechu, jakim było poczucie osamotnienia. Choć przecież niewypowiedziane. Zaledwie pomyślane w tej porywczej chwili, kiedy przyszło mu do głowy, co by powiedział, gdyby wizyta duszpasterska była nie kazaniem, tylko rozmową. Taką, że ja ich proszę o zeszyt, a oni mnie pytają, czy mam z kim porozmawiać, kiedy jest wieczór i nie chce mi się odmawiać brewiarza. Że ja ich pytam, czy zaglądają do Ewangelii, a oni mnie, jaki fi lm chciałbym obejrzeć, jakie lubię kino. No więc to grzech, czy nie grzech – że samotność sama mi przyszła do głowy, niewypowiedziana ustami, tylko żrąca nieustępliwą kroplą od mózgu do gardła i dalej? Przez serce do krzyża i lędźwi, do nóg, po czubki palców. Uniósł rękę, żeby zastukać pod dwudziesty pierwszy, i kto wie, czy by to w końcu zrobił, gdyby nie plastikowy klekot judasza pod dwudziestką, szum zamka, lekki ruch klamki i snop światła pomiędzy futryną a drzwiami oznaczonymi dwudziestką. Odwrócił się i zobaczył w szczelinie kobietę. Ubraną domowo, codziennie, jak loretańska madonna Caravaggia. Z odsłoniętym obojczykiem. Była równie ładna jak ona, lecz pozbawiona jej zawadiackiego tupetu. – Przepraszam – powiedziała wyraźnie speszona. – Przyglądam się księdzu przez dłuższą chwilę i mam wrażenie, że źle się ksiądz czuje. Czy coś panu… księdzu jest? Mogę pomóc? •

Jarosław Mikołajewski – ur. 1960, poeta, tłumacz języka włoskiego, eseista, dziennikarz. W latach 2006–2012 dyrektor Instytutu Polskiego w Rzymie. Ostatnio wydał zbiór opowiadań Dolce vita, wybór wierszy Cesarego Pavesego Przyjdzie śmierć i będzie miała twoje oczy, a także Dzień po dniu – wybór wierszy Giuseppe Ungarettiego. Mieszka w Warszawie.

/ WIZYTA DUSZPASTERSK A

75


CO TO BĘDZIE ZA DZIECIĘ...? ••• To, że pasterze jako pierwsi dowiadują się o narodzinach Zbawiciela, oznacza, że Jezus przychodzi w sposób szczególny właśnie do takich ludzi. Do tych najsłabszych, kalekich, do tych, którzy wcale nie należą do najpobożniejszych.

FOT . CHRIS JAMESON

/

CORBIS

Z siostrą Judytą Pudełko PDDM rozmawia Dominik Jarczewski OP


DOMINIK JARCZEWSKI OP: Prologiem historii Jezusa jest dobrze znana scena zwiastowania. Czym wyróżniła się Maryja, że anioł przyszedł akurat do niej? JUDYTA PUDEŁKO PDDM: Niewiele o niej wiemy. Skoro była zarę-

czona z Józefem i przygotowywała się do zamążpójścia, mogła mieć, zgodnie z panującym wtedy zwyczajem, 12–13 lat. Pozornie niczym się nie wyróżnia spośród innych dziewcząt mieszkających w Nazarecie. Ciekawe jest też to, że Nazaret wcześniej w ogóle nie pojawia się na kartach Biblii. Nawet przez jakiś czas powątpiewano w jego historyczne istnienie…

To prawda. Dopiero szczegółowe badania archeologiczne, przeprowadzone w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, wykazały istnienie osady na tym terenie w czasach Jezusa. Dotąd poza świadectwem ewangelistów nie mieliśmy innych dowodów. Ewangelista pokazuje w ten sposób, że Pan Bóg przychodzi do bardzo zwyczajnych ludzi. Wiąże się z osobami, które nie wydają się niczym wyróżniać. Pozory jednak mylą – anioł nazywa tę niepozorną dziewczynę kecharitomene… Pełną łaski…

Czyli osobą, na którą ta łaska została wylana w sposób niezwykły i jedyny w swoim rodzaju, czego skutki trwają cały czas. Już ten tytuł wskazuje, że Maryja nie jest taką zwyczajną dziewczyną. Jej reakcja na słowa anioła sugeruje, że nie jest świadoma swojej niezwykłości.

Zupełnie nie ma o tym pojęcia. Jest bardzo skromna. Uważa siebie za osobę mało znaczącą i wszystko, co się dzieje w jej życiu, przypisuje Bogu. O tym, że w szczególny sposób została wybrana i obdarowana

78

BOŻE NA RODZEN IE / JUDYTA PUDEŁKO PDDM /


przez Boga, mówią nam inne osoby: Józef, Elżbieta, która nazywa ją „matką Pana”, pasterze, mędrcy, w końcu starzec Symeon. Wszystkie te elementy będą się układały w życiu Maryi w swoistą mozaikę i będą pokazywały, że to, co się zaczęło w Nazarecie, to, co usłyszała z ust anioła, jest prawdą i że rzeczywiście została zaproszona do niezwykłej misji. To bardzo ważne dla naszego przeżywania wiary. Czasem chcielibyśmy otrzymać taki jeden, wyraźny znak i na nim wszystko zbudować. Tymczasem przykład Maryi pokazuje, że owszem, jest ten

•••

pierwszy impuls, ale potem zo-

M A RYJA MOG Ł A

staje on potwierdzony całą kon-

WTAJEMNICZYĆ JÓZEFA

figuracją znaków, które dopiero

W RZECZY WISTOŚĆ BOŻEGO

razem utwierdzają ją w wierze.

PL A NU I ON MÓG Ł SIĘ ZWYCZ AJNIE PRZER A ZIĆ .

Maryja stanowi wzór dla caNO BO KTO CZUJE SIĘ NA SIŁ ACH , BY ZOSTAĆ łego Kościoła. Jej „tak” jest furtką PRZYBR A NYM OJCEM na początku wędrówki wiary. SYNA BOŻEGO? Co ważne, tę wiarę Maryja też musiała pogłębiać. Choć była bez grzechu, niepokalanie poczęta, musiała nieustannie wzrastać w swojej wierze. Tym bardziej że to, czego doświadczyła, było jedyne w swoim rodzaju. Do tej pory bowiem nigdy wcześniej nie zdarzyła się tak niezwykła ingerencja Boga w historię Zbawienia. To niesamowicie radosne spotkanie, ale anioł odchodzi, a Maryja zostaje w ciąży, bez męża – niewesoła sytuacja…

Możemy zadać pytanie, dlaczego Pan Bóg tak to dziwnie sobie wymyślił. Chociaż Maryja jeszcze ostatecznie nie mieszkała ze swoim mężem, to była już zaręczona, czyli przynależała prawnie do przyszłego męża. Mogła go już zatem zdradzić…

/ CO TO BĘDZIE Z A DZIECIĘ...?

79


Mogła. W okresie rocznego przygotowania, między zaręczynami i zaślubinami, każda ze stron była do czegoś zobowiązana. Mężczyzna powinien w tym czasie zbudować dom albo zasadzić winnicę. Udowadniał w ten sposób rodzinie panny młodej, że może być dobrym mężem i ojcem. Natomiast narzeczona musiała w tym okresie bezwzględnie zachować dziewictwo – aż do momentu przeprowadzki do domu pana młodego. A Maryja była jeszcze przed taką przeprowadzką. Pyta anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?

To pytanie można interpretować na dwa sposoby. Ojcowie Kościoła (szczególnie św. Augustyn) tłumaczyli, że Maryja chciała w swoim życiu zachować dziewictwo. Jest to o tyle problematyczne wyjaśnienie, że w czasach Maryi dziewictwo nie było ideałem. Ideałem było macierzyństwo i stąd też taka myśl mogła się wydawać dziwna. Jednak trzeba też wziąć pod uwagę, że Maryja była w sposób niezwykły obdarowana przez Boga i więź z Nim przeżywała w sposób o wiele głębszy niż inne izraelskie dziewczęta. Była wy••• pełniona łaską Bożą, stąd mogła EWA NGELIŚCI NIE PODAJĄ NA M myśleć o tym, by całe swoje życie DOK Ł A DNIE GODZINY, poświęcić Panu Bogu. O KTÓR EJ URODZIŁ SIĘ JEZUS . Istnieje też druga odpowiedź. Maryja zadaje sobie pytanie: Jak TA POR A WI Ą ŻE SIĘ R ACZEJ Z PASTERZ A MI , DO KTÓRYCH ja teraz pocznę dziecko, skoro jeWI A DOMOŚĆ O NA RODZENIU stem właśnie w tym czasie, kiedy JEZUSA DOCIER A W NOCY. absolutnie nie mogę tego zrobić? Skąd się to dziecko weźmie? Ja i mój narzeczony dopiero przygotowujemy się do małżeństwa. Jak Pan Bóg zadziała w tej sytuacji? Czy On przekroczy te wszystkie prawa, którymi ja, jako wierna Izraelitka, jestem związana? Tu jest właśnie ta niezwykła otwartość Maryi – stawia pytania, uczy się współpracy z Bogiem. Józef, człowiek sprawiedliwy, postanawia postąpić honorowo i oddalić Maryję. Na czym to miało polegać?

80

BOŻE NA RODZEN IE / JUDYTA PUDEŁKO PDDM /


Małżeństwo było kontraktem prawnym zawieranym zazwyczaj między rodzicami panny młodej i pana młodego. W pewnym momencie ciąża Maryi wyszła na jaw i Józef, który ją kochał, nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć. I tu znów mamy dwie możliwości. Maryja mogła wtajemniczyć Józefa w rzeczywistość Bożego planu i on mógł się zwyczajnie przerazić. No bo kto czuje się na siłach, by zostać przybranym ojcem Syna Bożego? Dlatego Józef postanowił się wycofać, czyli anulować kontrakt małżeński. Istnieje też druga możliwość, że Maryja nic nie powiedziała Józefowi, a on przypuszczał, że wybrała sobie innego mężczyznę. Oddalenie Maryi w takiej sytuacji byłoby czynem więcej niż honorowym. W mentalności semickiej, jeśli narzeczona czy żona zdradzała, traktowano to jako wielką plamę na honorze mężczyzny. Józef wybrał dobro Maryi. Oddalenie znaczyłoby tyle, co powiedzenie: Bądź szczęśliwa z tym, którego kochasz i którego dziecko nosisz. Chciał jej ofiarować wolność wyboru, ale na szczęście w tym momencie zainterweniował Pan Bóg, wskazując mu właściwą drogę. Ta droga prowadzi do Betlejem. O co chodziło ze spisem ludności, o którym wspomina święty Łukasz?

Palestyna w czasach Jezusa wchodziła w skład Cesarstwa Rzymskiego. Aby można było ściągać podatki, urzędnicy cesarscy musieli wiedzieć, ilu mieszkańców zamieszkuje poszczególne prowincje. I w tym celu co jakiś czas przeprowadzano spisy ludności. Takie spisy mogły być powszechne lub lokalne. Spis, o którym mowa w ewangelii, był najprawdopodobniej spisem lokalnym i jako taki nie został udokumentowany. Mógł go zarządzić na przykład Herod Wielki. To chyba nie było zbyt praktyczne – taka wędrówka do Betlejem. Co z tego, że Józef stamtąd pochodził, skoro mieszkał w Nazarecie i tam płacił podatki?

W spisie nie chodziło o miejsce zamieszkania, ale o przynależność rodową. Co ważne, spis dotyczył tylko mężczyzn, więc Maryja nie

/ CO TO BĘDZIE Z A DZIECIĘ...?

81


musiała wcale w nim uczestniczyć. Ale z jakiegoś powodu poszła z Józefem i zbiegło się to akurat z narodzinami Jezusa. W ten sposób Jezus mógł się narodzić w mieście Dawidowym. To znaczy?

Betlejem było małą mieściną, ale było ważne, ponieważ narodził się w nim Dawid, najbardziej sławiony król w historii biblijnego Izraela. Panowanie Dawida wspominano jako czas największej pomyślności kraju i życzono sobie, żeby pojawił się kiedyś nowy Dawid i przywrócił utraconą świetność, wyzwolił lud z niewoli. Właśnie tego rodzaju oczekiwania zostały określone mianem oczekiwań mesjańskich. O tym mówi też prorok Micheasz w piątym rozdziale, wskazując, że nowy pasterz również narodzi się w Betlejem. Ten Pasterz ukazuje się pasterzom.

Tereny w pobliżu Betlejem były terenami pasterskimi, a i Dawid, nim został królem Izraela, był pasterzem. Łatwo przy tym zapomnieć, że postać pasterza jest w Biblii ambiwalentna. Z jednej strony, Bóg nazywa się pasterzem swojego ludu, kolejni królowie też są nazywani pasterzami, a z drugiej strony, pasterze nie byli szanowanymi ludźmi. I nie chodzi tu tylko o sytuację materialną. Brak szacunku wiązał się przede wszystkim z tym, że przemieszczając się ze swoją trzodą w poszukiwaniu pokarmu, nie byli w stanie w sposób wierny i szczegółowy praktykować prawa mojżeszowego. Byli w jakiś sposób pogardzani, szczególnie przez tych bardziej pobożnych, uczonych w piśmie czy faryzeuszy. To, że pasterze jako pierwsi dowiadują się o narodzinach Zbawiciela, oznacza, że właśnie do takich ludzi przychodzi Jezus. Do tych najsłabszych, kalekich, do tych, którzy wcale do najpobożniejszych nie należą. Również pora narodzin jest dziwna. Chciałoby się, by tak ważne wydarzenie dokonało się w samo południe. Tymczasem Chrystus rodzi się w środku nocy – ciemno, zimno – najgorsza możliwa pora.

82

BOŻE NA RODZEN IE / JUDYTA PUDEŁKO PDDM /


Ewangeliści nie podają nam dokładnie godziny, o której urodził się Jezus. Ta pora wiąże się raczej z pasterzami, do których wiadomość o narodzeniu Jezusa dociera w nocy. Zresztą noc w rozumieniu biblijnym ma bardzo ciekawe znaczenie – symbolizuje władzę ciemności, która sprzeciwia się światłu, sprzeciwia się Bogu. Z jednej strony, jest to moment jakiejś tajemnicy, zagrożenia, niepewności, a z drugiej strony, wszelkiego rodzaju Boże interwencje w historii zbawienia ••• odbywały się właśnie w nocy. SPIS DOTYCZYŁ TYLKO W tradycji pozabiblijnej, w tarM ĘŻCZYZN , WIĘC M A RYJA NIE MUSI A Ł A WC A LE gumie palestyńskim, mamy tzw. Poemat czterech nocy, mówiący W NIM UCZESTNICZYĆ . A LE Z JA KIEGOŚ POWODU o Bożych interwencjach, które POSZŁ A Z JÓZEFEM dokonały się właśnie o tej porze. I ZBIEG ŁO SIĘ TO A KUR AT Pierwszą taką interwencją było Z NA RODZINA MI JEZUSA . Stworzenie, drugą – Boża obietnica dana Abrahamowi, trzecią – noc paschalna, a czwartą miało być przyjście Mesjasza. Również u proroków można znaleźć ciekawe tropy. Grecki przekład fragmentu Księgi Zachariasza (6,12) o Mesjaszu tłumaczy „odrośl” jako „wschód słońca”. Wskazuje, że Mesjasz to będzie ktoś, kto przyniesie światło pośród ciemności. W podobnym duchu utrzymane jest też czytanie, które słyszymy w czasie pasterki : „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką” (Iz 9,5). Ludzie, którzy żyją w ciemnościach grzechu, otrzymują światło. Światło nie tylko dla wiernych, ale również, jak powie starzec Symeon, „na oświecenie pogan”. Tych pogan też mamy w Betlejem. Kim byli tajemniczy trzej mędrcy?

To jest bardzo ciekawa historia. W naszej tradycji mówimy o trzech królach, ale ewangelista Mateusz nazywa ich magami. Tacy magowie nie za dobrze się kojarzą?

/ CO TO BĘDZIE Z A DZIECIĘ...?

83


Tak, ponieważ nawiązują do astrologów, których było sporo w Mezopotamii, i do wróżbitów na dworze faraona. Kojarzą się też z konfrontacjami między obcymi bóstwami a Bogiem Izraela. Józef Egipski rywalizuje z wróżbitami egipskimi, a Daniel – z babilońskimi, i obaj wygrywają. Tutaj jednak magowie są przedstawieni w sposób niezwykle pozytywny. Możemy zapytać, skąd mogła pochodzić ta tradycja. Otóż w Księdze Liczb mamy bardzo ciekawą postać proroka Balaama, którego Filon z Aleksandrii nazywa właśnie magos. Balaam zostaje wezwany przez króla Moabu, Balaaka, żeby złorzeczył Izraelowi. Tak się jednak nie dzieje, bo Balaama opanowuje duch Boży i zaczyna błogosławić Izraela oraz wygłasza wspaniałe proroctwo mesjańskie. Mówi w nim o wschodzącej gwieździe z Jakuba. Gwieździe betlejemskiej?

W pewnym sensie tak. Możemy znaleźć podobieństwo między Balaamem a naszymi mędrcami. Zobaczmy, że ten pogański prorok nie dał się zmanipulować swojemu królowi i z niezwykłą gorliwością szukał prawdy. Ta sama gorliwość ••• prowadzi tajemniczych magów, JEZUS DL A JÓZEFA I M A RYI którzy odnajdują znak – gwiazdę, TEŻ BY Ł TAJEMNIC Ą . wskazującą na narodziny jakieWIEDZIELI OD POCZ ĄTKU, goś niezwykłego króla. W staroŻE UCZESTNICZ Ą W JA KIMŚ żytności bowiem powszechnie NIEZWYK ŁYM BOŻYM PL A NIE , uważano, że każdy człowiek ma A LE MYŚL Ę , ŻE JEZUS ICH swoją gwiazdę i to, co się dzieje NIEUSTA NNIE Z ASK A KIWA Ł . na ziemi, odpowiada temu, co się dzieje na niebie. Pojawienie się jakiejś niezwykłej, jasnej gwiazdy wskazywało więc na narodziny nieprzeciętnej osobowości. Co ciekawe, istnieje też tradycja, że królowa z Saby była prowadzona do Salomona przez gwiazdę. Można sobie postawić pytanie, czy przypadkiem ewangelista Mateusz nie chciał nam pokazać, że Jezus

84

BOŻE NA RODZEN IE / JUDYTA PUDEŁKO PDDM /


jest synem Dawida, czyli nową mądrością Bożą, nowym Salomonem, do którego zmierzają narody pogańskie i pragną oddać Mu cześć. Swoi natomiast nie potrafią Go rozpoznać…

Mateusz pokazuje bardzo wyraźny kontrast między postawą mędrców a postawą króla Heroda. Oni szukają, przemierzają daleką drogę, a mieszkający blisko, w Jerozolimie Herod odrzuca Mesjasza. Tego Heroda to my znamy raczej z jasełek. A z drugiej strony, archeologia pokazuje go jako genialnego organizatora, budowniczego, który rozbuduje świątynię jerozolimską. To w końcu geniusz czy zakompleksiony wariat?

Myślę, że jedno i drugie da się pogodzić. Świadectwa pozabiblijne mówią nam, że Herod, przy całym swoim geniuszu, był niezwykle żądny władzy. Nie będąc z pochodzenia Żydem, potrafi ł zyskać przychylność imperium rzymskiego do takiego stopnia, że otrzymał koronę króla żydowskiego. I mając taki kompleks bycia nie-Żydem, nieakceptowanym przez lud, cały czas się lękał i trwożył, żeby nikt mu tej korony nie odebrał. Mamy liczne świadectwa mordów, których Herod dokonywał z lęku o władzę. Po kolejnym mordzie, dokonanym tym razem na jego dwóch synach: Aleksandrze i Arystobulu, sam imperator Oktawian August miał powiedzieć: „Lepiej jest być świnią Heroda niż jego synem”. Stąd też nie może nas dziwić jego zachowanie. Wiadomość o nowonarodzonym Królu wzbudziła nowe podejrzenia, lęki i kolejne wyroki śmierci. Giną niewinni – święci „młodziankowie”. Tacy dziwni męczennicy, co nie wiedzieli nawet, za kogo giną…

Oni nie wiedzieli, ale Herod i mędrcy – tak. Ewangelia Mateusza bardzo jasno pokazuje, że Herod dokonuje mordu dzieci w obawie przed przyjściem Mesjasza. I młodziankowie oddają życie po to, aby

/ CO TO BĘDZIE Z A DZIECIĘ...?

85


ów Mesjasz mógł przeżyć i dokonać zbawienia. W tym sensie zostają włączeni w zbawczą misję samego Jezusa. Jezus – Syn Boży zostaje po czterdziestu dniach ofiarowany w świątyni, a Maryja składa ofiarę oczyszczenia. O co chodziło z tym oczyszczeniem?

Kobieta, która urodziła dziecko, wchodziła w stan nieczystości rytualnej. W związku z tym po urodzeniu chłopca przez 40 dni przebywała w odosobnieniu. W tym czasie powracała do sił po porodzie, ale była też wyłączona z życia wspólnoty, również z kultu. Po czterdziestu dniach dokonywała rytualnego obmycia w mykwie i składała dwie ofiary: jedną – dziękczynną, drugą – przebłagalną. Według prawa miał to być baranek oraz gołąb lub synogarlica. Jeżeli ktoś był uboższy, mógł złożyć skromniejszą ofiarę, a więc parę synogarlic lub dwa młode gołębie. I ta ofiara, o której wspomina ewangelista Łukasz, była związana z zakończeniem tzw. nieczystości rytualnej w życiu Maryi. Przy tej okazji należało też „wykupić” pierworodnego. Jezus został wykupiony, czy nie?

To osobna kwestia, bo według tego, co mówi nam Księga Wyjścia, wszystko, co pierworodne, należy do Boga i trzeba to wykupić. Księga Liczb podaje nawet dokładną cenę i jest to pięć szekli. Natomiast w Ewangelii Łukasza nie ma mowy o tego rodzaju opłacie. Jezus został tylko przedstawiony w świątyni Boga. Co to więc oznacza? Jezus nie przestaje przez całe swoje życie należeć do Boga. W scenie ofiarowania w świątyni możemy zauważyć nawiązanie do tego, że życie Jezusa jest w ręku Boga i zostanie w sposób szczególny Bogu oddane. To już taka subtelna aluzja do śmierci. To dlatego już w tym momencie Symeon mówi Maryi o mieczu boleści?

Tak. Ale Symeon jest też bardzo ciekawą postacią z innego powodu. To starzec, który symbolizuje cały biblijny Izrael oczekujący

86

BOŻE NA RODZEN IE / JUDYTA PUDEŁKO PDDM /


na Mesjasza. Wśród Żydów istniała tradycja, żeby imię i zawód przekazywać z ojca na syna. Z czym się to wiązało? Ano z tym, że istniało przekonanie, że jeżeli ja nie ujrzę Mesjasza, to będę mogła go zobaczyć oczyma moich potomków, moich prapraprawnuków. To oczekiwanie na Mesjasza było ogromne. Symeon również pragnął go zobaczyć. I Bóg obiecał mu, że on tego Mesjasza ujrzy – nie oczami syna, ale osobiście. Trudno więc się dziwić jego wzruszeniu. Towarzyszy mu prorokini Anna. Taka ciekawa para staruszków…

Ciekawa para, bo taka też jest koncepcja w Ewangelii Łukasza, w której bardzo często obok mężczyzn występują kobiety. Sama Ewangelia zaczyna się przecież od dwóch zwiastowań: Zachariaszowi i Maryi. Do świątyni powracamy w kolejnej scenie z życia Świętej Rodziny. Mija 12 lat i Jezus gubi się rodzicom. Jak to możliwe?

Pytanie tylko, czy rzeczywiście się gubi. Ale po kolei. Tekst mówi nam coś bardzo ważnego o relacjach panujących w rodzinie Jezusa. Otóż Jego rodzice mieli do Niego ogromne zaufanie. Nie pilnowali Go, nie trzymali za rękę, ale pozwolili przebywać w towarzystwie przyjaciół i byli przekonani, że razem z nimi powraca po zakończonych uroczystościach święta Paschy do Nazaretu. Dopiero później zorientowali się, że tak nie było. I zaczęli Go szukać. Jezus jednak się nie zagubił, tylko całkiem świadomie pozostał w Jerozolimie. Dlaczego?

Jezus ma 12 lat. Dochodzi więc do bardzo ważnego etapu w życiu każdego Izraelity, w którym zaczyna świadomie przeżywać swoją więź z Panem Bogiem. Wiąże się to z rytem bar-micwy, podczas której młody Żyd samodzielnie czyta i komentuje księgę Prawa. Prawdopodobnie wizyta w świątyni zbiegła się z tym przełomowym momentem w życiu Jezusa. Poczuł się nie tylko dorosłym Izraelitą, ale zdał sobie

/ CO TO BĘDZIE Z A DZIECIĘ...?

87


sprawę z niezwykłej więzi, która łączy go z Bogiem. Myślę, że tak Go to zafascynowało, iż pozostał w świątyni, a ściśle rzecz biorąc, w jej krużgankach, gdzie spotykali się uczeni. I może właśnie w tym momencie Jezus odkrył swoje powołanie do bycia nauczycielem. Pozostaje zatem w świątyni, rozmawia, dyskutuje. I to jest też zadziwiające, że zachowuje się nie jak uczeń, czyli nie siedzi u stóp nauczycieli, ale – między nimi, jak równy. Wszyscy są zadziwieni… Ale nikt Mu nie przeszkadza.

Ponieważ widzą, że ten chłopiec jest niezwykły, absolutnie przerasta rówieśników swoją mądrością. Jezus jak gdyby zapomina, że jest dwunastoletnim chłopcem, że jest synem Józefa i Maryi i że powinien z nimi wrócić do Nazaretu. Na pewno nie zrobił tego celowo, nie chciał ich zdenerwować ani sprawić im bólu. Dopiero gdy Maryja przywołuje Go do porządku i mówi: To, co uczyniłeś, sprawiło nam ból, martwiliśmy się o Ciebie, Jezus orientuje się, że to Jego głębokie doświadczenie wewnętrzne nie było tak obecne w życiu Józefa i Maryi. Chciał rozpocząć już swoją publiczną działalność, głosić, być nauczycielem. Słowa Maryi przekonują Go, że jeszcze jest na to za wcześnie, że będzie musiał poczekać. To zdarzenie prowokuje jeszcze inne pytanie. Jezus został w domu Swojego Ojca, a jego rodzice zapomnieli, kim On naprawdę jest?

Jezus dla Józefa i Maryi też był tajemnicą. Wiedzieli od początku, że uczestniczą w jakimś niezwykłym Bożym planie, ale myślę, że Jezus ich nieustannie zaskakiwał. Bo z jednej strony, zachowywał się tak samo jak inni mali chłopcy. Zresztą Ewangelista bardzo zwięźle nam przekazuje, że Jezus „czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2,52), czyli podlegał normalnym prawom dojrzewania. Ale z drugiej strony rodzice Jezusa przeczuwali, że mają do czynienia z Kimś niezwykłym. Jednak na razie nie potrafi li odpowiedzieć na pytanie, kim jest ich syn. Musieli się tego dopiero nauczyć.

88

BOŻE NA RODZEN IE / JUDYTA PUDEŁKO PDDM /


To odkrywanie zawarte jest w powtarzających się słowach, że „Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19).

To ważne dla nas, bo pokazuje, w jaki sposób dojrzewa człowiek wiary. Dużo się dzieje: pojawiają się nowe postaci, nowe słowa i wszystko to staje się dla Maryi przestrzenią medytacji. Tekst Łukaszowy mówi dosłownie, że Maryja „gromadziła wszystkie te sprawy”, czyli dodawała jedne do drugich. I dopiero wszystkie te wydarzenia razem wzięte zaczynały tworzyć w jej sercu obraz, który wskazywał na Boże działanie i tajemnicę, w której ona uczestniczy. Tajemnicę, w którą trzeba się zagłębić. To oczywiście jest zaproszenie i dla nas, aby z jednej strony rozważać Boże słowo, bo w nim znajduje się prawda o tajemnicy Mesjasza, a z drugiej strony, również wydarzenia naszego życia czynić przestrzenią medytacji i spotkania z Bogiem. • rozmawiał Dominik Jarczewski OP

Judyta Pudełko PDDM – ur. 1974, należy do Zgromadzenia Sióstr Uczennic Boskiego Mistrza, doktor teologii biblijnej, wykładowczyni Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie. Członkini Stowarzyszenia Biblistów Polskich i przewodniczka grup pielgrzymkowych w Ziemi Świętej. Jest również zaangażowana w duszpasterstwo biblijne i popularyzowanie Lectio divina. Mieszka w Warszawie.

/ CO TO BĘDZIE Z A DZIECIĘ...?

89


DOMINIKANIE NA OKTAWĘ Boże Narodzenie, 25 grudnia 2013 roku

Zawrót głowy Iz 52,7–10• Ps 98 • Hbr 1,1–6 • J 1,1–18 Święty Grzegorz z Nyssy, komentując szóste błogosławieństwo: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą”, przyznał, że czytając te słowa, czuje się oszołomiony jak ktoś, kto patrzy na morze, stojąc na brzegu górującego nad nim klifu. Oglądać Boga, którego „nikt nigdy nie widział” (J 1,18), ponieważ jest tak różny od wszystkiego, z czym spotykamy się na co dzień, to największa i najbardziej tajemnicza obietnica ze wszystkich. Obietnica, która może przyprawić o zawrót głowy. Podczas wędrówek po górach nie raz zakręciło mi się w głowie, gdy stawałem nad przepaścią. Jednak najbardziej pamiętny zawrót głowy przydarzył mi się w zupełnie innych okolicznościach. Było to w Nazarecie, kiedy klęczałem przed małą, okopconą przez ogień świec grotą, w której stoi skromny ołtarz z łacińskim napisem: „HIC Verbum caro factum est” – „TUTAJ Słowo stało się ciałem”. TUTAJ młoda Żydówka zgodziła się być matką Boga. Jedno z najbardziej tajemniczych zdań, które znajdujemy w Ewangelii. Trudno to sobie wyobrazić, a jeszcze trudniej zrozumieć. Bezpośredniość owego TUTAJ sprawia, że człowiek jest bezbronny, powala na kolana. Pasterze, którzy nocą szukali w Betlejem nowonarodzonego Dziecka, ledwo przeczuwali, z jak wielką tajemnicą mają do czynienia. Mając przed oczami

90

niemowlę, oglądali Boga, którego „nikt nigdy nie widział”. Nowe życie, na które nie sposób patrzeć inaczej jak na cud, tutaj niesie ze sobą największy z cudów. Powszechny cud, dzięki któremu ta tajemnica nie powoduje, że człowiek jest zmieszany, ale raczej zaprasza do zachwytu połączonego z miłością. Obecność Boga w ludzkim sercu, to, że nosimy w sobie Jego życie, Jego miłość, Jego prawdę, jest cudem, który ukrywa się pod osłoną codzienności. Cudem, z którym się zżyliśmy, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Czasem tylko, w takie dni jak dzisiaj, przypominamy sobie, że jest to tajemnica, która przyprawia o zawrót głowy. •

DOM I N IK A N I E NA OKTAW Ę / 25 GRUDNI A 2013 ROKU

Rafał Wędzicki OP


Święto św. Szczepana, 26 grudnia 2013 roku

Okładka Dz 6,8–10; 7,54–60 • Ps 31 • Mt 10,17–22 Wkurzyłem się . Zajrzałem bowiem do Dziejów Apostolskich, aby się dowiedzieć czegoś więcej na temat „rozprawy ze Szczepanem” i okazało się, że to nie była ani dyskusja, ani kłótnia, ani rozprawa, ale regularne oskarżenie Szczepana przez jego adwersarzy. Dyskutowali wcześniej. „Nie byli jednak w stanie sprostać mądrości i Duchowi, pod wpływem którego przemawiał” (Dz 6,10). Dlatego podstawili fałszywych świadków, podburzyli lud, pojmali Szczepana i zaprowadzili go przed Wysoką Radę. Wkurzyłem się jeszcze bardziej, gdy zobaczyłem, że z całej tej historii wycięto mowę Szczepana. Tak, mowa jest długa i nieprawdopodobnie piękna. Trzeba ją samemu przeczytać w świąteczne popołudnie, aby zrozumieć, dlaczego przeciwnikom Szczepana skoczyło ciśnienie. Krótko mówiąc – cała ta historia czytana z ambonki przez lektora wygląda jak okładka książki, z której wyrwano wszystkie kartki. Książek tak się nie traktuje. Historii tak się również nie traktuje, ponieważ stają się zwyczajnie nudne. No dobrze, siedzimy w kościele w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Z przejedzenia chce się spać, tłum ludzi wokół, kolędy wciąż brzmią pięknie, choinki pachną, światełka błyszczą. A przed nami jeszcze perspektywa trzech wolnych dni, najdłuższego

weekendu nowoczesnej Europy. Na co warto zwrócić uwagę w okładkowej historii świętego Szczepana? Po pierwsze – emocje powoli opadają – na wizję św. Szczepana, o której mówi czytanie. Zazwyczaj mam dystans do wizji, ale gdybym miał ją opisać współczesnym językiem, to powiedziałbym tak: JEZUS JEST PANEM. Ja to widzę, kocham, wiem. Koniec. Kropka. Po drugie – już na spokojnie – takie wyznanie wiary niekoniecznie musi prowadzić do śmierci. Prędzej do życia, tego bardziej prawdziwego, do życia z Jezusem na co dzień. W naszych czasach okładka decyduje o sprzedaży książki czy czasopisma. Mnie ta okładkowa historia św. Szczepana sprowokowała do sięgnięcia po Pismo Święte i zagłębienia się w nią. Już mam ochotę na następną… • Marek Kosacz OP

26 GRUDNI A 2013 ROKU / DOM I N IK A N I E NA OKTAW Ę

91


DOMINIKANIE NA OKTAWĘ NIEDZIELĘ Święto św. Jana Ewangelisty, 27 grudnia 2013 roku

Błogosławieni, którzy zobaczyli 1 J 1,1–4 • Ps 97 • J 20,2–8 Widziałeś, widziałaś Boga? Pytanie brzmi niedorzecznie, bo przecież „Boga nikt nigdy nie widział” (J 1,18), a od „Tego Jednorodzonego Boga, który jest w łonie Ojca” dzieli nas dobrych dwadzieścia wieków. Na własne objawienie prywatne też raczej nie ma co liczyć… Czyżby? Nieraz zazdroszczę uczniom św. Jana, że mogli siedzieć u jego boku i adorować oczy, które widziały Zmartwychwstałego. Bo przecież te oczy nie mogły pozostać niezmienione. Zwyczajne, jak gdyby nigdy nic. Niemożliwe, żeby pozostały obojętne na blask „Światłości, oświecającej każdego człowieka” (por. J 1,9). Coś w nich musiało być! Myślę nieraz, że wystarczyło spotkać Jana, usłyszeć kilka prostych słów – w końcu jego Ewangelia mimo całej swej zawiłości zadowala się najuboższym słownikiem spośród pism Nowego Testamentu… Usłyszeć te kilka słów, zobaczyć jego twarz i… uwierzyć. Widząc ucznia, zobaczyć Nauczyciela. W końcu: „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi” (Łk 10,16). Zazdroszczę uczniom Jana, ale czy słusznie? Czy tylko w jego oczach, w jego twarzy odbiło się oblicze Zmartwychwstałego? A święci, szerzej: świadkowie? Matka Teresa, Jan Paweł II, brat Roger, Marie-Dominique Philippe

92

OP, Joachim Badeni OP… I całe mnóstwo moich prywatnych świętych – ludzi o pięknych twarzach. Szukasz dowodów w sprawie Zmartwychwstałego? Poszukaj jego świadków – to znaczy tych, którzy pozwolili, aby i w nich On dokonał swojego Zmartwychwstania. Tych, którzy zdecydowali się umrzeć – dla opinii otoczenia, własnych pomysłów na życie, pielęgnowanych niczym największy skarb kompleksów i słabości. Umarli i z Nim zmartwychwstali. Chcesz pójść krok dalej? Nie obserwuj tylko z bezpiecznego dystansu, ale sam daj się porwać temu Światłu. Pozwól Mu się przemienić. I nie martw się, jeśli nie dostrzeżesz różnicy. Świadectwo nie jest dla twojego samozadowolenia, ale dla wspólnoty. „Życie objawiło się” (1 J 1,2) – ty po prostu tym Życiem żyj! •

DOM I N IK A N I E NA OKTAW Ę / 27 GRUDNI A 2013 ROKU

Dominik Jarczewski OP


Świętych Młodzianków, 28 grudnia 2013 roku

Zbawić, a nie polepszyć 1 J 1,5–2,2• Ps 124 • Mt 2,13–18 W now icjacie był zw yczaj, że w Święto Młodzianków władzę w klasztorze przejmowali nowicjusze. Na jeden dzień najmłodszy z braci zostawał przeorem, z bardzo ograniczonym zakresem praw. Ojcowie natomiast z różnym zaangażowaniem i wprawą podawali do stołu w refektarzu, ostatni wychodzili z klasztornej kaplicy czy chóru, ale kiedy trzeba było już odprawić mszę świętą, to wszystko wracało do starego porządku. Tak czy inaczej zapamiętałem ten dzień jako chwile bardzo radosne, pełne zabawy, śmiechu i testowania ojców, jak daleko sięga granica ich tolerancji wobec naszych młodzieńczych pomysłów. Przez kilka godzin bawiliśmy się w tak zwane dorosłe życie zakonne. Dziś po dwudziestu latach, wspominając tamte chwile, zastanawiam się nad tym, skąd w ogóle taki pomysł wpadł kiedyś komuś do głowy, aby w ten sposób świętować tę ewangeliczną historię? Przecież czytając o tym, jak Herod rękami żołnierzy zabija niewinne dzieci, nikomu nie powinno być do śmiechu. A może to właśnie taka nie do końca świadoma próba poradzenia sobie z tym kompletnie niepasującym do świątecznej atmosfery incydentem. Przecież jeśli zaczniemy się nad tym uważnie zastanawiać i stawiać pytania, to szybko posmutniejemy. Dopiero co Jezus nam się narodził, tak wyczekiwany.

Przygotowywaliśmy się na ten dzień przez cały adwent, może nawet udało się nam być na wszystkich roratach, wyspowiadaliśmy się, byliśmy na pasterce, a tu taki zgrzyt. Po co to wszystko, czy naprawdę musiała tak szybko polać się krew? Ktoś powie, co to za narodziny Boga, które pociągają za sobą śmierć niewinnych dzieci. Ktoś inny powie, że bez przesady, aż tak wiele dzieci nie zginęło. Nawet jeżeli stracił życie jeden chłopiec, to i tak za wiele. Z czystym sumieniem można posadzić Boga na ławie oskarżonych, doskonale Mu znanej, bo przecież nieraz w ciągu wieków był tam sadzany. I niestety nie zawsze z równym zaangażowaniem rehabilitowany. Jeżeli nie radosne odwracanie uwagi ani proste szukanie winnego tej sytuacji, to co nam w ten dzień pozostaje? Dla mnie to okazja do dziękczynienia za to, że Jezus przyszedł na ten świat, aby go zbawić, a nie polepszyć. Kto z nas nie doświadczył we własnym życiu takiej herodowej historii, pełnej niesprawiedliwości, w której na próżno szukać łatwej odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Jezus narodził się w okrutnym świecie i my też w tym samym świecie żyjemy, ale to dzięki Miłości, która jest światłością i zamieszkała między nami, możemy ten świat czynić mniej okrutnym i być tymi, którzy odkrytą i przyjętą miłością dzielą się z innymi. • Maciej Soszyński OP

28 GRUDNI A 2013 ROKU / DOM I N IK A N I E NA OKTAW Ę

93


DOMINIKANIE NA OKTAWĘ NIEDZIELĘ Niedziela Świętej Rodziny, 29 grudnia 2013 roku

Wychowanie do wieczności Syr 3,2–6. 12–14• Ps 128 • Kol 3,12–21 • Mt 2, 13–15. 19–23 Wyobraźmy sobie galaktykę rodzin złożoną z małych, świecących iskierek rozrzuconych we wszechświecie. Święta Rodzina stanowi jej centrum. Jezus, Maryja i Józef w łonie Trójcy Świętej. Jest to centrum życia, światła, dobra, ciepła, rodzinności, centrum czasu i wieczności. Gdzie w tej galaktyce rodzin znajduje się moja rodzina? Im dalej od tego centrum, tym mniej jest życia, tym mroczniej, chłodniej, dziwniej… Nie było mnie jeszcze na świecie, kiedy zmarł mój starszy brat Alesiek. Miał trzy lata. Chciałbym go kiedyś zobaczyć. Zadomowienie się Jezusa Chrystusa w życiu konkretnej rodziny Józefa i Maryi odsłoniło w pełni prawdę, że Bóg troszczy się o rodzinę. We wspólnocie z Bogiem żadne choroby, knowania Herodowe ani śmierć kogoś bliskiego nie mogą zniweczyć autentycznych relacji osobowych. Święta Rodzina: Jezus, Maryja i Józef żyją. Spodziewam się, że Bóg pokaże mi kiedyś w niebie moją własną rodzinę w całej pełni. Nie zostawił mnie samego pośród przeciwności losu, z raną z powodu śmierci brata. Jest Bogiem żyjących. Jest komunią Trzech Osób Boskich, których miłość to jeden płomień. Józef, Maryja i Jezus to również jeden płomień miłości. Miłość małżeńska, rodzina – to wyobrażenie Trójcy. W mojej galaktyce rodzin trzy gwiazdy przyświecały mi w drodze. Były tak jasne, że nigdy nie zwątpiłem

94

w ich posłanie. Gwiazdą dzieciństwa była rodzina. Mój ojciec był człowiekiem silnym, małomównym i pracowitym. Mama wniosła w moje dzieciństwo całą wrażliwość swojego świata. Miała piękny głos, śpiewała w chórze kościelnym. Gdy służyłem do mszy, zawsze go rozpoznawałem. Odwracałem się, ona patrzyła na mnie, ja na nią, uśmiechaliśmy się do siebie i byliśmy szczęśliwi. Gwiazdą dorastania była moja ukochana. Wspaniale było z nią przebywać. Miała czyste spojrzenie. Gwiazda wieku męskiego to Chrystus. Porwał mnie ideał zakonu Braci Kaznodziejów. Dziś, w święto Świętej Rodziny, chcę przypomnieć pewne spotkanie. Zadzwonił do mnie mój przyjaciel i powiedział: „Przyjdź, poznasz moją żonę, dzieci”. Nie dałem się długo prosić. Spędziłem czarujący wieczór. Ogrzałem się ciepłem, które od nich biło. Kolacja odsunęła ode mnie trudy dnia, rozmowa była wzruszająca, a baraszkujące dzieciaki zwracały na siebie naszą uwagę. Jak wspaniałych rzeczy doznawałem, przebywając z tymi ludźmi, którzy swoje małżeństwo uważali za dar Boga. Jakie orzeźwienie! Cóż za jasność myślenia! Cóż za ciepło ich miłości! Oni naprawdę wierzyli w miłość i pili ją łyk po łyku, jak dzieci Boga. •

DOM I N IK A N I E NA OKTAW Ę / 29 GRUDNI A 2013 ROKU

Zygmunt Chmielarz OP


Szósty dzień Oktawy Bożego Narodzenia, 30 grudnia 2013 roku

Ile można czekać? 1 J 2,12–17• Ps 96 • Łk 2,36–40 Policzmy: Anna wyszła za mąż zapewne jako 15–16 latka, jak to było wtedy w zwyczaju. Siedem lat żyła z mężem, a zatem została wdową, gdy miała 23 lata! Być może jej mąż zginął tragicznie, a może był od niej dużo starszy. Prawdopodobnie nie miała dzieci, o czym może świadczyć jej stała obecność w świątyni. 60 lat samotności! I czekania, nie wiadomo na co. Jaki sens ma takie życie? W życiu Anny istnieje przedziwny związek między jej codzienną wiernością Bogu, modlitwą, postami, a tym, że to właśnie ona rozpoznała Zbawiciela. Podobnie jak starzec Symeon jest przedstawicielką „reszty Izraela”, tych, którzy zachowali nadzieję i wierność Bogu. Bogu, który pozostawał niewidzialny, a przecież był bliski. Anna po prostu była wierna, szukała uczciwie Boga, a wierność codziennym rytuałom pozwalała jej zachować nadzieję i to sprawiło, że jej życie u samego kresu nabrało nowego sensu. Zobaczyła Zbawiciela, zaczęła mówić o tym głośno, odzyskała tym samym swoje miejsce w świecie i w społeczeństwie, bo stała się świadkiem i heroldem. A przecież nie musiała być całkiem wolna od zwątpień i momentów goryczy. Spotkanie z Bogiem nadało nowy sens jej mizernemu bytowaniu. Nic przecież nie osiągnęła, nie miała żadnych sukcesów ani dokonań,

a dziś o niej pamiętamy i szukamy w jej osobie wsparcia, gdy sami czujemy się samotni i opuszczeni. W życiu drzewa najważniejszym czasem nie jest wiosna, lecz zima, kiedy w korzeniach magazynowana jest i przerabiana ogromna energia, porównywalna z wybuchem bomby atomowej – oto na wiosnę, w ciągu kilku dni wyrastają gałązki i pąki, ukazuje się to wszystko, co skumulowane było pod ziemią i dojrzewało: w jednej chwili drzewo zmienia swe oblicze! Magiczne! Tak też bywa z ludźmi: kiedy w życiu na pozór nic się nie dzieje – dzieje się bardzo dużo: coś w nas rośnie, coś dojrzewa, nawet jeśli miałoby to trwać 60 lat! Obyśmy tego kiełkującego życia nie zniszczyli goryczą i zniechęceniem. • Jarosław Głodek OP

30 GRUDNI A 2013 ROKU / DOM I N IK A N I E NA OKTAW Ę

95


DOMINIKANIE NA OKTAWĘ NIEDZIELĘ Siódmy dzień oktawy Bożego Narodzenia, 31 grudnia 2013 roku

Kaznodzieja i upływ czasu 1 J 2,18–21 • Ps 96 • J 1,1–18 31 grudnia trudno uniknąć podsumowań. A ponieważ dziś czytamy o Słowie, które było na początku, przyoblekło ciało i zamieszkało wśród ludzi, warto zapytać, jak u mnie w tym mijającym roku było ze Słowem. Mam coś na sumieniu w tej sprawie, jedno zdanie wypowiedziane do mojego współbrata: „Nie miałem kiedy przygotować kazania, muszę się chyba pomodlić”. Uśmiecham się i czerwienię na to wspomnienie. Bo czy trzeba aż tak poważnych tarapatów, żeby odkryć oczywistość, od której należy zaczynać? Pomodlić się o słowo – niby proste, ale tak łatwo o tym zapomnieć. Gdy czytam dziś Janowe słowa: „Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał”, nie myślę wcale o nich – co to niby daleko są od Boga. Nie, myślę o sobie! O ściśniętym sercu kaznodziei, który nie wie, co powiedzieć. Ten uścisk prowadzi niekiedy na drogi niepamięci, że przecież tyle razy byłem ratowany. W wielkiej pustce twórczej przychodziły myśli, intuicje i obrazy. Niby nie wiadomo skąd, a działo się tak jak z poprzednim rozważaniem dla naszego miesięcznika. Termin oddania tekstu mijał, słowa nie chciały się układać w zdania. W desperacji poszedłem na adorację Najświętszego Sakramentu i tam w godzinnej ciszy powstało rozważanie. Wróciłem do celi, napisałem je w ciągu trzydziestu minut. Nigdy wcześniej tak się nie zdarzyło.

96

W Poznaniu przez wiele lat mieszkał wielki mistrz słowa, pisarz żydowskiego pochodzenia, Roman Brandstaetter. Żył z nim w wielkiej acz niełatwej przyjaźni założyciel „W drodze” ojciec Marcin Babraj. Bo nie prosto było przyjaźnić się z mistrzem. Ale Biblię kochał nad życie. Zmagał się o Słowo, spierał się z Nim, jak biblijny Jakub nad potokiem Jabbok. Dla człowieka o żydowskich korzeniach było oczywiste, że w prologu Ewangelii świętego Jana nie powinniśmy czytać, że Słowo było, ale że JEST. Jest przed wiekami, jest teraz, gdy piszę, po prostu JEST. To przecież Imię Najwyższego, którym przedstawił się Mojżeszowi z płonącego krzewu na pustyni: „JESTEM, Który JESTEM”. Potem czytano to jako JAHWE. Za Mistrzem Brandstaetterem czytam więc świętego Jana: „Na świecie JEST Słowo, a świat staje się przez Nie, lecz świat Go nie poznaje”. Tak, to ja Go tyle razy nie rozpoznaję, choć istnieję dzięki Niemu. Ale czytam dalej i znajduję w tekście wielką pociechę: „Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjmują, daje moc, aby się stali dziećmi Bożymi”. Oglądam więc miniony czas, by bardziej uwierzyć, że Słowo wszystko podtrzymuje w istnieniu. I im bardziej przypominam sobie ten mijający 2013 rok, tym bardziej dziękuję i mówię za Janem: „Oglądam Jego chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen Wojciech Prus OP łaski i prawdy”. •

DOM I N IK A N I E NA OKTAW Ę / 31 GRUDNI A 2013 ROKU


Uroczystość Maryi Bożej Rodzicielki, 1 stycznia 2014 roku

Stać się człowiekiem… Lb 6,22–27• Ps 67 • Ga 4,4–7 • Łk 2,16–21 Na ikonie Bożego Narodzenia, którą w czasie Oktawy stawiamy w naszym kościele przy ołtarzu, postacie Maryi i Jezusa są przedstawione w zaskakujący sposób. Maryja została umieszczona w centrum i zajmuje większą część ikony. Ma na sobie purpurową szatę, co podkreśla godność Matki Bożego Syna, lecz Ona sama jest odwrócona od nowo narodzonego Jezusa. Leży i opiera twarz na skale, jakby zmęczona porodem, który się odbył. Również postać Jezusa namalowana jest nietypowo. Jezus – niemowlę – leży w grocie wykutej w skale. Jest złożony w surowym, kamiennym żłobie i owinięty w płótna, przypominające całun, w który owijano umarłych. Przesłanie teologiczne ikony jest następujące: cielesność Maryi ma pokazać, że Chrystus urodził się z prawdziwej kobiety. Jest więc rzeczywiście człowiekiem. Jest jednym z nas. Postać Dzieciątka owiniętego w całun i złożonego w grocie ma nam przypomnieć scenę pogrzebu Jezusa – owiniętego w płótna i złożonego w grobie wykutym w skale, po to abyśmy uzmysłowili sobie, że Chrystus narodził się, aby za nas umrzeć i zmartwychwstać. W Betlejem w jakiś tajemniczy sposób rozpoczyna się Jego – i nasza – droga do Jerozolimy. Większość z nas robi na początku roku jakieś postanowienia – chcemy być lepsi, zwyciężyć swój grzech, żyć tak, jak nauczał nas Chrystus: nieść

swój krzyż, podnosić się z upadków, umrzeć i w przyszłości zmartwychwstać. Święta Bożego Narodzenia, które dzisiaj kończy uroczystość Maryi Bożej Rodzicielki, podpowiadają nam, że osiągnąć nowe życie – stać się wiernymi naśladowcami Chrystusa – możemy tylko wtedy, gdy przyjmiemy własne człowieczeństwo. Nie ma innej drogi na Kalwarię od drogi zaczynającej się w Betlejem. Tak, jak Chrystus stał się prawdziwie człowiekiem, tak i my jesteśmy wezwani, aby stać się ludźmi – przyjąć swoje człowieczeństwo. To pierwszy i najważniejszy krok na drodze ku zmartwychwstaniu i przebóstwieniu. Tomas Tranströmer pisał w jednym ze swoich wierszy: We wnętrzu ogromnego kościoła romańskiego cisnęli się turyści. Rozpościerało się sklepienie za sklepieniem bez prześwitu. Drgało kilka płomyków świec. Objął mnie anioł bez twarzy i zaszeptał przez całe ciało: „Nie wstydź się tego, że jesteś człowiekiem, bądź dumny! W twoim wnętrzu otwiera się sklepienie za sklepieniem bez końca. Nigdy nie będziesz gotowy i tak jest słusznie”. • Mateusz Łuksza OP

1 STYCZNI A 2014 ROKU / DOM I N IK A N I E NA OKTAW Ę

97


201312242308wdrodze2013 12 bis