Page 1

Sokół i Podsiadło w obiektywie Pogody, Rosłaniec o seksie, Szczerek o piosenkach do samochodu, Vienio o mięsie, Halber o samotności. Plus architektura na działkach, szparagi w kuchni i ejtisy w szafie.

202 * 2017


CHANGE. YOU CAN.


3

DZIAŁKING na doły Wychodzi na to, że znowu napisałam dołerski tekst – napisała do mnie Małgosia Halber, przysyłając swój felieton. Zastanowiłam się przez moment nad tym, czy rzeczywiście w magazynie, który w dużej mierze skupia się na szeroko pojętej, ale jednak rozrywce, jest sens publikować tekst o samotności i rozczarowaniu pseudożyciem, jakie prowadzimy, skrolując na ekranie nieprzerwany ciąg informacji o wspaniałym życiu naszych znajomych i znajomych znajomych. To właśnie jest jednak siłą pisania Halber – owszem, pisze smutne rzeczy, ale wydaje mi się, że dokładnie te myśli, które ona sprawnie przelewa na papier, wielu z nas ma gdzieś w głowie. I fajnie przeczytać, nawet siedząc na kawie w modnej knajpie, że ktoś czuje podobnie. Zbliżone tony wybrzmiewają zresztą w rozmowie z Katarzyną Rosłaniec, która zrobiła film o żyjących szybko i intensywnie, ale bardzo samotnych w głębi duszy ludziach rozbijających się o rafy imprezowego życia. Niby wszystko mają, a tak naprawdę brakuje im prawdziwej bliskości. Bardzo się cieszę zatem, że i takich ludzi jak Gośka mamy na pokładzie. Jeśli chodzi o skład osobowy, to w ogóle nie ma na co narzekać – Vienio zaprasza na wyprawę do świątyni mięsożerców, gdzie Piotrek Kędzierski zdradza mu, dlaczego robi ogórkową z makaronem, Sokoła i Dawida Podsiadło złapaliśmy na rozmowie o tym, dlaczego fajnie jest czasem wyjść poza swoje rejestry, a Ziemowit Szczerek zdradził nam, czego słuchał, jeżdżąc po najdziwniejszych zakątkach bliskiej Europy. Ja sama zaś zapraszam was na wyprawę szlakiem architektury naiwnej, uroczych w swojej bezpretensjonalności działkowych altan. Zapamiętajcie moje słowa – działking to nowy klabing. Jeszcze chwila, a zamiast na imprezy techno będziecie biegać z konewką między dobrze wypielonymi grządkami. Może to sprawi, że poczujemy się lepiej. Sylwia Kawalerowicz, redaktorka naczelna Edytorial


Ziemowit Szczerek Dziennikarz i prozaik, współpracuje z „Polityką”, „Nową Europą Wschodnią” i „Tygodnikiem Powszechnym”, autor książek „Siódemka”, „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” oraz „Rzeczpospolita Zwycięska”, współautor zbioru opowiadań „Paczka radomskich”. W 2013 r. został laureatem Paszportu „Polityki”, w 2014 r. nominowany do nagród Nike i Angelus, w 2015 r. finalista Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus”, a w 2016 r. finalista Nike za „Tatuaż z tryzubem”. W „Aktiviście” przedstawia muzykę, której słuchał podczas pracy nad swoją najnowszą książką „Międzymorze”.

Vienio aka Fidel Gastro Jest gastroświrem, gotującym raperem i domowym kucharczykiem. Lubi karmić, smakować, odwiedzać restauracje, bazarki, bary i sklepy z oryginalnymi produktami. Zna na wyrywki historię warszawskich street foodów, wie wszystko o zapiekankach. Zjadł tysiąc zup wietnamskich i potrafi wszamać cztery dania naraz. Eksprymentuje i szkoli, doradza i testuje kolejne miejscówki. Wymyśla przepisy. Je szybko i ostro, jak Zdzisek Beksiński. Co miesiąc bierze na spytki gwiazdy i przy restauracyjnym stole wyciąga z nich kulinarne sekrety.

Michał Hernes Dziennikarz, bloger i wideo-bloger związany z blogiem filmowym „WatchingClosely”. Dwayne „The Rock” Johnson powiedział mu, że mogliby zagrać główne role w remake’u „Bliźniaków”. Chuck Palahniuk podzielił się z nim radą, że wywiad nieoparty na ataku jest nudny, a Oliver Stone nazwał go kinofilem. A od Wojciecha Mecwaldowskiego usłyszał, że mógłby poprowadzić imprezę sylwestrową. W tym numerze „Aktivista” rozmawia z Katarzyną Rosłaniec.

Bart Pogoda Fotograf, reżyser, podróżnik. Ojciec Leo i Gai. Twórca jednego z najstarszych blogów w Polsce (bartpogoda.net.) Mieszka w Warszawie. Pracuje na całym świecie. Miłośnik kina, literatury faktu oraz kuchni tajskiej. Autor sesji z Wojtkiem Sokołem i Dawidem Podsiadło.

Filip Skrońc Dokumentalista eksperymentujący – pisze, robi zdjęcia, tworzy krótkie formy video. Tata Kajtka, chłopak Moniki. Obecnie pracuje nad swoją pierwszą książką reporterską. Dla nas fotografuje ludzi, rodziny, samochody i jedzenie. Nasi ludzie

Fot. £ukasz Saturczak, MIcha³ £epecki (Agencja Gazeta), Monika Krauz,

Pracują z nami

Małgorzata Halber Skończyła filozofię na UW. Pisarka, rysowniczka i dziennikarka. Obecnie pracuje nad drugą książką po „Najgorszym człowieku na świecie”. Dołączyła do aktivistowej ekipy w roli stałej felietonistki.


Spis treści 8 Nasza okładka Sokół i Dawid Podsiadło

46 Kuchnia Vienia rozmowy przy stole

12 Wywiad Katarzyna Rosłaniec

50 Kuchnia Sezonowo

16 Typ: Inua Ellams

54 Kuchnia: Trendy

18 Typ: Bitamina

56 Nowe miejsca

20 Zjawisko Atlas Altan

60 Odsłuch Ziemowit Szczerek

24 Film 10 najlepszych z Netia Off Camera

62 Recenzje: muzyka 66 Recenzje: książka

26 Sztuka Dorota Jurczak

68 Recenzje: film 72 Technologie

32 Felieton Halber

76 Zakupy

36 Moto Maciej Rzepecki

78 Rodzina w mieście

40 Moda: Szafa Horkruks

80 Wydarzenia

42 Moda: Trendy

84 Relacje

44 Moda: Felieton Anna Konieczyńska aktivist.pl


RISKY SHOP ul. szpitalna 6, warszawa

riskmadeinwarsaw.com


8 Jeden jest instytucją w polskim hip-hopie, drugi – ważną postacią w ambitnej mainstreamowej piosence (chwilowo na wakacjach od koncertów i wywiadów). Spotkali się, żeby zobaczyć, jak produkuje się szkocką whisky i nagrać wspólny numer w ramach współpracy przy projekcie „Rób to, w co wierzysz”. Co jeszcze mają ze sobą wspólnego Wojtek Sokół i Dawid Podsiadło? Wojtek Sokół: Gdyby nas postawić przy Dworcu Centralnym, to więcej osób poznałoby ciebie niż mnie. Chyba nie zamieniłbym się z tobą miejscami.

Teraz robiąc kawałki na trzecią solową płytę, zastanawiam się, czy w ogóle mam coś do powiedzenia. Bo może nie mam? Może to co się wydarzyło do tej pory,

wien, że jest dobry. Niczego nie chciałbym zmienić. Jestem dumny i wiem, że to ma wartość. Wojtek: Tylko głupcy nie mają wąt-

Wojtek Sokół i Dawid Podsiadło: Podróż nie powinna nigdy się kończyć Foto: Bart Pogoda Dawid Podsiadło: Mnie podoba się miejsce, w którym jestem. Podoba mi się droga, którą się poruszam. Cieszę się, że mam ostrożną perspektywę. Ostrożną, bo mogę sobie myśleć, że jeszcze przez 20 lat będę robił muzykę, ale liczę się z tym, że wydarzy się coś, co sprawi, że nie będę mógł jej robić… Ostatnio sporo myślę o kolejnej płycie i czuję się, jakbym to robił pierwszy raz. Faktycznie wiele rzeczy będę robił po raz pierwszy… Wojtek: Seks, narkotyki. Dawid: Dokładnie. Są debiuty na różnych polach, zwłaszcza seksualnym…

było kwestią szczęśliwego splotu wydarzeń? Może to się już nie powtórzy? Nie czuję się pewnie i to jest motywujące. Wojtek: To ci powiem, że niepewność nie przechodzi z wiekiem. Może nie jest to stan ciągły, ale powraca co jakiś czas. Też nie mam w sobie poczucia, że wszystko czego dotknę, zamienia się w złoto. Jeśli ktoś je ma, to jest głupi. Mam teraz nagrywać nową płytę, pierwszą solową, po czterdziestce. Nie wiem, czy mam o czym pisać. Dawid: Widzisz, ale już jeśli chodzi o nasz wspólny kawałek, to jestem peNasza ok³adka

pliwości, ale nie można mylić skromności i naturalnego zastanawiania się nad sobą z niskim poczuciem własnej wartości i życiowym zagubieniem. Nie czuję się sierotką na pustym polu w czasie burzy z piorunami. Ale też jestem daleki od zapatrzenia w siebie. Najgorzej jest pomyśleć sobie, że jesteś na szczycie schodów – bo już dalej nie pójdziesz. To jest twój koniec. Dawid: No właśnie. W piosence którą wypuściliśmy w pierwszej części akcji „Rób to, w co wierzysz” pojawia się motyw schodów, ale nie chodzi, żeby dotrzeć na dach,


10 na którym stoi Bogusław Linda, i zostać tam na zawsze. Podróż nie powinna się nigdy kończyć. Chodzi o to, żeby zawsze widzieć jeszcze większe wyzwania. Starałem się przefiltrować motyw docierania na szczyt przez własne doświadczenia. Chciałem, żeby to było piosenka o tym, żeby nie skupiać się na celu. Nieważne, czy dojdziesz na ten dach, tylko „enjoy the journey”. To co przeżywasz w trakcie podróży, buduje cię i rozwija, a ch… z tym, dokąd idziesz. Napisałem z pięć różnych wersji tego tekstu. Stresowałem się. Kiedy nagrywaliśmy wspólny utwór, już nie było wątpliwości.

w kawałku, pod którym jestem podpisany tylko ja. To jest mój rejon, moja przestrzeń. Lepiej brzmię, numer jest ciekawszy. Wojtek: Ja też cię wolę, jak wchodzisz w sytuacje nieoczywiste dla ciebie. Jesteś ciekawszy. Jak na płycie z Duitem. Dobrze się odnajdujesz w nowoczesnych rzeczach. Dawid: Bo jak robię coś z kimś – jako gość albo jako współtwórca – to nie mam takiego ciśnienia jak przy własnych piosenkach. Wojtek: Zrzucasz część odpowiedzialności. Dawid: Tak. I dzięki temu czuję większą swobodę. Nie stresuję się. Co jest dziw-

pełnie innych fanów. Moi są hermetyczni, szybko się obrażają… Dawid: Moi się raz obrazili, o reklamę, ale teraz już dźwigają. Wojtek: Moich też już chyba nic nie obraża, biorąc pod uwagę, ile rzeczy zrobiłem, za które się obrażali. „Będę brał cię w aucie”, no błagam. Celowo zrobiłem kilka rzeczy, żeby pokazać, że nie dam zamknąć się w klatce. Przygotowałem ich, żeby teraz nie było reakcji: „Co k…, z Podsiadło?”. Dawid: Mnie jest miło, że tobie nie jest wstyd, że zrobiłeś kawałek z jakimś łebkiem z „X Factora”. Jeszcze cztery lata

Wojtek: Poza tym, że na początku próbowałeś uciec od pisania tekstu i chciałeś, żeby ktoś to zrobił za ciebie – na przykład ja... A potem walnąłeś tekst w pół godziny. Dawid: Tak wyszło. Ale też była super współpraca. Wojtek: Bardzo naturalna. Najważniejsze, że robiąc ten numer w ramach współpracy z Johnnie Walkerem, nagrywaliśmy go dla siebie. Miał wyjść pełnoprawny kawałek, z którego to my będziemy zadowoleni. Dawid: I paradoksalnie ja bardziej odnajduję się w tym, co nagraliśmy razem niż

ne, bo to w swojej muzyce powinienem czuć totalny luz. Wojtek: Mam bardzo podobnie. Też zrobiłem sporo rzeczy poza swoimi rejestrami. Kiedy jeszcze byłem utożsamiany z ulicznym rapem, nagrałem kawałek z 15 Minut Projekt, czyli Foxem i Jankiem Młynarskim. Oni grali drum’n’bass na żywo – przedziwna sytuacja. Pojawiłem się na płycie Michała Urbaniaka, nagrałem specyficzny numer z Emade. To były sytuacje, które dawały mi możliwość zrobienia czegoś kompletnie innego. Tobie jest pewnie o tyle łatwiej, bo mamy zu-

temu nie spodziewałbym się, że nagram kawałek z Sokołem. Czuję dużą wdzięczność. Miłość nawet. Wojtek: A jak się spotkaliśmy pierwszy raz, to ty byłeś na samym początku? Dawid: Mówisz o programie „Hala odlotów”, gdzie byliśmy gośćmi? Byłem po pierwszej płycie. Wojtek: Zobaczyłem wtedy człowieka, który jest z innego świata niż ja, ale rozmawia ze mną normalnie, otwarcie, nie ma barier. Dawid: Byłem zesrany. Posadzili nas przy stole i przez godzinę toczyła się dys-

Nasza ok³adka


11 kusja na poważne tematy. Społeczeństwo. Emigracja. I siedzę tam ja, świeżo po maturze. Program się skończył, postanowiłem, że podejdę do ciebie i powiem, jaka jest prawda. A prawda była taka, że jeździliśmy na koncerty, a w busie non stop leciał kawałek „Reset”. A to trasa z Dąbrowy Górniczej do Słupska. Daleko. Tym bardziej cieszę się, że pracowaliśmy nad wspólnym numerem, wytworzyła się tak swobodna energia, że żaden z nas nie obawiał się, że jak coś zaproponuje, to spotka się z krytyką. Wojtek: Ja na przykład w pracy w Prosto uwielbiam brainstormy i nagrywa-

uzyskać. Słyszałem o sobie na przykład parę takich żartów, że jak nie chcesz, żeby twój numer był miłym hitem, to zaproś do niego Sokoła, bo doda trochę brudu. Może nasz wspólny numer wyszedł tak dobrze, bo do ciebie dzwonią, jak chcą, żeby wyszło odwrotnie. Dawid: Założenie, że moja osoba gwarantuje sukces, jest płytkie i błędne. Na szczęście łatwo ocenić, czy ktoś cię zaprasza, bo chce skorzystać z ciebie artystycznie, stworzyć coś nowego, czy po prostu zależy mu, żeby się lepiej klikało. Wojtek: Sporo osób ze środowiska hiphopowego zaprasza mnie, żebym się

obie strony chciały być. Odbiorca wyłapie każde zawahanie. Usłyszy, że sam nie wierzysz w to, co śpiewasz. Wojtek: Ja czułem, że my się dogadamy, bo masz poczucie humoru. Dawid: Jak kogoś poznaję, to na początku staram się za dużo nie żartować, żeby nie zapaskudzić mu przestrzeni osobistej moim suchym poczuciem humoru. Sprawdzam, na ile mogę być sobą. A tu akurat mogłem być sobą przez cały czas i to jest super. Wojtek: Ja miałem z tobą ułatwione zadanie, bo przed nagraniami ktoś mi pokazał roast Kuby Wojewódzkiego. Wie-

nie z tobą przypominało taki sposób pracy. Oczywiście ważne jest, z kim robisz brainstorm, bo jak masz po drugiej stronie trzech przytakujących jełopów, to będzie ciężko. A tu towarzystwo było stymulujące. Zresztą puściłem nasz kawałek kilku bliskim osobom i wszystkie wypowiedziały się bardzo pozytywnie. Powtarzało się na przykład, że ciekawe jest to, że ten numer z jednej strony jest komercyjny i popowy, a z drugiej wcale nie brzmi komercyjnie i popowo. Taki efekt, żeby coś wpadało w ucho, a przy tym nie było miałkie, bardzo trudno

pojawił gościnnie w ich kawałku, bo myślą, że zadziałam na zasadzie, o której mówisz. Nie robię takich rzeczy. Dawid: Bo mi się wydaje, że żeby coś zadziałało, to my dołączając do kogoś, musimy wierzyć w szczerość tej sytuacji. Ktoś w ogóle nie chce nagrywać ze mną, ale powiedzieli mu w wytwórni, że to może pomóc. To się od razu wyczuwa. W takich sytuacjach mam takie podejście, że robię to co do mnie należy i idę do domu oglądać „Przyjaciół”. Wiem też, że to nie ma sensu, bo potem słychać, że to nie była sytuacja, w której

działem, że poczucie humoru się zgadza. Dawid: To dlatego od razu dałeś mi tyle przestrzeni? Wojtek: No tak, bo czekałem na te żarty. A potem się okazało, że miał przyjść komik, a przyszedł wokalista…

Nasza ok³adka


Maszap

Lubi prowokować, nie boi się eksperymentów. Zbiera pochwały za odwagę i cięgi za balansowanie na granicy dobrego smaku. Po raz kolejny zrobiła film, który podzieli widownię i krytyków. Z Katarzyną Rosłaniec spotykamy się tuż przed premierą jej nowego filmu „Szatan kazał tańczyć”, w którym reżyserka penetruje mroczne zakamarki zagubionych w hedonizmie dusz.

Katarzyna Rosłaniec

12


13

Mam w sobie radar Tekst: Michał Hernes

Maszap


14 Lubię twój nowy film, ale pewnie znajdą się tacy, którzy pomyślą, że szatan kazał ci go zrobić. Są tacy, którym w ogóle się nie podoba i go nie przyjmują. Pytają, co to w ogóle jest. Robisz filmy dla siebie czy dla innych? Chciałabym je tworzyć dla ludzi, ale nie wiem, co się innym podoba. Wierzę w swój filmowy gust. Robię filmy dla ludzi, ale po swojemu. Nie realizujesz komedii romantycznych. Pewnie zrobiłabym najgorszą komedię romantyczną na świecie, której nikt by nie obejrzał i nikt nie byłby z niej zadowolony. Nie umiem robić niczego, co nie jest moje. Nigdy nie pracowałam na etat, nie byłam w sytuacji, w której ktoś wydawał mi polecenia. Poza tym komedia to megatrudny gatunek, ale może kiedyś do niego dorosnę. Być może się mylę, ale dostrzegam w twoim nowym filmie inspirację obrazem „I’m Not There. Gdzie indziej jestem” o Bobie Dylanie. Naprawdę? Totalnie uwielbiam ten film. Nigdy bym się nawet nie odważyła na takie porównanie. W „I’m Not There” przedstawiono sześć osobowości Dylana, zapraszając do pracy sześciu różnych aktorów. To jest wspaniałe. Dziękuję bardzo. Widziałam ten film ze sto razy, więc pewnie jakoś na mnie wpłynął. No właśnie. Oglądasz filmy, a to nie jest takie oczywiste wśród reżyserów filmowych. Nie oglądam ich dużo, ale oglądam często. Bardzo niewiele z nich mi się podoba, ale jak już jakiś mnie zachwyci, wracam do niego sto pięćdziesiąt razy. Bawię się filmami. Wymyślam ich dalsze ciągi. Jednym z moich ulubionych jest „Trainspotting”. Miałyśmy z siostrą porysowaną płytę z tym filmem, przez co do tej pory nie obejrzałam jego zakończenia.

Jestem ciekaw, jak wyglądała praca nad scenariuszem do „Szatan kazał tańczyć”. Od samego początku chciałam zrobić film składający się z luźnych scen, które każdy będzie mógł sobie sam ułożyć. Plan jest taki, że będzie można to robić dzięki specjalnej aplikacji. Z moimi filmami jest tak, że wszyscy je krytykują i każdy uważa, że mógłby je zrobić lepiej. Ten można ułożyć po swojemu, być może lepiej i bardziej emocjonująco. Bardzo mi się podoba rola kolorów w tym filmie. Moim pierwszym pomysłem było zbudowanie instalacji w formie dużej kostki Rubika. Na każdej jej ścianie miało być dziewięć scen w kwadracie, każda w sześciu kolorach, które dostrzeże się w trakcie jej budowania. Te kolory pokrywają się z kolorami czakry w ciele człowieka. Pracując nad czakrami, pracujesz na elementami samego siebie. Podobnie jest w filmie. Każdy kolor ma znaczenie. Pomarańczowy jest o seksie, niebieski o komunikacji i wyrażaniu siebie, zielony o rodzinie i miłości, a biały o śmierci. Sceny żółte traktują o ego, a czerwone – o fizyczności. Pewnie wiele osób się zastanawia, co się kryje w twojej głowie i czy jesteś równie szalona jak twoje bohaterki. Moi rodzice się martwią, że robię takie filmy. Nienawidzą tego filmu i jest im wstyd, że go zrobiłam. Skąd czerpiesz inspiracje? Wychodzisz na imprezy i obserwujesz ludzi? Kiedyś dużo imprezowałam, teraz imprezuję mniej. W filmie mocno inspirowałam się ludźmi, którzy żyli tak, jakby jutra nie było. Amy Winehouse. Kurt Cobain. W filmie pada pytanie: „niezależność czy egoizm?”. Od wielu lat lansowana jest moda na niezależność i przez ten wypromowany egoizm stajemy się samotni. Niezależność nie zawsze musi się wiązać z nieliczeniem się z innymi ludźmi. Możemy robić coś po swojemu, pamiętając o swoich bliskich. Mój film opowiada jednak o egoizmie.

Wywiad


15 Dlaczego? Obserwuję ludzi, zarówno młodych, jak i starych, którzy są nieszczęśliwi i samotni, choć teoretycznie bardzo dobrze sobie w życiu radzą. Są popularni, świetnie zarabiają. W Polsce widzę więcej samotnych kobiet. Ten film realizowałam częściowo w Holandii i tam z kolei dominują samotni faceci, którzy boją się kobiet stawiających na samorozwój. Samotność Polaków wynika z tego, że myślenie o drugim człowieku przestało być modne. A żeby być w związku, trzeba dawać i rezygnować z wielu rzeczy. Pewnie są tacy, którzy uznają, że bohaterka twojego filmu jest przerysowana i nieprawdziwa. Wydaje mi się, że ktoś taki jak ona może sobie chodzić po Warszawie i takich osób może być nawet więcej. Niedawno usłyszałam w radiu rozmowę Tomasza Raczka z Grażyną Torbicką, którzy użyli słowa „samogwałt” w odniesieniu do mojego filmu. Czy oni nigdy tego nie robili? Co to w ogóle za słowo? Dlaczego nie „samomiłość”? Ludzie się masturbują, żeby odczuć przyjemność, a nie zgwałcić się, bo to raczej nie byłoby przyjemne. Nie rozumiem, jak można się oburzać na mój film i mówić innym, by go nie oglądali. To się zdarza? Ludzie lubią to, co znają. W przypadku tego filmu czepiają się, że nie ma historii, a niby musi ją mieć. Dla mnie nie. Nie oglądam filmów po to, by dowiedzieć się, jak się skończą. Opowiadam o tym, co widzę, co mnie dotyka, o czym myślę. Mam w sobie radar. Gdy jadę tramwajem, słucham tego, co się dzieje. Smutno mi, że ludzie są samotni i że na świecie zrobił się taki bałagan. Lubisz prowokować. W „Szatan kazał tańczyć” jest mowa o tym, że Jezus przygotowuje swoją stypę, co dowodzi próżności i samouwielbienia zarówno Jezusa, jak i jego wyznawców. Podpisujesz się pod tym? W końcu nikt z nas nie wie, jak to było z Jezusem. Tak w ogóle to od dziecka wierzę w Boga. Wczoraj z Piotrkiem, moim mężem, gadaliśmy o tym i zasugerował, że może Jezus był gejem i dlatego spędzał tyle czasu z apostołami. Odparłam, że nie, że Jezus był supermęski, mógł mieć żonę i pewnie kochanki. Według mnie był supercharyzmatycznym człowiekiem, kimś w rodzaju artysty, a artyści są narcystyczni.

Bio Kasia Rosłaniec, autorka głośnych filmów „Galerianki” i „Bejbi blues” (łącznie ponad 1 000 000 widzów, prestiżowy Kryształowy Niedźwiedź Berlinale 2013), powraca na ekrany z odważnym i bezkompromisowym portretem młodej kobiety zagubionej we współczesnym świecie. W roli głównej wystąpiła Magdalena Berus, uhonorowana za występ w „Bejbi blues” nagrodą za najlepszy debiut aktorski na festiwalu w Gdyni. Partnerują jej Łukasz Simlat, Danuta Stenka, Tomasz Tyndyk, Jacek Poniedziałek, Marta Nieradkiewicz, holenderski aktor Tygo Gernandt oraz wokalista John Porter.

Czy po zrobieniu tego filmu poszłaś do spowiedzi? Nie za bardzo chodzę do kościoła. Mój syn Ernest ma siedem miesięcy, nie jest ochrzczony i nie będzie, dopóki sam nie podejmie decyzji, jaką chce pójść drogą. Ja zostałam ochrzczona, chodziłam na religię, miałam komunię, powiedzmy więc, że jestem katoliczką, ale słowa, które wypowiadają księża, odsuwają ludzi od Boga.

Wywiad


16

Inua Ellams

Typ Aktivista: książka

Żywa opowieść Afrykański noblista John Maxwell Coetzee ustami bohatera jednej ze swoich książek zaprezentował kontrowersyjną tezę, jakoby literatura afrykańska była kompletnie innym tworem niż to, co wyobrażają sobie na jej temat mieszkańcy Europy. Siłą tradycji afrykańskiej nie jest zapisywanie opasłych tomiszczy, tylko żyjąca i zmieniająca się opowieść przekazywana z ust do ust. Pochodzący z Nigerii Inua Ellams udowadnia, że to właśnie krótka forma oraz prosty i żywy przekaz najlepiej bronią się w czasach, w których co drugi facebookowy „znajomy znajomego” wydaje kolejną nic nieznaczącą książkę. Inua od ponad dekady stawia na krótką formę. Debiutował w 2005 r. i do tej pory wydał kilka tomików wierszy oraz sztuk. W swoich tekstach inspiruje się nie tylko tradycjami afrykańskich opowieści, ale też europejską poezją romantyczną oraz hip-hopem. Jedną z jego inicjatyw jest The R.A.P Party (Rhythm And Poetry Party), impreza mająca łączyć w sobie slam z hiphopową bitwą. XXI w. to jednak takie czasy, że często artyści łapią się za tyle zadań, że trudno uwierzyć, skąd na to wszystko znajdują czas. Poza literaturą Inua zajmuje się również tworzeniem grafiki. Zerknijcie na jego stronę phaze05.com, jeśli chcecie zobaczyć, jakie prace przygotowuje w przerwach od klejenia rymów. A jeżeli chcecie posłuchać, co Innua ma do powiedzenia i przeczytania na temat nie tylko współczesnej Afryki, spotkać go będziecie mogli na Big Book Festival, który w dniach 23-25 czerwca odbędzie się w Warszawie. [Michał Kropiński] bigbookfestival.pl


www.paese.com


Bitamina Szuflady pełne bitów – Mieliśmy problem, kiedy nagle zaczęły się pojawiać pytania o koncerty, a my nie mieliśmy zespołu. Zaczęliśmy myśleć, jak można zagrać niektóre rzeczy na żywo. Niby mieliśmy sample, więc można było próbować je puszczać przez komputer, ale to nie było to. Przez długi czas kombinowaliśmy w ciemno – mówi Amar Ziembiński, producent i perkusista zespołu Bitamina. Poznał się z Mateuszem dwanaście lat temu na obozie teatralnym. Niedługo później Mateusz spotkał Piotrka, który pracował w studiu nagraniowym w Kaliszu. Zaprzyjaźnili się. – Zrobiliśmy sobie sesję, na której zaczęły powstawać ciekawe rzeczy. Uznaliśmy, że trzeba to kontynuować – wspomina Amar. Było trudno, bo Amar mieszkał pod Warszawą, Mateusz w Niemczech, no a Piotrek w Kaliszu. Komponowali korespondencyjnie – Amar z Mateuszem zaczęli robić bity i wysyłać je do siebie, a w którymś momencie Mateusz zaczął nagrywać wokal do podkładów Amara. Twórczość Bitaminy to połączenie hiphopowych, eksperymentalnych bitów z tekstami o wchodzeniu w dorosłe życie. Ich pierwszą płytą były wydane w 2013 r. „Listy Janusza”. Rok później ukazał się „Plac Zabaw”, który zyskał szerszy rozgłos. Utwór „Dom” z wydanej pod koniec marca płyty „Kawalerka” ma łącznie prawie 200 tysięcy wyświetleń na Spotify i YouTube. – Nie planujemy albumów, nie umawiamy się, że nasza następna płyta będzie o tym i o tym. Mateusz i Piotrek piszą teksty na bieżąco. Mamy pełne szuflady bitów, więc kiedy uznamy, że można z tego zrobić album, to robimy, po prostu – mówi Amar. [Jonasz Tolopilo] bitamina.bandcamp.com

Typ

Fot. Maciej Bogucki / instagram.com/m.boguckii

Typ Aktivista: muzyka

18


Zabytkowa kamienica w centrum Warszawy 4 komfortowe pokoje z łazienkami Obszerny salon z balkonem i kolekcją winyli 100% polskiego dizajnu i sztuki Autorskie śniadania Opieka consierge

Autor Rooms został nominowany przez magazyn Wallpaper do tytułu najlepszego hotelu na świecie 2016

Lwowska 17/7, Warszawa www.autorrooms.pl


20

Działki


21

Atlas architektury naiwnej

Działki


22

Płaskorzeźba wykonana z samochodowych kołpaków, daszek z blachy falistej, żółta framuga i turkusowy front, do tego lekko chybotliwe schodki na poddasze przypominające gołębnik i okienko z obowiązkową firaneczką. Weranda z desek z odzysku, gięty pręt zbrojeniowy podtrzymujący pnące się wino. Działkowe altanki to przykład architektury nieskrępowanej i najszczerszej w swej naiwności. Tekst: Sylwia Kawalerowicz Foto: Wojciech Mazan, Wiesław Mazan

Wojtek Mazan lubi odwiedzać działki zimą. Po pierwsze, szansa, że trafi na podejrzliwe i niechętne spojrzenia działkowców, jest wtedy znacznie mniejsza. Po drugie, w pustej zimowej scenerii działkowe altany najpełniej prezentują swój kształt. A ten interesuje Wojtka najbardziej. Sam jest architektem. Na co dzień pracuje w biurze architektonicznym w Graz. W wolnych chwilach fotografuje działkowe altanki. Pomaga mu tata. Tak powstaje Atlas Altan Polskich (www.instagram/atlasaltan), projekt, który jest częścią większej inicjatywy zatytułowanej „Proste historie”, a mającej na

Działki

celu zbadanie i opisanie fenomenu, jakim są rodzinne ogrody działkowe. Wojtek zgromadził już prawie 3000 zdjęć. To jednak i tak mały wycinek działkowej architektury – szacuje się, że w Polsce działkowych altan jest około miliona. Wojtka przygoda z działkami zaczęła się od objawienia. Zupełnie poważnego objawienia, którego w 1983 r. doznał Kazimierz Domański w swoim ogródku działkowym w Oławie. W drewnianej altance ukazała mu się Matka Boska, która kazała Domańskiemu uzdrawiać ludzi. Pobożny działkowiec tak też uczynił – przez kolejne lata przez działkę przewijają się tysiące


23

wiernych. W końcu w Oławie staje wybudowany z inicjatywy Domańskiego kościół, który z kolei staje się obiektem zainteresowania architektów chcących udokumentować proces powstawania świątyń po II wojnie światowej. W projekt zaangażowany jest Wojtek. Historia z Oławy również dla niego ma znamiona objawienia. – Okazało się, że działki to miejsce autonomiczne, wyjęte z miejskiej rzeczywistości, osobne, w którym wszystko może się zdarzyć. Zacząłem szukać innych opowieści i patrzeć na działki zupełnie innym okiem – opowiada. Tak w dużym skrócie narodził się projekt „Proste historie”, w który poza Wojtkiem, jako grupa PARERGA, zaangażowani są: Paul Cetnarski, Dominika Dymek, Mirabela Jurczenko i Rafał Śliwa. Inicjatywa zajęła drugie miejsce w konkursie na kuratorski projekt wystawy w Pawilonie Polskim na 15 Międzynarodowej Wystawie Architektury w Wenecji. – Atlas Altan powstał jako narzędzie do poznania zjawiska, jakim są ogródki działkowe. To wciąż niezbadana przestrzeń naszych miast, wymykająca się systematyzacji. Wiemy o jej istnieniu, ale jej nie znamy. Budzi coraz więcej kontrowersji, bo to zamknięty świat, do którego obcym wstęp jest wzbroniony. Zanim wszystkie miejskie działki z rozpędu będziemy chcieli przerobić na parkingi i biurowce, warto się zastanowić, czym te miejsca są i jakie mają znaczenie na wielu płaszczyznach, m.in. społecznej czy architektonicznej – mówi Wojtek. Pierwszy ogród działkowy powstał w Polsce dokładnie 120 lat temu. Klub „Kąpiele słoneczne” w Grudziądzu był miejscem, które miało skłonić ludzi do aktywności i przebywania na świeżym powietrzu. Chętni uprawiali gimnasty-

kę, treningi, leżakowanie lub też brali kąpiele w specjalnie przygotowanych wannach napełnionych mułem torfowym, nagrzanym promieniami słońca. Działki przetrwały dwie wojny, były miejscem ukrywania się partyzantów, zbierane tu plony pomagały wyżywić rodziny. Na działkach spotykali się emerytowany baletmistrz, ministerialny dygnitarz i szeregowy urzędnik. Ogródki zaanektowały najrozmaitsze przestrzenie. Z badań ekipy „Prostych historii” wynika, że nie ma miejsca, w jakim nie mogłyby się pojawić: bywają umiejscowione w lesie, na polu, na wyspie, w środku osiedla, pomiędzy trzema liniami kolejowymi – w miejscach, gdzie nic innego nie miało prawa się znaleźć. Wbrew pozorom wśród działkowców coraz częściej spotkać można nie tylko emerytów. Działking kusi też trzydziestolatków, którzy zaczynają odkrywać uroki hodowania własnej sałaty. Zmienia się też działkowa architektura – oldschoolowe, oryginalne konstrukcje zastępują panelowe domki z supermarketu. To martwi Wojtka. On woli te starsze. Klecone z odpadów, budowane z pietyzmem przez domorosłych cieśli. Wiele osób nie rozumie jego projektu, myślą, że Atlas Altan to prześmiewcza inicjatywa, a on traktuje to zupełnie poważnie. – W żadnym razie nie nabijam się z oddolnych prób tworzenia architektury. To, jak wyglądają altany, ujmuje mnie szczerością i tym, że te domki zupełnie niczego nie udają, nie poddają się żadnym trendom architektonicznym – tłumaczy. Jego zdaniem to czysta emanacja tego, co zwykły człowiek myśli o architekturze, sto procent wyobraźni działkowca. I to jest w tym najpiękniejsze.

Działki


24

Nataszy wyrasta ogon. Długi i gruby – nie da się go ot tak schować pod bielizną. Trzeba nauczyć się go „(ob)nosić”. To absurdalne wydarzenie nie pociąga jednak za sobą tragicznych konsekwencji. Wręcz przeciwnie, jest wstępem do stopniowej emancypacji i uwolnienia z okowów przytłaczającej codzienności, która dla Nataszy ogranicza się do frustrującej pracy w zoo i opieki nad religijną, despotyczną matką. Młody rosyjski reżyser punkt wyjścia rodem z kina science fiction paradoksalnie traktuje jako pretekst do opowiedzenia realistycznej, psychologicznie autentycznej historii. Bohaterka „Zoologii” stopniowo odkrywa nie tylko swoją wymykającą się kanonom kobiecość, ale i własną drogę w patriarchalnym społeczeństwie wrogo nastawionym do inności. Przewrotne, inteligentne kino.

„COLUMBUS” REŻ. KOGONADA

„Między słowami” à rebours. W dojrzałym debiucie artysty wizualnego ukrywającego się pod pseudonimem Kogonada pewien Koreańczyk po latach nieobecności próbuje się odnaleźć w tytułowym miasteczku w stanie Ohio. W oswajaniu rzeczywistości pomaga mu Casey, 20-letnia bystra dziewczyna, która całe życie spędziła w Columbus. Świadkiem ich coraz bardziej zażyłej znajomości jest niezwykła modernistyczna architektura, która uwydatniając wyobcowanie Jina i Casey, staje się osobnym bohaterem filmu. Kogonada, tak jak niegdyś Sophia Coppola, umiejętnie łączy melancholijny ton z ciepłym humorem i czułością. Jednocześnie udaje mu się wpleść w fabułę elementy autentycznie przejmującego dramatu. Jeden z najciekawszych filmów ostatniego festiwalu Sundance.

Tekst: Mariusz Mikliñski

„ZOOLOGIA” REŻ. IVAN I. TVERDOVSKY

Początek maja w Krakowie jak zwykle stoi pod znakiem Netia Off Camera. Tegoroczny program to mieszanka zróżnicowanego kina – od brutalnego horroru przez amerykański niezal po najciekawsze debiuty z różnych zakątków świata. Wybraliśmy dla was dziesięć tytułów, których nie można przegapić.

Dziesięciu

Film

„HUNKY DORY” REŻ. MICHAEL CURTIS JOHNSON

David Bowie na miarę zapuszczonych przedmieść Los Angeles. Błyszczące legginsy, wyliniałe futerko, które wytarło niejedną podłogę, i rozmazana szminka. Sidney występuje w barach jako drag queen, odganiając od siebie podpitych adoratorów. Pewnego dnia odzywa się do niego była partnerka z prośbą, by zaopiekował się swoim 11-letnim synem. W historii o spóźnionym dojrzewaniu do odpowiedzialności, którą wielokrotnie widzieliśmy na ekranie w różnych odsłonach, Johnson unika oczywistości. Duża w tym zasługa błyskotliwych dialogów, sporej dozy niepoprawności oraz charyzmatycznej pary w głównych rolach – Tomasa Paisa jako niestandardowego ojca w szpilkach i syna granego przez Edouarda Holdenera.

„PRZYZWOITA KOBIETA” REŻ. LUKAS VALENTA RINNER

Lukas Valenta Rinner, choć z pochodzenia jest Austriakiem, wyrasta na jednego z najbardziej oryginalnych twórców z Ameryki Południowej. W swoim debiutanckim „Parabellum” przyglądał się znudzonym mieszczuchom, którzy biorą udział w kursie survivalowym przygotowującym uczestników do nadejścia końca świata. Z kolei jego drugi film, nagrodzona na kilku festiwalach „Przyzwoita kobieta”, to portret grupy nudystów, których podejrzane praktyki zaczynają przeszkadzać konserwatywnym mieszkańcom dzielnicy willowej. Rinner, punktując społeczną niesprawiedliwość, ukazuje świat podzielony nieprzekraczalnymi barierami, w którym nagość staje się ostatnią enklawą wolności. Intrygujące kino, które przypadnie do gustu fanom „Kła” Yorgosa Lanthimosa.


25

wspaniałych „OCZY MATKI” REŻ. NICOLAS PESCE

„LOVETRUE” REŻ. ALMA HAR’EL

„ZAWSZE PIĘKNA” REŻ. SOPHIA TAKAL

Gdyby Ingmar Bergman chciał nakręcił rasowy horror, mógłby on wyglądać tak jak ten film. Debiutujący za kamerą Amerykanin nasyca klasyczny gore psychologiczną głębią. „Oczy matki” to historia mieszkającej na odludziu dziewczyny, która staje się świadkiem brutalnego zabójstwa swojej matki. Po latach, już jako dorosła kobieta, zaczyna przejawiać psychopatyczne skłonności. Film Pescego uwodzi estetyką sennego koszmaru i wysmakowanymi czarno-białymi zdjęciami, a dzięki wiarygodnemu portretowi bohaterów jest coraz rzadszym przykładem horroru, który choć stosuje klasyczne rozwiązania tego gatunku, to potrafi naprawdę przerazić. Festiwalowi selekcjonerzy zazwyczaj omijają szerokim łukiem niezależne horrory, więc tym bardziej warto stawić się na seansie.

Izraelska reżyserka to jedna z najbardziej nowatorskich młodych dokumentalistek. W „Bombay Beach” w zjawiskowy wizualnie sposób sportretowała grupę outsiderów, którzy prowadzą ubogie życie na brzegu sztucznego jeziora na pustyni w Kalifornii. W swoim kolejnym projekcie Har’el porwała się na bardziej abstrakcyjny pomysł. „LoveTrue” to przekraczający reguły gatunku dokument prezentujący trzy różne oblicza trudnej miłości. Poznajemy między innymi mieszkających na Alasce Joel i Blake’a, którzy dopiero zaczynają się spotykać. On jest niepełnosprawny ruchowo, ona pracuje jako striptizerka. Dokumentalistka inscenizuje różne sytuacje i miesza plany czasowe, a świetnym dopełnieniem wizualnej dezynwoltury film jest muzyka Flying Lotus.

Beth i Anna. Dwie przyjaciółki, dwie aktorki u progu kariery filmowej, dwa różne temperamenty. Jedna pewna siebie i wyszczekana, z głównymi rolami na koncie, druga nieśmiała, ale i zaskakująco bezkompromisowa. Obie postanawiają spędzić razem weekend na odludziu, by popracować nad zaniedbaną relacją. Między dominującą Mackenzie Davis i eteryczną Caitlin FitzGerald w „Zawsze pięknej” iskrzy niemal tak jak przed laty między Joan Crawford i Bette Davis w „Co się zdarzyło Baby Jane?”. Pomimo ograniczonego budżetu duetowi reżysersko-scenariuszowemu udało się stworzyć przekonujący portret psychologiczny dwóch skrajnie różnych osobowości. Co więcej, reżyserka Sophia Takal ma wystarczająco dużo odwagi, by w pewnym momencie sprowadzić swoją historię na tory typowe dla thrillerów. Amerykański niezal w najlepszej postaci.

„BUTTERFLY KISSES” REŻ. RAFAEL KAPELINSKI

„EVOLUTION” REŻ. LUCILE HADŽIHALILOVIĆ

Pełnometrażowy debiut Kapelinskiego w lutym podbił festiwal w Berlinie. Mieszkający w Wielkiej Brytanii Polak dołącza tym filmem do grona brytyjskich twórców kina społecznego, którzy pochylają się nad problemami zwykłych ludzi. Tak jak niegdyś Ken Loach czy Andrea Arnold reżyser zapuszcza się z kamerą na zaniedbane blokowisko na angielskich przedmieściach. Portretując trzech nastolatków, unika protekcjonalnego tonu i oczywistych odpowiedzi. Jake, Jarred i Kyle to najlepsi kumple. Snują się bez celu po mieście, palą trawkę, o seksie uczą się z pornografii. Rutynę w życiu chłopaków przerywa pojawienie się Zary, która wraz z młodszą siostrą wprowadza się do jednego z bloków. Jake zaczyna obsesyjnie obserwować rodzinę, stopniowo odkrywając swoje nienormatywne skłonności. „Butterfly Kisses” to empatyczne, wyważone spojrzenie na okres dojrzewania i seksualne tabu.

Tajemnicza, wulkaniczna wyspa na oceanie. Mieszkają na niej wyłącznie kobiety i ich nastoletni synowie. Życie dziwnej społeczności podporządkowane jest licznym zakazom. Na niewielkim skrawku lądu znajduje się też szpital, w którym chłopcy poddawani są dziwnym zabiegom medycznym. Nicholas, główny bohater filmu, przeczuwa, że otaczająca go rzeczywistość to fikcja stworzona przez kobiety. Narastająca ciekawość prowadzi do buntu. Lucile Hadžihalilović nie ustępuje wyobraźnią swojemu życiowemu partnerowi Gasparowi Noé i tak jak enfant terrible filmu francuskiego tworzy kino autorskie i zaskakujące. „Evolution” można uznać za suplement nakręconej 12 lat „Niewinności”, mrocznej wizji szkoły dla dziewcząt położonej w środku lasu. Oba filmy łączy surrealistyczny koncept, mieszający aurę tajemniczości z poetyką rodem z koszmaru sennego.

Film

„FREE FIRE” REŻ. BEN WHEATLEY

Reżyser „High-Rise”, efektownej ekranizacji powieści Ballarda, tym razem składa hołd amerykańskiemu kinu lat 70. Wyprodukowany przez Martina Scorsese „Free Fire” to film sensacyjny o grupie porywczych przestępców z Bostonu, którzy uczestniczą w ryzykownym zakupie broni. Transakcja szybko wymyka się spod kontroli i przeradza w zdrową strzelaninę i żonglerkę one-linerami. Brytyjski reżyser, idąc w ślady Quentina Tarantino, bawi się filmowymi motywami jak wzorowy nerd, a fabułę traktuje czysto pretekstowo, przywiązując większą wagę do wymiany błyskotliwych kwestii niż kul. Największą przyjemność chyba jednak sprawiła mu możliwość przebrania plejady gwiazd – Cilliana Murphy’ego, Brie Larson, Sama Rileya – w kiczowate golfy i wzorzyste koszule z epoki.


Dorota Jurczak


27 Postaci i przedmioty ani rzeczywiste, ani baśniowe, zawieszone gdzieś pomiędzy mitologiami i własną fantazją, namalowane lub narysowane, tworzą surrealistyczny świat Doroty Jurczak, której kilka prac można zobaczyć w warszawskim MSN na wystawie „Syrena herbem twym zwodnicza”. W Warszawie i w Polsce nie trafimy jednak na wiele śladów obecności Jurczak, bo urodzona w 1978 r. malarka i graficzka częściej bywa w Brukseli i Stuttgarcie. Artystka na co dzień współpracuje z brytyjską galerią Corvi-Mora i Sies + Höke w Düsseldorfie. Warszawę odwiedza od czasu do czasu, miała tu wystawę w galerii Piktogram, a jej prace pokazywano też w krakowskim Bunkrze Sztuki. W biogramie Jurczak znajdziemy też tak prestiżowe światowe galerie jak nowojorska

Pomiędzy mitologiami MoMA PS1. Patrząc na jeden z jej obrazów „Bzzz” przedstawiający kobietę wciskającą dzwonek, krytyk zauważył, że Jurczak oddaje stan zawieszony pomiędzy oczekiwaniem (na otwarcie drzwi) i wejściem. Wszystkie jej prace przypominają właśnie ten stan przejścia, jakby pół ludzie, pół zwierzęta nie mogły zdecydować się, czym lub kim są. Na wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie motywem przewodnim jest syrena, artystka z przekory zaprezentowała graficzną hybrydę pół kobiety, pół ptaka i nie jest to przeraźliwa mitologiczna harpia, a raczej dziwaczny nieco bajkowy stwór, jakich wiele w twórczości Jurczak.  Tekst: Alek Hudzik Po lewej: Dorota Jurczak, Pryk in my face

Sztuka


28

Dorota Jurczak, Stay Away Codger Dorota Jurczak, Bird

Sztuka


29

Dorota Jurczak, Z ptakiem na głowie

Sztuka


30

Dorota Jurczak, Powieszone Dorota Jurczak, Tajemnicze lico

Sztuka


31

Dorota Jurczak, Ptakośmiornica

Sztuka


32 Stopniowo Facebook zamienił się w narzędzie opresji. Na porządku dziennym było toczenie wielokomentarzowych debat, które skutecznie uniemożliwiały zamknięcie komputera i zajęcie się czymkolwiek innym, niechby to było i zmycie naczyń. Następnie część użytkowników, zamiast tak jak na początku zamieszczać swoje wyniki gry w Farmville, ulubione piosenki oraz wyniki quizów, postanowiła zacząć uprawiać publicystykę, co doprowadziło do sytuacji absurdalnej, w której część z nas zadaje sobie pytanie, na jaki temat należałoby dzisiaj wyprodukować opinię. Mark Zuckerberg cały czas broni się przed umieszczeniem

relacji i interakcji społecznych? To jest cały zbiór praktyk: zagadywanie do nieznajomych w celu quasi-erotycznym (trzy z czterech moich związków zaczęły się od czatu na Facebooku). Wyrażanie poparcia dla jakiejś łączącej nas idei. Wyrażanie znudzenia tym, że ta idea opanowała całą naszą internetową bańkę. Pasjonowanie się flejmami, czyli z punktu widzenia kogoś, kto nie zagląda do internetu, bo na przykład jest na wakacjach, wydarzeniami kompletnie nieistotnymi. Te trzy ostatnie rzeczy dają nam fantom wspólnoty. Wrzucanie zdjęć w celu wzbudzenia zainteresowania bardzo konkretnego odbiorcy, chociaż widzi je

Małgorzata Halber: Nie ma życia na Facebooku Osiem lat minęło, od kiedy zalogowałam się po raz pierwszy i nie miałam pojęcia, co oraz w jakim właściwie celu wpisać w okienku z angielskim tekstem „what’s on your mind”. Z pewnym wstydem zdradzę, że postawiłam na monolog Marka Rentona z „Trainspotting”. Na początku byłam zachwycona tym nowym zjawiskiem, jakim był Facebook. Oto narzędzie idealne, mogę nie wychodzić z domu i jednocześnie przebywać z ludźmi, nie muszę z nimi rozmawiać, mogę oglądać.

przycisku „nie lubię”, ponieważ twierdzi, że zależy mu, aby Facebook stanowił przyjazne środowisko. To oczywiście bardzo zabawne, Mark, biorąc pod uwagę, że przede wszystkim jest to środowisko, dzięki któremu non stop żyjemy w zawieszeniu pomiędzy prawdziwym życiem a tym, co płynie do nas wraz z newsfeedem. Kiedyś wydawało mi się, że staromodne odróżnianie cyberprzestrzeni od realu i pomstowanie na narcystyczne praktyki w internecie to jojczenie starych dziadów. Jednak coraz częściej widzę, że jest w tym pierwszym element prawdy. Ile czasu każdy z nas spędza na skrolowaniu tego strumienia? I ważniejsze pytanie – ilu z nas robi to, ponieważ jest w tym jakiś kikut

siedemset innych osób: znam kogoś, kto kasuje i wrzuca ponownie zdjęcie, żeby oszukać algorytm Facebooka i żeby wyświetlało się jako pierwsze, tak długo aż uzyska aprobatę tego jedynego. No i oczywiście poczucie, że jesteśmy jedynymi osobami, które nie odnoszą sukcesów, nie mają wesołej rodziny i nic nie osiągnęły w życiu, ponieważ nasza ściana wygląda bardzo marnie w porównaniu z tym, co wrzucają nasi znajomi. Ponieważ Facebook służy do dzielenia się bardzo określonym kawałkiem życia, który nazwałabym „polem sukcesów”. Ale największym oszustwem jest klikanie dla samego klikania. Odświeżanie dla odświeżania. Bezwarunkowy u większości użytkowników odruch.

Felieton


/panpablo.sklep

33 Otwierasz komputer albo aplikację w telefonie odruchowo, żeby zapełnić niezbyt przyjemne uczucie, którego nie jesteś w stanie nawet nazwać. Zalewają cię linki z gazety.pl i artykuły napisane przez znajomych. Wydarzenia, memy, dwuzdaniowe podsumowania wydarzeń z kraju i coś o postprawdzie. Ale nie ma niczego, co mówiłoby o bogactwie nieprzyjemnej materii, jaką jest prawdziwe życie. Media często służą zlikwidowaniu nieprzyjemnego uczucia izolacji, to ten symboliczny szumiący w tle telewizor albo – to wolę i lubię – włączone radio. Nasze mamy i babcie mówią: „no żeby coś do mnie gadało”. Facebook nie gada, Facebook wypluwa fantomy zdarzeń bez osób, bez głosu i bez kontekstu. Ale pozwala też nie myśleć o tym, co jest dla nas niedopuszczalną prawdą. Że siedzimy sami. Jesteśmy sami w mieszkaniu. Albo jesteśmy sami w mieszkaniu z kimś, kogo kochamy. Często posiłkujemy się wymianą na czacie wśród bliższych znajomych. To jest wrażenie kontaktu, ale nie ma w nim ani głosu, ani reakcji, ani możliwości, żeby ktoś nas przytulił, kiedy czujemy, że życie nie jest w ogóle takie, jak zakładaliśmy, że będzie. I nie mam tutaj na myśli przytulania się do kogoś, kogo Białoszewski nazywał „osobą pierwszą”. Strumień Facebooka płynie, udając prawdziwe życie, które przecież też jest procesualne, zmienia się. Tyle że w jego przebiegu równie często natrafiamy na pole porażek, pole niepewności i poczucie osamotnienia. Przesuwamy sobie te treści, klikamy w nadziei, że może coś nam pomoże na to poczucie nieadekwatności. I nic takiego się nie dzieje, nic takiego się nie zdarzy, bo o tym nie mówi się w przestrzeni publicznej. To trochę jakby zacząć szlochać na tym wirującym bankiecie. Nie bardzo wypada. A najgorzej, kiedy odświeżaliśmy już tyle razy, że nie wyświetlają się żadne nowe posty. Małgorzata Halber skończyła filozofię na UW, pisarka, rysowniczka i dziennikarka. Obecnie pracuje nad drugą książką po „Najgorszym człowieku na świecie”.

Felieton


34

Epoka lodowcowa Zimno ma swoje zalety. Hartuje ciało i duszę. Oczyszcza. Mobilizuje do działania. Zapewnia młodość, jędrność i dobry stan ducha. A w dodatku potrafi być piękne – skrzące się w słońcu lodowe góry albo ośnieżone szczyty to widok, który długo pozostaje w sercu.


35

Są tacy, którzy lubią poczuć ukłucie zimna. Od środka albo od zewnątrz. Wskakują do lodowatej wody, wspinają się na lodowe góry, jadą na polarne wyprawy. Niektórym wystarczy kąpiel w Bałtyku w środku lipca, inni potrzebują czegoś mocniejszego – ci dają nura pod lód. Lodowata woda jest przejrzysta jak żadna inna, widoczność jest wtedy najlepsza i nawet na polskich Mazurach podwodna wyprawa staje się ekscytującą przygodą w innym świecie. Umówmy się jednak, że nie trzeba wskakiwać do lodowatej wody, albo wspinać się w górach, by czerpać radość z mroźnych aktywności. Takie na przykład rzeźbienie w lodzie też daje mnóstwo radochy, wymaga nie tylko siły, ale i kreatywności. Moda na lodowe rzeźbiarstwo zaczęła się w latach 50., w Japonii, gdzie grupa uczniów stworzyła w parku Odorii kilka śnieżnych rzeźb. Tak dla zabawy. W ślad za dzieciakami poszli sławni artyści. W parku zaczęły powstawać prawdziwe dzieła sztuki, szalenie efektowne, choć nietrwałe. Od tamtej pory na świecie moda ogarnęła cały świat. Na przykład w Kanadzie, podczas festiwalu Winterlude artyści rzeźbią ogromne postacie z lodu i przy okazji dobrze się bawią na imprezach towarzyszących. Przez dwa tygodnie! W Norwegii natomiast organizowany jest Festiwal Muzyki Lodowej – Geilo. Odbywa się on zawsze w pierwszą pełnię Księżyca w danym roku. Ten Festiwal to mroźne granie z prawdziwą lodową pasją, muzycy grają bowiem na instrumentach, które sami wcześniej stworzyli z brył lodu za pomocą piły i dłuta. Podczas widowiska można zobaczyć harfy i gitary z lodu, lodowe ksylofony oraz marimby. Zaproszeni muzycy instrumenty z lodu zamarzniętego jeziora, które znajduje się nieopodal Geilo. Ciekawe jest to, że jakość instrumentów zależy od zimy, a wydawane dźwięki od temperatury. Czyli za każdym razem koncerty brzmią zupełnie inaczej. Podczas koncertów lodowe instrumenty trzeba trzymać w grubych rękawicach, gdyż od ciepła rąk zaczynają szybko topnieć. Niełatwo też jest grać na mrozie, gdyż do lodu przymarzają usta. Jeśli nie macie ochoty na takie ekstremalne doznania, ale lubicie ukłucie chłodu trzeba poszukać innych rozwiązań. Z pomocą przyjść mogą adepci sztuki barmańskiej. Wiedzą doskonale jak połączyć składniki, by drink był skomponowany idealnie i jego chłód nie zabił smaku komponentów, a jedynie je wyeksponował. To prawdziwa sztuka, w której mistrzami są jedynie ci, którzy podchodzą do zadania z niekłamaną pasją. Niektóre alkohole, jak na przykład Amundsen – wódka czysta top premium zamknięta w designerskiej butelce, która swoim wyglądem do złudzenia przypomina bryłę lodowca – dopiero podawana schłodzona do temperatury 0 stopni Celsjusza, odsłania swój niepowtarzalny delikatny smak. Jest on efektem połączenia unikalnych składników, krystalicznie czystej wody oraz procesu filtracji poniżej 0 stopni. \

IceAge Czyli drink który smakuje tak, jakby piło się go na biegunie

SKŁADNIKI: 40ml Amundsen Vodka jagody jałowca świeży rozmaryn tonik METODA PRZYGOTOWANIA: Gałązkę rozmarynu rozcieramy delikatnie w dłoniach i umieszczamy w szklance. Dodajemy wódkę i kilka jagód jałowca. Wypełniamy szklankę lodem i dopełniamy drinka tonikiem.


AUTOMAT W ZABYTKU Tekst: Jonasz Tolopilo Foto: Filip Skroñc

Dowiadujemy się, że stary samochód jest lepszy niż nowy i że ładniej pachnie. A jak się bardzo chce, to tym starym można przejechać nawet z Pekina do Paryża, po czym wrócić do Warszawy.

Moto


37 Jest lato 1974 r. w Warszawie. Od kilku dni stolica ma nową trasę i most, który połączył prawobrzeżną część miasta z centrum. Po jezdni pędzi MGA Roadster – sportowy kabriolet z drugiej połowy lat 50., a za jego kierownicą siedzi Maciej Rzepecki, student Wydziału Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej. Chłopak kupił kilka miesięcy wcześniej wrak samochodu od ambasady brytyjskiej i remontował go miesiącami. Wreszcie może przetestować samochód na szerokiej, nowoczesnej trasie. W pewnym momencie rozpędzony samochód robi niepokojący manewr – kierowca próbuje hamować, ale technika zawodzi i kabriolet dachuje (mimo tego, że nie ma właściwie dachu). – Ja wyszedłem bez szwanku, ale tego samego nie można było powiedzieć o samochodzie – był kompletnie zniszczony. Nie wytrzymała pompa hamulcowa, którą przemontowałem z jednego modelu Syreny. W tamtych czasach zdobycie oryginalnej części do mojego samochodu było niemożliwe, więc musiałem kombinować. W czasie prac nad MGA odkryłem na przykład, że pasuje do niego sprzęgło od Moskwicza 407 – mówi Rzepecki. Mimo niebezpiecznego wypadku w głowie Rzepeckiego wciąż wracała myśl, żeby odrestaurować kolejny model. W końcu padło na inny sportowy samochód – Triumph TR5 PI. Kilka lat po studiach kupił wrak i zabrał się do pracy. Był wtedy kierownikiem stacji napraw w Polmozbycie, czyli Przedsiębiorstwie Techniczno-Handlowym Motoryzacji. Dostał pozwolenie od władz na remontowanie samochodu w zakładzie, ale po pewnym czasie musiał go sprzedać. Trafił do innego pasjonata, który jeździ nim do dziś. Pierwszy warsztat Rzepeckiego powstał w 1985 r. przy ulicy Targowej na warszawskiej Pradze. – Robiłem głównie samochody współczesne, a zabytkami zajmowałem się po godzinach, jako hobby. Tym sposobem remontowałem mniej więcej jeden stary wóz rocznie. Ale w pewnym momencie się okazało, że coraz więcej osób chciałoby mieć unikalny, stary egzemplarz – mówi Rzepecki. Podjął decyzję, że będzie zajmował się tylko oldtimerami. Z czasem klientów zrobiło się tylu, że nie było gdzie trzymać ich samochodów, więc Rzepecki przeniósł warsztat na obrzeża Warszawy. Jego specjalizacją jest brytyjska motoryzacja, ale inne wozy też zdarza im się remontować. – Kolekcjonowanie samochodów to choroba i ciężko przewidzieć, którego pojazdu zapragniesz. A przecież jeśli zrobiłem komuś dwa brytyjskie jaguary, to nie wygonię go, kiedy przyjdzie i powie, że chce forda mustanga albo jakiegoś mercedesa – śmieje się Rzepecki. Pytam, dlaczego pasjonują go akurat zabytki, a nie współczesne samochody. – Współczesnego mercedesa rozbieram z obrzydzeniem, bo to samochód wykuty z kamienia, konstrukcyjne rozwiązania w ogóle mi nie imponują. A np. w zabytkowym jaguarze nie było elementów robionych na wtryskarce czy innej maszynie przemysłowej. Wystarczy zajrzeć głębiej i od razu widać pracę konstruktorów i to, że każdy egzemplarz budowało się indywidualnie. Oczywiście przez to nie da się przełożyć np. drzwi z jednego jaguara do drugiego, bo mogą być wyższe albo niższe nawet o kilka centymetrów – tłumaczy. Często pracownicy Rzepeckiego poprawiają technologię sprzed kilkudziesięciu lat. Na przykład tłoki we wspomnianych jaguarach mogły kiedyś pracować tylko na ogromnych luzach, bo puchły w trakcie pracy. Dlatego w warsztacie przerabia się je na nowoczesne tłoki z wkładkami ogniowymi i silnik pracuje jak ten nowoczesny. – Nic nie stuka ani nie puka – śmieje się Rzepecki. Podobnie jest ze skrzyniami biegów. Zwykle zakładają w samochodach swoich klientów pięciobiegowe, manualne skrzynie, tak żeby każdy współczesny kierowca wiedział, jak go prowadzić. Ale zdarzało się, że klienci żądali zainstalowania w zabytkowych samochodach skrzyń automatycznych. – Klient z Hong Kongu zamówił Jaguara XK120. Nigdy wcześniej nie jeździł z manualną skrzynią, więc zażyczył sobie, żeby zamontować w nim sześciobiegowy automat. Nie było rady, musieliśmy spełnić jego prośbę! – opowiada. W 2013 r. konstruktor przygotowywał swojemu przyjacielowi samochód na rajd Pekin–Paryż. To jedna z najtrudniejszych imprez motoryzacyjnych z udziałem samochodów zabytkowych, bo do przejechania jest ponad 17 tysięcy kilometrów (w tym część po bezdrożach Mongolii), a startuje prawie sto załóg z całego świata. Samochód przygotowany przez Rzepeckiego był pierwszym Jaguarem w ponad stuletniej historii rajdu, który dojechał do mety. – A po banMoto


38 kiecie końcowym w Paryżu załoga wsiadła do jaguara i dojechali nim jeszcze do Warszawy! – wspomina. Pierwszym zagranicznym klientem Rzepeckiego był Niemiec, który przywiózł mu Jaguara E-type’a do remontu. – Podpisaliśmy umowę i wrócił do siebie. Po trzech miesiącach przyjechał do warsztatu, spojrzał na postępy prac i rzucił mi się na szyję. Mówi: „Nawet nie wiesz, ile wygrałem dzięki tobie butelek piwa! Koledzy założyli się ze mną, że jak przyjadę ponownie, to samochód zastanę nieruszony, stojący gdzieś w krzakach, a Polak będzie się niedaleko niego kręcił pijany!” – wspomina Rzepecki. Samochody, które wychodzą z warsztatu, są testowane osobiście przez konstruktora. Każdym przejeżdża około tysiąca kilometrów. – Wolę, żeby ewentualna usterka objawiła się u mnie, a nie po tym, jak samochód dotrze do klienta, który mieszka np. w RPA – mówi Rzepecki. – Lubię nimi jeździć po bocznych drogach, mam swoje ulubione trasy. Jadąc przez las, czuję wszystkie zapachy, np. kwitnące konwalie – nie to, co we współczesnych samochodach, tylko odór plastiku i klimatyzacji. Dla ludzi z mojego pokolenia samochody, które teraz uznajemy za zabytkowe, były niedostępne. Można było je oglądać co najwyżej w tygodniku „Motor”. A teraz dzięki zabytkom można spojrzeć w przeszłość z nostalgią – mówi Rzepecki.

Moto


Marcin Masecki CHO CH OPIN NOKTU TURNY TU RNY

A_GIM VOTULIA

Mitch & Mitch & Kassin VISSITA ITANTTES NO NORDES RDESTI TINOSS TI

DO NABYCIA W SALONACH EMPIK ORAZ NA


Tekst: Ania Konieczyńska Foto: Filip Skrońc


41

Laura Matuszczyk: Godzina czarnej róży

Od fanki Nirvany przez tlenioną blondynkę z solarium po subtelną seksbombę. Blogerka, którą na Instagramie obserwuje prawie sto tysięcy fanów, to ucieleśnienie współczesnej kobiecości. Nazywana Królewną Śnieżką internetu albo polską Angeliną Jolie, z którymi łączą ją długie ciemne włosy, hipnotyzujące spojrzenie i pełne usta, na żywo wygląda młodziej niż na zdjęciach. Drobna, niewinna i wiotka przed obiektywem zamienia się w uwodzicielkę. Ostatnio jej sztandarowy zestaw to lateksowe legginsy z kolekcji Joanny Horodyńskiej dla SI-MI, kraciasta marynarka z Zary Studio i torebka na pasku z nowej kolekcji Zofii Chylak. Dla Laury umiłowanie klasycznej kobiecości to ostatni etap w ewolucji stylu. W podstawówce w rodzinnych Katowicach słuchała heavy metalu, więc nosiła czerń, skórę i glany. – Potem był okres, który nazywam maniurskim. Byłam blondyną z solarki, która czytała Nietzschego – śmieje się Matuszczyk. Przechodziła też fazę emo, jak chyba wszystkie dzieciaki urodzone w okolicach 1990 r. A na imprezy ubierała się jak jej idolka, Laura Palmer z „Miasteczka Twin Peaks”. Podbierała też ubrania z szafy mamy. Od niej nauczyła się dbałości o jakość. Dzisiaj to ona pożycza jej ciuchy. – Byłam dziwna, inna, kontrowersyjna. Ale to, że w liceum mnie na okrągło obgadywali, zaimpregnowało mnie na internetowy hejt – mówi. Po studiach na filozofii (nie na darmo nosiła pod pachą tego Nietzschego) wyjechała do Wrocławia. Przez chwilę pracowała w agencji marketingowej, ale nie czuła ani tego miasta, ani tej pracy. Lepiej odnajduje się w kamienicy na warszawskiej Pradze. Chociaż podoba jej się Paryż, nie musi mieszkać w stolicy mody. Jej warszawska szafa i tak wygląda jak z wybiegu. Wieszak to miejsce dla aktualnych faworytów (baza to wełniany płaszcz, dobre dżinsy, T-shirty), resztę chowa w szafie. Często robi wyprzedaże, wymianki ciuchowe i remanenty, bo męczy ją nadmiar. Obok ubrań z sieciówek – H&M Trend albo Zara Studio, na wieszaku znajdzie się miejsce dla polskich marek – torebek MUMU i Zofii Chylak czy płaszczy LeBRAND. Czasami Laura lubi zaszaleć, nosząc droższe rzeczy, np. sukienkę Self-Portrait. Najcenniejsze są dla niej jednak swetry, które dziergała jej mama. Dla swoich fanek odkrywa też nowe marki w internecie. Zdjęcia w superobcisłej małej czerwonej The Line by K zdobyły kilkanaście tysięcy lajków. To jednak nie jest dla niej wyznacznikiem. – Gdybym kierowała się tylko tym, co dostaje lajki, wrzucałabym wyłącznie selfie i zdjęcia pupy – śmieje się. W pełni akceptuje swoje ciało. U niej w domu nagość nigdy nie była tabu, więc nie ma problemu ze zdjęciami, na których widać biust czy brzuch. Ale jej Instagram jest konsekwentną galerią, w której nie ma miejsca na przypadkowe kadry, więc nie weźmie udziału w intratnej kampanii reklamowej, jeśli marka nie pasuje do jej wizerunku. Z bloga utrzymuje się od dwóch lat, ale nie uważa się za ekspertkę od stylu. Mimo że pasja stała się dla niej pracą, wcale nie straciła statusu pasji. Laura wciąż regularnie odpisuje na komentarze fanów, doradzając im w kwestii stylu. Po godzinach z chłopakiem, który woli pozostać w cieniu, prowadzi firmę przerabiającą klasyczne levisy 501. W tym przedsięwzięciu też kieruje się dewizą, że kluczem do stworzenia indywidualnego stylu jest przyprawienie klasyki osobowością. Moda: Szafa


42

Na bogato Powtórka z rozrywki? Raczej składanka the best of. Moda po raz kolejny zataczając krąg, zatrzymuje się na latach 80. Epoka skandalu, seksapilu i sukcesu kusi nagością, przepychem i złotem. Bo przecież girls just wanna have fun.

Moda

Kiczowata, prowokująca, przegięta. Dla dziwki, madonny i pracującej dziewczyny. W latach 80. moda świadomie przekraczała granice dobrego smaku. Dziś eksces znów jest ekscytujący. A wraz z nim przeskalowane formy, nasycone barwy i teatralne detale.


43

Buty Maison Margiela, ok. 7200 zł, net-a-porter.com Spódnica Ala�a, ok. 16500 zł, net-a-porter.com P³aszcz Kenzo, ok. 3790 zł, net-a-porter.com Top Reserved, wzór, reserved.com

Moda


44

Pochwała brzydoty Tekst: Ania Konieczyńska

Brwi jak skrzydła gołębicy, usta pociągnięte Lip Kit Kylie, policzki wykonturowane bronzerem i laserem. Twarze androginicznych androidów przypuszczają atak klonów z ekranu smartfona. Dominująca na Instagramie plastikowa, a w każdym razie tak-śliczna-że -chce-się-wyć estetyka, powoli ustępuje pola zdjęciom brzydkim w swojej naturalności i naturalnym w swojej brzydocie. Kadry najmłodszych gwiazd Instagrama wyglądają, jakby ktoś wytarł obiektyw iPhone’a we flanelową koszulę, w której Kurt Cobain przeimprezował weekend. Bliźniaczki Simi i Haze (@simihaze) z Los Angeles mają te usta, co trzeba, i tych znajomych, co wypada – siostry Jenner i Hadid, ale zawsze wyglądają, jakby były na lekkim haju, kadry, które wrzucają do sieci, są cięte, jakby za aparat chwycił pijany wujek, a scenografia bywa brudna jak berliński bruk. Modelki, traktujące Instagram jak portfolio, też znudziły się cukierkowymi fotkami z katalogu Victoria’s Secret. Binx Walton krytykuje Trumpa, liże sutek koleżanki i nosi białe skarpety. Ali Michael robi selfie w lotniskowych toaletach, na tle pożółkłej trawy albo brudnego lustra. Cara Delevingne pali cygara, robi głupie miny do psa i śpi w samolocie. Wnętrza wyglądają jak pokoje z hoteli na polskiej prowincji, flesze odbijają się w szybach, a kadry przypominają zdjęcia klasowe z końca lat 90., na których każdy wyglądał najgorzej. Jeszcze brudniej jest na Snapchacie – w mrocznych klubach, żeby cokolwiek zobaczyć, trzeba by mieć noktowizor, w łóżkach przewalają się chłopcy, dziewczęta, ubrania i pościel, a jedyny makijaż, na jaki się wysilą, to automatyczny filtr z króliczkiem albo pieskiem. Cóż, do tej pory normalsi próbowali upodobnić się do gwiazd, nakładając tapetę, pożyczając ciuchy i radząc się „specjalistów od wizerunku”. Teraz to gwiazdy chcą wyglądać jak normalne dziewczyny, których zdjęcia wcale nie wyglądają jak wycinek kampa-

nii reklamowej samych siebie. Trashowymi artystami życia inspirują się ci, którzy zarabiają na tym, że są fajni. Kylie Jenner, która na każdym poście docierającym do 90 milionów fanów zarabia 300 tysięcy dolarów, stara się być prawdziwa, robiąc selfie z żabiej perspektywy, jak blachara przy aucie albo w kucki pod drzwiami łazienki. W WC pozuje też Selena Gomez, ma także fotki z wielką tłustą pizzą, na wózku w supermarkecie albo z szampanem w windzie. Opłaca się. Selena to rekordzistka – zebrała bazę 115 milionów fanów, a osiem jej zdjęć znalazło się na liście najchętniej lajkowanych w 2016 r. Oburzenie wykreowaną „autentycznością” jednak na nic się nie zda. Umówmy się – zdjęcia straciły walor spontaniczności w momencie, kiedy ułożenie kompozycji z ray-banów, maca i kawy zaczęło zajmować 40 minut, a wybór miejsca, w którym w ogóle tę kawę warto wypić, bo dobrze prezentuje się na fotkach, kolejne pół godziny. Ale kadrami myślimy – o sobie i o świecie – właściwie od powstania fotografii. Susan Sontag już w 1977 r. pisała, że coraz więcej wysiłków podejmujemy tylko po to, żeby mieć co uwiecznić. Niedługo później ulegliśmy wrażeniu, że fotografować każdy może. Małpką, cyfrówką, potem smartfonem, a teraz znów Instaxem, którego największą zaletą jest nieprzewidywalność efektu. Amatorszczyzna, dyletanctwo i prowizorka mają być odtrutką na obsesyjne kreowanie wizerunku. Teraz mamy pokazywać się bez kompleksów, bez kłamstw, bez sekretów. Znów wolno być brzydkim, wulgarnym, źle wychowanym. Jak w latach 90., które nowi idole pamiętają tylko z VHS-ów z komunii, teledysku do „Smells Like Teen Spirit” i archiwalnych numerów „i-D”. Dziennikarka ze słabością do mody. Pracowała m.in. w „Elle”, „Gali” i „Vivie!”. Jedna druga agencji kreatywnej ThinkFashion.pl, połowa duetu serialowego Qkmal. Lubi pisać, pracować, plotkować.

Moda: Felieton


Róisín Murphy IE The Cinematic Orchestra UK SOHN UK RY X AU Gang Gang Dance US Hercules & Love Affair US Gold Panda UK Luke Vibert UK Clark UK Michael Mayer DE William Basinski & NOSPR US/PL Christian Löffler & Mohna A/V live DE

Karnety: 1-dniowe: 150 zł* 2-dniowe: 260 zł** 3-dniowe: 300 zł

i wielu innych…

Kup na: festiwalnowamuzyka.pl

*Sprzedaż od 01.05.2017

PATRONI / PATRONS

PARTNERZ Y / PARTNERS

SPONSORZ Y / SPONSORS

ORGANIZ ATORZ Y ORGANIZERS

SPONSOR G ŁÓWNY MAIN SPONSOR

**Dla klientów T-Mobile 25% zniżki przy zakupie karnetów 2-dniowych na Ticketpro.pl! W celu otrzymania kodu rabatowego wystarczy wysłać bezpłatny SMS o treści „Nowa” pod numer 80557. Promocja obejmuje tylko polskie numery telefonów!


46

Szamowyzwalacz

Kuchnia


47 W świątyni półkrwistych sezonowanych steków, warszawskiej restauracji Ed Red, oblepiony wampirycznymi spojrzeniami meatloverów, rozmawiam z dziennikarzem, didżejem, konferansjerem i moim dobrym ziomem, Piotrem Kędzierskim. Foto: Filip Skroñc

Vienio: Znajdujemy się w epicentrum mięsnych eksplozji, w mekce meatloverów. Sam jesteś wielbicielem mięsa. Jak postrzegasz ludzi, którzy go nie jedzą? Piotr: Pozytywnie, chociaż za każdym razem, kiedy spotykam się z ortodoksyjną postawą, jestem przerażony. Nie chcę czuć presji. Ale przyznaję, zastanawiam się nad tym, czy byłbym w stanie przejść na wegetarianizm. Nie z powodów zdrowotnych, ale moralnych. Przeczytałem ostatnio ciekawą książkę, „Jedzenie zwierząt”, i myślę, że warto po nią sięgnąć. Mnie dała do myślenia. Właśnie zjadłem steka i zastanawiam się, czy mógłbym z tego zrezygnować. Ale tak jak wegetarianizm rozumiem w stu procentach, to nie mogę pojąć, że ktoś może uważać za krzywdę picie mleka czy jedzenie serów. Z tego bym nie mógł zrezygnować. Bo nad zakończeniem przygody z mięsem poważnie się zastanawiam. Będzie to trudne, biorąc pod uwagę tradycję, w jakiej zostaliśmy wychowani. W Polsce mięso zawsze było dobrem luksusowym. Pamiętam, jednego razu, jeszcze jako dziecko, poszedłem z mamą do sklepu z meblami, a wyszliśmy z mięsem. Do tej pory nie rozumiem, jak to się stało. Chyba byłem świadkiem jakiegoś większego szwindlu. Karnisz za wędlinę? Proszę bardzo. Moja mama robiła takie deale pod koniec PRL-u. Czy w restauracjach interesuje cię klimat, dizajn, popularność miejsca, czy liczy się tylko jakość szamki? Na dizajn zwracam uwagę na ostatnim miejscu. Jakość jest najważniejsza. Ale atmosfera też nie jest bez znaczenia. Ostatnio w naszym kraju poziom obsługi klienta wzrósł, ludzie identyfikują się ze swoim miejscem pracy. Dzisiaj praca w knajpie to nie zsyłka, tylko fajna robota. Bycie uśmiechniętym kelnerem czy zdolnym i lubianym szefem kuchni to prestiż. Nawet w najlepszym lokalu zła obsługa może skutecznie zniechęcić do tego miejsca, może rozpętać piekło na Facebooku. Sam powstrzymuję się od komentowania restauracji w sieci, bo zdaję sobie sprawę, że ktoś może mieć słabszy dzień. Ja takowe miewam dość często. Ha ha ha. Wspomniałeś o coraz lepszym poziomie obsługi i jakości w polskich restauracjach. To chyba również zasługa tego, że

młodzi ludzie coraz częściej doświadczenie w gastronomii zdobywają za granicą. Pracują, przyglądając się logistycznym rozwiązaniom i organizacji pracy w innych krajach, wracają do nas i wdrażają u siebie. To prawda. Warszawa stała się prawdziwą europejską metropolią. Naprawdę chce się tu żyć i jeść. Nie będę ściemniał, że jestem wybitnym znawcą tematu, ale jeżeli lubisz kuchnię koreańską, wietnamską, kazachską, meksykańską czy włoską, jesteś w domu. Można sobie u nas pozwolić na każdy rodzaj gastroperwersji. Pewien foodie powiedział kiedyś: sytość to najlepszy haj na świecie. Uczucie bezpieczeństwa, matczynego ciepła, gastroendorfiny zalewające mózg. Znasz to uczucie? Jasne! Kto z nas nie lubi zdrowo podjeść? To jak seks – bardzo zmysłowe uczucie. Z czasem otwieram się na nowe smaki i chcę je poznawać. Kiedy byłem mały, jadłem tylko chleb z serem, frytki i schabowego. Megaograniczone menu. Zielonego nie dotykałem. Potem, krok po kroku, zmieniały mi się smaki. Dziś jem wszystko, co wtedy mnie obrzydzało. Nawet surową rybę. Myślę, że organizm dobrze wie, czego potrzebuje, sam komunikuje nam niedobory i subtelnie podsuwa nam czasem zadziwiające pomysły. Ostatnio miałem taki napad. Obudziłem się w nocy z wielką ochotą na śledzia. Pojechałem więc do sklepu, kupiłem rybę, oliwę, cebulę, pokroiłem i zjadłem. To było silniejsze ode mnie. Jedzenie przejęło nade mną kontrolę. Kto jest gorszy twoim zdaniem – neurotyczny, krzykliwy właściciel czy obleśny, cuchnący i szczerbaty szef kuchni? Chyba jednak obleśny szef kuchni. Siedzimy sobie w miłej restauracji Ed Red i patrzę na pana kucharza, który z pietyzmem nakłada purée do stylowej miseczki. Kuchnia jest otwarta. Wszystko widać. Wybieram neurotycznego właściciela. Uświadomiłeś mi właśnie, że higiena w gastronomii jest jednak bardzo ważna. Brud na sali może być, jeżeli jest kontrolowany. 

Kuchnia


48

W restauracji Ed Red, słynącej z najlepszych steków w stolicy (i nie tylko), szef kuchni ugościł Vienia i jego rozmówcę, serwując specjalność lokalu sezonowanego steka półkrwisto. Vieniu - jarosz - zamówił smacznego turbota z młodymi ziemniakami i masełkiem kaparowym.

Kuchnia


49 To co powiesz o wietnamskich ociekających tłuszczem barach z lepiącymi się podłogami? To jest wpisane w obraz Azji. Jedziesz tam i wiesz, że będziesz jadł na brudnej, zakurzonej ulicy najlepsze jedzenie ever. Nie mam z tym żadnego problemu, biorę to z dobrodziejstwem inwentarza. Swoje popisowe danie – zupę ogórkową – serwujesz z kluskami. Nie jest to mój wymysł . Kiedy byłem mały, oprócz wspomnianego chleba z serem uwielbiałem kluski. Do dziś nie wiem, czy to był wymysł mojej babci, czy ktoś jej to kiedyś pokazał. Żeby tak dodać kluski do ogórkowej? Tak czy siak babcia Wandzia wypromowała w mojej rodzinie ogórkową z makaronem. Pomimo oczywistej profanacji jest to moja ulubiona wersja ogórkowej. Wanda nauczyła mnie ją robić, tylko mi nigdy nie wyszła tak dobrze. Dokwaszasz kwasem z ogórków? No ba! Dużo ogórków i dużo kwasu. Do tego śmietana. Jak najlżejsza i koniec. Perfekt. Jeść w knajpach potrafi każdy, ale na gotowanie w domu trzeba mieć zajawkę. Bardzo ubolewam, że nie mam dla kogo gotować. To jest bardzo smutne.

Czyli gastro rudeboyowska publicystyka Anthony’ego? Tak jest. Oraz nadmienię, bez kokietowania, że śledzę twoją historię. Naprawdę wielka przemiana na korzyść. Dzięki ziom, szacun. Jeżeli pozwolisz, dopiszę jeszcze dwa, trzy zdania o sobie. Ależ oczywiście. Ostatnie pytanie – czy ty, Piotrze Kędzierski, zapisujesz się do kościoła kozackiej szamki, z wszystkimi jego fanaberiami, pielgrzymkami do modnych znanych miejsc, przyjmowania komunii świętej z misek pełnych ramenu i spowiedzi w kiblu z pijanymi kolegami? Yes I do ! Z Piotrkiem Kędzierskim rozmawiał samozwańczy biskup kościoła kozackiej szamki Vieńczysław Nieszczególny. Ramen!

Piotr Kędzierski od ponad dekady atakuje z trzech kierunków. Można go zobaczyć w telewizji, usłyszeć na radiowej antenie (w Rock Radiu prowadzi autorską audycję P.K.S.), albo ruszyć nóżką na imprezie, na której gra didżejskiego seta. Znany jest z błyskotliwego, oryginalnego, czasem nieco sprośnego poczucia humoru.

I tu odezwa do szlachetnych, pięknych dziewczyn, które nie potrafią gotować – kawaler czeka! Zwariowałeś, Vienio, jak to brzmi? Prawda jest taka – głównie jem w knajpach. Na szczęście moją audycję przenieśli na dziewiątą rano. Mam wreszcie czas na domowe śniadanie, czyli pumpernikiel z białym serkiem i ogóreczkiem. Kiedy pracowałem od szóstej, to nie było takiej możliwości. Gdy planujesz podróż, wystarczają ci basen, piękne dziewczyny i pasek all inclusive czy jednak myślisz, co tam będzie fajnego do szamy? Nawet w Warszawie zastanawiam się, co będę jadł po wyjściu na miasto. Lokalne jedzenie jest dla mnie źródłem nieustających fascynacji. Kiedyś we Francji wypatrzyłem w restauracji super zapiekane sery, które później wszędzie zamawiałem pasjami. Jestem totalnym fanem serów. Inne piękne przeżycie kulinarne zdarzyło mi się we Włoszech. Kręciłem tam jakiś program. Obudził mnie straszny zgiełk i hałas. Wyjrzałem przez okno hotelu, a tam targ kulinarny. Na środku wielki stół, wszędzie toskańskie produkty regionalne prezentowane przez producentów. Bazylia, wielkie sery, szynki... Normalnie bajka. Spędziłem kilka godzin, szwendając się między stoiskami, próbując różnych produktów. Ludzie byli uśmiechnięci i szczęśliwi, bo jak jest dobre jedzenie, to wszyscy są zadowoleni. Którego ze znanych szefów kuchni lubisz najbardziej? Lubię, jak o kuchni opowiada Anthony Bourdain. Kuchnia


Teatr Wiosna ma dla mnie smak jednego warzywa. Tak ważnego, że nie warto przez ten czas oglądać się na inne. I tak ulotnego, że kiedy ma swój czas, grzech nie korzystać z niego na okrągło. Wizytówką wiosny, jej kwintesencją i jedynym aktorem na wiosennej scenie są szparagi. Żeby w stu procentach wykorzystać szparagowy potencjał, upewnij się, że wiesz, z czym właściwie masz do czynienia. Zdarza się, że najwięksi miłośnicy nie zdają sobie sprawy, iż białe i zielone szparagi to pędy dokładnie tej samej rośliny, a nie różne gatunki. Kolor zależy wyłącznie od sposobu uprawy. Zielone dojrzewają w pełnym słońcu, a białe do samego końca rosną pod ziemią, przez co nie wytwarza się w nich odpowiedzialny za zieloną barwę chlorofil. Ich wartości odżywcze nie różnią się znacząco, jedne i drugie szparagi pełne są minerałów, witaminy C, kwasu foliowego i błonnika. Białe tracą niestety część dobroczynnych składników przy obieraniu z twardej skórki, której zielone są pozbawione. Wybierając na bazarku pęczek szparagów, od razu spójrz na spód ich łodyg. Nie mogą być wysuszone ani spleśniałe. Brzydkie końcówki oznaczają, że szpara-

jednego


Tekst i foto: Marianna Medyńska gi są nieświeże i zostało w nich niewiele wartości odżywczych i smaku. W drugiej kolejności oceń powierzchnię – powinna być jędrna, soczysta i gładka, a w przypadku zielonych mieć zdrowy, nasycony kolor. Grubość pędów nie ma wpływu na ich jakość, choć ja wybieram zawsze te najcieńsze. W szparagach najbardziej lubię to, że odnajdują się w każdych, skrajnie różnych okolicznościach. Z jednej strony smakują tak, że obronią się sauté – z oliwą, solą i kawałkiem chleba, a w wersji deluxe dodatkowo z jajkiem. Przygotowanie takiego posiłku zajmuje 15 minut, z wycieczką do warzywniaka włącznie. Z drugiej strony ich smak zasługuje na czas i specjalne traktowanie – na przykład lepienie domowego makaronu, ucieranie buraków na purée i własnoręczne marynowanie oliwek. W tym przypadku pracy jest znacznie więcej, ale efekt końcowy jest warty każdego poświęcenia. Wybierając się następnym razem do warzywniaka, kup od razu kilka pęczków, żeby móc uhonorować szparagi na oba sposoby, póki jeszcze trwa ich czas. 

warzywa


52 II. Purée z buraków 300 g buraków (2-3 sztuki), mogą być młode z botwiny, ew. 1-2 łyżki wody

Domowy makaron buraczany ze szparagami, marynowanymi oliwkami i burratą I. Marynowane oliwki 180 g oliwek odmiany nocellara lub castelvetrano (o intensywnie zielonym kolorze), ok. 200 ml oliwy z pierwszego tłoczenia, skórka z jednej pomarańczy, pół małej papryczki chili, duży ząbek czosnku, pęczek świeżej szałwii W dniu poprzedzającym robienie makaronu zamarynuj oliwki. Wlej oliwę do garnka i dodaj skórkę z pomarańczy (zdjętą przy pomocy obieraczki do warzyw), pokrojoną papryczkę chili, ząbek czosnku zgnieciony bokiem noża oraz garść liści szałwii (resztę zachowaj na koniec, do podania). Ustaw na najmniejszym palniku i powoli podgrzewaj, a kiedy oliwa zacznie syczeć, zdejmij garnek z ognia, żeby nic się nie usmażyło. Do ciepłej oliwy dodaj odsączone z zalewy oliwki. Przełóż do słoika i upewnij się, że wszystkie oliwki są przykryte (jeśli nie, dolej więcej świeżej oliwy). Odstaw do lodówki na minimum 12 godzin.

Kuchnia

Na czysty blat lub stolnicę wysyp obie mąki i przemieszaj dłonią. W środku zrób wgłębienie, wbij do niego jajka i roztrzep widelcem. Obok nałóż purée z buraków. Zacznij mieszać dłonią, zgarniając z boków coraz więcej mąki. Kiedy płynna masa zacznie zamieniać się w ciasto, rozpocznij ugniatanie. Pracuj tak długo, aż miękkie ciasto nabierze sprężystości i przestanie się kleić. Jeśli będzie zbyt mokre, dodaj więcej mąki. Jeśli zbyt suche, dołóż łyżkę lub dwie purée. Wyrabiaj minimum 10 minut, żeby aktywować gluten zawarty w mące – dzięki niemu ciasto będzie plastyczne i gładkie. Gotowe uformuj w kulę, zawiń w czystą ściereczkę i odłóż do lodówki na 30 minut. Po odpoczynku ciasto będzie jeszcze bardziej sprężyste. Przygotuj maszynkę do makaronu. Przekrój kulę ciasta na ćwiartki. Trzy części schowaj pod ściereczką, a jedną rozpłaszcz w dłoni na kształt prostokąta. Oprósz mąką i przeciśnij przez korby maszynki na najszerszym ustawieniu. Złóż na pół i powtórz. Zmniejsz szerokość o jeden stopień, przeciśnij, złóż ciasto, przeciśnij, zmniejsz szerokość o kolejny stopień. Dalej przeciskaj przez korby już bez składania ciasta, tak aby rozwałkowywać je na coraz dłuższy prostokąt. Powtarzaj przeciskanie, aż dojdziesz do przedostatniego stopnia, za każdym razem delikatnie oprószając ciasto mąką. Przez przedostatni stopień przeciśnij ciasto dwukrotnie. Otrzymasz cienki, ale trwały arkusz ciasta gotowy do wykrawania makaronu. Przeciśnij go przez korby z wybranymi ostrzami, aby wyciąć makaron, na jaki masz ochotę, np. tagliatelle lub pappardelle (wąskie lub szerokie wstążki). Możesz też ręcznie pociąć arkusz na prostokąty i ulepić z nich farfalle (kokardki). Jeśli nie korzystasz z maszynki, naszykuj duży wałek i postępuj tak samo – podziel ciasto na cztery części i jedną po drugiej cienko rozwałkuj, kilka razy składając i wyrównując. Podsypuj mąką, aby ciasto się nie


53 kleiło. Wycinaj makaron okrągłym nożem do pizzy lub ciasta (karbowanym). Odłóż cztery porcje gotowego makaronu i przykryj ściereczką na czas szykowania dodatków. Resztę zamroź lub schowaj do lodówki na maksymalnie jeden dzień.

III. Makaron buraczany: 160 g mąki pszennej tortowej, 170 g włoskiej mąki typu 00 + trochę więcej do podsypywania, 2 średnie jajka, 5-8 łyżek purée z buraków Na czysty blat lub stolnicę wysyp obie mąki i przemieszaj dłonią. W środku zrób wgłębienie, wbij do niego jajka i roztrzep widelcem. Obok nałóż purée z buraków. Zacznij mieszać dłonią, zgarniając z boków coraz więcej mąki. Kiedy płynna masa zacznie zamieniać się w ciasto, rozpocznij ugniatanie. Pracuj tak długo, aż miękkie ciasto nabierze sprężystości i przestanie się kleić. Jeśli będzie zbyt mokre, dodaj więcej mąki. Jeśli zbyt suche, dołóż łyżkę lub dwie purée. Wyrabiaj minimum 10 minut, żeby aktywować gluten zawarty w mące – dzięki niemu ciasto będzie plastyczne i gładkie. Gotowe uformuj w kulę, zawiń w czystą ściereczkę i odłóż do lodówki na 30 minut. Po odpoczynku ciasto będzie jeszcze bardziej sprężyste. Przygotuj maszynkę do makaronu. Przekrój kulę ciasta na ćwiartki. Trzy części schowaj pod ściereczką, a jedną rozpłaszcz w dłoni na kształt prostokąta. Oprósz mąką i przeciśnij przez korby maszynki na najszerszym ustawieniu. Złóż na pół i powtórz. Zmniejsz szerokość o jeden stopień, przeciśnij, złóż ciasto, przeciśnij, zmniejsz szerokość o kolejny stopień. Dalej przeciskaj przez korby już bez składania ciasta, tak aby rozwałkowywać je na coraz dłuższy prostokąt. Powtarzaj przeciskanie, aż dojdziesz do przedostatniego stopnia, za każdym razem delikatnie oprószając ciasto mąką. Przez przedostatni stopień przeciśnij ciasto dwukrotnie. Otrzymasz cienki, ale trwały arkusz ciasta gotowy do wykrawania makaronu. Przeciśnij go przez korby z wybranymi ostrzami, aby wyciąć makaron, na jaki masz ochotę, np. tagliatelle lub pappardelle (wąskie lub szerokie wstążki). Możesz też ręcznie pociąć

arkusz na prostokąty i ulepić z nich farfalle (kokardki). Jeśli nie korzystasz z maszynki, naszykuj duży wałek i postępuj tak samo – podziel ciasto na cztery części i jedną po drugiej cienko rozwałkuj, kilka razy składając i wyrównując. Podsypuj mąką, aby ciasto się nie kleiło. Wycinaj makaron okrągłym nożem do pizzy lub ciasta (karbowanym). Odłóż cztery porcje gotowego makaronu i przykryj ściereczką na czas szykowania dodatków. Resztę zamroź lub schowaj do lodówki na maksymalnie jeden dzień.

IV. Do podania oliwa wykorzystana do marynowania oliwek, 1 pęczek zielonych szparagów, kilka hojnych szczypt soli morskiej, garść świeżej szałwii, 2-3 łyżki purée z buraków, 1 kulka burraty (w ostateczności zastąp mozzarellą), młode listki jarmużu lub szczawiu (możesz zastąpić kiełkami, np. groszku lub słonecznika), świeżo mielony czarny pieprz

Zamarynowane oliwki odsącz na sicie, a oliwę zlej do osobnego naczynia. Szparagi umyj i odłam zdrewniałe końcówki. Pokrój w półcentymetrowe talarki. Odmierz 4 łyżki oliwy i rozgrzej na patelni. Dodaj pokrojone szparagi (bez główek), dopraw solą i podsmaż na dużym ogniu przez kilka minut. Na ostatnią minutę smażenia dorzuć główki. Kiedy szparagi się zarumienią, ale wciąż będą jędrne i chrupiące, wyjmij je na talerz. Na patelnię wlej resztę oliwy i dodaj listki szałwii. Usmaż je do chrupkości i wyjmij na ręcznik papierowy, żeby odsączyć z nadmiaru tłuszczu. Do oliwy na patelni dodaj purée z buraków i dopraw solą oraz pieprzem. Dokładnie wymieszaj. Uformowany wcześniej makaron ugotuj al dente w słonej wodzie przez 1-2 minuty. Nie przejmuj się, jeśli jego kolor lekko wyblaknie – powróci dzięki burakom dodanym do sosu. Odcedź makaron (zachowując około pół szklanki wody z gotowania). Wciąż gorący przełóż z powrotem do garnka i wlej do niego buraczano-oliwny sos z patelni. Dokładnie wymieszaj. Podgrzewaj przez chwilę, podlewając wodą z gotowania makaronu, która połączy wszystko

Kuchnia

w kremowy sos. Wrzuć szparagi i oliwki, wymieszaj, zdejmij z ognia. Rozłóż makaron na cztery talerze. Każdą porcję udekoruj kawałkami burraty, chrupiącą szałwią i świeżymi listkami jarmużu lub szczawiu. Dopraw świeżo zmielonym czarnym pieprzem.


54

Miód wielkomiejski Pszczelarium

pszczelarium.pl para-buch.pl/pszczelarium/

Istnieje teoria mówiąca, że najlepiej spożywać miód wytwarzany niedaleko naszego miejsca zamieszkania. Wyprodukowany przez pszczoły z danego środowiska ma lepiej odpowiadać na potrzeby żyjących w nim ludzi. Ale kto by pomyślał, że dystans ten można zmniejszyć do kilku kroków, i to w środku dużego miasta? Założyciele Pszczelarium, Agnieszka i Kamil, stawiają miejskie ule w parkach i na dachach budynków, zapewniając pszczołom miejsce do życia, a miastu – korzyści z obecności cennych owadów. Produkt uboczny stanowi wiele kilogramów pysznego i zdrowego miodu. Twórcą identyfikacji graficznej Pszczelarium jest studio graficzne Para-Buch we współpracy z Moniką Ostaszewską-Olszewską.

Enologia > technologia

Librottiglia

Skoro do czytania używamy dziś tabletów i telefonów, to dlaczego nie wykorzystać w tym celu butelek wina? Takie pytanie zadali sobie projektanci ze studia dizajnu Reverse Innovation. W efekcie, żeby technologię rzeczywiście zamienić na enologię, nawiązali współpracę z winnicą Matteo Correggia i stworzyli linię win, które mają w etykietach ukryte opowiadania. Treść i tempo każdego tekstu są precyzyjnie dopasowane do charakterystyki trunku, z którym jest sparowany, a jego długość – do pojemności butelki. Wielozmysłowe doświadczenie!

librottiglia.com reverseinnovation.com matteocorreggia.com

Kuchnia


55

Słony smak piękna The Sea Salt Collection by MAST

mastbrothers.com calicowallpaper.com

Wyroby braci Mast to czyste wysmakowanie – marka słynie z czekolad z ciekawymi dodatkami (takimi jak owcze mleko czy oliwa) w minimalistycznych opakowaniach, których estetyka nawiązuje do zawartości. The Sea Salt Collection by MAST to seria czekolad z różnymi gatunkami soli morskiej. Rachel i Nick Cope z nowojorskiego studia Calico Wallpaper zaprojektowali dla każdej z nich etykietę, wykorzystując akwarele i konkretną sól zawartą w czekoladzie. Oba składniki reagują ze sobą, tworząc wzory nawiązujące do ruchów morza – dynamicznych, a jednocześnie harmonijnych. W Polsce czekolady MAST są dostępne w dobrze zaopatrzonych delikatesach i niektórych sklepach z dizajnem.

Gorzkie z gorzkim Latem zeszłego roku w kartach kilku kawiarni trzeciej fali zadebiutował tonik z dodatkiem espresso. Połączenie wyrazistej kawy i gazowanego napoju o charakterystycznej goryczce nieśmiało zdobywało podniebienia kolejnych polskich kawoszy. Jednak to w tym roku napój zyskuje prawdziwą popularność. O kawie z dodatkiem toniku zaczęło być głośno już z nadejściem pierwszych ciepłych dni. Kawiarnie prześcigają się w wariacjach na ten temat – doprawiają cytryną, espresso podmieniają na kawy przelewowe, a nawet robią domowy tonik. Ten rok nie będzie należał do lemoniad i mrożonych herbat. Kawy z tonikiem szukaj w kawiarniach serwujących kawę z segmentu specialty, np. STOR czy Forum w Warszawie.

Kuchnia


Nowe miejsca: KoreaTown Od przybytku talerzy głowa nie boli W Warszawie dużo jest knajp serwujących dania, które lepiej wyglądają na instagramie niż smakują. Nie ma co się dziwić – póki co nikt nie stworzył jeszcze medium społecznościowego, które pozwalałoby lansować się smakiem zajadanych potraw. Można było podejrzewać, że z jedzeniem w nowo otwartej koreańskiej restauracji na Mokotowie będzie podobnie. Znajomi z końcem marca zaczęli zalewać nasze feedy zdjęciami koreańskich banchanów, a o ich smaku nie pisał nikt – zakładając oczywiście, że #yummy nie liczy się jako opis kulinarnych doznań. Pozostało nam więc pojechać na Moko i przekonać się na własnej skórze, co małżeństwo odpowiedzialne za Miss Kimchi na Woli serwuje gościom żądnych koreańskiej kuchni. Na start zamówiliśmy Yuknoe – tatara z polędwicy wołowej z gruszką i orzechami piniowymi, a z dań głównych wybraliśmy bezpiecznego klasyka – Korean Fried Chicken i Ori Gui, czyli łagodną kaczkę na warzywach. KFC okazało się o niebo lepsze od tego KFC, które zamawiamy w sobotę rano, żeby ukoić nerwy po przydługiej imprezie. Smażony kurczak z kluskami ryżowymi zaserwowany był w sosie słodko-ostrym i mimo naszego umiarkowanego entuzjazmu do ostrych dań wciąż wiąże się z miłym wspomnieniem. Kaczce na warzywach, mimo wielu prób, nie mogliśmy zarzucić niczego, bo okazała się miękka, aromatyczna i soczysta. Do dań głównych podano zestaw wspomnianych banchanów, czyli przystawek – były to m.in. kimchi z ananasa, piklowany korzeń lotosu czy suszony, pikantny kalmar. Tym sposobem na naszym stole znalazło się kilkanaście talerzy, mimo że wizytę złożyliśmy tylko we dwóch. Podołaliśmy uczcie dzielnie, choć nie było łatwo, bo pozornie niewielkie porcje okazały się sycące i nie znosiły banalnych wymówek w stylu „więcej nie dam rady”. Mimo tego, że byliśmy już najedzeni z poczucia dziennikarskiego obowiązku domówiliśmy jeszcze deser – tapiokę w mleku kokosowym z matchą i migdałami, która okazała się nie za słodka, nie za gorzka, a w punkt. Pożegnaliśmy się z tygrysem i zającem na ścianie, którzy obserwowali nas przez całą wizytę leniwie paląc fajki zapewniając, że wrócimy niebawem po kolejne koreańskie smaki. [Jonasz Tolopilo]

Foto: Filip Skroñc

Olesiñska 2, Warszawa


58

Krem Bez bicia piany Nowo otwarty Krem to dobry przykład tego, że warto czasem zejść z utartych szlaków. Oczywiście nie chodzi mi o życie – tu wyznaję zasadę, że najlepiej trzymać się blisko łóżka – ale o wybór knajpy. Lepiej więc wejść w miasto i poboczne uliczki, niż trzymać się głównych tras. Taki na przykład plac Konstytucji. Ot, gastrofabryka – przerób niczym na taśmie produkcyjnej, jak nie powrót do zasmażanej na starym tłuszczu przeszłości w stylu Szwejka, to udający autorską kuchnię korpodrób w Sexy Duck. Ale wystarczy skręcić w którąś z dochodzących do placu ulic, by znaleźć się w nieco lepszym świecie. Choćby na braci Śniadeckich, gdzie od niedawna działa Krem, wzorowany na francuskim bistro. Jedzenia dla francuskich piesków jednak się tam nie uświadczy. Są jaja, są ziemniaki, jest smażony ser. W menu uwagę przyciągają wariacje na temat croque-madame – od klasycznego z serem, gotowaną szynką i sadzonym jajem na wierzchu po bardziej wymyślne propozycje z serem kozim i tymiankiem. Porcje są solidne – smaczna smażona kanapka, podawana z sałatką, może się sprawdzić równie dobrze jako obiad. Swojsko prezentuje się również raclette – ziemniaki z podsmażonym serem, serwowane w Kremie z kindziukiem, korniszonami i marynowanymi cebulkami. Danie jest sycące, smażony ser nigdy nie potrzebuje adwokata, ale muszę przyznać, że raclette w Bubbles przy Teatrze Wielkim zrobiło na mnie większe wrażenie. Osobnym tematem, który zasługuje na uwagę, jest eleganckie, ale nie onieśmielające wnętrze – czarno-biała posadzka i efektowne podświetlone lustro na jednej ze ścian. Jedynym minusem z czasem okazuje się otwarta kuchnia. Miło patrzeć na krzątaninę kucharzy, ale gdy patelnia wymyka im się spod kontroli, trudno, by przypalone jajo umknęło uwadze gości – i ich ubrań. Są to jednak odosobnione przypadki, a i tak chrupiące croque-madame całkowicie je rekompensuje. [Mariusz Mikliński] ul. Śniadeckich 18 , Warszawa

Nowe miejsca


KONKURS GŁÓWNY

CANNES

historia naszego nieuleczalnego szaleństwa

SIERANEVADA REŻYSERIA

CRISTI PUIU

FILM PRODUCENTÓW BOSKA FLORENCE I CAROL GEMMA

ARTERTON

SAM

CLAFLIN

BILL

NIGHY

ZWYCZAJNA

DZIEWCZYNA NAJLEPSZYCH HISTORII NIE PISZĄ MĘŻCZYZNI

W KINACH 26 MAJA


Odsłuch: Ziemowit Szczerek

Maszap

Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta

60


61 Dużo pisze, dużo jeździ. Ma na koncie powieści, reportaże i tysiące pokonanych kilometrów. Ostatnio przemierzył tereny położone pomiędzy morzami Bałtyckim, Adriatyckim i Czarnym. Napisał książkę „Międzymorze”. W czasie jazdy i pisania lubi słuchać muzyki. Specjalnie dla nas opisał ulubione utwory i albumy, które towarzyszyły mu w drodze. LAIBACH

TEŻ LAIBACH, ALE PIOSENKA „WHISTLEBLOWERS”

„THEME FROM M.A.S.H.” W WYKONANIU MANIC STREET PREACHERS.

Wszystko, no, prawie wszystko. Ale jeśli mam wybrać jedną, to „Volk”. No i „Anthems”. Czyli dwie. Ale bardziej „Volk”, bo tam Laibach zrobił coś, co jest w zasadzie esencją tego, co robi: zaaranżował od nowa hymny państwowe. Rosji, Francji, Słowiańszczyzny („Hej Słowianie” do melodii „Mazurka Dąbrowskiego”), Niemiec, Turcji itd. I słucha się tego tak, że ciary po plecach chodzą, a szczególnie jak się jedzie przez jakiś środkowoeuropejski krajobraz nocą. Przez Rumunię albo Albanię. Albo przez Kosowo. W ogóle Laibach jest do tego świetny. Np. puścić sobie takie „Tanz mit Laibach” z „Anthems” gdzieś, powiedzmy, w jakimś nieszczęśliwym i ogarniętym nacjonalizmem miasteczku w środku Bośni. Np. w Sarajewie Wschodnim. Głowę urywa.

Ona zasługuje na osobny wpis, bo nie jestem pewien, czy to przypadkiem nie jest najlepsza piosenka wszech czasów. I nie jest ani z płyty „Volk”, ani z płyty „Anthems”. Pochodzi właściwie z bardzo średniej płyty, na której jest jednym z niewielu genialnych fragmentów. To piosenka z gwizdongo typowym dla starych amerykańskich filmów wojennych typu „Most na rzece Kwai”, ale opowiada o zupełnie nowym typie wojny. Takim, który przyczynił się do tej sytuacji, jaką teraz mamy na świecie. Hymn żołnierzy nowego typu, takich, którzy chcieli dobrze, a jak zawsze wyszło, jak wyszło. Czyli Assange’a, Snowdena i reszty. Plus teledysk – niesamowity. Genialna rzecz.

Nie przepadam za nimi jakoś specjalnie, ale ta piosenka, podobno zresztą napisana przez kilkunastolatka – główny utwór z serialu „M.A.S.H.” – genialnie jest przez nich zaśpiewana i zagrana. Kiedyś puszczałem sobie to na okrągło. I teraz też zaraz puszczę. To jest w sumie bardzo prosty utwór o tym, że samobój jest zawsze wyjściem awaryjnym i że ta świadomość może pomóc przetrwać najbardziej ponure i groteskowe sytuacje, w jakie rzuci nas życie. Ale jak James Dean Bradfield śpiewa „The sword of time will pierce our skin”, to aż…

„ ENTER THE NINJA”

„LONDON CALLING”

„GOROD POD PODOSZWOJ” OXXXYMIRON

No cóż, to moja słabość. Die Antwoord mnie drażni, ten cały Ninja to jakiś pajac jest potworny, a jeszcze w dodatku ten wątek, który śpiewa Yolandi, że jest jego motylkiem i potrzebuje jego ochrony, jest tak idiotycznie seksistowski, że o rany – ale muszę przyznać pajacowi, że rapować to on potrafi. No i lubię ten kawałek. Poza tym to wszystko przecież tylko teatr i przebieranki.

Tak, wiem, podobno to siara lubić Clashów, ale mnie bardziej denerwują ci, co mówią, że to siara lubić Clashów. „London Calling”, na którym jest „Lost in the Supermarket”, „Spanish Bombs”, i w ogóle milion dobrego, to jeden z lepszych albumów ever.

Rosyjski kolo z inteligenckiej rodziny, który razem z rodzicami wyjechał z Rosji, jak był mały, pokończył jakieś zarąbiste uniwerki w Wielkiej Brytanii i wrócił do Rosji jako raper. Porozwalał w rapowych bitwach wszystkich rosyjskich hardkorów z hiphopowego biznesu. Po prostu ich pozamiatał. Bo jest kumaty, mocny i niewysilony. I nie rapował o bling-blingu i rwaniu lasek. To znaczy był, bo teraz podobno mu odbiło i tylko kasę robi. Szkoda.

DIE ANTWOORD

THE CLASH

Ods³uch


Muzyka

Kendrick Lamar „Humble”


63 EMEL MATHLOUTHI „ENSEN” Little Human Records

ARCA „ARCA” XL Recordings

Z pustyni na Islandię Koncert podczas noblowskiej ceremonii, transmisja występu online dla publiczności w Autonomii Palestyńskiej, hit „Kelmti Horra”, który w rodzimej Tunezji przyniósł tyle splendoru, ile hejtu. Historia Emel Mathlouthi sprzedaje się sama i nie potrzebuje do tego genialnych dźwięków. Tymczasem Tunezyjka nie spoczywa na laurach, ale wrzuca kolejny bieg. Jej drugi album to miks mrocznej skandynawskiej elektroniki (za brzmienie odpowiada Valgeir Sigurðsson znany ze współpracy z Björk, CocoRosie czy Sigur Rós) oraz tradycyjnych północnoafrykańskich melodii. To nie jest płyta, której spodziewalibyście się po dziewczynie z przylepioną przez niektórych łatką „barda w spódnicy”. „Ensen” to najbardziej przejmująca i zarazem przebojowa rzecz wypływająca w tym roku z północy Afryki. Co prawda same demony pustyni maczały w niej swoje pazury, ale gwarantuję, że trudno wam będzie znaleźć bardziej klimatyczny zestaw piosenek. Tym bardziej że pobrzmiewają w nim echa zarówno zespołów z portfolio Sigurðssona, jak i np. Massive Attack, a to dla wielu może być największą zachętą. [Michał Kropiński]

Opera za trzy bity Historia muzyki pełna jest albumów zatytułowanych imieniem albo aliasem artystów, którzy za nimi stoją. To często krążki debiutanckie, czasami płyty, na których nazwę nie było innego pomysłu, a niekiedy longplaye-deklaracje. I to właśnie tym ostatnim wydaje się trzeci LP Alejandra Ghersiego, zatytułowany po prostu „Arca”. Pochodzący z Wenezueli producent, znany ze współpracy z Kanye Westem i Björk, nieraz opowiadał w wywiadach o swoim rozdarciu pomiędzy mieszczańskim, cieplarnianym wychowaniem na zamkniętym osiedlu w Caracas a rodzącą się w nim świadomością własnej homoseksualności. Zawsze jednak radził sobie z emocjami towarzyszącymi tej niepewności za pomocą dźwięków – dziwnych, ale poukładanych, abstrakcyjnych, ale niesamowicie wręcz cielesnych, mrocznych i… groteskowych. Jego debiutancki album „Xen” był wyrazem kobiecego pierwiastka, który wcześniej starał się w sobie stłamsić, jego następca – „Mutant”, szamotał się z ogólnie przyjętymi znaczeniami takich słów jak „piękno” i „obrzydzenie”, „muzyka klasyczna” i „muzyka elektroniczna”, „piosenka” i „hałas”. „Arca” zaś jest… święty. Nieskrępowany tym, jak widzą go ludzie, i nieprzejmujący się tym, co inni powiedzą o jego śpiewie (który wykorzystał namówiony przez Björk). Wyrywa w niebanalny sposób operę z objęć maksymalizmu, sacrum spomiędzy murów kościelnych, a kicz spod jakiejkolwiek oceny. [Filip Kalinowski]

••••

•••••

BAASCH „GRIZZLY BEAR WITH A MILLION EYES” Nextpop

••••

MOUNT EERIE „A CROW LOOKED AT ME” P.W. Elverum & Sun

••••

Synthpopowa odwilż Bartek Schmidt aka Baasch ma ugruntowaną pozycję na scenie polskiej alternatywy. Wydany kilka lat temu „Corridors” odznaczał się dystopijnym klimatem, z dominującym chłodem i melancholią. Co przynosi sofomor o przykuwającym uwagę tytule? Nadal sporą dawkę melodyjnego synthpopu, który zdaje się jednak mieć ambitniejsze podłoże niż w przypadku debiutu. Kompozycje są skonstruowane ciekawiej i z większą dbałością o detale. Na płycie znalazło się miejsce dla pulsującej elektroniki, typowej dla brzmienia kultywowanego za naszą odrzańską granicą. Plastyczne i zarazem organiczne melodie są solidnymi fundamentami pod charakterystyczny, ekspresyjny wokal Baascha. „Grizzly Bear With A Million Eyes” to dobrze skrojony album, bardziej wyrazisty, nie mniej przebojowy i znacznie cieplejszy niż poprzednik. Oczywiście trafiają się czerstwe przestoje, ale i tak płyty słucha się z dużą przyjemnością. Mniej industrialnego chłodu, a znacznie więcej polotu. [Lech Podhalicz]

Pył i słońce Phil Elverum wciąż otrzymuje listy zaadresowane do swojej żony. Z ciężkim sercem oddał jej ubrania. Podczas spacerów ze swoją dwuletnią córką wymyśla inne światy, w których teraz przebywa jej mama. W pokoju, w którym Geneviève powoli traciła siły i przygotowywała się, żeby przedwcześnie zniknąć, nagrał 11 piosenek. Pierwsze wersy na „A Crow Looked at Me” to: „śmierć jest prawdziwa i nie jest czymś, o czym należy śpiewać”. Faktycznie – śmierć, o której zwykle dane jest nam słyszeć, bywa metaforyczna albo bardzo odległa. Elverum, zdradzając detale ze swojego złamanego przez tragedię życia, przypomina, że czyjś koniec, oprócz bycia zdarzeniem nieodwracalnym i absurdalnym, jest także nowym, niechcianym początkiem dla innych w drodze do znalezienia nadziei i chęci do życia. Jego myśli, ubrane w skromne, ale zjawiskowe aranżacje, są równocześnie piękne i przerażające. Eksponując swój nieskończony ból, artysta ani na moment

Muzyka


64 nie staje się ekshibicjonistą i nie upaja się swoim cierpieniem. Przekazuje prawdy związane z przemijaniem w najmądrzejszy i najbardziej angażujący z możliwych sposobów i sprawia, że przy każdym odsłuchu coś we mnie pęka. Dobrze, że istnieje tak piękna i poruszająca płyta. Ale w głębi duszy chciałbym żyć w świecie, w którym nigdy nie musiałaby powstać. [Cyryl Rozwadowski]

KENDRICK LAMAR „DAMN” Aftermath/Interscope

••••

Jasny gwint „Stanem” określa się psychofana artysty, dla którego wszystko, co jego idol stworzy jest genialne. Nie wiem, czy jestem stanem Kendricka, ale wydaje mi się, że wszystko, co dotąd stworzył, potwierdza, że Lamar to największa petarda w świecie rapu. Gdy po raz pierwszy włączyłem kawałek „DNA” z nowej płyty, poziom hajpu, który poczułem, spowodował, że o mało nie wyrzuciłem głośników przez okno. Zmiana bitu w środku utworu to jeden z najbardziej energetycznych momentów w hip-hopie i to, że skacząc do tego kawałka, nie połamałem w swoim mieszkaniu kilku krzeseł, zakrawa na cud. Następny „Yah” to całkowicie inna stylistyka – jest spokojna, wyluzowana i idealnie przechodzi w „Element” wyprodukowany między innymi przez Jamesa Blake’a, uderzając w uszy bardzo rozpoznawalnymi klawiszami muzyka. Kendrick na „DAMN” uderza w tony przywodzące na myśl „To Pimp A Butterfly” sprzed dwóch lat, tylko po to, żeby za chwilę dać track, który przypomina starszy „Good Kid, M.A.A.D City”. Wszystko się zgadza – od produkcji aż po featuringi, wśród których znajdziemy U2 i Bono śpiewającego najlepszą piosenkę ostatnich piętnastu lat swojej kariery. Kendrick na „DAMN” po raz kolejny próbuje zmierzyć się z koncepcyjnym podejściem do albumu długogrającego. To tak naprawdę wgląd w jego życie – powolny rozwój i zmieniający się wokół niego świat to główne wątki wydawnictwa. Znowu mierzy się z kruchością życia i śmiercią, z wszechobecnym strachem, który nigdy go nie opuszcza, a tylko zmienia swoje oblicze. Wszystko prowadzi do ostatecznego rozwiązania – śmierci. W finałowym utworze „Duckworth” (prawdziwe nazwisko Kendricka) raper żegna się z życiem. Jednak przewijający się przez cały albumu wątek wiary i Boga każe nam wierzyć, że w oczach rapera śmierć nie jest końcem. I wydaje się, że data premiery – Wielki Piątek, który upamiętnia śmierć Jezusa, nie jest przypadkowa. Pojawia się pytanie, czy może Kendrick, podobnie jak Syn Boży, zmartwychwstanie w Niedzielę Wielkanocną i czy przypadkiem jego zwycięstwo nad śmier-

cią nie zostanie podkreślone kolejnym albumem muzyka, dzięki czemu niniejszy tekst będzie dotyczył tylko połowy tego projektu. (Nie zostało – przyp. red.) [Kacper Peresada] GEOTIC „ABYSMA” Ghostly International

•••••

platają się z kawałkami mogącymi znaleźć się na płytach gwiazd amerykańskiego rapu, a między nimi słychać coś, co można nazwać karaibskimi szantami. Choć wielu wydaje się, że Jamajka to tylko martwa legenda, to okazuje się, że jej dusza wciąż jest niezgłębiona. [Michał Kropiński]

LUTTO LENTO „DARK SECRET WORLD” Where to Now?

••••

Rozrywka melancholijna Bezchmurne niebo, promienie słońca smagające skórę, zielona trawka w podmiejskim parku i grupka hipisów oddających się euforycznym tańcom – tak wygląda projekcja prawdziwej sielanki, do której soundtrack skomponował Geotic. Will Wiesenfeld kojarzony jest głównie z projektu Baths, w którym przelewał swoje pretensjonalne smutki na płótno melodyjnego, eksperymentalnego downtempo. Pod aliasem Geotic Amerykanin zaspokajał fascynację klasycznym ambientem spod znaku Briana Eno, wydając kilka poprawnych, lecz niespecjalnie porywających albumów. Wiesenfeld wpadł pewnego dnia na pomysł, aby nagrać płytę będącą wypadkową obydwu muzycznych bytów. „Abysma” to krążek płynący w dynamicznym tempie i ozdobiony symptomatycznymi dla muzyka onirycznymi wokalizami. Lekki, wręcz popowy hałsik z wyraźnie zaznaczoną basową nutą. Całość można skwitować stwierdzeniem, że „Abysma” brzmi jak Baths na weselsze czasy. Geotic odszedł od uprawiania masochistycznej martyrologii na rzecz radosnej muzyki tanecznej dla melancholików. [Lech Podhalicz]

INNA DE YARD „THE SOUL OF JAMAICA” Chapter Two Records

•••••

Ucieczka w ciemność Łatwo się zasiedzieć w mrocznym, sekretnym świecie, po którym oprowadza nas na swoim debiutanckim albumie Lubomir Grzelak. Pochodzący z Wrocławia, a mieszkający w Warszawie pasjonat nieoczywistych sampli, kinematograficznej atmosfery i międzygatunkowej woltyżerki ma rzadki talent do łączenia przeciwieństw i operowania kontrastem. Swoje kolażowe kompozycje umie układać w taki sposób, że są równocześnie eksperymentalne i chwytliwe, taneczne i sonorystyczne, niepokojące i przytulne. Lutto Lento potrafi ze ścinków ludzkiego głosu, rozciągniętej kasetowej pętli i jungle’owego breaku skonstruować cały świat. Ciemny i tajemniczy, ale kusząco intymny i przyciągający. I choć zadomowić się w nim byłoby trudno, to opuszczam go za każdym razem z dojmującym poczuciem żalu. Bo trochę jak Alicja w Krainie Czarów jestem w tym świecie nieraz zagubiony, a nawet strwożony, ale jednocześnie się nim zachwycam. Zupełnie jak dziecko w odkrytym na skraju osiedla opuszczonym, starym domu. [Filip Kalinowski]

FREDDIE GIBBS „YOU ONLY LIVE 2WICE” ESGN / EMPIRE

••••

Dusza Jamajki Reggae zawsze wywoływało u mnie stereotypowe skojarzenia, bo zjarany ziomek w koszulce Marleya i zespoły z juwenaliów to prawdziwa klątwa tego gatunku. Wystarczy jednak, że wezmą je na warsztat porządni wykonawcy i cała gówniana otoczka znika po kilku dźwiękach. Ekipa Inna de Yard sięgnęła po największe tradycje jamajskiej wokalistyki oraz po najlepszych autorów piosenek, których zgromadzili w swoim domu na przedmieściach Kingston. W ciągu zaledwie trzech dni skład złożony ze starych wyjadaczy i młodych wilków nagrał na tarasie akustyczny set trzynastu kawałków, w których wyraźnie słychać, że reggae to gatunek łączący w obrębie jednej zwrotki melancholię, wściekłość i przekaz polityczny. Łzawe ballady prze-

Muzyka

Patron łotrów i raperów Ale kozacką okładkę ma ta płyta! A może powinienem był napisać „boską”? Aż kusi, żeby to właśnie na niej oprzeć całą recenzję – wystarczyłoby przyrównać Freddiego do Jezusa i nieść w świat kaganek getto-mesjanizmu. Gibbs nie jest jednak żadnym zbawicielem – nie zrewolucjonizuje ani rapu, ani amerykańskiej sceny, ani tym bardziej niczyjej moralności. To zwykły człowiek – gniewny, chciwy i pyszny. Jednak jego talent – melodia w głosie, ucho do bitów i ponadprzeciętne zdolności adaptacyjne – sprawił, że zamiast zostać kolejnym twardogłowym łbem z Midwestu, jest dziś jednym z najciekawszych gangsta raperów w Stanach. MC, który przema-


65 wia do wszystkich – od południowych kiboli basowych „cykaczy” przez psychofanów Madliba aż po śledzących trendy słuchaczy Kaytranady i BadBadNotGood. MC, który popłynie w każdym tempie, rytmie i stylówce. MC, który starą jak... Schoolly D hustlerską bajerę potrafi opowiedzieć nie dość, że w sposób barwny i wciągający, to jeszcze po swojemu. I choć to wszystko sprawia, że ma zadatki na osiedlowego proroka, to mesjaszem mógłby się stać tylko, gdyby go odstrzelili – ku czemu jego niewyparzona gęba dała pewnie powód już nie raz. Wierzę jednak głęboko, że nigdy się to nie stanie. Zbyt ciekawie rozwija się jego kariera, a bloki nie potrzebują kolejnych martwych wzorów do naśladowania. [Filip Kalinowski] JAMIROQUAI „AUTOMATON” Universal Music Polska

••••

Retromania na autopilocie Jay Kay i reszta Jamiroquaiowej ferajny pracowali nad ósmym albumem siedem długich lat. Można im jednak wybaczyć okres posuchy, bo „Automaton” słucha się pysznie. Nie da się oczywiście uniknąć wrażenia, że muzycy Jamiroquai mają tendencje do jazdy na autopilocie, na z góry zaprogramowanych ustawieniach. Tym razem jednak idealnie wpisali się w nostalgiczne nastroje tęskniących za latami 90., a jednocześnie zaprezentowali płytę, którą można puścić w całości na imprezie fanom ostatnich dokonań Pharrella Williamsa czy Daft Punk. Disco funk, french touch, trochę soulu, jazzu i popu – wszystko jest na swoim miejscu. Czy do czegoś można mieć zastrzeżenia? „Automaton” ze swoimi dwunastoma utworami wydawać się może lekko przydługi, więc albumowi dobrze by zrobiło okrojenie go z dwóch-trzech mniej ciekawych numerów. Ale z drugiej strony od przybytku głowa nie boli. [Mateusz Adamski[

Muzyka


66

Książka

DEYAN SUDJIC „JĘZYK MIAST” Wydawnictwo Karakter

••••

ludzi. Mamy tu także szersze analizy sytuacji w Londynie, Stambule, Los Angeles czy Dubaju, którego obywatele stanowią tylko 15% mieszkańców – statystycznie mieszka w nim jedna kobieta na trzech mężczyzn, a większość z nich to robotnicy budujący potęgę tej ufundowanej na ropie i szemranych interesach metropolii. Miasta muszą się mierzyć również z pozornie błahymi wyzwaniami – np. w Paryżu zagrożeniem dla mostów na Sekwanie są przeciążające je kłódki zawieszane przez zakochanych. Dla osób dobrze zaznajomionych z tematyką miejską książka Sudjica nie będzie specjalnie odkrywcza. Ogrom materiału wymusił skrótową formę, tym bardziej że całość zawiera się na 280 stronach. Lektura „Języka miast” nie jest jednak stratą czasu. Wiele z poczynionych w książce obserwacji i uwag powinni wziąć sobie do serca ludzie odpowiedzialni za kształt naszych miast, czyli m.in. ich mieszkańcy. By mieszkało się lepiej! [Karol Owczarek]

„SYRENA Z MONGAGUÁ” SC. THIAGO MORAES MARTINS, MARCOS PAULO MARQUES, RYS. THIAGO MORAES MARTINS Timof Comics

••

Literatura międzymiastowa Po „Języku rzeczy” i „B jak Bauhaus” otrzymujemy kolejną odsłonę eseistyki Deyana Sudjica, dyrektora Design Museum w Londynie i wpływowego krytyka architektury. O tym, że to pozycja nietuzinkowa, świadczy już sama okładka – minimalistyczna, nawiązująca ironicznie do pola z planszy gry „Monopoly”. Takie też jest pisarstwo Sudjica, który potrafi w przystępny, a zarazem wnikliwy sposób przekazywać wiedzę o projektowaniu i rozumieniu miast. Jego zdaniem metropolie to najbardziej skomplikowane i niezwykłe dzieła ludzkości, które nigdy nie mogą zostać ukończone. Opisuje przykłady z całego świata, pokazując, że nie ma jednej recepty na miasto idealne, czego dowodem jest choćby klęska modernistycznych, utopijnych projektów, takich jak wybudowana od zera i piękna w zamyśle, ale fatalna do zamieszkania stolica Brazylii. Miasto jest zależne od niezliczonych czynników, to pole nieustannych negocjacji i prób pogodzenia często sprzecznych interesów – mieszkańców, władz czy deweloperów. Każde miasto ma też swoje skomplikowane losy: Detroit kiedyś produkowało dziewięć na dziesięć samochodów na świecie, a dziś się wyludnia i straszy upadłymi fabrykami; Tel Awiw, najbogatsze miasto Izreala, został założony w 1909 r. przez garstkę wysiedleńców uciekających przed pogromami w Europie, a Wenecja, niegdyś ośrodek kultury, polityki i finansów, została zadeptana przez turystów i opuszczona przez mieszkańców – obecnie zaludnienie w Wenecji sięga zaledwie 35 tysięcy

Plaża złudnych nadziei Taksydermista podgląda życie swoich klientów oczami wypchanych zwierząt. Matka szuka córki. Dermowidz przepowiada przyszłość ze swoich tatuaży. Reżyser szuka natchnienia na plaży. Młoda kobieta chce zagrać rolę życia. „Syrena z Mongaguá” to konglomerat historii, które zmierzają do wspólnego finału. Scenarzyści mieszają gatunki, wątkom komediowym i melodramatycznym towarzyszą sceny dramatyczne i groteskowe, pojawia się gore. Niestety ten eklektyzm nie jest spójny. Fabuła – podobnie jak postać z finału komiksu – wygląda jak pozszywana i co chwila wyłażą z niej wnętrzności. Thiago Moraes Martins i Marcos Paulo Marques zdają się budować historię o ludzkich pragnieniach, ale zakończenie jest oczywiste i dość banalne. Motyw kobiety marzącej o karierze aktorki czy reżysera, którego wenę zabił alkohol, to znane klisze. Scenarzyści komiksu próbują je odświeżyć, wprowadzając elementy groteskowe i nadnaturalne, ale efekt jest karykaturalny. Cierpi na tym cała fabuła, a dramaty każdej z postaci tracą moc i realność. Najciekawiej wypada jedynie zasygnalizowany wątek szczęścia. W komiksie pokazano je jako realizację własnych pragnień, nawet jeśli są absurdalne lub destruktywne. Tragiczny finał staje się happy endem. Najlepsze w „Syrenie...” są rysunki Martinsa. Artysta

Książka

operuje ostrą, wyrazistą kreską, a jego prace są dynamiczne i pełne ekspresji. W komiksie spora część narracji została przeniesiona na obraz i są to zwykle najlepsze momenty, bo często dialogi mają w sobie tyle życia, co wyrzucone na brzeg plaży glony. [Łukasz Chmielewski]

DOROTA MASŁOWSKA „JAK PRZEJĄĆ KONTROLĘ NAD ŚWIATEM, NIE WYCHODZĄC Z DOMU” Wydawnictwo Literackie

••••



EŽǁĂŬƐŝČǏŬĂŽƌŽƚLJDĂƐųŽǁƐŬŝĞũnjŝůƵƐƚƌĂĐũĂŵŝDĂĐŝĞũĂŚŽƌČǏĞŐŽ „Pasożytniczą rakowatą naroślą na wyższej kulturze” nazywał Dwight Macdonald kulturę masową w 1962. Ponad pół wieku później możemy śmiało powiedzieć, że narośl ta nie tylko rozkwitła najdzikszymi kolorami, ale też całkowicie zdominowała nasze życie codzienne, środki przekazu, język potoczny i masową wyobraźnię. ^eriale i paraseriale, szkoły podrywu i tanie loty, uchenne ewolucje, zja press i Przyślij przepis to zjawiska, które wpływają na nasze życie, nawet kiedy odsuwamy się od nich ze znużeniem i niesmakiem. I zazwyczaj mówią o naszym świecie dużo więcej, niż zamierzają. W książce Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu Dorota Masłowska w niepodrabialnym stylu przetrząsa lumpeks kultury współczesnej, wyciągając z niego zjawiska niekoniecznie chwalebne i atrakcyjne, ale nieodmiennie barwne i wielomówne.

„Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu to zupełnie nowy cykl, kierowany do ludzi

takich jak my, nadwrażliwych, zdziwaczałych, emocjonalnie pokiereszowanych humanistów. Do tych, Masło w papierku którzy na przekór modom, prądom, falom, pływom i horoskopom lubują się w nielubianym, interesują nieinteresującym”. ŽƌŽƚĂDĂƐųŽǁƐŬĂ Jak pisać o Masłowskiej, nie zapadając się pod „Pisana przezże Dorotę Masłowską błyskotliwa diabelsko śmieszna analiza współczesnej kultury – ziemię? Szczególnie, pisząc nie o i jej nowej tworzona z niezwykłą precyzją i zarazem kompletnie odjechana. To książka, po przeczytaniu której powieści czy sztuce, tylkoŽĨŝĂ<ƌſů, zbiorze zrobicie się mądrzejsi”. redaktorkafelietonów naczelna magazynu dwutygodnik.com o popkulturze, nie bardzo można przyjąć wygodną pozycję krytycznoliterackiego dystansu. W „Jak przejąć kontrolę nad światem…” Masłowska pisze (i robi to jak zawsze – na poziomie języka – zachwycająco!) o serialach i paraserialach, szkołach podrywu i tanich lotach, „Kuchennych rewolucjach”, „Azji Express” i „Przyślij przepis” – najpoczytniejszej gazetce w naszym kraju, o Beacie Kozidrak i disco polo. Ogląda i słucha tego wszystkiego, żebyśmy my już nie musieli (bo, jak słusznie stwierdza: raz zobaczonego nie da się już odzobaczyć). Pisze nie po to, żeby wyśmiać, efekciarsko podrwić, minimalnym wysiłkiem zebrać maksimum lajków. Przygląda się, żeby zobaczyć więcej, rozgrzebuje, żeby zrozumieć i śmieje się, żeby nie płakać. Bo w popkulturze – i myśl ta oczywiście nie jest niczym nowym, ale wciąż wartym uświadamiania sobie na nowo – „jak w lustrze odbija się polska schizofreniczna dusza, złamana przez wojnę i komunizm, zdemoralizowana przez strumień unijnych pieniędzy; chytra, obrotna, anarchiczna, a nade wszystko lubiąca przebudować ze szwagrem chlewik na piramidę, a piramidę na chlewik”. Jedyny zarzut, jaki można by „Jak przejąć…” postawić, to że jako przedruk z internetu (felietony były publikowane w „Dwutygodniku”) jest wciskaniem nam tego samego towaru w nowym opakowaniu. Może Masłowska, skoro teksty kierowała do „nadwrażliwych, zdziwaczałych, emocjonalnie pokiereszowanych humanistów, na których psychice niezatarte piętno odcisnęły niepowodzenia w grach zespołowych”, zakłada również, że owi pokiereszowani humaniści, „lubujący się w nielubianym, interesujący nieinteresującym”, wolą czytać na papierze niż na ekranie i szczególnie szerokim łukiem omijają coś, co na Facebooku miało dużo lajków. I może ma rację. [Olga Wiechnik]


67 ZIEMOWIT SZCZEREK „MIĘDZYMORZE: PODRÓŻE PRZEZ PRAWDZIWĄ I WYOBRAŻONĄ EUROPĘ ŚRODKOWĄ” Wydawnictwo Czarne

CHRIS DEVITO „COLTRANE WEDŁUG COLTRANE’A” Kosmos Kosmos

•••

•••

Europa mała i duża Ziemowit Szczerek wyrósł na drugiego, obok Andrzeja Stasiuka, specjalistę od Europy Środkowo-Wschodniej. Od swojego starszego kolegi po piórze mocno się jednak różni. Jego styl jest o wiele bardziej drapieżny, dosadny i ironiczny. Dziennikarski, a nie literacki. Zamiast poetyckich metafor – anegdoty, zamiast melancholii i nadwrażliwości – przystępne i efektowne, by nie rzec efekciarskie, analizy stanu ducha poszczególnych narodów. To może się podobać lub nie, w każdym razie przyjemnie się czyta, w myśl strategii „bawić i uczyć”. Jego najnowsza książka nie jest tak do końca nowością, bo większość zebranych tu esejów ukazywała się na przestrzeni ostatnich miesięcy na łamach „Gazety Wyborczej”. Nie ma co jednak ganić autorów czy wydawnictw za takie działania – nie każdy śledzi prasę codzienną, poza tym publikacja w książce przedłuża życie tekstów, a te autorstwa Szczerka na to zasługują. „Międzymorze” to utopijna i wciąż wracająca w prawicowej publicystyce idea Józefa Piłsudskiego, który postulował utworzenie federacji państw znajdujących się pomiędzy morzami Bałtyckim, Adriatyckim i Czarnym. Ukraina, Białoruś, Estonia, Łotwa, Litwa, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Jugosławia, a nawet Finlandia miały jego zdaniem połączyć się w jedno ciało polityczne wraz z Polską, a w domyśle pod jej przywództwem. Idąc tym tropem, Szczerek przemierza te kraje, szukając usilnie punktów stycznych pomiędzy nimi, choć efektem jest raczej protokół rozbieżności niż optymistyczna wizja solidarności Słowian i ich pobratymców. Książka nie wyostrza egoizmów narodowych, lecz wskazuje na narastające przez wieki, niemożliwe już do zniwelowania różnice w mentalności i doświadczeniach poszczególnych nacji. Czechy hołdują niemieckiemu porządkowi i czują się pełnoprawną częścią Zachodu, Węgry tęsknią za własną wielkością, Ukraina nie radzi sobie z rozłamem na wschód i zachód we własnym kraju, Bałkany wciąż są tykającą bombą, a co się dzieje w Polsce, każdy z nas wie aż za dobrze. Na dodatek wszystkie kraje wzajemnie sobą pogardzają, łechcąc swoje ego. Estończycy śmieją się z Łotyszy, że są głupi i mają sześć palców u dłoni, a Polaków nikt nie lubi poza Rumunami, Ukraińcami i Gruzinami. Książka Szczerka to pasjonująca podróż przez Europę aspirującą, często sfrustrowaną, pełną sprzeczności, a dzięki swoim wadom – niezwykle ciekawą. [Karol Owczarek]

Mistrz do poznania Książka ta w niczym nie przypomina gry Johna Williama Coltrane’a i natchnionych fraz, od których nie sposób się oderwać. Słuchając ich – jak pisze jeden z autorów tytułu – „odbiorca niejako uczestniczy w bezkompromisowym akcie spontanicznego tworzenia”. Książka jest raczej podobna do twórcy, któremu została poświęcona – chorobliwie nieśmiałemu, wiecznie wypatrującemu doskonałości saksofoniście, który zrewolucjonizował historię jazzu i zmienił bieg XX-wiecznej muzyki rozrywkowej. A dokonał tego jakby od niechcenia – krocząc drogą ciągłego samorozwoju, ciekawości świata i wiary w to, że poza nim istnieje coś więcej. Drogą, która być może nie zaprowadziłaby go do Nowego Jorku i międzynarodowej sławy, gdyby szantażem nie zagnała go tam jego własna żona. Drogą, którą Chris DeVito stara się odtworzyć w pełnym kolorycie z fragmentów wywiadów, wypowiedzi towarzyszących wydawnictwom płytowym czy wyimkom z reportaży, których bohaterem był Trane. Z encyklopedyczną wręcz dbałością o detale, z estymą niepozwalającą na jakąkolwiek redakcję wypowiedzi i pasją godną opisywanego człowieka. Historia Coltrane’a jest kreślona w książce jego własnymi słowami, które zwykle ważył – czy wręcz podważał – nadzwyczaj precyzyjnie i które wolał poświęcać na zagadnienia harmoniczne, a nie na życie osobiste. Jednak dla ludzi niedarzących jego twórczości szczególnym afektem te same słowa mogą się okazać nieco nudne. Raczej nie przekonają nikogo do tego, żeby polecieć do sklepu i kupić „Blue Train”, „A Love Supreme” czy „Ascension”. Jeśli jednak te płyty stoją już u kogoś na półce, to „Coltrane według Coltrane’a” jest pozycją obowiązkową. To coś w rodzaju muzycznej „Gry w klasy”, która pozwala poznać mistrza lepiej, niż on sam chciał być poznany. [Filip Kalinowski]

MAŁGORZATA ŁUKASIEWICZ „PIĘĆ RAZY O PRZEKŁADZIE” Karakter

•••

Robota w języku Chciałoby się dopowiedzieć patrząc na tytuł książki Małgorzaty Łukasiewicz: a wystarczyłoby raz, a dobrze! Wydane dwa lata temu

Książka

przez Wydawnictwo Czarne „Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie” zaostrzyło apetyt na książki przybliżające pracę tłumaczy i alchemię przekładu literackiego. Niestety inaczej czyta się rozmowę z autorką przekładów zamieszczoną w „Przejęzyczeniu”, a inaczej brnie przez gęste referaty konferencyjne, których zbiorem tak naprawdę jest „Pięć razy o przekładzie”. Ich autorka odkłada niestety na bok własne doświadczenia i emocje na rzecz naukowego dyskursu, który w czasie prelekcji na żywo zapewne wypadł świetnie, ale na papierze zamienił się w ciąg „dyskursów paradygmatycznych”, „desygnatów”, czy „ekwiwalencji denotatywnych”. Zresztą tak jak każdy wzór matematyczny zapisany w książce o fizyce powoduje gdzieś na świecie śmierć małego króliczka i o połowę obniża zainteresowanie przeciętnego zjadacza książek, tak rozpoczęcie jakiejkolwiek książki o przekładzie od „Psalmów” Kochanowskiego – z całym szacunkiem dla tego wybitnego poety i małych króliczków – grozi zwichnięciem szczęki. Szczęśliwie po przespaniu kilkunastu pierwszych stron znajdujemy w „Pięć razy...” rzeczy, które mogą ciekawić, ale aż by się chciało, żeby autorka podała te rodzynki w smaczniejszym towarzystwie. Jedną z ważkich rzeczy, o którą wciąż potykają się tłumacze jest kwestia tego, ile poezji pozostaje w poezji po jej przełożeniu z oryginału na inny język. Na to pytanie trudno znaleźć w książce Łukasiewicz jednoznaczną odpowiedź. Mimowolnie można natomiast zauważyć, jak wiele poezji drzemie w duszach samych tłumaczy. Dla jednych przekład jest pocałunkiem przez chusteczkę, dla innych kobietą, która może być albo piękna, albo wierna, dla zaangażowanych – transfuzją, a dla tych z ekologicznym nachyleniem: „przegonem bydła na nowe pastwiska”. Nie można jednak wyzłośliwiać się nad książką, skądinąd świetnej i zasłużenie nagradzanej tłumaczki literatury niemieckiej, zbyt usilnie. Zainteresowani tematem znajdą w niej porządnie przedstawioną historię przekładu, a zainteresowani pracą tłumaczy – wiele zawodowych anegdot. [Wacław Marszałek]


Film


69 „SZATAN KAZAŁ TAŃCZYĆ” reż. Katarzyna Rosłaniec

•••••

Instagram Stories Nie ma chyba w polskim kinie równie kontrowersyjnej reżyserki, co Katarzyna Rosłaniec. Sięga po nośne i trudne tematy, żongluje estetykami, balansując na granicy kiczu, i zdaje się nie przejmować tym, co myślą inni. Każdy film Rosłaniec wywołuje skrajne emocje i oceny, jednak liczba zwolenników jej twórczości ewidentnie przewyższa grono przeciwników – dowodem są nagrody na festiwalach i tłumy widzów, które przyciągnęły do kin zarówno „Galerianki”, jak i „Bejbi blues”. Trzeci film w karierze reżyserki jest równie, jeśli nie bardziej, niegrzeczny, odważny i bezkompromisowy. Wyjątkowa okazuje się już sama jego stylistyka, będąca filmowym odzwierciedleniem form znanych z serwisów społecznościowych. Obraz jest w formacie 4:3, co nawiązuje do kwadratowych zdjęć z Instagrama, a każda scena trwa 2 minuty, przez co cały film wydaje się rozciągniętą w czasie relacją nakręconą przy pomocy Snapchata. Dodajmy do tego losową kolejność tych krótkich sekwencji, podkreślającą chaos panujący w życiu głównej bohaterki – młodej dziewczyny, która odniosła sukces dzięki debiutanckiej książce nazywanej współczesną wersją „Lolity”. W postać zagubionej i upadlającej się pisarki wciela się brawurowo Magdalena Berus. Pokonuje kolejne kręgi artystycznego i codziennego piekła – zmaga się z brakiem weny, szuka ucieczki w przypadkowym seksie, a także w masturbacji, alkoholu i narkotykach. Wciąż głodna wrażeń, uczuć i akceptacji, dąży do samozatracenia. Na dodatek ma problemy z sercem, bo reżyserkę do nakręcenia filmu zainspirowała prawdziwa historia dziewczyny, która po wszczepieniu rozrusznika zamiast zamknąć się w domu, zaczęła żyć pełnią życia. „Szatan kazał tańczyć” można traktować jako kobiecą odpowiedź na „Wszystkie nieprzespane noce” i to właśnie kobietom, szczególnie tym, które żyją w dużych miastach i oddają się nocnemu życiu, film z pewnością przypadnie do gustu. To atrakcyjny wizualnie, przekraczający granice – i formalne, i tzw. dobrego smaku – film, który wprowadza nieco świeżego powietrza i barw do trochę zatęchłego, szarego polskiego kina. [Olaf Kaczmarek] Obsada: Magdalena Berus, £ukasz Simlat, Marta Nieradkiewicz Holandia/Polska 2017, 97 min Kino Świat, 5 maja


70 „AQUARIUS” reż. Kleber Mendonça Filho

w kinie dokumentalnym czy hiperrealistycznym. „Nazywam się Cukinia” to bardzo tradycyjna animacja, która mówi, że można się przeciwstawiać złu świata. Bohaterem filmu jest chłopiec o imieniu Cukinia. Ojca nie ma, a jego mama, zaprzątnięta telewizyjnymi telenowelami, ignoruje syna. Pewnego dnia w wyniku wypadku chłopiec zostaje sierotą i trafia do sierocińca. W ośrodku poznajemy najróżniejsze dziecięce osobowości, a każda postać ma swoją cechę charakterystyczną. Wielkie i samotne oczy Cukinii rozświetla błysk, kiedy do sierocińca trafia nowa osoba – Kamila. Cukinia zakochuje się w niej od razu. To dziarska i odważna dziewczynka, którą chce zabrać jej ciotka, żeby skorzystać finansowo na opiece. Jeden z małych bohaterów tej animacji mówi: „wszyscy jesteśmy niekochani”, widz jednak zakochuje się od razu w tej ekscentrycznej paczce. Reżyser nie infantylizuje postaci, nie cacka się z nimi, a mały nie znaczy dla niego nieważny. Barras wykorzystuje wszystko, co najlepsze w animacji, i doskonale przerysowuje pewne cechy fizyczne i rzeczywistość, wiele w ten sposób o niej mówiąc. Dzięki temu tworzy kino soczyste i pełne empatii, doprawione umiejętnie ironią, sarkazmem i dystansem. Niesamowity urok i charyzma tego filmu tkwią nie tylko w obrazie, ale i w subtelności, detalach i nieużywaniu zdrobnień, mimo że na ekranie dominują bohaterowie dziecięcy. „Nazywam się Cukinia” na pewno nie jest niewinną historyjką umorusaną w przesłodzonej bezie. To bajka głęboko zatopiona w rzeczywistości i zilustrowana z wielką wyobraźnią. [Bernadetta Trusewicz]

•••••

W rytmie wspomnień „Aquarius” ma tematykę rodem ze „Sprawy dla reportera”. Reżyser Kleber Mendonça Filho opowiada historię emerytki, która podejmuje walkę z deweloperem zamierzającym wyrzucić ją z zajmowanego od lat mieszkania. Wbrew pozorom dzieło Brazylijczyka nie ma w sobie jednak nic z szantażu emocjonalnego. Zamiast błagać widza o współczucie, „Aquarius” woli oddziaływać na niego za sprawą mieszanki gniewu i powagi. Charakterystyczna dla filmu przewrotność ujawnia się już w jednej z pierwszych scen, w której seniorka rodu przyjmuje urodzinowe życzenia od licznie zgromadzonych krewnych. W pewnym momencie traktowana z nabożeństwem matrona tajemniczo uśmiecha się na widok stojącego w salonie kredensu. Wszystko staje się jasne, gdy po chwili dowiadujemy się z retrospekcji, że mebel odgrywał istotną rolę w jej namiętnym życiu miłosnym. Podobne przywiązanie do wspomnień towarzyszy także głównej bohaterce – Clarze. Nic dziwnego, że sugestię wyprowadzki z domu kobieta traktuje jak zamach na całą swoją barwną przeszłość, której zamierza bronić jak niepodległości. Reżyser potrafi sprawić, byśmy kibicowali kobiecie nie tylko dlatego, że jej starcie z deweloperem stanowi konfrontację subtelnej wrażliwości z bezdusznym materializmem. Clara w interpretacji świetnej Sonii Bragi to po prostu ikona stylu łącząca w sobie urodę, charyzmę i fantazję, która każe jej zagłuszać nielubianych sąsiadów szlagierem zespołu Queen. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby ktoś taki chciał rozpętać rewolucję, wielu z nas zapewne już zajmowałoby miejsce na barykadzie. [Piotr Czerkawski]

Francja/Szwajcaria 2016, 66 min Vivarto, 2 czerwca

„SIERANEVADA” reż. Cristi Puiu

•••••

Obsada: Sonia Braga, Maeve Jinkings, Irandhir Santos Brazylia 2016, 144 min Aurora Films, 30 czerwca

Terapia nad wędlinami Obiad rodzinny, jeden z tych, podczas których widelec może posłużyć za narzędzie zbrodni. Okazja: pierwsza rocznica śmierci ojca. Miejsce: obite boazerią mieszkanie na bukareszteńskim blokowisku. Uczestnicy: familia bliższa i dalsza, pełny przekrój pokoleń i postaw. Menu: tradycyjna, podlana alkoholem i frustracjami mieszanka ostrych kłótni i skrywanych przez lata żalów. Reżyser Cristi Puiu to mistrz obserwacji, autor świetnej „Śmierci pana Lazarescu” z 2005 r., dzięki której świat zwrócił uwagę na kino rumuńskie. W „Sieranevadzie” ponownie wykłada on na filmowym talerzu składniki, których połączenie musi skończyć się serią niekontrolowanych wybuchów. Przy stole zasiądą bowiem zarówno młoda wojująca katoliczka, jak i zagorzała antyklerykalna komunistka, która z rozrzewnieniem wspomina czasy rządów twardej ręki. Towarzyszyć im będą m.in. absolwent akademii YouTube’a węszący wszędzie teorie spiskowe, zdradzana ciotka, która tylko czeka na właściwy moment, by dać koncert szlochów i histerii, przeżywające kryzys młode małżeństwo, a także Lary – 50-letni lekarz, z którego perspektywy obserwujemy te rodzinne porachunki nad salaterkami wędlin. Reżyser nie ma litości dla swoich bohaterów, każąc im czekać z rozpoczęciem obiadu na spóźniającego się księdza. Nikomu więc ust nie zamyka sałatka warzywna, a głód sprzyja irytacji. W rozgrywającej się niemal w jednym klaustrofobicznym mieszkaniu „Sieranevadzie” czuć rękę doświadczonego uczestnika rautów. Choć film trwa niemal trzy godziny, to ani na chwilę nie traci tempa za sprawą ciętych dialogów i ko-

„NAZYWAM SIĘ CUKINIA” („MA VIE DE COURGETTE”) reż. Claude Barras

•••••

Bez słodzenia Wciąż krążą po tym świecie animacje, które udowadniają, że wykreowany świat może być o wiele bardziej rzeczywisty i nasączony emocjami niż ten

Film


71 lejnych niespodziewanych rewelacji rodzinnych. Mimo że komediodramat można traktować jako groteskowy portret współczesnego społeczeństwa i jego bolączek, to żadna z pojawiających się na ekranie postaci nie jest potraktowana przedmiotowo i nie służy ilustrowaniu „problemów”. Czarny humor i złośliwość łączą się tu z autentycznym dramatem, dzięki czemu reżyserowi udało się tchnąć we wszystkich bohaterów życie. Ta tragifarsa to właściwie kino terapeutyczne. Po kolacji z tą wściekłą menażerią własna rodzina nie wydaje się tak problematyczna, a wizja wspólnego obiadu nie musi już wywoływać ataku paniki. [Mariusz Mikliński]

„ZWYCZAJNA DZIEWCZYNA” („THEIR FINEST”) reż. Lone Scherfig

••••

obsada: Mimi Brănescu, Bogdan Dumitrache, Dana Dogaru Rumunia/Francja/Chorwacja 2016, 173 min Gutek Film, 2 czerwca

„MARTWE WODY” („MA LOUTE”) reż. Bruno Dumont

••••

Umieranie ze śmiechu Kanibalizm, kazirodztwo, hermafrodytyzm, walka klas – tematy poruszane w najnowszym filmie Dumonta nie należą do łatwych i przyjemnych, a mimo to jest to komedia, choć czarna, pełna groteski i podszyta surrealizmem. Francuski reżyser, znany przez lata z przytłaczających i zagadkowych dramatów, po raz drugi w ostatnich latach – po znakomitym miniserialu „Mały Quinquin” z 2014 r. – odchodzi od mrocznego kina w stronę humoru i zgrywy. Tym razem zaludnił ekran zbiorowiskiem dziwaków, nieudaczników i zbrodniarzy, by pokazać prowincjonalne oblicze belle époque w krzywym zwierciadle. Punktem wyjścia są tajemnicze zaginięcia majętnych letników, którzy przyjeżdżają podziwiać uroki Flandrii na początku XX w. Trudno wskazać tu głównego bohatera, bo w tej menażerii każdy ma swój udział w piętrzeniu kolejnych absurdów. Dwóch chłopów przenoszących turystów przez rzekę – ojciec i syn – szybko okazuje się gustować wraz z całą rodziną w ludzkim mięsie. Kolejny duet, otyły do granic możliwości inspektor i jego asystent prowadzący śledztwo w sprawie znikających przybyszy, swoją nieudolnością i ignorancją zawstydziliby adeptów z „Akademii Policyjnej” Do tego dochodzi rodzina ekscentrycznych arystokratów, złożona z milczącej i przywiązanej do konwenansów matki, zgarbionego, fajtłapowatego i wiecznie zamyślonego ojca (Fabrice Luchini) i ich trzech burzliwie dojrzewających córek. W pewnym momencie pojawia się też grana przez Juliette Binoche siostra pana domu, której neurastenia, przesadne maniery i skrywana trauma wprowadzają jeszcze więcej chaosu. Reżyser nie szczędzi slapstickowych żartów – co chwilę ktoś upada lub robi coś, co nie przystoi w danej sytuacji – a postaci kreśli grubą kreską, przez co otrzymujemy satyrę na arogancką arystokrację w duchu Buñuela zmiksowaną z kinem w stylu Jasia Fasoli. Mimo że niczego nowego dzięki temu filmowi się nie dowiemy, a dawka rubasznego humoru może irytować, ma on swój czar. Sprowadzone do absurdu napięcia między elitami a ludem są ukazane w pięknej scenerii francuskiej prowincji, z całym entourage’em epoki, i dają nam możliwość wypłynięcia na szerokie, na pewno nie martwe wody wyobraźni Dumonta. [Karol Owczarek]

Kino (wojenne) jest kobietą! O tym, że Lone Scherfig świetnie radzi sobie poza ojczyzną, przekonaliśmy się już w 2009 r. za sprawą filmu „Była sobie dziewczyna”. Dowodów na to było później jeszcze kilka, ale nie ma co ukrywać – ten najnowszy przyćmił je wszystkie. Stylowej wojennej historii, jaką jest „Zwyczajna dziewczyna”, nie powstydziłby się żaden rodowity Brytyjczyk. W filmie Dunki dominuje kobieca perspektywa, choć opowiada on o dwóch z pozoru męskich sprawach, bo tak niegdyś postrzegano zarówno wojnę, jak i kino. Nic więc dziwnego, że gdy główna bohaterka zupełnie nieoczekiwanie znajduje zatrudnienie w przemyśle filmowym, początkowo spotyka się wyłącznie z nieufnymi spojrzeniami. Catrin (Gemma Arterton) jest tak traktowana nawet przez męża, wyraźnie niezadowolonego z faktu, że to nie on, lecz kobieta zarabia na czynsz. Rok po wybuchu II wojny światowej Londyn zmęczony jest ciągłymi niemieckimi nalotami, a morale Anglików upada. Ucieczką jest kino, z czego doskonale zdają sobie sprawę rządowi decydenci, widzący także jego potencjał propagandowy. I tutaj zaczyna się rola Catrin. Dziewczyna ma pisać kobiece partie w najnowszej produkcji, której zadaniem jest nie tylko rozkochać w sobie Brytyjczyków, ale i sprawić, by do wojny przyłączyli się Amerykanie. Duńska reżyserka umiejętnie rozkłada akcenty pomiędzy wojenną rzeczywistość a nieco sielankowy plan filmowy, który funkcjonuje tu trochę na innych zasadach. Jest dla Catrin tym, czym Kraina Czarów dla Alicji. Autotematyzm i związany z nim humor to obok aktorskich popisów na drugim planie (w których bryluje Bill Nighy) największy walor tej dobrze opowiedzianej feministycznej historii. „Film to życie bez nudnych fragmentów” – słyszy Catrin od swojego przełożonego. Tak właśnie najkrócej można by opisać „Zwyczajną dziewczynę”. [Kuba Armata] obsada: Gemma Arterton, Bill Nighy, Sam Claflin Wielka Brytania 2016, 110 min M2 Films, 26 maja

Obsada: Fabrice Luchini, Juliette Binoche, Valeria Bruni Tedeschi Francja, Niemcy 2016, 122 min Gutek Film, 12 maja

Film


72

TECHNOLOGIE bardziej i mniej potrzebne DRUKNIJ SWETER kniterate.com

Moda na DIY wróciła do łask już ładnych kilka lat temu. Jednak zrobienie swetra na drutach to zadanie na wiele długich zimowych wieczorów, a my w takie dni wolimy szlajać się po knajpach albo oglądać seriale na Netfliksie. Twórcy Kniterate proponują więc rozwiązanie – rysujesz sweter za pomocą specjalnego programu i przekazujesz projekt maszynie, która go drukuje albo jak kto woli – wyszywa. Produkcja jednego swetra ma zajmować około pięciu godzin. Popyt jest duży, bo przez pięć pierwszych dni trwania zbiórki na Kickstarterze pomysłodawcy projektu zgromadzili prawie trzykrotnie większą sumę, niż potrzebowali. Cena – jedyne 4,5 tysiąca dolarów.

Technologie


73

KOD ZAGŁUSZAJ SZUMEM FAL gethushme.com

Dobrze, że nie pracujemy w agencji reklamowej, bo wymyślanie sloganów wychodzi nam średnio. Kiedy patrzymy na Hushme, to przychodzi nam do głowy jedynie „maska na twoje sekrety”, a umówmy się, że to nie powala. Twórcy urządzenia uznali, że rozmowy telefoniczne w miejscu publicznym mogą być krępujące, więc wymyślili maskę, dzięki której będziesz wyglądał jak Bane z Batmana. Hushme ogranicza wydobywanie się głosu poza maskę, a żeby zapewnić pełną dyskrecję, dźwięk można dodatkowo zagłuszyć efektem akustycznym, który usłyszą przechodnie albo ludzie siedzący obok nas w restauracji – do wyboru mamy m.in. morza szum, ptaków śpiew i ciężki oddech Dartha Vadera.

KASA Z OPRAWEK „Płatność będzie bajpasem?” – miejska mikrolegenda głosi, że takie pytanie można było usłyszeć od ekspedientki znanej warszawskiej sieci spożywczaków. Gdybyśmy byli fanami czerstwych gier słownych, to napisalibyśmy, że w tym przypadku jest podobnie, bo chodzi o płatność sunglassem. Nie jesteśmy, więc napiszemy tylko, że niedługo przytknięcie okularów do terminala kart płatniczych może być równorzędne z rzuceniem na ladę paru drobniaków za lody.

BUTY Z CHMURĄ interactive-shoes-hub.com

KABLOM NIE podolabs.com/jack

Jasne, że to problem pierwszego świata, ale plączące się wszędzie kable od słuchawek potrafią skutecznie zniechęcić początkującego biegacza albo rowerzystę. Jack to urządzenie wielkości gumy Turbo, które pomoże zapomnieć o kablach. Niestety nie na zawsze, ale maksymalnie na 12 godzin, bo producent deklaruje, że na tyle czasu wystarczy nam baterii.

Chodzenie to nuda – z takiego założenia wyszli pomysłodawcy inteligentnego obuwia. Trudno się nie zgodzić, bo jeśli spojrzeć z czysto praktycznej perspektywy, chodzenie polega po prostu na repetytywnym, naprzemiennym machaniu nogami. Żeby urozmaicić „doświadczenie chodzenia”, twórcy naszpikowanych technologią butów umożliwiają tym, którzy je noszą, zbieranie danych m.in. o tempie i przebytym danego dnia dystansie. Nic nowego, bo zbieranie danych o spaniu, jedzeniu i chodzeniu o dziwo zyskuje ostatnio na popularności. Producenci butów przygotowali jednak coś ekstra – chodząc w smartbutach, można będzie ścigać się ze znajomymi i raz na zawsze przesądzić, kto chodzi szybciej i dalej. Zakładając, że któryś ze znajomych też postanowi wydać ciężko zarobione pieniądze na buty łączące się z chmurą.

Technologie


74

Appsurd 2.0 Nowoczesne technologie dyktują rytm naszego życia do tego stopnia, że powoli przestajemy ogarniać, o co w tym wszystkim chodzi i czemu to wszystko służy. Badania pokazują, że przeciętny posiadacz smartfona w USA ściąga 0 użytkowych aplikacji miesięcznie! Nie dziwi nas zatem, że deweloperzy w wolnym czasie kodują kompletnie nieprzydatne programy, które nie mają chyba służyć niczemu innemu niż żartom. A może właśnie te żarty mogą nam uświadomić, do jakiego miejsca w dziejach ewolucji całkiem nieświadomie dotarliśmy? Tekst: Michał Kropiński

I. GODOTIFY

III. EYEBALL PONG

Niektórzy mówią, że nieakceptowanie nowego zaproszenia na Fejsie to zsyłanie zapraszającego do social mediowego czyśćca. Dzięki Godotify na wieczne czekanie na waszą łaskę możecie również skazać osoby piszące do was za pośrednictwem aplikacji Messenger. Kojarzycie trzy migające kropki, które symbolizują, że druga osoba pisze właśnie wiadomość? Godotify sprawia, że animacja taka jest widoczna na ekranie waszego rozmówcy, nawet jeśli wy nie macie smartfona w ręku. To chyba najlepsza propozycja dla tych, których szefostwo zaczęło już nękać nawet za pośrednictwem Facebooka.

Wszyscy, którzy sezon letni spędzają, odbijając piłeczkę pingpongową, wiedzą, jak trudnym zadaniem jest kontrolowanie tego skaczącego potwora. Wystarczy jedno spojrzenie w bok i katastrofa gotowa. Może w takim razie warto odwrócić zasady, a wraz z nimi spojrzenie? Eyeball Pong to kompletnie absurdalna aplikacja służąca do wirtualnej gry w ping-ponga. Tyle tylko, że w tej rozgrywce musicie jak najrzadziej patrzeć na piłkę, a raczej wirtualny piksel. Wasz wzrok kontrolowany jest przez kamerę laptopa lub smartfona, a każde spojrzenie w jej światło to automatyczna skucha. Jest szansa, że będziecie w tej grze prawdziwymi mistrzami.

II. HTML MARQUEE DE SADE Zawsze nas zastanawiało, jak w dzisiejszych czasach odnaleźliby się prawdziwi klasycy i legendy, którym współczesne księżniczki instagramowego lifestyle’u nie sięgają nawet do obcasa. Markiz de Sade z pewnością zachwyciłby się porno w internecie, a w przerwach od podziwiania tych cudów docenił zrealizowaną w czasie ostatniego Stupid Hackathon stronę, przeobrażającą jego najsłynniejsze dzieła w… ciągi migających tekstów HTML oraz kiczowatych gifów. Tak kiedyś wyglądał Myspace, drodzy czytelnicy! Dziś uśmiechnięty Kubuś Puchatek to raczej domena rejonów internetu, w których poruszają się nasze ciotki z Bydgoszczy, a nie amatorzy wymachiwania szpicrutą. Nie zmienia to jednak faktu, że markiz może czuć się doceniony!

IV. HYPOCHONDRIAPP Źle się czujesz? Zanim dopchasz się do lekarza, lepiej sprawdź objawy w sieci. Doktor Google jest chyba najpopularniejszym na świecie specjalistą od chorób wszelakich, a jego diagnoza zawsze okazuje się bezbłędna: albo wszystko jest okej, albo umrzesz przed końcem tygodnia. Autorka wyszukiwarki Hypochondriapp, Emily Xie, postanowiła trochę zakpić z internetowego poradnictwa medycznego i stworzyła program, który na podstawie wpisanych objawów dobiera najbardziej koszmarne choroby, jakie tylko opisano w Wikipedii. Żeby było weselej, Hypochondriapp nie działa losowo, tylko specjalnie wyszukuje dolegliwości mające najdłuższe i najbardziej koszmarne nazwy.

Technologie


75 V. AUGUMENTAD REALITY Choć trudno w to uwierzyć, zdajemy sobie sprawę, że są osoby uwielbiające reklamy. To chyba z myślą o nich powstała prześmiewcza aplikacja, która poza klikaniem wymaga trochę zapału inżynieryjnego. AugumentAd Reality to zabawka zamieniająca waszego smartfona w wirtualną tablicę reklamową. Wystarczy umocować telefon na wysokości oczu (twórcy sugerują misterną konstrukcję opartą na selfie sticku i kasku rowerowym), włączyć kamerę i odpalić program. Aplikacja będzie przepuszczać obraz przez obiektyw kamery, wyświetlać go i… nakładać na niego losowo wygenerowane reklamy! Idiotyczne, ale ta aplikacja mówi o naszym świecie chyba o wiele więcej niż niejeden esej socjologiczny. VI. NONADBLOCK Jeśli nie chce wam się bawić w domorosłego technika albo po prostu chcecie zafundować swoim znajomym ciut bardziej wyrafinowany żart niż pisanie głupich statusów na Fejsie, to… sprawdźcie NonAdBlock. Aplikacja ta wywraca do góry nogami wszystko to, co oferuje popularna nakładka na Chrome. Walczycie z reklamami, chcąc zatopić się tylko w wartościowych treściach? Z NonAdBlock możecie o tym zapomnieć na zawsze. Wszystkie artykuły i linki niebędące reklamami są przez ten program natychmiast blokowane, a zamiast tego eksponowane są piękne bannery, skyscrapery oraz najbardziej irytujące reklamy typu pop -up. Kilka kliknięć i mokry sen każdej agencji reklamowej spełni się na waszych oczach!

VII. ZEN VOLT Czasem chciałoby się trochę odpocząć do natłoku dźwięków, obrazów i danych. Idealnym rozwiązaniem wydaje się medytacja. Tylko jak osiągnąć wyciszenie idealne w całym tym szumie informacyjnym? Również tym razem z pomocą przychodzą nowoczesne technologie! Zen Volt to nie jest zabawka, którą zainstalujecie na swoim smartfonie, ale sam pomysł poraża, i to dosłownie! Twórcy aplikacji wymyślili bowiem całkiem rozbudowany program, który analizuje sygnały wysyłane przez wasz organizm, a w przypadku zanotowania jakichkolwiek syndromów koncentracji i skupienia poraża was małą dawką prądu. Pozostaje tylko jeden problem! Jak się skupić w takich stresujących warunkach? VIII. ROBOT PORN ADDICT Czasem wydaje nam się, że nie da się wypisywać większych głupot niż to, co wypluwają z siebie niektórzy nasi internetowi znajomi. Spragnieni prawdziwego odmóżdżenia i ucieczki przed przerzucaniem się argumentami w światopoglądowych dysputach powinni dodać do znajomych pewnego bardzo znanego robota. Jeśli lubiliście Bendera z „Futuramy”, to istnieje całkiem spora szansa, że pokochacie i tego delikwenta. Tym bardziej że w całym internecie nie znajdziecie lepszego i dyskretniejszego komentatora pornosów! Wszystko SFW oraz z klasą, a do tego zabawnie. A nie należy zapominać, że dobry żart w czasach cyfrowości jest coraz bardziej deficytowym towarem.

Technologie


76

1.

Małe a cieszy

3.

1. Coachella już za nami, ale kalifornijskie Palm Springs kusi nieustająco. Palmy, kaktusy i wille na bogato. Jeśli nie można pojechać, zawsze można sobie postawić na szafce. McKean Studio zaprojektowało serię prześlicznych drewnianych miniaturek, z których można sobie zbudować kurorcik razem ze wszystkimi niezbędnymi atrybutami – basenikami, palmami i kaktusami. 2. Bezprzewodowy głośnik, którego „obicie” można dobrać do wystroju wnętrza. Gustowny różyk, klasyczna szarość albo butelkowa zieleń. Efektowny wygląd to niejedyne zalety Rockbox Cube Fabriq Edition. Pozostałe to pierwszorzędne sterowniki, pasywny bas oraz bateria, która wystarcza na osiem godzin nieprzerwanego odtwarzania (panpablo.pl) 3. Coś dla domowych ogrodników. Växtställ Regrow projektu Madeleine Nelson to minimalistyczne w formie, ale niezwykle praktyczne trzymadełko pozwalające na umocowanie warzywa czy pestki na szklance wody do czasu, aż wyhoduje korzonki pozwalające na przesadzenie rośliny do ziemi. 4. Najnowsza linia Converse Chuck Taylor All Star II Pastels to zapowiedź festiwalowej mody i kolorowego, beztroskiego lata. Wszystkie produkty z kolekcji mają zalety modelu Chuck Taylor All Star II, w tym wkładkę Nike Lunarlon, usztywniany, nieprzesuwający się język i zamszową wyściółkę. To, co je wyróżnia, to pastelowa, subtelna i totalnie kobieca kolorystyka. 5. Jeżeli nie macie ochoty na małe Palm Springs, może skusi was miniaturowy las? Studio projektowe Forge Creative z Sussex produkuje prześliczne małe drzewka. Zaprojektowane w 35 wzorach są ręcznie robione z rozmaitych rodzajów drewna (forgecreative.co). SK

5. Zakupy

2.

4.


teatr powszechn Teatr, któr się wtrąca Zgmunt Hübner

Chłopi Patroni medialni

Władysław Reymont Krzysztof Garbaczewski premiera 13.05.2017 kolejne spektakle 14, 16, 17.05.2017 www.powszechn.com


78

Miasto we czwórkę Foto: Filip Skroñc

Bartek Czarkowski – manager (Kamp!, We Draw A, Suumoo), wydawca, dziennikarz, rowerzysta, i Agnieszka Szydłowska – dziennikarka radiowej Trójki, oraz dwójka ich dzieci: Pola (7,5) i Jurek (prawie 10), opowiadają o swoich ulubionych miejskich szlakach.

W tle: mural „Powstańcy” Karola Radziszewskiego pokazywany w ramach wystawy „Późna polskość. Formy narodowej tożsamości po 1989 roku” w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie.

Rodzina w mieście


79 Nie ma sensu rozwodzić się nad tym, jak zmienia się życie człowieka wraz z pojawieniem się dziecka czy kolejnych, bo chyba każdy, kto został rodzicem, wie, że to trzęsienie ziemi nieporównywalne z niczym innym. Nam – przy wydatnej pomocy dziadków mieszkających w Warszawie – udało się utrzymać względne status quo, ale z wytęsknieniem czekamy na dzień, w którym Pola i Jurek wreszcie zostaną sami na kilka godzin, a nas nie będzie zjadał strach o ich los.

przystanku Metro Dworzec Gdański, którego nazwa nie jest czytana przez lektora w żadnym z autobusów. Metro Polę i Jurka nudzi. Nie doceniają jego szybkości, chyba że w docieraniu do babci na Bielany lub do sklepu z komiksami na stacji Metro Centrum.

ŻOLIBORZ

Najlepsza księgarnia w Warszawie, a może i w Polsce. Nie kupujemy w sieciówkach, właśnie dlatego, żeby mieć powód do odwiedzenia tego sklepu. Zazwyczaj robimy listę i grupowo uderzamy po lektury. Szczerze polecamy. Świetna obsługa, szeroki wybór (lub uzupełniany na prośbę klienta) i jeszcze ten zapach… To także nasza mała misja – wspierać tę księgarnię, by przetrwała kolejne pokolenie. Drugi sklep, który wyzwala podobne emocje, to World Toys na Burakowskiej, czyli królestwo klocków Lego. Miejsce, w którym nasze dzieci mogłyby zamieszkać, a i Bartkowi zdarza się tam odjechać, zwłaszcza od czasu, kiedy Lego uznano za jedną z najlepszych inwestycji finansowych na świecie.

Nasze miasto w mieście. Mamy tu właściwie wszystko, co jest nam potrzebne. Najpierw świetne przedszkole, teraz bardzo udana podstawówka, do której chodzą Pola i Jurek. Prawie wszyscy nasi przyjaciele mieszkają w zasięgu 10-minutowych spacerów. To zresztą w dużej mierze grupa, która stała się nam wyjątkowo bliska właśnie dzięki dzieciakom. Ich przedszkolne znajomości przełożyły się na kontakt rodziców. Okazało się, że maluchy mają super nosa do ludzi, którzy znacząco zmienili nasze życie towarzyskie. Żoliborz daje nam komfort nie tylko pod względem utrzymywania relacji, ale także pomaga zagospodarować czas. Jeśli kino, to zazwyczaj Cinema City w Arkadii (wiemy, to już Śródmieście, ale na granicy z Żoliborzem, więc się liczy), parki, basen, trasy rowerowe (dość szybko udało się dzieci zarazić miłością do tego sportu), a nawet knajpy, które jeszcze kilka lat temu były tu prawdziwym ewenementem. Może nawet kiedyś pójdziemy do teatru Komedia? Na razie zżymamy się na tych, którzy co wieczór, a zwłaszcza w weekendy, okupują miejsca parkingowe, które na Żoliborzu są rzadkie jak trufle. À propos, jeśli szukalibyście trufli w Warszawie, to najlepiej pod… ...HALĄ MIROWSKĄ Miejsce cotygodniowych, wręcz rytualnych sobotnich zakupów. Im wcześniej, tym lepiej. Choć Bartek sam nie je mięsa, obowiązkowo zalicza kilkunastominutową kolejkę po drób w Chirurgii Valdiego, potem czas na najlepszą chałkę w Warszawie, którą Pola zjada w połowie jeszcze na targu, i wreszcie zioła i inne składniki wegańskich potraw kupowane u Pana Darka. Następnie przystanek i powrót na Żoliborz tramwajem linii 17. Właśnie…

KSIĘGARNIA IM. K.K. BACZYŃSKIEGO

KNAJPY Jeszcze rok temu jako czwórka nie mielibyśmy za dużo do powiedzenia w tym temacie. My uwielbiamy jeść, nasze dzieci w ogóle. Dlatego z ulgą przyjęliśmy delikatne zmiany na tym polu. Szału nie ma, ale uwierzcie, że dziecko jedzące ze smakiem szaszłyki z kurczaka w Miss Kimchi (to ulubiona knajpa Poli i Jurka) albo domawiające drugą porcję Butter Chickena w Curry Leaf na Chomiczówce (także na podium) potrafi człowieka uszczęśliwić. Koło ratunkowe w wypadku braku domowego obiadu rzucają Bar Mleczny Sady Żoliborskie lub klasyczna pizza margherita. Znamy jej każdą wariację robioną w każdej z żoliborskich pizzerii i od lat bezsprzecznie wygrywa ta w Da Aldo. A na zakończenie prawdziwa klasyka. Magiel! Uciekaliśmy z domu rodziców przed sztywną pościelą, lata przespaliśmy w cudownie pomiętej i kolorowej. Aż któregoś dnia stary szyld i równie stara tabliczka z godzinami otwarcia w zakładzie na rogu Wojska Polskiego i Brodzińskiego zrobiły swoje. W tym maglu czas stanął w miejscu! Czego wszystkim choć na chwilę życzymy.

...KOMUNIKACJA Tylko jedno z nas ma prawo jazdy, dlatego większość podróży odbywamy komunikacją miejską. Ulubione są autobusy, zwłaszcza 116. Nadal próbujemy rozwikłać zagadkę Rodzina w mieście


Wydarzenia

80 DALI KONTRA WARHOL PAŁAC KULTURY I NAUKI, WARSZAWA 22.04-7.10 Do przerwy 1:0 „Trwałość pamięci” nadrukowana na puszkę Campbella – tak wyobrażamy sobie wystawę w PKiN. Na szczęście wyobraźnię mamy bujną i nasze wizje nie zawsze mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. „Dali kontra Warhol” zadaje pytanie o podobieństwa i różnice pomiędzy artystami i próbuje skonfrontować surrealizm z pop–artem. Trudno powiedzieć, czy na wystawie pojawią się motywy antagonistyczne (w końcu słowo „kontra” w nazwie wystawy mogłoby to sugerować), bo w momencie kiedy piszemy ten tekst, do otwarcia pozostało jeszcze kilka dni. Pewne jest na razie to, że zobaczymy ponad 120 oryginalnych prac obu artystów, a część z nich zostanie po raz pierwszy zaprezentowana szerszej publiczności. [jt]

NETIA OFF CAMERA – OFF SCENA 29.04-05.05 KRAKÓW

Na festiwal powrócą Kronos Quartet, którzy już piątą dekadę udowadniają, dlaczego są jednogłośnie określani jako najlepszy istniejący kwartet smyczkowy na świecie. Grupa wykona kompozycję „Wesele Lubelskie”, którą stworzył Aleksander Kościów z okazji obchodów 700-lecia miasta goszczącego festiwal. Dzień wcześniej będziemy mogli usłyszeć pierwsze wykonanie „Missa Sine Nomine” – utworu, który łączy elementy mszy i fragmenty poezji Mickiewicza i Kasprowicza. To będzie okazja, żeby dowiedzieć się, skąd pochodzimy i jak tę wiedzę można wykorzystać. [croz]

międzynarodowych festiwalach filmowych – m.in. nominowanego do Oscara w kategorii Najlepszy Film Animowany „Czerwonego Żółwia” albo uhonorowaną trzema Cezarami „Fatimę”. Goście Przeglądu będą też mogli zobaczyć „Martwe wody” pokazywane na Konkursie Głównym podczas zeszłorocznego Festiwalu w Cannes, których recenzję można znaleźć kilka stron wcześniej. Po podboju Warszawy francuskie kino rusza na podbój Polski – po stołecznych pokazach filmy z przeglądu będzie można zobaczyć m.in. w kinach Nowe Horyzonty we Wrocławiu, Żak w Gdańsku czy Muza w Poznaniu. [js]

PRZEGLĄD NOWEGO KINA FRANCUSKIEGO 10-17.05, KINO MURANÓW, WARSZAWA

MIESIĄC FOTOGRAFII W KRAKOWIE 19.05-18.06, KRAKÓW

Przekrój przez Francję Któż by nie chciał zobaczyć rapującego Gerarda Depardieu, Lamberta Wilsona jako Jacques’a-Yves’a Cousteau czy Juliette Binoche jako zwariowanej arystokratki? W połowie maja będzie okazja. Oprócz tego w programie ósmej edycji Przeglądu Nowego Kina Francuskiego znajdziemy też dużo filmów prezentowanych na

W środku i nie Prawda i fikcja widziane oczami fotografa to jeden z głównych tematów, który biorą na warsztat organizatorzy i fotografowie 15. edycji Miesiąca Fotografii. W ramach programu głównego goście festiwalu będą mogli zobaczyć serię wystaw zatytułowaną „Zewnątrz wewnątrz”, która stawia pytania o obraz i jego rolę we współcze-

Filmowy pretekst Międzynarodowy Festiwal Kina Niezależnego to, wbrew nazwie, nie tylko wydarzenie związane z kinem. W ramach Festiwalu będzie funkcjonować Off Scena, na której usłyszymy alternatywne brzmienia. Na scenie przy Dolnych Młynów pojawią się m.in. artystki Dillon i Michelle Gurevich z Berlina czy szkocki zespół Prides. Polska reprezentacja też wystąpi w nienagannym składzie – usłyszymy m.in. Korteza, Leski i Sonię Stein. [jt]

FESTIWAL TRADYCJI I AWANGARDY MUZYCZNEJ KODY 10-12.05, LUBLIN Kod genetyczny W chwili pisania tej notki lubelskie Kody nie odkryły jeszcze wszystkich swoich kart, ale już teraz dziewiąta edycja wydarzenia – mieszająca wielkie koncepty i eksperymenty, tradycyjne i awangardowe środki wyrazu oraz nowoczesność z wiejską tradycją – zapowiada się wyjątkowo.

Wydarzenia

Musica Electronica Nova fot. Paweł Wyszomirski


81

snym świecie. Oprócz tego znalazło się miejsce dla Sekcji ShowOFF, w ramach której młodzi twórcy będą prezentować swoje fotografie. Podczas Miesiąca Fotografii będzie też można skonsultować swoje portfolio ze specjalistami, a autor najlepszych prac otrzyma nagrodę ufundowaną przez Fundację Griffin Art Space. [jt] MUSICA ELECTRONICA NOVA 19-27.05 WROCŁAW Wielki dźwięk Podstawą tegorocznej, ósmej, edycji festiwalu Musica Electronica Nova jest pytanie o to, czym jest współczesna kompozycja i w którym kierunku zmierza. W przewrotny sposób odpowie nam John Zorn, którego twórczość znajdzie się pod lupą wrocławskiego wydarzenia. Kompozytor, aranżer i multiinstrumentalista na własną rękę lub z pomocą innych talentów zaprezentuje jedynie kilka z setek ścieżek, po których przez lata się poruszał, szukając nieznanych wcześniej dźwięków. Pomoże mu m.in.

Ikue Mori, legenda nowojorskiej awangardy, która odegra ścieżki filmowe skomponowane przez Zorna. Wrocławska Filharmonia ugości też symfoniczne wykonania jego kompozycji i multimedialną instalację opartą na jednym z jego utworów. Najjaśniejszym punktem celebracji geniuszu Amerykanina będzie występ The Gnostic Trio, w skład którego wchodzi jeden z najbliższych współpracowników Zorna – gitarzysta Bill Frisell. Music Electronica Nova zaprezentuje także m.in. wykonania partytur Witolda Lutosławskiego czy Laurie Spiegel i szereg paneli dyskusyjnych i spotkań. [croz]

GREEN ZOO 20.05-26.06, KRAKÓW Zielony Kraków Green Zoo opisywaliśmy już tyle razy, że powtarzanie historyjki o tym, jaki to fajny i wyjątkowy festiwal byłoby najzwyczajniejszym nudziarstwem. Tym bardziej że program szóstej edycji po raz kolejny pokazuje, że szukanie wspólnych punktów Zielonego Zoo z innymi imprezami w sezonie nie ma najmniejszego sensu. Tegoroczna

edycja krakowskiego festiwalu odbędzie się w dniach 20-23 maja, 28 maja i 26 czerwca, a artyści na niego zaproszeni zaprezentują się w Klubach RE, Betel oraz Szpitalna 1. W przypadku takiej imprezy trudno wymienić headlinera, tym bardziej że czasem najmniej znanymi artystami wydają się ci z największym scenicznym stażem. Przykładem może być choćby Space Lady, która debiutowała jeszcze za czasów rządów Reagana. Polskę z kolei reprezentować będą Komety, które zgodnie z panującą na festiwalach modą zagrają koncert tematyczny – w tym wypadku będzie dotyczył zespołu Partia, z którego Komety wiele lat temu się zrodziły. Poza tym w Krakowie usłyszymy m.in. Black Zone Myth Chant, Chicaloyoh, Lasse Matthiessen, Sasha Boole czy SKELETON$. [mk] CO JEST GRANE 24 FESTIVAL 10-11.06, CSW ZAMEK UJAZDOWSKI UL. JAZDÓW 2, WARSZAWA Ukłon w stronę mieszkańców stolicy, którzy chcą wybrać się na festiwal, ale niechętnie opuszczają granice swojego miasta. Na scenie

Wydarzenia

Wiosna 2017

Malta Festival fot. Maciej Zakrzewski


82 zobaczymy m.in. dwa pokolenia rodziny Waglewskich – Voo Voo i Fisz Emade Tworzywo, Łonę i Webbera, Mary Komasę, Dra Misio i Julię Marcell. Będą też warsztaty dla dzieci, pokazy filmów i coś, bez czego żaden festiwal muzyczny nie może się nazywać festiwalem – mowa oczywiście nie o artystach, ale o foodtruckach. [jt] GORILLAZ 14.06, 18.06 WARSZAWA, KATOWICE Kreskówki lepsze Murdoc Niccals to animowany lider formacji Gorillaz, który gra na basie, pisze teksty i komponuje. Razem z kolegami z zespołu postanowił wreszcie odwiedzić Polskę w ramach minitrasy koncertowej. Z jednej strony czujemy się trochę nieswojo z tym, że jaramy się występem kreskówkowego zespołu, ale z drugiej strony wiemy przecież, kto za nim stoi, więc nie ma obciachu. [jt]

MALTA FESTIVAL POZNAŃ 16-25.06 2017, POZNAŃ Bałkany w Wielkopolsce Kuratorzy festiwalu, Oliver Frljić i Goran Injac, pokażą publiczności współczesną sztukę tworzoną przez artystów pochodzących z krajów byłej Jugosławii. W programie znalazł się m.in. spektakl „The Republic of Slovenia”, który wraca do czasów wojny na Bałkanach i pokazuje działania politycznej mafii w Słowenii, zamieszanej w nielegalny handel bronią. Widzowie zobaczą też spektakl Olivera Frljića „Turbofolk” o gatunku muzycznym, który w czasie wojny w latach 90. podsycał nacjonalistyczne nastroje. Będzie też muzyczna parada rowerowa wyreżyserowana przez rapera L.U.C-a i symboliczna instalacja – mur, która zachęci do rozważania, po co ludzie się grodzą. [jt]

„Wyprawa” (Comme un avion) reż. Bruno Podalydès Przegl¹d Nowego Kina Francuskiego

stwierdzeniem, że „jazzu nikt nie kuma”. Cała jego dotychczasowa działalność to zaprzeczenie tej śmiałej tezy, a owocem kampanii, która wepchnęła ten gatunek w XXI (i może od razu XXII) wiek jest prężna działalność jego wytwórni Brainfeeder. W ramach celebracji dorobku oficyny FlyLo sam pokaże się na scenie warszawskiej Progresji, by zaprezentować swój wyginająceymózg multimedialny show, który potwierdzi jego unikalne podejście do syntezy organicznych i cyfrowych dźwięków. Potomek Alice i Johna Coltrane’ów przywiezie ze sobą równie ekscentryczną kompanię. Jego stały współpracownik Thundercat wykona swoje mocno eksperymentalne soulowe piosenki, które zachwycają, bawią i zadziwiają,

często w tym samym momencie. Ten okazyjny czteropak dopełnią europejscy adepci wydawcy: Austriak Dorian Concept, którego elektroniczne, relaksujące brzmienie potrafi zaskoczyć swoimi meandrami , oraz pochodzący z Holandii Jameszoo, który przekłada tradycyjne jazzowe rozwiązania na język elektroniki w najlepszym stylu. Nie zastanawiajcie się długo nad kupnem biletów. [croz] BIG BOOK FESTIVAL 23-25.06, UL. EMILII PLATER 31 WARSZAWA Czytu-czytu Naukowcy uparcie twierdzą, że ludzkość nigdy w historii nie czytała tyle, co w tej chwili. Z tą jednak różnicą, że w 2017 r. zamiast

Gorillaz

BRAINFEEDER SHOWCASE 20.06, PROGRESJA, FORT WOLA 22A WARSZAWA Uczta dla mózgu Flying Lotus, demiurg odpowiedzialny za całe to zamieszanie, na pewno kiedyś zetknął się ze

Wydarzenia

książek czy prasy czytamy głównie blogowe wpisy i facebookowe głupotki. Żeby przeciwstawić się ciągłemu ogłupianiu przez algorytmy, zapaleńcy organizują takie imprezy jak Big Book Festival. Piąta edycja najbardziej oryginalnej warszawskiej inicjatywy książkowo-czytelniczej odbędzie się pod hasłem „Powrót do początku// Back to Beginning”. Sentymenty są ostatnio w modzie, dlatego w tym roku festiwal odbędzie się na terenie dawnego gimnazjum i liceum im. Klementyny Hoffmanowej. Jak wiadomo, szkoła najfajniejsza jest w wakacje, dlatego organizatorzy postanowili otworzyć ją w pierwszy wakacyjny weekend. Gośćmi Big Book Festival będą w tym roku Jelena Czyżowa, Grégoire Delacourt, Bernd Heinrich, Wiktor Jerofiejew, Charles King, Olaf Kühl, Matthew Kneale, Leonie Swann, Marie Tourell Søderberg czy Kazuki Sakuraba. Poza spotkaniami z wymienionymi autorami na odwiedzających czekają interesujące multimedia, spektakle oraz ćwiczenia umysłowe i terenowe. [mk]


SŁODKIE MIEJSCE NA MAPIE WARSZAWY

Pl. Grzybowski 2 godziny otwarcia: 9.00 - 20.00 tel. +48 608 037 564 smakiwarszawy.pl

Amerykański akcent Relacja

Siedem burgerów inspirowanych Jackiem i sam Jack w czterech wariantach – tak wyglądały warsztaty prasowe Jack & Burger w hotelu Sheraton w Warszawie. Marcin Sasin, szef kuchni Sheraton Warsaw Hotel przygotował m.in. burgera z krewetkami z curry, z wędzonym tofu, a nawet burgera deserowego. Wszystko w towarzystwie Jacka z Tennessee.


Title

Relacja

Premierę nowego „Aktivista” postanowiliśmy uczcić w sposób wyjątkowy. Naszych gości zaprosiliśmy na przedpremierowy pokaz filmu „American Honey”. W kinie Muranów tłumnie stawili się współpracownicy, gwiazdy numeru i czytelnicy. Dodatkową atrakcją wieczoru był pokaz specjalnego filmu, wyreżyserowanego przez Darię Woszek, który przygotowaliśmy wspólnie z marką Finlandia.

Relacja


86

Niestraszny mróz W naszych głowach już raczej wiosna, ale do niektórych zimowych wspomnień miło wracać. Niedawno razem z marką Finlandia wybraliśmy się – a gdzieżby indziej – na północ Finlandii do miejscowości Kittila. Łowiliśmy ryby, podróżowaliśmy zaprzęgami reniferów i dowiadywaliśmy się, skąd bierze się woda, z której produkowana jest Finlandia Vodka.

Relacja


DOTYCHCZAS OGŁOSZENI W KOLEJNOŚCI ALFABETYCZNEJ

ADVENTICE (DJ DEEP & ROMAN PONCET) LIVE AGENTS OF TIME LIVE ALIX PEREZ ARTEFAKT LIVE BEN UFO BOYS NOIZE CARL CRAIG PRESENTS VERSUS SYNTHESIZER ENSEMBLE DAX J DJ STORM EMPEROR HIGH CONTRAST LIVE HUGH HARDIE KEENO

Bilety na oraz w salonach

KILLBOX (ED RUSH & AUDIO) KINK LIVE LONDON ELEKTRICITY BIG BAND LIVE MADUK METRIK: LIFE/THRILLS FEAT. ELISABETH TROY & DYNAMITE MC MOODYMANN PLANETARY ASSAULT SYSTEMS LIVE ROBERT HOOD LIVE S.P.Y SOLOMUN TALE OF US THE ERISED VITALIC – ODC LIVE WE DRAW A


Pologne

Pologne naturalnie francuski* *le franรงais au sens propre


Bez nazwy-1 1

31.03.2017 17:17


Aktivist Redaktorka naczelna: Sylwia Kawalerowicz skawalerowicz@valkea.com Zastępca red. nacz. Jonasz Tolopilo jtolopilo@valkea.com Redaktorzy Film: Mariusz Mikliński Muzyka: Filip Kalinowski Moda: Anna Konieczyńska Redaktorka www Ola Pakieła opakiela@valkea.com PR manager, patronaty Daniel Jankowski djankowski@valkea.com Digital manager Piotrek Żmudziński pzmudzinski@valkea.com Projekt graficzny magazynu, dyrektorka artystyczna Kaja Kusztra Korekta Mariusz Mikliński Współpracownicy Mateusz Adamski Kuba Armata Łukasz Chmielewski Piotr Czerkawski Małgorzata Halber Aleksander Hudzik Urszula Jabłońska Michał Kropiński Wacław Marszałek Marianna Medyńska Kacper Peresada Rafał Rejowski Cyryl Rozwadowski Filip Skrońc Iza Smelczyńska Olga Święcicka Bernadetta Trusewicz Karol Owczarek Olga Wiechnik Vienio

Stażysta Jan Słobodzian Wydawca Beata Krawczak Reklama Ewa Dziduch, tel. 664 728 597 edziduch@valkea.com Milena Mazza, tel. 506 105 661 mmazza@valkea.com Dystrybucja Krzysztof Wiliński kwilinski@valkea.com Druk Zakład Poligraficzny „Techgraf” Sesja okładkowa Fototograf : Bart Pogoda (Warsaw Creatives) Asystent Fotografa : Maciej Skwara (Daylight Studio) Make up i włosy: Martyna Nowak Sadowska Produkcja: Ewa Dziduch Podziękowania dla Marty i Marcina za udostępnienie domu do zdjęć. Informacje o wydarzeniach prosimy zgłaszać przez formularz na stronie: aktivist.pl/zglos-informacje Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych. Za treść publikowanych ogłoszeń redakcja nie odpowiada. Redaktor naczelny nie odpowiada za treść materiałów reklamowych i konkursowych.

Valkea Media S.A. ul. Elbląska 15/17 01-747 Warszawa tel.: 022 257 75 00

aktivist.pl


Aktivist 202  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you