Page 1


2

Felieton


3

Lepiej jest zawsze lepiej Tak. To, co trzymasz w ręku, to naprawdę „Aktivist”. Trochę się zmienił, prawda? Kto by pomyślał, że taki weteran imprezowych bojów wciąż może wyglądać młodo i świeżo. Po raz kolejny przywdziać nowe szatki i znowu z werwą ruszyć na miasto. Zmienia się miasto, zmieniają się jego mieszkańcy, zmieniamy się i my. Zawsze w awangardzie nowych trendów, z wyczuciem badamy miejską tkankę. Chwilę nas nie było, ale wracamy piękniejsi i silniejsi niż przedtem. Z imprezowego przewodnika po nocnym życiu przeobrażamy się w dobrze zaprojektowany magazyn o szeroko rozumianym miejskim życiu. Nie zmienia się jednak to, że wciąż patrzymy z uwagą na wszystko, co dzieje się w miejskiej przestrzeni, zaglądamy tam, gdzie nie zaglądają inni i przedstawiamy tych, których warto poznać. „Aktivist” wygląda inaczej, ale jego niepokorny duch pozostał. To, z czego jestem szczególnie dumna, to fakt, że udało nam się zebrać ekipę, która wypełniła kolejne strony treścią najwyższej jakości. To ludzie mądrzy i zabawni – dokładnie tacy, z jakimi chcielibyście spędzić kilka godzin na pogaduchach przy kawiarnianym stoliku. Gosia Halber postuluje zakładanie w opuszczonych miejscach klubów zwierzeń na wzór tajnego fight clubu. Vienio przy gruzińskich pierogach sprawdza, co denerwuje młode gwiazdy muzyki, a Agnieszka Holland opowiada o tym, jak pracuje się z prawdziwymi gangsterami i o czym rozmawia z sąsiadami w windzie. Mam nadzieję, że lektura „Aktivista” sprawi wam tyle frajdy, ile nam dała praca nad nowym wydaniem. Bierzcie i czytajcie z niego wszyscy! Sylwia Kawalerowicz, Redaktor Naczelna Foto: Tomek Tyndyk

Edytorial


Współpracują z nami

Małgorzata Halber Skończyła filozofię na UW. Pisarka, rysowniczka i dziennikarka. Obecnie pracuje nad drugą książką po „Najgorszym człowieku na świecie”. Dołączyła do aktivistowej ekipy w roli stałej felietonistki.

Vienio aka fidel gastro Jest gastroświrem, gotującym raperem i domowym kucharczykiem. Lubi karmić, smakować, odwiedzać restautacje, bazarki, bary i sklepy z oryginalnymi produktami. Zna na wyrywki historię warszawskich street foodów, wie wszystko o zapiekankach. Zjadł tysiąc zup wietnamskich i potrafi wszamać cztery dania naraz. Chodzi na browar z zawodowymi chefami i wie, gdzie kupić unikalne produkty do kuchni. Eksprymentuje i szkoli, doradza i testuje kolejne miejscówki. Wymyśla przepisy. Je szybko i ostro, jak Zdzisiek Beksiński. Co miesiąc bierze na spytki gwiazdy i przy restauracyjnym stole wyciąga z nich kulinarne sekrety.

Marianna Medyńska Z wykształcenia historyczka sztuki, na co dzień zajmuje się jedzeniem. Autorka bloga Coutellerie, na którym dzieli się przepisami, zdjęciami i opowieściami z podróży. Współpracuje z magazynem „Kukbuk” i nowojorskim „Chickpea Magazine”, realizuje sesje zdjęciowe i prowadzi warsztaty kulinarne. W „Aktiviście” opiekuje się działem „Kuchnia”.

Tomek Tyndyk Aktor, na stałe związany z TR Warszawa, gdzie zagrał m.in. w „Aniołach w Ameryce” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, „Mieście snu” Krystiana Lupy i „Holzwege” Katarzyny Kalwat. Fotograf, student Instytutu Twórczej Fotografii w Opawie. Jest autorem okładkowej sesji Jakuba Gierszała.

Ania Konieczyńska Dziennikarka ze słabością do mody. Pracowała m.in. w „Elle”, „Gali” i „Vivie!”. Jedna druga agencji kreatywnej ThinkFashion.pl, połowa duetu serialowego Qkmal. Lubi pisać, pracować, plotkować. W „Aktiviście” opiekuje się działem Moda.

Nasi ludzie

Fot. Łukasz Saturczak, Jacek Poremba

Michał Mazur Dziennikarz, założyciel serwisu TrendNomad.com. Poszukując trendów w dizajnie i nowych technologiach, odwiedza targi, festiwale i konferencje na całym świecie. Dla nas napisał tekst o studiu projektowym Grynasz.


Spis treści

aktivist.pl


8


9

Jakub Gierszał Teraz: powinno się liczyć najbardziej, ale często o tym zapominamy i myślimy o tym, co było albo będzie. Przez to uciekają chwile, które są piękne. Ale jak tu egzekwować carpe diem, skoro wciąż trzeba coś ogarniać? Przede mną: mam nadzieję, że trochę rozjaśnienia, bo jeszcze mało rozumiem z tego świata. Chociaż przyjmuję też taką ewentualność, że „nie wiedzieć” to permanentny stan umysłu. Trzeba mieć sporą odwagę, żeby sobie powiedzieć „nie wiem”. Moment chwały: jest wtedy, kiedy dowiadujesz się, że zostałeś obsadzony. Wtedy można się cieszyć. Później jest praca i bywają różne momenty, też bardzo pozytywne, ale raczej już nie chwały. Nagrody czy wyróżnienia przede wszystkim napędzają koniunkturę, ale zawsze to miłe uczucie dostać nagrodę, prawda? Miasto moje, a w nim: jakiś kretyn trąbi i wrzeszczy, ktoś liczy drobne na ławce, policja straszy wszędzie, smog dusi, na mieszkanie nikogo nie stać, a nikt tego całego bałaganu nie ogarnia. Szczęśliwi ci, co w nocy zygzakiem idąc, skandują „Legia”. Potem następuje wiosna i wszystko jakoś inaczej, lepiej wygląda. Już tak nie trąbią, już tak nie szaro. Wtedy można godzinami spacerować po mieście bez celu. To bardzo inspirujące zajęcie. Dzień czy noc? To się ze sobą miesza. Wstajesz w nocy, idziesz spać po południu. Albo nie śpisz całą noc, żeby pracować w dzień, i tak przez kilka dni, żeby potem wstać znowu na szóstą rano. Film jest zależny od pogody, ekspozycji i pozwoleń na zdjęcia, a ja jestem zależny od filmu. W dzieciństwie: wszystko wydaje się proste. Może jest proste. Dorastanie to proces zapominania. Może dzieci znają tajemnice świata i to ich należy słuchać najuważniej? Wszystko, co następuje potem, to przykra konsekwencja narodzenia, często więc wracamy myślami do kraju lat dziecinnych, bo tam jest zapisana jakaś tajemnica, tam byliśmy chyba „bardziej wiedzący”. Foto: Tomek Tyndyk

Na okładce


10

Gwiazda


11

Agnieszka Holland: Po to jest sztuka, żeby móc zabić. Do niedawna widzowie rozumieli, że w filmie jest pewna przestrzeń wolności, że to sztuka, w której można przekraczać granice. A teraz coraz częściej widzę, że coś, co jest kreacją fikcyjną, ocenia się, jakby było rzeczywistością. Agnieszka Holland opowiada nam o strzałach w Balltimore, barach Nowego Orleanu i o czym rozmawia z sąsiadami w windzie. Wysłuchali: Sylwia Kawalerowicz, Jonasz Tolopilo

Gwiazda


12 Z Agnieszką Holland spotykamy się przy okazji premiery filmu „Pokot”. Dwa dni po naszej rozmowie film dostanie Srebrnego Niedźwiedzia na Berlinale. W mediach trwa przepychanka tych, którym film bardzo się podoba i jego zagorzałych krytyków. Mało kogo obraz pozostawia obojętnym. Holland chętnie udziela wywiadów. My jednak postanowiliśmy porozmawiać inaczej. Chcieliśmy by pretekstem do rozmowy stały się kadry z naszych ulubionych filmów i seriali, przy których reżyserka pracowała w ostatnich latach. Parada z opowiadającego o odradzającym się po kataklizmie Nowym Orleanie „Treme”, znaczący uścisk dłoni Franka Underwooda z „House of Cards” czy ekipa z baltimorskiego blokowiska, czyli bohaterowie „The Wire”. Obrazy te stały się katalizatorem wspomnień i refleksji dotyczących nie tylko pracy na planie filmowym ale i miasta jako pełnoprawnego bohatera opowiadanej historii. Nie obyło się też bez anegdot z planu i przemyśleń dotyczących aktualnej sytuacji w kraju.

Gwiazda


13 Baltimore to intrygujące miasto. Znam je bardzo dobrze, bo kręciłam tu nie tylko „The Wire”, ale też m.in. kilka lat wcześniej „Plac Waszyngtona”. Swoją drogą, „House of Cards” też tu powstaje, bo w Waszyngtonie jest po prostu za drogo. Baltimore jest ciekawe, ale to miasto z wyraźnym tragicznym rysem. Wszyscy biali i bogaci uciekli na przedmieścia, a w historycznym centrum rozpanoszyło się getto – miasto zostało oddane gangom. Kiedy kręciłam tam po raz pierwszy, nie mogliśmy na planie nagrywać dźwięku, bo w tle co rusz słychać było strzały, non stop latały nad nami policyjne helikoptery. „Plac Waszyngtona” powstawał w samym sercu getta. Z pięknie zaaranżowanych przez scenogra-

siebie, to daj mu chociaż powiedzieć to, co chce, bo nie nauczy się wypowiedzi na pamięć, będzie potwornie spięty i zacznie dukać”. Pamiętam jeden moment, to był reżyserski koszmar. Na planie czterech naturszczyków w jednej scenie i każdy z nich ma bardzo długie kwestie. Do dziś nie wiem, jak to nakręciłam. Praca przy „The Wire” była niezwykła – mogłam doświadczyć rzeczy, których większość ludzi nie doświadczy w swoim życiu. Uważam, że to genialny serial, najlepszy, jaki robiłam. Dla mnie to coś w rodzaju wielkiej współczesnej amerykańskiej powieści. XIX wiek miał Dostojewskiego, Tołstoja, Balzaca, a dzisiaj rolę epickich opowieści przejmują ambitne seriale. „The Wire” jest

Metafora tragedii

The Wire

fów trawników i klombów mających wyglądać jak wiktoriański park codziennie rano trzeba było zbierać zużyte strzykawki, żeby w czasie ujęć dzieci biegające po trawie nie zaraziły się HIV. Jeden z członków naszej ekipy został postrzelony, a grająca główną rolę Jennifer Jason Leigh wychodziła na plan w eskorcie sześciu ogromnych ochroniarzy. Przy „The Wire” było lepiej. Mieliśmy opłaconych lokalnych ludzi, którzy pilnowali, żeby nic nam się nie stało. Przy produkcji pracowało wielu byłych gangsterów, niektórzy nawet wystąpili w kilku odcinkach. David Simon, twórca serialu, ma hopla na punkcie realizmu i uwielbiał obsadzać gangsterów i ludzi z getta w drobnych rolach. To była męka, bo oni nie mieli pojęcia o aktorstwie i nie byli w stanie wykrzesać z siebie żadnej spontaniczności. Na dodatek Simon pisze zawsze wielostronicowe dialogi i bardzo mu zależy, żeby były precyzyjnie podane. Mówiłam mu: „jeśli bierzesz naturszczyka, który gra

szalenie pesymistycznym obrazem mechanizmów, jakie rządzą polityką lokalną. To historia, która pokazuje, że cała tkanka miasta jest przeżarta do cna korupcją i nawet ci, którzy mają mocny kręgosłup moralny, kończą, czyniąc źle. To obraz rzeczywistości, w której Baltimore staje się metaforą tragedii wielu amerykańskich miast.

Gwiazda


14

House of Cards

W poczciwość ludzie nie wierzą Reżyser, który ma zrealizować jeden lub kilka odcinków serialu, z zasady nie zna dalszych losów bohaterów. Sami odtwórcy ról często nie wiedzą, jak skończą postaci. Ja jestem bezczelna i zawsze pytam scenarzystów o to, co będzie dalej. Zwykle mówią, o ile sami to wiedzą – bywa, że po prostu nie napisali jeszcze całego serialu. Środkowe odcinki sezonu są dla reżysera najtrudniejsze. Często najmniej się w nich dzieje, bo zawiązanie akcji miało miejsce na początku, a do końca serii, gdy następuje jakiś zwrot, jeszcze daleka droga. Historii trzeba wtedy dodać narracyjnej energii. Kiedy trafiłam na plan trzeciego sezonu „House of Cards”, żeby wyreżyserować 10. i 11. odcinek, znałam dobrze Franka Underwooda – nie pracuję przy serialach, które mnie nie interesują. Jeśli któryś mi się podoba, to go oglądam w całości. „House of Cards” to produkcja mocno sformatowana pod względem reżyserii. Producent David Fincher nie pozostawia reżyserowi dużego pola do popisu. Zdecydował się realizować serial w bardzo konserwatywny sposób – na planie nie pozwala używać niektórych dość oczywistych środków inscenizacyjnych, jak np. kamery z ręki, zbliżeń czy długich obiektywów. Ale ja staram się trochę rozpychać i zachęcać operatorów do używania tego, co uważam za właściwe, a co może trochę odbiegać od przyjętych standardów. Coraz trudniej namówić kogoś, żeby sfinansował

serial o poczciwych ludziach. To znak czasów – kiedy pod koniec lat 80. opowiadałam producentom w Hollywood o moim ówczesnym pomyśle, mówiono mi, że to się nie uda, bo główny bohater nie jest wystarczająco sympatyczny. Teraz jest odwrotnie: parę lat temu przyszłam do tamtejszych producentów z innym pomysłem i usłyszałam, że mój bohater to poczciwiec i że ludzie w to nie uwierzą. Przez ostatnie lata widz się zmienił i oczekuje od filmu czy serialu czegoś innego. Nie wierzy w opowieści o sielance. W kolejnych odcinkach natężenie zła, z którym zmagają się widzowie „House of Cards”, staje się ogromne. Widzowie zaczynają więc postrzegać Waszyngton jako kłębowisko zbrodni, korupcji i cynizmu – nie tylko w serialu, ale i w rzeczywistości. Może to właśnie seriale tego typu wzmagają nieufność widzów do polityków? Wiele postaci w „House of Cards” jest bardzo mocno inspirowana światowymi politykami. To, że serialowy prezydent Rosji Wiktor Petrow wygląda i zachowuje się w ten sam sposób co Władimir Putin, może być postrzegane jako pójście na łatwiznę. Ale z drugiej strony to dość zgrabna gra pomiędzy iluzją a rzeczywistością – przecież gdyby scenarzyści przedstawili prezydenta Rosji w sposób kompletnie odbiegający od tego, jaki jest naprawdę, to nikogo by to nie przekonało.

Gwiazda


15

Zabić za pomocą sztuki

Zazwyczaj kiedy ekipa filmowa pojawia się w jakimś mieście, jest intruzem, ciałem obcym. W przypadku „Treme” było inaczej – Nowy Orlean przyjął nas z otwartymi ramionami. Dla miejscowej społeczności to, że ktoś chce pokazać to miasto takim, jakim jest naprawdę, było wielkim wydarzeniem. Mieszkańcy sami występowali w niektórych odcinkach i tym razem naprawdę udało nam się wtopić w otoczenie. David Simon, twórca serialu, był bardzo zadowolony z tego, jak poradziłam sobie wcześniej z odcinkami „The Wire”, więc zaprosił mnie, żebym wyreżyserowała pilot jego nowej produkcji. Miałam dużo wolności i czasu na dokumentację. To było najfajniejsze – mieszkałam w Nowym Orleanie trzy miesiące, poznałam miasto, ludzi, muzykę. Czasami lepiej niż bym chciała – Simon, jest powiedziałabym przesadnie

Z baru do baru

Pokot

Treme

– z punktu widzenia fabularnego filmowca – skrupulatny, jeśli chodzi o trzymanie się realiów. Bywało więc tak, że w ciągu jednego dnia przenosiliśmy się do trzech różnych barów w innych częściach miasta, bo w każdym grała inna muzyka. Tak naprawdę wszystkie te miejsca wyglądały identycznie, więc nie miało to żadnego sensu. Nowy Orlean to miasto niepodobne do żadnego innego – to przedziwna mieszanka kultur. Jest też wyjątkowy dla czarnej Ameryki, bo na tych terenach osiedliło się najwięcej wolnych czarnoskórych, którzy nie dotknęło niewolnictwo. Dzięki temu ich poczucie godności i własnej tożsamości jest zupełnie inne niż w reszcie stanów na Południu. Nawet tragiczne doświadczenie huraganu Katrina nie zabiło energii, która kipi w tym miejscu. Brałam udział w paradach odbywających się tu przy różnych okazjach i zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Karnawał jest dla mnie zbyt komercyjny, ale inne muzyczne procesje, które odbywają się we wszystkich dzielnicach Nowego Orleanu, mają niepodrabialną energię. Idziesz i sam zaczynasz tańczyć i właściwie nie wiesz dlaczego.

Widzowie jeszcze do niedawna rozumieli, że w filmie czy serialu jest pewna przestrzeń wolności, że to sztuka, w której można przekraczać granice. A teraz coraz częściej widzę, że coś, co jest kreacją fikcyjną, ocenia się, jakby było rzeczywistością. Myślę, że może to wynikać m.in. z zapaści edukacji artystycznej – w przypadku „Pokotu” muszę się więc tłumaczyć, że wcale nie jestem za tym, żeby zabijać ludzi, chociaż w fantazjach czasem mamy przecież ochotę wykończyć jakiegoś skurwysyna. Po to właśnie jest sztuka. Dzięki niej możemy go zabić symbolicznie. W „Pokocie” podział na „złych” i „dobrych” jest bardzo wyrazisty. Narracja jest do pewnego stopnia bajką, więc dychotomia pomiędzy złem a dobrem musi być jasna. Mniej w niej miejsca na szarości – tu bardziej niż w innych moich filmach wszystko jest albo białe, albo czarne. Jednocześnie „Pokot” pyta o wrażliwość widza. W filmie jest scena, w której pewien mężczyzna opowiada głównej bohaterce o Holokauście natury, którego ofiarą padł zgniotek szkarłatny – gatunek chrząszcza. Niektórzy uważają (i oni też mają rację), że ta sytuacja ma rozbawić widza, ale przecież np. dla buddysty każde życie – obojętnie, czy człowieka, czy chrząszcza – jest równie ważne. Film opowiada też o sile alternatywnych więzów społecznych. Główna bohaterka tworzy coś w rodzaju patchworkowej rodziny, w ramach której ludzie kochają się i wspierają, mimo że nie mają wspólnych genów. W naturze, na odludziu być może łatwiej się spotkać… W budynku, w którym mieszkam w Warszawie, kojarzę parę osób z widzenia, ale nie rozmawiałam dłużej z nikim, dopóki po wyborach prezydenckich sąsiad nie nawtykał mi z satysfakcją, że wreszcie mamy prezydenta, za którego nie trzeba się wstydzić. Z drugiej strony młodsze pokolenia pokazują, że tęsknią do życia społecznego. Moja córka mieszka na Ochocie i razem z sąsiadami organizuje podwórkowe święto – przynajmniej raz w roku wychodzą ze swoich mieszkań i spotykają się, żeby porozmawiać i zbliżyć się do siebie. W ludziach mieszkających w miastach jest pustka, którą trzeba zapełniać.

Gwiazda


16

Polska w Teksasie – To zabrzmi banalnie, ale w pierwszej chwili naprawdę nie mogłam w to uwierzyć. Nie mam przecież ani doświadczenia, ani machiny promocyjnej do dyspozycji. Najpierw myślałam, że chodzi o jakiś pokaz towarzyszący, ale mail mówił wyraźnie: teledysk, który wyreżyserowałam, został wybrany do głównego konkursu SXSW. Jako pierwszy z Polski – mówi Kasia Sawicka, autorka teledysku do utworu „Answer Me” zespołu BOKKA. Kasia długo pracowała jako montażystka – ma na koncie kilka reklam i teledysków, m.in. dla KAMP! czy Lari Lu. Niedawno uznała, że woli sama opowiadać, a nie układać w kolejności to, co opowiadają inni. – Współpracowałam przy innych projektach z wytwórnią NEXTPOP, m.in. wyreżyserowałam klip dla Oly., którą reprezentują. Któregoś dnia zadzwonili i spytali, czy nie chciałabym spró-

bować z klipem dla BOKKI – wspomina Kasia. Razem z operatorem Adamem Romanowskim opracowali pomysł na teledysk. Do realizacji nie doszło, ale Kasia zaproponowała inną koncepcję, która się spodobała. Produkcja w dużej mierze opierała się na pomocy ze strony znajomych. Nie obyło się bez kłopotów. Kasi bardzo zależało, żeby główna bohaterka miała włosy w kolorze platynowego blondu, a wybrana aktorka była szatynką. Na dzień przed zdjęciami pojechali do fryzjera, żeby przefarbować włosy. – Coś poszło nie tak, bo wyszły zielone. W środku nocy szukaliśmy drugiego fryzjera, który mógłby uratować sytuację. Na szczęście się udało, a główna bohaterka teledysku nie musi chodzić w nim w czapce. [Jonasz Tolopilo]

South by Southwest, zwany w skrócie SXSW, to jeden z najważniejszych festiwali zajmujących się muzyką, filmem i interaktywnymi mediami. Odbywa się w Austin w Teksasie i od 30 lat przyciąga międzynarodową publiczność. W ramach festiwalu odbywa się też konkurs najlepszych teledysków roku – w tegorocznej edycji znaleźli się m.in. Frank Ocean, Tame Impala, Beyonce oraz BOKKA.

Typ


18

Brutal z betonu


19 Zdania są podzielone. Niektórzy uważają, że to najbrzydsze, co człowiek zrobił drugiemu człowiekowi, inni – że to najbardziej ludzkie oblicze architektury. Brutalizm, nurt późnego modernizmu, budzi skrajne emocje. Betonowe kolosy mówią o nas więcej, niż wielu chciałoby się dowiedzieć. Tekst: Olga Wiechnik

– Cóż za sprytny sposób na wybudowanie elektrowni atomowej w centrum Londynu bez wzbudzania podejrzeń! – powiedział o gmachu Royal National Theater książę Karol, jeden z najzagorzalszych krytyków brutalizmu. Stojący na brzegu Tamizy budynek brytyjskiego teatru, stworzony zgodnie z założeniami architektonicznego nurtu późnego modernizmu, wymieniany jest w pierwszej dziesiątce zarówno najlepszych, jak i najbrzydszych budynków Londynu. Wielokrotnie postulowano jego wyburzenie, niedawno jednak przeznaczono 80 milionów funtów na modernizację teatru – nienaruszającą konstrukcji. Po latach zachwytu stalą i szkłem Brytyjczycy uczą się na nowo kochać beton. Zamiast wyburzać, wpisują na listy zabytków i bronią przed rozbiórką. Zamiast krytykować, podkreślają kulturotwórczy wpływ betonowych krajobrazów, bez których Joy Division, David Bowie czy Pulp nie brzmiałyby tak samo. Brutalistyczną architekturą szczyci się Waszyngton (m.in. wydając przewodnik po swoich 40 najciekawszych brutalach), a mieszkańcy Sydney bronią przed wyburzeniem kilku nielicznych realizacji tego nurtu, jakimi mogą się poszczycić na swoim kontynencie. Polska zaś kilka lat temu… wyburzyła swój najbardziej efektowny przykład brutalizmu – dworzec w Katowicach. „Brzydkie”, „nieludzkie”, „monstrualne”, „potworne” – zdaniem wielu brutale nie zasługują na miłość. Ale nikt nie obiecywał, że będzie pięknie.

Brzydkie staruszki – Usterki i niedoskonałości rzucają się w oczy we wszystkich częściach tej budowli! Nieosłonięty beton ujawnia najmniejsze niedokładności połączenia desek, włókna i zgrubienia drewna, każdy najmniejszy sęk. Ale czyż u ludzi tak samo nie widać zmarszczek i przebarwień skóry, krzywych nosów, znamion i znaków szczególnych? – emocjonował się Le Corbusier podczas uroczystości otwarcia Jednostki Marsylskiej, słynnej Unité d’Habitasion, bloku dla 1600 mieszkańców, który zrewolucjonizował architekturę. Gdy podczas jego budowy robotnicy zdjęli szalunek, czyli drewnianą formę, w którą wlewa się beton, Le Corbusier zachwycił się chropowatą powierzch-

Brutalizm


20 nią o bogatej fakturze. „Béton brut”, nieotynkowany beton – i ogólnie surowość materiałów w ich naturalnej postaci – stały się domeną brutalizmu. Z czasem ta Corbusierowska analogia stawała się coraz bardziej przekonująca. Na pokrytych surowym betonem powierzchniach nieupiększanych budynków było wyraźnie widać upływający czas. To, co zdaniem architekta było w nich ludzkie, zaczęło świadczyć przeciwko nim, szczególnie w kulturze Zachodu, coraz nieprzychylniej patrzącej na starość. – Te nieludzkie, obrzydliwe budowle nie starzeją się z wdziękiem, kruszą się, przebarwiają, na naszych oczach ulegają rozkładowi – mówił jeden z brytyjskich krytyków. Powrót do natury Ale oprócz programowej „szczerości materiałów” i „nieudawania” brutalizm miał być prawdziwy także pod względem etycznym. Le Corbusier patrząc na zburzone w trakcie wojny miasta, zapragnął odbudować je „zgodnie z duchem nowej epoki”, a ten nie napawał optymizmem. Ich styl miał być realistyczny, surowy, uwydatniał agresję, jaka tkwi w człowieku. A po II wojnie światowej wszyscy już wiedzieli, że człowiek to nie jest piękne stworzenie. Odrzucenie estetyki miało być jednocześnie wydobyciem na pierwszy plan etyki. Wielkie, przytłaczające betonowe konstrukcje, celowo wyobcowane z krajobrazu, paradoksalnie służyły powrotowi do natury. Natury nieupiększanej, niezakłamanej dekoracjami, nieobłudnej. „Budynki modernistyczne napotykają podstawową przeszkodę egzystencjalną: czas potrzebny na to, aby ludzie przyzwyczaili się do nich, z reguły przekracza długość ich funkcjonowania”, pisał Leon Krier, luksemburski architekt cytowany przez Filipa Springera w książce „Źle urodzone”. Znikające budowle dokumentuje też Nicolas Grospierre, nagrodzony Paszportem „Polityki” fotograf. Jego wydany w zeszłym roku album „Modern Forms” to wybór 186 budynków sfotografowanych przez ostatnich 15 lat na czterech kontynentach. – Dla mnie modernizm w architekturze jest ucieleśnieniem najbardziej szlachetnej idei w dziejach ludzkości: postępu. Niestety ta idea poniosła porażkę, ale przegrana nabrała pewnej szlachetności właściwej upadłym ideałom. To mnie bardzo wzrusza, zarówno w warstwie estetycznej, jak i ideologicznej. Moje prace mogą być odbierane jako forma krytyki, ale nie jest to krytyka wynikająca z niechęci. To raczej próba pokazania, że coś się zepsuło – mówił w wywiadzie dla „Polityki”. Brutalni przegrani „Popsuł się” choćby krakowski hotel Forum, stojący samotnie na brzegu Wisły. Ten budowany ponad dekadę budynek w momencie oddania był jednym z najnowocześniejszych hoteli w Europie. Działał przez zaledwie 13 lat. Od kilkunastu służy jako wieszak dla wielkoformatowych reklam. „Popsuł się” katowicki dworzec, najciekawszy przykład brutalizmu w Polsce – nie udała się próba jego obrony, w którą zaangażowali się architekci i intelektualiści nie tylko z Polski, podkreślający, że to nie budowla, ale jej paskudne reklamowo-bazarowe otoczenie stanowi problem. „Popsuł się” Dom Sowietów, budynek wzniesiony w Kaliningradzie w miejscu zamku krzyżackiego. Jego pozostałości zostały na rozkaz Leonida Breżniewa wysadzone w powietrze w 1968 r., a na ich gruzach stanął betonowy kolos mający pełnić funkcję siedziby władz administracyjnych. Z powodu niesta-

bilnego gruntu budynku nigdy jednak nie oddano do użytku. Stojący wciąż bezużytecznie brutal nazywany bywa zemstą Prusaków. Brutal w miniaturce Dom Sowietów jest jednym z ikonicznych gmachów, które wzięła na warsztat Zupagrafika. Ten polsko-hiszpański duet projektantów kilka lat temu zasłynął inicjatywą „Blok Wschodni. Kochanie, zmniejszyłem Warszawę” – serią papierowych miniatur warszawskich budynków. – Kiedy pierwszy raz zobaczyłem wielką płytę, poczułem ścisk w żołądku. To było coś przerażającego, ale też niebywale pięknego. Oczywiście mamy w Hiszpanii bloki, ale w żadnym razie nie przypominają waszych brutali – opowiadał „Aktivistowi” David Navarro, który razem z Martyną Sobecką stworzył ostatnio „Brutal East”. Komplet siedmiu wycinanek, poświęcony powojennej architekturze Europy Środkowo-Wschodniej, zawiera oprócz wspomnianego Domu Sowietów m.in. Wschodnią Bramę Belgradu, wieżowiec Romanita w Kiszyniowie czy wrocławskie osiedle „Manhattan”. – O doborze budynków decydowało przede wszystkim wrażenie, jakie one na nas zrobiły. Czasami jest po prostu tak, że widzisz jakiś budynek po raz pierwszy i wiesz, że musisz go wziąć na warsztat, to taka miłość od pierwszego wejrzenia – mówi David, a Martyna dodaje: – Tak było na przykład ze Sporto Rūmai, Pałacem Sportu w Wilnie. Kiedy przeszliśmy na drugą stronę rzeki i zza nowoczesnego biurowca wyłoniła się ta ogromna, świetnie zaprojektowana betonowa bryła, poczuliśmy się przytłoczeni jej ogromem i zaintrygowani obecnym kształtem: budynek od lat stoi pusty, większość elewacji pokryta jest graffiti, wokół rosną kępki trawy. To wszystko w samym centrum Wilna daje jakiś dziwnie postapokaliptyczny efekt, który fascynuje. Martyna i David wrócili z gotowymi modelami pod ich pierwowzory, rozmawiali z mieszkańcami albo sąsiadami betonowych brutali. Niektórzy z nich chętnie pozowali do zdjęć, dumnie trzymając w dłoni miniatury swoich domów. – Starsi ludzie często z rozrzewnieniem i nostalgią przypominają o lepszych czasach osiedli, kiedy ich funkcjonalność sprawiała, że dobrze się tam żyło. Inni poruszają temat remontów, termomodernizacji czy nawet rozbiórki, która czeka ich domy, wtedy nie są to łatwe rozmowy – opowiadają. Sprawiedliwi XX-wieczni Brutalizm od początku skierowany był przeciwko społeczeństwu konsumpcyjnemu. Choć te groźne, monumentalne budowle kojarzymy często ze wschodem Europy, to sam nurt narodził się na Zachodzie – w opozycji do gładkiego modernizmu wielkich korporacji. Może to nie przypadek, że przez ostatnie lata zyskuje coraz więcej zwolenników. Może nasza betonowa nostalgia nie jest tylko sentymentem, ale raczej protestem przeciwko porządkowi strzeżonych osiedli, których równo przycięte trawniki i pastelowe kolory są tylko fasadą, skrywającą ludzi obciążonych kredytem wziętym na 30 lat. Dziś brutalizm może się wielu osobom wydawać wyjątkowo ludzkim obliczem świata.

Brutalizm


21

102 Petty France zwany dawniej 50 Queen Anne’s Gate stoi w południowo-zachodnim Londynie. To 14-piętrowy budynek, w którym mieszczą się m.in. biura Ministerstwa Sprawiedliwości.

Park Hill w Sheffield to budynek zaprojektowany przez Ivora Smitha i Jacka Lynna. Został oddany do użytku w 1961 r. Mieści się w nim prawie tysiąc mieszkań.

„Brutal East” to projekt poznańskiego studia Zupagrafika, który zawiera wycinanki z powojenną architekturą Europy Środkowo-Wschodniej. Na zdjęciu petersburskie bloki Novosmolenskaya.

Wieża Genex w Belgradzie przypomina bramę. Wita podróżnych przyjeżdżających do miasta od strony zachodniej.

Brutalizm


22

Jazzelle Zanaughtti Selfie z getta Pochodząca z Chicago modelka i sieciowa dywersantka Jazzelle Zanaughtti wystawia na próbę ogólnie przyjęte normy wdzięku i urody, a jej instagramowy profil – uglyworldwide – nazywa się tak nie bez kozery. Łysa piękność z grillem na zębach znana jest z sesji i filmików realizowanych dla takich marek jak Comme des Garçons, H&M czy Prada, a amerykański „Voque” uznał ją za jedną z „it girls”, które należy obserwować w 2017 r. Ja ją jednak przyuważyłem nie na modowych blogach, ale na rubieżach muzycznego internetu, który przemierzam w poszukiwaniu nowych, intrygujących dźwięków. Wpadłem bowiem na nią, śledząc estetyczny freakshow południowoafrykańskiego duetu Die Antwoord. Przypominająca bohatera ostatniego „Mad Maxa”, umalowana raczej

farbą w sprayu niż pędzlem do make-upu panna Zanaughtti była akurat strzyżona przez Ninję do klipu „Fat Faded Fuck Face”. Podążając tropem tagów, w końcu dotarłem na jej profil, na którym spędzam od tamtej pory dobrych kilka minut dziennie. Raz zerknę na dziwną cyberpunkową stylówę nowej sesji, raz się uśmiechnę do gangsterskiego, niegrzecznego selfie zrobionego gdzieś na ulicy jakiegoś amerykańskiego getta, a innym razem oglądam kolczyki z pistoletami maszynowymi, które chętnie bym sprawił żonie. [Filip Kalinowski]

Pochodząca z Chicago modelka i sieciowa dywersantka wystawia na próbę ogólnie przyjęte normy urody.

Typ


Kurtka

Designers Remix

REMIX FASHION

Łącz ze sobą ubrania popularnych marek z tymi z wyższej półki i zobacz teledysk z udziałem A$AP Rocky‘ego na zalando.pl

Torebka

Royal RepubliQ

Spodnie

Lost Ink


24 Jak sobie zarezerwujesz, tak się wyśpisz Pamiętam, jak dawno temu na Hip-Hop Kempie moi bardziej konserwatywni koledzy podśmiechiwali się ze mnie, że już nie jestem prawdziwym „kempowiczem”, bo śpię w hotelu. Kilka godzin później stali jednak w kolejce pod moimi drzwiami, żeby zostawić swoje przemoknięte ciuchy do wyschnięcia i skorzystać z toalety w ludzkich warunkach. Bo hotel na festiwal to opcja najlepsza, którą przy sprzyjających okolicznościach można ogarnąć w cenie niewiele wyższej niż pole namiotowe. Tym, którzy to rozumieją i są skłonni planować wyjazdy na festiwale z wyprzedzeniem, z pomocą przychodzi AccorHotels – sieć ponad pięciu tysięcy hoteli na całym świecie, do której należą hotele marek Sofitel, Pullman, MGallery, Novotel, Mercure, ibis, ibis Styles i ibis Budget. Wśród nich znajdują się zarówno budżetowe hotele, w których pokój można wynająć już za 39 PLN, jak i bardziej luksusowe opcje dla podróżników z zasobniejszym portfelem. Wszystkie można zarezerwować na stronie www.accorhotels.com lub w bezpłatnej aplikacji AccorHotels na iOS i Androida. I choć część festiwali, o których piszemy, nie ogłosiła jeszcze pełnego line-upu, warto już teraz zacząć planować swoje festiwalowe wypady. Planowanie zawczasu ma same zalety, bo bilety są tańsze, a miejsca noclegowe jeszcze wolne.

Od lewej: The Kills (Sziget), Novotel Wrocław Centrum, The Weeknd (Open’er Festival), ibis Style Budapeszt Centrum, Justice (Orange Warsaw Festival), Solange (Open’er Festival).

Na drugiej stronie: Marcure Gdynia Centrum, Mercure Kraków Stare Miasto


25 Orange Warsaw. 2-3.06.17, Warszawa W przeważającej części wybetonowany lub zalany asfaltem stołeczny grunt nie jest szczególnie przyjazny dla festiwali. Co rusz któryś znika albo zmienia formułę w poszukiwaniu swojej niszy. Odbywający się nieprzerwanie od 2008 r. Orange Warsaw Festival nie ma tego problemu – organizatorów nie interesują bowiem żadne nisze. Zapraszając artystów, sięgają na szczyty list przebojów, rankingów sprzedaży i liczby wyświetleń w serwisach streamingowych. Jednocześnie jak mało kto potrafią zachować balans pomiędzy popularnością a jakością, chwytliwością a ciekawością, nostalgią a progresją. Przykładem może być jeden z ogłoszonych headlinerów tegorocznej edycji – francuski duet Justice. Kiedy wielu myślało, że największą sławę mają już za sobą, wrócili w zeszłym roku krążkiem „WOMAN”, by zbudować bardzo stylowy, jednocześnie taneczny i refleksyjny pomost między przeszłością a teraźniejszością. Poza nimi Warszawę w tym roku odwiedzą m.in. Imagine Dragons, Kodaline, Years & Years, Kings of Leon czy Martin Garrix. A jako że całość odbędzie się na zielonym Torze Służewieckim, to mamy okazję, żeby choć na chwilę oderwać się od zalanej asfaltem warszawskiej codzienności. AccorHotels w Warszawie ma aż 12 hoteli – od flagowego Sofitel Warszawa Victoria po sześć hoteli klasy ekonomicznej ibis i ibis Budget. Miejsca powinno wystarczyć, ale chętnych nie brakuje, więc warto pokusić się o wcześniejszą rezerwację.

Open’er. 28.06-01.07.17, Gdynia Co roku już pierwsze ogłoszenia festiwalowe budzą entuzjazm we wszystkich zakątkach dźwiękowego świata – od sceny rockowej, przez środowisko hiphopowe, aż po elektroniczną niszę. Tym razem znowu każdy znajdzie na gdyńskim lotnisku coś dla siebie – autorka jednej z najciekawszych płyt ubiegłego roku, soulowa diva Solange będzie dzielić główną scenę z luminarzami rockowej alternatywy pokroju Radiohead czy rap-core’owymi rewolucjonistami z dream-teamu Prophets of Rage, który łączy siły Rage

Against the Machine, Public Enemy i Cypress Hill. Moderat odprawi swoje melancholijnie taneczne widowisko, ojciec chrzestny „nowego R&B”, The Weeknd, po raz pierwszy zaprezentuje się polskiej publiczności, a Taco Hemingway wybuduje na deskach open’erowej estrady swój wyimaginowany hotel „Marmur”. Gatunki, stylistyki i autorskie wizje tego, czym muzyka była, jest lub dopiero się stanie, będą się zmieniać jak w kalejdoskopie. Najbliżej terenu festiwalu znajduje się hotel Mercure Gdynia Centrum. Warto też rozważyć rezerwację w znanym Sofitel Grand Sopot z widokiem na morze i prywatną plażą albo nagrodzonym za nowoczesny dizajn i ekologiczne rozwiązania hotelu ibis Gdańsk Stare Miasto.

T-Mobile Nowe Horyzonty. 3-13.08.17, Wrocław Od lat zadomowiona na Dolnym Śląsku dziesięciodniowa feta to więcej niż typowy festiwal filmowy. Święto kina niezależnego wystawia organizmy swoich bywalców na nie lada sprawdzian. Bo kiedy większość wydarzeń stricte muzycznych trwa kilka dni i zaczyna się zazwyczaj popołudniami, to wrocławskie Kino Nowe Horyzonty czynne jest od 9.30 rano do późnych godzin nocnych. A przecież trzeba wstać wcześniej, żeby zarezerwować kolejne seanse i położyć się nieco później, by obgadać dopiero co obejrzane filmy. Spośród ogłoszonych do tej pory wydarzeń szczególną uwagę warto zwrócić na retrospektywę zmarłego w zeszłym roku mistrza francuskiej Nowej Fali – Jacques’a Rivette’a, w ramach której pokazany zostanie m.in. jego radykalny eksperyment formalny „Out 1” trwający blisko

13 godzin (!). Oprócz tego zobaczymy przegląd nowego kina izraelskiego, jedną z najciekawszych kinematografii – „żywą, dynamicznie się rozwijającą, zaskakującą świeżością rozwiązań fabularnych oraz gorąco zaangażowaną i nieustająco konfrontującą się z otaczającym światem”. Gadać znów będzie o czym, spać nie będzie czasu, a odpocząć uda się dopiero podczas któregoś kolejnego festiwalu muzycznego. AccorHotels we Wrocławiu to osiem hoteli, spośród których wybrać można dizajnerskie wnętrza nowego Novotel & ibis Wrocław Centrum albo budżetową opcję dwóch wrocławskich hoteli ibis Budget.

Sziget. 9-16.08.17, Budapeszt „Wyspą wolności” mianuje się od jakiegoś czasu jeden z największych festiwali w Europie Środkowo-Wschodniej, który już po raz 25. odbędzie się w jednym z budapesztańskim parków. Gdzie tu jednak miejsce na wolność, skoro line-up Szigetu pęka w szwach, a zobaczenie wszystkich koncertów, na które ma się ochotę, wymaga nie lada zdolności logistyczno-ekwilibrystycznych. Kasabian, Major Lazer, PJ Harvey, alt-J, Interpol, Billy Talent, Jamie Cullum, Charli XCX, The Kills, George Ezra, Metronomy, Steve Aoki, White Lies, Mando Diao, Bad Religion, DJ Shadow, Mac DeMarco, Danny Brown, Crystal Fighters, Vince Staples, Fritz Kalkbrenner, Andy C czy GusGus – to tylko niektóre z nazw, nazwisk i ksywek widniejących na plakatach wydarzenia. Na szczęście wolność rozumiana jest na Szigecie dużo bardziej dosłownie – człowiek szybko godzi się z tym, że wszystkiego nie da rady zobaczyć. Albo i nie chce – bo można się wykąpać w rzece, z kimś pogadać, a potem zakręcić się na karuzeli i z nowo poznaną załogą wybrać się na występ zupełnie nieznanego węgierskiego zespołu, który być może okaże się najlepszym, jaki widzieliśmy. Równie dobrze festiwalowy gigant mógłby mianować się „wyspą wyborów”. AccorHotels w stolicy Węgier dysponuje aż 14 hotelami, w tym dizajnerskimi ibis Styles. Odwiedzając Sziget, warto też rozważyć pobyt dłuższy o kilka dni, żeby zobaczyć coś więcej niż tylko festiwalową wyspę.

Unsound. 8-15.10.17, Kraków Odbywający się dziś w wielu miejscach na świecie, lecz wciąż zadomowiony w Krakowie festiwal dźwięków progresywnych i niesztampowych odbędzie się dopiero jesienią, więc nie zdążył jeszcze ogłosić żadnego z zaproszonych artystów. Zdjęcie widniejące na stronie wydarzenia pozwala jednak przypuszczać, że zeszłoroczny motyw dyslokacji będzie kontynuowany, a festiwal pojawi się na łonie natury. Nawet jeśli mylimy się w swoich prognozach i myślą przewodnią tegorocznego wydarzenia będzie inne zagadnienie, to jedno jest pewne – nigdzie indziej w przeciągu tygodnia nie usłyszycie tak wielu świeżych, intrygujących i bezkompromisowych dźwięków. AccorHotels w Krakowie to siedem hoteli, w tym najnowszy, urządzony po królewsku Mercure Kraków Stare Miasto.


26

TECHNOLOGICZNE RZEMIOSŁO Tekst: Michał Mazur

Modułowe biurko ŁAD zaprojektowane przez Grynasz Studio dla polskiej marki Fam Fara. Niektóre elementy tego mebla wydrukowano na drukarce 3D.

Dizajn


27 Drukarka 3D od kilku lat jest standardowym narzędziem pracy wielu projektantów mebli. Teraz technologia druku przestrzennego wychodzi poza mury pracowni i trafia do rąk klientów w postaci gotowych do użytku produktów. I choć takie przedmioty są wytwarzane przez maszyny, mają więcej cech wspólnych z rękodziełem niż z masową produkcją. W pracowni Grynasz Studio archiwum trójwymiarowych modeli mebli prototypowanych na drukarce 3D stale się powiększa. Założyciele studia, Marta i Dawid, niedawno podjęli współpracę z polską firmą Fam Fara i zdecydowali, że zaczną stosować tę technologię do wytwarzania przedmiotów, które będzie można kupić w sklepach wnętrzarskich. Na rynek właśnie wchodzi biurko ŁAD, którego niektóre elementy powstają właśnie dzięki drukarkom.

Jesienią zeszłego roku na Tokyo Design Week pokazaliście Miodownik – łyżkę do miodu stworzoną za pomocą druku 3D. Czy to był produkt gotowy do wprowadzenia do sprzedaży, czy wczesny prototyp? Marta Niemywska-Grynasz: W Japonii pokazaliśmy wersję beta. Łyżkę wydrukowaliśmy na specjalnej drukarce 3D i użyliśmy metalu, który może mieć kontakt z żywnością. Drukowanie metalu jest jednak zbyt kosztowne, by na dużą skalę produkować narzędzia kuchenne. Ale osiągnęliśmy swój cel – chcieliśmy się dowiedzieć, co ludzie myślą o naszym projekcie i czy chcieliby takie rzeczy kupić. Komentarze były bardzo pozytywne. Dawid Grynasz: Druk 3D nadaje się świetnie do robienia prototypów z różnych materiałów: tworzyw sztucznych, metalu, ceramiki, a nawet drewna. Drukarka przestrzenna bardzo ułatwia i przyśpiesza pracę nad projektami, a nawet umożliwia uruchomienie produkcji na niewielką skalę. Gdy mówimy jednak o tysiącach czy dziesiątkach tysięcy sztuk, a w przypadku Miodownika zainteresowanych nie brakuje, trzeba zastosować inne maszyny. Kluczowa jest skala zamówienia – drukarkę 3D można porównać do rzemieślnika, który każdego dnia wykonuje zaledwie kilka metalowych przedmiotów.

M: Jego poszczególne części mogą też mieć inne zastosowania. W sypialni czy łazience przydadzą się same panele ścienne biurka z lustrem, kubkami, półkami i wieszakami, na które można odłożyć lub odwiesić zegarek, biżuterię i inne drobne przedmioty. Z kolei w przedpokoju sam panel z haczykami może służyć jako wieszak na kurtki, płaszcze i szaliki. D: Biurko, panele ścienne i wydrukowane akcesoria można zamawiać oddzielnie. To klient decyduje, które przedmioty wybierze do swojego wnętrza. Czy osoby potrafiące projektować i obsługiwać drukarki 3D mogą sobie same dodrukować elementy, których potrzebują? M: Oczywiście, każdy użytkownik drukarki 3D może dodać do ŁAD-u własne części. Jednak ani Grynasz Studio, ani Fam Fara nie sprzedaje cyfrowych modeli przedmiotów gotowych do druku. Chodzi o zagwarantowanie odpowiedniej jakości wydruków. D: Fam Fara dba o właściwe ustawienia druku – od nich zależy np. wytrzymałość materiałów. Nie można przerzucać odpowiedzialności za jakość wydruku na klienta. M: Technologia druku 3D pozwala nam natychmiastowo reagować na potrzeby użytkowników, bo produkcja jest elastyczna. Jeśli dostaniemy specjalne zamówienie albo wskazówki od użytkowników, które zdecydujemy się wprowadzić, bardzo szybko będziemy mogli sprzedawać ulepszony produkt. Marta Niemywska-Grynasz i Dawid Grynasz. Duet, który pod szyldem Grynasz Studio tworzy projekty wystaw i przedmiotów codziennego użytku. Marta, projektantka po wzornictwie przemysłowym, skupia się na produkcie i małej architekturze. Dawid, z wykształcenia architekt i urbanista, ma rękę do dużej skali. Wspólnie pracują od 2010 r.

Jednak niektóre elementy biurka ŁAD dla Fam Fary, które również pokazaliście na festiwalu w Tokio, drukujecie. M: Drukujemy sześć elementów do zawieszenia na bocznych ściankach biurka i ściennych panelach. To kubek, lampka z obrotową osłoną, wieszak, półka oraz uchwyty do półki i lustra. D: Wytwarzamy je z tworzywa sztucznego, to krótkie serie, w dwóch kolorach – przy tych założeniach drukarka 3D ma przewagę nad innymi metodami produkcji, np. formą wtryskową. Druk w tworzywie trwa znacznie krócej niż ten w metalu i jest zdecydowanie tańszy. M: Wydruki pozostawiamy takie, jakie są, czyli z widocznymi z bliska warstwami tworzywa. Nie wygładzamy powierzchni, żeby nie straciły swojego charakteru. Technologiczne rzemiosło jest dla nas piękne. Czy biurko ŁAD powstało w odpowiedzi na rosnącą popularność pracy zdalnej? D: Biurko z panelami bocznymi i zawieszonymi na nich wydrukowanymi akcesoriami porządkuje miejsce pracy – obojętnie, czy pracujemy w domu, w przestrzeni co-workingowej czy w tradycyjnym biurze.

Dizajn


30

Ewa Juszkiewicz

Ewa Juszkiewicz, Bez tytułu (według René Magritte’a „Kolektywny wynalazek”), olej na płótnie, 2017, dzięki uprzejmości artystki, fot. Jakub Mozolewski


31

Zbadać granice


32 Sprowadzając malarstwo Ewy Juszkiewicz do elementów podstawowych, zauważymy, że artystka skupia się konsekwentnie na trzech zagadnieniach: historii sztuki, tego, jak w przeszłości prezentowano kobiety, oraz na badaniu granic samego malarstwa. Historia sztuki to coś, z czego malarka czerpie najwięcej inspiracji. Jej obrazy to często klasyczne kompozycje. Wstawione między zbiory tradycyjnych flamandzkich portretów kobiet, mogłyby zlać się ze swoimi prawzorami w niemal jednolitą całość. Kobiety Juszkiewicz od tych znanych z historii sztuki odróżnia jednak znaczący szczegół – przysłonięta twarz. Nie trzeba wielkich starań, by takiemu gestowi nadać feministyczną interpretację – kobieta w przeszłości była tylko obiektem, na który się patrzy. Malarka przysłania twarze dziwnymi kształtami, czasem to zmyślnie ułożone tkaniny, czasem kompozycje z kwiatów, innym razem huby i grzyby. To właśnie obrazy z tej serii przyniosły malarce największy sukces: Grand Prix 41. Biennale Malarstwa Bielska Jesień w 2013 r. Sukces artystki współpracującej na co dzień z warszawską galerią lokal_30 przekracza jadnak granice kraju. Dowodem na to jest obecność Juszkiewicz w albumie „100 Painters of Tomorrow”, przedstawiającym stu malarzy, którzy mogą zmienić przyszłość. Już dziś artystkę można uznać za najciekawszą polską malarkę. Przyciąga zjawiskową, pełną warsztatowej precyzji formą, daje jasne tropy, dzięki którym sami możemy interpretować to, na co patrzymy. Nie ogłupia i nie sprawia, że czujemy się głupio. Tekst: Alek Hudzik

Sztuka


33 Prace Ewy Juszkiewicz zostaną pokazane na wystawie inaugurującej działalność Muzeum Sztuki Nowoczesnej w nowej nadwiślańskiej przestrzeni. Wernisaż wystawy „Syrena herbem twym zwodnicza” odbędzie się 25 marca w pawilonie MSN (Wybrzeże Kościuszkowskie 22, Warszawa). Wystawa potrwa do 18 czerwca.

Bez tytułu, 2016, olej na płótnie, dzięki uprzejmości artystki i galerii lokal_30

Sztuka


34

Ewa Juszkiewicz, Spoczynek 2014, olej na płótnie, dzięki uprzejmości artystki i galerii lokal_30.

Sztuka


35 Ewa Juszkiewicz, Siostry, 2014, olej na płótnie, dzięki uprzejmości artystki i galerii lokal_30

Ewa Juszkiewicz, Bez tytułu, 2015, olej na płótnie, dzięki uprzejmości artystki i galerii lokal_30

Sztuka


36 Mój turnus się kończy i im bliżej końca, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że w życiu społecznym w Polsce w XXI wieku istnieje wielka luka. Luka podziemnych kręgów dla ludzi, którzy mogą mówić o emocjach, do których normalnie przyznawać się nie można. Jestem weteranką psychoterapii, pierwszą przeszłam w wieku 16 lat, potem następną, kiedy przez dwa lata cierpiałam na ortoreksję (to zaburzenie odżywiania polegające na uzależnieniu od diety), następnie terapię uzależnień i terapię dla par. I dwie grupy samopomocowe. Ale prawdziwym poligonem jest coś, czego nazwa budzi dreszcz emocji

względem popularności chorobą cywilizacyjną. Jesteśmy nieustannie poddawani stresowi, nasz poziom kortyzolu w pewnym momencie przestaje spadać, zatrzymuje się, a wraz z nim blokowane są neuroprzekaźniki odpowiedzialne za dobre samopoczucie. Dotyka nas anhedonia. Nie czujemy radości. Nie bardzo wiemy, po co wstawać z łóżka. I co najgorsze, cały czas wydaje nam się, że przesadzamy. „Ten problem jest w tobie”, powiedział mi psychiatra, kiedy szurałam po korytarzu kliniki niczym Jack Nicholson po elektrowstrząsach w „Locie nad kukułczym gniazdem”. Najbardziej ekscentryczną osobą, jaką pozna-

Małgorzata Halber: Klub nieudaczników Częściej mnie boli, niż nie boli, taką mam konstrukcję. W dodatku życie ostatnio dojebało mi naprawdę z dwururki i wylądowałam w sanatorium dla nerwowo chorych. Prywatny ośrodek, zieleń, trzy razy w tygodniu spotkanie z psychoterapeutą, psychoedukacja, zajęcia ruchowe. Jednym z powodów, dla których zdecydowałam się na ten krok, była ciekawość. Kogo spotkam w tym magicznym miejscu, opisanym w folderze jak „Czarodziejska góra” dla neurotyków.

obrzydzenia i lęku: mityngi. Tam siedzą prawdziwi mocarze mówienia o emocjach. Tam jest dopiero obnażanie się ze wszystkiego, co nas uwiera i drapie na co dzień, kiedy kroczymy przez odmęty dnia codziennego, przekonani, że musimy jakoś postępować, że jakoś być powinno oraz że nie wolno mówić o zazdrości o sukcesy innych. „Jesteśmy wybrańcami”, mówię na papierosie do swoich borykających się z depresją współtowarzyszy niedoli w prywatnym ośrodku. Tak uważam. Jest kasta ludzi nadwrażliwych, ludzi ukwiałów, którzy odbierają każdy, najmniejszy ruch w emocjach dookoła. Ale może nie ma wcale żadnej kasty, skoro według WHO depresja jest obecnie drugą pod

łam w sanatorium, jest pan Stanisław (imię zmienione), lat 62. Nagle przestał chcieć żyć, mimo że ma wspaniałą posiadłość w Aninie i przez całe życie dokonywał szalonych decyzji, takich jak przeprowadzka do Korei na kilka lat, bo to dobre miejsce do prowadzenia interesów, ćwiczył jogę i przemycał elektronikę. I nagle coś w panu Stanisławie się zepsuło. Próbuje dojść do tego, co to jest, ale to nie bardzo pomaga, ponieważ wiedza teoretyczna nie powoduje, że jego nagłe ataki lęku znikają. A pan Stanisław ma napady, które nie pozwalają mu w spokoju przeczekać dziesięciu minut. Dopiero kiedy czymś się zajmuje, to mija. Znam to. Znam też to, że wiem, że powinnam na przykład

Felieton


37 zrobić sobie herbatę, żeby poczuć się lepiej, albo wyjść na zewnątrz, ale nie jestem jednocześnie w stanie tego zrobić, mimo że gdyby dotyczyło to innej osoby, gdybym tę herbatę miała zrobić dla kogoś innego, to zerwałabym się w sekundę. Znam jeszcze taką rzecz jak kompletne poczucie nieadekwatności: ludzie postrzegają mnie w jakiś sposób, a ja czuję w środku, że jestem kompletnie bezwartościowa, nic nie umiem, a każdy dzień to dla mnie biała kartka do przeżycia, tak jakbym budziła się jako nic niepotrafiące pisklę i dopiero w ciągu dnia, w trakcie wykonywania zadań doznaję zdumienia, „o ja pierdolę, ja to jednak umiem”, i tak z godziny na godzinę. Oczywiście wtedy kiedy mam coś do zrobienia, bo jeśli nie, to śpię, leżę w łóżku i oglądam filmy na Netfliksie. Pan Stanisław powiedział na naszych grupowych zajęciach coś, co prześladuje mnie od momentu, kiedy zaczęłam rysować Bohatera, wesoły komiks o rzeczach, które wszyscy czują, ale wstydzą się do tego przyznać. Że trzeba powołać jakąś sieć klubów. Sieć klubów, w których będzie można rozmawiać szczerze o emocjach. Nie każdy jest alkoholikiem albo narkomanem, żeby iść na mityng, jedyne miejsce, gdzie możesz powiedzieć, że czujesz się chujowo, i ktoś jeszcze ci za to dziękuje. Moje marzenie jest takie, żeby w piwnicach i miejskich pustostanach spotykali się ludzie, żeby móc mówić o swoich emocjach, bo wtedy nagle okazuje się, że nie tylko ty tak się czujesz. Bo gdzie masz się o tym dowiedzieć? W pracy, gdzie wszyscy spełniamy przypisane nam wcześniej funkcje ogarniaczy? Te schowane głęboko emocje, lęk, wstyd, zwątpienie, żal, potrzeba akceptacji, osamotnienie wychodzą dopiero o drugiej w nocy w zakamarkach lokali i w kuchniach pod koniec domówki, wtedy dopiero wygrzebujemy z siebie ten szlam. A gdyby tak to zmienić, gdybyśmy mogli raz w tygodniu chociaż posiedzieć w kilkanaście osób i powiedzieć o tym, ile nas kosztuje niedzwonienie do byłego chłopaka, jak boimy się wracać do pustego mieszkania, jak robimy głupoty z miłości i jak przeraża nas to, że dajemy sobie robić krzywdę? Jakże byłoby wspaniale. Jakże mniej czulibyśmy się wybrakowani, wystraszeni i bezradni.

Felieton

PL Grzybowski 2 NOWE SŁODKIE MIEJSCE NA MAPIE WARSZAWY

smakiwarszawy.pl


38

Kola w pracy Stworzona przez dwóch kolegów z Hamburga, Mirco Wiegerta i Lorenza Hampela, debiutowała na studenckich imprezach. Etykiety z portretami twórców szybko stały się rozpoznawalne przez niemieckich, a niedługo potem także europejskich imprezowiczów. Jak wygląda praca w zespole Fritz-Koli i kto aktualnie może zasilić jego szeregi? Rozmawiamy ze Stefanem Böffem, kierownikiem sprzedaży Fritz-Koli w Europie. Jak powstała Fritz-Kola? Założyciele firmy, Mirco i Lorenza mieli dosyć nudnych napojów. Ich celem było stworzenie alternatywy dla alkoholu. Jak widać, udało się. Kiedyś wspólnie stwierdziliśmy, że Fritz-Kola to taki jednorożec wśród napojów – siedzi sobie przy gwarnej ulicy, cały w tatuażach, i popija przez słomkę napój z ekologicznej butelki. Na czym polega praca w zespole Fritz-Koli? Zespół tworzą ambitni ludzie, którzy włożyli mnóstwo pracy w to, żeby stać się pierwszą alternatywną marką koli w Europie. Jesteśmy na bieżąco z nowościami, trendami i zbijamy piątki z ciekawymi ludźmi. Z zainteresowaniem obserwujemy trendy, np. wegański styl życia, rzemieślnicze piwa czy podziemne techno imprezy. Poza tym dbamy o to, żeby Fritz-Kolę można było kupić w miejscach, w których sami czujemy się dobrze. Jakie cechy musi być ktoś, kto dla was pracuje? Macie określony system pracy? Na pierwszy rzut oka wyglądamy jak paczka hipsterów, ale jesteśmy profesjonalistami, którzy są świetnie zorganizowani. Jeśli chcesz dla nas pracować,

musisz być towarzyski, otwarty i komunikatywny. Bądź też przygotowany na spontaniczne spotkania, bo mamy ich sporo. To praca, którą w dużej części wykonujesz w barach, restauracjach, kawiarniach i klubach. Raz na tydzień zespół pracuje też w trybie „home office”, zwykle w piątek. A cała ekipa spotyka się co dwa miesiące w Hamburgu na treningach i warsztatach. Rekrutujecie w Polsce? Szukamy przedstawicieli handlowych – ludzi, którzy myślą tak jak my, są kreatywni i otwarci. Do ich obowiązków będzie należało m.in. dbanie o bazę klientów, zdobywanie nowych kontaktów, planowanie spotkań, negocjacje, a także poszerzanie rozpoznawalności marki. Każdy przedstawiciel będzie odpowiedzialny za jeden duży region – dwa albo trzy miasta. Co oferujecie swoim pracownikom? Przede wszystkim pensję porównywalną do tej, którą dostają nasi przedstawiciele w Niemczech. Dodatkowo samochód, który może być używany także w prywatnych celach, wszelkie potrzebne do pracy urządzenia – laptop, telefon, drukarkę, i tak dalej. Oferujemy też rozszerzony program treningu sprzedaży, który odbywa się w Hamburgu, no i sporo imprez integracyjnych! Aplikować można tu: bewerbung@fritz-kola.de Oficjalna strona: www.fritz-kola.de/en/

Accor Hotels


Do setki jeszcze trochę Tekst: Jonasz Tolopilo Foto: Filip Skrońc


41

Skręcamy z głównej trasy na oblodzoną drogę i zaczynamy toczyć się w stronę otwartej bramy. Alfa romeo, traktor, fiat i ani śladu minimorrisów. Mimo że to właśnie z pasji do tych samochodów miał słynąć właściciel warsztatu.

Szybko jednak okazuje się, że to, po co przyjechaliśmy, jest schowane. – Obojętnie, który z moich garaży otworzycie, możecie być pewni, że będzie w nim mini – deklaruje gospodarz Michał Knyziak i otwiera pierwsze wrota. W półmroku widać dwa klasyczne modele należące do jego klientów. Michał remontuje klasyczne mini, czasem przygotowuje je do jazdy sportowej. – W innych też stoją miniaki albo części do nich. W garażu obok trzymam same skorupy, które wymagają naprawy czy prac blacharskich. Sporo samochodów i części do nich mam na tyłach warsztatu. A w tamtym garażu jest lakiernia – oprowadza nas Michał. Klasyczne mini produkowano od 1959 do 2000 r. Na całym świecie z fabryk wyjechało około sześciu milionów egzemplarzy. Model często występuje w filmach – prowadził go Michael Caine we „Włoskiej robocie”, Matt Damon w „Tożsamości Bourne’a” i oczywiście Jaś Fasola. Pierwsze mini projektowano z myślą o sprawnym poruszaniu się po mieście, ale szybko okazało się, że auto można łatwo przystosować do szybkiej, wyczynowej jazdy. Michał miniaków na warsztacie miał sporo. – Trudno zliczyć, ale myślę, że do setki jeszcze nie dobiłem. Pierwszy raz prowadziłem mini, mając 13 lat. Samochód kupił mój ojciec i remontował go właśnie tutaj, a ja czasem mu pomagałem – wspomina Michał. Potem ojciec Michała kupił następny wóz, ale żeby porządnie go wyremontować, potrzebował części, które w tamtych czasach bardzo trudno było dostać w Polsce. Dlatego ściągnął do warsztatu podobny egzemplarz, który nieużywany stał na pobliskim parkingu. A potem kolejny. Tę pasję do samochodów odziedziczył Michał. Na pierwszym roku studiów kupił rozlatujące się mini i sam je wyremontował. – Pożyczyłem go kiedyś bratu, bo jechał z kolegą na maturę. Dachowali w Powsinie. – Maturę trzeba było zdawać w następnym roku? – dopytuję. – A gdzie tam! Wysiedli z samochodu i poszli do najbliższego telefonu. Zadzwonił do mnie i powiedział, że miniak leży w rowie tu i tu, a oni jadą dalej. Jakaś kobieta ich podwiozła i zdążyli. Zdał – zdradza Michał. Idziemy w stronę kolejnej bramy, za którą stoi pomarańczowe mini. – Mój – z dumą oznajmia. – Ma 140 koni, a waży niewiele, 760 kg. Wygrał konkurs na samochód roku organizowany przez angielski magazyn poświęcony mini. W październiku pojechałem pościgać się nim podczas dnia otwartego na torze w Słomczynie. No i go rozwaliłem – dopowiada. Michał wypadł z toru i wylądował kołem w dziurze. Jeszcze do samochodu nie zajrzał, ale przewiduje, że pewnie trzeba będzie naprawić zawieszenie albo przekładnię kierowniczą. Póki co wyprostował koło tak, żeby autem można było przejechać krótki dystans. Co w nim takiego niepowtarzalnego?

Moto


42 – Wymyśliłem sobie konkretną deskę rozdzielczą, mocowanie klatki, układ foteli, wloty powietrza itd. Pod maską zamontowałem zmodernizowany silnik z kompresorem. Nikt przede mną takiego nie zrobił, to mój autorski układ – mówi Michał i otwiera pokrywę silnika, pod którą widzimy silnik z wygrawerowanym podpisem „Knyziak Motorsport”. – To pionierska konstrukcja. Miałem już jednego pomarańczowego miniaka, ale skończył tragicznie, bo dachowałem na torze w Biłgoraju. Wyleciałem w powietrze i spadłem na tylny narożnik, tyłem do kierunku jazdy. Trzeba było kupić kolejny samochód – podsumowuje. Fanów mini nie brakuje. Część z nich oddaje swoje wozy w ręce Michała. On sam mówi, że są dwa typy pasjonatów. Jedni przyjeżdżają do niego, bo się ścigają i ich samochody często wymagają serwisowania. Drudzy odrestaurowują samochody jednorazowo i używają ich tylko od święta. – Jak remontuję komuś wóz, to staram się od razu doradzać konkretne rozwiązania. Nie wiem dlaczego, ale dużym popytem cieszą się np. chromowane wycieraczki i lusterka. A ja z doświadczenia wiem, że w chromowanych wycieraczkach po góra dwóch miesiącach rozpada się gumka, która tam jest, i przestają zbierać wodę. Z kolei lusterko chromowane ma plastikową podstawkę, więc łatwo ją zgubić, nie mówiąc o tym, że nic w nim nie widać. Ale co z tego, skoro dobrze wygląda! – śmieje się Michał. Po serii zdjęć pytam, co jest niezwykłego w tych samochodach. – Przyciągają jak magnes. Jak się raz wsiądzie, to nie chce się wysiadać. Poza tym te samochody bardzo dobrze trzymają się w zakrętach – nieprzypadkowo ich kierowcy wygrywali w latach 60. rajd Monte Carlo. Trudno to opisać, trzeba po prostu wsiąść i się przejechać – mówi Michał.

Moto


Jesteśmy wszędzie, GDZIE SIĘ DZIEJE!

Spotkaj nas na Enea Spring Break! Baw się i wygrywaj nagrody! POBIERZ APLIKACJĘ ACCORHOTELS W GOOGLE PLAY I APPSTORE

/ACCORHOTELS.POLSKA

@ACCORHOTELS_POLSKA

ACCORHOTELS_PL

WWW.ACCORHOTELS.COM


45

Ewelina Gralak: Konstrukcja kolekcji Tekst: Ania Konieczyńska, Foto: Filip Skrońc

Gdy zobaczyłam Ewelinę po raz pierwszy w redakcji „Elle”, miała proste włosy do ramion, kocie kreski na oczach i posągową figurę. Nosiła ołówkowe spódnice, smokingowe kamizelki i koronkowe koszule. Minęły cztery lata, a ona, dziś 26-latka, właśnie obcięła się na czeskiego piłkarza, a usta obrysowuje brązową konturówką w stylu lat 90. Ubrana jest w czarną bluzę, którą kupiła w Japonii w sklepie dla robotników, welurowe spodnie z Zary i oversize’ową kurtką z pociętego denimu. Patrząc na nią, wiem, że ulica tak będzie się nosić za rok, bo Gralak wyprzedza trendy o co najmniej dwa sezony. To, co jej się znudziło, w sieciówkach dopiero zaczyna się podobać. – Przesada? Przegięcie? Przebranie? Mój styl jest zgodny ze mną, a ja czuję się dobrze w swojej skórze. To ciągła ewolucja – mówi Ewelina. W jej szafie nie ma już miejsca na seksowne sukienki, którymi zachwycił się Sartorialist, fotografując nastoletnią Ewelinę na jej pierwszym tygodniu mody w Mediolanie. Przyjechała tam wtedy z rodzinnego Szczecina, gdzie studiowała dyrygenturę. Włóczyła się po klubach jazzowych, lumpeksach i ogrodach przyjaciółek, gdzie z początkującą wtedy fotografką Sonią Szóstak robiła zdjęcia. – Moje zdobycze z second-handów ledwo mieszczą się w dwóch wielkich szafach stojących w dwóch pokojach mojego rodzinnego domu. Ostatnio w jednej z nich znalazłam wiktoriańską sukienkę, totalnie zgodną z trendami. Niektóre ubrania wyrzucam, ale co do większości mam nosa, że jeszcze kiedyś będą modne – mówi Ewelina. Intuicja do mody pozwoliła jej zostać jedną z najlepszych stylistek w Polsce. Współpracuje z takimi magazynami jak „Elle”, „Harper’s Bazaar” czy „Wysokie Obcasy Extra!” oraz markami Kpodonou, Sans, czy Local Heroes. W Paryżu stylizuje look booki Givenchy, do Tokio pojechała na zaproszenie Reeboka, ostatnio zrobiła też kampanię Sinsay na Kubie. Ale to jej osobisty styl, będący eklektycznym połączeniem grunge’u, streetwearu i trashu, zaskakuje najbardziej. Kiedyś potrafiła całe wakacje pracować w Norwegii, żeby zarobić na torebkę PS1 Proenzy Schouler. Dziś nie uznaje epatowania markami ani total looków. Dla niej liczy się pomysł – skórzany gorset nosi na kurtkę moro, kabaretki pod dziurawe dżinsy, błękitny męski garnitur do traperów. – Największym komplementem jest dla mnie pytanie o to, gdzie coś kupiłam, na które mogę odpowiedzieć: w sieciówce albo w lumpie. Dobry styl polega na tym, że nie wiesz, skąd pochodzą ubrania, ale wiesz, że są sztosem – tłumaczy Ewelina. Nie odżegnuje się jednak całkowicie od wielkiej mody. Ostatnio kupiła w Berlinie buty modnej marki Off White, zdarza jej się marzyć o minikuferku Louis Vuitton, poluje też na kurtkę vintage Balenciagi sprzed kilku sezonów. Przeskalowaną, tak jak jej ulubione ubrania. – Moda to architektura. Lubię bejziki, ale ze specjalnie wydłużonymi rękawami, rozszerzanym dołem albo dziwnym dekoltem. To znak rozpoznawczy mojego stylu, w pracy i poza nią – opowiada stylistka. Przekonała się też do najzwyklejszych levisów, powróciła do timberlandów (płaskich i na szpilce w stylu Jennifer Lopez z teledysku „Jenny From the Block”), zakochała w intrygujących formach nowej paryskiej marki Jacquemus. Czy w dobie fast fashion i jeszcze szybszego łącza internetowego można być prawdziwym oryginałem? – W Polsce bywam uważana za dziwaczkę. Ale ludzie, których obserwuję na Instagramie, ubierają się jeszcze dziwniej – śmieje się Ewelina. Wkurza ją, gdy ktoś naśladuje jej styl? Każdy kogoś kopiuje. Ona nazywa to inspiracją, a nie naśladownictwem.

Ewelina Gralak stylizuje sesje dla „Harper’s Bazaar”, look booki dla Givenchy i kampanie dla najlepszych polskich marek. W szafie chowa za duże kurtki, męskie spodnie i koszulę z Elvisem. Szafa


46 Landrynkowy róż, który do niedawna zdobił ściany dziewczęcego pokoju, traci niewinność. Przeobraża się w energetyczny koktajl odcieni – od pastelowego pudru po neonową fuksję.

Różmasz

Sukienka Zara, 139 zł, zara.pl Buty Nike Air Max, 634 zł Za kulisami nowojorskiego pokazu DKNY: róż na włosach kontra śliwkowe usta w makijażu autorstwa Pat McGrath. Torebka Uterqüe 495 zł, uterque.com Bluza, Moschino, ok. 1700 zł, Net-a-porter.com

Moda


REWOLUCJA . W DEMAKIJAZU! N AT U R A L N Y S P O S Ó B O C Z Y S Z C Z.A N I A S K Ó R Y T Y L K O P R Z Y U Z Y C I U W O DY

.

rekawiczka z innowacyjnych mikrowłókien. Do codziennego uzytku przez 3 miesiace. Dla wszystkich typów skóry. Dostepna w dobrych perfumeriach, drogeriach i aptekach. ,

,

,


!!! L

adies

oke ! Tell Them! I W

ike T L p U

his! I Woke Up Like T

his! R

iot !

Modna fala feminizmu

Sh o

u l d Al l B e

uture Is

Female! Cinnamon

de

L

adi

a n n a!

n ks G o d I ’ m A Woma ad i

a n ! I D o W h a t ev e r I W

es

o ! Tell Them! I W

ke Up L

Moda

Rolls N o t Ge n

Tekst: Ania Konieczyńska

W own om

Fir

sposób, w jaki myślę od zawsze – twierdzi. Niestety Alan Martofel, założyciel marki Feminist Apparel, która szyje koszulki z napisami „Cinnamon rolls not gender roles”, o feminizmie usłyszał dopiero na pokazie Diora. I postanowił na nim zarobić. Utowarowienie idei par excellence. Trzeba być adwokatem diabła, żeby krytykować pozytywne przesłanie, ale czy piękne dziewczyny w białych T-shirtach aby na pewno wywalczą dla kobiet równe płace, prawo do aborcji i zamkną usta mizoginom? A może jeśli poddamy feminizm twardym prawom trendów, w następnym sezonie damy sobie z nim spokój, żeby jak jedna żona włożyć bluzki z kokardką à la Melania? Aktywizm hasztagowy, sprowadzony do facebookowego trzęsienia się z oburzenia, zanim włączy się opcję „Netflix and chill”, nie wyprze mizoginii. Chyba że branża mody potraktuje swoje nadruki poważnie, a w konsekwencji wreszcie wpuści na wybieg więcej modelek plus size, przestrzegać będzie zakazu pracy z nieletnimi modelkami i wysłucha kobiet, które na T-shirt wydają siedem, a nie 700 dolarów. Na razie jesteśmy świadkami odwiecznego cyklu – antymoda staje się modą. Do mainstreamu wchodzą subkulturowe T-shirty, które nosiło się na znak protestu co najmniej od czasów dzieci kwiatów pikietujących przeciwko wysyłaniu ich rówieśników do Wietnamu. Przez trywializację nastąpić ma oswojenie. Mody przez feministki. I feministek przez modę. Bo te, które stereotypowo za punkt honoru brały odrzucenie próżności, wreszcie mogą się ubrać, nie tracąc przy tym buńczucznej autentyczności. Obalony został przymus rezygnacji z glamouru, seksapilu i trendów na rzecz czystości idei. To już znaczący, choć może niezamierzony sukces. Nad Wisłą temat podchwyciły Blanka Jordan i Zuzanna Wachowiak z Bizuu, które zawsze chętnie, a czasem nawet umiejętnie naśladują światowe trendy. Szkoda tylko, że przed pokazem projektantki nie poradziły się anglisty. Ich T-shirt dumnie głosi „Thanks God I’m a Woman”. Cóż, może noszenie na piersi błędu gramatycznego jest bardziej subwersywne niż poprawnego politycznie manifestu?

n ! R iot ! L

ike This! I’m a G r

es! Tell The

m!

Lik s! R iot Up e This! I Woke Up Like Thi

ies

F Feminists! Fashion Stands With Planned Parenthood! The

Karlowi Lagerfeldowi, który w październiku 2014 r. kazał odzianym w chanelowskie tweedy nastolatkom nieść przez wybieg transparenty „Ladies First”, nie śniło się, że dwa lata później życiu przyjdzie naśladować modę, a jego hasło trafi na banery uczestniczek Marszu Kobiet. Podczas kampanii wyborczej branża nieomal jednogłośnie opowiedziała się za Hillary Clinton. Anna Wintour, która zamieniła białą bluzkę na podkoszulek z hasztagiem „#ImWithHer”, zorganizowała nawet na rzecz kandydatki Demokratów zbiórkę pieniędzy. We wrześniu ubiegłego roku feministki szturmem wzięły Paryż. Maria Grazia Chiuri chcąc podkreślić, że została pierwszą kobietą na kierowniczym stanowisku u Diora, ubrała modelki w T-shirty z napisem „We Should All Be Feminists”. Noszą je Chiara Ferragni, Rihanna (część dochodów ze sprzedaży koszulek zostanie przekazana na jej organizację charytatywną The Clara Lionel Foundation, która finansuje stypendia dla studentów) i wszystkie bez wyjątku modelki. Włożyłyby go pewnie także uczestniczki Czarnego Protestu, gdyby nie jeden mały szkopuł. Kawałek białej bawełny okraszony bezcennym hasłem został wyceniony na 700 dolarów. Nie przypadkiem więc napis głosi „We Should”, a nie „We Are”. Choć każda kobieta powinna zadeklarować się jako feministka, przesłanie zostało skierowane do tych, których zaangażowanie polityczne ograniczało się do tej pory do głosowania na partie utrzymujące niskie podatki dla najzamożniejszych. Po przegranej Hillary nastała długa trumpowska noc, a przyparta do muru branża, pławiąca się do tej pory w błogiej bezideowości, ruszyła z polityczną odsieczą. W lutym w Nowym Jorku Mara Hoffman zaprosiła na pokaz pomysłodawczynie Marszu Kobiet. „Pokaz dedykuję kobietom, których kreatywność zmienia świat”, mówiła projektantka. Na pokazie Tome modelki nosiły przypinki z napisem „Fashion Stands with Planned Parenthood”. Jonathan Simkhai zebrał na Planned Parenthood od gości pokazu osiem tysięcy dolarów. A Prabal Gurung na T-shirtach nadrukował m.in. feministyczne hasło z lat 70. – „The Future Is Female”. – Dla mnie feminizm to nie moda, tylko

Lad

! Th a

n ks

e st ! W

! L a d i e s F i rst ! W Fashion Stands With Planned Parenthood! e Should All Be Feminists! G

48

oles rR

en

der Roles! Tha

I Wok e


51

Vienia rozmowy przy stole Solidna porcja soczystej gadki. Znany raper zaprasza do stołu swoich znajomych, z którymi rozmawia o zamiłowaniu do jedzenia, kulinarnych fascynacjach i życiu nie tylko przy stole. Ulubione potrawy rozwiązują języki i wyciągają z rozmówców nieoczekiwane zwierzenia. Foto: Filip Skrońc

Vienio: Zaprosiłeś mnie do restauracji, która większości Polaków kojarzy się z jedzeniem pierogów. Nazwa waszego zespołu to wszak The Dumplings. To celowa analogia? Kuba: Ładnie zapytałeś. Zazwyczaj jak ktoś pyta, skąd taka nazwa, to dostaje w twarz.

Tak, owszem, należę do osób, które często chodzą do restauracji. Lubię, kiedy ktoś poleca dobre miejsce, ale fotografowanie jedzenia to nie jest moja zajawka. Chodzę do knajp głównie po to, żeby jeść. Mam kilka ulubionych. Skamiejka, rodzinna rosyjska restauracja, w której siedzimy, to jedna z nich. Bardzo lubię ten domowy klimat, bez nadęcia. Karta jest krótka, jedzenie pyszne. Uwielbiam miejsca, gdzie można poczuć się jak u mamy. Bardzo brakuje mi tego typu restauracji w Warszawie. Właścicielka z synem zawsze dbają o serwis z najwyższej półki, a czasami częstują jakimś specjałem spod lady. 

Pochodzisz z Zabrza. Jakie są twoje smaki z dzieciństwa? Zabrze to Śląsk, a Śląsk to kluski, rolada i modra kapusta. Wspominam przede wszystkim kaszę mannę z miodem albo posypaną cukrem jedzoną na śniadanie. Na wierzchu robiła się taka twarda warstewka, którą trzeba było stłuc. Ot biedniejsze crème brûlée.

Opowiedz o swoich ulubionych miejscach. Restauracje są trochę jak klub nocny, serwują ci jakiś klimat. Włoskie jedzenie mi „siedzi”, ale nie popularna pizza na cienkim cieście, tylko ta w wersji amerykańskiej na grubym. Uwielbiam makarony i szynki. Często chodzę do Dziurki od Klucza. Lubię Der Elefant, ale nie tę część „poshową”, gdzie ludzie jedzą kolacje pod krawatem, tylko białą salę seafoodową. Siadam, patrząc na otwartą kuchnię. To fajne doświadczenie – można pogadać z kucharzami, a serwowany przez nich stek z tuńczyka jest po prostu mistrzowski. Tak samo ostrygi, chrupiące kalmary, raj dla podniebienia. Lubię też MOD na ul. Oleandrów – zaczynali od pączków, a teraz serwują pyszny ramen. Jestem wielkim fanem tego makaronu. Mój ulubiony to Paj tal ramen z sezamem i siekanym kurczakiem, fajnie pikantny. Raz w tygodniu muszę go zjeść, jestem od niego zwyczajnie uzależniony. Rzadziej bywam już w Thajsty na placu Bankowym, chociaż kiedyś przychodziłem tam na słynne czerwone lub zielone curry i oczywiście zupę z kaczki.

Od pewnego czasu Warszawa szaleje na punkcie szamki. Ba, istnieje nawet pojęcie sceny gastronomicznej, która bardzo prężnie się rozwija. W mediach społecznościowych roi się od fotek jedzenia. Chodzisz do knajp? Jesteś foodie?

To są dania currykterystyczne w tej tajskiej restauracji! A jak oceniasz rodzimy street-food? Bardzo lubiłem zamknięty właśnie lokal Pokrzep Się w Katowicach. To miejsce inspirowane Berlinem. Serwowali wursty,

Wiedziałem, że trzeba sprytnie podsunąć temat... Nigdy nie byłem superfanem pierogów. Nazwa wzięła się stąd, że na samym początku grał z nami jeden kolega, który zaproponował trochę dla żartu, żeby zespół nazywał się Pierożki Ruskie. Potem jednak zrezygnował z grania, bo stwierdził, że to nie jego klimaty muzyczne, był zwolennikiem mocniejszych brzmień. Wtedy zmieniliśmy pierożki na The Dumplings.

Kuchnia


52

Kuba Karaś: Autor piosenek, połowa duetu The Dumplings. Jeden z najzdolniejszych muzyków młodego pokolenia, nagrodzony Fryderykiem za najciekawszy debiut. W kuchni, tak jak w muzyce, lubi łączyć nieoczywiste składniki.

siekaną białą kiełbasę podsmażaną z frytkami z posypką curry. Jak pierwszy raz tam jadłem, to było łał.

I co, tarzasz się w nim? A jak? Do tego zdecydowanie ryż, uwielbiam go i dużo jem.

Kucharzysz w domu? Tak, chociaż kiedyś na pewno gotowałem więcej. Teraz mam mniej czasu i mniejszą kuchnię, więc to nie jest takie łatwe, proste i przyjemne, ale staram się.

W tym momencie na stół wjeżdżają chaczapuri, gruzińskie sakiewki z mięsnym farszem, jedyna nierosyjska rzecz w karcie Skamiejki. Kuba z pietyzmem prezentuje, jak spożywać te gigantyczne pierogi wielkości ludzkiej pięści. The Dumplings Secret knowledge.

Czy to nie jest trochę tak, że gotowanie z kilku prostych składników przypomina komponowanie muzyki? Tak, to podobne materie. Tylko że ja lubię łączyć nieoczywiste składniki. Czyli jak kobieta w ciąży ogórki kiszone z nutellą? Może nie aż tak pojechane. Ale zdarzyło mi się zrobić sos z pokruszonych chrupków o smaku keczupu wymieszanych z majonezem – i wyszło kozacko. Kanapki z czipsami to kolejny hit. Gotowana szynka, masełko i do tego warstwa pokruszonych czipsów. Pycha! Podczas tras koncertowych jesteś szperaczem restauracyjnym czy poddajesz się gastrodoktrynie organizatorów i zjadasz grzecznie zimne danie w plastikowym laptopie? Staramy się wychodzić coś zjeść na miasto, bo rzadko przywożą nam jedzenie. Trzeba zwiedzać i szukać dobrych miejsc. Ale czasem po prostu nie ma czasu, żeby gdzieś wyskoczyć, więc zostaje niezdrowa sieciówka. Trochę z przymusu, a trochę dlatego, że przynajmniej wiem, jak będzie smakowało. Jest jakiś składnik, bez którego nie możesz żyć, popadasz w depresję, a dalsze funkcjonowanie po prostu nie ma sensu? Pieprz cayenne!

Co cię najbardziej irytuje w gastronomii? Mam problem z obsługą. Jestem osobą, która wygląda dosyć młodo. Kiedy wchodzę do fancy restauracji i zamawiam butelkę wina, to najpierw proszą o dowód, a potem patrzą z góry. O, przyszedł małolat, nie zna się i zamawia butelkę wina. Miałem już kilka takich sytuacji. A największy fuck up? Kiedy zamawiasz steka i jest źle przyrządzony. Prosisz o medium, a dostajesz albo surowego, albo well done. What da fuck! Na szczęście mam swoje sprawdzone miejsca i do nich wbijam. Butchery and Wine jest spoko miejscówą, sami sezonują mięso i robią to naprawdę po mistrzowsku. Jestem fanem steków, uwielbiam marmurkową masowaną wołowinę. To dopiero rarytas. Nawet na Insta obserwuję fotki beefu i to jest naprawdę ciekawostka. Kto dba o zaopatrzenie w waszej lodówce? Chyba jednak ja. Staramy się gotować zdrowo, taka moda. Trochę mnie to wkurwia, że nagle wszyscy się tak zmienili, przez całe lata jedli niezdrowo, a teraz wielcy ekomądrale. Poza tym wydaje mi się trochę nie fair to, że dobrej jakości jedzenie jest takie drogie. To jakieś lewe łał. Szkoda, że stało się zjawiskiem dla snobów, a nie dobrodziejstwem wszystkich.

Kuchnia


53

Kanapki z czipsami, chrupki o smaku ketchupu wymieszane z majonezem. Kuba Karaś z The Dumplings zdradza swoje najskrytsze kulinarne sekrety nad talerzem gruzińskich chaczapuri.

Kuchnia


54

Sezon na ucztę Tekst i foto: Marianna Medyńska

Warzywa i owoce są w dzisiejszych czasach na wyciągnięcie ręki, niezależnie od pory roku i od tego, gdzie mieszkasz. Importuje się je z całego świata, wymijając opracowany przez naturę system pór roku. Ale choć pomidory dostępne są w sklepach każdego dnia, to nie smakują tak samo przez cały rok. Jeśli wstrzymasz się z jedzeniem do lata i poczekasz, aż polskie słońce porządnie je wygrzeje, z pierwszym soczystym gryzem przypomnisz sobie, dlaczego warto było czekać. Apetyt dojrzewa w rytmie zgodnym z kalendarzem, czasami tylko dezorientuje go ogrom dzisiejszych możliwości. Pozwól się pokierować naturze, która doskonale wie, co potrzebne jest twojemu organizmowi. Zanim na bazarkach zadebiutują umorusane w polskiej ziemi szpinaki, natki i rukole, sięgnij po cykorię; zimową, w pełnej krasie piętrzącą się na półkach w rzekomo skromnym okresie przednówkowym. Jest w niej coś pięknego i królewskiego, jej kształty, kolory i potencjał smaku, który można wykorzystać na różne sposoby. Poza osławioną goryczką (którą łatwo złagodzić – wskazówki w przepisie) cykoria ma w sobie głęboką słodycz. Czuć ją na surowo, kiedy chrupkie liście uwalniają pod zębami sok. Podkreślają ją charakterne sery i kwaśne cytrusy, z którymi często łączymy cykorię w świeżych sałatach. Ale jej prawdziwą klasę wydobywa dopiero ogień – subtelny, cierpliwie podgrzewający kąpiącą się w oliwie cykorię. Dla wielu cykoria jest wyzwaniem. Niepotrzebnie! Zamiast planować dania z nią na wyjątkowe okazje, sięgaj po nią jak najczęściej, wyjątkowym codzienny obiad. Daj jej zagrać pierwsze skrzypce, a kiedy dodasz kilka prostych składników, na stole zaprezentuje się prawdziwa włoska uczta. U źródła sięgnij po regionalną, tłoczoną na zimno oliwę, rzymski pecorino o charakternym smaku owczego mleka i prawdziwe, ostre kapary. Ale jednocześnie nie zapominaj o zasobach, które masz pod ręką: o orzechach (włoskich, nomen omen) z Polski, miodzie ze spadzi lub gryki, bo na nasze pszczoły nie ma mocnych i o chlebie na zakwasie z masłem z ulubionej spółdzielni mleczarskiej. Całe szczęście, że nimi możemy cieszyć się przez cały rok.

Kuchnia


55

Kuchnia


56 I. Duszone cykorie z karmelizowanymi orzechami i kozim twarożkiem Na podstawie przepisu z książki Ady Boni „Italian Regional Cooking” 4 porcje

ok. 500 ml wody, 1 łyżka soli, 4 cykorie, 60 ml oliwy z pierwszego tłoczenia, kilka gałązek tymianku (lub rozmarynu, szałwii, czy mieszanki ulubionych ziół), 4-5 ząbków czosnku, 30 g masła, opcjonalnie: ok. 80 g (10 cm)wiejskiej kiełbasy dobrej jakości, karmelizowane orzechy włoskie (przepis poniżej), 30 g pecorino romano** (możesz użyć też parmezanu), sól (najlepiej w płatkach lub grubo mielona), świeża bazylia. Do podania: kozi twarożek ze skórką cytryny i miodem (przepis poniżej), kapary przepłukane w zimnej wodzie na sicie, masło, świeży chleb

Przed rozpoczęciem gotowania weź głęboki talerz, nalej do niego wody i dodaj łyżkę soli. Umieść w nim cykorie pionowo, głąbami do dołu i odstaw – wymoczenie cykorii pomoże pozbyć się ich goryczki. Po godzinie wyjmij cykorie, obierz z zewnętrznych listków i przepłucz w zimnej wodzie. Na głęboką patelnię o grubym dnie wlej oliwę. Warto korzystać z patelni żeliwnej, granitowej lub stalowej – takie rozprowadzają ciepło równomiernie i powoli – ale sprawdzi się również teflonowa czy ceramiczna. Do zimnej oliwy dorzuć zioła oraz ząbki czosnku (całe, w łupinach, lekko zgniecione bokiem noża). Zacznij podgrzewać. Dodaj masło, a kiedy się rozpuści, na patelni ułóż cykorie. Większe możesz przekroić wzdłuż na pół. Przykryj patelnię i duś całość na najmniejszym ogniu przez około godzinę, w połowie obróć cykorie na drugą stronę. W międzyczasie przygotuj karmelizowane orzechy oraz kozi twarożek (przepisy poniżej). Jeśli chcesz podać danie w wersji mięsnej, przygotuj kiełbasę. W zależności od preferencji możesz ją obrać lub pozostawić w skórce. Pokrój kiełbasę na plasterki o grubości około 5 mm. Gotowe cykorie oraz ząbki czosnku wyłóż na półmisek. Pozostałą na patelni oliwę przelej przez sitko do czarki lub sosjerki – można ją jeszcze wykorzystać, bo jest aromatyczna i pyszna! Patelnię (bez wycierania) postaw z powrotem na gazie, zwiększ ogień i wrzuć kiełbasę. Podsmażaj przez 5-7 minut. Talarki kiełbasy dodaj do półmiska z cykoriami. Obsyp całość karmelizowanymi orzechami. Dopraw płatkami soli, tartym serem pecorino lub parmezanem i listkami świeżej bazylii. Podawaj w towarzystwie koziego twarożku, kaparów oraz ulubionego chleba z masłem i oliwą z duszenia cykorii.

Kuchnia


57 III. Twarożek kozi ze skórką cytryny i miodem

200 g twarożku koziego, 30 ml śmietany kremówki skórka otarta z cytryny (staraj się wybierać ekologiczne cytrusy, których skórka nie jest woskowana), 1 płaska łyżka ciemnego miodu (spadziowego lub gryczanego), 1/2 łyżeczki soli wędzonej, oliwa z pierwszego tłoczenia, czarny pieprz

Wszystkie składniki połącz w dużej misce i przez kilka minut ubijaj mikserem. Puszysty twarożek przełóż do naczynia, skrop oliwą i dopraw świeżo mielonym czarnym pieprzem.

II. Karmelizowane orzechy włoskie 40 g łuskanych orzechów włoskich, 40 g cukru, 1/3 łyżeczki soli

Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Orzechy pokrusz w dłoniach i wysyp na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Praż 8-12 minut, aż się zezłocą i zaczną intensywnie pachnieć. Odstaw do wystudzenia. Na patelnię o grubym dnie wsyp cukier i podgrzewaj na średnim ogniu. Nie mieszaj! Pozwól mu się rozpuścić, a następnie skarmelizować. Kiedy barwa będzie ciemnozłota (ale nie brązowa - jeśli karmel zacznie się dymić i brzydko pachnieć, zacznij od nowa), szybkim ruchem wrzuć na patelnię orzechy i sól. Energicznie mieszaj szpatułką, tak, by wszystkie orzechy dokładnie pokryły się karmelem. Gorącą masę przełóż na papier do pieczenia i odstaw do stężenia. Całkowicie wystudzone orzechy połam na kawałki.

Kuchnia


58

Zdrowy dizajn ANVÄNDBAR

ikea.com

Coraz więcej przedmiotów dizajnu użytkowego ma ułatwić prowadzenie zdrowego i zrównoważonego stylu życia. Hodowanie jedzenia na własnym parapecie może być jego elementem. Dwupoziomowa kiełkownica została stworzona przez polską projektantkę Maję Ganszyniec we współpracy z IKEA. To nie tylko naczynie na rzeżuchę – wykiełkują w nim nasiona różnych roślin. Porowata glina, która utrzymuje wilgoć, zapewni im po zamknięciu idealne warunki do rozwoju – nie wszyscy wiedzą, że kiełkom najlepiej rośnie się w ciemności.

Jak malowane

DOTS chocolate

facebook.com/DOTS-Chocolate ulalachef.com/chef/katarzyna-malczewska

Kuchnia

Autorski projekt Kasi Malczewskiej. Absolwentka ASP tworzy czekoladowe dzieła sztuki, łącząc swoje dwie pasje – malarstwo i kulinaria. Choć Dots są płótnem dla jej artystycznej ekspresji, Kasia nie zapomina, że najważniejszy pozostaje smak. Ma być pysznie i interesująco, stąd nieoczywiste dodatki, takie jak dojrzewające sery, zioła, pieprz czy wędzony boczek. Brak za to zbędnego cukru i konserwantów. Pralinki można zamawiać indywidualnie lub wypatrywać ich na eventach. W przyszłości Kasia planuje otworzyć pracownię ze sklepem, w którym będzie można próbować ulubionych smaków Dots, a nawet tworzyć własne kompozycje.


59

It’s a match(a)!

Z każdym dniem rośnie w Polsce rzesza fanów sproszkowanej zielonej herbaty. Organiczna i pełna aminokwasów, minerałów i antyoksydantów Moya Matcha jest zdrową alternatywą dla kawy. Jej liście zacienia się przy uprawie, dzięki czemu kumulują się w nich składniki odżywcze i chlorofil. Aby nauczyć się parzyć ją w tradycyjny sposób, warto zaopatrzyć się w zestaw początkującego matchaholika. Oprócz herbaty jest w nim chasen – miotełka na porcelanowym stojaku, chashaku – łyżeczka do odmierzania herbaty oraz chawan – japońska czarka wykonana w krakowskim studiu ceramiki Kooe.

moyamatcha.com

Zestaw do parzeniamatchy KOOE UMI

W skórze greckiego rolnika Wielki powrót zorganizowanych wakacji? Seasonal Escapade to nowa formuła warsztatów wyjazdowych, których celem jest zapoznanie uczestników z codzienną rzeczywistością odwiedzanych miejsc – życie ze społecznością, kultywowanie tradycji i obcowanie z naturą. Pierwsza edycja odbędzie się na wyspie Tinos pod przewodnictwem Alexandry Stratou, greckiej szefowej kuchni, autorki książki „Cooking with Loula”. W planach m.in. wizyty w winnicach, zbiory dzikich karczochów, degustacje lokalnych serów i nauka przyrządzania regionalnych potraw. Zapisy trwają do 24 marca. Seasonal Escapade

Kuchnia

facebook.com/seasonalescapade alexandrastratou.com


60

Coś niezwykłego Foto: Anna Denis, przepisy: Agata Zięba

Podobno dzień, w którym Marco Polo wyruszył w podróż do Chin, wcale nie należał do szczególnych. Marco najprawdopodobniej wstał rano, do śniadania przejrzał nowego „Aktivista” i ponarzekał na kapryśną wiosenną aurę. Potem przygotował statek, zwołał kolegów i popłynął w nieznane. Sens w tym, żeby zrobić coś, czego jeszcze nie próbowałeś. Ucieczka od codziennej rutyny może być wybraniem drogi do pracy, którą jeszcze nigdy nie jechałeś, nauczeniem się akordów do „Knockin’ on Heaven’s Door” (ściąga dla opornych: G-dur, D-dur, a-moll) albo stereotypowym skokiem ze spadochronem. A co kiedy już odkryjesz sekretny skrót i nauczysz się grać na gitarze lepiej niż Bob Dylan? Sukces warto celebrować – najlepiej w najbliższym gronie, w towarzystwie dobrego trunku i czegoś na ząb. Wszystkie nowe rzeczy, które zrobisz, będą okazją do wznoszenia niezliczonych toastów. Za życie niezwyczajne!

Marynowane jajka przepiórcze, pieczone ziemniaki, pieczarki w chilli, marynowane rzodkiewki, majonez sojowy 10 jajek przepiórczych, 3 ziemniaki, 10 małych pieczarek, pęczek rzodkiewek, masło, 1 łyżka posiekanej natki kolendry, pół łyżeczki płatków chilli, 1 łyżka sosu sojowego Marynata do jajek: pół szklanki octu jabłkowego, pół szklanki wody, 1 posiekana szalotka, 1 łyżeczka ziaren kopru włoskiego, parę ziaren pieprzu, 2 ząbki czosnku, 2 łyżki cukru, 1 burak, Marynata do rzodkiewek: pół szklanki octu jabłkowego, pół szklanki wody, 1 gwiazdka anyżu, 1 ząbek czosnku, 3 ziarenka ziela angielskiego, 2 łyżki miodu Majonez sojowy: pół szklanki majonezu domowej roboty, 1 łyżka sosu sojowego, szczypta płatków chilli

Tacos z ceviche z łososia, ogórek, marynowana cebula, czarny sezam, kolendra Filet z łososia 300 g, kilka plastrów surowego buraka, 200 ml soku z cytryny, 1 ogórek, pęczek kolendry, 2 łyżki czarnego sezamu, 3 kukurydziane tortille, do dekoracji – kolendra, sezam, marynowana czerwona cebula Łososia oczyszczamy, kroimy w drobną kostkę i marynujemy w soku z cytryny i limonki, soli i siekanej kolendry. Z tortilli wykrawamy kółka. Na suchej, rozgrzanej patelni prażymy przez minutę każde kółko tak, by lekko się zarumieniło i nabrało chrupkości. Ogórka kroimy w  drobną kostkę (pozbywając się pestek) lub w julienne. Na plackach układamy odsączonego z zalewy łososia, ogórka, parę listków kolendry, kilka piórek cebuli. Posypujemy sezamem i solą morską.

Jajka gotować przez 3 minuty, włożyć do lodowatej wody – obrać, wrzucić do marynaty na parę godzin. Ziemniaki upiec i rozkroić na pół – posypać gruboziarnistą solą morską. Rzodkiewki pokroić w cienkie plasterki, zalać zimną marynatą i zostawić na kilka godzin. Pieczarki oczyścić, obsmażyć na złoty kolor na patelni z masłem. Pod koniec smażenia dodać sos sojowy i chilli. Posypać kolendrą. Składniki majonezu połączyć. Na każdej połówce ziemniaka położyć łyżeczkę majonezu, przekrojone jajka, pieczarki i udekorować odsączoną z marynaty rzodkiewką.

Kuchnia


62

RODZINA

Tekst: Ania Konieczyńska

Felieton


MR GAGA


64

Na jutroia Selfie klasy premium. W lipcu 2015 r. Brytyjczyk Brecon Beacons zginął rażony piorunem podczas pieszej wędrówki po górach. Powodem porażenia miał być przyczepiony do jego plecaka metalowy selfie stick. Żeby uniknąć podobnych sytuacji, a jednocześnie nie rezygnować z potencjalnych like’ów na insta, zaprojektowano etui na smartfon z funkcją drona. Przybierasz pozę, włączasz śmigła, a pokrowco -dron zadba o resztę. selfly.camera

Kamizelka melomana Poczuć muzykę można na kilka sposobów. Można iść na koncert ulubionego zespołu i stanąć metr od głośnika – mamy wtedy gwarancję, że każde uderzenie perkusji porządnie nami zatrzęsie. Dla tych, którzy jednak cenią sobie swój słuch, powstał Subpac M2 – kamizelka, która pozwoli poczuć to, czego słuchamy. Sprawdzi się też jako dodatek do gogli wirtualnej rzeczywistości – w momencie, w którym nasz przeciwnik z gry komputerowej sprzeda nam soczystego kopniaka, poczujemy go na własnej skórze. shop.subpac.com

Selfly

Słuchaj, wisiorku... Ktoś, kto mówi do zegarka, to niekoniecznie Power Ranger, który właśnie kontaktuje się ze swoim szefem, Zordonem. Równie dobrze może to być zafascynowany swoim nowym smartwatchem pasjonat technologii. A ktoś, kto mówi do wisiorka? Pomysłodawca Sensotone twierdzi, że niewielkie urządzenie zamieni na tekst wszystko, co mu powiemy. Póki co wolimy jednak pisać niż mówić. sensotone.com

Sensotone

Technologie

Subpac M2


65 Uderz w stół, a „nożyce” się napiszą Tap to nakładka na palce, która pozwala zamienić każdą powierzchnię w klawiaturę – obojętnie, czy to stół, kołdra czy pies, który leży nam na kolanach. Promocyjny klip tego gadżetu pokazuje m.in. chłopaka, który puka się w głowę palcami, w rezultacie czego na ekranie jego smartfona pojawia się tekst. Urządzenie ma trafić do sprzedaży lada dzień – póki co można zapisać się na listę oczekujących na stronie producenta i grzecznie czekać na swoją kolej. tapwithus.com

Hayo

Cyfrowe brzęczenie Okazuje się, że wizja mechanicznych pszczół z ostatniego sezonu „Black Mirror” może stać się codziennością szybciej, niż myśleliśmy. Naukowcy z  Japonii stworzyli bowiem mikrodrony, które mogą zapylać kwiaty, kiedy zabraknie pszczół. Wszystko dlatego, że ich populacja na świecie stale się zmniejsza za sprawą m.in. zmian klimatycznych i  coraz większej popularności pestycydów. W dronach nasza nadzieja.

Tap

Ręce, które włączą Wyobraź sobie, że muzykę w domu włączasz gestem, np. pogłaskaniem kanapy po grzbiecie. Albo że zapalasz światło w salonie za pomocą dotknięcia stołu. Twórcy Hayo, czyli urządzenia oferującego rozszerzoną rzeczywistość dla inteligentnego domu, zapewniają, że reakcja naszych znajomych na magiczne gesty będzie niepowtarzalna. Mogą np. powiedzieć: „stary, ogarnij się, masz prawie 30 lat, wciąż mieszkasz z rodzicami, a wszystkie zarobione pieniądze wydajesz na jakieś urządzenia, do których machasz”. hayo.io Robot bee

Technologie


66

„Le Corbusier. Architekt jutra”, Anthony Flint Wydawnictwo W.A.B.

„Niebotyki”, Marian Pilot Wydawnictwo Literackie

„Pozwól rzece płynąć”, Michał Cichy Czarne

4/5

3/5

5/5

Malarz, rzeźbiarz, autor 50 książek i manifestów, ale przede wszystkim awangardowy architekt, „papież modernizmu”, którego utopijne wizje wywróciły do góry nogami myślenie o planowaniu miast i odmieniły życie milionów ludzi na całym świecie. Naprawdę nazywał się Charles-Édouard Jeanneret-Gris, ale do historii przeszedł jako Le Corbusier. Jego dokonaniom i pomysłom poświęcono niezliczoną liczbę opracowań. Samo życie legendarnego urbanisty, choć burzliwe i zagadkowe (nazywa się go pierwszym architektem-celebrytą), zostało szerzej opisane dopiero kilka lat temu przez amerykańskiego dziennikarza Anthony’ego Flinta. Biografia Le Corbusiera, której tłumaczenie właśnie otrzymujemy, pokazuje postać pełną sprzeczności, zadziwiającego uporu, a także – co nieuchronne w przypadku wizjonerów – egotyzmu. Mieszkał w niewielkiej, zagraconej garsonierze, a planował dla innych idealne, pełne racjonalnego ładu budynki. Spędzał czas w tych samych kawiarniach co Picasso i Hemingway, ale kierując się swoim naczelnym hasłem „słońce, przestrzeń, zieleń”, pragnął wyburzyć śródmiejską gęstą zabudowę, zlikwidować ulice pełne sklepów i knajp oraz ograniczyć ruch pieszych do minimum. Opinia publiczna również postrzegała go skrajnie – dla jednych był szaleńcem, dla innych geniuszem, raz oskarżano go o sympatie komunistyczne, kiedy indziej nazywano sługusem deweloperów. Flint w swojej pasjonująco napisanej i bogato ilustrowanej książce nie szuka sensacji. Dzięki pogłębionemu riserczowi połączonemu ze znawstwem tematu odmalowuje życie codzienne ikony architektury, człowieka otoczonego grupą wiernych współpracowników i wyznawców, a także kobiet. Le Corbusier obdarzał bowiem uczuciem nie tylko wierną małżonkę – modelkę zupełnie niezainteresowaną architekturą. Autor docenia wielkość architekta, ale wytyka mu też liczne słabości, nie tylko do utopijnych, ignorujących prawdziwe potrzeby człowieka projektów, lecz także m.in. przyjmowanie zleceń od każdej władzy, również komunistów, faszystów i kolaborantów z rządu Vichy. Fascynująca i pięknie wydana biografia, która spodoba się zarówno miłośnikom architektury, jak i osobom, którym nazwisko Le Corbusiera obiło się tylko o uszy. [Karol Owczarek]

„Jestem Polakiem – więc mam obowiązki polskie”. napisał na początku XX wieku Roman Dmowski. Dziś warto by strawestować tę sentencję i postulować co innego: „Jestem Polakiem – więc czytam literaturę, zwłaszcza chłopską”. Jako naród prawie nie czytamy książek, a także wypieramy się swoich chłopskich korzeni, które większość z nas ma. Proza Mariana Pilota to idealne rozwiązanie obu tych problemów. Zaliczany do nurtu chłopskiego pisarz, choć tworzy od lat 60., dopiero nie tak dawno zyskał szerszy rozgłos i zasłużone uznanie dzięki przyznanej w 2011 r. nagrodzie Nike za powieść „Pióropusz”. Od tamtej pory pojawiło się kilka wznowień jego starszych pozycji, jedna premierowa – „Osobnik”, a teraz do naszych rąk trafia zbiór miniatur prozatorskich i mikropowieści „Niebotyki”. Znakiem rozpoznawczym Pilota, oprócz tego, że pisarz podejmuje głównie w tematykę ludową i ochoczo sięga po gwarę, jest coś, co można by potocznie nazwać orgią słowną, a bardziej elegancko – barokowym i emfatycznym stylem. Autor mnoży w nieskończoność synonimy, przywołuje dziesiątki zapomnianych słów, tworzy też nowe, zaskakujące i przezabawne. Prozaiczne zdarzenia w wiejskiej społeczności dzięki rozbuchanemu, momentami wręcz przytłaczającemu swoim bogactwem językowi urastają do rangi baśni czy nawet mitów. Zwyczajny przedmiot może być tu obiektem wielostronicowych, fantasmagorycznych opisów, tak jak obrus, przez pryzmat którego autor tworzy groteskową opowieść o tragicznym losie Żydów w obozie koncentracyjnym. Pilot potrafi uczynić niemal sensacyjną historię z perypetii kury jarzębiatej, której długo nie można zmusić do znoszenia jajek, bo wciąż: „ani jaje, ani zbuka, ani choćby wypierdka nie ma w gnieździe, jedno strzepnięte z ogona piórko jak na kpinę ostawiła jarzębiata”. Z perspektywy dzieci, włóczęgów, niepiśmiennych chłopów czy ludzi zniewolonych pisarz tworzy magiczny pejzaż polskiej prowincji. Nie ma naiwności typowej dla ludzi, którzy wieś traktują jak idyllę. Otrzymujemy wizję, w której nie ukrywa się zła, bólu i trosk, a nad wszystkim ciąży widmo śmierci. Największe nawet przewiny i dramaty są tu jednak ukazane z dystansem, humorem i ciepłem. Kura jarzębiata zaczyna w końcu znosić „jaje”, „jak pięść chłopa wielkie, pyzate”. [Karol Owczarek]

„Praktykuję starożytną sztukę siedzenia na miejscu”, pisze w najnowszej książce Michał Cichy i tym jednym zdaniem podsumowuje wszystko. „Pozwól rzece płynąć” można śmiało potraktować jako kontynuację wydanego kilka lat temu „Nie zawsze jest dzisiaj”. Z tym że o ile w pierwszej książce autor jeszcze „chodził”, bo opowiadała ona o jego pieszych wycieczkach z psem Myszką po Warszawie, o tyle w tej już praktycznie tylko siedzi i obserwuje świat przez okno swojej kamienicy. Obrazki, które widzi, niewiele różnią się od scen znanych przez wszystkich. Z tą małą różnicą, że Cichy je zauważa, a my zwykle traktujemy je obojętnie. Jest tu więc historia o kioskarce Janeczce, o starym szewcu, o Ziutku, który zawsze zbiera na papierosy i o kilku innych miejskich zbieraczach puszek, z którymi przez lata mieszkania na Ochocie zaprzyjaźnił się autor. O wszystkich i wszystkim, bo bohaterami książki są nie tylko ludzie, ale też elewacje, bramy i dziury w chodniku. Cichy opowiada o otaczającym go świecie z charakterystyczną dla siebie czułością. Jego książkę śmiało można określić modnym ostatnio pojęciem „mindfulness”, ale na pewno nie jest to próba wpisania się w trend, a raczej dowód wewnętrznego przekonania, że najlepiej jest „być w świecie na prawach przedmiotu”. Czyli nie oceniać, nie wychodzić przed szereg, nie buntować się. Po prostu przepuszczać przez siebie świat i patrzeć, co się wydarzy. O proste rzeczy najtrudniej. [Rita Osicka]

Książka


67

„O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu”, Agata Michalak, Czarne

„Love in Vain. Robert Johnson 1911-1938” Jean-Michel Dupont, rys. Mezzo, Kultura Gniewu

„Dziewięć twarzy Nowego Orleanu”, Dan Baum Czarne

5/5

4/5

4/5

Czy prawdziwy chleb może pleśnieć? Jak hoduje się ryby i dlaczego warzywa lepiej kupować w supermarkecie niż na bazarku? Agata Michalak w swojej książce „O dobrym jedzeniu” szuka odpowiedzi na pozornie proste pytania. W kolejnych rozdziałach reportażu – bo inaczej tego dzieła nazwać nie sposób – zajmuje się produktami z pierwszych stron sklepowych półek. Jest więc i o serze, i o chlebie, ale też o wspomnianych rybach i mięsie. Jej rozmówcami są pasjonaci, którzy wbrew powszechnie panującej modzie na idealnie czerwone pomidory i nafaszerowane antybiotykami kurczaki produkują jedzenie autentyczne. Takie, które pleśnieje, psuje się i nie zawsze wygląda idealnie, za to zawsze doskonale smakuje i jest wyrabiane z ogromnym szacunkiem. W poszukiwaniu tych smaków dziennikarka wyrusza w podróż po całej Polsce, bo jak się okazuje, robienie prawdziwego jedzenia to sztuka, która jest na wymarciu. W czasach często absurdalnych regulacji unijnych i klientów przyzwyczajonych do „plastikowych” smaków trudno sprzedać produkt autentyczny. Dostajemy więc reportaż nie tylko o jedzeniu, ale też o sile woli i olbrzymiej determinacji. Dzięki Michalak mamy niepowtarzalną okazję poznać ludzi, którzy nie boją się iść pod prąd i dowiedzieć się o smakach, które są bliskie wyginięcia. Czyta się to jak najlepszą powieść detektywistyczną, bo dziennikarka nigdzie nie odpuszcza i często bierze swoich rozmówców pod włos. Jedyną wadą tego dzieła jest fakt, że jego lektura może skończyć się napadem ortoreksji. Jedzenie traci smak, kiedy wie się, jak ono powstaje na masową skalę. [Rita Osicka]

Właściwie już sam tytuł jest wystarczającą rekomendacją. Ale jeśli pojawiające się w nim imię i nazwisko nic wam nie mówią, to tym bardziej ten komiks jest dla was. To minibiografia jednego z najbardziej charyzmatycznych bluesmanów wszech czasów, który rzekomo sprzedał duszę diabłu, żeby odnieść sukces. Jego piosenki wykonywali najwięksi, od Claptona po The Doors. Ale Robert Johnson to nie tylko ikona bluesa – to jedna z postaci, od których rozpoczęła się muzyka rozrywkowa. Scenariusz komiksu skupia się na najważniejszych wydarzeniach z życia Amerykanina, a przykłady dobierane są tak, żeby pokazać go jako człowieka i artystę. Tło społeczne i realia historyczne zostały jedynie zaznaczone, często tylko w warstwie graficznej. Szkoda, że scenarzysta też nie sprzedał duszy diabłu, bo komiks czyta się z trudem. Fabuła ma formę ballady i przypowieści, a akcja posuwa się naprzód dzięki trzecioosobowej narracji i dialogom. Samo połączenie tych elementów jest dobrym pomysłem na przeskakiwanie pomiędzy ważnymi wydarzeniami w biografii muzyka, ale niestety zawodzi wykonanie, które miejscami jest wręcz infantylne. Na szczęście nie psuje to odbioru, a do samego sposobu opowieści Duponta można się przyzwyczaić. Ewentualny niesmak rekompensują za to rewelacyjne, czarno-białe rysunki Mezzo. Świetne kadrowanie, ciekawa dynamiczna kompozycja plansz i sporo całostronicowych ilustracji pozwalają w pełni docenić jego kreskę. Mezzo rysuje swobodnie i genialnie łączy miękkie linie ze szrafowaniem i plamą czerni. Efekt miejscami jest zbliżony do linorytu. Warto – choćby dla samych rysunków. [Łukasz Chmielewski]

Jeśli ktoś nastawia się na pełną dat, nazwisk i faktów biografię miasta podobną do wydanej w tej samej serii książki „Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero”, to może się rozczarować. Dan Baum postanowił bowiem podejść do opisywania zawiłych losów Nowego Orleanu w zupełnie inny sposób. Poznajemy historie milionera, króla i królowej karnawału, emerytowanego fachowca od naprawiania torowisk, transseksualnego właściciela baru, grającego jazz koronera, poszukującej miłości samotnej matki, białego gliniarza i czarnego kryminalisty. Na pierwszy rzut oka postaci nie mają ze sobą nic wspólnego – dopiero po kilkudziesięciu stronach odkrywamy ich powiązania. W tle mamy oczywiście niezwykły Nowy Orlean z jego Francuską Dzielnicą, cmentarzami, kultem voodoo i Mardi Gras, miasto otoczone bagnami i bez przerwy zagrożone zalaniem przez pobliskie jezioro Pontchartrain. Kulminacyjny punkt „Dziewięciu twarzy Nowego Orleanu” to oczywiście hekatomba huraganu Katrina, który odcisnął piętno na tym mieście i jego multikulturowej ludności. Fascynująca lektura nie tylko dla miłośników amerykańskiego południa. [Mateusz Adamski]

Książka


„American Honey”, reż. Andrea Arnold


Film


70

„American Honey” reż. Andrea Arnold

„Klient” reż. Asghar Farhadi

„T2: Trainspotting” reż. Danny Boyle

5/5

3/5

2/5

Star urodziła się pod niezbyt szczęśliwą gwiazdą. Mieszka w zapadłej dziurze w Oklahomie, w ciągu dnia wraz z młodszym rodzeństwem szuka jedzenia na śmietnikach, a wieczorami stara się unikać lepkich łapsk pijanego ojczyma. Matka ma poważniejsze sprawy na głowie – alko, faceci i kowbojskie tańce. Pewnego dnia podczas jednej ze śmietnikowych eskapad Star wpada na grupę młodych akwizytorów, którzy rozbijają się vanem od stanu do stanu, naciągając mieszkańców bogatych dzielnic na pisemka tematyczne. Star nie ma nic do stracenia. Pakuje się i bez słowa pożegnania wyjeżdża z barwną ekipą nastolatków, których łączy jedno – chcą wymknąć się przeszłości. Brytyjska reżyserka w swoim amerykańskim debiucie nie przeciera nowych szlaków klasycznemu kinu drogi. W „American Honey” znalazło się więc miejsce zarówno na historię gorzkiej inicjacji, zachłyśnięcie się wolnością, miłosną przygodę, jak i długie imprezy zwieńczone moralnym kacem. Nie jest to jednak zarzut – już dawno żadna wyprawa amerykańskimi bezdrożami, śladem zaniedbanych motelików i opuszczonych parkingów, nie sprawiła mi tyle filmowej przyjemności. Arnold, twórczyni nagradzanych „Red Road” i „Fish Tank”, zawsze miała dryg do wynajdowania nieopatrzonych twarzy i prowadzenia młodych aktorów. Wypatrzona przez nią 22-letnia Sacha Lane, której przez niemal trzy godziny nie odstępuje na krok nerwowa, a wręcz wścibska kamera, świetnie sobie radzi z niejednoznaczną rolą Star. Raz jest naiwną, porywczą nastolatką, by w kolejnej scenie zaskoczyć dojrzałością i empatią. Tchu dotrzymuje jej najbardziej znany w tym gronie Shia LaBeouf – aktor wcielił się w postać Jake’a, udającego nastolatka wyszczekanego lidera akwizytorów, który klientów oszukuje z wprawą prawicowego populisty. Andrea Arnold na szczęście nie stara się wystawiać żadnych diagnoz. Za bardzo sympatyzuje ze swoją filmową gromadką, by nakręcić kolejny protekcjonalny portret straconego pokolenia, które zamknie wieko do trumny amerykańskiego społeczeństwa. Od publicystyki bardziej ją interesuje autentyczność emocji i podążanie za chwilą. Zupełnie tak jak jej bohaterów. [Mariusz Mikliński]

O Asgharze Farhadim trudno nie myśleć dziś jako o ofierze ksenofobicznej polityki Donalda Trumpa, która miała uniemożliwić reżyserowi przyjazd do USA na ceremonię rozdania Oscarów. Jeśli jednak odstawimy na bok naturalne współczucie wobec artysty, musimy dojść do wniosku, że nominowany do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej „Klient” to bodaj najsłabszy film w jego dotychczasowej karierze. Irański twórca opowiada tym razem historię grupy aktorów teatralnych przygotowujących spektakl na podstawie „Śmierci komiwojażera” Arthura Millera. Farhadi skupia się na wykazywaniu zwiększającej się z każdą chwilą liczby podobieństw pomiędzy perypetiami bohaterów a odgrywanych przez nich postaci. Sięgnięcie po tak wyświechtaną kliszę przez równie utalentowanego reżysera musi kojarzyć się z pójściem na łatwiznę. Strategia Irańczyka wydaje się także podszyta asekurancką obawą o to, że bez odniesień do tekstu Millera opowiadana historia mogłaby nie zainteresować zachodniego widza. Znacznie lepiej wypada w „Kliencie” druga połowa filmu, w której irański twórca aranżuje na ekranie rodzinną psychodramę. Nawet wówczas reżyser sprawia jednak wrażenie, jakby powtarzał swoje ulubione chwyty inscenizacyjne w sposób mechaniczny, seryjny i pozbawiony autorskiej sygnatury. „Klient” to zatem nie markowe dzieło, lecz „Farhadi z przeceny”. Pozostaje nadzieja, że kryzys reżysera jest tylko chwilowy, a jego następny film zasłuży na zwyczajowy znak jakości. [Piotr Czerkawski]

Oglądanie długo oczekiwanego filmu Danny’ego Boyle’a rozczarowuje jak spotkanie z dawnymi kumplami, z którymi po latach nie mamy już o czym rozmawiać. Renton i spółka postarzeli się brzydko, zatracili gdzieś swój zawadiacki wdzięk, a zamiast czarować pomysłowością, zawstydzają teraz zwyczajną rubasznością. Wszystko to sprawia, że „T2: Trainspotting” bardziej niż przemyślaną fabułę przypomina sklecony naprędce zestaw gagów spod znaku „Kac Wawa w Edynburgu”. Niestety film Boyle’a wprawia w konsternację również wtedy, gdy stara się uderzać w tony poważniejsze. Próba zaznaczenia na ekranie subtelnej tęsknoty za przeszłością, niemal za każdym razem kończy się popadnięciem w ostentacyjną ckliwość. Charakteryzujący „T2: Trainspotting” brak umiaru znajduje także odzwierciedlenie w jego ostentacyjnym narcyzmie. Choć w filmie roi się od sekwencji stanowiących czytelne aluzje do swojego poprzednika, nie stają się one pretekstem do wartościowego dialogu dwóch artystycznych wizji. Sprawiają raczej wrażenie hołdu składanego przez reżysera samemu sobie. Magię pierwowzoru udaje się wskrzesić Boyle’owi tylko w kilku scenach, np. kiedy Renton i Sick Boy trafiają do knajpy zaludnionej przez monarchistów. Paradoksalnie dobre epizody, zamiast cieszyć, tylko wzmagają naszą frustrację, bo pokazują, czym sequel „Trainspotting” być mógł i powinien. Na otarcie łez pozostaje, oczywiście, typowa dla filmów Boyle’a hipnotyzująca ścieżka dźwiękowa. To jednak zdecydowanie zbyt mało jak na kontynuację jednego z najbardziej kultowych filmów lat 90. [Piotr Czerkawski]

obsada: Shahab Hosseini Taraneh Alidoosti Francja/Iran 2016, 125 min Gutek Film, 21 kwietnia

obsada: Ewan McGregor Jonny Lee Miller Robert Carlyle Ewen Bremner Shirley Henderson Wielka Brytania 2017 117 min UIP 3 marca

obsada: Sacha Lane Shia LaBeouf USA/Wielka Brytania 2016, 163 min, Gutek Film 31 marca

Film


71

„Mr. Gaga”, reż. Tomer Heymann

„Captain Fantastic” reż. Matt Ross

„Personal Shopper” reż. Olivier Assayas

5/5

5/5

4/5

Pozornie dostajemy kolejny dokument o artyście – niezwykle dynamiczną i pełną rozmachu filmową biografię jednej z najważniejszych postaci tańca współczesnego, Ohada Naharina. Izraelczyk jest twórcą GaGa, rodzaju tańca, który opuszcza teatralne deski, przekracza ograniczenia konwencji i może nawet pełnić funkcję terapeutyczną, również dla widzów. Każdy epizod z bogatego życia artysty, który Tomer Heymann przedstawia, znajduje swoje odzwierciedlenie w ruchu scenicznym. Reżyserowi udało się uchwycić istotę każdego aktu twórczego, który z pewnością nie sprowadza się do spokojnego czekania na pojawienie się inspiracji. To tyrania pracy 24 godziny na dobę wymagająca zawziętości i twardego charakteru. Heymann nie upiększa rzeczywistości ani nie pisze hagiografii – na ekranie bez przerwy widzimy mozół wycieńczających ćwiczeń i powtórzeń, a efektowne układy choreograficzne wpisują się w szerszą refleksję o sztuce jako połączeniu czegoś niewytłumaczalnego, niemożliwego do nazwania z ciężkim fizycznym treningiem. Mówiąc o całkowitym oddaniu sztuce, jednocześnie podkreśla się tu jej leczniczy wymiar, bowiem to ona pozwala zrzucić gorset wewnętrznych oporów, przekraczać granice, nie tylko cielesnych możliwości. Choć Heymann cały czas pokazuje ludzkie ciała w najróżniejszych układach choreograficznych, to tak naprawdę chodzi mu o coś więcej – nie bójmy się tego słowa – o duchowość ukrytą w ruchu. Co najważniejsze, „Mr. Gaga” nie jest dokumentem przeznaczonym tylko dla entuzjastów tańca współczesnego. Brak wiedzy na temat tej dziedziny sztuki na szczęście nie pozbawia widzów potężnego bagażu emocjonalnego. [Bernadetta Trusewicz]

Trzeci film Matta Rossa to dzieło na wskroś anarchistyczne. Z jednej strony jest ostrą krytyką kapitalizmu i konsumpcjonizmu, z drugiej – pochwałą alternatywnego modelu nauczania, hołdem oddanym środowisku naturalnemu i światu, w którym zamiast świąt Bożego Narodzenia obchodzi się urodziny czołowego amerykańskiego myśliciela XX wieku Noama Chomsky’ego. Żartobliwie można by stwierdzić, że ten film ma szansę podzielić widzów w Polsce jeszcze bardziej niż „Pokot” Agnieszki Holland. Reżyser, którego możemy kojarzyć z roli w popularnym serialu „Dolina Krzemowa”, jest także autorem świetnie pomyślanego scenariusza. Zadanie miał niełatwe, bo bohaterów w „Captain Fantastic” jest co najmniej kilku. Prym wiedzie Ben (w tej roli Viggo Mortensen), głowa rodziny, ojciec sześciorga dzieci, który wychowuje swoje pociechy z dala od cywilizacji. Młodzi bohaterowie spędzają dni na morderczych treningach, zarówno fizycznych, jak i mentalnych. Według Bena równie istotna co wiedza książkowa jest bowiem umiejętność zdobycia pożywienia czy nastawienia złamanej kończyny. Ważne jest, że Ross nie zaniedbuje żadnej z postaci. Od najstarszego, wchodzącego w dorosłe życie Bo po najmłodszych Nai i Zaję. Swoją drogą znakomicie spisał się reżyser castingu. Rysą na wizerunku tej utopii oraz szczęśliwej rodziny jest historia żony Bena i matki dzieci. Kobiety, która cierpiała na poważne zaburzenia psychiczne i będąc w szpitalu, popełniła samobójstwo. Dla najbliższych, chcących oddać jej hołd, będzie to oznaczało jedno. Powrót do świata, w którym królują otyli ludzie i zatruta woda, czyli coca-cola. W tym momencie „Captain Fantastic” zamienia się w to, co Amerykanie nie od dziś robią najlepiej – kino drogi. Chwilami zabawne, chwilami wzruszające, zawsze natomiast szczere i prawdziwe. [Kuba Armata]

To jedna z tych produkcji, które się kocha albo nienawidzi. Wybuczana w Cannes (co nie przeszkodziło jury w przyznaniu filmowi Złotej Palmy za reżyserię), mieszana z błotem przez wielu krytyków, ma jednak w sobie nieoczywisty urok, któremu warto ulec. Określana jako thriller, ortodoksyjnym fanom tego gatunku raczej nie przypadnie do gustu, natomiast osoby trzymające się od dreszczowców z daleka i lubiące zabawy z konwencją powinny się zakochać, choć będzie to trudna miłość. Francuski reżyser po raz kolejny obsadził Kristen Stewart w roli asystentki ważnej persony, tym razem modowej celebrytki. Wbrew tytułowi to nie świat mody i konsumpcji wybija się tu na pierwszy plan. Grana przez amerykańską aktorkę Maureen wykonuje swoje obowiązki z kwaśną miną i najchętniej wszystkie kupowane kreacje rzuciłaby w kąt albo w twarz swojej rozkapryszonej pracodawczyni. Co innego jej w głowie i do czego innego ma powołanie. Do Paryża sprowadziła ją chęć nawiązania kontaktu z bratem, jest to jednak o tyle utrudnione, że od kilku miesięcy jej bliski nie żyje. Po godzinach dziewczyna odwiedza opuszczoną posiadłość i jako początkujące medium otrzymuje znaki i dostrzega opary dymu pełniące tu funkcję ducha. Zasypywana jest także tajemniczymi SMS-ami od zwodzącego ją nieznajomego, przez co wplątuje się w perwersyjną grę, wykonując jego coraz dziwaczniejsze polecenia. Maureen szamocze się pośród miejskiego tłumu, duchów, świata elit i nowych technologii, a finał jej poszukiwań jest co najmniej zaskakujący i przewrotny. Francuz świadomie stosuje w swoim filmie ograne chwyty mające wystraszyć widza, fetyszyzuje postać głównej bohaterki i w trzeszczącej w szwach fabule upycha kuriozalne wydarzenia. Jeśli to wszystko uznamy za wyraz przekory reżysera, wyjdziemy z kina zachwyceni. „Personal Shopper” zaostrza apetyt na więcej, zarówno filmów Oliviera Assayasa, jak i występów Stewart w ambitnym repertuarze. [Karol Owczarek]

obsada: Ohad Naharin Holandia/Niemcy/Szwecja/Izrael 2015, 100 min Gutek Film 10 marca

obsada: Viggo Mortensen George MacKay Charlie Shotwell USA 2016, 118 min UIP 10 marca

obsada: Kristen Stewart Lars Eidinger Sigrid Bouaziz Francja/Niemcy 2016, 105 min Aurora Films 17 marca

Film


Muzyka


73 V/A „Antologia De Música Atípica Portuguesa Vol. 1” Discrepant

bezpieczny i zasługujący maksymalnie na trójkę z plusem, na zachętę. To miły, utalentowany koleś piszący uczuciowe (lecz proste) teksty i posiadający wyjątkowy głos. Chłopaku, masz bogatą duszę, teraz czas na akt odwagi. [Lech Podhalicz]

5/5 Hatti Vatti Szum Most 4/5

Praca u podstaw Kształtowanie świadomości historycznej, szczególnie obecnie i na naszej szerokości geograficznej, odbywa się zwykle w prawdziwie fascynujący sposób. Do wyboru mamy zazwyczaj kapcie w muzeum albo „młodzieżowy” komiks czy film. Kiedy więc słyszę o projekcie, który ma służyć ponownej ocenie dawnej muzyki portugalskiej, nie kipię entuzjazmem. Okładka pierwszej płyty z tego rozplanowanego na kilka odsłon cyklu wygląda jednak intrygująco, więc uznałem, że muszę sprawdzić, jak współmieszkańcy Starego Lądu podchodzą do swoich dziejów i ich muzycznych oddźwięków. Teraz cieszę się z tej decyzji jak prymusi z dobrych ocen z historii, bo kompilacja jest zjawiskowa. Świat odmalowany przez portugalskich eksperymentatorów skupia się tu wokół tematu pracy. Jest niepokojący, fascynujący i odległy, a jednocześnie namacalny. Manipulując taśmami, operując głosem, sprzężeniami gitarowymi czy syntezatorami własnej produkcji, zaproszeni artyści nie postawili sobie za cel kształtować niczyjej świadomości. Chcieli raczej uformować nowe i barwne uniwersum – krainę znajdującą się gdzieś pomiędzy Portugalią a wyobraźnią, między przeszłością a bezczasem. [Filip Kalinowski]

Sampha „Process” Young Turks 3/5

Taśmy szum, synthów śpiew Wychowanek Gdańska, obywatel świata Piotr Kaliński, znany lepiej jako Hatti Vatti, przez lata fedrował niszę. I nie rozchodzi się tu nawet o ograniczoną popularność takich gatunków jak dub, dubstep czy dub techno, ale o niskie, basowe rejestry, na których te nurty bazują, w których się lubują i w których zazwyczaj toną. Jednak w ostatnich latach pseudonim Pomorzanina częściej niż na plakatach soundsystemowych imprez zaczął pojawiać się w kontekstach wcześniej z nim niekojarzonych. Z Noonem redefiniował melancholię rodzimego hip-hopu, z Misią Furtak badał granice sennego, ale i tanecznego popu, a ze Stefanem Wesołowskim odmalowuje aktualnie równie kinematograficzne, jak kameralne pejzaże dalekiej Północy. I wszystkie te doświadczenia odbijają się w nowym albumie Kalińskiego jak chmury w zamarzniętych oczkach wodnych Warszawy. Nie do końca ostre, pokryte szronem i popękane jak tafla lodu składają się na niesamowicie narracyjną, co rusz zaskakującą, dźwiękową eskapadę przez dojmująco miejski, acz podobnie odrealniony świat artysty. Krajobraz ambientem szkicowany, elektroniką odmalowywany, a muzyką filmową i neoklasyką utrwalany. Widok niesamowicie intymny, a jednocześnie bez reszty wciągający, a nieraz wręcz spektakularny. Bo przecież szum – jak zauważył swego czasu duet Ostry/Emade – ma tendencję, by rodzić hałas. [Filip Kalinowski]

Jungle Fire „Jambu” Nacional Records Czas na akt odwagi Śmierć obojga rodziców, problemy zdrowotne i nieustanne poszukiwanie siebie – na swoim debiucie Sampha za pomocą osobistych tekstów i melancholijnych melodii daje upust uczuciom, które towarzyszyły mu w trudnych chwilach. „Process” jest dobrze skrojonym albumem. Można go nazwać współczesnym soulem, inteligentnym songwritingiem, płytą, która ujmuje śpiewem lub poruszającą warstwą liryczną – wszystko będzie się zgadzać. W otwierającym numerze „Plastic 100C” Sampha Sissay usiłuje zmierzyć się z nieubłaganie zbliżającą się sławą. „Blood on Me” to znakomity, przebojowy i dynamiczny singiel, a w „Kora Sings” stara się przykryć niedoskonałą formę orientalnymi smaczkami. Największy poziom wzruszeń wybrzmiewa w minimalistycznej balladzie „(No One Knows Me) Like the Piano”, w której muzyk stawia pomnik swojej matce. Znamienne słowa „don’t let your heart/mind hide your story” padają natomiast w najlepszym na płycie kawałku „Incomplete Kisses”, przywołującym melodie znane ze starszego utworu Samphy, „Without”. „Processowi” jednocześnie brakuje niestety elementu zaskoczenia i odrobiny szaleństwa. Sampha mógłby celować wyżej, tymczasem teraz momentami razi swoją zachowawczością. Podopieczny Young Turks wydał album bardzo

4/5

Przypadek? Nie sądzę! Myślałem, że ekstaza, którą wywołują u mnie instrumentalne, funkowe bigbandy, to tylko zajawka nakręcona przez Budos Band, a potem podkręcona przez Bixiga 70. Tymczasem drugi album Jungle Fire potwierdza, że w tej stylistyce można powiedzieć jeszcze bardzo dużo. Szybko, tanecznie i piekielnie psychodelicznie – tak właśnie brzmi ten dziesięcioosobowy skład z Kalifornii. Klasyczny funk jest jednak tylko punktem wyjścia do eksploracji klimatów afrokubańskich i południowoamerykańskich – od cumbii, przez sambę, aż po obowiązkowy afrobeat. Ta płyta powinna

Muzyka


74 doczekać się długiego teledysku pełnego plastikowych liści palmowych, tańczących postaci i szamańskich masek. W końcu doczekaliśmy się rytualnej, magicznej i naprawdę dusznej odsłony takiego grania. Pamiętacie orgiastyczny karnawał w „Dzienniku rumowym”? Jeśli do tej pory nie umieliście wyobrazić sobie, w jakim rytmie bujały się pijane korowody, to na tej płycie znajdziecie odpowiedź. [Michał Kropiński]

King Gizzard and the Lizard Wizard „Flying Microtonal Banana” Ato 4/5

Siódmy krążek w dyskografii Mitchów to polsko-brazylijski romans. Moretti i Tyciński zaprosili do współpracy nie byle kogo, bo Alexandre’a Kassina, jednego z czołowych tamtejszych producentów. Na „Visitantes Nordestinos” znajdziemy więc muzykę inspirowaną brazylijskimi tematami. Od charakterystycznego brzmienia gitar, aż po wspaniały, leniwy nastrój. Nowy album Mitchów to niezwykle przyjemna i relaksująca sprawa, bez cienia napinki. Wystarczy posłuchać „Quando Chega O Verão” czy „Esperando Danilo”, żeby poczuć brazylijski luz, wypić przy tym mocną kawę i poczytać prozę Jorgego Amada czy innego Paola Coelha. „Visitantes Nordestinos” to z kolei hołd złożony Brazylii, wspominający bossa novę i tropicalię, odwołujący się do Caetana Velosa czy Gilberta Gila. Dorzućmy jeszcze Brazilian Octopus i szczyptę mitchowego szaleństwa (vide „Os Dentes”), a otrzymamy szczęście w pigułce. [Lech Podhalicz]

Shackleton & Vengeance Tenfold „Sferic Ghost Transmits” Honest Jon’s 5/5

Opary geniuszu Szacuje się, że nawet jedna trzecia australijskiego lądu to obszary pustynne. Być może to właśnie agresywne słońce oraz kilka substancji wziewnych spiekły chłopakom z King Gizzard and the Lizard Wizard głowy na tyle, że wynaleźli najbardziej nośną formułę na odświeżanie psychodeliczno-rockowych konwencji. Septet zdążył się już zanurzyć w nakwasowanym jazzie, oazowym folk rocku, doom metalu czy nawet klimatach spaghetti westernowych. Dziewiąty w ciągu pięciu lat album jednej z najfajniej nazywających się kapel na naszej planecie to zwrot w zaskakującym kierunku i wyprawa na inną, imponującą pustynię – Saharę. „Flying Microtonal Banana” jest hołdem dla bluesa nomadycznych afrykańskich plemion, opartym na niekonwencjonalnych gitarowych skalach i repetytywnym, hipnotycznym groovie. Egzotyczna inspiracja nie jest jednak zwykłą stylizacją, ale filtrem, przez który King Gizzard przepuszczają m.in. krautrock, dream pop czy heavy metal. Z tych gatunków tworzą hybrydy będące zagwozdką dla szukających formalnych etykietek nerdów i prawdziwą przyjemnością dla wszystkich pozostałych. Panowie znaleźli idealny balans pomiędzy dźwiękowymi poszukiwaniami i ekscytującymi popowymi kompozycjami. Przed maksymalną oceną broni mnie jedynie perspektywa czterech (!) nadchodzących w tym roku płyt pod szyldem tej kapeli. [Cyryl Rozwadowski]

Mitch & Mitch & Kassin „Visitantes Nordestinos” Lado ABC 4/5

Psalmy na bezbożne czasy „Módlmy się o prawdziwy świat”, powtarza jak mantrę wokalista, a raczej mówca Vengeance Tenfold w utworze otwierającym jego album nagrany z Samem Shackletonem. W modlitwie w intencji prawdziwego świata biją również hipnotyczne, plemienne bębny, dzwonią metaliczne perkusjonalia i mruczą przestrzenne syntezatory. Każdy z dźwięków na krążku „Sferic Ghost Transmits” jest odzwierciedleniem tej prośby, każdy ma swoje uzasadnienie, każdy zdaje się tytułową transmisją ducha. Producent krążka, trzydziestokilkuletni Brytyjczyk Shackleton, od zawsze szukał siły sprawczej w tonach. Cały katalog jego autorskiej, gatunkotwórczej wytwórni Skull Disco zdawał się żenić muzykę klubową z rytualną: wszystkie jego po-dubowe, równie abstrakcyjne, co taneczne nagrania wprowadzały słuchacza w głęboki trans. Co więcej, swój zeszłoroczny, świetny skądinąd album z Ernesto Tomasinim nazwał bez ogródek „Devotional Music”, czyli muzyką nabożną. Bo kiedy jak nie dziś – w czasach do szpiku racjonalnych, oddalonych od absolutu bodaj najbardziej w historii ludzkości – należy poszukiwać w dźwiękach strawy dla ducha, w melodii – uwznioślenia, a w uderzeniach perkusji – rytmu pod medytację? [Filip Kalinowski] Thundercat „Drunk” Brainfeeder 4/5

Zakochałem się w Brazylii w 2002 r., kiedy triumfy święciła piłkarska reprezentacja tego kraju, a królem Mundialu został (ten brzydki) Ronaldo. Potem poszło jak z bicza strzelił – „Miasto Boga”, bossa nova i aromatyczna kawa. Mniej więcej w tym samym czasie pierwsze podróże do Amazonii odbywał Macio Moretti, którego bezpowrotnie wciągnęła tamtejsza kultura. Jego macierzysta formacja Mitch & Mitch to jednak zespół niedający się zamknąć w żadnych ramach. Od pokręconego rodeo serwowanego na debiucie, poprzez coverową wariację na „12 Catchy Tunes”, aż do spektakularnego triumfu ze Zbigniewem Wodeckim i jego „Odyseją” (która pokryła się platyną).

Miau, miau, drunk Po premierze „La La Land” świat od nowa zakochał się w jazzie. Niestety – ten w stylu Ryana Goslinga i Emmy Stone znacząco różni się od jazzu ostatnich lat. I właśnie w tym specyficznym momencie nowy album Thun-

Muzyka


75 dercata... zachwyca. Stephen Bruner wychował się w rodzinie muzyków – jego ojciec grał z Dianą Ross, bracia też wybrali muzyczne kariery, ale to właśnie Stephen jest teraz najjaśniej świecącą gwiazdą familii. Przełomową chwilą było dla niego zdobycie Grammy za udział w genialnym „To Pimp a Butterfly” Kendricka Lamara. Dzięki rozpoznawalności mógł zaprosić na swój najnowszy longplay takich muzyków jak Wiz Khalifa, Pharrell czy wspomniany Kendrick. „Drunk” jest zabawne i trochę dziwaczne, a przy okazji to idealne odzwierciedlenie tego, jak współczesny jazz może brzmieć – nie będąc freejazzową karykaturą samego siebie. Tylko Thundercat umie połączyć śpiewanie falsetem o brutalności policji czy o śmierci przyjaciela z bekaniem, pierdzeniem i kocim miauczeniem, nie tworząc przy tym niemożliwej do strawienia mieszanki. Album nie jest idealny – przy słabszych utworach żarty wychodzą na pierwszy plan, ale to chyba tylko podkreśla wyjątkowość tworzonej przez Stephena muzyki. Odwaga w tworzeniu własnego muzycznego świata i inspirowania innych pozwala z łatwością wynieść tego basistę i wokalistę na piedestał. „Drunk” to 23 utwory, które zamykają się w 43 minutach wyjątkowej muzyki. Od jej nadmiaru łatwo będzie mi się uzależnić w najbliższych miesiącach. [Kacper Peresada] VA „Togo Soul 70” Hot Casa Records 5/5

Perły z lamusa Przez lata basen Zatoki Gwinejskiej postrzegany był przez pryzmat legendy Felego Kuti, który siłą rzeczy stał się ambasadorem całej „muzyki afrykańskiej”. Na szczęście w ramach fazy na odkrywanie tajemnic tego kontynentu ktoś wydaje genialne reedycje klasyków. Togo słynie głównie z voodoo – klasyczne rytmy wywodzące się z tamtejszych religijnych pieśni zawędrowały i na Haiti, i do Francji. Jednak voodoo to tylko atrakcyjne hasło oraz bit, na którym w latach 70. ubiegłego wieku swój sukces oparła cała soulowa scena jednego z najmniejszych państw Afryki. Wydana nakładem Hot Casa Records składanka to nie tylko pełen soczystych hitów przegląd dźwięków, do których 40 lat temu bujało się kilka sąsiednich krajów. To również okazja do uświadomienia sobie, jak dziwnym zjawiskiem jest sława. Obok największej gwiazdy togijskiej piosenki, jaką była Bella Bellow (grała nawet na Maracanie), pojawiają się artyści, którzy nagrali w swojej karierze zaledwie kilka piosenek. Ich zdobycie było ponoć dla Hot Casa wielkim wyzwaniem. Tym ciekawsze jest więc pierwsze przesłuchanie albumu, bo szybko okazuje się, że to bardzo spójna składanka, na której każdy artysta jest pełnoprawną „gwiazdą”. A bangerów jest tutaj tyle, co procentów w porządnym afrykańskim ginie. [Michał Kropiński]

Muzyka

Didżejować każdy może Nie ma wielkiej przesady w stwierdzeniu, że każdy z nas w głębi duszy chce być didżejem. No bo co może być lepszego od pracy, która polega na imprezowaniu i puszczaniu muzyki? Chyba tylko imprezowanie i puszczanie muzyki w miejscu, w którym temperatura rzadko spada poniżej 20 stopni Celsjusza. Burn Residency 2017 to konkurs dla tych, którzy chcą zrobić karierę za konsolą didżejską. Nagrodą jest 5-tygodniowy pobyt na Ibizie i wieczne uwielbienie publiczności, a na głównego zwycięzcę czeka kontrakt na 100 tysięcy euro, który będzie inwestycją w międzynarodową karierę. Żeby wziąć udział w konkursie, trzeba umieścić swój set na stronie Mixcloud. Autorzy najlepszych setów wystąpią na żywo, a ci, którzy zaprezentują się najlepiej, trafią na bootcamp. W końcu jurorzy spośród uczestników z całego świata wyłonią finałową trójkę, która zamieszka na Ibizie. Szykowanie setów czas zacząć! Więcej na www.burn.com.


76

Warszawski raper znany z szeregów HIFI Bandy wydał niedawno swój kolejny solowy krążek zatytułowany „Świattło”, najjaśniejszy i najmniej brudny w swojej karierze. My natomiast podpytaliśmy go, czego sam słucha, kiedy nie nagrywa kolejnych numerów.

Odsłuch: Hades

Wiley Godfather CTA Records

Świetny, doskonale wyważony album. Pomimo spójnej stylistyki nieraz zaskakuje. Muzycznie i rapowo jest bardzo porządnie i świeżo, a brud i garażowy klimat emanujący nawet z samej okładki krążka kreuje namacalną wręcz atmosferę tej płyty. Dynamit!

Ko-Wreck Technique Ko-Wrecktion EP Chocolate Industries / Warp

Coś dla fanów muzyki z pogranicza hip -hopu i elektroniki. Mało znane i zupełnie niedocenione, ale z pewnością warte uwagi wydawnictwo spod szyldu Warp Records okraszone jest scratchami i cutami DJ-a Craze’a, który robi tu świetną robotę. Dla mnie to bardzo ważna EP-ka, bo kojarzy mi się z moimi własnymi muzycznymi początkami.

Odsłuch

Madlib Shades of Blue Blue Note

Jeśli miałbym wybrać jeden najlepszy album, jaki słyszałem, prawdopodobnie byłoby to właśnie „Shades of Blue” – spotkanie jazzu i hip-hopu na najwyższym poziomie. Trudno cokolwiek napisać o tej płycie. Trzeba jej koniecznie posłuchać, bo to prawdziwe arcydzieło.


20-22 KWIETNIA POZNAŃ

FISZ EMADE TWORZYWO DOMOWE MELODIE ØRGANEK MITCH & MITCH & KASSIN ŁONA WEBBER & THE PIMPS JULIA PIETRUCHA ANITA LIPNICKA WACŁAW ZIMPEL • EABS • LUCY ROSE PINK OCULUS • BRY • SNOWMAN I INNI

ORGANIZATOR:

WSPÓŁORGANIZATORZY:

SPONSOR TYTULARNY:

PARTNER MUZYCZNY:

PARTNERZY:

DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW BUDŻETU MIASTA POZNANIA

PROJEKT WSPÓŁFINANSOWANY PRZEZ SAMORZĄD WOJEWÓDZTWA WIELKOPOLSKIEGO


Wydarzenia Wiosna Filmów 02-09.04 , Kino Praha ul. Jagiellońska 26, Warszawa

Word Wide Warsaw 04-25.03, Warszawa

Filmowa wiosna Kwiecień na warszawskiej Pradze od kilku lat upływa pod znakiem święta kina. W tym roku organizatorzy Wiosny Filmów przygotowali ponad 60 filmów z całego świata. To dobra okazja, by nadrobić zaległości z ostatniego roku i przede wszystkim obejrzeć nadchodzące głośne premiery. W programie wydarzenia dominuje solidne kino arthousowe, głównie europejskie, ale są też tytuły z Ameryki Południowej (świetny „Aquarius”) czy Azji. Już tradycją się stało, że na festiwalu prezentowany jest zwycięzca lutowego Berlinale. W tym roku Złotego Niedźwiedzia zdobył odważny węgierski film „On Body and Soul” debiutantki Ildikó Enyedi, a widzowie Wiosny obejrzą ten poruszający dramat jako pierwsi w Polsce. Kolejki z pewnością ustawią się też na pokaz najnowszego filmu Francois Ozona, „Frantz” i nominowaną do Oscara szwedzką komedie „Mężczyzna imieniem Ove”. Na koniec najważniejsza informacja. Bilety na wszystkie pokazy kosztują 10 zł. Do wycieczki na prawą stronę Wisły chyba nie trzeba bardziej zachęcać. [mm]

Poszerzanie pola walki Mieliście nosa wybierając Word Wide Warsaw na zwycięzców w zeszłorocznym plebiscycie Nocnych Marków. Marcowa odsłona imprezy zyskującej całkiem nowe oblicze, chyba bez wahania może być nazwana festiwalem. I to festiwalem miejskim z prawdziwego zdarzenia, którego rozmach bez problemu przebija podobne wydarzenia odbywające się poza granicami naszego kraju. Miłość, Niebo, Cafe Kulturalna oraz Proxima przez trzy tygodnie będą gościć artystów, których nazwiska byłyby prawdziwymi brylantami w składzie nawet największych światowych imprez. Sami zobaczcie, że ciężko wyróżnić jedną gwiazdę z takiego zestawu jak Thundercat, Pete Rock, Yussef Kamaal czy Sampha. Jesteśmy przekonani, że każde z tych nazwisk budzi wielkie emocje. Wystarczy zerknąć na to, ile osób zapisało się na Facebookowe eventy każdego z koncertów by zrozumieć, że WWW to już nie początkująca grupa przyjaciół usiłująca zrealizować muzyczną zajawkę, ale marka, która przez kilka najbliższych lat będzie rządzić i dzielić nie tylko na stołecznej scenie klubowej. [mk]

Wydarzenia


81 Dennis Ferrer, Kobosil 17-18.03, Smolna, Warszawa, ul. Smolna 38

5th anniversary WeAreRadar: Ron Morelli b2b Lee Gamble 25.03, Szpitalna 1, Kraków, ul. Szpitalna 1

Dwie wizje techno Warszawski klub Smolna nie zwalnia i po raz kolejny przygotował świetny program. W marcu spodziewamy się występów kilku gwiazd techno, w tym dwóch didżejów wywodzących się z zupełnie innych światów. Mowa o weteranie muzyki house Dennisie Ferrerze oraz młodym i wielce obiecującym Kobosilu, który jest podopiecznym berlińskiego labelu Ostgut Ton. Mieszkający w Nowym Jorku Ferrer jest autorem wielu parkietowych hitów, m.in. rozpoznawalnego i piekielnie uzależniającego „Hey, Hey”. To pionier house’u z soulowymi brzmieniami, który ma odpowiedni feeling. Oprócz tego Ferrer opiekuje się własną wytwórnią Objektivity i jest autorem znakomitych remiksów, m.in. dla Hot Chip, Nicka Curly’ego czy Moloko. Kiedy odniósł wielki sukces w latach 90., na świat przyszedł drugi bohater tego weekendu – Kobosil. Młody niemiecki producent od samego początku celował w intensywne techno o zabójczym tempie. Owocem jego kilkuletniej pracy jest wydany w ubiegłym roku debiutancki album „We Grow, You Decline”, który spotkał się z ciepłym przyjęciem ze strony krytyków. Kobosil jest gwarancją klimatów rodem z samego serca klubu Berghain. [lech]

Urodziny bez kompromisów Krakowska scena klubowa przeżywa w ostatnim czasie renesans popularności. Na szczególną uwagę zasługuje jej niezależny odłam specjalizujący się w niebanalnych bookingach. Najlepszym zaś przykładem takiego myślenia o komponowaniu line-upu jest cykl imprez Radar, który w marcu obchodzi swoje piąte urodziny. Cykl słynie z zapraszania do Krakowa artystów, których muzyki próżno szukać w komercyjnym radiu. Co więcej, wizyta w stolicy Małopolski często była ich pierwszym występem w Polsce. Radar to także kolektyw, w którego skład wchodzą Olivia, Kinzo Chrome i Chino, a seria imprez to wypadkowa ich zainteresowań. Celebrację rocznicy uświetni creme de la creme światowej niezależnej sceny elektronicznej. W labiryntach klubu Szpitalna 1 usłyszymy Rona Morelliego, założyciela kultowej nowojorskiej wytwórni L.I.E.S., oraz Lee Gamble’a, bezkompromisowego poszukiwacza nowych brzmień, który niedawno założył własne wydawnictwo UIQ. Panowie zagrają b2b, czyli ramię w ramię, a wieść niesie, że może być to ostatnie takie spotkanie gigantów przed sporą przerwą. To chyba wystarczający argument, żeby przekonać każdego fana undergroundowej elektroniki – 25 marca trzeba być w Krakowie. [lech]

Żarcie na kółkach 01-02.04, Stadion Narodowy Warszawa, ul. Ks. J. Poniatowskiego 1

Tydzień Kina Hiszpańskiego 23-27.03

Filmowy tapas Kino hiszpańskie to nie tylko Pedro Almodóvar. Dobrze o tym wiedzą widzowie Tygodnia Kina Hiszpańskiego, który już od 17 lat przyciąga tłumy w kilku miastach Polski. Organizatorzy odsłaniają mniej oczywiste rejony kinematografii Półwyspu Iberyjskiego, nie zapominając o tym, że Hiszpanie świetnie sobie radzą w kręceniu przyjemnego kina środka – obyczajowych komedii czy thrillerów nieobojętnych na społeczne problemy. W tym roku szczególną uwagę poświęcą kinu kostiumowemu. Festiwal otworzy obsypane nagrodami Goya „Za późno na gniew”, brutalny dramat o zemście wyreżyserowany przez Raúla Arévala, znanego polskim widzom z „GranatowyPrawieCzarny”. W tegorocznym programie ponadto znalazło się kilkanaście polskich premier. Kino zróżnicowane jak hiszpańskie tapas – nie przeoczcie, bo po festiwalu najbliższy adres, pod którym większość filmów będzie można obejrzeć, to Madryt. [mm]

Wielkie żarcie powraca W pierwszy weekend kwietnia ruszy ósma edycja Żarcia na Kółkach – największej mobilno-kulinarnej imprezy w Polsce. Na błoniach Stadionu Narodowego pojawi się blisko 100 food trucków. W tym roku każdy, kto zdecyduje się wpaść na Żarcie, będzie miał szansę spróbować potraw z krajów takich jak Wietnam, Tajlandia, Izrael, Meksyk, Francja czy Hiszpania. Ambasadorem tegorocznej edycji imprezy został Tomasz Jakubiak – popularny kucharz, znawca kuchni ulicznej, podróżnik, promotor lokalnego jedzenia i poszukiwacz dobrych smaków. W trakcie wydarzenia odbędzie się konkurs na najlepsze kanapki, a najedzeni warszawiacy będą mogli skorzystać z muzycznej strefy chilloutu. W końcu po pokonaniu solidnego burgera trzeba chwilkę odsapnąć. [js]

Wydarzenia


82 Wystawa fotografii Nicolasa Grospierre’a i Davida Sardaña 06.04, Hotel Andel’s, ul. Ogrodowa 17, Łódź Modernizm okiem Grospierre’a i Sardaña Mniej znaczy więcej. To jedno z głównych założeń modernistycznej architektury. Modernizm zakładał, że o pięknie budynku nie stanowi jego wygląd, lecz funkcjonalność. Czy w takim razie architektura tego okresu może być piękna? Na to pytanie będziemy mogli znaleźć odpowiedź w Łodzi podczas wystawy fotografii Nicolasa Grospierre’a i Davida Sardaña. Prace tego ostatniego zebrane w cyklu zatytułowanym „Racjonalizm lewantyński” przedstawiają architekturę wschodniego wybrzeża Hiszpanii powstałą w okresie boomu turystycznego lat 70. W „Atlasie” Nicolas Grospierre pokazuje zaś uniwersalny charakter nowoczesnych form architektury rozwijających się w czasach komunizmu. Wystawa pokaże, jak te dwa światy ze sobą współgrają. [js]

że bracia Pace mieli bardziej spektakularne fryzury, a ich spojrzenia były ciut mniej melancholijne. Poza tym wiele chyba jednak się nie zmieniło. Sami nie wiemy czy to pop, czy to rock czy to shoegaze. W sumie nie ważne, bo to po prostu taka muzyka, którą odpalamy zawsze, kiedy przez chmury przebijają się pierwsze promienie wiosennego słońca. Granie do tańca, seksu i ćpania. Tak piękne, że występ grupy na Off Festivalu wywołał prawdziwe łzy rozczarowania... Formuła sztafety i grany na kolanie koncert w środku dnia to nie było chyba to, co lubią sami muzycy. Perfekcjoniści na płytach kompletnie położyli występ niczym pewniacy do złotego medalu, którzy kończą tuż za podium. Od tej pory czekaliśmy na powtórkę i mamy wielką nadzieję, że nawet w niesławnych warunkach, które oferuje Proxima zespół zagra tak, jakbyśmy właśnie zaczęli wiosnę 1995 r. [mk]

Enea Spring Break 20-22.04, Poznań, wstęp: 89 PLN spring-break.pl

Konferencja Audioriver 08.04, Wydział Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego ul. Jana Matejki 22/26, Łódź OHM, ul. Karskiego 5, Łódź

Audioriver to uznana marka na rynku polskich festiwali. Od dobrych kilku lat organizatorzy ściągają nad Wisłę najlepszych didżejów i wykonawców związanych z muzyką elektroniczną. Wydarzeniem towarzyszącym i poprzedzającym festiwal jest zawsze konferencja, podczas której rozmawia się o kondycji branży klubowej w Polsce. Wielu wartych uwagi gości, wyczerpujące dyskusje i kończąca całość impreza. W tym roku organizatorzy podejmą kwestię roli promotora w świecie muzycznym oraz zadadzą sobie pytanie, czy faktycznie polska scena tak mocno (i czy w ogóle) odbiega od europejskiej czołówki. Wśród zaproszonych gości m.in. Tomasz Waśko z Go Ahead, menedżerka duetu Catz N’ Dogz Maria Shepheard, muzyk Kev Fox i Dawid Rakowski, opiekujący się poznańskim klubem Projekt LAB. Punktem kulminacyjnym konferencji będzie ceremonia rozdania Munoludów, czyli najważniejszych nagród przyznawanych w klubowym środowisku. Na koniec wyczerpujące afterparty, którego gwiazdą będzie Patrice Baumel. [lech]

Poznański festiwal Enea Spring Break na dobre wpisał się w kalendarz rodzimych imprez, na których po prostu wypada się pojawić. Podczas trzydniowej imprezy dostajemy szybki przegląd wszystkiego co świeże, ciekawe i intrygujące na krajowej scenie muzycznej. Podczas czwartej edycji festiwalu odbywającej się pomiędzy 20 a 22 kwietnia w różnych miejscach Poznania zaprezentują się m.in. Fisz Emade Tworzywo, Organek, Domowe Melodie, Łona, Webber & The Pimps, Julia Pietrucha, Mitch & Mitch & Kassin, Anita Lipnicka, Wacław Zimpel, Snowman, Bry czy Lucy Rose. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej, bo cały urok imprezy polega na odkrywaniu nowych, często prawie nieznanych wykonawców, którzy swoje pięć minut mają dopiero przed sobą.

Krakers Cracow Gallery Weekend 21-23.04, Kraków,

Blonde Redhead 16.03, Warszawa, Proxima ul. Żwirki i Wigury 99a, start: 19.00

Dogrywka z blondynką Są takie zespoły, które zawsze będzie otaczać atmosfera kultu i uwielbienia. Jednym z nich jest Blonde Redhead. Trudno uwierzyć, że ten nowojorski kolektyw występuje na scenie już ponad dwadzieścia lat. Kiedy spojrzy się na stare zdjęcia widać,

Ugryźć kultury Jednoczą siły by pokazać pełnię artystycznego potencjału Krakowa. Prywatne galerie, publiczne instytucje, fundacje, stowarzyszenia i nieformalne grupy i stowarzyszenia. Wystawy w miejscach dobrze znanych i takich, które przy tej okazji można dopiero odkryć. W tym roku twórcy Krakersa, czyli Cracow Gallery Weekend, zdecydowali wpisać się w ważną dla polskiej sztuki rocznicę obchodów stulecia polskiej Awangardy. To w końcu w Krakowie w 1917 r. ku odbyła się pierwsza wystawa Ekspresjonistów Polskich, później nazywanych Formistami, którzy zasiali ferment w życiu artystycznym. Teraz Kraków znów ma stać się miejscem, gdzie sztuka wywołuje dyskusje. Program został podzielony na dwie zasadnicze części: wystawy oraz wydarzenia towarzyszące, takie jak spotkania z artystami, kolekcjonerami sztuki, panele dyskusyjne, warsztaty czy oprowadzania szlakiem krakowskich galerii. [js]

Wydarzenia


CANNES 2016

REZYSERIA ANDREA ARNOLD MAVEN PICTURES FILM4 AND BFI PRESENT A PARTS & LABOR PULSE FILMS PRODUCTION IN ASSOCIATION WITH MANDOWN PICTURES SASHA LANE RILEY KEOUGH AND SHIA LaBEOUF RAYMOND COALSON CHAD McKENZIE COX VERRONIKAH EZELL ARIELLE HOLMES GARRY HOWELL CRYSTAL B. ICE McCAUL LOMBARDI SHAWNA RAE MOSELEY DAKOTA POWERS ISAIAH STONE KENNETH KORY TUCKER CHRISTOPHER DAVID WRIGHT WILL PATTON “AMERICAN HONEY” EDITOR JOE BINI PRODUCTION DESIGNER KELLY McGEHEE PHOTOGRAPHY BY ROBBIE RYAN COSTUME DESIGNER ALEX BOVAIRD SOUND RECORDIST RASHAD OMAR SOUND DESIGNER NICOLAS BECKER CASTING BY JENNIFER VENDITTI LUCY PARDEE CO-PRODUCER JULIA OH EXECUTIVE PRODUCERS ROSE GARNETT DAVID KOSSE BEN ROBERTS LIZZIE FRANCKE CELINE RATTRAY TRUDIE STYLER CHARLOTTE UBBEN HARDY JUSTICE MARISA CLIFFORD PAUL GRINDEY MIKE GOODRIDGE MELISSA HOOK SHAHBAZIAN PRODUCED BY LARS KNUDSEN JAY VAN HOY POUYA SHAHBAZIAN ALICE WEINBERG THOMAS BENSKI LUCAS OCHOA WRITTEN AND DIRECTED BY ANDREA ARNOLD


HEART 2 ART artystyczny recykling

Możesz nie mieć kasy. Możesz nie mieć dużych zdolności artystycznych. Wystarczy, że masz chęci i energię do działania. Dorota Kowalska – założycielka projektu HEART 2 ART – przekonuje, że aby zrealizować ciekawy projekt, wystarczy po prostu zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Przekonała się o tym na własnej skórze. Teraz chce inspirować innych. HEART 2 ART to projekt, w którym sztuka łączy się z ideą recyklingu. Dorota zajmuje się wyrzuconymi meblami, które odrestaurowuje i naprawia. Odmienione przez nią przedmioty, a także przestrzenie mają przykuć oko pasjonata, stanowić inspiracje. Później mogą być dalej modyfikowane i wykorzystane w taki sposób, w jaki autor sobie wymarzy. Na tej zasadzie działają dwie inicjatywy: „Miejsca z duszą” – opuszczone powierzchnie przed rozbiórką stają się dzięki Dorocie przestrzenią wystawienniczą dla fotografów, malarzy i artystów – oraz „Luksusowy złom”, projekt mający na celu odnawianie pięknych przedmiotów znalezionych na wysypiskach. – Nie wyrzucajmy przedmiotów! – apeluje Dorota. – Moim celem jest przekonanie każdego Kowalskiego, że wykorzystując stare przedmioty, możemy zrobić coś nowego, o dużej wartości artystycznej i emocjonalnej. Otaczamy się nowymi przedmiotami, gromadzimy niepotrzebne meble i gadżety. Otwórzmy się na artystyczny recykling i pamiętajmy: wszyscy jesteśmy twórcami! Foto: Łukasz Jurak Fotografia


Teatr, który się wtrąca Zygmunt Hübner

luty 01 02 02

śr śr

03 03 04 04 05 05 06 06 11 16 12 17 16 17 18

pt pt

pt so

12.00 12.00 12.00 19.30 19.30 19.30 19.30 19.30 19.30 19.30 19.30 19.30 19.30 19.30 19.30 18.00 19.30 19.30 19.30 19.00

18 19

so nd

19.00 17.00

21 19 21 22

wt nd

22 23

śr

24 23 25

19.00 17.00 19.30 19.00 19.00 19.30 19.30 19.00 19.30 19.30

pt cz

26 24 28 25

nd pt

26

nd

27 28

wt

cz cz

so so nd nd pn pn so cz nd pt cz

wt śr

cz

so

wt so

Iwona, księżniczka z Burbona Iwona, Iwona, księżniczka księżniczka z Burbona z Burbona Wściekłość Wściekłość Wściekłość Wściekłość Wściekłość Wściekłość Wściekłość Wściekłość Wściekłość Wściekłość Mojo Mickybo Calineczka dla dorosłych Mojo Mickybo Calineczka dla dorosłych Calineczka dla dorosłych premiera Calineczka dla dorosłych Klątwa reż. Oliver Frljić premiera Klątwa Klątwa reż. Oliver Frljić Klątwa Klątwa Kuroń. Pasja według św. Jacka Klątwa Klątwa Kuroń. Pasja według św. Jacka Kuroń. KlątwaPasja według św. Jacka Kuroń. Pasja Pasja według według św. św. Jacka Jacka Kuroń.

19.30 19.00 Kuroń. KlątwaPasja według św. Jacka 19.00 Kuroń. Juliusz Pasja Cezar według św. Jacka 19.30 17.00 Kuroń. Juliusz Pasja Cezar według św. Jacka 19.30 19.00 19.00 19.00 19.00 19.00

Juliusz Cezar Juliusz Cezar Narysowałam więcej, niż tu widać Narysowałam więcej, niż tu widać Juliusz Cezar

scena scena mała mała scena scena mała mała scena scena duża duża scena duża scena duża scena duża scena duża scena duża scena duża scena duża scena duża scena mała scena mała scena mała scena mała scena mała scena scena mała duża scena duża scena duża scena duża scena duża scena mała scena duża scena duża scena mała scena mała scena duża scena mała scena mała scena scena mała duża

Klątwa

scena mała duża scena scena mała duża scena scena duża scena duża scena mała scena mała scena duża

marzec so

17

pt

18

so

19

nd

22 23 24 25 26 27 28 30 31

śr

nd pn wt śr cz so nd pn wt cz

cz pt so nd pn wt cz pt

19.00 17.00 19.00 19.30 19.30 19.30 19.30 18.00 19.30 19.30 19.20 19.20 19.30 19.20

Klątwa Klątwa Klątwa Nieznośnie długie objęcia Nieznośnie długie objęcia Nieznośnie długie objęcia Kuroń. Pasja według św. Jacka Kuroń. Pasja według św. Jacka Kuroń. Pasja według św. Jacka Kuroń. Pasja według św. Jacka Wściekłość Wściekłość Dziewczyny do wzięcia Wściekłość

19.30 18.00 19.20 18.00 19.30 18.00 19.30 18.00 19.00 19.30 19.00 19.00

Dziewczyny do wzięcia Dziewczyny do wzięcia Wściekłość Księgi Jakubowe Każdy dostanie to, w co wierzy Księgi Jakubowe Każdy dostanie to, w co wierzy Każdy dostanie to, w co wierzy

scena duża scena duża scena mała scena mała scena mała scena mała

scena mała scena mała scena duża scena duża scena mała scena duża scena mała scena mała scena duża scena duża scena mała scena duża scena mała scena mała scena duża

Każdy dostanie to, w co wierzy Lalka. najlepsze przed nami Lalka. najlepsze przed nami

scena mała

dzień seniora zniżka dla seniorów

Najbardziej katolicki spektakl w polskim teatrze ostatnich 30 lat. O wielkiej mocy przebaczenia, miłosierdzia i zapomnienia. Piękno, Dobro i Prawda. Bez asekuracji.

scena mała

Uroczystość wręczenia Nagrody im. Z. Hübnera

studencki wtorek / środa zniżka dla studentów

Oliver Frljić na motywach dramatu Stanisława Wyspiańskiego premiera 18 lutego 2017

scena duża

www.powszechny.com

scena duża scena duża

rodzina w teatrze spektakl dla rodziców / warsztaty dla dzieci

Patroni medialni

04 05 06 07 08 09 11 12 13 14 16


DIRECTOR TOMER

HEYMANN PRODUCER BARAK HEYMANN EXECUTIVE PRODUCER DIANA HOLTZBERG ITAI RAZIEL EDITORS ALON GREENBERG IDO MOCHRIK RON OMER MUSIC ISHAI ADAR SOUND DESIGN ALEX CLAUDE ARTISTIC ADVISORS TALLI VERNIA-HATSOR PIA FORSGREN RONI AZGAD RESERCHERS LILY YUDINSKY DANIELA REISS TALI SHAMIR-WERZBERGER

CINEMATOGRAPHER


Kolor na siłowni Nazywa siebie sportsmenką, której ciągle mało. Trudno się z tym kłócić, bo trenuje fitness, crossfit, pilates, jogę i boks. Podczas pokazowego treningu zorganizowanego razem z Gym Hero, Małgorzata Babilońska opowiedziała nam o pasji do zdrowego stylu życia, o prawidłowym doborze stroju do ćwiczeń, o najczęściej popełnianych błędach i o tym, że kolorowa, sportowa moda zaczyna wychodzić na ulice.

Od jak dawna trenujesz? Sport uprawiam od szkoły podstawowej, próbowałam wszystkiego. W dorosłym życiu związałam się z zawodowym sportowcem i zainteresowałam się boksem.. Sport w moim życiu odgrywa dużą rolę – od około trzech lat trenuje fitness i zostałam trenerką, więc mogę śmiało powiedzieć, że sport to dla mnie po prostu mój styl życia. Żyję sportowo, jem sportowo, ubieram się sportowo. Na co dzień także nosisz sportowe ubrania? Tak, jest mi po prostu tak wygodniej. Prowadzę dużo treningów, więc zarzucam sportową bluzę na strój do ćwiczeń i pędzę na siłownię. Naconależyzwracaćuwagęprzydoborzestrojudoćwiczeń? W strojach do ćwiczeń przede wszystkim ważna jest wygoda i jakość materiałów. Sama lubię ubrania dopasowane do sylwetki, np. elastyczne legginsy albo koszulki, które nie utrudniają ruchu. Komfort podczas treningu jest bardzo ważny. Dobrze dopasowany strój pomaga skupić się na poprawnym wykonywaniu ćwiczeń, a nie na notorycznym podwijaniu koszulki. Jakie są najczęściej popełniane błędy przy doborze sportowego stroju? Najczęściej źle dobiera się topy, czyli staniki do ćwiczeń, które powinny utrzymywać biust w bezruchu. Często do ćwiczeń kupuje się też za małe buty, a warto pamiętać, że powinny być o jeden rozmiar większe, niż nosimy na co dzieńj! Przy intensywnym treningu lepiej wybrać odzież termoaktywną – bawełna nie zdaje wtedy egzaminu i będziemy odczuwać dyskomfort. Czy w modzie sportowej także są trendy? Oczywiście! Co więcej, coraz bardziej modne staje się łączenie stylu sportowego z elegancją. Śmiejemy się czasem z koleżankami w szatni, że nie pamiętamy, kiedy ostatni raz włożyłyśmy szpilki. Dlatego kierując się doborem stroju to, jak wygląda, jaki ma krój, w jakim jest kolorze, ma dla nas znaczenie. Podczas godzinnego treningu widzimy swoje odbicia w lustrze i każda z nas lubi mieć na sobie strój w ciekawy wzór, który będzie wygodny i będzie skrywał niedoskonałości ciała. Wiele sportowych marek produkuje ubrania, które wpisują się w najnowsze trendy, a jednocześnie zachowują funkcjonalność.


VOO VOO

Me and That Man

Marek Dyjak

Renata Przemyk

Dylan.pl

Sztuka Kochania

7

Pierwszy śnieg

Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru DO NABYCIA W SALONACH EMPIK ORAZ NA

Songs of Love and Death

śpiewa piosenki Leonarda Cohena

Historia Michaliny Wisłockiej soundtrack


90

Od początku lutego możemy kupować kultowe Conversy w trzecim już sklepie marki w Polsce. W nowo otwartym lokalu w Galerii Mokotów w Warszawie znajdziemy ponad 100 różnych modeli sneakersów oraz szeroki wybór ubrań i akcesoriów, w tym (już od kwietnia) barwne Chuck Taylor All Star II Pastels, w sam raz na nadchodzący sezon festiwali muzycznych. 9 lutego w warszawskim kinie Iluzjon wystartowała najnowsza inicjatywa Radzimira Dębskiego o nazwie Projekt 30/90, w którym artysta zaprasza swoich fanów do współpracy. Wszyscy zainteresowani stworzeniem kawałka razem z JIMKIEM, niezależnie od tego, czy są muzykami, czy nie, mogą wysyłać nagrane przez siebie dźwięki, korzystając ze strony Projekt3090.pl. Gwiazdą najnowszej kampanii Zalando został A$AP Rocky, który wystąpił przed obiektywem w otoczeniu znanych i cenionych modelek. Jeden z najlepszych współczesnych raperów znany jest nie tylko z mocnych rymów, ale i z zamiłowania do mody. Pojawia się na pokazach najważniejszych projektantów i sam próbuje swoich sił w tej dziedzinie. W kampanii Zalando wystąpił za to w roli modela. 26 stycznia odbył się finał drugiej edycji projektu Chivas the Venture, który ma wspierać i promować innowacyjne startupy rozwiązujące istotne problemy społeczne. Polskie eliminacje wygrała firma NEXIBO, która opracowała testy genetyczne wykrywające choroby roślin w bardzo wczesnym stadium. Reprezentant Polski zmierzy się teraz ze startupami z całego świata w walce o milion dolarów.

Relacja


Nowe miejsca: bezgrzeszne Hawaje Tekst: Jonasz Tolopilo, foto: Filip Skrońc

W Warszawie brama do Raju znajduje się o dziwo pomiędzy Empikiem a pizzą serwowaną na kawałki przy rondzie z palmą. Żeby do niego trafić, trzeba przejść przez bramę, iść około stu metrów i wypatrywać neonu z cudowronkiem, zwanym też rajskim ptakiem. Zresztą wskazówki są dla większości niepotrzebne – wystarczy powiedzieć, że restauracja znajduje się w tym samym miejscu co imprezownia znana jako Niebo. Za dnia i wczesnym wieczorem po melanżu jednak ani widu, ani słychu. Przestrzeń Raju jest podzielona na dwie sale, w każdej rozstawiono po kilka stolików. Pierwsza przywodzi na myśl nadgorliwego ojca dziecka płci męskiej, który urządza pokój dla swojego potomka. Wszystko – ściany, okna, stoły i krzesła – zostało pomalowane na kolor błękitny. Druga, większa sala to po prostu dżungla – rośliny są tu wszędzie, a kwiatowe motywy można znaleźć nawet na podkładkach pod talerze. Niewiele jest ludzi, którzy wyobrażając sobie rajski jadłospis, widzieliby schabowego i zasmażkę – widzimy w nim zwykle co najmniej pierś z kurczaka z wolnego wybiegu faszerowaną niepryskanym szpinakiem i zapieczoną w szynce parmeńskiej. Ludzie z Raju zdecydowali się serwować gościom kuchnię hawajską – czyli trochę egzotyki w bezpiecznym wydaniu. Najbardziej znanym elementem tej kuchni są poke bowle, czyli miski wypełnione ryżem, rybą albo owocami morza z dodatkami w postaci warzyw i owoców. Zjedliśmy wersję z tatarem z tuńczyka z sosem sezamowym i opcję krewetkową. Obie bardzo zasmakowały, ale żółtą koszulkę lidera założylibyśmy raczej surowej rybie. Oprócz tego spróbowaliśmy waikiki tuna, czyli tuńczyka panierowanego w sezamie z kokosowym szpinakiem i sosem z mango, oraz Maui Pork Chop – schabu z kością z makaronem udon i salsą owocową. Wychodzi na to, że w hawajskiej kuchni zasmakuje też bardziej konserwatywna polska klientela, dla której obiad bez kotleta to nie obiad. Na deser dostaliśmy opiekane w karmelu pianki z haupią, czyli tradycyjnym hawajskim deserem na bazie mleka kokosowego. Bez niespodzianek, bo chyba nikt nie zakłada, że w Raju jedzenie jest takie sobie. Raj w Niebie. ul. Nowy Świat 21, Warszawa


Aktivist Redaktorka naczelna: Sylwia Kawalerowicz skawalerowicz@valkea.com Zastępca red. nacz. Jonasz Tolopilo jtolopilo@valkea.com Redaktorzy Film: Mariusz Mikliński Muzyka: Filip Kalinowski Moda: Anna Konieczyńska Redaktorka www Ola Pakieła opakiela@valkea.com PR manager, patronaty Daniel Jankowski djankowski@valkea.com Projekt graficzny magazynu, dyrektorka artystyczna Kaja Kusztra Korekta Mariusz Mikliński Stażysta Jan Słobodzian Współpracownicy Mateusz Adamski Kuba Armata Łukasz Chmielewski Piotr Czerkawski Małgorzata Halber Aleksander Hudzik Urszula Jabłońska Michał Kropiński Michał Mazur Marianna Medyńska Rita Osicka Rafał Rejowski Cyryl Rozwadowski Filip Skrońc Iza Smelczyńska Bernadetta Trusewicz Karol Owczarek Olga Wiechnik Vienio

Wydawca Beata Krawczak Reklama Ewa Dziduch, tel. 664 728 597 edziduch@valkea.com Milena Mazza, tel. 506 105 661 mmazza@valkea.com Dystrybucja Krzysztof Wiliński kwilinski@valkea.com Druk Zakład Poligraficzny „Techgraf”

Sesja okładkowa foto: Tomek Tyndyk, produkcja: Ewa Dziduch, Daniel Jankowski, stylizacja: Daniel Jankowski, makijaż: Dżesika Lachowicz Informacje o wydarzeniach prosimy zgłaszać przez formularz na stronie: aktivist.pl/zglos-informacje Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych. Za treść publikowanych ogłoszeń redakcja nie odpowiada. Redaktor naczelny nie odpowiada za treść materiałów reklamowych i konkursowych.

Valkea Media S.A. ul. Elbląska 15/17 01-747 Warszawa tel.: 022 257 75 00

aktivist.pl


96

jemiol.com Warszawa, ul. Mokotowska 26 Tel: 691 Lifetsyle,

Felieton

157 515, Poznań, Posnania Shopping &

Aktivist 201  
Advertisement