Issuu on Google+

listopa

Warszaw a Kraków Trójmias to Łódź Poznań Wrocław Katowice

d

173/2013 Made with

QRHacker.c

om

aktivist.pl

2013

głosujemy!


Damy radę. Damy radę. Damy radę...

„AKTIVIST” na iPada:

Nasza okładka Na okładce puszkami i słoikami żongluje wszechstronnie utalentowana Misia Furtak. Wokalistka wydała niedawno pierwszy solowy album zatytułowany „Epka”.

Nadszedł TEN czas. Czas NOMINACJI. Jak zwykle nie było łatwo, bo obrady naszego nocnomarkowego jury, które ma wyłonić najciekawszych uczestników życia miejsko-rozrywkowo-nocnego, zawsze są bardzo burzliwe. Ścierają się poglądy, sympatie i antypatie naszych redaktorów – bywa, że ktoś się obrazi i wyjdzie, trzaskając drzwiami, czasami ktoś się upija i obłąkańczo upiera przy jednej nominacji, trolując całą dyskusję, która zupełnie niespodziewanie zaczyna koncentrować się na jakimś pobocznym temacie. Tym razem było podobnie. Obrady trwały całymi godzinami, były momenty zwątpienia, niektórzy wypili za dużo whisky, nieobecni dosyłali swoje typy esemesami, kolejne markery się wypisywały, umieraliśmy z głodu, bo w ferworze debaty nikomu nie udało się dodzwonić do pizzerii. W końcu się udało. Przygotowaliśmy nominacje w kategoriach artysta, impreza i miejsce roku. Wreszcie z radością umywamy ręce i teraz, ha, ha, męczcie się wy – musicie zdecydować, kto powinien zwyciężyć i do kogo powinna trafić w tym roku nasza świecąca statuetka. Przyłóżcie rękę do sukcesu swoich ulubieńców. To od was zależy, kto zostanie laureatem Nocnych Marków 2013! Głosowanie trwa tylko do 22 listopada na aktivist.pl/nocnemarki. Sylwia Kawalerowicz redaktor naczelna

Ilustracja: Katarzyna Księżopolska www.ksiezopolska.com

Tylko n ielic sygnali zni potrafią w zować chęć w odpowiedni s ygłosz enia op posób inii. ą być.

i musz

Notatk


Freaki / kosz / trauma

Frajerzy są bardziej cool

Jeszcze kilka lat temu był zwykłym nauczycielem angielskiego i trenerem kosza w jednym z amerykańskich liceów. Teraz jest światowej sławy pisarzem, którego debiut – „Poradnik pozytywnego myślenia” – został zekranizowany w hollywoodzkiej obsadzie i zgarnął kilka Oscarów. W swojej kolejnej książce Matthew Quick powrócił jednak do liceum. Ku pokrzepieniu serc wszystkich nerdów, freaków i zwyczajnych dziwaków W oryginale twoja książka nosi tytuł „Boy 21”. Można go odczytywać dwojako. Z jednej strony sugeruje opowieść uniwersalną, o chłopcach około dwudziestki, którzy wkraczają w dorosłość. Z drugiej – jest to bardzo szczególna historia Russa, chłopaka, który prosi, by zwracać się do niego per „Numer 21”, gdyż z tym numerem gra w drużynie koszykarskiej. W ten sposób chce on uciec przed sobą samym. Chciałem zadać czytelnikom pytanie: kim właściwie jest ten chłopiec z numerem 21? Bo liczbę tę na koszulce ma też drugi bohater, Finley. Finley i Russ są jak bliźniacy, połączeni bolesną historią, tragediami, które oddzieliły ich od reszty „szczęściarzy”. Na pierwszy rzut oka Russa i Finleya dzieli wszystko. Finley jest biały, Russ jest czarny. Finley to biedak, Russ jest majętny. Finley to przeciętny zawodnik, Russ – geniusz kosza. Russ jest ze wschodu, z mieszczańskiej rodziny, po najlepszych szkołach. Finley to przedstawiciel tzw. white trash, taki trochę Eminem ze złej dzielnicy. Czytelnicy w Stanach uważają, że to naprawdę ciekawe – po raz pierwszy to biały jest w powieści gorzej sytuowany, mniej utalentowany, z mniejszą szansą na świetlaną przyszłość. Chciałem się zabawić konceptem, że niezależnie od tego, z jakiego środowiska pochodzisz i jaki masz kolor skóry, możesz mieć problemy z psychiką

Matthew Quick

Ur. 1976. Dorastał w New Jersey i tam też zdobył tytuł magistra literatury angielskiej. Zatrudnił się jako nauczyciel angielskiego, trener piłki nożnej i koszykówki oraz doradca psychologiczny dla trudnej młodzieży. Rzucił jednak pracę, żeby napisać pierwszą powieść – „Poradnik pozytywnego myślenia”. Pisał, mieszkając w tej samej dzielnicy, w której kiedyś chodził do liceum. Jego żoną jest pisarka i pianistka Alicia Bessette, obecnie mieszkają razem w Massachusetts. Do swojego liceum Quick ostatnio powrócił literacko – w „Niezbędniku obserwatorów gwiazd”.

i borykać się z traumą. Odmienne równania mogą dać ten sam wynik. Ból łączy mocniej, niż dzielą wszystkie społeczne dystynkcje. Oboje, Finley i Russ, są uważani za popapranych. Finley nigdy z tą opinią nie walczył. Ze względu na swoją pokorność był w szkole nazywany Białym Królikiem, tak jak bohater słynnego cyklu powieściowego Johna Updike’a, w którym z perspektywy pewnego koszykarza przedstawiona jest historia Stanów. Kiedy Russ pojawia się w szkole, natychmiast zostaje mianowany Czarnym Królikiem. Od tej pory obaj są nazywani Czarno-białymi Królikami, ale to dzięki temu zyskują nieoczekiwaną siłę. W pojedynkę się nie stawiali, wspólnie zaczynają mówić nie. Finley marzy, żeby wyrwać się z miasteczka. Russ chce stać się gwiazdą koszykówki. Russ, ze swoim zapleczem finansowym i wykształceniem, to wyjątkowy przypadek. O karierze koszykarza zwykle marzą dzieciaki z ubogich czarnych dzielnic. To dla nich możliwość awansu. Wejście do NBA staje się szansą na odcięcie się, nowe życie, bez rodzinnego i sąsiedzkiego obciążenia. Nie chciałem, żeby Russ musiał przejść tę drogę. Dałem mu szansę, żeby poza sportem myślał także o innych rzeczach. Nie jest bezmózgim sportowcem, który wierzy, że koszykówka zapewni mu szczęście. Koszykówka wydaje się jedną z bardziej nośnych metafor we współczesnej literaturze amerykańskiej. Koszykówka to jedyny sport w Ameryce, który możesz uprawiać, gdy nie masz kasy. Nie potrzebujesz niczego poza wygodnymi butami i kumplami, którzy wpuszczą cię na boisko. To bardzo równościowa gra – nie ma znaczenia, skąd pochodzisz, ale jak grasz. Dwutaktami i celnymi rzutami piszesz sobie zupełnie nową biografię. To bardzo wyzwalające. I bardzo amerykańskie. Możesz zmienić swój los, z pucybuta stać się milionerem. Rekruterzy NBA jeżdżą po Stanach w poszukiwaniu talentów – tym dzieciakom oferowane są później pieniądze, za które można by wyżywić całą dzielnicę. Trener kosza w twojej powieści daje zawodnikom rady, które spokojnie mogą się odnosić do życia poza boiskiem. Np.: „Nigdy nie przejmuj się niczym, czego nie możesz kontrolować w danym momencie”.

Naprawdę można przeżyć swoje życie według wytycznych sportowej gry? Przez wiele lat byłem trenerem koszykówki. Trafiałem na naprawdę dobrych zawodników, wkręcałem się w ich historie. W końcu doszedłem do takiego momentu, kiedy zorientowałem się, że koszykówka wcale nie jest ważna. A na pewno nie powinna być ważna dla dojrzewającego nastolatka. Że nie mogę tych zasad, które nią kierują, uważać za najistotniejsze. Otrzeźwiło mnie i odszedłem z pracy. Reguły gry sportowej nie są regułami gry społecznej, choć bardzo łatwo o takie porównanie. Pozwalam moim bohaterom wyzwolić się z błędnego przekonania, że sport ich uratuje. Muszą uratować się sami. Choć kochają koszykówkę, dochodzą do wniosku, że nie uda im się uciec przed życiem. Tylko powieściowy trener nie zmienia swojego nastawienia. Czasem to aż głupie. Traktuje koszykówkę jak uniwersalne dobro. Jak mówi o nim Finley – człowiek z młotkiem w ręku wszędzie widzi gwoździe. Wybrałeś liceum jako tło swojej opowieści. Amerykański ogólniak to dla mnie symbol miejsca, w którym rozdawane są karty na przyszłość – kto będzie kim i z kim, kto jest cool, a kto do bani, kto jest popularny, a kto wyrzutkiem, co jest normalne, a co określane jako dziwne. Finley i Russ są freakami, przepięknie dziwacznymi dzieciakami. Ale nie wstydzą się tego zupełnie. Akceptują to. Nie chcą z tego rezygnować, żeby się dopasować. Wręcz przeciwnie – w pewnym momencie dają sygnał, że to raczej większość powinna swoim zachowaniem dopasować się do nich. W liceum te role – kto kim jest – są bardzo ograniczające dla nastolatków. Skoro jestem koszykarzem, to nie mogę być intelektualistą. Skoro jestem nieśmiałą romantyczką, nie mogę wymiatać z matmy. Skoro jestem cool, to jak mogę zadawać się ludźmi, którzy nie są cool. Dostajemy zestaw kategorii, w które się wpychamy. Ale liceum jest też szansą, aby nauczyć się nie tylko wchodzić w role, ale i z nich wychodzić. Nigdy nie jest to taka radykalna walka. Na śmierć i życie. Ważne, żeby nie dać się sformatować, trzeba poznać mechanizmy tego formatowania. To bardzo przydaje się w dorosłym życiu. A ty byłeś popularnym czy dziwnym dzieciakiem? I tym, i tym. Świetnie wpasowywałem się w otoczenie. Byłem dziwny tak od środka.


Na pierwszych stronach „Niezbędnika” piszesz, że Finley uwielbiał grać w kosza także dlatego, że jest to powtarzalna czynność, w której może się zupełnie zatracić. Żyjemy w epoce powtórzenia. Jakie są tego konsekwencje? Myślę, że powtarzanie jest bardzo niebezpieczne. Finley je lubi, bo wyłącza myślenie. Powtarzanie blokuje też ból, więc rozumiem, dlaczego ludzie całe dnie lajkują na Facebooku czy oglądają kolejne seriale. Ale to jednocześnie pozbawia zdolności przeżywania życia.

W New Jersey, dzielnicy, w której dorastałem, faceci nie mają przyzwolenia na gadanie o swoich emocjach. Grałem w kosza jak moi bohaterowie. Pomysł, że można być pisarzem, był zupełnym absurdem. Jako nastolatek nie miałem więc wyboru i udawałem, że jestem taki sam jak moi koledzy, że ani mi w głowie jakaś pisanina. Byłem świetny w przekonywaniu ich, że jestem taki sam. Lęki, niepokoje, problemy z tożsamością, wszystko przeżywałem w ukryciu. Przez wszystko przeżerałem się sam. Na zewnątrz pozostawałem prosty i pogodny. Dlatego dla wielu osób z mojej dzielnicy fakt, że zacząłem pisać książki, był totalnym zaskoczeniem. Teraz, dzięki temu, że jestem pisarzem, mogę jeździć po świecie i opowiadać o moich nastoletnich potyczkach, licząc na to, że pomogę innemu nastolatkowi, który przeżywa te same koszmary. I pomogę mu te koszmary pokochać. W końcu to, co sprawiło, że widziano we mnie dziwaka, pozwoliło mi jednocześnie stać się artystą. Zaakceptowanie konieczności przeżywania bolesnych emocji jest najtrudniejsze, jeśli wybierze się tę drogę życiową. Musisz zaakceptować, że pozostaną częścią ciebie. Że nie możesz szukać pocieszenia w dopasowywaniu się do grupy, w konformizmie. Jeśli to zrobisz – zabijesz w sobie artystę. Takie są konsekwencje. Trzeba jednak czasem gdzieś odpocząć. Musisz mieć swój własny świat. Gdzie uciekniesz od ludzi i od siebie samego. Taki świat ma Russ – jest to dosłownie kosmos, ale przecież można też wymyślić swój własny kosmos, w którym da się schować. Sztuka też może być takim kosmosem. Albo persona, w którą się wcielisz. Russ w pewnym momencie oznajmia wszystkim, że jest przybyszem z kosmosu, zakłada kask i kombinezon i tak idzie do szkoły. Ma tyle charyzmy, że nagle z dziwaka staje się idolem. Bycie charyzmatycznym dziwakiem jest dobrym punktem wyjścia dla przyszłej gwiazdy. Takiej, jak chociażby, David Bowie. Dla Russa ten kostium to także zbroja. To sposób, żeby powiedzieć ludziom – hej, nie jestem taki jak wy, nigdy nie będę. Tarcza, która każe im trzymać się na dystans. Nigdy nie dotrą do prawdziwego Russa. Jeśli ktoś potrafi zobaczyć prawdziwego człowieka przez maskę, to tylko osoba, która po usłyszeniu zdania: „jestem z kosmosu”, nie popuka się w czoło, ale dojrzy w tym metaforę, piękną opowieść, za którą warto iść. To taki test na wrażliwość. Nastolatki nieustannie wymyślają persony, udają, próbują. Podobnie artyści. Społeczeństwo często nie dostrzega, jaki ból się za tym kryje. Kiedy Russ przychodzi do szkoły ubrany jak kosmita, wszyscy interesują się tylko tym, czy wygra następny mecz, czy rzuci za trzy. Nikt nie zastanawia się nad tym kostiumem. Jest dziwny i tyle. W „Niezbędniku” przywołujesz trzy powieści. Updike’a z serią o Króliku, Ralpha Ellisona z „Niewidzialnym człowiekiem” i J.K. Rowling

z „Harrym Potterem”. I – o dziwo – właśnie ta ostatnia książka jest najważniejsza. Nie klasyka literatury, ale opowieść o chłopaku, który dowiaduje się, że jest czarodziejem. Uwielbiam Updike’a i Ellisona, prowadziłem lekcje dotyczące tych książek. Ale nastolatki potrzebują też takich opowieści, jak „Harry Potter”. Russ jest czarny, Finley jest biały, ale obydwaj są dzieciakami. Przeszli straszne rzeczy, wyglądają już jak faceci, ale nadal są małolatami, których wciągają historie z przygodami i fantastycznymi stworami. Pamiętam, jak z moimi uczniami poważnie dyskutowałem np. o „Niewidzialnym człowieku”, ale nagle ktoś mówił coś tak dziecinnego, że orientowałem się, że przecież oni wszyscy tylko udają dorosłych, jeszcze nimi nie są, choć jakby im coś takiego zasugerować, śmiertelnie by się obrazili. Russ może rozmawiać o Ellisonie, może też gadać o Potterze. Ta podwójność, to bycie pomiędzy, jest charakterystyczne dla lat nastoletnich i najbardziej w nich pociągające. Popkultura nie tylko psuje, ale i ratuje nastolatków. Nie znoszę pseudointelektualistów, którzy snobują się, udając, że nie wiedzą nawet, co to popkultura. W ten sposób znają tylko połowę prawdy, choć sądzą, że pozjadali wszystkie rozumy. „Niewidzialny człowiek” opowiada o tym, że społeczeństwo ma tendencję do wykluczania. „Harry Potter” dokładnie o tym samym – o tym, jak możesz być naznaczony przez swoją inność. Odmienna forma, ale opowieść podobna.

„Niezbędnik” to także książka o poświęceniu. Naprawdę uważasz, że w dzisiejszym świecie, pełnym narcyzów i egotyków, umiemy się poświęcać? Wierzę. Szczególnie potrafią to nastolatki. Oni naprawdę chcą wierzyć, że jest dobro i zło, chcą nauczyć się być porządnymi ludźmi. Później zostaje im to wybite z głowy. To my jesteśmy bardziej zepsuci niż ta tzw. trudna młodzież. Możemy się od nich wiele nauczyć. W swojej książce zastanawiasz się też nad pojęciem wyjątkowości. Kto jest wyjątkowy? Kto jest tak postrzegany? Dlaczego pewne role od razu są uznawane za wyjątkowe – jak np. gwiazda koszykówki czy światowej sławy pisarz – a inne za przeciętne, np. gospodyni domowa czy mechanik? Mam przyjaciółkę, siostrę zakonną, która bardzo lubi moje powieści. Powiedziała, że jej zdaniem sens życia znajdujesz wtedy, kiedy odkrywasz swoją misję. To sformułowanie trochę mnie przeraziło. Jaką misję? To brzmi tak pompatycznie. Ja nie mam misji, tylko piszę książki. Ale potem zrozumiałem, że kiedy masz talent, wraz z nim przychodzi odpowiedzialność. I używanie tego talentu odpowiedzialnie jest misją – właśnie to składa się na wyjątkowość. Trzeba też umieć za to zapłacić. To nie jest tak, że wraz z realizacją misji wchodzisz na Olimp egzystencjalny i nic cię nie rusza. Musisz umieć z trudności destylować paliwo do kolejnych misji. To taki rodzaj codziennej podróży w kosmos. Rozmawiała: Karolina Sulej

Matthew Quick

Niezbędnik obserwatorów gwiazd

Wydawnictwo Otwarte „Niezbędnik obserwatorów gwiazd” to opowieść o dojrzewaniu. Amerykańska literatura często eksploruje tę rozległą tematykę. Niestety od czasów „Buszującego w zbożu” J.D. Sallingera czy „W drodze” Kerouaca dużo trafniejsze diagnozy czasu dorastania niż literatura stawiało kino – w filmach takich jak choćby „Co gryzie Gilberta Grape’a” czy „Moje własne Idaho”. Powieść Quicka też jest bardzo filmowa – bierze na warsztat klasyczny, znany z mainstreamowego kina obraz amerykańskiego liceum, a potem pogłębia go, gmatwa, problematyzuje, podważa stereotypy. Mamy tu więc chłopaka, który jest genialnym koszykarzem, ale nie chce grać, bo woli wyobraża�� sobie, że przyleciał z kosmosu. Jest też drugi chłopak, który mało mówi, niezbyt się wyróżnia, ale jego dziewczyną jest najlepsza sportsmenka w szkole. Jest też inny koszykarz, który kocha literaturę i zakłada klub czytelniczy. Za każdym standardowym obrazem kryje się wyjątkowa historia. Koszykówka staje się pretekstem, żeby opowiedzieć o traumie, miłości, uprzedzeniach, nadziejach i rozczarowaniach, które przeżywa dorastający nastolatek. Sport okazuje się idealnym narzędziem do zdania relacji z okresu burzy i naporu. Przekonał nas już o tym zresztą Jonathan Franzen w „Wolności”, w której bohaterka także rozwija karierę sportową. Quick to oczywiście nie Franzen i w jego książce nie znajdziemy ani epickiego języka, ani politycznego tła, ani piętrowych konstrukcji fabularnych. „Niezbędnik” to prosta, ale naprawdę wzruszająca książeczka o tym, że w życiu każdego przychodzi taki moment, kiedy dowiaduje się on, co naprawdę jest ważne, i decyduje, co z tym zrobić. Nawet jeśli opowieść Quicka podana jest w sosie z przewagą lukru i jednym ze wzorów do naśladowania jest tam Harry Potter, to dobrze przypomnieć sobie, że liceum to nie tylko matma i gegra, ale też laboratorium pytań, które będą powracać do końca życia.


Kluska / kilof / Barbórka

Czarne ręce, złote serce Grubiorz, colsztok, kelnia. Wbrew pozorom nie są to nazwy grzybów czy porostów, tylko śląskie określenia górnika, miarki i chochelki. Prawda, że piękne? Z takiego przynajmniej założenia wyszedł Manio, który zakochał się w lokalnej gwarze i estetyce. Zakochał do pierwszej krwi, bo zaczął tatuować po śląsku. I to bardzo gryfnie „Manio, jak będziesz chciał, to zawsze mogę nauczyć cię tatuować”, powiedział mu kiedyś przyjaciel przy piwie. A wiadomo. Męskie rozmowy przy alkoholu zobowiązują. Jeszcze dwa lata temu Maniek tatuaże miał tylko na swoim ciele. Dziś ma całą teczkę prac i pomysłów. Głównie śląskich. Zanim jednak trafił na trop kopalni i grubiorzy, robił to, o co inni go prosili. – Tribale, imiona żon i czaszki. Najpierw przez tydzień uczyłem się na sztucznej skórze, ale reagowała zupełnie inaczej niż ludzka. Potem dziarałem chłopaków, których nie stać było na tatuaże, a lubili mieć ich sporo. Uczyłem się na ludziach – opowiada.

Gruba czarna linia

Na początku wszystko działo się przypadkowo. Dopiero gdy Manio dostał propozycję z katowickiego salonu Rock’n’Roll, jego historia zaczęła się układać. Czuje się tam jak u siebie. Sam pochodzi z Bełchatowa, o którym i tak wszyscy myślą, że leży na Śląsku. – Rzeczywiście, mamy tam kopalnie, ale zupełnie inne niż te tutaj. Ślązakiem więc nie jestem, ale czuję się bardzo związany z tym regionem. Gdyby była tu jakaś szkoła śląskiego, to chętnie bym się do niej zapisał. Katowice to pierwsze miasto, w którym czuję się tak dobrze. Ludzie tu

są normalni. Czas płynie powoli – tłumaczy. Z tym czasem to trochę przesada. Może i płynie powoli, ale nie dla Mania, którego trudno złapać. Tatuuje od rana do wieczora. W przerwach rysuje i szuka śląskich inspiracji. W swojej kolekcji ma chociażby dwa skrzyżowane kilofy i napis „tradycja rodzinna”, wagonik z węglem czy młot z uroczym mottem „bez młota nie robota”. – Jestem podwórkowym chłopakiem – żartuje. – Lubię proste rzeczy. Proste kreski, proste cieniowanie i proste życie. Tatuaż to dla mnie tylko ozdoba. Kiedy miałem 19 lat, zrobiłem sobie na długość ręki czarny pasek. Głównie dlatego, że mi się podobał. Ludzie lubią przypisywać mu jakieś znaczenie. A dla mnie to po prostu czarna linia – dodaje. Jak na tatuatora Manio nie może pochwalić się zbyt wieloma tatuażami. Żartuje, że specjalnie ich nie lubi. Nigdy też nie zrobiłby tatuażu swojej dziewczynie, bo musiałby na niego zbyt często patrzeć. Do swojego zawodu podchodzi dość technicznie. Złej rzeczy nie zrobi, ale nie w swoim guście owszem. – Jak coś jest słabe, to po prostu mówię to pacjentowi. Jak się dalej upiera, to mu to robię, choć czasem zdarza mi się odmówić. Lubię robić napisy, bo ćwiczę sobie kontur. Nie zastanawiam się specjalnie, po co komu imię żony czy dziecka – śmieje się.

Śląski ślad

W natłoku róż, wyznań miłosnych i kotwic zdarza się jednak czasem śląski ślad. – Są to głównie ludzie stąd, którzy chcą w ten sposób pokazać swój związek z regionem. Chłopak, któremu wytatuowałem górnika na przedramieniu, nigdy nawet nie był w kopalni. Za to jego dziadek pracował w dole. Tatuaż jest trochę na jego cześć – opowiada. Co ciekawe, śląskie tatuaże wybierają głównie mężczyźni. Może dlatego, że są dość mocne w wyrazie. Kilof, szyb, młot. Kiedy pytam Mania o wersję dla kobiet, śmieje się, że mógłby zrobić Barbórkę. Po chwili dorzuca jeszcze kluskę śląską i roladę, ale nie jest przekonany do tego pomysłu. Może więc lepszy byłby jakiś napis po śląsku. Ostatnio stworzył całą serię tatuaży gwarą, ale klienci specjalnie się o nie nie biją. – Rzadko kiedy słyszy się tu śląską gwarę. Niestety zamiast kultywować język i tradycje produkuje się kolejne gadżety ze Śląskiem i gubi się to, co istotne – mówi. Manio zgubić nie chce. Robi więc kolejne szkice i nie poddaje się. Ślązakiem nie jest, ale być nim może. Nowa tradycja rodzinna. Tekst: Olga Święcicka


spuścizny. Do opracowywania pomysłów zaproszono wszystkich mieszkańców. Wygrały m.in. „Balony” wymyślone przez 10-latkę, „Rower” rysownika Jethro Brice’a, „Karnawał w St. Paul” fotografa Marka Simmonsa i „Graffiti Tiger” Alexa Lucasa, uznawany za hołd dla Banksy’ego. Tygrys wypisuje na murze hasło „O, Liberty”. Leeds do zaprojektowania swoich banknotów postanowiło zatrudnić lokalnego artystę Toma Morgana, niezależnego grafika internetowego. Nazwę Ludosami wymyśliła Emma Bearman, prowadząca CultureVulture, popularny blog o życiu miasta. Nazwa miała sugerować zabawę oraz nawiązywać do dawnej nazwy metropolii – Leodis.

Godzina za godziną

Kasa / mniszek / kawa

Dwa Bowie za kolację Średniej wielkości domówka w londyńskim Brixton może kosztować kilkanaście Davidów Bowiech albo kilka Vincentów van Goghów. Jeśli będzie brakowało drobnych, możesz dopłacić radykalną feministką, Olive Morris Wszystkie te postaci znajdują się na banknotach lokalnej waluty – funta brixtońskiego. Bowie to dziesięć funtów, van Gogh – 20, a Olive – jeden funciak. Niedawno ta lokalna waluta hucznie obchodziła czwartą rocznicę wejścia do obiegu. Okoliczni mieszkańcy zebrali się więc w tapas barze Seven Brixton na Brixton Market. Market to hala targowa, przestrzeń z knajpami i delikatesami, gdzie każdy może przynieść własny alkohol i siedzieć, gdzie chce – nawet na paletach na zapleczu baru. To ulubione miejsce spotkań brikstończyków i jednocześnie przestrzeń, gdzie za wszystko można płacić lokalnymi pieniędzmi. Na banknotach – tzw. „local heroes”, czyli sławne postaci historyczne, których biografie wiązały się w jakiś sposób z dzielnicą. Jest więc Kwesi Garrison, który zajmował się historią Afrykanów w Wielkiej Brytanii, jest koszykarz Luol Deng, jest Violette Szabo, agentka wywiadu, czy walcząca o prawa dla squattersów Olive Morris. Są wreszcie – Vincent van Gogh, którego pobyt w Brixton „zmienił na zawsze”, oraz honorowy obywatel dzielnicy, David Bowie, który wraz z rodziną mieszkał przy 40 Stansfield Road.

Alterglobalnie

Marta Owczarek, która od kilku lat mieszka w Londynie, a od paru miesięcy w Brixton, twierdzi,

że lokalny pieniądz cementuje okoliczną wspólnotę i sprzyja bardziej osobistym kontaktom między kupującym a sprzedającym. – Bardzo dobrze jest wiedzieć, że oprócz wielkich koncernów i sieciówek są też inicjatywy, które wspierają nasze małe sklepy i biznesy. Chętnie się do tego przyczyniam. Twórcy Brixton Pound promują lokalny biznes zamiast tylko krytykować to, że na głównej ulicy jest Starbucks naprzeciwko Costa Coffee. Brixton Pound popularyzuje te zmiany – wiem, że za rogiem jest np. lokalna Federation Coffee, gdzie zapłacę Brixton Poundami i nie będę wspierać megasieciówki, lecz kawiarnię, gdzie znam ludzi. Dodatkowo, jeśli założysz internetowe konto Bƒ, dostajesz 10% zniżki – za dziesięć brytyjskich funtów dostajesz 11 brixtońskich. Dla mnie to sporo. Mogę się też dowiadywać o fajnych miejscach, szukając na stronie Bƒ sklepów czy barów partycypujących w takiej wymianie pieniężnej – komentuje Marta.

Banknot dla Banksy’ego

Funty lokalne w Wielkiej Brytanii pojawiły się w ostatnich latach m.in. także w Bristolu i Leeds. Waluta bristolska ma odzwierciedlać charakter miasta – jego umiłowanie ekologii, różnorodność kulturową i kreatywne podejście do przemysłowej

Wielka Brytania to jednak niejedyne państwo, które pozwoliło sobie na rozwój lokalnych walut. Pierwsze były amerykańskie hoursy. Na banknotach pojawiło się sformułowanie „In Ithaca we trust”, grające na nosie mottu „In God we trust” z krajowych dolarów. Nazwa wzięła się stąd, iż przelicznik waluty oparty jest na średniej godzinowej stawce za pracę w regionie. Zatem jeden hour odpowiada dziesięciu dolarom. Hoursy są silnie związane z gazetą „Ithaca Money”, która publikuje informacje dotyczące lokalnej ekonomii, inicjatyw samopomocy wewnątrz społeczności lokalnej i korzyści płynących z własnej waluty. Po sukcesie hours w Stanach pojawiły się m.in. Salt Spring Dollars czy Berkshares. Banknoty Berkshares to jednostka monetarna w Massachusetts. Projektują je lokalni artyści o odmiennych stylach. Są więc romantyczne krajobrazy, zmysłowe martwe natury, architektura, wnętrza. Rewolucja dotarła również do Europy. W Hamburgu płaci się banknotami Alto, zaprojektowanymi przez ulicznego artystę i grafficiarza DAIM-a. Chaotyczne bukiety połamanych kresek pędzą przez banknot – w żółtym, zielonym i różowym kolorze. W Bawarii z kolei zaczęło się od szkolnego projektu Christiana Gelleriego, nauczyciela ekonomii. Chciał on w nowy sposób pokazać grupie 14-latków, jak działa świat finansów. Uczniowie stworzyli własną walutę, która miała obowiązywać w miejscowych sklepach i firmach. Ich Chiemgauer (nazwa pochodzi od jednego z regionów Bawarii) stał się popularną walutą alternatywną. Póki co pora więc chyba wybrać się na wycieczkę do Brixton – płacenie liliowym Davidem prosto z okładki płyty „Alladin Sane” jest niezapomnianym doświadczeniem, nawet jeśli kupujesz tylko chleb tostowy i najtańszy cydr.

Dobra kasa

Rodzimi fani walutowej rewolucji uważają, że najwyższy czas poeksperymentować i u nas. Od kilku tygodni mamy polską walutę lokalną – nazywa się Dobry i ma obowiązywać w Kielcach. Wciąż trwają prace nad jej wdrożeniem. Zamiast orła zdobi ją mniszek lekarski i ma, jak twierdzą pomysłodawcy, pomóc budować ekonomiczną niezależność od wielkich systemów państwowych. Projekt Polskiej Waluty Lokalnej został rozpoczęty w maju tego roku konkursem na nazwę (inne propozycje, odrzucone, to np.: Logos, Piast, Dukat). Skromna akcja na Facebooku przyniosła w dwa i pół miesiąca ponad cztery tysiące zainteresowanych, którzy polubili projekt i dostrzegli możliwość wprowadzenia waluty w Polsce. Na razie inicjatorom akcji jednak brakuje kilku rzeczy. Po pierwsze – siły przebicia, po drugie – funduszy w polskich złotych, po trzecie – chwytliwego pomysłu graficznego. Tekst: Karolina Sulej


Witamy po wakacjach!

VN-712 PC • 10GB pamięci (8GB karta + 2GB pamięć wewn.) • 4113 godzin nagrań

NAJLEPSZY W SWOJEJ KLASIE

MOBILNOŚĆ

WS-812 PC • 20GB pamięci (16GB karta + 4GB pamięć wewn.) • 5000 godzin nagrań • 6500 utworów MP3 • 28 filmów

JAKOŚĆ DŹWIĘKU

VN-405PC • funkcja aktywacji nagrania głosem • wysoka wydajność • podłączenie do PC

Dowiedz się więcej na: www.dyktafonyolympus.pl


Top 5 / Mafia / Tapeta

między grobami Wizyta na cmentarzu kojarzy nam się zazwyczaj z pierwszolistopadowym tłokiem, ciotkami plotkującymi pośród festyniarskich zniczy oraz młodymi gotami robiącymi sobie sesje zdjęciowe na Facebooka. Polskie nekropolie bardzo często przypominają blokowiska z wielkiej płyty – zero klimatu, zero urody. Są jednak na świecie takie cmentarze, które sprawią, że poczujecie na plecach dreszcz emocji

1.

Skogskyrkogården (Sztokholm)

2.

Cmentarz miejski w Cavtat

3.

Kerepesi (Budapeszt)

4.

Cmentarz Centralny (Szczecin)

5.

Cmentarz mafii w Culiacán

Pierwsze, co olśniewa po przekroczeniu bramy tego nieziemskiego miejsca, to przeogromna zielona łąka. Ponoć projektanci chcieli nawiązać do biblijnego wyobrażenia nieba, nam jednak przyszło do głowy coś bardziej banalnego – sielska tapeta Windows XP. Po zachwytach i zdjęciach pora postawić sobie pytanie: „Gdzie te groby?”, i w ich poszukiwaniu zagłębić się w pobliski las. Na największym sztokholmskim cmentarzu nie ma klasycznych nagrobków, lecz małe poukrywane między drzewami i mchem płytki, dookoła których jak mrówki uwijają się zdyscyplinowane ekipy porządkowe. Jeśli tylko nie patrzymy pod nogi, to trudno uniknąć wrażenia, że otaczają nas jedynie strzeliste sosny. Spacer po tym pięknym parku nie może się odbyć bez wizyty na grobie Grety Garbo, która jak prawdziwa księżniczka spoczęła na wzgórzu w samym sercu bajkowego lasu.

Pewnie nigdy nie słyszeliście o tym malutkim kurorcie na południu Chorwacji, ale jeśli tylko będziecie mieli okazję odwiedzić południową Dalmację, to poza plażowaniem nie możecie przegapić morderczej wspinaczki na tamtejsze cmentarne wzgórze. Spomiędzy torpedowanych bezlitosnym upałem nagrobków wyłania się bowiem jeden z najpiękniejszych widoków na Adriatyk. Jest tak pięknie, że można tam stać aż do utraty tchu, co zapewne wam się przydarzy, jeśli tylko nie znajdziecie cienia. Najlepszym źródłem chłodu jest tu jedyny na wzgórzu budynek. Marmurowe mauzoleum wykuto w skale na cześć znanej rodziny kupieckiej. Jest pełne swoistej symboliki, a jego sklepienie zdobią rzeźby 182 aniołów, z których każdy różni się od swojego sąsiada.

Najbardziej „gotyckie” miejsce w naszym zestawieniu. Wierzby, bluszcz, żwirowe alejki i kompletna cisza. A pomiędzy nimi prawdziwe arcydzieła sztuki kamieniarskiej. Takich rzeźb nie zobaczycie chyba nigdzie na świecie. Każdy pomnik to inna epoka i inna historia. Śpiąca Lujza Blaha (węgierska aktorka), kamienna menażeria oraz Chrystus i Maria w najróżniejszych postaciach. Jednak kiedy z każdej strony widzimy spoglądające na nas puste oczodoły i odsłonięte groby, bajka zamienia się raczej w koszmar z „Wywiadu z wampirem”. Sielsko robi się znów na łące, na skraju której stoi mauzoleum Lajosa Kossutha, wybudowane w rozbuchanym antycznym stylu, i kilka „artystycznych” grobów, wśród których uwagę zwraca przedziwny pomnik z groźnymi mnichami i pełnymi radości kreskówkowymi końmi.

Żeby nie było, że w Polsce poza Powązkami i Pęksowym Brzyzkiem króluje beton i sztampa, polecamy wyprawę do Szczecina. Tamtejszy Cmentarz Centralny to jedna z największych nekropolii świata. Zwiedzanie go to ciężkie zadanie, bo poza ogromną liczbą grobów czeka na nas kilkanaście pomników, kilkadziesiąt stylowych grobów rodzinnych, fontanna (a może to mały staw?), dwa potoki, lapidarium, a nawet ścieżki przyrodnicze z unikalną roślinnością! Jak zatem widać, atrakcji nie brakuje, a na 167 hektarach zieleni można się zagubić na wiele godzin. Wybierzcie się na alternatywny spacer, którego na pewno nie będą zakłócać rozwrzeszczane dzieciaki i grający w piłkę małolaci.

Chyba każde miasto położone na pograniczu Meksyku i USA ma swój mafijny cmentarz, jednak to właśnie znajdujśce się bardziej na południu Culiacán najczęściej pojawia się na kartach sensacyjnych powieści i reportaży. Miejsce, do którego na ostatni spoczynek udają się obwieszeni kajdanami bossowie, to kompletnie inna bajka niż stonowane europejskie nekropolie. Zbudowane pośród pustynnego kurzu i gruzów betonowe bryły to sanktuaria konsumpcjonizmu i doczesnych radości. Wypełnione elektronicznymi gadżetami przypominają małe domki, w których rodzina może spędzać całe godziny. Zwiedzenie tych katakumb jest jednak prawie niemożliwe – jako jedne z niewielu na świecie posiadają one nie tylko klimatyzację, lecz także uzbrojoną ochronę… Tekst: Michał Kropiński


węch / odór / ulicA

Coś tu śmierdzi Czujesz ten zapach? Skup się na chwilę. Reklama na następnej stronie ma ostrą i drażniącą woń druku. Litery pachną łagodniej, ale wciąż chemicznie. A twoje ręce? Potrzyj palcami papier i je powąchaj. Nadgarstek, włosy, ślina. Wszystko pachnie. Ekscentryczna Sissel Tolaas od ponad 20 lat zajmuje się tylko wąchaniem. I nie ma sobie równych Elegancka czarna sukienka, perfekcyjny makijaż, wysokie obcasy. Sissel Tolaas niczym nie różniłaby się od reszty kobiet zaproszonych na wieczór otwarcia Berlinale, gdyby nie jej zapach. Intensywny i nieobojętny. Na ten specjalny wieczór Sissel wybrała mieszankę odoru śmieci i psich odchodów. Zdenerwowani goście rozglądają się po sali. Nie wypada pytać wprost, ale wytrzymać jest trudno. Prowokacja to drugie imię niepozornej blondynki. Na co dzień nie używa perfum i dezodorantu, bo uważa, że maskowanie naturalnych zapachów jest zbrodnią. Jeśli już czymś się psika, to albo zapachem swojej córki, albo kontrowersyjnymi mieszankami. Zdarzało jej się już pachnieć strachem czy paranoją. Próbki pobierała od amerykańskich żołnierzy, którzy cierpieli na rodzaj powojennej traumy. Badanie ludzkich reakcji na te zapachy to rodzaj perwersyjnej gry, w którą artystka wciąga otoczenie. Paranoja np. bardzo denerwowała kobiety i przyciągała mężczyzn, strach natomiast głównie irytował młodych chłopców. Sissel wie, co robi, bo od ponad 20 lat zajmuje się tylko wąchaniem. W swoim berlińskim mieszkaniu zgromadziła prawie siedem tysięcy różnych zapachów: od tenisówek Davida Beckhama, których woń składa się z tych samych cząsteczek co bawarski ser, przez zapachy paryskich ulic i pierwszej wojny światowej. Sissel kocha wyzwania, a jej nos nie ma sobie równych. To, co jednak najważniejsze w jej pracy, to misja. Norweżka nie tylko wącha, ale też edukuje, bo węch to jeden z najważniejszych zmysłów, który notorycznie jest przez nas ignorowany.

W gąszczu kebabów, szczyn i brudu

Ekscentryczna badaczka, która ma za sobą zarówno studia chemiczno-matematyczne, jak i artystyczno-

-filozoficzne, urodziła się na statku między Norwegią i Islandią. Jej mama była piękna i młoda, a ojciec był zawadiackim marynarzem. Nie byli ze sobą długo. Sissel dorastała w mieszczańskim środowisku i od dziecka czuła, że do niego nie pasuje. Gdy tylko trochę podrosła, postanowiła uciec z zachowawczej Skandynawii. Były lata 80. i młoda badaczka obrała kierunek na wschód. Do Rosji jej nie wpuszczono, więc wybrała Warszawę. Niestety wówczas jeszcze nie zajmowała się zapachem, więc na temat pachnącego komunizmu ma niewiele do powiedzenia. Pamięta za to dobrze, jak wsiadła w Oslo do pociągu i zdała sobie sprawę, że nie zna ani jednego słowa po polsku. Całą drogę słuchała więc „Warszawy” Bowiego i szykowała się na najgorsze. Było jak w piosence. Bardzo depresyjnie i obco. Szybko jednak się zadomowiła, nauczyła polskiego i zaczęła żyć z ówczesną bohemą. Stan wojenny pokrzyżował jej plany. Musiała wracać, ale zamiast do Oslo trafiła do Berlina. Po drodze była jeszcze Rosja i kilka przygód, ale to stolica Niemiec zatrzymała ją na stałe. Pierwszy większy projekt Tolaas to stworzenie zapachowej mapy stolicy Niemiec. Przez kilka długich miesięcy Sissel włóczyła się po dzielnicach Berlina i wwąchiwała w jego zakamarki. Zaglądała tam, gdzie ludzie wolą nie zaglądać. Notowała zapachy obszczanych murków przy berlińskich klubach, serwetek ubrudzonych sosem z kebaba i porozrzucanych butelek po piwie. Trenowała się w obojętności – zgodnie ze swoją zasadą, która głosi, że podział zapachów na brzydkie i ładne jest jedynie tworem kulturowym. Dzieci uczy się, że kupa jest „fe”, a kaszka – „mniam”, a w rzeczywistości może być zupełnie odwrotnie. Sissel nie ograniczała się. Jak pies, wąchała wszystko. Do odwiedzanych miejsc wracała kilkakrotnie, żeby upewnić się, czy zapach, który zanotowała, jest trwały czy tylko chwilowy. Interesowało ją to,

co permanentne. Kiedy już była pewna, że wybrane miejsca tak właśnie pachną, niezależnie od pory roku i pogody, to za pomocą specjalistycznego sprzętu pobierała zapachowe cząsteczki. Potem w domowym laboratorium rozkładała je na czynniki pierwsze, tworzyła syntetyczne odpowiedniki i zamykała je w probówkach. Kiedy obwąchała całe miasto, postanowiła połączyć jego zapachy. W efekcie powstały cztery flakony: północny, południowy, wschodni i zachodni. Każdy z dozownikiem skierowanym w odpowiednią stronę świata, każdy też pachnący zupełnie inaczej. Zachód jest świeży i kwiatowy, budzi skojarzenia z pięknymi dziewczynami i dobrą zabawą. Jest elegancki i młody. Wschód to jego przeciwieństwo. Pachnie spracowanym mężczyzną, tytoniem i skórzaną kurtką. Jest ostry i drażniący, ale i tak przyjemniejszy w odbiorze od północy, która pachnie chemikaliami i smutkiem. Południe ma w sobie więcej luzu. To zapach orientalnych przypraw, egzotycznych owoców, ale też taniej wody kolońskiej i drażniącego nos mydła. Miejskie perfumy funkcjonują nie tylko w wersjach „cztery strony świata”, ale także jako mieszanki. Jest więc południowy zachód, północny wschód i wszelkie możliwe wariacje. Jest też po prostu Berlin, który jest połączeniem czterech zapachów.

Zapaszki spod paszki

Zapachowe mapy miasta to flagowa praca Sissel. W swoim dorobku ma chociażby Paryż, Cape Town czy Mexico City, które wąchała przez dziesięć lat. W Polsce jej prace można było zobaczyć zeszłego lata podczas festiwalu inSPIRACJE. Reakcje u odbiorców były skrajne. O ile jednak mapy miast to prace dla widza całkiem przyjemne albo przynajmniej w jakimś stopniu oswojone (chcąc nie chcąc, każdy z nas obcuje na co dzień z różnymi miejskimi woniami),


o tyle zapachy strachu czy wojny są w odbiorze dużo trudniejsze. Kiedy drezdeńskie muzeum wojska zleciło Sissel odtworzenie zapachu pierwszej wojny światowej, artystka długo się nie zastanawiała. Po raz pierwszy nie mogła zebrać istniejącego zapachu, musiała go sobie wyobrazić. Proces tworzenia tej woni poprzedziły liczne spotkania z weteranami wojen i żołnierzami. Norweżka spisywała doświadczenia i skojarzenia. Zapach, który powstał, podobno idealnie oddaje ten, który unosił się w powietrzu na początku wieku. Jest mocny, ostry i wyraźny. Na tyle nieobojętny, że tuż za drzwiami muzealnej sali, w której się znajduje, stoi kosz na wymioty. Mało kto potrafi znieść odór palonych ciał, tragedii i strachu. Mimo licznych nieprzyjemności związanych ze zwiedzaniem władze muzeum nie mają zamiary zrezygnować z osobliwego eksponatu. Węch, który tak często jest przez nas niedoceniany, to jeden z najpotężniejszych zmysłów. Zapachy utrwalają się w naszej pamięci na lata, a obrazy raptem na kilka miesięcy. Sissel podczas swojej pracy wielokrotnie doświadczała mocy tego zmysłu. Chociażby podczas wystawy w Seulu, gdzie widz, pocierając ścianę, mógł poczuć, jak pachnie strach. Traf chciał, że jednym ze zwiedzających był sędziwy Koreańczyk, który dorastał w czasach wojny japońsko-koreańskiej. Zapach ludzkiego strachu kojarzył mu się z dzieciństwem i uspokajał go. Po licznych pertraktacjach udało mu się wybłagać artystkę o odrobinę syntetycznej substancji. Równie dziwna była reakcja pewnej Brytyjki, która dotykając ścianę w galerii, poczuła przypływ matczynej czułości. Przez cały czas trwania wystawy publicznie obcałowywała jedną

ze ścian. Inni reagowali złością, zobojętnieniem albo płaczem. Nikomu nie udało się przejść obok zapachu obojętnie.

Nos do biznesu

Moc zapachów wykorzystuje się nie tylko po to, by poruszyć, ale także żeby przyciągnąć. Sissel na koncie ma współpracę z wielkimi markami, takimi jak Ikea, Volvo czy H&M, którym pomaga stworzyć idealną woń przyciągającą klientów. O dziwo, wcale nie musi to być słodki i mdły zapaszek róż, ale raczej mieszanka pokusy i kaprysu. Nie jest przyjemna dla wszystkich, ale dla tych, którzy potencjalnie mogą być zainteresowani kupnem. Sissel w swoich pracach unika oczywistości. Walczy z powszechnym w dzisiejszym świecie przekonaniem, że woń trzeba ukryć przy użyciu atrakcyjnego zapachu. Ceni sobie naturalność. Gardzi kosmetykami i środkami czystości, których producenci edukują całe pokolenia, że świeże znaczy dobre. W Berlinie prowadzi zajęcia dla dzieci, które uczy poznawania świata nosem. Tolerancja według postępowej Norweżki to nie tylko akceptowanie innego koloru skóry czy religii, lecz także zrozumienie dla różnych woni. Bo nie ma czegoś takiego jak zapachy lepsze i gorsze. Zapach to po prostu zapach. Plany Sissel sięgają dalej. Lata wąchania sprawiły, że ma bardzo wyostrzone zmysły. Nadal jednak nie potrafi rozpoznać za pomocą nosa emocji. Wierzy, że kiedyś ludzie jak zwierzęta będą potrafili wyczuć szczęście, zadowolenie czy zakochanie. Pod tym kątem będą też tworzone perfumy, nikt nie będzie chciał pachnieć jak inni. W przyszłości nie po liniach papilarnych, ale

właśnie po zapachu ludzie będą się identyfikować. Póki co swoją wiedzę wykorzystuje w pracy z neurologami z Uniwersytetu Stanforda. Próbuje stworzyć serię zapachów, które będą pomagały wybudzić się pacjentom ze śpiączki. Na jednej z ostatnich wystaw artystka przeprowadziła happening. Każdemu zwiedzającemu dała miskę ugotowanego ryżu, który mieli jeść w nasączonych aromatycznym jedzeniem pomieszczeniach. Okazuje się, że nawet obojętne w smaku jedzenie spożywane w oparach smażonego mięsa czy woni podpiekanych na czosnku krewetek smakuje nam o wiele bardziej. Być może Norweżka spełni kiedyś swoje młodzieńcze, lewackie marzenie i zmieni świat. Najpierw jednak w asyście byłego astronauty odtworzy zapach kosmosu i zamieni codzienne wiadomości w pachnący kolaż. Za jej nosem nie nadążysz. Tekst: Olga Święcicka, ilustracja: Tymoteusz Piotrowski

21.11-19.01

wystawa

Zapach – niewidzialny kod Warszawa

Centrum Nauki Kopernik


Moje miasto / Warszawa

Między drzewami czyli ulubione warszawskie miejscówki Tomka Wasilewskiego

Ścieżka nad praskim brzegiem Wisły Nad samą Wisłą między drzewami biegnie ścieżka (nagrałem tam kilka scen do „Płynących wieżowców”). Latem jestem tam codziennie, godzinami chodzę z psem. Często siedzimy na plaży, robimy sobie przystanki w różnych miejscach. Raimunda wygrzewa się w słońcu, a ja czytam, pracuję... Często wpadam tam z przyjaciółmi, także w nocy – knajpy nad Wisłą to fantastyczny pomysł. Siedzimy, pijemy, palimy fajki, jesteśmy ze sobą. Szkoda tylko, że woda jest taka brudna. Czasami wyobrażam sobie, jak ekstra było przed wojną, kiedy warszawiacy mogli się w Wiśle kąpać. To musiał być czad.

ścieżka nad Wisłą

Resort Knajpa przy placu Teatralnym. Polecam i latem, i zimą, ale oczywiście latem lepiej, kiedy chodnik przed knajpą wypełniają ludzie. Luz, dobry alkohol, znajomi i fajna obsługa. Poza tym pięć gwiazdek dla knajp, do których można przychodzić z psami. Organizuję tu wszystkie okolicznościowe imprezy.

TR Warszawa Centrum kulturalne w Warszawie. Genialne spektakle, genialni aktorzy, reżyserzy, wystawy fotografii, pokazy filmowe, knajpa Delikatesy (cała wyłożona białymi kaflami – mój klimat). W żadnym innym teatrze nie obejrzałem tylu spektakli (lub tylu dobrych spektakli). Teatr Jarzyny i Warlikowskiego kształtował mój gust i moją wrażliwość. Oby więcej takich miejsc, nie tylko w stolicy! TR Warszawa i Teatr Nowy to bardzo ważne miejsca na mapie stolicy.

Kino Muranów

Foto: Tomek Tyndyk

Tomek Wasilewski

ur. 1980 r., absolwent reżyserii filmowej i telewizyjnej na Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie oraz wydziału Organizacji Sztuki Filmowej PWSFTviT w Łodzi. Od 2007 r. scenarzysta „Barw szczęścia”, od niedawna wschodząca gwiazda polskiego filmu. Jego „Płynące wieżowce” (drugi film po debiutanckim „W sypialni”) zwyciężyły w sekcji East of the West w Karlowych Warach. Film zdobył również Nagrodę Publiczności na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty, a Wasilewski został uznany za najlepszego młodego reżysera w Gdyni. „Płynące wieżowce” do polskich kin wchodzą 22 listopada (kilka stron dalej przeczytacie naszą recenzję filmu).

Resort

Tam czuję się najlepiej. Roman Gutek i Kuba Duszyński wprowadzają filmy dobre, wyjątkowe. Klimat samego kina też jest bardzo istotny. Ważni są ludzie, którzy do niego przychodzą. Nie znam ich, ale kiedy na nich patrzę, po prostu ich lubię. Myślę, że mielibyśmy o czym pogadać. Czuję się tam jak u siebie. W Muranowie nie ma stołówki, popcornu, litrów coli i smrodu innych snacków. Jest kino na najwyższym poziomie, w którym filmy są najważniejsze. A sam Muranów jako dzielnica to genialne miejsce do spacerów.

Las Bielański Trochę oddechu w mieście – i latem, i zimą. Wchodząc od strony Żoliborza, można dojść do samego AWF-u, a nawet jeszcze dalej. Zimą polecam kupić na wynos wino grzane w knajpie niedaleko lasu. Chociaż i bez niego jest bardzo przyjemnie. Zazwyczaj chodzę tam z psem i z przyjaciółmi. Łazimy po lesie i gadamy. To jest coś, co lubię!

kino Muranów


mias to /

city

fot o/

chw ila

mom

Robi m Sorr y zdjęci a. y. na in Śledźcie Obsesy jn stag ram nas na I ie, kom p .com n /akti stagram ulsywnie vist_ ie. M , ajfo mag azyn iasto wid nem. Ja k zian e na wszysc y. szym i ocz ami

Foto: redakcja i przyjaciele

ent


je z n e rec

ety ż d ga / i śc o w / no

Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni Filip Springer Wydawnictwo Czarne

KSIĄŻKA

Miasto jest straszne

RZECZ

Kota całopalenie

PyroPet to uroczy kotek o imieniu Kisa (co po islandzku znaczy „kociak”). Tyle że Kisa to nie kociak, lecz koci trupek. Szkielecik, który ukazuje się nam w miarę topienia wosku. Bo PyroPet to świeczka. A właściwie nie świeczka, lecz projekt świeczki na Kickstarterze. Thorunn Arnadottir i Dan Koval chcą stworzyć całą rodzinę szczęśliwych woskowych zwierzątek, które, gdy się je zapali, powoli odsłaniają swoje złowrogie, metalowe oblicze. Nam się podoba, wesprzemy! www.kickstarter.com [wiech]

„W Polsce jest brzydko i wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze brzydziej”, pisze we wstępie swojej najnowszej książki Filip Springer. I obawiam się, że ma rację. „Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni” to lektura, która autentycznie boli. Dopóki jej nie przeczytałam, nie wierzyłam, że historie o architekturze mogą mnie tak poruszyć. A poruszają do tego stopnia, że kilka razy musiałam zamknąć oczy i przerzucić strony z fotografiami czy nawet na kilka dni odłożyć książkę na bok. Nie mogłam czytać dalej, bo czułam, że z sytuacją, którą opisuje dziennikarz, nic nie da się już zrobić. A na pewno nic dobrego. Springer w swoim najnowszym zbiorze reportaży jest brutalny. Szydzi z przedmieść, wyśmiewa pastelowe kolory, wytyka każdą reklamę i baner w mieście i burzy mit luksusowych, zamkniętych osiedli. Jest bezwzględny. Przechadza się po miastach Polski w towarzystwie urbanistów i konserwatorów zabytków, zbierając historie o samowolkach budowlanych, naginaniu prawa i kolosalnych łapówkach. Wszystko jest tu z gruntu złe, szare i brzydkie. Błotniste drogi donikąd, pastelowe osiedla z obdrapanym tynkiem, deptaki w kurortach, gdzie oscypki i bursztyny sprzedaje się na grillu z watą cukrową. Springer rozpoczyna swoją książkę od wyznania, że jej temat jest zupełnie niemedialny. To chyba czysta kokieteria, bo kiedy czytam jego reportaże, aż się dziwię, że nikt wcześniej o tym nie napisał. „Wanna z kolumnadą” to lektura bez happy endu. Można albo pokochać brzydotę, albo wyemigrować. Można też spróbować zrobić wszystko, żeby się nie rozprzestrzeniała. Taki cel ma Springer. Czy się uda? Wątpię. Z jego tekstów wynika jasno, że za brzydotę odpowiada wcale nie brak plastyki w podstawówce czy zły gust, który oczywiście też nie jest bez znaczenia, ale po prostu pieniądze. Zrobić tanio i zarobić na tym dobrze. Problem tkwi w mentalności. I niestety nie tylko architektura na tym cierpi. [Olga Święcicka]

Wielki Liberace („Behind the Candelabra”) reż. Steven Soderbergh obsada: Michael Douglas, Matt Damon, Rob Lowe, Debbie Reynolds USA 2013, 118 min Gutek Film, 29 listopada

FILM

Brokatowy Pan i jego kram

Steven Soderbergh już od jakiegoś czasu grozi, że kończy z reżyserią filmów kinowych i koncentruje się na karierze producenta. „Wielki Liberace” to właściwie jego „pośmiertne dzieło” – ostatnim tytułem nagrodzonego Oscarem twórcy miało być niedawne „Panaceum”. Produkcja poświęcona gwiazdorowi Władziowi Valentino Liberace początkowo przeznaczona była do telewizji. Jednak jej canneńska premiera udowodniła, że niesiony przez Michaela Douglasa i Matta Damona film doskonale sprawdza się jako obraz kinowy. Soderbergh, który tym razem nie tylko reżyserował, lecz także odpowiadał za kamerę i montaż, miał wsparcie genialnej ekipy technicznej – scenografia Barbary Munch i kostiumy Ellen Mirojnick to najprawdziwszy majstersztyk. Z drugiej strony jego wizję ożywia świetnie skompletowana aktorska ekipa. Miękki nadgarstek Liberace nie przesłonił Michaelowi Douglasowi wrażliwego serca artysty i jego chybotliwego moralnego kręgosłupa; Matt Damon potrafi być poważny nawet z błyszczykiem i w bokserkach w geparda. Ale to pojawiający się w roli drugoplanowej Rob Lowe jako chirurg plastyk z twarzą silikonowego lisa kradnie show. Mierząc się z historią burzliwego związku Liberace i jego młodego kochanka Scotta Thorsona (na którego wspomnieniach częściowo oparty jest scenariusz Richarda LaGravenese’a), Soderbergh dużo ryzykował. Wchodząc w świat emocji, gustów i dramatów przystrojonych w niezliczone błyskotki i złocenia, obficie zlane perfumami, łatwo mógł odsunąć na drugi plan wrażliwość swoich niezwykłych bohaterów i z ich relacji uczynić powierzchowny performance, podobny scenicznym występom Władzia. Na szczęście reżyser skonstruował opowieść równie wiarygodną i poruszającą, co spektakularną i po prostu rozrywkową... A kto nie lubi brokatu, ten gapa. [Anna Tatarska]

MUZYKA

... Aktivist mix #8 Klaves

Klaves wyskoczył jak filip z konopi kilka miesięcy temu. Jego pierwsza EP-ka, nagrana dla labelu Koh-I-Noor, przysporzyła mu wielu fanów w całej Polsce i umożliwiła występ m.in. na tegorocznym Open’erze. Nie trzeba było długo czekać, aż jego piosenki zostaną zauważone za granicą. Gdy na xlr8r.com pojawiły się darmowe tracki, zachwytom nie było końca. Jego utwory „So Fine” i „Will You” pojawiły się na najbardziej trendsetterskich kanałach YouTube’a – Majestic i EtonMessy. Teraz Klaves przygotował dla nas idealny taneczny set. Garage, r’n’b, świetnie dopasowana i zsamplowana muzyka – to to, czego potrzebujemy na zimę, aby na chwilę zamieniła się w lato. Słuchajcie: www.soundcloud.com/aktivist_magazyn


KONKURS Pearl Jam „Lightning Bolt” Universal Music Polska

Drake „Nothing Was the Same” Young Money

MUZYKA

MUZYKA

Drake to ten typ, który wywraca oczami, jedząc kawałek czekolady. To też ten sam koleś, który gada do szczeniąt piskliwym głosem i miętosi im policzki. „Nothing Was the Same” jest trzecim epizodem rozpoczętej przed kilkoma laty telenoweli. W tym odcinku Drake nadal siedzi w swoim jacuzzi, z którego roztacza się widok na całe Beverly Hills, i rozmyśla o tym, że w zasadzie chciałby być gdzie indziej. I nawet jeśli Kanadyjczyk nadal nie odnalazł właściwej partnerki ani swojego miejsca na tym padole, to trzeba przyznać, że ma zgraję naprawdę serdecznych przyjaciół. Noah „40” Shebib po raz kolejny wysmażył nienaganne podkłady, a swoje trzy centy dołożyli m.in. Sampha (którego łatwo pomylić tu z Jamesem Blakiem), wyjątkowo mało przekonujący Jay-Z czy Chilly Gonzales, który pojawia się tutaj ze swoim kramem z fortepianowymi cudami. Światła reflektorów są jednak skupione wyłącznie na jednej personie. Drake, mimo że nadal spokojnie można go nazwać cienką frytą, wydaje się coraz mniej infantylny, przy czym nadal jest sobą – najbardziej inspirującym mazgajem współczesnego mainstreamu. [Cyryl Rozwadowski]

„Mind Your Manners”, singiel zapowiadający płytę, mógł was trochę zmylić. To najostrzejszy fragment krążka – z jednej strony atakuje punkowym sznytem bliskim „Spin the Black Circle”, a z drugiej urzeka przebojowym refrenem, którego próżno było szukać na ostatnich płytach PJ. Wygląda na to, że panowie przez kilka ostatnich lat trzymali najlepsze numery w szufladzie, czekając na odpowiedni moment. „Lightning Bolt” powala przebojowością. Tak łagodnie Pearl Jam nie grało chyba jeszcze nigdy. Utwór „Sirens” i numer tytułowy to śliczne piosenki, a stężenie dobrych melodii jest tu większe niż na każdej płycie wydanej po „Yield”. Z kolei „Let the Records Play” rozkłada na łopatki luzackim boogie, by w końcówce zrobić zwrot o 180 stopni i zaatakować wyśmienitą solówką. Mnóstwo tutaj wyciszonych momentów, których nie powstydziłby się Bruce Springsteen i reszta rockowych tatusiów, do których przecież powoli zaczynają zaliczać się także Eddie Vedder i spółka. W żadnym razie nie jest to jednak zarzut – „Lightning Bolt” to najlepsza płyta Pearl Jam od jakichś 15 lat. Jaram się jak dzieciak, że wreszcie się ukazała i mogę jej słuchać! [Mateusz Adamski]

Odc. 3

Powrót do formy

William S. Burroughs „Delikatny mechanizm” vis-à-vis/Etiuda

Rafał Księżyk „23 cięcia dla Williama S. Burroughsa” Wydawnictwo w Podwórku

Justin dla każdego

Sprytnie to sobie Justin Timberlake wymyślił. Do jego wielkiego powrotu, wydanej pół roku temu płyty „The 20/20 Experience”, wielu nie miało przekonania. Justin wydał więc niemal od razu jej drugą część, po której przesłuchaniu ta pierwsza jawi się jako dzieło niemal wybitne. Bogactwo i przepych wypełniają najnowszy album Justina, ale po co mu ta epickość była? Zamiast wydawać dwa monumentalne albumy, których spora część wlatuje jednym uchem, po czym wylatuje drugim, mógłby z nich zrobić jeden świetny. Oczywiście Justin to nadal Justin. Nawet średnie rzeczy jego autorstwa są i tak znacznie powyżej mainstreamowej normy, ale komuś tak zdolnemu nie będziemy pobłażać, czekamy na coś lepszego, w międzyczasie oglądając jego kolejne mistrzowskie skecze. A wy skompilujcie sobie Justina kompletnego, wygrywając „The 20/20 Experience 2 of 2” w naszym konkursie. Szczegółów szukacie na stronie aktivist.pl. [Olga Wiechnik]

Paul McCartney „New” Universal Music Polska

MUZYKA

Odstawianie krzyżyka KSIĄŻKA

Nie wygrasz, więc spróbuj

Tłumaczenie Williama S. Burroughsa – szczególnie „Nagiego lunchu” i kolejnych części stworzonej na zasadzie kolażu „The Nova Trilogy” – to donkiszoteria. Ale czymże innym była twórczość ojca chrzestnego wszystkich bitników, post- czy cyberpunków i innych odszczepieńców? Toczona przy pomocy maszyny do pisania i magnetofonu wojna wypowiedziana systemowi była z góry skazana na porażkę. Systemem tym nie był bowiem zwykle pojawiający się w tym kontekście rząd i ustanowione przezeń prawa, ale struktura języka, wiedzy, obyczajów i społecznych zależności. Być może dlatego amerykański pisarz, jedna z ostatnich ikon kontrkultury, po latach zaciętej walki z automatyzmem i hipokryzją skończył, reklamując nowe buty z łyżwą. Zanim do tego doszło, Burroughs zdążył jednak zrewolucjonizować literaturę, przewidzieć rozwój posthumanistycznego społeczeństwa i dać natchnienie setkom pisarzy, muzyków i artystów wizualnych. A to, że dziś wystrzeliwuje kolejne magazynki ślepaków w spauperyzowanej ekranizacji „W drodze” Kerouaca, nie powinno dziwić nikogo – nawet najwznioślejsze idee człowiek sprowadzi w końcu w okolice krocza i portfela. „Musicie zrozumieć, że dragi są najstarszym gościem w tym interesie” – pisze Burroughs. I to one dają podkładkę pod powierzchowne rozumienie jego prozy, której pogłębioną wykładnię, opartą na analizie tekstu i szerokim kontekście biograficzno-społecznym, proponuje w swojej monografii Rafał Księżyk. I choć uważam, że „Delikatny mechanizm” (niedawno dopiero przetłumaczony na polski) i inne książki „starego byka” należy najpierw chłonąć (najlepiej za jednym zamachem), a później dopiero studiować, to wydane przez nowo powstałe Wydawnictwo w Podwórku „23 cięcia...” są perfekcyjnym przewodnikiem po uniwersum bękarta jankeskiej rzeczywistości. Bo tylko pisanie nie o twórczości, ale o twórcy ostatniego prawdziwego mitu XX wieku może dać zamierzony efekt. Natomiast wzmiankowana donkiszoteria zwykle przynosi mnóstwo nieoczekiwanych skutków. W końcu system właśnie wychodzenia poza utarte normy i schematy boi się najbardziej. [Filip Kalinowski]

Rok po wydaniu nudnego jak flaki z olejem albumu „Kisses on the Bottom” Paul McCartney udowadnia, że wszyscy, którzy postawili na nim krzyżyk (włącznie z niżej podpisanym), zrobili to przedwcześnie. Macca nagrał bowiem pełnokrwisty, rockowy album – na wskroś nowoczesny, a jednocześnie pełen odniesień do najlepszych etapów swojej niemożliwie długiej kariery. Ta niezwykle eklektyczna płyta rejestrowana była pod okiem aż czterech różnych producentów (m.in. Marka Ronsona). Momentami trudno uwierzyć, że za tymi numerami stoi ponad 70-letni pan, który niedawno męczył nas własnymi interpretacjami jazzowych klasyków i tradycyjnej muzyki popularnej. W nowych utworach po prostu czuć niezwykłą radość grania. Niektóre przywołują przedbeatlesowską przeszłość muzyka i są zarazem najbliższe dokonaniom Czwórki z Liverpoolu. Najlepiej wypadają jednak fragmenty produkowane przez Ronsona – choć w ich przypadku też można zabawić się w zgadywankę, na którym albumie Beatlesów Macca zagrał podobną partię instrumentalną. „New” to dokładnie taki album, jakiego należało od McCartneya oczekiwać. Szkoda, że musieliśmy na niego czekać aż sześć lat. [Mateusz Adamski]


Call Girl („Call Girl”) reż. Mikael Marcimain obsada: Pernilla August, Sofia Karemyr, Josefin Asplund Szwecja 2012, 140 min Bestfilm, 29 listopada

FILM

Czasem Abba, czasem aborcja

Późne lata 70. w Szwecji, trwa budowa podwójnych standardów – na wiecach deklaracje o równouprawnieniu kobiet, a w garsonierach i pod ministerialnymi biurkami zabawy z nieletnimi. Beneficjentką liberalnych przemian jest m.in. Dagmar Glans – przedsiębiorcza burdelmama, wielbicielka seksimprez na szczytach władzy i mocnych używek, która zagubione dziewczyny łowi błyskotkami, a następnie topi je w ramionach emerytów. Jedną z jej ofiar jest Iris, nastolatka pozostawiona przez matkę w ośrodku wychowawczym, która żyje zgodnie z duchem czasów – tu Abba, tam aborcja, wciągnięte pierwsze dzwony i pierwsze kreski. Debiutujący za kamerą Mikael Marcimain to kolejny reżyser, który podkopuje wyściełane frazesami fundamenty państwa opiekuńczego. Szwed umiejętnie prowadzi swoją historię na dwóch, różniących się nastrojem płaszczyznach. Najpierw śledzi losy Iris: od fascynacji światem blichtru, do którego dostęp daje jej prostytucja, po próby wydostania się z łapsk notabli i nadopiekuńczej ciotki Dagmar. Temat ten przedstawiony jest z wyczuciem, a stylizowane zdjęcia w ironiczny sposób przywołują kultową, nakręconą w latach 70. „Historię miłosną” Roya Anderssona. Jednocześnie Marcimain podąża za ostatnim sprawiedliwym ze służb specjalnych, który próbuje zdemaskować polityków – w tym wątku widać, że reżyser sporo nauczył się na planie „Szpiega” jako asystent swojego rodaka, Thomasa Alfredsona. W „Call Girl” również istotny jest wizualny detal, miny są równie kwaśne, a historia rozwija się niespiesznie, choć wspomniany podział na dwie części, zazębiające się dopiero w finale, sprawia, że napięcie rozkłada się nierównomiernie. Film wiele zawdzięcza świetnej, niejednoznacznej Pernilli August w roli Dagmar Gans – raz brutalnej matrony, raz matki wyzywanej przez syna od dziwek. Wbrew pozorom „Call Girl” nie ma w sobie nic z doraźnej publicystki, to przede wszystkim trudna lekcja pesymizmu wywiedziona ze skandynawskich kryminałów – tym bardziej dobitna, że oparta na faktach. [Mariusz Mikliński]

Najlepsi wrogowie... rys. David B., scen. Jean-Pierre Filiu, David B. Kultura Gniewu

KOMIKS

Jak USA miesza w tyglu

Jean-Pierre Filiu to francuski historyk specjalizujący się w Bliskim Wschodzie. David B. jest jednym z najważniejszych europejskich twórców komiksów (autor „Rycerzy św. Wita”, to u niego uczyła się Marjane Satrapi, autorka „Persepolis”). Razem stworzyli komiks wyjątkowy. Zaskakuje już zabójczo długi tytuł: „Najlepsi wrogowie. Historia relacji pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Bliskim Wschodem. Część pierwsza 1783-1953”. Komiks skonstruowany jest według zasady gwarantującej zwykle jedynie nudę – autorzy z kronikarską skrupulatnością przedstawiają fakty historyczne. Paradoksalnie to jednak wciąga, a narysowany podręcznik do historii relacji USA i Bliskiego Wschodu czyta się jak kryminał. Przy pierwszej lekturze nie ma czasu na oglądanie obrazków, bo ciekawość, co będzie dalej, nie pozwala się zatrzymać. Dlatego ten komiks należy czytać przynajmniej dwa razy. Album został narysowany charakterystyczną dla Davida B. kreską, wpisującą się w stylistykę autorskiego realizmu. W warstwie graficznej rysownik buduje niemalże drugą historię, komentując tekst na różne sposoby. Szkoda jedynie, że zbyt często zdarza mu się go dublować. Wyjątkowość „Najlepszych wrogów…” po pierwsze polega na tym, że komiks skrótowo i esencjonalnie prezentuje kluczowe momenty w historii, pokazując, jak z byłej kolonii rodzi się światowe mocarstwo. Po drugie, bardzo przystępnie i przekonująco przedstawia kształtowanie się polityki zagranicznej USA. Autorzy nie pozostawiają złudzeń, że chodzi tu o wolność i demokrację – liczy się tylko ropa. Ten komiks trafia na moją półkę, gdzie kolekcjonuję pozycje dobrane według klucza: „czytam komiksy i wiem więcej”. Czekam na drugą część. [Łukasz Chmielewski]


Chelsea Wolfe „Pain Is Beauty” Sargent House

DVD

Oblicza fotografii

Tropic of Cancer „Restless Idylls” Blackest Ever Black

MUZYKA

Czarne panienki

Mrok jest lepki, cichy i... przytulny. Zaczynamy w mroku i w mroku kończymy. Niepokój spowodowany niewiedzą, co czai się tam, gdzie wzrok nie zawodzi tylko kotów, mija wraz z rozpoznaniem. Wtedy właśnie znajdujemy ukojenie niemożliwe do osiągnięcia w blasku słońca. Wie o tym David Lynch, wiedzą też dwie kalifornijskie artystki znane jako Chelsea Wolfe i Tropic of Cancer. Mieszkają w cieniu hollywoodzkiej Fabryki Snów – tam, gdzie umierały Czarna Dalia, Marilyn Monroe i Sharon Tate – a swoje lęki i niepokoje ubierają w zupełnie różne, choć jednakowo czarne i koronkowe szaty. Chelsea Wolfe miejsce na swoich półkach z płytami dzieliła między folk i black metal, a Camellia Lobo – po części za sprawą swojego męża, producenta bezlitosnego industrialnego techno, Juana Mendeza, znanego lepiej jako Silent Servant – zasłuchiwała się w elektronice i zimnych, nowofalowych produkcjach. Współczesna postgatunkowa scena muzyczna lubi jednak płatać figle: gubi dziennikarskie tropy, łączy nieprzystające do siebie trendy, a na koncertach zbiera przedstawicieli środowisk, które do niedawna gotowe były skakać sobie do gardeł. I choć różnica pomiędzy flirtującym z popem głosem panny Wolfe a snującymi się po drugim planie, sennymi zaśpiewami Camelli Lobo jest ogromna, to przepełniająca ich teksty tęsknota, udręka i... siła stawia je w tym samym szeregu nieodrodnych cór dzikiej i mądrej matki natury. Czwarty krążek Chelsea i debiutancka płyta projektu Camelli, który nazwą nawiązuje do powieści Henry’ego Millera, różnią się również proporcją gitar do syntezatorów oraz ornamentyką, ale oba albumy – tak jak odmienne w stylistyce „Blue Velvet” i „Inland Empire” – prowadzą w te same rejony skąpanego w mroku niepokoju i smutku; stanu, który gdy wreszcie przezwyciężymy swoje lęki, już tylko fascynuje i przyciąga. [Filip Kalinowski]

Na Planete+ Doc Film Festival nigdy nie uda się obejrzeć wszystkiego, co dobre. Na szczęście Against Gravity co pewien czas wypuszcza boks z filmami, który pozwala nadrobić zaległości. Tym razem padło na wybór dokumentów związanych z fotografią. Pięć filmów, które można obejrzeć w jeden dzień. Są więc reprezentanci światowej fotografii komercyjnej – megalomański Bert Stern, który przed obiektyw zaciągnął mnóstwo gwiazd, m.in. Marilyn Monroe, oraz ponury Anton Corbijn, autor teledysków Depeche Mode czy Nirvany. Jest fotografia wojenna – dokumentalista Christian Frei do aparatu fotograficznego reportera Jamesa Nachtweya przymocował miniaturową kamerę, dzięki czemu widz krąży wśród spalonych domów w byłej Jugosławii, czy uliczkach Palestyny, tonących w chmurze gazu łzawiącego. O fotografii ulicznej, dziedzinie sztuki, która wobec rozwoju technologii cyfrowych nieco się zbanalizowała, przypomina natomiast Cheryl Dunn w „Nowojorskiej ulicy w obiektywie” – śledzi m.in. Jill Freedman, która przez lata jeździła na akcje ze strażakami i policjantami. Do tego polski film „Dziennik z podróży” Piotra Stasika. Historia podróży nestora polskiej fotografii reporterskiej, Tadeusza Rolkego, z 15-latkiem, który dokrywa tajniki analogowych zdjęć. W przyczepie mają ciemnie, po drodze fotografują obcych ludzi, powoli się poznają i nawzajem uczą. Najmniej efektowny, a mimo to najbardziej zapadający w pamięć dokument w całym zestawie. [Mariusz Mikliński]

Płynące wieżowce reż. Tomasz Wasilewski obsada: Mateusz Banasiuk, Bartosz Gelner, Marta Nieradkiewicz, Katarzyna Herman Polska 2013, 85 min Alter Ego Pictures, 22 listopada

FILM

Podejrzana miłość

– To nie miał być film o gejach – zapewnia w kolejnych wywiadach reżyser Tomasz Wasilewski. Z jednej strony można to uznać za celowe podgrzewanie temperatury wokół „Płynących wieżowców”, która i tak jest już wysoka – czy to za sprawą sukcesów za granicą, czy podjętego tematu. W końcu brakowało w rodzimym kinie filmu, który zburzyłby stereotypowy wizerunek zniewieściałego geja na tle homofobicznego krajobrazu współczesnej Polski. Z drugiej – po seansie nie sposób nie przyznać Wasilewskiemu racji: stworzył uniwersalną historię o miłości, która paradoksalnie stanowi raczej źródło frustracji niż szczęścia. Orientacja bohatera poszerza tu społeczny kontekst – grany przez Mateusza Banasiuka Kuba nieustannie miota się między własnymi pragnieniami, lękami oraz oczekiwaniami innych. Wstydzi się, próbuje zagłuszyć namiętność, którą rozbudził w nim Michał (Bartosz Gelner), dowodząc męskości na różne sposoby – choćby zaspakajając swoją dziewczynę. Ucieka przed konfrontacją w samotne kontemplacje na osiedlu z wielkiej płyty. Nie potrafi podjąć decyzji. Znajdziemy w „Płynących wieżowcach” traumę coming outu, słodko-gorzkie oblicze polskiej tolerancji, ale przede wszystkim portret młodego egoisty raniącego bliskie osoby i próbującego odnaleźć siebie. Niebanalne zdjęcia Jakuba Kijowskiego wzmagają poczucie zagubienia wśród domów z betonu. Chociaż to dopiero drugi film Wasilewskiego, zdążył on już wypracować własny styl: bardziej od opowiadania historii zdaje się interesować podglądaniem bohaterów. Kamera towarzyszy im w najbardziej intymnych momentach, obiektyw jest wyczulony na ich emocje, nawet te, które próbują ukryć niczym najskrytsze tajemnice, czasem również przed samymi sobą. Nie można odmówić Wasilewskiemu wyczucia i odwagi, przez cały czas stara się pozostać bezstronny. Szkoda tylko, że w kluczowych momentach decyduje się na kliszowe rozwiązania, co niestety zmniejsza wymowę całości. [Piotr Guszkowski]

Oblicza fotografii zestaw pięciu filmów dokumentalnych Against Gravity

Arcade Fire „Reflector” Universal Music Polska

MUZYKA

Opus magnum

Niesamowite, jak równą formę utrzymuje Arcade Fire. Wszystkie trzy nagrane dotychczas płyty prezentowały świetny poziom i jednocześnie były świadectwem ciągłego rozwoju grupy. Nie inaczej jest w przypadku „Reflectora”. Win Butler i ferajna w poszukiwaniu inspiracji udali się tym razem na Haiti, do produkcji zatrudnili Jamesa Murphy’ego i nagrali, cóż, najlepszą płytę w karierze. 13 kompozycji opartych na micie o Orfeuszu i Eurydyce to fascynująca podróż przez kilkanaście muzycznych krain (z uwzględnieniem haitańskiej rara), która nie traci nic z charakterystycznego sznytu Kanadyjczyków, pozwalającego im podbić nie tylko niezależne listy przebojów. Prym wiedzie tłuściutki, mięsisty bas, długie klawiszowe pasaże i całe mnóstwo intrygujących, nieoczywistych dźwięków w tle, które dzięki znakomitej robocie Murphy’ego urzekają i wciągają w sam środek opowieści. Jest tu miejsce ina coś w rodzaju 12-taktowego bluesa czy psychodelii ze szkoły Flaming Lips, są fragmenty nagrane od tyłu, jest wreszcie zaraźliwa, ale nienachalna przebojowość, do której przez lata przyzwyczaiło nas Arcade Fire. Album roku? Na pewno na podium. Czekamy na Reflektour. [Mateusz Adamski]


Don Jon („Don Jon”) reż. Joseph Gordon-Levitt obsada: Joseph Gordon-Levitt, Scarlett Johansson USA 20143, 90 min Bestfilm, 15 listopada

Potwierdzone Info „Przypadek? #Niesondze” Prosto

MUZYKA

Robimy rap tu

FILM

O porno lepszym niż seks

Seks jest przereklamowany. Autorem tego stwierdzenia mógłby być tytułowy bohater filmu Josepha Gordona-Levitta, w którego reżyser sam się zresztą wcielił. Don Jon stosunki seksualne odbył już chyba we wszelkich możliwych konfiguracjach. Rzadko wraca z imprezy samotnie – chętnych nie brakuje, z czego bohater ochoczo korzysta. Podobno ćwiczenia czynią mistrza, ale w przypadku Jona ilość nie chce przełożyć się na jakość. W końcu przecież seks może być jeszcze fajniejszy i przyjemniejszy. Skąd Jon o tym wie? Z pornosów w internecie. Gordon-Levitt rozpala do czerwoności zmysły swojego bohatera, stawiając na jego drodze Barbarę – kobietę idealną w ciele Scarlett Johansson. Sztuczność tej doskonałej pary razi w oczy nie tylko ze względu na tony kosmetyków na ciele jej i jego. Za każdym razem, kiedy oboje występują przed kamerą, są tak obrzydliwie słodcy, że mogliby doprowadzić do wymiotów nawet wielbicieli rom-comów. Gordon-Levitt prezentuje obrazy znane z komedii romantycznych, od których uzależniona jest Barbara. Kobieta za wszelką cenę próbuje przenieść do realnego świata życie podejrzane w tego typu produkcjach, ale podobnie jak zwiedziony pornograficzną ułudą Jon musi ponieść fiasko. Spostrzeżenia reżysera trafiają w punkt, ale jego filmu nie przygniata ciężar społecznego zaangażowania, w czym zasługa dobrze dobranej formy. „Don Jon” stawia niewygodne pytania o zatracenie w sztuczności, aktualne chyba pod każdą szerokością geograficzną, ale robi to w taki sposób, by nie zdołować widza. Raz podśmiewając się ze swoich bohaterów, innym zaś razem pochylając nad nimi, Gordon-Levitt daje się poznać jako twórca wyrozumiały dla ludzkich słabości, co zresztą odróżnia go choćby od kościelnych bonzów obśmianych w filmie. [Artur Zaborski/stopklatka.pl]

Danny Brown „Old” Fool’s Gold

I znów ciekawe czasy nastały dla polskiej rap-sceny. Gdy przeminęła pierwsza fala mody na hip-hop, która obfitowała w kurioza pokroju melodeklamujących indolentów i grafficiarskich insertów do czipsów, nadeszły chude lata napędzane internetowym libertynizmem. Belle époque nastała w końcu, gdy artystom i promotorom pozwoliły się wyrwać z impasu wytrwałość i... tekstylia. Rozmiary tortu, który jest do podziału, zepchnęły konflikty na plan dalszy, a zasobne portfele młodego pokolenia pozwalają bardziej utalentowanym MCs i producentom cieszyć się ustatkowanym, dorosłym życiem. OLiS pęka w szwach od bitów, nawet mainstreamowe media patrzą na środowisko przychylnym okiem, a odsłony na YouTubie lecą w górę. I tylko bezczelności, chęci rywalizacji i pewności siebie, które od początku były piątym elementem ulicznej kultury, coraz mniej przy tym suto zastawionym stole. W czasach, w których kolejne melancholijne podkłady niosą prawdy rodem z Paula Coelho, Potwierdzone Info jest wiadomością, którą miałem nadzieję otrzymać. Wspólny projekt Tedego, Dioxa i Sir Micha, kilka lat temu pewnie niemożliwy do zrealizowania, to rap w czystej postaci. Niezagłębiający się w trudniejsze tematy (bo nie oszukujmy się, że „Mefedron” jest czymś więcej niż rozbudowanym follow-upem do „Aluminium”), bawiący się słowem i konwencją, nagły i aktualny przepływ rymów na ciętym samplu i tłustej perkusji. Mentorskie zapędy reprezentanta HIFI Bandy równoważy dezynwoltura weterana, który po latach picia truskawki dotarł w rejony bliższe prawdy i betonu. Luźny flow Jacka podkręca temperaturę nawijek Patryka, a proste i bujające – jak na klasykę przystało – produkcje Michała pozwalają raperom twardo iść przed siebie. I właściwie nie ma o czym dalej pisać, czego analizować, z czym zestawiać. Lepiej słuchać i kiwać głową. Byleby tylko nie rozlać browara na tapicerkę zaparkowanej gdzieś na parkingu fury. [Filip Kalinowski]

The Necks „Open” ReR

Dwutysięczny „Jedwabnik” Sangoplasmo/Bocian

MUZYKA

MUZYKA

MUZYKA

„Ten typ ma na YouTubie więcej wywiadów niż piosenek”, głosił jeden z anonimowych komentarzy na rzeczonym serwisie. To prawda, lista filmów, na których Danny Brown szczerzy swoje pokiereszowane uzębienie i opowiada o przygodach z MDMA czy fankach raczących go fellatio na scenie, zdaje się nie mieć końca. Tym razem reprezentant Detroit spogląda na nas z okładki płyty wystylizowany na Haile Selassie. Ale szukając tropów interpretacyjnych, można spokojnie pominąć najbardziej oczywiste skojarzenia z ruchem rastafari – Brown po prostu jest królem, a autorefleksyjne, bipolarne „Old” jest tego najlepszym dowodem. Pierwszą, bardziej klimatyczną i „płynącą” część albumu wypełniają produkcyjne majstersztyki w wykonaniu Oh No czy Paula White’a, zwrotki niezawodnego Freddiego Gibbsa i Schoolboya Q czy hooki Purity Ring, najmniej spodziewanych gości na albumie. Druga połowa stoi natomiast pod znakiem trapowej orgii, której akompaniują A-Trak, Rustie czy Darq E Freaker. I w żadnym z tych teoretycznie sprzecznych, ale doskonale wykonanych fragmentów Danny nie wydaje się nieszczery – właśnie ten stylistyczny śmietnik jest najlepszym odzwierciedleniem jego zwichrowanej, pasjonującej osobowości. [Cyryl Rozwadowski]

The Necks to australijskie trio (w składzie podstawowym: fortepian, bas, perkusja), sytuujące się na granicy współczesnej postminimalistycznej kompozycji i improwizacji. Taka formuła może dać rezultaty banalne i sentymentalne, grzęznące na mieliznach rzewnych repetycyjnych melodii, ale w tym przypadku mamy do czynienia ze specyficznym podejściem do tematu. Formacja specjalizuje się w oszczędnych, ale pełnych wewnętrznego napięcia, długaśnych kompozycjach (zwykle jedna, a czasem dwie na płytę). „Open” zaczyna się od zwiewnych, impresyjnych motywów fortepianu, któremu towarzyszą delikatnie wybrzmiewające perkusjonalia. Po kilku minutach pojawia się ascetyczny rytm, faktura się zagęszcza, wkracza nastrojowy, dostojny, lecz daleki od jakiegokolwiek patosu fortepian, a z czasem całość rozpływa się w hipnotycznych przestrzeniach. Kompozycję zamyka delikatny, rozedrgany pejzaż utkany z dźwięków fortepianu, piłującego basu i eterycznej gry perkusisty. Próba opisu muzyki The Necks jest nader trudna. Żadna charakterystyka nie odda jej finezji, cierpliwie budowanej, operującej niedopowiedzeniami dramaturgii, kojącej, ale zdecydowanie nie ckliwej atmosfery. [Łukasz Iwasiński]

Dwutysięczny to osobliwy projekt stworzony przez znanego z UL/KR Błażeja Króla. Artysta wziął na warsztat sample nagrań trzech zacnych twórców rodzimej alternatywy: związanego ze sceną elektroniczną Wojtka Kucharczyka, kojarzonego przede wszystkim z yassem Mazzolla oraz eksplorującego obszary post rocka, elektroakustyki i improwizacji Radka Dziubka. Choć każdy z zawartych na „Jedwabniku” ma własny charakterystyczny nastrój, to płyta brzmi całkiem spójnie – lokuje się w psychodeliczno-ambientowych, wzbogaconych o elementy posttechno obszarach, nieraz przywołując klimat utworów czołowych przedstawicieli wytwórni Kranky. Są tu więc nie tylko utwory oparte na drone’ach (np. „Złamany, lecz niezłomny”), lecz także psychoaktywne, mroczne wycieczki o postindustrialnym posmaku („Ten, który kroi jeziora”) czy głębokie, dubowe struktury. Z kolei fragmenty z wyeksponowanymi pomrukami klarnetu Mazzolla („Pani Jedwabników”) mają coś z etno-ambientu, ale nie wpadają w typowy newage’owy kicz. Całość brzmi szlachetnie i z dala trzyma się od miałkości i nudziarstwa. [Łukasz Iwasiński]

Stary wyjadacz

Kompozycja otwarta

Ten, który kroi ścieżki


RZECZ

Misiowisko

Kumagoro to miś. Miś, który mieszka w zastawie stołowej. Kąpie się w herbacie (albo sake, jeśli wolicie), ogląda świat znad krawędzi filiżanki, śpi z pałeczkami. Uroczy, prosty design. Wchodzimy w to. A raczej – wlewamy. Shop.raku-do.net [wiech]

andrzej stasiuk „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” Wydawnictwo Czarne

KSIĄŻKA

Środkowoeuropejski spleen

Andrzej Stasiuk ma rzadką umiejętność pisania o rzeczach oczywistych w sposób nieoczywisty. W „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach”, jego najnowszej książce będącej zbiorem esejów wcześniej publikowanych w polskiej i zagranicznej prasie, robi to perfekcyjnie. Z lekkością i właściwą sobie dezynwolturą zabiera nas w przeróżne miejsca. Raz jest to Licheń, innym razem zagubiona w albańskich górach wioska albo rodzinne miasteczko Herty Müller. W krótkich, bo zaledwie dwu-trzystronicowych tekstach autor pochyla się nad przedmiotami, ludźmi i krajobrazami. „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” nie rządzi się chronologią. Tematy skaczą, szerokości geograficzne puchną, pory roku się zmieniają, ale wszystko to tworzy spójną całość. Nowego Stasiuka można czytać na raz albo na wyrywki. Szczególnie bliskie wydały mi się zapiski o pogodzie: „środkowoeuropejskim spleenie czterech pór roku, gdy zimne bez przerwy zamienia się w ciepłe, mokre w suche, a jasne w zachmurzone, a potem odwrotnie i tak do samej śmierci, bez żadnej nadziei na odmianę”. Stasiuk jest obserwatorem dojrzałym. Często gorzkim, ironicznym, ale też niepozbawionym optymizmu. Tę książkę można też traktować jako przewodnik po jego intelektualnych inspiracjach, wiele tekstów odnosi się bowiem do dzieł innych twórców: książek, fotografii czy filmów. Są to swego rodzaju zapiski na marginesie, które aż proszą się o pogłębienie. Stasiuk jednak nie należy do pisarzy, którzy piszą pod czytelnika. Zamiast więc wyjaśniać, pozostawia hasła, myśli i pytania. „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” nie jest książką wybitną, ale wszystko jest tu czyste i klarowne, to wręcz esencja jego podróżniczego stylu. Pozycja dobra dla tych, którzy Stasiuka jeszcze nie próbowali albo mieli z nim problem. Potrzebna wam tylko wrażliwość – bez niej tego autora czytać trudno, bo to pisarz szczegółu. Zapach pola w środku lata, smak Kalabrii czy gęstość owczego futra – to tematy, które go zajmują. Stasiuka czyta się zmysłami. Trzeba odrobiny cierpliwości, żeby się w tym odnaleźć. Potem można już iść z nim w drogę. [Olga Święcicka]

L.Stadt „You Gotta Move” Mystic

Batman: Arkham Origins PC/X360/PS3 Cenega Polska

MUZYKA

GRA

Łódzki L.Stadt, jeden z naszych najlepszych muzycznych towarów eksportowych, na dobre rozpanoszył się w Teksasie. A to zagrają na SXSW, a to jakąś traskę popełnią, zaznajomią się z tym i z tamtym, ktoś ich zainspiruje albo inaczej przyczyni się do napisania barwnej, rock’n’rollowej historii. Bo chociaż niektórzy upierają się, że najbliższym odniesieniem dla ekipy Łukasza Lacha jest późny Blur, to przecież nawiązania do amerykańskich idoli są równie wyraźne. Tym razem, zamiast wieźć muzykę do Austin, L.Stadt przywieźli nam coś stamtąd: zbiór coverów swoich ulubionych amerykańskich artystów, mniej lub bardziej znanych, ale najczęściej w naszym kraju zupełnie niedocenianych. W końcu jest tu i Roy Orbison, traktowany przez wielu z przymrużeniem oka; i zapomniany, tajemniczy Jim Sullivan z genialnym „U.F.O.” (za prawami autorskimi do tego numeru chłopcy musieli się nieźle nabiegać); jest antywojenna „Come Away Melinda”, która doczekała się na płycie wersji zdecydowanie ładniejszej niż ta popularna u nas, nagrana przez Uriah Heep; wreszcie pojawia się Troy Van Zandt – szara eminencja folku, przez wielu uważany za artystę bardziej wpływowego niż sam Dylan. Ja osobiście nie przepadam za coverowymi płytami, zawsze węszę jakiś spadek formy, zżymam się na interpretacje. W tym przypadku takiego odczucia przeważnie nie miałem, mimo iż przestudiowałem wcześniej oryginały. Na „You Gotta Move” wszystko ma bowiem swoją właściwą miarę. Łukasz nie udaje, że jest z Teksasu, a zespół tchnął własnego ducha w te często bardzo różne pod względem nastroju i aranżacji utwory. To przemyślany i nienachalny hołd, a przy okazji doskonała lekcja muzyki, której być może wielu z nas inaczej by nie odrobiło. [Rafał Rejowski]

Przez wiele lat Bruce Wayne nie miał zbyt wiele szczęścia do gier komputerowych. Plany były zawsze ambitne, ale każdy kolejny tytuł, który trafiał na ekrany naszych pecetów i konsol, budził tylko irytację. Zmieniło się to niecałe cztery lata temu, gdy do sprzedaży trafił „Batman: Arkham Asylum” – pierwsza gra o człowieku-nietoperzu przygotowywana przez wydawnictwo Rocksteady. Fani zakochali się w genialnym silniku, mrocznym otoczeniu i możliwości stanięcia twarzą w twarz z legendarnymi przeciwnikami czarnego rycerza. Najnowsza odsłona „Batmana” jest trzecią grą z serii i jednocześnie prequelem – opowiada historię poprzedzającą znane nam już wydarzenia. Tym razem za tytuł odpowiadała firma Warner Bros. Games Montreal. Z jakim skutkiem? Bardzo w porządku, ale nic wyjątkowego. Oczywiście nadal walczy się świetnie, gra wygląda bardzo dobrze, a historia faktycznie wciąga. Niestety prawie nic tu się nie zmieniło w porównaniu z poprzednimi częściami. Mimo że otwarty świat „Arkham” może wydawać się większy, jest to raczej zasługa irracjonalnie długiego mostu w środku planszy – na podróży nim spędzicie początkowo więcej czasu niż na właściwym graniu. Niby są nowe postaci, ale tak naprawdę większość już mieliśmy okazję poznać, a niektórymi będą się ekscytować jedynie najwięksi zajawkowicze DC Comics. Większość misji to po prostu akcje w stylu pobij tych złych gości i wysadź coś/ uratuj coś przed wysadzeniem. I tak bite osiem godzin. „Batman: AO” wydaje się raczej bardzo rozbudowanym DLC niż oddzielnym tytułem. Ta gra jest jak słaba pizza, nie jest dobra, ale jest, i zawiera wszystko, co zawierać powinna – więc w sumie jest dobra. [Kacper Peresada]

Drewno z lasu

Nic nowego


NOWY ALBUM

DELTRON 3030 „Event 2” Deltron Partners/Bulk

MUZYKA

Hollywoodzka sztampa

JUŻ W SPRZEDAŻY

Truizmem jest stwierdzenie, że Amerykanie lubują się w sequelach. Bezwzględność komercyjnych wymogów nakazujących wycisnąć ostatni dolar z każdego produktu idzie w parze z nieposkromioną ciekawością Jankesów, dla których nic nie może zostać niedopowiedziane. Z każdą kolejną odsłoną cyklu coraz bardziej wycieńczeni (super)bohaterowie pędzą więc szybciej i szybciej po wstędze Möebiusa utkanej dla nich przez hollywoodzkich decydentów. Przeżywają dalsze przygody, odsłaniają następne karty, umierają, zmartwychwstają i tracą resztki wysysanej przez scenarzystów duszy. Trzeba by Francisa Forda Coppoli, Irvina Kershnera albo przynajmniej Jamesa Camerona, aby nowe epizody takich kinowych seriali budziły dawny entuzjazm i zainteresowanie. Lubującej się w eksperymentach hiphopowej supergrupie Deltron 3030 daleko niestety do ich pomysłowości i wyczulenia na sztampę. Tworzona przez blisko 13 lat kontynuacja losów rapującego buntownika, niegodzącego się na dystopijną przyszłością Ziemi, przypomina zrodzone w trzewiach Fabryki Snów „dwójki”, „trójki” czy „czternastki”. Co na debiutanckim krążku było świeże, intrygujące i poruszające, na sequelu zostało sprowadzone do poziomu telewizyjnej rozrywki, którą przyswaja się co prawda całkiem przyjemnie, ale bez jakiejkolwiek refleksji. Co w 2000 r. można było porównać z surową ideowością „THX 1138”, dziś bardziej przypomina snującego się po bezdrożach postapokaliptycznego świata „Wysłannika przyszłości”. Odniesienia do teraźniejszości stały się bardziej ewidentne, fabuła przestała iść w parze z logiką, a nieoczywisty klimat „jedynki” zastąpiły wątpliwe żarty i nieznośny patos. Dan the Automator wyrugował ze swoich produkcji brud i symfoniczność, Kid Koala patrzy częściej wstecz niż do przodu, a Del the Funky Homosapien wszedł w swoich wersach na – wydawałoby się niemożliwe w jego wypadku – wysokie C. Wszystko to jest oczywiście pięknie zapakowane i wsparte wielką machiną promocyjną, którą rozkręca plejada zasłużonych gości. Popularność powstałych w międzyczasie projektów takich jak Gorillaz czy wszelkie wytwory Danger Mouse'a też ma znaczenie. Jeśli jednak nawet sami zainteresowani mówią, że ich nowe dzieło nie dorównuje pierwowzorowi, refleksja nasuwa się jedna. Walczący z rządzącymi światem korporacjami Deltron Zero nigdy nie złożyłby broni; jego ojcom jednak brak takiej siły ducha. [Filip Kalinowski]

Kapitan Phillips („Captain Phillips”) reż. Paul Greengrass obsada: Tom Hanks, Barkhad Abdi USA 2013, 134 min UIP, 8 listopada

Solowe wydawnictwo wokalistki i basistki zespołu très.b Misi Furtak

FILM

Stary Hanks i morze

Wydawca:

Patroni medialni:

13 lat po „Cast Away” Tom Hanks znowu udowadnia, że aby powstał dobry film, wystarczą jedynie trzy składniki: on, świetny reżyser... i morze. U wybrzeży Somalii piraci porywają wielki transporter, na zakładnika biorąc jego kapitana (Hanks w tytułowej roli). Jednak zamiast filmu o walce potęg, pełnego efektownych wybuchów, dostajemy duszny, zrealizowany niekiedy w niemal paradokumentalnym stylu dramat psychologiczny. Reżyser Paul Greengrass potrafi dotknąć istoty najbardziej skrajnych ludzkich emocji bez popadania w patos. Skupia się na postaciach, przygląda im się wnikliwie i z otwartością, nigdy nie ferując pochopnych wyroków. Amerykański kapitan łatwo mógłby stać się herosem ze spiżu, a uzbrojeni po zęby somalijscy biedacy, eksploatowani przez morską mafię – bezmyślnymi agresorami. Na szczęście w „Kapitanie Phillipsie” żadna ze stron nie jest zredukowana do stereotypów. U Greengrassa imponuje umiejętność prowadzenia historii ponad czarno-białymi podziałami, bez melodramatycznego litowania się nad postaciami. Dramaturgia ściśle łączy się tu z odpowiednią oprawą wizualną. Operator Barry Ackroyd wybiera sugestywne, surowe, intrygujące kadry, które sprawiają, że widz ma wrażenie, jakby osobiście uczestniczył w wydarzeniach, czuł duchotę ciasnej szalupy, zapach odpalanej broni i opanowujący wszystkich bohaterów paniczny strach. Kluczem do sukcesu „Kapitana Phillipsa” są doskonale prowadzona narracja, świetne role i powściągliwość twórców. Oparty na faktach film zachowuje skromność i psychologiczną wiarygodność, ani na chwilę nie gubiąc niezbędnego napięcia. [Anna Tatarska]


Marzenie hipisa Neil Young Wydawnictwo Pascal

Goldfrapp Tales of Us Mute/EMI Music

MUZYKA

Piosenki z magicznej łąki

KSIĄŻKA

Ikona LGBT, ambasadorka disco i niekoronowana królowa alternatywnego popu. Maria Antonina współczesnych parkietów, która nigdy nie dostała się do mainstreamu, a jednocześnie zapełniała hale i zbierała cięgi za playbackowy doping niczym najjaśniejsze gwiazdeczki na firmamencie komercji. Alison Goldfrapp to artystka cholernie niejednoznaczna. Bo w sumie jak oceniać postać, która w czasach basowej łupanki dostarcza nam furę retroprzebojów, którymi zachwycają się nawet nasi ojcowie pasjonujący się dotąd tylko Pink Floydami? Z drugiej strony historia nauczyła nas, że królowie parkietów umierają albo szybko i młodo, albo w mękach – dławiąc się własnym ogonem. Pani Goldfrapp chyba poczuła powiew emerytury, bo jej najnowsze dzieło pokazuje, że nie grozi jej ryzyko wtórności. „Tales of Us” już od pierwszych dźwięków burzy dyskotekowe mury i zabiera nas do jakiejś krainy z pogranicza snów i narkotycznych wizji. Niczym w magicznym rytuale przejścia, chwilę po pierwszym naciśnięciu „play”, odpływamy w siną dal i kompletnie rozbici lądujemy na środku magicznej łąki, porośniętej dziwnymi roślinami. Przypomnijcie sobie właśnie kawałek „Hairy Trees”. Nowy album ma ten sam magiczny i rozerotyzowany klimat. Z tą drobną różnicą, że tu zabawa nie kończy się na jednej piosence, lecz może ciągnąć się przez całą noc. To chyba najspokojniejszy i najbardziej rozmarzony album Goldfrapp. Taki bajkowy soundtrack, który idealnie zagrałby w fantastycznym filmie anime czy nawet w epickim dokumencie przyrodniczym. To piękne kołysanki dla cierpiących na bezsenność i śliczne piosenki dla tych, którzy potrafią dostrzec odrobinę magii w naznaczonej deprechą jesieni. Jednym słowem klasa! [Michał Kropiński]

Blouse „Imperium” Captured Tracks

Z pamiętnika kozy

Trudno połapać się w dyskografii Neila Younga, jeszcze trudniej przewidzieć jego kolejny ruch. Ponad 45 lat artystycznej aktywności, dziesiątki nagranych albumów i status jednego z najbardziej wpływowych muzyków wszech czasów – idealny, wydawałoby się, materiał na autobiografię, dzięki której moglibyśmy krok po kroku prześledzić zawiłe losy jej autora. Young nie byłby jednak sobą, gdyby podał nam wszystko na tacy. Kto spodziewa się standardowej opowieści, zaczynającej się od słów: „Urodziłem się w...”, a kończącej na opisie ostatniej trasy koncertowej, będzie srodze zawiedziony. Nie ma tu chronologii, w zasadzie nie ma nawet początku i końca. To kilkusetstronicowy zbiór notatek, sporządzonych w chwilach wolnych od niezliczonych – nie tylko muzycznych – zajęć. Wygląda na to, że muzyka wcale nie jest najważniejszą sprawą w jego życiu. Czytam więc o próbach zbudowania ekologicznego samochodu, walce o prawa amerykańskich farmerów, pasji modelarskiej czy też po prostu o życiu na kalifornijskim ranczu i jednej z hawajskich wysp. Z tego wszystkiego wyłania się obraz człowieka szczęśliwego, ale też niezwykle pokrzywdzonego przez los. Bo jak wielkiego trzeba mieć pecha (i jak silnego ducha), by poradzić sobie z tragiczną śmiercią najbliższych osób oraz niezwykle ciężką i ekstremalnie rzadką genetyczną chorobą dwóch (!) synów? Neil Young sam przeszedł w dzieciństwie groźną chorobę, był świadkiem przedawkowania wśród swoich przyjaciół, stracił ukochaną łódź, pożar strawił model elektrycznego samochodu, nad którym pracował kilka lat, itp. itd. Wszystkie zdarzenia komentuje jednak z wrodzonym poczuciem humoru. Lektura obowiązkowa, nawet jeśli uważacie, że ten facet beczy jak koza. [Mateusz Adamski]

Shifted „Under a Single Banner” Bed of Nails

Misia Ff „Epka” Parlophone Music Polska

MUZYKA

MUZYKA

MUZYKA

Ich pierwszy singiel, wydany w 2011 r. „Into Black”, to jedna z tych piosenek, podczas których z wrażenia wstrzymuje się oddech. Zresztą cały balansujący na granicy ciemności i oślepiającego blasku debiut zespołu zyskał – pomimo małego rozgłosu – wiernych wyznawców. Przez dwa lata, które od tego czasu minęły, Blouse błąkali się po podłych klubach i trochę się już obawiałem, że młodzieńcza energia po raz kolejny przegrała z podłym komercyjnym Lewiatanem. A tu niespodzianka! Okładkowa dekapitacja to chyba symboliczny obraz zamachu na nasze wyobrażenie o typowej drodze młodych artystów. Rozbite popiersie zapowiada nadejście nowej epoki, epoki kolorów, dzikości i nieskrępowanej miłości. Epoki niepoprawnych romantyków i nienormalnych kaskaderów, którzy są w stanie zaryzykować i po raz kolejny wstrzymać oddech na dłużej niż chwilę. Nie dla jakiegoś wtórnego post punka i dream popu, tylko dla zespołu, który bazując na odkryciach klasyków, przełamuje sztywne ramy transowego basowego pulsu i wbrew nieraz ogłaszanemu wyczerpaniu gatunku przesuwa granicę o te kilka dźwięków i emocji dalej. W dzisiejszych czasach to wyczyn godny najznamienitszych herosów. [Michał Kropiński]

Mroczne techno nie jest do końca moją potrawą. Doceniam ciężkie 4/4, ale takiej muzyki trzeba słuchać na żywo albo z winyla w klubie ze świetnym nagłośnieniem. Nie w domu, nie przed komputerem, nie w autobusie na słuchawkach (choćby najlepszych). Niestety pisząc recenzję, nie mam tego luksusu – jak trzeba, to trzeba. Shifted nagrał jedną z najmroczniejszych elektronicznych płyt ostatnich miesięcy. Ambientowa głębia, mrok i chęć przerażenia słuchaczy łączy się u niego ze świadomością, że jednak jacyś ludzie będą do tej muzyki tańczyć. W dziewięciu kawałkach, które znajdują się na krążku, jesteśmy w stanie znaleźć może pięć motywów rozjaśniających mroki tej muzyki. Co z tego, skoro Shifted tłamsi je już po chwili dźwiękami, które nie znają litości. W każdym kolejnym utworze plan wydaje się identyczny, ale stopa już nie jest tak mocna, dziwi słuchacza różnica brzmienia, inna forma. Album wchodzi do głowy i przypomina sceny czarnych mszy z „Królestwa” von Triera: wszystko jest nie takie, jak się wydaje, nic nie jest oczywiste, chociaż niby pokazane jak na dłoni. Dettmann próbował nagrać idealnie ciężką płytę, ale zrobił to dopiero Shifted. [Kacper Peresada]

Muzycy très.b, jednego z klejnotów naszej alternatywnej sceny, zrobili sobie chwilowo przerwę od wspólnego grania i zajęli się pobocznymi projektami. Misia Furtak wykorzystała ten czas na nagranie pierwszego solowego albumu. Na „Epce” mamy pełen przekrój muzycznych fascynacji artystki. Przybrudzone, garażowe brzmienie „Pie in the Sky” kontrastuje z delikatnym, prawie folkowym „Porcelain”. „Mózg” to perfekcyjnie skrojony niezależny przebój, zdradzający wyraźne inspiracje dokonaniami takich tuzów alternatywnego grania jak The Breeders czy Pixies. „Kartonem” to urokliwa ballada z momentalnie wpadającym w ucho refrenem (radiowy pewniak). Moim faworytem jest za to pływający na postrockowych falach, kapitalnie narastający „Tales of Las Negras”. Na deser mamy odważną interpretację standardu „Lust for Life”. „Epka” to zaledwie sześć utworów (plus wersja radiowa „Kartonem” i remiks „Mózgu” w wykonaniu Bartka Szczęsnego), tylko 30 minut muzyki, ale muzyki tak urokliwej i intrygującej, że na jednym odtworzeniu się nie kończy. Chcę więcej. [Mateusz Adamski]

Tajemnice imperium

Prawdziwy mrok

Misia samosia


Wenus w futrze („La Vénus à la fourrure”) reż. Roman Polański obsada: Mathieu Amalric, Emmanuelle Seigner Francja/Polska 2013, 96 min Monolith Films, 8 listopada

FILM

Kiedy Eros spotyka Tanatosa

Starość nie radość? Nie w przypadku Romana Polańskiego. Reżyser „Noża w wodzie” po raz kolejny udowodnił, że jest w znakomitej formie. I to zarówno na deskach Teatru Muzycznego w Gdyni, kiedy niespodziewanie pojawił się jako gość Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, jak i w teatralnej sali, gdzie rozgrywa się akcja jego najnowszej produkcji. Punktem wyjścia jest tym razem głośna powieść Leopolda von Sachera-Masocha, będąca dziennikiem dość osobliwego (seks)eksperymentu. „Wenus w futrze” nie jest jednak wierną adaptacją. Polański realizuje raczej twórczą fantazję na temat, sprawiając wrażenie, jakby świetnie się przy tym bawił. Kameralna „Wenus w futrze” rozpisana jest ledwie na dwa głosy. Jeden z nich należy do Thomasa, reżysera teatralnego (w tej roli ucharakteryzowany na Polańskiego Mathieu Amalric), sfrustrowanego kolejnymi nieudanymi przesłuchaniami. Drugi – do tyleż tajemniczej, co demonicznej Vandy (znakomita kreacja Emmanuelle Seigner, żony reżysera), ostatniej nadziei na powodzenie całego przedsięwzięcia. Pozór przypadku szybko ustępuje miejsca wyrafinowanej, przepełnionej erotyzmem grze, a przypisane na początku role z każdą chwilą zdają się coraz bardziej odwracać. Esencja filmu Polańskiego, podobnie jak we wcześniejszej „Rzezi”, zawiera się w dialogach, które z wdziękiem lawirują pomiędzy źródłowym tekstem a licznymi odautorskimi „uwagami”. Polańskiego w Polańskim jest tu zresztą znacznie więcej. Powracają dobrze znane motywy i niepodrabialne poczucie humoru, całość ponownie rozgrywa się w klaustrofobicznym wnętrzu, a Thomas to w istocie kolejne wcielenie bohatera „Lokatora”, Trelkovskiego. „Wenus w futrze” to prawdziwy reżyserski majstersztyk. Pozostaje jedynie nadzieja, że nie zobaczy go zbyt wielu polityków. Jeśli bowiem spojrzymy na kondycję reżysera, który skończył niedawno 80 lat, to kto wie, czy jeden z drugim nie wpadną na pomysł, by przesunąć jeszcze bardziej granicę wieku emerytalnego. [Kuba Armata]

The Field „Cupid’s Head” Kompakt

Body/Head „Coming Apart” Matador

MUZYKA

MUZYKA

Szwedzki producent z żelazną konsekwencją wypuszcza w dwuletnich odstępach nowe albumy. Wierny niemieckiemu Kompaktowi, każdym kolejnym wydawnictwem, które ukazuje się pod aliasem The Field, uwydatnia siłę muzyki osadzonej na precyzyjnie zapętlonych samplach – tym razem w bardziej wymagającym wydaniu, o czym przekonuje masywny, dziewięciominutowy utwór „They Won’t See Me”, otwierający płytę „Cupid’s Head”. W pewnym sensie numer ten tłumaczy również radykalną zmianę kolorystycznych proporcji: zamiast pasteli, znanych z okładek poprzednich trzech albumów, najnowszą zalewa czerń. Mroczna, pozornie skąpa w środkach i samobójczo wręcz repetytywna muzyka Axela Willnera, zamknięta w pięciu kolejnych (równie długich) kompozycjach, ilustruje potencjał, jaki – mimo upływu lat – drzemie w elektronice o regularnym metrum. Paradoksalnie więc, parafrazując klasyka, rzec trzeba: od takiego techno nie można z nudów zdechnąć. [Michał Karpa]

Słuchając solowych projektów członków Sonic Youth, można zaobserwować wyraźny podział ról, jaki obowiązywał w zespole. Wydaje się, że Moore zapewniał punkowy kopniak, Ranaldo wraz z Shelley – przebojowość i melodyjność, a element wywrotowy to jedyna dziewczyna składzie, Kim Gordon. To właśnie jej domeną były hałas i repetycje, co wcześniej pokazała choćby w występach z Ikue Mori, a teraz ponownie udowadnia w Body/Head, który tworzy razem z Billem Nace’em. „Coming Apart” to hipnotyczny strumień świadomości, zbiór antypiosenek, które dzięki brakowi rytmu mają w sobie mocny, surowy i szczery ładunek emocjonalny. Tytuły utworów zostały zaczerpnięte z literatury, natomiast same kompozycje są w dużej mierze efektem improwizacji, pełnych sprzężeń i przesterowanych uderzeń. Jedynymi instrumentami są tutaj dwie gitary oraz wokal Gordon, która nawet nie próbuje śpiewać czysto. W jednym z wywiadów duet powiedział, że ich nazwa jest otwarta na interpretacje – można ją odnieść do dualizmu: ciało to fizyczność muzyki, silnie związana z seksualnością, a w tym kontekście głowa jest opozycją ciała. Te słowa dobrze oddają siłę rażenia, intensywność i minimalizm „Coming Apart”. [Krzysztof Kowalczyk]

Zapętlij to jeszcze raz, Axel Serce i rozum


PROMO

Powrót ikony

Model Puma Trinomic XT1 Plus, którego historia rozpoczyna się w roku 1990, ponownie pojawił się na rynku. Puma wraca do korzeni i sięga po to, co najlepsze w Puma Heritage Running. Model Trinomic XT1 Plus wykonany jest z wysokiej jakości zamszu oraz charakterystycznej siateczki przywołującej ducha lat 90. Z kolei kolorystyka jest bardzo współczesna: cholewka wykonana w odcieniach stalowej szarości, przełamana wyraźnymi zielonymi akcentami kontrastującymi ze śnieżnobiałą podeszwą. W tej kolekcji znajdziemy również oryginalne połączenie pomarańczowego fluo z purpurowym fioletem czy odblaskowej limonki z głęboką czernią. Zastosowana w tym modelu technologia Trinomic, która zrewolucjonizowała rynek obuwia sportowego w latach 90., zapewnia świetną amortyzację i stabilizację. Limitowana kolekcja dostępna jest w sklepach stacjonarnych Worldbox (Warszawa) oraz Runcolors (Warszawa, Poznań). Cena 419 zł.

PROMO

Sztuka chłodzenia

Artyści wywodzący się z różnych nurtów sztuki współczesnej spotkają się między 2 a 3 grudnia w Małopolskim Ogrodzie Sztuki w Krakowie. Za płótno posłużą im kultowe lodówki Red Bulla. Prócz zaproszonych krakowskich artystów szansę na udział w tej nietypowej akcji mają projektanci, ilustratorzy i graficy z całej Polski. Już 23 października rusza internetowa aplikacja, za której pośrednictwem będzie można nadsyłać swoje projekty. Red Bull Curates: Canvas Cooler jest międzynarodowym projektem skupiającym środowiska artystyczne. To już druga polska odsłona tego przedsięwzięcia – rok temu malarze, graficy oraz streetartowcy zgromadzili się w warszawskim CSW. W tym roku wśród zaproszonych artystów, którzy będą zamieniać lodówki w minidzieła sztuki, są: Ada Bucholc, Dorota Gondko, Nawer, Artur Wabik, Franek Mysza, Mikołaj Rejs, Marcin Surma czy Mateusz Kołek. Dołączy do nich troje artystów, którzy zgłoszą swój projekt przez specjalną aplikację na stronie www.redbull.pl/canvascooler między 23 października a 6 listopada. Internauci i jury wybiorą zwycięzców, którzy otrzymają po 1000 zł i będą mieli możliwość zrealizowania swojego projektu. Proces twórczy będzie można śledzić przez dwa dni w Małopolskim Ogrodzie Sztuki, mieszczącym się w Krakowie przy ulicy Rajskiej 12. Pomalowane lodówki będzie można podziwiać w dniach 6-15 grudnia w tym samym miejscu. Po zakończeniu wystawy lodówki w formie funkcjonalnych dzieł sztuki trafią do krakowskich klubów.

EXKLUSIV MAGAZYN

# KULTURA #MUZYKA #MODA #LIFESTYLE #FILM #MUZYKA #SZTUKA #DESIGN #FOTOGRAFIA #EXKLUSIV

MAMY TO!

ZNAJDZIESZ NAS

W DOBRYCH SALONACH PRASOWYCH I NA IPADZIE

WWW.EXKLUSIV.PL WWW.FACEBOOK.COM/EXKLUSIV_MAG


Głosowanie czas zacząć. Jeśli jeszcze nie macie faworytów, pomagamy podjąć decyzję – podsumowujemy dokonania naszych szanownych nominowanych i tłumaczymy, dlaczego to właśnie im należy się nagroda. Pamiętajcie: głosujemy na aktivist.pl/nocnemarki. Ci, którzy ciekawie uzasadnią swój werdykt, mają szansę dostać od nas fajną nagrodę!

MIEJSCE ROKU Bar Prasowy (Warszawa) Może to i nadużycie, ale bar Prasowy to takie nasze warszawskie Westerplatte. Co prawda finał był inny, bo po licznych protestach i akcjach miejsce udało się uratować, ale symbolika pozostała. Prasowy to jeden z niewielu barów mlecznych, które pozostały w Śródmieściu. Obronić nie było go łatwo, bo wiadomo, że Marszałkowska to gorąca miejscówka. Prasowy jednak ocalał. Co prawda wystrój się zmienił, ale idea pozostała ta sama. Tanie obiady, polska kuchnia i kompot w szklankach. W menu leniwe, schabowy, ale też potrawy wegetariańskie i bezglutenowe. Prasowy dorasta z klientami. W środku przy wspólnym stole spotkamy hipsterów, starsze panie z menażkami, matki karmiące dzieci paróweczkami i ludzi sukcesu. Wszyscy zaczytani darmową gazetką „Głos Prasowy”, którą znajdziemy na każdej tacy. Prasowy to jednak nie tylko jedzenie. To też przedstawienia teatralne, dyskusje, promocje książek, giełdy płytowe, a nawet „koncerty do kotleta”. Nie rozleniwisz się tu przy leniwym. Pardon, To Tu (Warszawa) Miłe i gościnne to miejsce. Z daleka od zgiełku innych placów, z widokiem na kryjący niejedną opowieść kościół, zrewitalizowany skwer i kawał historii

Warszawy. Ze smaczną foccacią, piwem i sporą selekcją winylowych płyt, które trudno dostać gdzie indziej. Otwarte dla zwierząt i dzieciaków, służące książką czy gazetą do poczytania i subiektywną ściągawką z dziejów muzyki rozpisaną na ścianie. Do tego jest to miejsce zaangażowane w krzewienie kultury, co powinniśmy podkreślić we wstępie tego uzasadnienia, ale że niektórych koncert jazzowy potrafi odstraszyć szybciej niż wykład z topologii, to wspominamy o tym dopiero teraz. Koncerty organizowane w Pardonie, zarówno spotkania krajowych improwizatorów, jak i występy światowej czołówki progresywnych muzyków, nie mają bagażu, który jazzowi wsadzono na plecy podczas jego wędrówki z nowoorleańskich burdeli do filharmonii. Przynoszą go jedynie przychodzący w nadmiarze napięci bywalcy, którzy ze słuchaczami mają zwykle niewiele wspólnego. Ale o to do samego miejsca pretensji mieć nie możemy. Jak już wspominaliśmy, jest ono wyjątkowo miłe i gościnne. B90 (Gdańsk) Ależ my, warszawiacy, zazdrościmy Gdańskowi takiego klubu! Byliśmy tam po raz pierwszy podczas festiwalu Soundrive (nominujemy w kategorii Impreza Roku), który jednocześnie był imprezą otwarcia tego przybytku. Jednak na wyróżnienie zasługuje nie tylko sam festiwal, ale i cały ambitny line-up, który do końca tego roku zabukował klub. Alternatywny i odważny, jak na obecne czasy i podejście managerów. Samo miejsce, ulokowane w jednym z fabrycznych budynków Stoczni Gdańskiej, przygotowano z największą pieczołowitością – dbałością o wygodę odwiedzających, dźwięk (bez wątpienia najlepszy w kraju), infrastrukturę (wyciszona druga sala, konstrukcja sceny) i klimat – jest fabrycznie, ale niesamowicie schludnie i gościnnie. Do tego kolejna rzadkość – sympatyczna, wyluzowana ochrona. Wszystko wpisuje się w najlepsze tradycje światowego, alternatywnego clubbingu ostatnich 30 lat. Brawa za odwagę, za inicjatywę i dobry gust. Trzymamy kciuki! Prozak (Kraków) Kilka tygodni temu Prozak świętował swoje pierwsze urodziny. Nie jest tajemnicą, że miejsce to ma znacznie dłuższą historię, ale w swojej nowej odsłonie kończy dopiero rok. Nieszczęśliwy splot wydarzeń spowodował, że popularny klub musiał budować się od zera – i tak powstał Prozak 2.0. W leniwym Krakowie, w którym mało kto ma odwagę robić biletowane imprezy z klubowymi bookingami z górnej półki, twórcy Prozaka postanowili zmierzyć się ze złymi przyzwyczajeniami publiki i nie zapomnieli, jak dobry klub powinien wyglądać i brzmieć. Występy takich artystów jak Marc Houle, Robag Wruhme czy Jimpster pokazały, że do muzyki Prozak podchodzi na poważnie. Dobrze nagłośniona miejscówka z przemyślanym line-upem, w którym jest miejsce i dla czołówki polskiej elektroniki, i dla najlepszych producentów z zagranicy – inne miasta nie zazdroszczą krakusom już tylko Unsoundu i pijaństwa na Kazimierzu. Wierzymy, że Prozak nie tylko utrzyma wysoką formę pierwszych 12 miesięcy istnienia, ale z każdym kolejnym weekendem będzie jeszcze lepszym klubem.

IMPREZA ROKU Dancehall Masak-Rah Masakra nie impreza, rzeźnia nie potańcówka, ubój nie dancing. Kolektyw miłośników dobrych riddimów i słabych dowcipów, nawet na moment niezapominający o haśle „bawiąc, uczyć”, swoją przygodę z jamajską dyskoteką rozpoczął wiele lat wcześniej, zanim popowe gwiazdki zaczęły twerkować, a goście talent shows – toastować. Połączenie wiedzy i umiejętności obsługującego gramofony Pablo27 oraz energii i spontaniczności nawijającego Juniora Stressa (przy wsparciu Drajwy, Mothashippa, Dorki i Sinusa) eksplodowało z siłą, która może doprowadzić do kontuzji na dancefloorze, pustek na barze i... rosnącej świadomości w głowach imprezowiczów. I choć pretekstem do przyznania tej nominacji był ich support przed Major Lazer i set na tegorocznym festiwalu w Ostródzie, to wystarczy wpaść na którykolwiek z licznych występów Dancehall Masak-Rah, by zobaczyć na własne oczy tłum ludzi stawiających kroki dokładnie w tę stronę, którą wskazują mistrzowie ceremonii. Trudno jednak rozglądać się dookoła, kiedy nogi same rwą się do tańca, a gardło niespodziewanie – samo z siebie – krzyczy „pull up!” Rah! Pixel Heaven Pixel Heaven to impreza skoncentrowana na nostalgicznych przeżyciach. Nie ma jednak mowy o łzawej melancholii, liczą się jedynie adrenalina i ośmiobitowa krew ściekająca po ekranie. W warszawskim CDQ królowały Amiga, Pegasus, ZX Spetrum, Commodore 64 i tradycyjne flippery. Oprócz rekreacyjnej rozgrywki można było przystąpić do jednego z kilku turniejów i zmierzyć się ze starymi wyjadaczami, którzy spędzili długie noce, ścierając przyciski na padach i joystickach. Ci, którzy nie podnieśli rękawicy, mogli uczestniczyć w licznych panelach, spotkaniach z twórcami indie-gier, pokazie retro-trailerów czy chiptune’owych koncertach. Efekt? CDQ pękał w szwach, a organizatorzy już zapowiedzieli przyszłoroczną edycję. Najważniejszy jednak jest fakt, że Pixel Heaven nie jest wyłącznie imprezą dla nerdów i insiderów, bez trudu odnajdzie się tam każdy, kto z rozrzewnieniem wspomina czasy „Contry” czy „Dizzy’ego” – i za to właśnie chcieliśmy docenić skromną ekipę organizatorów. Brutaż Hasło „techno impreza” na naszym krajowym podwórku w najlepszym wypadku kojarzy się z mitycznymi, trwającymi do 10 rano afterami w jednej ze znanych stołecznych trupiarni. Ten stereotyp od ponad roku skutecznie przełamuje ekipa odpowiedzialna za cykl Brutaż. Chłopcy podczas kilkunastu edycji zaliczyli większość ważnych warszawskich klubów, a w ramach gościnnych występów wpadli do Poznania (planują też wpaść do Krakowa). Mimo tej regularności nie ma mowy o rozmienianiu się na drobne i coraz modniejszym graniu z iPoda – na Brutażu króluje winyl, a zamiast utargu na barze liczy się sama muzyka. Dba o nią międzypokoleniowa reprezentacja ogólnopolskiej sceny i coraz chętniej zapraszani goście z zagranicy. Brutaż nominujemy więc za konsekwentne unikanie


biznesowej kalkulacji, a przede wszystkim za świetną atmosferę i najlepszą, choć często okrutną muzykę. Soundrive Jak powinien wyglądać festiwal naszych snów? Mógłby się odbywać w jakimś klimatycznym miejscu, niekoniecznie na wielkiej otwartej przestrzeni, lecz w odpowiednio przygotowanych i przede wszystkim doskonale nagłośnionych, postindustrialnych wnętrzach. Nikomu w końcu nie chce się biegać przez hektary pól, żeby dotrzeć na mniejszą scenę, prawda? Powinien trwać ze dwa dni, żeby nie mieć przesytu, a artyści, którzy by na nim wystąpili, mogliby być niezbyt jeszcze popularni, ale już dobrze rokujący, tak żeby mieć przegląd tego, co nowego i ciekawego dzieje się w niezalu. Nie powinno być zbyt tłoczno, żeby nie trzeba było stać w kilometrowych kolejkach po hambuksy i piwko, a obsługa i ochrona powinny być miłe i bezproblemowe, tak by nie mącić atmosfery muzycznego święta. Taki festiwal odbył się naprawdę w Stoczni Gdańskiej w klubie B90 i nazywał się Soundrive. Jeśli was na nim nie było, prosimy, nie popełnijcie tego błędu za rok.

ARTYSTA ROKU Pih Rap to szczerość, pewność siebie i bezczelność. W momencie, w którym rozleniwieni dostatkiem MCs coraz częściej schlebiają gustom mas, tylko garstka nawijaczy nie pozwala nam założyć koszulek ze sloganem „nienawidzę raperów” i zostawić sceny w rękach robiących groźne miny małolatów. Głos wschodniej ściany, weteran środowiska i jeden ze zdolniejszych tekściarzy na rynku, reprezentant Białegostoku nagrywający pod pseudonimem Pih stoi na czele tej garstki. Szorstka charyzma, bezkompromisowość w wyrażaniu poglądów i balansujące na granicy dobrego smaku, turpistycznie dotkliwe, cięte wersy składają się na wachlarz bitewnych technik artysty, który już w czasach składanek 600 Volta i swojego macierzystego składu 17 skazany był na sukces. Platynowe i złote płyty nie sprawiły jednak, że spuścił z tonu, a wychodzące ostatnio „Dowody rzeczowe” to koronny argument za tym, że jest on wciąż cholernie ambitny i solidnie wkurwiony. Bo kiedy nawijał w 2008 r. tekst – jeszcze aktualniejszy dziś – utworu „Semper fidelis”, nie były to tylko czcze słowa. Dla Piha zawsze chodziło tu o „coś więcej niż rap”. Dawid Podsiadło Dawno nie mieliśmy w naszym kraju artysty, który wbrew komercyjnym pokusom twardo stąpa swoją ścieżką, zdobywając przy tym serca tłumów. Pojawił się jednak Dawid Podsiadło, dysponujący czymś, czego ze świeczką szukać na rodzimej scenie. Jest to szczerość, o której tak dawno zapomniały nasze uganiające się za medialnym sukcesem pseudogwiazdki. Nawet jeśli jesteście fanami brutal metalu czy awangardowego techno i kompletnie nie kumacie takiej estetyki, to musicie przyznać, że trudno nie docenić niesamowitej klasy i talentu Dawida. Samotni chłopcy z gitarami nieraz pokazali, że stoi za nimi moc

wielkich orkiestr symfonicznych. Jeśli dodamy do tego urocze melodie i ponadprzeciętną wrażliwość, to stajemy przed zjawiskiem, które swoim nieśmiałym uśmiechem tylko maskuje huragan, jaki wkrótce wywoła. Trupa Trupa Trupa Trupa nie jest częścią żadnego muzycznego prądu czy kreowanego przez muzyczną blogosferę trendu, ale tworzy swego rodzaju mikrokosmos. Na czele projektu stoi Grzegorz Kwiatkowski – trójmiejski poeta. Ta łatka jednak, na przekór obecnym tendencjom, nie stygmatyzuje, przeciwnie – Grzegorz jest motorem całego przedsięwzięcia. W tym roku zespół zwrócił uwagę samego szefa wytwórni Sub Pop – Jonathana Ponemana, którego zainteresowała tegoroczna płyta „++”. Trupę Trupę wyróżnia także brzmienie – jedyna szufladka, do której da się z czystym sumieniem wepchnąć tę grupę, to szeroko rozumiany „rock”. Dalej jednak zaczynają się schody, bo muzyka kwartetu jest zawieszona gdzieś pomiędzy tradycją a nowoczesnością i ucieka od wszelkich artystycznych łatek. Wśród krajowych muzyków, którzy dostają zadyszki od pogoni za atrakcyjną, modną formą, dobrze znaleźć kogoś, kto pamięta o najważniejszym – przekazie. Ptaki „The Very Polish Cut-outs” to projekt genialny. Nie boimy się przyznać, że jesteśmy fanami brania na warsztat starych polskich tracków i za pomocą samplingu tworzenia z nich całkiem nowych form muzycznych. Jeśli mielibyśmy wybrać ulubieńca zajmującego się „wycinankami”, to bez wątpienia byłby nim zespół Ptaki. Duet producentów wydał najlepszy kawałek tego roku (17.12.2012 w nocnomarkowym kalendarzu zalicza się już do tego roku), zwiedził wszystkie istotne festiwale w Polsce i pojawił się m.in. w Anglii czy w Niemczech. Ich tracki to spowolniony house mający w sobie tonę funkowego i jazzowego feelingu, który najlepiej brzmi na winylu. Bo Ptaki to winylowi puryści, których sety są raczej przejażdżką po muzycznych inspiracjach obu twórców niż selekcją nastawioną na wrzaski i piski fanów pod didżejką. Polska elektronika wreszcie zaznacza swoją „polskość”. Dobrze, że mimo globalizacji świata muzycznego pojawiają się twórcy, którzy nie starają się naśladować zachodnich trendów, lecz czerpią z tego, co w polskiej muzyce od zawsze było najlepsze.

TELEDYSK ROKU Novika „Who Wouldn’t” reż. Piotr Onopa, Robert Ceranowicz, Paweł Witecki Klip do pierwszego singla z płyty „Heart Times” to jeden z tych teledysków, których nie da się opowiedzieć. Bardzo prosty formalnie (choć pewnie nie taki prosty w realizacji) zabieg robi tu całą robotę, że się tak ładnie wyrazimy. Ten sam patent powtarzany jest wielokrotnie w różnych „scenkach z życia”: czasem jest śmiesznie, czasem ładnie, czasem smutno, zawsze poruszająco.

Hey „Podobno” reż. Grzegorz Lipiec Nie masz pomysłu na teledysk? Pojedź do egzotycznego kraju, nakręć trochę ładnych obrazków, zmontuj w mniej lub bardziej (raczej bardziej) przypadkowej kolejności – i gotowe! Na szczęście Hey i ich teledysk do trzeciego singla z wydanej rok temu płyty „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan” nie należy do tej kategorii. Wprawdzie na klip do „Podobno” składają się obrazki z podróży zespołu do Azji, ale, po pierwsze, podróż to nieprzypadkowa, bo podczas niej powstały zarysy kompozycji i brzmień składających się na nowy album; po drugie, jak to rzadko w tego typu teledyskach bywa – między obrazem a słowem istnieje wyraźny, choć niejednoznaczny związek. HIFI Banda „Otwórz oczy” reż. Michał Dąbal Piękne morze, zachód słońca i palmy kontra odpadające tynki, popękane kafelki, puste baseny, ślady po kulach. Teledysk „Otwórz oczy” został nakręcony w „zatoce umarłych hoteli” w Kupari w Chorwacji i chyba dlatego zrobił na nas duże wrażenie – po prostu bardzo lubimy takie urbexowe klimaty. Na pomysł, by pojechać w to zniszczone podczas wojny bałkańskiej miejsce, wpadł producent zespołu – Czarny. Wybór lokalizacji przesądził o charakterze klipu – nastrojowe zdjęcia reżysera Michała Dąbala wydobyły magię i historię tego niegdyś tętniącego życiem kurortu. Nie ma się co dziwić, że teledysk wyróżnia się na tle innych polskich produkcji – Michał, od kilku lat pracuje w Los Angeles, ma na koncie operatorską współpracę przy hollywoodzkich produkcjach i nominację do studenckiego Oscara przyznawanego przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej. Pezet „Slang 2” reż. Przemysław Adamski, Katarzyna Kijek Z hiphopowymi teledyskami zawsze jest kłopot, bo rzadko wychodzą poza sztampę. Na szczęście Pezet nie podąża w tę stronę – tak samo jak w tekście demaskuje zawiłości hiphopowej nawijki, tak w obrazie do kawałka „Slang 2” w lekko prześmiewczy sposób posługuje się kliszami rapowej rzeczywistości (są bloki, płonące beczki i groźne chłopaki). Tak nam się przynajmniej wydaje. Klip robi wrażenie – jest oszczędny, ale wyrazisty, nieoczywisty, ale mocny. Cieszy też fakt, że kolejny raper zdecydował się na współpracę z ambitnymi twórcami filmowymi – duet Adamski/Kijek to czołówka polskiej animacji, twórcy wielokrotnie doceniani i nagradzani.

głosujcie na:

aktivist.pl/nocnemarki


l j a t s strit Zostań pingwinem Model jednej z bluz marki HebeQuss nazywa się co prawda „Paranoid Astronaut”, ale naszym zdaniem zdecydowanie powinien nazywać się „Zostań pingwinem”. Już niedługo bardzo się przyda, bo zimno idzie.

Dres w kratkę Najwyraźniej tej jesieni rządzić będzie szkocka kratka. Nasze ulubienice z Risk. Made in Warsaw w swoich projektach przełamały hegemonię dresowej szarości, dodając to tu, to tam kawał mięsistej czerwonej kraty. Można omotać się szalem gigantem (ma 3,5 metra długości!) albo postawić na połączenie dresóweczka plus niby kilt.

Rihannie też bywa zimno Szkocką kratkę w swojej najnowszej kolekcji dla River Island proponuje także Rihanna. Chociaż trochę zastanawia fakt, że piosenkarka, która najchętniej świeci gołym tyłkiem, reklamuje solidne kombinezony zabudowane od stóp po szyję. Może zimą jednak marznie.

Pan Skarpeta Pracował w sex-shopie, na budowie, w serwisie komputerowym, jako freelancer robił strony internetowe, współpracował ze stowarzyszeniem rodzin i opiekunów osób z zespołem downa. Teraz pracuje w dziale montażu w jednej z warszawskich firm produkujących aparaturę laboratoryjną (serio). Po godzinach zaś projektuje niepokorne skarpety, którym nadaje nazwy. Największą popularnością cieszą się modele „Polska Niemcy – 4:0” (to nas jakoś nie dziwi) i „Zadumana krowa”. W ofercie są też m.in. „Marzenie Kasparowa”, „Wkurzony bąk” i „Chorwacka plaża”. Aktualnie Pan Krok pracuje nad modelem „Marchewka z groszkiem” – jaskrawopomarańczowa skarpetka będzie miała kontrastującą zieloną piętę, palce i i ściągacz. – Nie wiem, czy ktoś poza mną będzie chciał takie nosić – śmieje się autor. Naszym zdaniem chętnych nie zabraknie! Godne pochwały jest też to, że Pan Krok swoje skarpety produkuje w Polsce – w małym zakładzie pod Łodzią. Sprawdźcie to: pankrok.pl


PROJEKTOWAĆ KAŻDY MOŻE? Ruszył pierwszy polski modowy talent show. Zmagania młodych designerów możecie śledzić w każdą środę o 22.00 w programie „Projektanci na start”. Tylko na kanale FOX Life Przystępując do produkcji „Projektanci na start” – pierwszego polskiego modowego talent show – FOX Life postawił sobie za cel wprowadzenie widzów za kulisy świata profesjonalnej mody i otworzenie nowych możliwości przed utalentowanymi polskimi projektantami.

MATERIAŁ PROMOCYJNY

Kogo widzowie zobaczą w programie „Projektanci na start”? Prowadzącą jest Marcelina Zawadzka, modelka i zdobywczyni korony Miss Polonia 2011, dla której występ w programie to debiut w roli gospodyni telewizyjnego show. Przewodniczącą jury „Projektantów na start” jest Aneta Kręglicka, prowadząca od wielu lat agencję reklamową, ikona stylu i muza projektantów. To właśnie do niej w programie należy ostatnie słowo. Jedynym mężczyzną w jury jest Marek Straszewski, jeden z najzdolniejszych fotografów w Polsce, autor licznych sesji zdjęciowych dla polskich i zagranicznych magazynów. W fotelu jurorskim zasiada także Mona Kinal, współzałożycielka i fashion director sklepu internetowego Mostrami.pl (oferującego ubrania od najlepszych polskich projektantów), która udzieli młodym projektantom fachowych wskazówek, jak stawiać pierwsze kroki w biznesie modowym. Jednak to nie koniec gorących nazwisk. W „Projektantach na start” pojawią się także goście specjalni. Eksperci z branży w każdym odcinku będą wyznaczać finalistom zadania, aby sprawdzić ich umiejętności, ocenić wszechstronność i pomóc w rozwinięciu umiejętności. Na antenie FOX Life zobaczymy takie postaci jak: Łukasz Jemioł, Bartek Michalec z ZUO Corp., Ilona Majer i Rafał Michalak z MMC Studio, Kamil Owczarek i Michał Gilbert Lach z BOHOBOCO czy Jacek Kłak, organizator i twórca łódzkiego Fashion Week Poland. Zmagania uczestników będziemy śledzić przez 12 tygodni. Pierwsze trzy odcinki programu to eliminacje – młodzi projektanci z całej Polski będą walczyć o udział w programie. Jak wiemy z tego typu show – będzie ciekawie. Finałowa dwunastka stawać będzie przed kolejnymi zadaniami: oprócz przygotowywania projektów uczestnicy nauczą się przygotowywać autorski pokaz i sesję zdjęciową. I tak do wielkiego finału!

33_fox_A173.indd 33

11/4/13 9:47 PM


e i r o t his nne kuche 2

Szajnochy 11 to adres i nazwa wrocławskiej restauracji, która do niedawna słynęła głównie z sushi, ale odkąd właściciel Michał Lewandowski połączył siły z kucharzem Tomaszem Hartmanem, ma nam do zaoferowania dużo większe skarby. Michał i Tomasz dobrze się dobrali – obaj nie są do końca normalni. Michał po ryby jeździ aż do Amsterdamu (raz w tygodniu pokonuje w tym celu 2000 km), bo w ten sposób, pomijając pośredników, zdobywa możliwie najświeższy towar. Tomasz, stary punkowiec, kilka lat przesiedział w Kopenhadze, a od kilku miesięcy rządzi w kuchni na Szajnochy 11. A to po ser do Greka osiadłego pod Wrocławiem pojedzie, a to warzyw w zaprzyjaźnionym gospodarstwie podogląda, a to do lasu po grzyby skoczy. Wiemy, to brzmi za pięknie, żeby było prawdziwe, ale jedzenie, którym uraczył nas w Szajnosze, było tak pyszne, że łykamy wszystko, co nam sprzeda. • Zupa rybna Z doradą, łososiem, ośmiornicą i szyjkami rakowymi, smażonym pomidorem i koprem morskim. Wszystko było tu doskonałe – od sposobu podania (oddzielnie wywar rybno-pomidorowy, oddzielnie bebechy, czyli ryby i owoce morza – dzięki temu nie tylko można się było dokładnie zapoznać z zawartością zupy, ale i ta zawartość uniknęła nadmiernego namoknięcia), po smak. Zupa była naprawdę przepyszna. (21 PLN) • Halibut To był najlepszy halibut, jakiego jedliśmy. Rozpływał się w ustach – naprawdę, nie tylko frazeologicznie. Ryba podana była na fasoli jaś z chorizo i suszonymi pomidorami, a smak i aromat dopełniały limonka i świeże zioła. Tak, to było DOS-KO-NA-ŁE. Tak dobre, że chociaż czekały nas jeszcze dwa dania, co do których nie mieliśmy już wątpliwości, że będą nam smakować, to skusiliśmy się na jeszcze jedną rybę: grillowany filet z kurka czerwonego. Kolejny bezbłędny strzał. (40 zł) • Deser Sorbet ze świeżego soku z buraków – to brzmi podejrzanie. Sorbet ze świeżego soku z buraków i limonek – trochę lepiej, ale nadal nie jak coś, co chcielibyśmy zjeść. Jak dobrze więc, że daliśmy się namówić. Pyszny sorbet, pyszne pieczone w miodzie śliwki. I tylko galaretka z cydru (sic!) została nieco w tyle. A skoro mowa o jedzeniu, które nie brzmi, to zwycięzcą jest sernik ze śledziem. Bardzo nie brzmi, ale smakuje jeszcze bardziej! Przepis podajemy obok.

6

1

5 8

4 7

3

Jesień w pełni, czas na jabłka! Mogą być te w wersji bardziej imprezowej. Cydr Lubelski (1.) powstaje wyłącznie z owoców hodowanych w polskich sadach. Żeby powstał 1 litr napoju, sadownicy muszą zebrać nawet półtora kilograma jabłek. Piwo Książęce z kolei postawiło na inny jesienny aromat – dzikiej róży. Burgundowe Trzy Słody (2.) zadebiutowało niedawno – w aromacie dominują nuty zbożowe, karmelowe, a także świeżo pieczonego chleba i herbatników! Owoce dzikiej róży dodane na etapie warzenia sprawiają, że piwo zyskuje słodki zapach oraz rozgrzewające właściwości. Dla fanów bardziej egzotycznych smaków pozostają Sumol (superowocowy, lekko gazowany napój portugalski o smaku ananasa, pomarańczy, marakui i cytryny, z delikatnymi bąbelkami, ale za to bez konserwantów, 3.), albo brazylijska Guaraná Antarctica (4.) na bazie naturalnego ekstraktu z owocu guarany (jeden i drugi dostępne są na www.smakiportugalii.pl). Skoro jesteśmy przy owocach, nie zapominamy o smakach lata – sprytnie zamkniętych w słoiczkach (konfitura Leśna Jagoda z Luks Pomady, 5.). Znajdzie się też coś do ciasta (foremka czaszka, www.makutra.com, 6.), coś do herbaty (nurek, www.redonion.pl, 7.) oraz kawałek porządnego polskiego sera (Gouda z ziołami i pomidorami, www.serypolskie.pl, 8.).

Sernik z matiasem

Przepis na sernik ze śledziem podaje Tomasz Hartman, szef kuchni Szajnochy 11 Kroimy matiasy w kosteczkę (osiem sztuk – proporcje podane na blachę ciasta), siekamy szczypiorek i natkę pietruszki. 700 g białego sera przepuszczamy przez maszynkę do mielenia (albo blendujemy), doprawiamy pieprzem. Podgrzewamy 20 ml zalewy z matiasa zmieszanej z sokiem z cytryny. Dodajemy 2,5 łyżeczki żelatyny (uprzednio namoczonej), odstawiamy do ostygnięcia. Mieszamy ze śledziem, serem, natką i szczypiorkiem. Z chleba obrywamy skórki, środki blendujemy, dodajemy trzy duże łyżki masła. Blachę wykładamy folią, układamy na niej masę chlebową, mocno ubijamy i wsadzamy na chwilę do lodówki. Masę serowo-śledziową wylewamy na ciasto, wsadzamy do lodówki na dwie godziny i gotowe! Zjadły, sfotografowały i opisały: Sylwia Kawalerowicz i Olga Wiechnik


Niezłe zamieszanie W urokliwych wnętrzach destylarni Grant’sa w szkockim Dufftown zrozumieliśmy, na czym polega magia blendingu. Skomponować smakowitą whisky nie jest łatwo – my próbowaliśmy, ale nie ma się co oszukiwać – William Grant i jego następcy robią to znacznie lepiej Wnętrze przypominające na pierwszy rzut oka laboratorium zastawione jest flaszeczkami wypełnionymi złotym płynem. W jednych jaśniejszy, słoneczny, w innych głęboki, bursztynowy. Przed nami sześć buteleczek, dwie menzurki i kartka do notatek. Każda whisky pachnie inaczej, ma inny aromat, czuć w nich inne nuty – bardziej dymne, korzenne, kwiatowe albo owocowe. Pod czujnym okiem Ludo Ducrocqa każde z nas będzie miało okazję skomponować swoją własną whisky. My postawiliśmy na lekkie owocowe nuty, delikatne aromaty. Najpierw trzeba wymyślić kompozycję, wąchając whisky, które mamy do dyspozycji, potem przeliczyć proporcje, a na końcu następuje część najprzyjemniejsza – nalewanie, przelewanie i mieszanie. Nasz przewodnik po świecie whisky patrzy na nasze dokonania pobłażliwie, ale chwali każdą whisky. Wie, jak trudna to sztuka, bo w destylarni w Duffton robi się to od ponad stu lat. William Grant, szkocki mistrz gorzelnictwa, założył swoją pierwszą destylarnię w 1887 r. Przez następnych pięć pokoleń opracowanych przez niego receptur trzymały się jej kolejne pokolenia Grantów, produkując whisky Grant’s, należącą do najbardziej znanych marek „Scotcha”. Od blisko pięciu dekad rozlewana jest ona do charakterystycznych butelek o trójkątnej podstawie. Butelkę niezmiennie zdobią cyfry oznaczające rok, w którym – pod egidą William

Grant & Sons – ruszył biznes XIX-wiecznego gorzelnika. Cóż, tradycja zobowiązuje, o czym może się przekonać każdy, kto sięgnie po tę leżakującą w dębowych beczkach whisky lub np. odwiedzi Dufftown, niewielkie miasteczko w Szkocji, gdzie w historycznych budynkach znajduje się jedna z destylarni Grant’sa – właśnie ta, którą odwiedziliśmy. Dziś osobą odpowiedzialną za smak trunku jest Brian Kinsman, piąty w historii firmy master blender William Grant & Sons. Grant’s to whisky należąca do gatunku blended, powstaje poprzez odpowiednie wymieszanie zbożowych destylatów, głównie żytnich z whisky single malt (whisky ze słodu jęczmiennego). Na szczególną uwagę zasługują Grant’s 12 Years Old, zmysłowo ciepła, o lekko owocowym i odrobinę pikantnym smaku, a także Grant’s Ale Cask Finish oraz Grant’s Sherry Cask Finish. Pierwsza z nich w końcowej fazie produkcji leżakuje w beczkach po tradycyjnie warzonym piwie Edinburgh Strong Ale, drugą przechowuje się w beczkach po sherry Oloroso, co nadaje jej lekkiego, owocowego aromatu. Z myślą o polskich miłośnikach prawdziwego Scotcha powstała Grant’s Master Blender’s Edition (zawartość alkoholu 43%). Brian Kinsman użył do niej aż 35 różnych whisky. Mieszanie wyszło mu znacznie lepiej niż nam.


listopad Kacper (kp)

must be / must see

MIASTA NOCĄ Sezon w pełni. W Warszawie 1500 m² świętuje czwarte urodziny, a w Poznaniu SQ zaraz skończy dwa razy tyle. Po pierwszym roku istnienia Prozak nie zamierza zwalniać z bookingami, ale swoją dobrą robotą zdenerwował właścicieli Pauzy, którzy przygotowali wyjątkowe imprezy na każdy weekend listopada. Nie ma jeszcze świąt, a prezentów w każdym mieście mamy tony. Festiwale filmowe startują jeden po drugim, techno staje się najważniejszym gatunkiem w Polsce, a na początku miesiąca możemy poczuć zażenowanie, słuchając panów z Nickelback. Szok i ubolewanie – to właśnie czujemy na myśl o najbliższych 30 dniach. Szok, bo imprez jest tak dużo, ubolewanie, bo jeśli nawet byśmy byli bezrobotnymi milionerami, to i tak nie zaliczylibyśmy każdego fajnego wydarzenia w listopadzie. Nadszedł czas podejmowania trudnych decyzji.

Uwielbiamy muzyczne rodzeństwa. Popularność CocoRosie, Haim czy Kings of Leon pokazują, że rodzina ma w naszym kraju bardzo silną pozycję. Nie inaczej jest z Tegan and Sara. Na koncert dwóch uroczych bliźniaczek gawiedź czekała od lat! [mk] Więcej informacji w kalendarium.

Filip (fika)

Alek (alek)

Mateusz (matad)

Ola (oz)

02.11

Julia (jul)

nd Tegan a

Warszawa Palladium 9 10 PLN ul. Złota ęp: 105-1 .00 • wst start: 19

bo Ruskie Dobre,zatacza nad naszą postkomunistyczną

Sputnik ojczyzną coraz szersze kręgi. To już sześć lat i aż 40 miast – wynik godny mocarstwa, które festiwal reprezentuje. Rosyjskie filmy z różnych gatunków obejrzymy w tym roku w kilkunastu miastach Polski. Tematycznie Sputnik 2013 będzie tym razem poświęcony najważniejszym osiągnięciom w dziedzinie nauki oraz wybitnym naukowcom i noblistom. [amz]

Rafał (rar)

Kuba (włodek)

Cyryl (croz)

Michał (mk)

kadr z fil

mu „Geo

Iza (is)

Poleca redakcja

Rodzina silna…

graf prze pi

07-17.11

cała po

lska

ł globus”

7. Sputni nad Pols k ką

Sara


Sto lat! trzech scenach – w skrócie tak można określić urodziny

Cztery dni na miejsca, które niecały rok temu otrzymało od nas nagrodę Nocnego Marka. W ciągu 96 godzin na Solcu pojawią się reprezentanci każdego klubowego gatunku muzycznego. Będzie house’owe dOp, będą postrockowi El Ten Sol i bassowy RL Grime. Będzie dobry amerykański hip-hop Just Blaze’a i beznadziejny polski hip-hop L.U.C-a. A to tylko wierzchołek góry lodowej, jaką jest ten minifestiwal. [kp] Więcej informacji w kalendarium.

hroeder

Andrea Sc

22. Ars s Camerali

06-26.11

Katowice stiwal.pl meralisfe www.arsca

06-10.11

Warszawa 1500 m² do Wynajęcia ul. Solec 18/2 0

kameralna Sztuka, panie, że festiwal ma już 22. edycję, to Jeżeli widzisz, wiesz, że coś się dzieje – i to dzieje się dobrze. Muzyka, poezja, literatura, teatr i film będą gościć na Śląsku niemal przez cały miesiąc. [amz]

Urodziny 1500 m 2

Efekt Briana się zmieniają, a do Briana Molko wciąż wzdychają tłumy Lata lecą, mody nastolatek. Placebo gra praktycznie to samo od prawie dwóch dekad, ale ich popularność, szczególnie w naszym kraju, wcale nie maleje. Zespół przyjeżdża do nas regularnie i wygląda na to, że przy okazji kolejnej wizyty na Torwarze muzycy i organizatorzy nie będą mogli narzekać na kiepską frekwencję. Tym razem pewnie będzie podobnie. Może przekonajcie się sami? [matad]

Więcej informacji w kalendarium.

ni stało się fotografowanie tegofe, stcoiwmalaosięjednazetaniu.lerzu. ch u k w d n e k od e We jakiegoś czasu niezwykle mtymnebardziej zainteresuje filmnioweywstyd będzie wpaść do kina z . Od rcia w końcu Muza · ul. św iłośników ża ery, nachos, Wszystkich m · Poznań · Kino aw · Kino eki, hamburg 11 st 4. , -2 as 22 ill • ad y: y, ques · Wrocł Popcorn, film zostałe termin· ul. Długa 57 • 22-24.11 iantem. [iz] po Neptun Kino · własnym prow ńsk 21 Gda a19 4.11 · za Wielkiego Marcin • 22-2 · ul. Kazimier Nowe Horyzonty rium. acji w kalenda Więcej inform

Więcej informacji w kalendarium.

12.11

Placebo

kadr z filmu „Smak curry”

22-24.11

Warszawa Kino Kultura ul. Krakowskie Przedmieście 21-23

Warszawa .pl enation www.liv Torwar owska 6a 4 PLN • k 7 n e -2 zi 4 a 5 Ł 1 ul. ęp: .00 • wst start: 20

listopadowy soundtrack

5. kuchnia+ Food Film Fest

Co miesiąc przygotowujemy na naszym spotify’owym profilu ścieżkę dźwiękową do nadchodzących tygodni. Znajdziecie na niej wybrane przez naszych redaktorów numery związane z aktualnymi wydarzeniami – koncertami, imprezami, premierami płytowymi i filmowymi. Coś nowego, coś starego, coś czarnego. Każdy pretekst dobry, żeby posłuchać czegoś ciekawego. Słuchajcie więc!


listopad

patronaty

Krzywe

do 17.11

Warszawa Wypieki Kultury ul. Stolarska 2/4

WYSTAWA Ostatnio na fali popularności druku i selfpublishingu grafika ma się coraz lepiej. Wystawa „Krzywe” poświęcona jest właśnie temu zjawisku, ze specjalnym naciskiem na grafikę wektorową. Od lat mówi się, że jest ona nudna, że nie ma duszy i zawsze wychodzi tak samo. W polskim krajobrazie, w gąszczu nieudolnej typografii i pstrokatych plakatów, ta prostota może być zaletą. Wreszcie będziemy też mogli zrozumieć grafików, którzy słysząc „przełóż grafikę na wektory”, dostają białej gorączki. [morda]

WLVS

07.11

Warszawa Eufemia ul. Krakowskie Przedmieście 5 start: 20.00 • wstęp: 10 PLN

02.11

Nickelback

Warszawa Torwar ul. Łazienkowska 6a start: 18.00 • wstęp: 161-193 PLN

Cielak, który połknął kij

Są takie zespoły, które trudno brać na poważnie. Jednym z nich jest Nickelback. Kanadyjscy rockerzy to słabsza wersja tego, co domorośli fani rocka wyobrażają sobie podczas pierwszych kontaktów z tym gatunkiem muzyki. Nie zmienia to faktu, że stojący na czele grupy Chad Kroeger to według niektórych uosobienie rock’n’rollowego samca. Twardziele z Alberty chcieliby zapewne dorównać swoim alternatywnym rodakom i łoić tak, że aż drzazgi lecą, ale niestety jak na razie wszelkie próby kończyły się co najwyżej połknięciem kija i napinaniem nabalsamowanych bicepsów. No ale w końcu zespół przyjeżdża do nas po raz pierwszy, więc jeśli wiecie, że młodsza siostra całowała się przy „This Is How You Remind Me”, to już macie fajny pomysł na prezent. [mk]

08.11

Poznań SQ Klub ul. Półwiejska 42 start: 22.00

08.11

Warszawa Proxima ul. Żwirki i Wigury 99

KONCERT

Rodzina silna…

Coś jest w tym polskim uwielbieniu dla rodzeństwa. Popularność CocoRosie, Haim czy Kings of Leon pokazuje, że rodzina w naszym kraju ma bardzo silną pozycję. Nie inaczej jest z Tegan and Sara. Na koncert dwóch uroczych bliźniaczek gawiedź czekała od lat. I w końcu się doczekała! Ikony ruchu LGBT w muzykę bawiły się właściwie od dziecka, by chwilę po przekroczeniu pełnoletności nagrać swój debiut. Od tej pory Sara i Tegan współpracowały m.in. (na scenie lub w studiu) z Death Cab for Cutie, Weezer, The Killers, Neilem Youngiem i The Black Keys. Potem były kolejne sukcesy, w tym słynna Polaris Prize i ogromny hype na singiel „Closer”. Rozpędzone bliźniaczki pewnie jeszcze przejdą do historii muzyki rozrywkowej. Jednak zanim zagrają na Wembley, muszą się w końcu pokazać w naszym smutnym kraju. Zabierzcie rodzeństwo! [mk]

Oliver Koletzki

Parkway Drive

Warszawa Palladium ul. Złota 9 start: 19.00 • wstęp: 105-110 PLN

Tegan and Sara

KONCERT

KONCERT Jak na porządny hardcore'owy gig przystało, w Eufemii zagra aż pięć składów. Największą gratką będzie występ gości z WLVS. Poza nimi wystąpią Holendrzy ze Svartvit. Den Haag, jak wiadomo, trzyma z Warszawą sztamę, więc z tej okazji stołeczni wystawią grubą reprezentację z Brooks Was Here i The Spouds na czele. [mk]

IMPREZA Gdy w Warszawie nasze ulubione 1500 m² będzie obchodzić czwarte urodziny, w Wielkopolsce SQ skończy dwa razy więcej. Z tej okazji do Poznania zawita jeden z ulubieńców legendarnego Svena Vatha – Oliver Koletzki. [dup]

02.11

Pięć 05.11 04-11.11 7. Festiwal Smaków

Warszawa KINO MURANÓW ul. Gen. Andersa 5 KINO LUNA ul. Marszałkowska 28 • www.piecsmakow.pl

Jeru the Damaja

Wrocław Puzzle Przejście Garncarskie 2 start: 20.00 • wstęp: 30-35 PLN

KONCERT Będzie bardzo głośno i hałaśliwie. W ramach trasy Vans Off the Wall Music Night wasze bębenki będą dewastowane przez kapele Parkway Drive, We Came as Romans, Memphis May Fire i Like Moths to Flames. Metal core i dużo czerni. Wchodzisz na własne ryzyko. [amz]

Nouvelle Vague

09.11

Warszawa Palladium ul. Złota 9 start: 19.00

TRASA Przygnębiający, melodyjny wokal, delikatna gitara i odrobina smutku. To znaki rozpoznawcze zespołu Nouvelle Vague, który jesienią odwiedzi Polskę. Znana z coverów francuska grupa wystąpi w Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu. Trzy dni listopada można więc spędzić w bardzo francuskim stylu. [os] POZOSTAŁE KONCERTY: • 10.11 · Poznań · Eskulap · ul. Przybyszewskiego 39 · start: 19.00 • 11.11 · Wrocław · Eter · ul. Kazimierza Wielkiego 19 · start: 19.00

kadr z filmu „Jisuel”

FESTIWAL

KONCERT

Jeszcze dziesięć lat temu filmy azjatyckie co jakiś czas pojawiały się na naszych ekranach – Wong Kar-Wai przyciągał tłumy większe niż Lars von Trier, kilka odważnych osób wprowadziło tytuły Zhang Ke Jia czy Tran Anh Hunga, jednych z ważniejszych współczesnych twórców, przez sale kinowe przemykały też japońskie horrory. Obecnie dystrybutorzy, nawet ci tzw. ambitni – nie ryzykują. Lukę tę na szczęście zaczęły wypełniać festiwale, w tym najważniejszy wśród nich festiwal Pięć Smaków. Początki były dość skromne – siedem lat temu Jakub Królikowski z fundacją Arteria przygotował skromny przegląd kinematografii wietnamskiej. W tym roku przegląd objął właściwie wszystkie kraje Azji Południowo-Wschodniej. W programie są starannie wyselekcjonowane filmy z Birmy, Singapuru czy Wietnamu, wśród których znalazły się nie tylko produkcje arthouse'owe. Organizatorzy cenią też kino gatunkowe (sensacje Johnniego To) czy zabawę popkulturowymi motywami (właściwie nieznany w Polsce Tetsuya Nakashima). POZOSTAŁE TERMINY: • 08-14.11 · WROCŁAW · KINO NOWE HORYZONTY. [mm]

Życie byłych gwiazd undergroundowego hip-hopu musi być trochę smutne. Oczywiście nadal sporo występują i są w stanie wyżyć ze swojego rymowania (przynajmniej część z nich), ale i tak większość musi koncertować we wschodniej Europie. Tak jest na pewno z Jeru, którego Polacy kochają. Najpierw nagrał kawałek z Ostrym i Peją, potem sam zaprosił Polaków na swój album, na którym udziela się pierwsza liga europejskiego rapu. Do tego Jeru pojawia się w Polsce co najmniej dwa razy w roku. Najważniejsze jest to, że niezależnie, w jakim punkcie kariery raper by nie był, nadal jest tym samym typem, który nagrał „Still Risin”. We Wrocławiu wystąpi z polskim live-bandem Electro-Acoustic Beat. Jeśli odpuszczaliście dotąd kolejne koncerty Jeru, bo „i tak wróci za kilka miesięcy”, to może w końcu jest powód, by się wybrać. Ten będzie wyjątkowy – choćby za sprawą naszych polskich muzyków. [dup]

Azjatyckie smaki

Wspomnienia legendy


06-26.11

22. Ars Cameralis

Katowice www.arscameralisfestiwal.pl

07-17.11

7. Sputnik nad Polską

Warszawa www.sputnikfestiwal.pl

kadr z filmu „Deliverence”

FESTIWAL

Orchestra of Spheres

Wschód powraca

FESTIWAL

Sztuka, panie, kameralna

Jeżeli widzisz, że festiwal ma już 22. edycję, to wiesz, że coś się dzieje – i to dzieje się dobrze. Muzyka, poezja, literatura, teatr i film zagoszczą na Śląsku niemal na cały miesiąc. Patent polega na tym, by wychwytywać najnowsze zjawiska artystyczne, które są mocno zakorzenione w tradycji. Nie zabraknie więc koncertów muzyki poważnej, współczesnych brzmień rozrywkowych, filmów, wystaw czy spektakli. Zaproszono m.in. Kwartet Śląski, który w jednym z katowickich kościołów zagra koncert złożony z utworów Henryka Mikołaja Góreckiego oraz Arvo Pärta. Tego samego dnia drugi biegun muzyczny reprezentować będą brzmienia soulowe i r’n’b – w Hipnozie wystąpi bowiem Bilal. Nie sposób wymienić wszystkich atrakcji, wziąć we wszystkich udział też nie będzie łatwo, gdyż wydarzenia są rozrzucone po różnych miastach: Bielsku-Białej, Katowicach, Sosnowcu. [amz]

To już siedem lat i aż 40 miast – wynik godny mocarstwa, które festiwal reprezentuje. Rosyjskie filmy najpierw będziemy oglądać w Warszawie, następnie skromniejsze repliki odbędą się w kilkudziesięciu miastach Polski. Festiwal to przede wszystkim konkurs najnowszych produkcji, które miały premierę w ciągu ostatniego roku. Ponadto organizatorzy przygotowali trzy retrospektywy – każda poświęcona legendzie rosyjskiego kina. Będziemy więc mogli zobaczyć filmy Alesieja Bałabanowa (twórcy „Dziwadeł i ludzi”), Aleksieja Germana (autora „Próby wierności”) i Piotra Todorowskiego (reżyser przeniósł na ekran m.in. powieść Władimira Kunina „Dewizówka”). Wszyscy trzej zmarli w tym roku. W programie są też najlepsze tytuły z poprzednich edycji, filmy z motywami żydowskimi, a także miniprzegląd produkcji z Litwy, Łotwy i Estonii. Uvidimsya. [mm]

Messer Chups

05.10

65daysofstatic

Wrocław Firlej ul. Grabiszyńska 56 start: 19.00 • wstęp: 59-69 PLN

05.10

Cristian Vogel

Zielona Góra piekarnia cichej kobiety ul. Fabryczna 13 start: 21.00 • wstęp: 15-20 PLN

05.10

Adam Port

Kraków Prozak 2.0 pl. Dominikański 6 start: 22.00

TRASA

Mrok, futbol, gołębie

Polacy kochają post rocka prawie tak samo jak futbol. Jednak w przeciwieństwie do sytuacji na boiskach w naszych klubach mogą regularnie obcować z najlepszymi. 65daysofstatic dorobili się u nas statusu kultowej grupy po dwóch koncertach, podczas których supportowali The Cure. Konfrontacja z legendą wydawała się z góry skazana na porażkę, jednak Brytyjczycy bezproblemowo ugrali remis z ekipą Smitha. Potem nastąpiły lata pielgrzymek polskich fanów na berlińskie koncerty zespołu. Na szczęście wyspiarscy eksperymentatorzy zorientowali się, że polska ziemia wydaje żyzne owoce, jeśli tylko dostarczy się jej odrobinę mrocznych dźwięków. A poza tym we Wrocławiu i Warszawie gołębi i deszczu mamy pod dostatkiem! [mk] Pozostałe koncerty: • 06.10 · Warszawa · Basen · ul. Marii Konopnickiej 6 · start: 19.00 · wstęp: 59-69 PLN

IMPREZA IMPREZA

Cztery na 20

Cristian Vogel powraca do Polski – tym razem zagra swój wyjątkowy set „20 years of...”. W trakcie występu będziecie mogli usłyszeć zarówno jego najbardziej znane tracki, jak i zakurzone winyle, których młody Cristian słuchał, gdy jeszcze nie myślał o produkcji. Dwugodzinna podróż po jego twórczości to wystarczający powód, aby wsiąść w pociąg i ruszyć do Zielonej Góry. Legendy techno nie grają na co dzień w Lubuskiem. [kp]

Na dobry początek

Jeśli jeszcze nie wiecie, to spieszymy poinformować, że tegoroczna jesień będzie należeć do krakowskiego Prozaka. Po ogłoszeniu planów klubu na najbliższe miesiące większość słuchaczy muzyki elektronicznej nie mogła wyjść z podziwu. Na dobry początek sezonu pojawi się Adam Port. Ten młody niemiecki twórca inspiruje się nawet takimi gatunkami, jak dancehall, rap czy psychodelic rock. Dlatego chociaż jego sety to raj dla każdego fana 4/4, to gdy wsłuchacie się w świetne, przemyślane miksy Porta, będziecie tańczyć do rana. [kp]


listopad David Murray

09.11

Wrocław Impart ul. Mazowiecka 17 start: 19.30 • wstęp: 50-100 PLN

07-10.11

Urodziny 1500 m2

Warszawa 1500 m2 do Wynajęcia ul. Solec 18/20

IMPREZA

4 na 4 na pop na trap na house

KONCERT Tegoroczny Ethno Jazz Festival zaprosił wyjątkowego gościa – laureata nagrody Grammy, amerykańskiego saksofonistę Davida Murraya wraz z jego formacją Infinity Quartet. Tak więc czeka was prawdziwa uczta z bluesem, muzyką gospel i free jazzem. [amz]

1500 m² oszalało. Dość powiedzieć, że gdy ogłosili trzecią gwiazdę swoich urodziny – zespół dOp, który pojawi się w klubie w sobotę, wiele osób musiało się oblać zimną wodą, by nie zemdleć z zachwytu. Już wtedy wiadomo było, że w czwartek na Solcu zagrają El Ten Sol i Slow Magic. Gorzej niestety wypada inne sobotnie wydarzenie. Chociaż wielu znajomych zna moją słabość do piosenek Izy Lach, to znacznie więcej osób wie, jak nienawidzę błazna, który podszywa się pod rapera i sączy kasę z cyca ministerstwa kultury i tysięcy organizacji chcących zrobić coś kulturalnego. Jeśli nadal nie domyślacie się o kim mowa, to 9 listopada w 1500 m² pojawi się L.U.C., promujący kolejną dofinansowaną i niesprzedającą się płytę. Występ L.U.C-a i Izy podobno nie ma związku z urodzinami klubu i jest oddzielnym wydarzeniem, które nieszczęśliwie nakłada się z czterodniowymi obchodami. Dlatego w sobotę najlepiej pojawić się po 23, gdy ostatnie nuty już wybrzmią, a za didżejką staną wszyscy ważni polscy didżeje związani z klubem. Oczywiście głównym punktem wieczoru będzie wspomniany występ tria dOp – jednego z najlepszych liveactowych bandów na świecie. To jednak nie koniec atrakcji – 11 listopada mamy święto narodowe, więc włodarze 1500 m² podjęli decyzję, że to idealna okazja na trzecią urodzinową imprezę… I to jaką! Na Powiślu zagra bowiem genialny Just Blaze, producent takich albumów, jak „The Blueprint” Jaya-Z, „Recovery” Eminema czy „Good Kid m.A.A.d City” Kendricka Lamara. Obok niego wystąpi gwiazda trapu RL Grime. Czwarte urodziny, trzy dni (bo w piątek 1500 m² odpoczywa), trzy świetne imprezy, genialni twórcy house’u, rapu, popu, trapu, śmietanka rodzimej sceny muzycznej (i L.U.C.) 1500 m² szaleje. [kp]

Wayne Shorter

14-24.11

Wrocław www.jazztopad.pl

FESTIWAL Jeden z czołowych festiwali jazzowych w Polsce, wrocławski Jazztopad, ma w tym roku swój jubileusz – odbędzie się jego dziesiąta edycja. Jak co roku możecie się spodziewać wielkich nazwisk światowego jazzu, dużej liczby premier, które powstają specjalnie na potrzeby tego wydarzenia, oraz projektów na pograniczu jazzu i muzyki poważnej.[amz] RL Grime

Stephan Bodzin

16.11

Kraków Prozak pl. Dominikański 6 start: 22.00 • wstęp: 20-30 PLN IMPREZA Prozak ma za sobą pierwszy rok istnienia. Wie więc, jak zrobić dobrą imprezę, kogo fajnego zabukować. To drugie robi często i bardzo chętnie. Tym razem do byłej stolicy Polski przyjedzie Stephan Bodzin, który pokaże, jak to się robi w Berlinie. [dup]

Tricky

18.11

Warszawa Stodoła ul. Stefana Batorego 10 start: 20.00 • wstęp: 110-125 PLN

08.11

Dark Sky

Kraków Pauza ul. Floriańska 18 start: 22.00 • wstęp: 10-15 PLN

08.11

Warszawa Nowa Jerozolima Al. Jerozolimskie 57 start: 22.00 • wstęp: 15-20 PLN

Underground Resistance

TRASA Tricky koncertuje w Polsce tak często, że dziwny wydaje się fakt, że nikt jeszcze nie zaproponował mu polskiego obywatelstwa. Czarnoskóry nestor trip-hopu jest legendą „złotych przebojów” i jeśli tylko za kilka lat ogłosi powrót, to wiemy, że powinien być jedną z gwiazd festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty. [mk] Pozostałe koncerty: • 19.11 · Kraków · Studio · ul. Witolda Budryka 4 · start: 20.00 · wstęp: 110-125 PLN · 20.11 · Wrocław · Sala Ziemi MTP · ul. Głogowska 14 · start: 20.00 · wstęp: 110-125 PLN

Bastille

19.11 Warszawa Stodoła ul. Batorego 10 start: 20.00

KONCERT Najlepszy ze wszystkich hipsterskich zespołów przyjeżdża do stolicy. Bastille to najbardziej szczery głos współczesnej muzyki indie. Zabłysnęli po nagraniu coveru City High, pojechali w trasę z Fenech-Soler, a potem polecieli własnymi przebojowymi kawałkami. „Flaws” i „Pompeii” to w tej chwili największe hity wszystkich stacji radiowych i alternatywnych klubów świata. [mic]

impreza

IMPREZA

Krakowski kolektyw didżejski Gangsteppaz doczekał się pięciolecia swojej działalności. Przez ten czas trio zdążyło nas przyzwyczaić do wyszukanych bookingów i dopieszczonej selekcji. Urodzinowa poprzeczka została zawieszona wysoko, ale i tym razem gangowi udało się sprostać zadaniu. Na początku pod Wawel przyjedzie Dark Sky. Skład powstał w 2008 r. – w setach i produkcjach londyńskiej ekipy można wyczuć wpływy UK garage, house’u, d'n'b czy hip-hopu. Ich płyty z sukcesem wypuszczane były przez takie wytwórnie, jak Pictures Music, Ninja Tune, Blunted Robots i 50 Weapons Modeselektora. Niech krakowscy chłopcy żyją nam sto lat! [jack]

Jeśli fani techno musieliby wskazać królów tempa 4/4, bez dwóch zdań wybraliby legendarny kolektyw Underground Resistance. Istniejący od ponad 20 lat team jest dla muzyki techno tym, czym Public Enemy dla hip-hopu. UR zostało założone przez świętą trójcę techno – Jeffa Millsa, Roberta Hooda i Mike’a „Mada” Banksa, z których tylko ten ostatni pozostał w składzie. Przez ponad dwie dekady istnienia w UE udzielało się niemalże 30 didżejów i producentów, jednak mimo tej rotacji ekipa zawsze reprezentowała wysoki poziom. Po fantastycznym występie na tegorocznym Unsoundzie panowie wracają do Polski, by w Jerozolimie otworzyć nowy rozdział historii techno w Polsce. Wstyd tam nie być. [kp]

Urodziny pod czarną chmurką Techno, panie


Bilal

09.11

Cafe Kulturalna Warszawa pl. Defilad 1 start 22.00 • wstęp: 50 PLN

09.11

Just Blaze

Kraków Pauza ul. Floriańska 18 start: 22.00 • wstęp: 20-30 PLN

08.10

Warszawa Cafe Kulturalna pl. Defilad 1 start: 20.00

A Place to Bury Strangers

Vavamuffin 7 LISTOPADA KULT 8, 9 LISTOPADA TRASA

Mistrzowie hałasu KONCERT

IMPREZA

Pochodzący z Filadelfii charyzmatyczny Bilal jest jednym z najciekawszych głosów współczesnej muzyki. Jego utwory oscylują między jazzem, soulem i funkiem, a on sam jest miłośnikiem eksperymentów. Debiutancki krążek Amerykanina, „1st Born Second”, w którym maczali palce Dr. Dre i Raphael Saadiq, był prawdziwym przełomem. Wiosną tego roku Bilal wypuścił najnowszą płytę „Love Surreal”, na której wśród gości znalazł się m.in. pianista Robert Glasper. Pierwszy w Polsce, warszawski koncert Bilala będzie z pewnością pełen emocji. W ramach supportu wystąpi grupa Night Marks Electric Trio z gościnnym udziałem Pauliny Przybysz. [is]

Just Blaze to jedna z ważniejszych postaci współczesnego hip-hopu. Pochodzący z New Jersey producent znany jest głównie ze współpracy z Jayem-Z. Produkował także dla Cam’rona, Snoop Dogga, Taliba Kweli, Busta Rhymesa, Eminema, Kendricka Lamara i wielu innych raperów. Jest też twórcą ścieżki dźwiękowej do filmu animowanego „Epoka lodowcowa 4” i części utworów do takich gier komputerowych, jak „NBA Street Vol. 2” i „NBA Ballers: Chosen One”. Ostatnimi czasy zbliżył się do brzmień trapowych, a jego wspólny utwór z Baauerem – „Higher” – stał się jednym z hymnów gatunku. Just Blaze swój pierwszy występ da w Krakowie, podczas urodzin streetwearowego sklepu Lokal Hero. [jack]

soul wprost z Philly

10.11

The Necks

Warszawa Laboratorium CSW ul. Jazdów 2 start: 20.00 • wstęp: 40-50 PLN

Legenda w Polsce

11.11

Crystal Fighters

Warszawa Stodoła ul. Stefana Batorego 10 start: 19.00 • wstęp: 79-90 PLN

MELA KOTELUK

Kolejna wizyta mistrzów hałasu. Powstała dekadę temu na Brooklynie grupa prezentuje niezwykle interesującą muzykę z pogranicza noise rocka i shoegaze’u. Uznanie przyniósł jej 10 LISTOPADA debiutancki krążek zatytułowany po prostu „A Place to Bury Strangers”, który zachwycił krytyków i Trenta Reznora. Lider Nine Inch Nails zaprosił nawet grupę na wspólną trasę koncertową. Unikalne brzmienie APtBS zawdzięczają w dużej mierze efektom gitarowym konstruowanym przez lidera formacji Olivera Ackermanna. Zespół wciąż promuje wydany w ubiegłym roku album ale na koncertach prezentuje też premierowe 14„Worship”, LISTOPADA kompozycje z przygotowywanej płyty. [matad]

PERFECT dZIECIOM ULICY COMA 15 LISTOPADA

BRENNNESSEL ON TOUR xxyyxx 16 LISTOPADA

Kamp! & Rebeka

NOSOWSKA 17 LISTOPADA JELONEK 21 LISTOPADA MARIA PESZEK 22 LISTOPADA

KONCERT

KONCERT

The Necks to szara eminencja współczesnej sceny jazzowej. Australijskie trio nigdy nie zostało wystarczająco docenione, choć od ponad ćwierć wieku wytacza w muzyce improwizowanej nowenszlaki. Zespół nie potrzebuje jednak do tego mnóstwa instrumentów czy technologicznych nowinek. Grane na fortepianie, kontrabasie i perkusji kompozycje czarują przede wszystkim swoim minimalizmem i precyzją wykonania. Repetytywne, ale często urzekające swoim pięknem motywy składają się na wielogodzinne improwizacje, które zwykle generują niewiele krótsze owacje na stojąco. Jako support wystąpi nie mniej uzdolnione trio w składzie: Mike Majkowski, Łukasz Rychlicki oraz Paweł Szpura. (croz)

Gapowicze, którzy przespali megaenergetyczny majowy występ Crystal Fighters, nie muszą rozpaczać. W listopadzie Baskowie zawitają do nas ponownie – i to z dwoma koncertami, na których będą promować najnowszą, drugą w dyskografii płytę zatytułowaną „Cave Rave”. Grupa debiutowała w 2010 r. albumem „Star of Love”, który wywołał spore zamieszanie, frapując karkołomnym połączeniem tradycyjnego folku z kraju Basków i elektroniki. Pozytywne recenzje tej płycie wystawiły m.in. magazyny „Q”, „Mojo” czy „Mixmag”, a zespół miał okazję supportować Foalsów. Crystal Fighters to koncertowi wymiatacze – ich występy w odróżnieniu od nagrań studyjnych epatują pierwotną wręcz energią. Wyjdziecie półżywi – gwarantujemy. [rar]

Głowa na karku

Jaskiniowcy rozrabiają

BEHEMOTH 24 LISTOPADA MARIKA 29 LISTOPADA T.LOVE MUNIEK 50 – KONCERT URODZINOWY 30 LISTOPADA


listopad Glen Hansard

21.11

Wrocław Synagoga pod Białym Bocianem ul. Pawła Włodkowica 7 start: 20.00 • wstęp: 80-110 PLN

11.11

Lymbyc Systym

Kraków Rozrywki Trzy ul. Mikołajska 3 start: 21.00

12.11

Metz

Warszawa Hydrozagadka ul. 11 Listopada 22 start: 20.00 • wstęp: 45-50 PLN • www.go-ahead.pl

Koncert Ciepła, momentami rozdzierająca, przepełniona emocjami barwa głosu daje niewiarygodny efekt. Mimo iż Glen Hansard znany jest większości przede wszystkim z zespołu The Frames, ale wielu zawsze będzie się kojarzyć z filmem „Once”. Nie przegapcie – naprawdę warto. [maj] Pozostałe koncerty: • 22.11 · Warszawa · Palladium · ul. Złota 9 · start: 20.00 · wstęp: 89-99 PLN

The Maggie’s Marshmallows

21.11

Warszawa Eufemia ul. Krakowskie Przedmieście 5 start: 21.00 • wstęp: 10 PLN Koncert Raz na jakiś czas warszawskie piwnice i skłoty odwiedzają rock’n’rollowo-garażowe zespoły z całej Europy. Tym razem padło na Czechy, które na co dzień kojarzą nam się tylko z kultowymi Plastic People of the Universe i wampirycznymi XIII Stoleti. The Maggie's Marshmallows grają ciut inaczej niż ich słynni rodacy – fuzz, wrzaski, psychodelia. Piwo niestety polskie. [mk]

Trasa

TRASA

Duet braci Bell po roku wraca do Polski – tym razem oprócz Poznania odwiedzą też Kraków. Zespół, który specjalizuje się w przestrzennych, mocnych i nastrojowych brzmieniach, będzie czarował postrockowym brudem, elektroniką i sennością ambientu. To, że równie dobrze brzmią na scenie, jak i na płycie, udowodnili podczas tras koncertowych z największymi postaciami muzyki alternatywnej – Crystal Castles, Broken Social Scene i This Will Destroy You. Z tymi ostatnimi nagrali zresztą wspólną EP-kę „Field Studies”, którą z pewnością usłyszycie na najbliższych koncertach. Oprócz tego nie powinno oczywiście zabraknąć materiału z ich ostatniej płyty „Symbolyst”. [ola] Pozostałe koncerty: • 12.11 · Poznań · Meskalina · ul. Stary Rynek 6 · start: 21.00

Nagrywający dla kultowej wytwórni Sub Pop chłopcy z powodzeniem odświeżają znany z lat 90. miks post hardcore’u, punku i indie. Dzięki takiemu połączeniu idealnie wpisują się w tradycję labelu, którego korzenie sięgają przecież proto grunge’u. Metz miał początkowo trudności z przebiciem się na rodzimej scenie, ale mozolnie budowana reputacja pozwoliła im zyskać rozgłos i wydać w 2012 r. wysoko ocenianą debiutancką płytę. Album zatytułowany po prostu „Metz” został nominowany do prestiżowej kanadyjskiej nagrody Polaris Music Prize. Alex Edkins wydziera się jak obdzierany ze skóry, a basowo-gitarowa kanonada w połączeniu z łomotem perkusji przyprawić może o zawrót głowy. Albo o szeroki uśmiech. Na koncertach w roli supportu zaprezentują się Cheatahs oraz Bambara. [matad] Pozostałe koncerty: • 13.11 · Wrocław · Bezsenność · ul. Ruska 51 · start: 20.00 · wstęp: 45-50 PLN

Eksperymenty z Arizony

Len Faki

22.11

Warszawa Nowa Jerozolima Al. Jerozolimskie 57 start: 22.00 • wstęp: 30-35 PLN IMPREZA Nowa Jerozolima nie przestaje promować dobrej muzyki. W progach warszawskiego klubu wystąpi przedstawiciel legendarnego labelu Ostgut Ton – Len Faki. Ten niemiecki producent ma na koncie około 50 (sic!) EP-ek i niestety tylko jeden pełnoprawny album. Polska „technem” stoi, selekcja muzyków, którzy do nas trafiają jest coraz lepsza, bo świadomość słuchaczy rośnie. Uczmy się dalej. [kp]

12.11

Placebo

Warszawa Torwar ul. Łazienkowska 6a start: 20.00 • wstęp: 154-274 PLN • www.livenation.pl

Wkurzeni Kanadyjczycy

13.11

Wax Tailor

Wrocław Eter ul. Kazimierza Wielkiego 19 start: 20.00 • wstęp: 48-58 PLN

One Love Fest

23.11

Wrocław Hala Stulecia ul. Wystawowa 1 start: 16.00 • wstęp: 70-170 PLN Festiwal To już dziesiąta edycja największego halowego festiwalu muzyki reggae w Europie. W tym roku zagrają dla nas m.in.: Gentleman & the Evolution, Misty in Roots czy Beenie Man. [maj]

Ólafur Arnalds

28.11

Gdańsk Żak ul. Grunwaldzka 195/197 start: 20.00 • wstęp: 30-70 PLN Koncert Islandzki kompozytor i multiinstrumentalista, znany głównie ze współpracy z Sigur Rós i ich liderem Jónsim, wpada do nas po raz kolejny, by czarować połączeniem elektroniki i muzyki poważnej. Będzie pięknie, będzie smutno, a my przecież tak lubimy najbardziej. [rar]

KONCERT

TRASA

Lata lecą, mody się zmieniają, a do Briana Molko wciąż wzdychają tłumy nastolatek. Placebo gra praktycznie to samo od prawie dwóch dekad, ale popularność grupy, szczególnie w naszym kraju, wcale nie maleje. Zespół przyjeżdża do nas regularnie i wygląda na to, że również tym razem organizatorzy nie będą mogli narzekać na kiepską frekwencję. Występ odbędzie się w ramach trasy promującej jeszcze ciepły, wydany we wrześniu album „Loud Like Love”, który jest powrotem do formy i miłą odmianą po nijakim „Battle for the Sun” z 2009 r. Co ciekawe, nowy materiał powstawał początkowo z myślą o pierwszym solowym wydawnictwie lidera. Dopiero po pewnym czasie do komponowania przyłączyli się pozostali muzycy. „Loud Like Love” to już siódmy album w dyskografii grupy, która dotychczas sprzedała na świecie ponad 12 milionów egzemplarzy swoich płyt i posiada jedną z najwierniejszych publik na świecie. [matad]

Wax Tailor to jeden z dwóch łysych producentów, którzy mają słowo wosk w nazwie i robią świetne jazzowo-funkowe bangery. Sampling to słowo-klucz. Live band to słowo-klucz numer dwa. Obok takich twórców jak Nightmares on Wax czy Bonobo, Wax Tailor jest jednym z najważniejszych twórców jazzowego samplingu (wiemy, jak ryzykowne jest to stwierdzenie – zaraz zaczniecie krzyczeć, że Madlib, i wymienicie pół sceny hiphopowej, więc ustalmy, że wyznacznikiem było też bycie białym muzykiem). Jego pełne głębi i soulowego feelingu tracki sprawiły, że od kiedy tylko Wax stał się Waxem (wcześniej należał do kolektywu La Formule), fani od razu go pokochali. Artysta pojawi się w czterech miastach Polski z pełnym składem, który wykona jego utwory bez wsparcia komputera i jakiejś miernej klawiatury midi, lecz z perkusją, basem i jazzową energią. [kp] Pozostałe koncerty: • 14.11 · Poznań · SQ · ul. Półwiejska 42 · start: 20.00 • 15.11 · Gdańsk · Parlament · ul. Świętego Ducha 2 • 16.11 · Warszawa · Basen · ul. Marii Konopnickiej 6

Głośniej od miłości

Jazz na łaksach


13.11

Zebra Katz

Warszawa 1500 m² do wynajęcia ul. Solec 18 • wstęp: 30-40 PLN

13.11

Biffy Clyro

Stodoła ul. Stefana Batorego 10 start: 20.00 • wstęp: 99 PLN

FESTIWAL

KONCERT

Dekadę temu hasło „światowy hiphopowiec” przywoływało obraz wyłaniającego się spod futra z norek sześciopaku 50 Centa, opartego o wyścigowe cabrio, wokół którego biegają długonogie łanie. Od tego czasu rap znacznie się zmienił, a na scenę wkroczyła banda kolesi, którzy air-maxy i pyrexy zamienili na koturny, peruki i wyzywający make-up. Ważną osobistością (a może wręcz diwą) queer-rapowego ruchu, obok Mykkiego Blanco i Le1fa, jest Zebra Katz – najmroczniejszy spośród wymienionych. Wydane w zeszłym roku „Ima Read” pożeniło muzyczne i modowe środowiska, gdy Rick Owens użył tego kawałka w swoim pokazie. Oczekiwanie na debiutancki album umilił nam w tym roku mixtape „DRKLNG”. (croz)

Po wielkim sukcesie płyty „Puzzle” Biffy Clyro zostali zaliczeni do czołówki gitarowgo, melodyjnego grania. Jednak zanim mainstream powitał ich z otwartymi ramionami w 2007 r., Simon Neil, James Johnson i Ben Johnson budowali swoją markę przez prawie 12 lat. Swoją pozycję ugruntowali w 2009 r. multiplatynowym albumem „Only Revolutions”, który katapultował ich z sal koncertowych na stadiony. Najnowsze, tegoroczne wydawnictwo „Opposites” zbiera rewelacyjne recenzje, a koncertowa maszyna Biffy Clyro przetoczyła się przez wszystkie najważniejsze festiwale. Po frekwencji na niedawnym występie podczas Coke Live Festivalu pozostaje tylko pytanie, czy Stodoła nie okaże się dla Szkotów za mała? [matad]

19.09-12.10 Warszawa sklep COS ul. Mysia 3

Polski design

Ciągłe rewolucje

20-28.09 Warszawa www.warszawska-jesien.art.pl

Jazzowe jasień

Bielsko-Biała Dom Muzyki ul. Słowackiego 27

KONCERT

Futro z zebry

14-17.11

Na południe od zachodu

Ponoć jazz i jesień to idealne połączenie. Czy tak jest naprawdę, będzie można się przekonać w Bielsku-Białej. W fascynującą muzyczną podróż w klimacie fusion zabiorą nas goście z Brazylii, Kuby, Indii i Tunezji. Oprócz tego wyskoczymy na chwilę do Stanów Zjednoczonych oraz zwiedzimy całą Europę – Francja, Szwecja i oczywiście Polska otworzą przed nami swoje zadymione jazzowe piwnice. Festiwal rozpoczną flirciarze z Manhattanu – Swept Away. Kolejne wieczory będą należały do takich muzyków, jak David Virelles, Tomasz Stańko, Fly Trio, Remember Shakti czy Marcin Wasilewski Trio. Imprezę zakończy unikalny koncert kwartetu Anouara Brahema. Będzie gorąco, tanecznie i refleksyjnie. [is]

56. Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”

FESTIWAL

Eine kleine herbstmusik

Muzykę współczesną można kochać albo nienawidzić. Nie ma tutaj miejsca dla niezdecydowanych. Brak melodii, nieregularne rytmy, szumy, stukania, wołania i dziwne instrumenty… Jedni wyśmiewają i krzyczą: „Sam bym tak skomponował”, drudzy perwersyjnie napawają się niedookreślonymi dźwiękami i biorą tydzień urlopu po to tylko, aby nie przegapić żadnego wydarzenia Warszawskiej Jesieni. Festiwal chwali się długoletnią tradycją i prestiżem, choć przez wielu wciąż uważany jest za zbyt hermetyczny i robiony dla „ludzi z branży”. Ci z kolei narzekają, że program jest niezbyt nowatorski, a nawet przewidywalny. I jak tutaj zadowolić Polaka? Koncertów i wydarzeń towarzyszących jest naprawdę dużo, dlatego po szczegóły zajrzyjcie na stronę wydarzenia. Na specjalne zaproszenie przyjedzie do Polski Krystian Zimerman, który 25 lat temu po raz pierwszy wykonał koncert fortepianowy Witolda Lutosławskiego. W setną rocznicę urodzin kompozytora Zimerman ponownie zagra to dzieło. Jedna rada – nawet nie próbujcie wyciągać iPhone’ów, by zrobić mu zdjęcie, bo wstanie, opieprzy, obrazi się i wyjdzie. [is]

WYSTAWA

materiał promocyjny

Jubileuszowe wzornictwo

Jak najlepiej uczcić pierwszy rok działalności sklepu? Zebrać znane studia projektowe i zorganizować wystawę designu. Na taki pomysł wpadła marka COS. Na trzy tygodnie okna sklepu na Mysiej zostaną oddane do dyspozycji trzem wybitnym polskim twórcom. Jako pierwsi swoje umiejętności zaprezentują spece ze Studia Rygalik, często angażującego się w projekty kulturalne. W tym roku na Open’erze mogliśmy oglądać wykonany przez nich Heineken Design Pavilion. Do współpracy zaproszono też MOOMOO Architects – biuro założone przez Jakuba Majewskiego oraz Łukasza Pastuszkę w 2008 r., które już po roku znalazło się w trzydziestce najlepszych młodych biur architektonicznych świata. Listę zamyka duet projektantów chmara.rosinke, łączący w swoich projektach rękodzieło z ekologią. W tym roku w Marsylii wspólnie z marką COS utworzyli instalacje „Mobile Pop Up Shop”.

Alexander Liebreich


październik

13-20.10

15-17.11

Kraków www.unsound.pl

Trójmiasto www.narracje.eu

Katastronauci

5. Festiwal Narracje

FESTIWAL

Nancy. Wywiad Reżyseria, choreografia: Claude Bardouil Występują: Magdalena Popławska, Claude Bardouil 23 – 26 listopada 20.00

Zdjęcie miasta. Fotografia PRZEKAZ: Underground Resistance warszawska presents: Interstellar Fugitives (USA) i praktyki pokrewne

Naszą zeszłoroczną zapowiedź Unsoundu poprzedziliśmy słowami: „Na dziesięciolecie krakowsko-nowojorskiego festiwalu muzycznej progresji przygotowaliśmy słownik pojęć i nazw, które mogą pomóc rozeznać się w meandrach unsoundowego światka. Brakuje tylko U i R. U jak Underground, R jak Resistance – kolektyw, którego reprezentantów wt.od–latpt. 20.00 już16.00 widzimy–oczami wyobraźni w jednej z galicyjskich, pofabrycznych hal”. Wówczas sob. – ndz. 12.00 – 20.00 nie podejrzewaliśmy, że tytuł numeru WWO ma w sobie tyle prawdy. A jednak – mówisz i masz. Dowodzony przez Mike’a Banksa detroicki Grupy zorganizowane kolektyw, dla którego techno jest środkiem odwalki 10.00 po umówieniu o lepsząuprzednim przyszłość, wystąpi pod Wawelem z kolejną odsłoną swojego flagowego projektu Interstellar Fugitives. Przełożony na werble 24i dęciaki listopada 16.00 Finisaż.wyniszczonego puls postindustrialnego, miasta popłynie zkuratorskie: głośników, a pieniądze, Oprowadzanie Adam które Mazur zarobią artyści, znów zasilą wspierane przez nich projekty pomocowe dla dzieciaków z Motor City.

Główny producent spektaklu Katastronauci

Dofinansowanie

Nowy Teatr Madalińskiego 10/16 22 379 33 33

www.nowyteatr.org Spektakl Katastronauci dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu „Lutosławski 2013 - Promesa”, realizowanego przez Instytut Muzyki i Tańca.

Warszawa Brzozowa 37 ul. Brzozowa 37 start: 22.00 • wstęp: 10-15 PLN

IMPREZA

Opowieści uliczne

Partnerzy

Huerco S

Y NOW AR TOW

Reżyseria, scenariusz: Iga Gańczarczyk Scenariusz, dramaturgia: Bartosz Frąckowiak Muzyka, koncepcja wizualna: Anna Zaradny Koprodukcja z HOBO Art Foundation 8 listopada 20.00 Premiera 9 – 10 listopada 20.00 Spektakle

Patroni

15.11

bow@nowyteatr.org www.ebilet.pl

Jesień to dobry czas dla festiwali niemuzycznych – mamy więc najróżniejsze akcje filmowe, teatralne, literackie oraz interdyscyplinarne. Do nich należą gdańskie Narracje, które mimo nazwy nie są imprezą książkową, ale właśnie artystyczną. Festiwal ten odkrywa opowieści w tkance miejskiej i tworzy historie z wątków i kontekstów wyłapanych na ulicach. Formuła jest bardzo ciekawa – organizatorzy konstruują instalacje wizualne w przestrzeni publicznej jesienno-zimowego nocnego Gdańska. Tegoroczna odsłona będzie nosić tytuł „Unearthing Delights” (Odkrywanie zachwyca), a jej kuratorem jest pochodzący z Nowej Zelandii Rob Garrett. [amz]

15-17.11 Warszawa pl. Defilad 1

Klimat na Zmiany

kadr z filmu „Who Killed the Electric Car?”

FESTIWAL

Globalne ukulturalnienie

Szczyt Klimatyczny ONZ w Warszawie nie brzmi specjalnie zachęcająco. Na szczęście Akademia Planete+ Doc pomyślała o tym wydarzeniu i organizuje trzydniowy festiwal pełen atrakcji filmowych i muzycznych oraz debat i spotkań dotyczących zmian klimatycznych i ochrony środowiska. Festiwal Klimat na Zmiany będzie nie tylko wydarzeniem kulturalnym, lecz także miejscem wymiany poglądów na temat „zielonych idei” i środowiska naturalnego. Organizatorzy zebrali najnowsze dokumenty poruszające problemy ekologiczne, m.in. „Czwarta rewolucja”, „Recepta na klęskę” i kilka innych przyjemnie brzmiących tytuły. Żeby było jeszcze ciekawiej, całość odbędzie się w gigantycznych rozmiarów namiocie przy Pałacu Kultury. Wstęp wolny. [amz]

Nowe nazwy nieznanych gatunków

Mimo hiszpańsko brzmiącego pseudonimu Huerco S to jeden z najciekawszych amerykańskich przedstawicieli nowej fali house’u. Muzyka, którą tworzy, określana jest mianem „outsider house’u” i „new dark swingu”. Artysta jest jednym z tych hausiarzy, którzy lubią rozkojarzyć swojego słuchacza. A to wejdzie lekko pokrzywiony bit, a to instrumenty wydają się chropowate, a pianinko gra jakby dysonansami. Oczywiście celem Huerco jest zachęcenie publiki do tańca, co bez dwóch zdań zawsze mu się udaje. Wystarczy, że znajdziecie w sieci jego fantastyczny występ w Boiler Roomie, a przekonacie się, jak dobrze i mądrze można grać prawdziwy house. Trzeba być! [kp]

15.11

Âme

Kraków Pauza ul. Floriańska 18 start: 22.00 • wstęp: 15-25 PLN

IMPREZA

Tańce non stop!

Połączone siły C&C Bookings i klubu Pauza zawsze zwiastują dobre rzeczy. Od ostatniego występu Maxa Coopera minęło sporo czasu, ale czekać było warto! Tym razem w pauzowych podziemiach rządzić będą reprezentanci Sonar Kollektiv – duet didżejsko-producencki Âme. Dzięki megahitowi „Rej” nazwa Âme stała się rozpoznawalna na całym świecie, zarówno w kręgach muzyki house, jak i Detroit techno. Ta niezwykła, melodyjna i pełna głębi perełka trafiła do szerokiego kręgu wyrobionych odbiorców elektroniki i stała się najbardziej znanym kawałkiem 2006 r. Wystarczy powiedzieć, że utwór pojawił się na ponad 50 kompilacjach i miksach (m.in. house’owych potentatów z NRK czy Defected). Umiejętności didżejskie obu panów z Âme mogliśmy poznać dzięki fantastycznej kompilacji „...Mixing”. Aktualnie są związani z jedną z najbardziej rozpoznawalnych wytwórni na świecie założonej przez Dixona – Innervisions. [jack]


16.11

Legowelt

Warszawa Nowa Jerozolima Al. Jerozolimskie 57 start: 23.00 • wstęp: 20-25 PLN

16.11

Warszawa spółdzielnia CDQ ul. Burakowska 12 start: 10.00

12. Mistrzostwa Polski w Grze na Flipperach

IMPREZA

Pan od zabawek

Warszawa Centrum sztuki Współczesnej ul. Jazdów 2

4. Festiwal Trans/Wizje

Festiwal

Trochę Mroku

Let It Roll

ZABRZE Kopalnia Sztuki ul. Hagera 41 www.letitroll.pl

Black Sun Empire

Legowelta nie da się zaszufladkować – niby fascynuje się sceną Detroit i Chicago, ale wydaje też tracki, którym bliżej do italo disco niż house’u. Niby jest twarzą Clone Records i L.I.E.S., ale w tym samym czasie wydaje edity do dziwacznego, żartobliwego labelu Unknown to the Unknown. Ogrom muzyki, która przechodzi przez uszy tego twórcy, pozwala mu na szokującą kreatywność, dzięki ktorej nie trafił do producenckiego piekła, w którym nagrywa się muzykę w „swoim stylu”. Legowelt pozostaje wierny dwóm rzeczom – maszynom i winylom. W Nowej Jerozolimie możecie się spodziewać pana, który w magiczny sposób zacznie naciskać guziki i kręcić gałkami, po czym sami ruszycie do tańca. [kp]

17.11

16.11

17 listopada CSW zostanie opanowane mrocznymi rytmami. Na czwartej edycji festiwalu Trans/Wizje zjawi się czołówka europejskiej sceny darkambientowej, drone’owej i postindustrialnej. Zaprezentuje się m.in. bardzo tajemniczy przedstawiciel polskich odmian tych gatunków – Gaap Kvlt. Oprócz Polaka wystąpi formacja Cotton Ferox ze Szwecji ze swoją industrialną psychodelą oraz dwa projekty niemieckie: radykalni konstruktywiści z Column One i transowe Troum. Zagraniczni goście występują tylko w ramach wyjątkowych inicjatyw, dlatego jest to unikalna okazja, by się z nimi spotkać. Na pewno będzie wyjątkowo i podejrzanie. [amz]

AKCJA

Festiwal

Nigdy nie szła mi gra na flipperach. Gdy byłem mały, raczej strzelałem z plastikowych pistoletów w ekran, niż waliłem obiema rękoma w kolorowe pudło wypełnione przeszkadzajkami. Jednak wiele osób kocha pinball. Jak się okazuje, bardzo wiele, biorąc pod uwagę, że każdego roku spotyka się grupa zapaleńców, którzy walczą o tytuł mistrza Polski, aby potem móc się nim szczycić... gdzieś. Na pewno gdzieś jest to powód do dumy. Organizatorzy musieli po raz pierwszy ograniczyć liczbę miejsc (do 96), bo zainteresowanych było zbyt dużo. Nawet jeśli nie chcecie walczyć o tytuł króla polskiego pinballu, nie wstydźcie się. Chodźcie popatrzeć na zawodników, a ja w tym czasie pogram na mojej Nokii 3310. [kp]

Kopalnia Sztuki w Zabrzu wkrótce rozbrzmi drum’n’bassem. Podczas kolejnej edycji imprezy Let It Roll Polska na dwóch scenach zagrają m.in. DJ Marky & Stamina MC, Wilkinson z legendarnej wytwórni Ram Records oraz kolesie z Delta Heavy, którzy według większości fanów drum’n’bassu mają szansę stać się głównymi graczami na światowej scenie. Do tego prekursorzy mroczniejszej odmiany drumów – Ed Rush i Black Sun Empire – oraz Enei, niezwykle utalentowany producent zza naszej wschodniej granicy. Szykuje się spora dawka gorących setów. [iz]

Piłeczka, dziury i dwa guziki

17.11

Efterklang

Wrocław Firlej ul. Grabiszyńska 56 start: 20.00 • wstęp: 54-59 PLN

TRASA

Ciepły front

Efterklang wkupili się w łaski polskich słuchaczy występami, podczas których demonstrują potencjał swoich zainspirowanych post rockiem indiepopowych kompozycji. Na tegorocznym festiwalu Planete+ Doc furorę zrobił też „Duch Piramidy” – film ukazujący podróż zespołu do opuszczonego górniczego zagłębia na Spitsbergenie, która zainspirowała muzyków do nagrania płyty „Piramida”. Dźwięki zarejestrowane w opustoszałych budynkach, pomiędzy którymi przechadzały się białe niedźwiedzie, muzycy wpletli w swoje najnowsze kompozycje, działające jeszcze sugestywniej na żywo. W listopadzie będziecie mieli aż trzy okazje, żeby poddać się temu magicznemu doświadczeniu. [croz] Pozostałe koncerty: • 18.11 · POZNAŃ · Blue Note · ul. Kościuszki 79 · start: 20.00 · wstęp: 50-60 PLN • 19.11 · WARSZAWA · Hybrydy · ul. Złota 7/9 · start: 20.00 · wstęp: 55-65 PLN

GORĄCY PARKIET

18.11

GDAŃSK FILHARMONIA BAŁTYCKA ul. Ołowianka 1 start: 19.00 • wstęp: 60-120 PLN

Możdżer-Danielsson-Fresco

Leszek Możdżer

KONCERT

Jazzowa jesień

Gdańska Jesień Pianistyczna serwuje nam koncert niesamowitego tria – Możdżer-Danielsson-Fresco. Ich wspólna historia rozpoczęła się w 2004 r., podczas 11. Festiwalu Jazz na Starówce. Polski kompozytor zaprosił w Warszawie do współpracy szwedzkiego wiolonczelistę i kontrabasistę Larsa Danielssona oraz izraelskiego perkusistę Zohara Fresco. Wykonali wówczas debiutancki repertuar, który został przyjęty bardzo entuzjastycznie zarówno przez publiczność, jak i krytyków. Rok później trio nagrało swój pierwszy album studyjny – „The Time”, któremu towarzyszyła duża trasa koncertowa. Możdżer-Danielsson-Fresco szybko zdobyli podwójną platynową płytę i rozpoczęli pracę nad kolejnym materiałem – „Between Us and the Light”. Sytuacja powtórzyła się – kolejna platyna, z tą różnicą, że tym razem zaledwie po dwóch tygodniach od premiery krążka. Gdańska Jesień jest więc idealną okazją, aby przekonać się, co potrafi to trio. [os]


listopad Targi CJG

29.11-01.12

Warszawa Pałac Kultury i Nauki pl. Defilad 1

19.11

White Lies

Poznań nr 2 MTP ul. Głogowska 14 start: 19.00 • wstęp: 105 PLN

21.11-19.01 Warszawa Centrum Nauki Kopernik ul. Wybrzeże Kościuszkowskie 20

Zapach – niewidzialny kod

AKCJA Kultury uczyć się trzeba. Podobnie jak uczyć się kulturę promować. „Co Jest Grane” od lat robi obie te rzeczy, zapraszając na swoje wydarzenie muzyków, wytwórnie, prasę muzyczną – wszystko, co tylko mogłoby się skojarzyć z muzyką. My też tam będziemy i mamy nadzieję was spotkać! [kp]

Steven Wilson

29.11

Poznań Hala nr 2 MTP ul. Głogowska 14 start: 20.00 • wstęp: 129 PLN TRASA Gdzie byłby dziś Steven Wilson, gdyby dziesięć lat temu poszybował w inne rejony niż progmetalowe wygibasy i instrumentalne równania z całkami? Pewnie w dużo ciekawszym miejscu. Na szczęście muzyk zachował swoje liryczne oblicze choćby w projekcie No-Man czy na płytach sygnowanych własnym nazwiskiem. [rar] Pozostałe koncerty: • 30.11 · Zabrze · Dom Muzyki i Tańca · ul. Głogowska 14 · start: 19.00 · wstęp: 109-189 PLN

Perc

29.11

Kraków Pauza ul. Floriańska 18 start: 22.00 • wstęp: 10-20 PLN IMPREZA Kraken Bass-Ment po raz kolejny zabierze nas w mroczną podróż do Pauzy. Tym razem zrobi to w kolaboracji ze śląskim NYP™, dzięki czemu podczas imprezy będzie bardziej mrocznie niż w niejednej katowickiej kopalni. W klubie pojawi się także Perc, czyli Ali Wells – jeden z najbardziej interesujących producentów techno naszych czasów. Jego sięgające daleko w przyszłość produkcje łączą wszystko, co najlepsze w nowoczesnym techno. [jack]

TRASA

WYSTAWA

Wciąż ubierają się na czarno i poruszają problemy egzystencjalne. White Lies próbują przetrwać kryzysowy moment w brytyjskiej niezależnej muzyce gitarowej, eksperymentując z progrockowymi inspiracjami. Rezultatem tego jest udana, trzecia płyta londyńczyków zatytułowana „Big TV” – concept-album opowiadający o emigracji i szukaniu lepszego życia. Ale nie, nie bójcie się, chłopaki nie grają 20-minutowych suit z pięciominutowymi solówkami, zatem „Death” czy „Farewell to the Fairground” na pewno też usłyszymy. [rar] Pozostałe koncerty: • 20.11 · Warszawa · Stodoła · ul. Stefana Batorego 10 · start: 19.00 · wstęp: 105 PLN

Koniec nosa zaprowadzi nas w listopadzie do Centrum Nauki Kopernik, gdzie odbędzie się wyjątkowa wystawa w całości poświęcona zmysłowi powonienia. Historia perfum, rozkładanie aromatów na czynniki pierwsze i próby ukazania zapachów jako formy komunikacji – w takie trzy grupy tematyczne zostało ujęte to bardzo ciekawe zagadnienie. Zapoznamy się więc z dziejami perfumiarstwa przedstawionymi za pomocą różnych historii i barwnych anegdot. Nie zabraknie też praktyki – przy stole z olejkami eterycznymi będzie można odkryć rodziny zapachowe: drzewne, zwierzęce, korzenne, cytrusowe, kwiatowe. Zapach jako komunikat społeczny to domena artystki Sissel Tolaas, która łącząc swoje życiowe pasje, biochemię i sztukę, zaczęła tworzyć zapachowe mapy miast. Brzmi wystarczająco ekscentrycznie, by pojawić się na Powiślu! [amz]

Przygody w lepszym świecie Świat nosem

21-24.11

warszawa KIno Kultura ul. Krakowskie Przedmieście 21/23

5. kuchnia+ Food Film Fest

23.11

Touché Amoré

Warszawa Hydrozagadka ul. 11 Listopada 22 wstęp: 39-45 PLN

Bunkier Sztuki

29.11-21.12

Kraków Bunkier Sztuki pl. Szczepański 3a

WYSTAWA Podobno małe dzieci muszą się nauczyć rozpoznawania swojego odbicia w lustrze. Uświadomienie sobie, czym jest „ja”, w którym pomagać ma faza lustra, nie jest jednorazowe i dane na zawsze. Ten problem wraca w sztuce z niezwykłą częstotliwością, stając się w zasadzie autotematyczną refleksją na temat artysty, który dopisuje do swojego „ja” historie. Takich historii pełno jest w twórczości Bartka Buczka i Piotra Grabowskiego, których prace zostaną pokazane w Bunkrze Sztuki. [morda]

Sid Le Rock

30.11

Kraków Prozak pl. Dominikański 6 start: 22.00 IMPREZA Wschodząca gwiazda kanadyjskiej elektroniki powraca do Polski. Ma na koncie sześć albumów i remiksy dla takich zespołów, jak Depeche Mode czy Placebo. Jest dumnym reprezentantem genialnej wytwórni Kompakt. [kp]

kadr z filmu „Czerwona obsesja”

FESTIWAL

Koncert

Od jakiegoś czasu niezwykle modne stało się fotografowanie tego, co ma się na talerzu. Wszystkich miłośników żarcia tym bardziej zainteresuje filmowy festiwal o jedzeniu. W czterech polskich miastach będzie można obejrzeć produkcje poświęcone gotowaniu, sztuce kulinarnej i społecznemu znaczeniu jedzenia. Seansom towarzyszyć będą poczęstunki. Festiwal otworzy „Czerwona obsesja”, która opowiada o problemach związanych z przyszłością wina Bordeaux. Narratorem w tym dokumencie jest Russell Crowe, który – mamy nadzieję – po „Nędznikach” już nie ma zamiaru śpiewać. Jeśli lubicie jeść i oglądać dobre kino – wpadajcie. [iz] pozostałe terminy: • 22-24.11 · Poznań · Kino Muza · ul. św. Marcin • 22-24.11 · Gdańsk · Kino Neptun · ul. Długa 57 • 22-24.11 · Wrocław · Kino Nowe Horyzonty · ul. Kazimierza Wielkiego 19a-21

Screamo to gatunek, który w najlepszym wypadku większości kojarzy się z wyskokami przedszkolaków z Enter Shikari. Na szczęście o dobre imię melodic hardcore’u dba solidna zgraja kapel, której przewodzą Touché Amoré. Kalifornijski kwintet reprezentuje mroczniejszą stronę słonecznego Los Angeles, o czym świadczą ich tegoroczna bardzo dobra płyta „Is Survived By” (całkiem rozwlekła jak na nich – trwa pełne pół godziny) i wydane dwa lata temu rewelacyjne „Parting the Sea Between Brightness and Me”. Melodyjne, ale i podszyte wewnętrzną wściekłością gitary uzupełniają teksty Jeremy’ego Bolma. Na posthardcorowej uczcie stawią się także dowodzeni przez perkusistę Touché Amoré Dad Punchers oraz Self-Defense Family. [croz]

Weekend w kuchni

Wielki wrzask


23.11

Warszawa 1500 m² do wynajęcia ul. Solec 18/20 start: 22.00 • wstęp: 20-25 PLN

Dusky i Will Saul

23.11

Ripperton

KRAKÓW PROZAK 2.0 pl. Dominikański 6 start: 22.00

23.11

The Magician

Warszawa Iskra Pole Mokotowskie ul. Wawelska 5 start: 22.00

IMPREZA

Lotnicza magia

IMPREZA

IMPREZA

Ulubieńcy

Aus Music powraca do 1500 m², aby przedstawić nam kolejnego świetnego artystę związanego z tą wytwórnią. Obok założyciela wytwórni Willa Saula pojawi się bowiem duet Dusky. Brytyjczycy są rozchwytywani w całej Europie. Mocna stopa w połączeniu z genialnym uchem do samplowania i wokali pomogła chłopakom stanąć na szczycie. Polscy fani mogli się przekonać o wyjątkowości tej dwójki kilka miesięcy temu podczas ich świetnego występu na Audioriver. Mimo że ostatnio trochę się powtarzają, możecie być przekonani, że Dusky w wersji live nigdy nie zawodzą! [kp]

24.11

Children of Bodom

Kraków Studio ul. Witolda Budryka 4 start: 20.00 • wstęp: 110-120 PLN

Perspektywy na Prozak

Pochodzący ze Szwajcarii Raphael Ripperton, jeden z najbardziej kreatywnych współczesnych didżejów, zagra pod koniec listopada w Krakowie. Jego twórczość oscyluje pomiędzy techno a deep house’em. Karierę muzyczną rozpoczął już na początku lat 90., wychowany na utworach takich wykonawców, jak Tony Humphries, Djaimin i Bachelor Kid. Nie bez znaczenia jest też jego zamiłowanie do soulu. W ciągu 15 lat Ripperton zdążył wydać kilkanaście EP-ek dla bardzo cenionych wytwórni, takich jak Dessous, Connaisseur, Liebe Detail. Udało mu się również założyć swój własny label – podziemny Perspectiv Records, który wniósł trochę szwajcarskiej precyzji do muzyki elektronicznej. [is]

Kiedyś, dawno, dawno temu, za padami, za MPC-ami, istniał duet Aeroplane. Lekko bezpłciowy, korzystał z różnych archaicznych brzmień. Chłopcy z tego duetu stali się dość rozpoznawalni, przez co mogli pozwolić sobie na nagrywanie innych piosenek – nadal trochę wtórnych, ale ładnie brzmiących i wpadających w ucho. W końcu chłopcy postanowili się rozstać – jeden poszedł w swoim kieunku, a drugi został sam w samolocie. Ten drugi wystąpił w Iskrze kilka miesięcy temu, teraz kolej na tego pierwszego. Do Polski zawita The Magician, który nadal tworzy przyjemne współczesne disco, do którego pasują pastelowe kolory i ładna pogoda – zwłaszcza gdy razem z dziewczyną albo chłopakiem krążycie po Los Angeles w drodze z jednej szalonej hipsterskiej imprezy na drugą. W Iskrze na pewno będzie tanecznie. [kp]

KONCERT

Made in Suomi.

Finlandia, jeziora, zima, samotność i inne typowo skandynawskie przyjemności. Do tego obśmiewany przez nas w prawie każdym numerze wyznawca szatana lubiący brzęk łańcuchów, glany i bazarowe koszulki z kapelami. W sumie co więcej można napisać o takim koncercie? Finowie z Children of Bodom, zupełnie jak dyskonty z tanimi winami i włoskimi serami, są produktem idealnie skrojonym pod gusta naszych rodaków. Kwintet z Espoo na szczęście darował sobie pieśni pochwalne ku czci polskich powstańców i skupił się na rozkminianiu tajemnicy pewnego zabójstwa, które miało miejsce w latach 90. w okolicy jeziora Bodom. A że CSI Helsinki nie rozwikłało jeszcze tej zagadki, to stała się ona inspiracją do nagrania albumu „Halo of Blood”. [mk] Pozostałe koncerty: • 25.11 · Warszawa · ul. Stefana Batorego 10 · start: 20.00 · wstęp: 110-120 PLN


październik

26.11

The 1975

Hydrozagadka ul. 11 Listopada 22 start: 20.00 • wstęp: 45-55 PLN • www.go-ahead.pl

27.11

Match&Fuse

Warszawa Powiększenie ul. Nowy Świat 27 start: 20.00

Tubax

TRASA

Światowa mieszanka KONCERT

złote Lata

PIR-S/050/01-2013

Czterech kolegów z Manchesteru o roku 1975 może co najwyżej czytać w książkach. Nazwę wybrali zupełnie przypadkowo – datę znaleźli na okładce jakiejś zakurzonej powieści, natomiast muzycznie upodobali sobie dekadę o pięć lat późniejszą. W brzmieniu zespołu słychać mnóstwo inspiracji – od rocka, przez elektronikę, po pop. Wszystko to pięknie łączy się w kapitalnym singlu „Sex”, dzięki któremu media zaczęły się przypatrywać tej grupie. The 1975 objechali kilka razy kraj w towarzystwie m.in. Muse czy Two Door Ciemna Club, a we wrześniu tego roku zadebiutowali albumem zatytułowanym po prostu „The 1975”. Krążek nie tylko wylądował na pierwszym miejscu listy najlepiej sprzedających się płyt na Wyspach (wyprzedzając tym samym nowe Nine Inch Nails), ale też zebrał znakomite recenzje w większości opiniotwórczych periodyków. Opinia „najlepszego indie-krążka od lat” jest oczywiście mocno przesadzona, ale chłopaki grają na tyle sprawnie, że warto przekonać się, jak wypadają na żywo. [matad]

27.11

Uzi & Ari

Kraków Rozrywki Trzy ul. Mikołajska 3

Match&Fuse to międzynarodowy projekt, który ma na celu promować muzykę dobrą, ale niezbyt znaną. Uczestnikami tej inicjatywy są zespoły z Anglii, Norwegii, Włoch czy – tak jak w tym roku – z Polski. Reprezentaci Włoch i UK – WorldService Project i Tubax – pojawią się u nas, aby wraz z gospodarzami wydarzenia zwiedzić Polskę i pokazać, jak gra się jazzową elektronikę za granicą. WS Project określają swoją muzykę mianem punko-jazzo-funku i w ojczyźnie zostali docenieni m.in. przez „Guardian” czy „Telegraph”. Z kolei Tubax to mieszanka muzyki progresywnej i funku. Nasi reprezentanci nagrywają natomiast miks ciężkiej elektroniki, rytmów rodem z Afryki i Karaibów, jazzu i gitarowego grania. Sprawdźcie, co z tego wyniknie. [kp] Pozostałe koncerty: • 28.11 · Bydgoszcz · Mózg · ul. Parkowa 2 · start: 21.00 · wstęp: 5 PLN • 29.11 · Sopot · Sfinks700 · ul. Mamuszki 81 · start: 21.00 • 30.11 · Poznań · Strefa Kultywator · ul. Zielona 8 · start: 21.00 · wstęp: 10-15 PLN · 31.11 · Kraków · Re · ul. św. Krzyża 4

27.11

STRFKR

Poznań Meskalina Stary Rynek 6 start: 18.00 • wstęp: 25-30 PLN

likwiduje objawy łupieżu zwalcza przyczyny łupieżu odżywia i pielęgnuje włosy

TRASA

Rodzinny zjazd

www.pirolam.pl

Uzi i Ari to imiona synów postaci granej przez Bena Stillera w „Genialnym klanie” Wesa Andersona. Już sam ten fakt to dobry trop przy analizie muzyki pochodzącego z Salt Lake City zespołu. Pełne ciepła, ale niepozbawione melodramatyzmu piosenki Uzi & Ari to idealny soundtrack do jesiennej melancholii, a płyty formacji można spokojnie umieścić pomiędzy albumami Radiohead, Sufjana Stevensa czy Postal Service. Wikipedia uparcie twierdzi, że zespół przestał istnieć w zeszłym roku, ale tak naprawdę zaczął znów działać i teraz przyleci do Europy na pierwszą od dawna trasę koncertową. Wypełznijcie spod koca, dokończcie kakao i pójdźcie na jeden z trzech polskich występów. [croz] Pozostałe koncerty: • 28.11 · Poznań · Pod Minogą · ul. Nowowiejskiego 8 • 29.11 · Warszawa · Powiększenie · ul. Nowy Świat 27

TRASA

Oregon!

Nazwali się bardzo niegrzecznie, choć muzykę grają przyjemną, nawet jeśli czasem lekko szaloną. Amerykański STRFKR, który powstał jako poboczny projekt Joshuy Hodgensa, aż do roku 2011, kiedy panowie zmienili wytwórnię, znany był pod nazwą Starfucker. Najwyraźniej jednak sukces dwóch pierwszych albumów i obecność ich kawałków w reklamach stępiły nieco chłopakom pazurki. Nie wpłynęło to znacząco na muzykę grupy – taneczny, acz romantyczny mariaż elektroniki i gitar, podlany wariactwem Flaming Lips i MGMT. W tym roku kwartet powrócił z równie udaną, choć może niezaskakującą płytą „Miracle Mile”. [rar] Pozostałe koncerty: • 28.11 · Warszawa · Hydrozagadka · ul. 11 Listopada 22 · start: 19.00 · wstęp: 25-30 PLN


29.11

Fenech-Soler

Warszawa Basen ul. Marii Konopnickiej 6 start: 19.00 • wstęp: 30-40 PLN

Primal Scream

Gdańsk B90 ul. Doki 1/14b start: 19.00 • wstęp: 90-110 PLN

TRASA

Rytuał

Dwa lata temu mieli zagrać na Selectorze – niestety nie dotarli. Pochodzący z angielskiego Northamptonshire Fenech-Soler od 2006 r. stworzyli mocną, electropopową markę. Właśnie powrócili z nową płytą zatytułowaną „Rituals”, przy nagrywaniu której wspomogli ich Tim Goldsworthy (LCD Soundsystem, UNKLE) oraz szwedzki producent i didżej Style of Eye. W Polsce pojawią się na dwóch koncertach – w Warszawie i Poznaniu. Ten drugi zagrają w towarzystwie dwóch najlepszych krajowych reprezentantów swojego gatunku, czyli Kamp! i Rebeki. [rar] Pozostałe koncerty: • 30.11 · Poznań · nr 2 MTP · ul. Głogowska 14 · start: 19.00 · wstęp: 55-60 PLN

30.11

29.11

Tokimonsta

Kraków Pauza ul. Floriańska 18 start: 22.00 • wstęp: 20-30 PLN

29.11

Robag Wruhme

Poznań SQ ul. Półwiejska 42 start: 22.00 • wstęp: 20-29 PLN

Koncert

IMPREZA

Primal Scream to zespół kultowy i podważanie tego faktu ma dokładnie tyle sensu, co wiara w naszą piłkarską reprezentację. Szkoci wychowali już kilka pokoleń fanów brytyjskiej gitarowej alternatywy i bardzo zgrabnie unikają wpadek, które przytrafiają się ich rówieśnikom. Z drugiej strony jak może postępować zespół, w którym twórczo wyżywają się kuszeni na co dzień przez mainstream członkowie Jesus and Mary Chain czy Stone Roses? Doskonała mieszanka hippie rocka i przebojowej elektroniki sprawiła, że Primal Scream, jako chyba jedni z niewielu w branży, raczej nie zszargają swojej legendy. Niektórzy narzekają co prawda, że ich ostatnie albumy nie są na takim poziomie jak choćby „Evil Heat”, ale zastanówcie się – kto z nas nie chciałby, żeby polskie legendy rocka reprezentowały taką klasę? [mk]

Kto by pomyślał, że po tylu latach oczekiwania na jednego z moich ulubionych producentów, gdy w końcu zaczął się pojawiać w Polsce, ja mimo szczerych chęci wciąż nie mogę dotrzeć na jego set. Mowa tu o Robagu Wruhme. To reprezentant prawidziwie berlińskiej szkole grania, czyli nie ma czegoś takiego jak set kończący się w trakcie imprezy – prawdziwy didżej gra do końca. Tak było pod koniec października w Prozaku, gdzie Robag sześciogodzinnym setem rozkochał w sobie cały Kraków. Tak samo będzie w Wielkopolsce. [kp]

Krzyk bez wstydu

30.11

Jake Bugg

Palladium ul. Złota 7 start: 20.00 • wstęp: 79-89 PLN • www.go-ahead.pl

Robaczki house’u

30.11

John Talabot

Warszawa 1500 m² do wynajęcia ul. Solec 18 start: 22.00

IMPREZA

KONCERT

IMPREZA

Tokimonsta to jedna z najlepszych beatmakerek z Zachodniego Wybrzeża. Jej nagrania znalazły się w katalogu prestiżowej wytwórni Brainfeeder, założonej przez inną legendę instrumentalnego hip-hopu – Flying Lotusa. Mimo iż kariera Jennifer Lee zaczęła się zaledwie kilka lat temu, to ta klasycznie wykształcona artystka, łącząca z wielką wprawą delikatne fortepianowe melodie z połamanymi, hiphopowymi i jazzowymi rytmami, zdążyła już zagrać na najważniejszych festiwalach muzycznych na świecie. Połamane bity, tłuste basy i niepokojące brzmienia syntezatorów to jej znaki rozpoznawcze. W selekcji Amerykanki nie zabraknie dobrego rapu, ambitnej elektroniki i klasyki r'n'b. Towarzystwa Tokimonście dotrzyma Blue Daisy, świeży nabytek Ninja Tune, który z dnia na dzień zdobywa coraz większą liczbę fanów. Połączenie Ninja Tune oraz Brainfeeder? Takie rzeczy tylko w krakowskiej Pauzie! [jack]

Jake Bugg to w tej chwili jeden najbardziej rozchwytywanych artystów z Wielkiej Brytanii. „To przyszłość muzyki” – powiedział sam Noel Gallagher, a młodym twórcą zachwycali się już m.in. Lily Allen, Elton John, Damon Albarn, chłopaki z Coldplay czy Snow Patrol. Mimo że ma dopiero 19 lat, jego nagrania trafiają do rówieśników, jak i pokolenia wychowanego na muzyce lat 60. i 70. Młody muzyk doskonale opanował patenty wszystkich wielkich z przeszłości: Beatlesów, Stonesów czy swojego największego mistrza – Boba Dylana. Jego debiutancki album pojawił się na pierwszym miejscu list bestsellerów, a skromny chłopak zaliczył triumfalny przemarsz przez najważniejsze letnie imprezy. Nie inaczej będzie w Palladium. [matad]

Ilu artystów występuje w ciągu jednego roku dwa razy w tej samej klubowej mekce, a swoim występem zamyka najważniejszy alternatywny festiwal w kraju? Jest jedna odpowiedź na to pytanie. Powiedzenie, że John Talabot wdarł się na scenę przebojem jest dużym uogólnieniem. Tych przebojów było bowiem 11 – tyle piosenek złożyło się na zeszłoroczny, rewelacyjny debiut Talabota „ƒIN”, który zdominował lwią część rocznych podsumowań najlepszych albumów. Takie wymiatacze jak „Destiny” czy „Oro y Sangre” były ściężką dźwiękową zeszłorocznych wakacji. Nie zabrakło ich też w tym roku – Hiszpan wraz ze swoim dobrym kumplem Pionalem zagrali porywający, balearyczny set na Off Festivalu. Teraz John wróci do 1500 m², żeby przynajmniej na jeden wieczór przegnać z Warszawy jesień. [croz]

Urban Heroes nie zwalnia

Jacek Robag

Pocztówki z wakacji


Piw Paw

Nic, tylko rzucić pawiem

Od pewnego czasu obserwujemy w Warszawie pewną przykrą prawidłowość, która polega na powielaniu dobrych pomysłów. Tak było z burgerami, które dziś śmiało już można nazwać zarazą, tak się stało z „belgijskimi” frytkami, które smażą się na każdym rogu, i niestety dzieje się tak z piwem. Pomysł na sprzedawanie dobrych lokalnych browarów z nalewaka z pozoru wydaje się świetny. I jest taki, o ile nie przedobrzymy. Właściciele baru Piw Paw poszli na całość i przegrali. W ich lokalu znajdziemy prawie 60 piw z nalewaka i drugie tyle w lodówkach. Liczba jest tak oszałamiająca, że w pierwszej chwili każdy klient chce uciekać. Sama byłam świadkiem sytuacji, w której dwóch zdezorientowanych chłopaków opuściło lokal, mówiąc: „Żywca nie ma”. Faktycznie, nie ma. Co jest, nie do końca wiadomo, bo barmanka przywitała mnie hasłem „Lodóweczki nie ogarniam”. Nalewaków też do końca nie, bo prosząc o piwo jasne i delikatne, dostałam coś przypominającego smakiem karmi. Na szczęście w lokalu istnieje możliwość spróbowania odrobiny piwa za 1 PLN, więc mogłam sprawdzić umiejętności barmanki. To chyba jedyny plus lokalu. Poza tym jest smętnie, tłoczno i zupełnie bez wyrazu. Fakt, że Piw Paw otwarty jest całą dobę, ma nie tylko wpływ na pracowników, którzy są sfrustrowani i zmęczeni, ale też na całą kondycję lokalu. Daleko nie szukając, toaleta Piw Paw mogłaby konkurować z dworcową. Brudna, zdewastowana i z szarym papierem. Najbardziej jednak urzekł nas patent na mydło, które funkcjonowało w postaci nasączonej gąbeczki. Dziękuję. Wychodzę. Idę do lokalu naprzeciwko. Na pewno do toalety i chyba też na piwo. Skoro milczenie jest złotem, to może też ograniczanie do minimum przynosi złoto. Czas pokaże, ale mam nadzieję, że era lokali wyłożonych terakotą i plastikiem już za nami. [Olga Święcicka] ul. Żurawia 32/34 (wejście od Parkingowej) czynne całą dobę tel. 534 734 500

Ryby z Ustki

Rybie tłuste oczko

Są takie potrawy, które smakują tylko na określonych szerokościach geograficznych. Najbardziej podła bryndza w górach będzie przysmakiem, najtłustsza rybka – rarytasem nad morzem, a najnudniejsza w smaku babka ziemniaczana przyprawi nas o dreszcze na Podlasiu. Takie, jak widać, prawo natury. Jednak nawet matkę naturę czasem próbuje się oszukać. Kiedy dowiedziałam się, że na bazarze przy Hali Mirowskiej wylądowała rybka z Ustki, byłam podekscytowana. W końcu nic tak nie budzi wspomnień lata, jak smak flądry, fryteczek i sałatki z kapusty. Wszystko doprawione piwem albo klasyczną już herbatką z cytrynką. Marzenie. Lokal, który mieści się na tyłach hali, do tej pory był jedynie sklepem rybnym. Od lata można tu też zjeść na miejscu. Choć miejsca niestety nie za wiele. Ryby w sklepie są tak dobre, że kolejka ciągnie się na zewnątrz. Trzeba więc jeść szybko, między paltem a akwarium. Na plastikowym stoliku upapranym tłuszczem i solą, wśród sprzedawców, kupujących i siat. W takich warunkach trudno usłyszeć szum morza. Ale nie o atmosferę, lecz o rybkę tu chodzi. Wybór jest spory i „jeszcze ruszający się”. Część ryb pływa w basenie, część już jest na lodzie. Można wybrać ulubienicę i poprosić o odkrojenie odpowiedniego kawałka. Ceny raczej warszawskie niż z Ustki, ale też bez przesady. Za 100 g dorsza zapłacimy 6 PLN, za łososia 8 PLN, a za okonia 5 PLN. Trzeba tylko pamiętać, że ryby ważą swoje. Wybrany kawałek trafia na patelnię i podawany jest w asyście frytek i suróweczki. Do picia, cytując sprzedawcę: „Woda z kranu, herbatka, kawka”. Czyli klasycznie. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie prawo natury właśnie. Rybki lubią morze i tylko nad morzem człowiek je może. Inaczej mu jakoś ciężko, tłusto i byle jak. Warto wpaść raz, żeby poczuć klimat jak z GS-u. Na dłuższą metę jednak jest to ryzykowne. Lokal byłby dobry na kaca, ale niestety w niedziele jest zamknięty. Czasem lepiej „na wynos”, niż „na miejscu”. Stary olej się mści. [Olga Święcicka] Hala Mirowska pl. Mirowski 1


U CHŁOPAKÓW

Pierogi, nie chłopaki

– To jest to gejowskie miejsce? – z powątpiewaniem zapytał mój towarzysz, widząc przez okno restauracyjne stoliki w knajpce na Chłodnej. Ale nie o takich chłopaków w U Chłopaków chodzi – właściciele chcą tu bowiem krzewić kulturę nie mniejszości, lecz jedzenia, równie chłodno przyjmowaną w dzielnicy. Wyremontowana Chłodna, z nową nawierzchnią i latarniami oświetlającymi wygładzone pustkowie, aż prosiła się o miejsce, które odwiodłoby od wizyty w Czerwonym Wieprzu – jedynym, dość ponurym wyszynku w okolicy – i zakończyło żałobę po Chłodnej 25. U Chłopaków jest kilka rzeczy, które zrekompensują brak chłopaków – są więc pierogi i burgery, jest kurczak, są sałaty i śniadania. Jedzenie równie proste jak wnętrze – odkryta cegła, białe stoliki, kwiat w wazonie, ściana w drewnie – i równie przyjemne. Ja biorę najrzadszą pozycję w warszawskich menu ostatnich miesięcy, czyli burgera, mój towarzysz poprzestaje na pierogach ze szpinakiem (19 PLN) i kompocie (5 PLN). Burger nie tani (29 PLN), ale solidny – w metalowym naczyniu w towarzystwie niezłych frytek. I nie taki zwyczajny – z gorgonzolą, jajkiem sadzonym, mięsem i konfiturą z cebuli nie nużył rutyną. Pierogi jak pierogi – towarzyszowi smakowało, ja ukradłem jeden i nie miałem ochoty na więcej. W knajpce mogą dziwić natomiast ceny piw – za tzw. regionalnego Ciechana trzeba wyłożyć 15 PLN. Najwyraźniej chłopaki nie chcą, żeby nieduże w końcu miejsce stało się centrum posiedzeń dla długodystansowców ćwiczących się w piciu jednego piwa przez trzy godziny. Udało się – wziąłem herbatę. U Chłopaków jest bezpretensjonalnie – można wziąć rodzinę na obiad, dziewczynę na randkę lub chłopaka. [Mariusz Mikliński] ul. Chłodna 2 godziny otwarcia: codziennie 08.00-22.00

Mezze

Falafelownia

Bardzo nas cieszy, że w maleńkim lokaliku przy Puławskiej, między Limoni a elegancką knajpą Szyca, zadomowiły się falafele i hummus, a nie kolejne burgery. Najwyraźniej w entuzjazmie dla nowej nieburgerowej inicjatywy nie jesteśmy odosobnieni, bo w niedzielne przedpołudnie maleńki lokalik pękał w szwach. Dzieci, dorośli, więcej dzieci, pan popijający herbatkę i my. Ponieważ zdecydowaliśmy się poczekać cierpliwie na zwolnienie stolika, zostaliśmy na dzień dobry poczęstowani przepysznymi falafelami i cynamonową herbatą na koszt firmy. Potem było jeszcze lepiej. Mezze to barek szybkiej obsługi serwujący dosłownie kilka potraw – pierwsze skrzypce grają szakszuka, hummus i przepyszne falafele z cieciorki, które wreszcie nie są twarde jak pociski, lecz mięciutkie i chrupiące z wierzchu. Do tego są jeszcze bakłażanowa baba ghanoush i jogurtowe labane zatar (rewelacyjne do falafeli) oraz trochę rozmaitych warzywek. Potrawy można zamawiać w dowolnych kombinacjach zgodnie z koncepcją mezze – czyli popularnych na Bliskim Wschodzie zestawów przekąsek. Wszystko jest przygotowywane na bieżąco, falafele są cieplutkie, a pity przypiekane na naszych oczach. Falafel (cztery sztuki) w picie z warzywami kosztuje 10 PLN, zaś zestaw trzech past z warzywami i pitą 27 PLN (do zestawu można dorzucić sobie falafele po 2 PLN za sztukę). W zasadzie miejsce nie ma minusów (największym jest minimalna liczba stolików), jedzenie jest pyszne, a obsługa – przemiła. Będzie sukces. [Sylwia Kawalerowicz] ul. Różana 1 godziny otwarcia: pon.-sob. 10.00-21.00, ndz. 10.00-18.00

nowe miejs Wars ca zawa


s o ł g o p

Pogłos / rozgrzewka / pustynia

koncertownik Październik to w imprezowym kalendarzu miesiąc rozgrzewki przed koncertowym apogeum roku, które od kilka lat niezmiennie przypada na listopad. Jeśli więc nie zdążyliście w minionych tygodniach rozgrzać uszu i nóg, możecie nie przeżyć tego, co was czeka. Przed śmiercią więc dowiedzcie się, co przegapiliście Tekst: Kropiński, Rejowski, Rozwadowski Foto: Murawski/ishootmusic.eu, Staniszewska

Duńczycy z The Raveonettes, mimo że w branży hałasują już od ponad dekady, dotarli do naszego kraju dopiero po raz drugi. Znane z dwóch ostatnich albumów wciągające melodie na żywo wypadły co najmniej dziwnie…W końcu od zespołu, którego dyskografię przerobiło się jak podręcznik do matematyki w podstawówce, można wymagać, że już od pierwszych sekund koncertu złapie za gardło jak bulterier i nie puści! Tymczasem w Basenie The Raveonettes rozgrzewali się jak piłkarska drużyna, która od pierwszego gwizdka zakłada dogrywkę. Kiedy już wydawało się, że z motocyklowego gangu z pustyni, który pokochaliśmy dawno temu, został tylko rave, stał się cud (a może to mityczna siła „Love in a Trashcan”?) i grupa wskoczyła na właściwe tory. Skończyły się pieszczoty, a zaczęły prawdziwe hałasy i rock’n’rollowa magia. Takie granie chcieliśmy usłyszeć od początku! Może po prostu najnowsze albumy – pomimo dobrych melodii – nijak nie mają szans konkurować z geniuszem pierwszych płyt? Kilka dni później w tym samym miejscu pojawili się kolejni weterani – romantycy z múm od 16 lat z różnym skutkiem kleją swoje rozgrzewające, organiczno-elektroniczne ballady i – jak to z islandzką muzyką bywa – wyjątkowo intensywnie działają na naszą słowiańską wrażliwość. Koronkowo zaaranżowane, raz akustyczne, raz analogowo-elektroniczne dźwięki były niezłym testem dla nagłośnienia Basenu. Wszystkie numery brzmiały naprawdę wyraźnie i plastycznie. Dlatego sama muzyka świetnie by się tego wieczoru obroniła, niestety, Hildur Guðnadóttir

postanowiła pójść krok dalej i dorzuciła do koncertu nieco taneczno-teatralnego perfomensu, który, jak wszystko, co ma posmak artystowskiej pretensji, wzbudził w nas lekkie zażenowanie. Ale nie ma co się czepiać – bajkowo-kocia muzyka múm i tak zachęca do przymknięcia powiek, więc w taki właśnie sposób słuchało nam się jej najlepiej. I znowu Basen! Warsaw Music Week zakończyły w tym roku dwa zespoły, którym na klawiaturach komputerów zacięła się spacja: 65daysofstatic i Sleepmakeswaves. Epickie, zainspirowane metalem i patetyczną elektroniką brzmienie tych ostatnich wypadło niezwykle masywnie, ale same kompozycje nie odbiegały zbytnio od gatunkowych standardów. Po półgodzinnej przerwie na scenie pojawiła się główna gwiazda tego wieczoru. O występie 65daysofstatic na warszawskim Torwarze (w roli supportu The Cure) od ponad pięciu lat krążą legendy, dlatego Brytyjczycy tym razem pojawili się w stolicy jako mocny headliner. Przez półtorej godziny panowie przemierzali muzyczne ścieżki w rytm rytualnych, marszowych bębnów, ale zdarzało im się zbaczać z trasy i gubić po drodze. Znacznie ciekawsze były momenty, w których zespół w swoje kompozycje wplatał elektronikę zamiast kolejnego jałowego gitarowego crescenda. Tego wieczoru przechodziliśmy więc od ekscytacji i zaciekawienia do nudy i poirytowania. Jeśli komuś znudził się Basen, to okazję do relaksu miał podczas koncert Bombino, który wraz ze swoją karawaną zajechał pod stołeczną Stodołę. Tuareski

muzyk wpadł do Warszawy, żeby promować swój najnowszy album „Nomad”, wyprodukowany przez Dana Auerbacha z The Black Keys. Pierwszym dużym zaskoczeniem był fakt, że występ nie odbył się w głównej sali klubu, ale na piętrze, w przestrzeni, która zwykle służy za zapasową szatnię. Punktualnie o 20 na scenę, w towarzystwie trzech muzyków, wyszedł pochodzący z Nigru Bombino. Chwycił gitarę akustyczną i to właśnie pod jej znakiem upłynęło pierwsze pół godziny występu. Lekkie, ale niezwykle przyjemne pustynno-bluesowe kompozycje były idealnym wstępem do tego, co stało się chwilę później. Bombino przesiadł się wówczas na gitarę elektryczną, rozpoczynając tym samym bardziej taneczną, energetyczną część koncertu. Jak dla nas, Bombino mógłby grać przynajmniej raz w miesiącu. Szczególnie zimą. Kolejny ciekawy koncert, na jakim byliśmy, to Austra w – a to niespodzianka! – Basenie. Wraz z drugą płytą w muzyce zespołu dokonał się zwrot w stronę typowej dyskotekowej ejtisozy opierającej się na sztywnym transowym basie i orientalnych wtrętach. Jeśli spędzi liście młodość przed VH1, to przez półtorej godziny mogliście doznać całkiem fajnego flashbacku. Publika szalała, jakby na scenę wyskoczyła sama Tina Turner. Pomogły zapewne nowe aranże starych numerów i rezygnacja z wolniejszych kawałków. Zatem była gruba wiksa. Wiksa w orientalnej scenerii, bo poza energią Austra przywiozła ze sobą najpiękniejszą scenografię świata (orientalne pejzaże rodem znad delty Mekongu i świecące parasolki – takie papierowe jak w drinkach). A to, że Katie czasem nie wyrabiała się „na zakrętach”, a pani perkusistka nie trafiała w bębenek? Cóż, takie tam szczegóły...

Editors to jeden z tych zespołów, które mają w naszym kraju ugruntowaną pozycję i prawie fanatyczny fanbase. Debiutujący ledwie osiem lat temu muzycy grają u nas po kilka koncertów w roku. W sumie nie ma w tym nic dziwnego, bo Polacy od dawna kochają mrok prezentowany w przebojowy sposób, a ekipa dowodzona przez Toma Smitha idealnie trafia w to specyficzne upodobanie. Można nie lubić takiego grania i zarzucać mu wtórność, ale Editors na koncertach są doskonali – bezbłędni i energetyczni. Wszyscy cieszyli się jak dzieci, bo dostali produkt najwyższej jakości, nafaszerowany przebojami z całej dyskografii (niektóre z nich były świetnie przearanżowane). A jeśli chodzi o zachowanie zespołu, obyło się bez wazeliniarstwa, nie zabrakło za to charakterystycznych tańców na każdym elemencie nagłośnienia.


relacja / gumy / ortalion

Wędrujący OFF Czyli historia pokazów OFF Out of Schedule, które nie mogą nigdzie zagrzać miejsca, ale regularnie dostarczają niezapomnianych wrażeń

Na wstępie niewtajemniczonym należy się małe wyjaśnienie, czym jest tytułowy OFF. OFF Out of Schedule – bo tak brzmi pełna nazwa – to poranne pokazy podczas łódzkiego tygodnia mody, pierwotnie poświęcone awangardowym twórcom, których projekty sytuują się na przeciwległym biegunie wobec bardziej mainstreamowej Alei Projektantów. Ta idea ostatnio gdzieś się zaciera – wyraźniejszy stał się podział ze względu na liczbę prezentowanych projektów, a nie ich wartość estetyczna. Każdy fashionista z kilkuletnim stażem z utęsknieniem wspomina czasy konceptualnych kolekcji prezentowanych w industrialnych przestrzeniach starej elektrowni na Tymienieckiego. OFF-y były miejscem narodzin wielu czołowych nazwisk polskiej mody. To tu kiedyś pokazywali swoje ubrania Ania Kuczyńska czy Konrad Parol. Z czasem pokazy zaczęły wędrować po Łodzi, co sezon rzucane w inną część miasta. Tym razem zawędrowały do Centrum Promocji Mody łódzkiego ASP. Duża multimedialna sala z trybunami pomieściła wszystkich gości, ale niewątpliwym minusem była odległość do pozostałych atrakcji Fashion Weeku. Także projektanci powoli, ale systematycznie przenoszą się na główny wybieg. Można tu wymienić Wiolę Wołczyńską czy niepokornego Maldorora. W tym sezonie z OFF-ów na Aleję uciekli Jakub Pieczarkowski, Kamil Sobczyk i Joanna Startek. Jedynym niezmiennym elementem okazuje się natomiast potencjał młodych twórców. Propozycje na wiosnę/lato 2014 zabrały nas w długą podróż: od pustyni aż po kosmos. Momi-Ko pokazała kolekcję inspirowaną subkulturami Japonii, a zwłaszcza Hime Gyaru, czyli dziewczynami o różowych włosach, przebranymi za małe księżniczki.

Infantylne, kolorowe kobiece projekty zestawione zostały z bardziej stonowanymi, ciemnymi męskimi. Z kolei Herzlich Willkommen sportowymi kostiumami kąpielowymi wprowadziło słoneczny plażowy klimat. Na wybiegu pojawiły się też krótkie spodenki, dopasowane sportowe sukienki oraz lekkie, mleczno-transparentne bluzy i płaszcze. Ciekawym detalem są gumy sygnowane logo Herzlich Willkommen, służące za wykończenie spódnic i bermudów. Kolekcja „Super nova” Moniki Błotnickiej była natomiast inspirowana gwiezdnym wybuchem. Na szczęście obyło się bez legginsów w galaktyki, za to pojawiły się sportowe stroje z przyszłości w odcieniach granatu, srebra i bieli. Sukienki i kurtki z takich tkanin jak organza jedwabna czy gumowany ortalion projektantka zmodyfikowała za pomocą rzędów nitów. Następnie Ima Mad zabrało widzów w samo centrum konfliktu zbrojnego. Inspiracją dla kolekcji „I prayed for rain I’ve got bitter tears” są rysunki dzieci w wieku 5-7 lat dotyczące konfliktów i nieporozumień. Prace maluchów uwiecznione zostały w formie wzorów wyszywanych na ubraniach. Motyw konfliktu, zwłaszcza militarnego, wyraźnie widać na ubraniach Ima Mad. Pojawiły się też kamizelki i płaszcze z elementami przypominającymi kamizelki kuloodporne oraz ubrania z brązowego moro. Wiosna/lato 2014 według Kas Kryst to minimalistyczna moda uliczna w bardzo przystępnym wydaniu. Proste kroje urozmaicone są materiałami o bardzo zróżnicowanej fakturze. Pojawiły się patchworkowe skórzane sukienki, nylonowe bluzy, bawełniane koszulki czy bejsbolówki z materiału o strukturze papieru. Tekst: Lucyna Seremak


tylne wyjście  będzie jarać. b lu ło ra ja , ra as ja my o tym, co n psze rzeczy e e z jl a is P  n . e  ż rk z a p ra ) o jt j, he ie niej, tym dziwn hype (a czasem iw y z jn d y c im k a e d ż , re m li y ie Cz ow ię – wiadomo b przed nami s je y ł z m a la z a ic n n z h ra g yc jom Nie o , że ktoś ze zna o g te la  d ię s je znajdu

Otwórz uszy

Wąsy w słusznej sprawie

Hodując wąsy, zmniejszasz ryzyko zachorowania na raka. Nie, to nie żadna znachorska sztuczka, żadne wąsy, które leczą. To fakt. Jest tylko jeden warunek – musisz to zrobić w listopadzie. Movember to międzynarodowa akcja charytatywna. Sprawa jest prosta. Zdaniem organizatorów akcji, która rozpoczęła się dziewięć lat temu w Australii i opanowała już cały świat, są dwie rzeczy, które wyróżniają mężczyznę: to, co nosi w spodniach, i to, co nosi na twarzy. Za pomocą tego, co na twarzy, movemberowcy walczą o zdrowie tego, co w spodniach. Akcja jest prosta, a jakże skuteczna (listopadowi wąsacze zebrali już ponad 200 milionów dolarów, które przeznaczone zostały na profilaktykę, diagnozowanie i leczenie nowotworów najczęściej atakujących mężczyzn). Możecie zaangażować się w akcję wspierając ją finansowo, albo po prostu wyhodować wąsy tak piękne, żeby inni zachcieli wesprzeć ją finansowo. Jeśli nie wiecie, jak wyhodować wąsy, nauczy was tego doskonały jak zawsze Nick Offerman, jeden z ambasadorów akcji (wpiszcie w YouTube'a „How to Grow a Moustache with Nick Offerman”). Wśród patentów na wąs, jakie nam sprzedaje w instruktażowym filmiku, jest m.in. wąchanie drewna, zdobycie zaufania psa, zjedzenie surowej cebuli i, przede wszystkim, wyprowadzenie się od rodziców. Szczegóły na stronie Movember. Idą mrozy, hodujcie wąsy! [Olga Wiechnik]

Dobra. Wiem, że fajnie pokazać się na jakimś improwizowanym koncercie, a w swoim playerze mieć przynajmniej kilka folderów z industrialem i noise’em, ale to, w jaki sposób ogół słuchaczy podchodzi do muzyki, nie zmieniło się ostatnimi czasy ani na jotę. Nie udało się tego zmienić ani internetowi, ani festiwalom, ani kulturalnemu boomowi, który w ostatnich latach przełożył się na knajpiane small talki. Nawet najbardziej oczytani bywalcy filmowych festiwali, miłośnicy Bernharda i Weerasethakula, reagują zwykle alergicznie na dochodzące z głośników atonalne zgrzyty, trzaski i drony. Słysząc freejazzowe solo, z kpiną w głosie pytają, czy to jest muzyka, a najmniejszy nawet glitch skłania ich do sprawdzenia, czy płyta nie zacięła się w odtwarzaczu. Od powieści nie oczekują już epickości, a od filmów linearności, jednak sfera audialna wciąż rządzi się dla nich kategoriami melodii i nieinwazyjności. Wszędzie szukają piosenek, najlepiej awangardowych, ale jednak piosenek. I tak w prasie lifestyle’owo-kobiecej, obok wywiadu z autorem trzygodzinnego, arthouse’owego „Życia Adeli” i doniesień o nowym tłumaczeniu Joyce’a, znajdują się recenzje „świeżutkich” lounge’owych składaków i gorszych lub (rzadziej) lepszych pop- isów młodych wokalistek. To, co nie trzyma się reguł klasycznej kompozycji, ex cathedra uznawane jest za niemuzykę, której nie warto poświęcać nawet chwili skupienia, a jeśli nie jest to „coś” nawet muzyką – wszyscy mają świetne usprawiedliwienie dla swojej niewiedzy czy wręcz pogardy. Skupienie jest kluczem do wejścia w całą współczesną sztukę, we wszystkie te białe kwadraty na białych polach, gruboziarniste zdjęcia i sześciogodzinne spektakle, obok których łatwo przejść obojętnie, lecz większość tego nie robi, bo po lekturze sobotniego dodatku do „Wyborczej” wie, że – po prostu – nie wypada. W dobrym tonie natomiast jest upamiętnić Lou Reeda na swoim wallu. Poza „Perfect Day” nagrał on też jednak album „Metal Machine Music” – ponadgodzinną symfonię pisków i warkotu – klasyczny przykład niemuzyki, która przy odrobinie zaangażowania i wytrwałości może się okazać głębsza, ciekawsza i piękniejsza niż jakakolwiek piosenka nowojorskiego barda. Narrację do niej trzeba sobie jednak zbudować samemu. [Filip Kalinowski]

REDAKCJA NIE ZWRACA MATERIAŁÓW NIEZAMÓWIONYCH. ZA TREŚĆ PUBLIKOWANYCH OGŁOSZEŃ REDAKCJA NIE ODPOWIADA.

redaktor naczelna

Sylwia Kawalerowicz skawalerowicz@valkea.com

zastępca red. nacz.

Ola Wiechnik owiechnik@valkea.com

redaktor miejski (wydarzenia)

Kacper Peresada kperesada@valkea.com

redaktorzy

Film: Mariusz Mikliński Muzyka: Filip Kalinowski

wydawca

Ilona Trzeciak itrzeciak@valkea.com

marketing manager patronaty

Michał Rakowski mrakowski@valkea.com

dział graficzny

Magda Wurst mwurst@valkea.com

fotoedycja / grafika Daria Ołdak doldak@valkea.com

redaktor www

Olga Święcicka oswiecicka@valkea.com

Informacje o wydarzeniach prosimy zgłaszać przez formularz na stronie: aktivist.pl/zglos-informacje Na zgłoszenia imprez do kalendarza czekamy do 15. dnia miesiąca.

Reklama

Współpracownicy Mateusz Adamski Kuba Armata Piotr Bartoszek Łukasz Chmielewski Jakub Gralik Piotr Guszkowski Aleksander Hudzik Łukasz Iwasiński Urszula Jabłońska Michał Karpa Michał Kropiński Paweł Lachowicz Agata Michalak Rafał Rejowski Julia Rogowska

Cyryl Rozwadowski Iza Smelczyńska Karolina Sulej Olga Święcicka Anna Tatarska Maciek Tomaszewski Artur Zaborski Aleksandra Żmuda

Manager Działu Reklamy AKTIVIST Ewa Dziduch, tel. 664 728 597 edziduch@valkea.com Monika Barchwic mbarchwic@valkea.com

korekta

Valkea Media S.A. 01-747 Warszawa ul. Elbląska 15/17

tel.: 022 639 85 67-68 022 633 27 53 022 633 58 19 faks: 022 639 85 69

Druk Elanders Polska Sp. z o.o.

Mariusz Mikliński

Projekt graficzny magazynu Magdalena Piwowar

Dystrybucja 4Business Logistic

Dyrektor Zarządzająca Monika Stawicka mstawicka@valkea.com

Dział Finansowy

Elżbieta Jaszczuk ejaszczuk@valkea.com

Dystrybucja

Krzysztof Wiliński kwilinski@valkea.com



Aktivist 173