Issuu on Google+

fot. Maciej Kaniuk

NR

56 marzec 2009

MIESIĘCZNIK OD 2002 ROKU Gazeta Samorządu Studenckiego Uniwersytetu Zielonogórskiego ISSN 1730-0975 ::: Nakład 10000 ::: Gazeta Bezpłatna

Awaria Marii Str. 4 Kobiety służą ustawie? Str. 8 - 9 Kibice rządzą! Str. 31

jej świat str. 10 - 15

Głogów ::: Gubin ::: Krosno Odrzańskie ::: Lubin ::: Lubsko ::: Międzychód ::: Międzyrzecz ::: Nowa Sól ::: Nowy Tomyśl ::: Polkowice Słubice ::: Sulechów ::: Sulęcin ::: Świebodzin ::: Wolsztyn ::: Wschowa ::: Zbąszyń ::: Zielona Góra ::: Żagań ::: Żary


2

MARZEC 2009

Gazeta Samorządu Studenckiego Uniwersytetu Zielonogórskiego „UZetka” ISSN 1730-0975 al. Wojska Polskiego 65 pok. 28, 65–625 Zielona Góra tel./fax +48 68 328 7876, gazeta@uzetka.pl www.uzetka.pl WYDAWCA: Stowarzyszenie Gazety Samorządu Studenckiego Uniwersytetu Zielonogórskiego REDAKTOR NACZELNA: Kaja Rostkowska k.rostkowska@uzetka.pl Z-CA RED. NACZ.: Kornelia Kornosz k.kornosz@uzetka.pl SKŁAD: Kaja Rostkowska, Marcin Grzegorski, Maciej Kancerek KULTURA: red. Maciej Kancerek m.kancerek@uzetka.pl Łukasz Michalewicz, Malwina Ławicka AKTUALNOŚCI: Grzegorz Biszczanik, Grzegorz Czarnecki, Marzena Toczek, Paula Mościcka, Sebastian Sobiech, Kornelia Kornosz, Kamil Zając, Iga Kołacz, Wojciech Lewandowski, Monika Renc SPORT: red. Kamil Kwaśniak k.kwasniak@uzetka.pl Karolina Bołbot, Krystyna Górnicka, Weronika Górnicka, Kamil Kolański MYŚL SŁOWEM PISANA red. Iwona Turzańska i.turzanska@uzetka.pl FOTO Piotr Giziński, Wojciech Waloch OGŁOSZENIA I REKLAMY: Marcin Grzegorski, 0 602 128 355 m.grzegorski@uzetka.pl DRUK: Drukarnia „AGORA” Piła. Za zamieszczone informacje odpowiedzialność ponoszą ich autorzy.

Woody Allen:

Moje życie jest smutne. Ostatni raz byłem w kobiecie, zwiedzając Statuę Wolności. Ech... faceci. Wszystkim Kobietom Redakcja „UZetki” życzy dużo, dużo uśmiechu! :-)*

Słowo naczelne

Duża ta odpowiedzialność... To kobieta odpowiada za uśmiech ludzi, którzy są wokół, za kolory wszystkiego: samochodów, ścian, talerzy... I za pożegnania na dworcach... A wyobraźcie sobie, że na jednej ze stacji kolejowych w Wielkiej Brytanii wprowadzono zakaz całowania się na pożegnanie. Dlaczego? Aby zapobiec gromadzeniu się tłumów na peronach i ułatwić pasażerom dostęp do pociągów... Jaki pragmatyczny ten szef stacji... Tam, gdzie dochodziło do największego tłoku, stoją znaki zakazujące całowania się. Na szczęście Virgin Trains informuje, że na razie za całowanie się nie grozi żadna kara, pomimo zakazu. Taki przepis na pewno ułatwia życie maszynistom i odbiera kobietom trochę obowiązków (przyjemnych zresztą;). Ale jak dworzec wygląda bez tych pocałunków? To przecież i tak miejsce, które ludzi rozdziela. Wszyscy już utrzymujemy więcej związków z rzeczami niż z ludźmi. Trzymajmy się pociąg: jeżdżę nim od wielu lat z Zielonej Góry do Rybnika i z powrotem. Mam blisko 200 biletów i niewiele mniej wspomnień. W osobówkach prawie się nie rozmawia. Ale w pospiesznych - tak. Oczywiście, jeśli jest do tego nastrój i ochota. Co czytasz? Dokąd jedziesz? Może otworzę okno? - to pytania, które najczęściej rozpoczynają rozmowę.

Raz to zwykła pogawędka, innym razem początek ciekawej znajomości (pozdrawiam Cię, Marta i gratuluję zdania prawka, pozdrawiam Cię, Łukasz i dziękuję za pamięć w styczniu :-). Ale powiedzmy sobie wprost: siedząc wiele godzin w pociągu, wolimy bawić się komórką, laptopem albo słuchać muzyki. No cóż: to czas dla nas. Gorzej, gdy komórka, n-k, myszka i ekran stają się narzędziami, bez których kontakt z ludźmi jest nudny. Myślę, że my, kobiety, mamy moc, aby coś naprawić. „Kobiety pragną bardziej” - to mądry tytuł niemądrego filmu. Jedna z jego bohaterek mówi coś na kształt: „kiedyś nie dzwonił telefon i wszystko było jasne, a teraz muszę sprawdzać te wszystkie portale i komunikatory, czy ktoś się odezwał”... Kobiety, mamy w sobie tyle uśmiechu - on jest lepszy na żywo niż w dwukropku i nawiasie... :) Ma moc ulepszania świata i zbliżania ludzi - serio! PS Jeśli będziecie kiedyś na tej stacji w GB, pal licho zakazy!

Kaja Rostkowska Redaktor naczelna

k.rostkowska@uzetka.pl


3

MARZEC 2009

WARTO GRAĆ o sukces

Katarzyna Smul, laureatka konkursu „Grasz o staż” i absolwentka Uniwersytetu Zielonogórskiego to przykład tego, że odwaga i ambicja przyciągają sukces. a swoją rozpoczętą wówczas drogę zawodową – kontynuuję m.in. na studiach podyplomowych.

Dlaczego wzięłaś udział w konkursie „Grasz o staż”? Będąc na czwartym roku studiów, szukałam możliwości postawienia pierwszych kroków na drodze zawodowej w dziedzinie, z którą wiązałam swoją przyszłość. Chciałam pracować w dziale Human Resources w dużej, międzynarodowej korporacji, dającej możliwości rozwoju. Niestety, w swoim rodzinnym mieście znalezienie takiej pracy czy praktyk było bardzo trudne. Dlatego właśnie zdecydowałam się wziąć udział w konkursie „Grasz o staż”, który ułatwia młodym ludziom bez doświadczenia zawodowego start w karierę, oferując praktyki z różnych dziedzin.

Pracowałaś także jako koordynator konkursu „Grasz o staż” w Pricewaterhouse Coopers. W jaki sposób udało Ci się dostać tę pracę? Pracę koordynatora konkursu dostałam także dzięki swojej wygranej w konkursie i uczestnictwu w programie zrzeszającym wszystkich dotychczasowych laureatów konkursu – ALUMNI „Grasz o staż”. Oferta pracy (jak również wiele innych, unikatowych ofert) dostępna była tylko w tym gronie, na platformie internetowej grupy Alumnów służącej wymianie wiedzy i doświadczeń.

Czy starania o praktyki wymagały od Ciebie dużego wysiłku? Na stronie „Grasz o staż” znalazłam listę zadań konkursowych. Musiałam rozwiązać co najmniej jedno, aby móc zgłosić się do konkursu. Zdecydowałam się na zadanie z organizacji szkoleń. Rozwiązanie cas’u wymagało ode mnie kreatywności i praktycznego podejścia do tematu – nie trzeba być specjalistą w danej dziedzinie, wystarczy wybrać interesujący Cię obszar i wpaść na pomysł. Wysiłek? Rozwiązywanie zadań „graszowych” nie jest trudne – po prostu trzeba chcieć.

osobami znacznie wyższymi rangą (m.in. dla Zarządu), rozwinęłam swoje umiejętności komunikacji. Prowadząc wstępne szkolenia dla nowozatrudnionych pracowników, nauczyłam się występować publicznie. Stażystów z „Grasz o staż” fundatorzy praktyk traktują jak pracowników merytorycznych – o przysłowiowym „parzeniu kawy” nie ma tu mowy.

Czego nauczyłaś się podczas praktyk? Podczas swoich praktyk współpracowałam z profesjonalistami w dziedzinie HR’u, od których uczyłam się praktycznego podejścia do zagadnień takich jak rekrutacja, Assesment Center czy rozwój pracowników. Podczas prowadzenia prezentacji przed

Czy wiedza zdobyta podczas praktyk przydała Ci się w późniejszej pracy? Dzięki praktykom wygranym w „Grasz o staż” przekonałam się, w czym jestem dobra i co mnie interesuje pod względem zawodowym. To, czego nauczyłam się na praktykach, wykorzystuję w pracy teraz,

Czy, według Ciebie, warto się starać o praktyki i brać udział w takich programach? Komu możesz polecić branie wzięcie udziału w konkursie? Udział w „Grasz o staż” polecam każdemu, kto ma odrobinę ambicji i chce pracować z poczuciem satysfakcji. Ten konkurs to nie tylko praktyki. To również fantastyczni ludzie, ciekawe szkolenia, spotkania przy piwie i… docenienie ze strony potencjalnych pracodawców. Slawomir Kozieł

Więcej o konkursach i praktykach znajdziesz w artykule „Bądź aktywny - cz. V” (str. 20 ).

REKLAMA

- Wysiłek? To nie jest trudne. Wystarczy chcieć - przekonuje Kasia.

REKLAMA

U NAS JUŻ OD 80 ZŁ


4

MARZEC 2009

ILE AWARII W MARII?

Fot. Paula Mościcka

Maria Peszek w Filharmonii Zielonogórskiej - szybko umawiamy wywiad i ubieramy się jak na egzamin. To nie studencki klub!

Wybiegamy z Radia łapiąc po drodze dyktafon, aparat, listę pytań i tysiące innych „niezbędnych” przedmiotów. W filharmonii od razu rozpoczynamy akcję poszukiwawczą. Gdzie jest Maria Peszek? Udało się, jest. – Fajna bluzka. – rzuca Maria (Ala ma na sobie czarną, skórzaną koszulę). – To od babci – odpowiada Ala. – Fajna babcia! – śmieje się Maria. Menadżer trzeci raz przypomina nam, że wywiad nie może być dłuższy niż 10 minut. Zaczynamy! Czy najnowszy album to stuprocentowa Maria Peszek? Myślę, że gdzieś tak 83,5% - oczywiście żartuję. Jak każda wypowiedź ar-

tystyczna jest to pewien rodzaj wizerunku, który jest bardzo zbliżony do tego, co jest w Marii Peszek. Ale nie jest to w 100% zapis mnie samej. Pewne rzeczy są w odpowiedni sposób bardziej i mocniej wyartykułowane, a pewne przemilczane. Maria Awaria szokuje – zarówno częścią wizualną, jak i muzyczną płyty. Taki właśnie był zamysł? Nie jestem do końca przekonana, czy szokuje. Na pewno wzbudza kontrowersje, natomiast myślę, że szok to za duże słowo. Szok i prowokacja dla samej prowokacji nie było moim zamierzeniem. Chodziło mi o to, żeby jak najbar-

dziej wyraziście wyrazić to, co miałam do powiedzenia i myślę, że to się udało. Taka stylizacja wydania to dość śmiały krok. Jesteś odważna. Nie mam takiego poczucia. Myślę, że odważne było przede wszystkim wydanie płyty na byle jakim papierze. Natomiast samej zawartości, zarówno zdjęć, jak i treści, nie oceniam jako strasznie odważne. Raczej mam wrażenie, że wszystko już było. To nie odkrycie czegoś obrazoburczego. Oczywiście w zestawieniu z tym, co jest teraz popularne, rzeczywiście ta stylizacja może być drażniąca. Natomiast czy ja osobiście jestem odważna? Myślę, że jestem


5

MARZEC 2009 zarówno odważna, jak i bardzo tchórzliwa. Jestem mieszanką sprzeczności.

ria mówi do mężczyzn, czy też o mężczyznach. Prywatnie preferujesz miłość w dolby surround, zapuszczasz swe ogrody? To co ja robię prywatnie, to jest moja prywatna sprawa. Na tym polega różnica, że to co robię na scenie jest dla Was – wszystko możecie zobaczyć, dotknąć, usłyszeć, nie ma tam żadnych tajemnic. Natomiast to, co ja robię, gdy schodzę ze sceny, to jest moja prywatna sprawa. W związku z czym… nie odpowiem na pytanie. (z lekkim uśmiechem na twarzy – przyp. red.)

To, jaka jest Maria Awaria możemy usłyszeć na płycie. A jaką Ty jesteś kobietą – wrażliwą i delikatną, czy raczej silną i zdecydowaną? Myślę, że można to połączyć. Nie można powiedzieć „czy” pomiędzy tymi stwierdzeniami. Można być takim, śmakim i owakim. Zwłaszcza kobiety są nieobliczalne. Składa się w nich tysiące poszczególnych fragmentów, jak porozbijane kawałki lusterka, w których odbijają się inni ludzie. Jestem taką mieszanką. Dość mocno wymieszaną osobą.

Lepiej czujesz się w towarzystwie męskim czy damskim? W ogóle bardzo lubię ludzi. Natomiast głównie pracuję z mężczyznami. A z uwagi na to, że dużo pracuję, dlatego więcej znajomych mam pośród męż-

Fot. Paula Mościcka

Lubisz podkreślać swoją kobiecość? To zależy co się rozumie przez stwierdzenie „kobiecość”. Jeśli podkreślanie talii i biustu, to nie, nie za bardzo lubię. Jeśli się rozumie przez to, co w kobiecości jest fantastyczne – właśnie tą nieobliczalność, czy to, że jest się totalnie wolnym to tak, bardzo lubię.

Jednak trzeba przyznać, że scena odziera z prywatności. Ty się nie dajesz? Nie. Scena to scena, a prywatność to prywatność. Kiedy wchodzę na scenę, jestem jak górnik, który zjeżdża do kopalni – jestem w pracy. Jak schodzę ze sceny to jestem… sobą. Można powiedzieć, że to są takie dwa światy, których tak sobie myślę, nie należy do końca mieszać.

Scena odziera z prywatności - ale nie Marię Peszek. Oczywiście bardzo ważni. To chyba jest zupełnie naturalne. Tak sobie myślę, że mężczyźni to chyba najwspanialsza rzecz w życiu.

Dlatego ja nie sądzę, żeby to było takie przedmiotowe traktowanie mężczyzn, wręcz przeciwnie. Maria Awaria w czuły sposób traktuje mężczyzn, bardzo

„Bardzo bym chciała, żeby to co robię dotykało ludzi, żeby ich wzruszało, czasem śmieszyło. Byłoby mi bardzo przykro i nie mogłabym tego znieść, gdyby to, co robię nie wywoływało kompletnie żadnych emocji.” czyzn. Nie mam zbyt wiele czasu na wygłupy i przyjemności, w związku z czym nie mam zbyt wielu koleżanek. Z tego względu zdecydowanie preferuję męskie towarzystwo. Mówiłaś, że pracujesz przeważnie z mężczyznami. Czy poza pracą są oni ważną częścią twojego życia?

Maria Awaria traktuje mężczyzn nieco przedmiotowo, Ty także? Maria Awaria uwielbia mężczyzn. Nawet zwraca się do nich w bardzo czuły sposób, np. „superglue I love you” albo w bardzo czuły sposób wyznaje, że „marznie bez Ciebie” i że tuli koszulę jak tego kogoś nie ma.

poważnie – nie przedmiotowo. Ja tak uważam. Myślę, że można się pomylić obserwując Marię Peszek, która zawsze mówi takim zdecydowanym tonem i ma tyle do powiedzenia, formułuje takie bardzo gładkie zdania, jest bardzo przekonywująca i sprawia wrażenie kogoś bardzo silnego. Natomiast to nie ma nic wspólnego z tym jak Maria Awa-

Jak myślisz, w jaki sposób wpływasz na swoich odbiorców, a zwłaszcza na odbiorczynie? Mam nadzieje, że w ogóle jakoś wpływam, to już byłoby bardzo dużo. Bardzo bym chciała, żeby to co robię dotykało ludzi, żeby ich wzruszało, czasem śmieszyło. Nie jest źle, jeśli to ich w jakimś tam stopniu mocniej dotyka, czy też obraża. Ważne, żeby w ogóle działało… i to tak dość mocno. Jeżeli tak jest, to jestem bardzo szczęśliwa. Byłoby mi bardzo przykro i nie mogłabym tego znieść, gdyby to, co robię nie wywoływało kompletnie żadnych emocji.

Rozmawiały Paula Mościcka Alicja Szafran punktg@index.zgora.pl


6

MARZEC 2009

MooNeR’s

Próbując opisać naukowo to, co w relacjach międzyludzkich dzieje się wokół mnie, musiałbym się uciec do pojęć pseudofizycznych. Nasuwa mi się ciekawy neologizm: „wariactwo falowe”. Wszystko dzieje się falami, w trend pewnej konserwatywno – społecznej mody. I choć moja buntowniczopunkowa dusza też częściowo się tej fali poddała, to jednak nie omieszkała nieco odważniej wtrącać swoich 5 groszy. Teoria wariactwa falowego mówi, że ludzie masowo w danym czasie robią podobne, dziwne kroki nie zawsze mające cokolwiek wspólnego z rozsądkiem. Skończyliśmy studia... hurrraa! Zakładamy rodzinę. I nagle w jednym roku same śluby. Po co? „Bo na co czekać”, „bo nie chcę być sam(a)” , „bo boję się starości” (sic!). Wielu swoje doświadczone i lekko już zmęczone związki wprowadza w kolejny etap bez zastanowienia się, do czego takie działanie prowadzi. Lecz nagle okazuje się, że

partner(ka), z którym(ą) przyszło nam dzielić życie tak naprawdę jest już tylko człowiekiem, który siedzi obok, do którego się przyzwyczailiśmy. Rozsądek podpowiada, że powinno się jednak nabrać odwagi i albo próbować doszukać się w tym związku pewnej pasji, albo go zakończyć. Jednak tutaj teoria wariactwa falowego nadal działa.

freestyle

a partner ani trochę nie zyskał na atrakcyjności w oczach. Co robić? Zakochać się! Znów! Tak właśnie. Dokładnie w tym momencie! Zakochać się młodzieńczą, wręcz gówniarską miłością! Ewentualnie co bardziej moralni, mający więcej sumienia ograniczą to szaleństwo do określenia „only fun”. Czy wspominałem już, że oczywista i wspólna zasada – broń Cię pa-

„Coś na boku” jest jak moda, jak ucieczka od tego cieżkiego i ponurego świata. Kolega na moje pytające spojrzenie o jego wyczyny, odpowiada wzruszając ramionami: „cóż... życie”. Pomysł? Zróbmy sobie dziecko! To nas zbliży, pokażemy światu, jak się kochamy! I znów hurrraaa! Rok chrzcin. Ledwie finansowo można wyrobić. Jestem dwa lata po studiach, a już wiem, że to nie koniec teorii wariactwa falowego. Obecnie zaczyna się trzeci etap. Klapki z oczu opadły, brzemię odpowiedzialności za dziecko ciąży,

nie we współmałżonku? Czyste wariactwo. Czaty, profile na portalach randkowych, bardzo nieprzyzwoite rozmowy na GG w pracy pomiędzy siedzącymi kilka metrów od siebie. Gdzie nie spojrzeć – „coś na boku” jest jak moda, jak ucieczka od tego cieżkiego i ponurego świata. Kolega na moje pytające spojrzenie o jego wyczyny, odpowia-

da wzruszając ramionami: „cóż... życie”. I tak oto płynie życie. Życie w falowym wariactwie dorosłości. Już wiem, że sztorm nie ustał. W oddali widzę kolejną falę. Dopiero się tworzy: powolutku, nawet by się wydawało że zanika momentami. To fala rozwodów. Tych, którzy kiedyś nie mieli odwagi, a dziś nie mają już siły. Mam nadzieję że fala nie dobije do brzegu, że rozbije się o falochron opamiętania i nowego pojęcia odpowiedzialności i zwykłej radości z człowiekiem, który kiedyś przyprawiał nas o trzepot serca. Moi drodzy – żeglowania tylko po oceanie spokojnym życzę. Bez fal, na które nie jesteście gotowi, z odwagą płynięcia z własnym prądem.

MooNeR freestyle@ eurisko.pl

Z żalem zdawać będziecie

Jakie rewolucyjne zmiany spowodują, że studenci zatęsknią za starymi czasami? Prawie spadłem z krzesła… Informacja jaką przeczytałem najpierw mną wstrząsnęła, później zmieszała, a na koniec, kiedy wszystko przemyślałem, chciałem aby to był tylko żart. Jak student, który w czasie sesji większość czasu spędza na staniu w kolejkach po upragniony wpis, w niedalekiej przyszłości będzie mógł szastać wolnym czasem, jak poseł Palikot obelgami? Odpowiedź jest prosta: pomóc w tym ma elektroniczny indeks. Od października tradycyjne indeksy mogą być już prehistorią. Zastąpić je ma elektroniczny system rejestrowania ocen. Takie plany ma Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyż-

szego. Nie będzie już kolekcjonowania wpisów w zielonych książeczkach. Wszystkim zajmą się profesorowie, którzy wprowadzać będą dane do systemu komputerowego i przesyłać je do dziekanatu. Pomysł spodobał się samym studentom. Ponad połowa spośród ankietowanych na portalu uzetka.pl, uważa że taka zamiana wyjdzie na lepsze. Sprawę trzeba jednak przemyśleć. Niech pierwszy spośród nich rzuci indeksem, kto nie miał okazji poprawienia oceny w ostatniej chwili. Od października ostatniej chwili może już nie być. Bezpośrednie spotkania studenta z profesorem dają oka-

zję do lepszego poznania się, a nielicznym możliwość sprawdzenia kim jest ta kosa, o której wszyscy mówili, że do niej warto chodzić na zajęcia, bo puszcza listę. Na tych pięciominutowych wizytach można zdobyć więcej wiedzy, niż przez cały semestr kucia. Elektroniczny indeks może być jak firewall, który uniemożliwi spotkanie z ogromną bazą danych, jaką jest profesor. To po takich, często wielokrotnych spotkaniach, w walce o lepszą lub w ogóle jakąkolwiek ocenę, studentów ogarnia wręcz pijane szczęście na cały dzień, a dla tych którzy mają lepsze zdrowie nawet i na tydzień. Jednak, jak już ktoś wcze-

śniej zauważył, co nas nie zabije, to nas wzmocni podwójnie. Przeżyliśmy kolejki z indeksami do dziekanatu, przeżyjemy i obciążenia na serwerach. Zwykły indeks zostanie zastąpiony przez index.php. Zaoszczędzimy czas, a czas to pieniądz, życzę więc wam dużo jednego i drugiego.

Grzegorz Czarnecki

g.czarnecki@uzetka.pl


7

MARZEC 2009

obywatele europy

Co się kryje pod hasłem AEGEE, wyjaśnia nam Prezydent Europejskiego Forum Studentów AEGEE - Zielona Góra, Katarzyna Jagiełowicz. Jesteś prezydentem AEGEE Zielona Góra. Wszystko na Twojej głowie? Do moich zadań należy nadzorowanie i pilnowanie wszystkiego co dzieje się w naszej antenie. Obserwacja tego co dzieje się wewnątrz, przydzielanie zadań, rozliczanie z nich, czuwanie nad wykonywaniem projektów, czasem również koordynacja jakiegoś z naszych projektów. Jestem na przykład głównym koordynatorem tegorocznego Uniwersytetu Letniego, który organizujemy wspólnie z AEGEE - Poznań. Oprócz tego oczywiście reprezentacja organizacji na zewnątrz.

jest chyba właśnie to co podoba mi się w AEGEE najbardziej. To, że mam znajomych, przyjaciół wszędzie w Europie i nie tylko w Europie i to, że w naszych relacjach nie ma śladów stereotypów. Który z projektów realizowany przez

udział w SU mogą nie tylko nasi członkowie, ale wszyscy studenci UZ, wystarczy, że zgłoszą się do nas w kwietniu na zebranie, a my powiemy im co dalej, pokażemy jaki jest wybór krajów i tematów. Co zagraniczni studenci, których gościcie od czasu do czasu na UZ, sądzą o naszej uczelni i mieście?

Co w AEGEE liczy się najbardziej? To, że rozwijamy siebie, uczymy się wielu rzeczy nawet nie będąc tego świadomi, jakby przy okazji tego, że świetnie się bawimy. Takie rzeczy jak organizacja imprez, szkoChętnych aby dołączyć do AEGEE, Kasia zaprasza na zeleń, konferencji, wymian oraz brania w każdy wtorek o godz. 19:15 do sali nr 17, bud. A-2 innych wydarzeń na uczelni uczy (Campus A). bardzo wiele, bardzo pomaga w przyszłym życiu, szczególnie AEGEE cieszył się największym Zielonogórzanie odbierani są dla osób, które myślą o byciu „na powodzeniem u studentów? bardzo pozytywnie, jako ludzie swoim”. Działalność w organiza- Co roku największym po- otwarci, sympatyczni. Staramy cji takiej jak nasza uczy odpo- wodzeniem cieszą się Summer się zabierać ich w okolice Zielowiedzialności, zaradności, tego Universities, czyli Uniwersytety nej Góry, pokazać im np. skangdzie, co i jak załatwić, gdzie Letnie. My organizujemy je sen w Ochli, muzeum wojskowe z czym możemy pójść. Bardzo w Zielonej Górze od pięciu lat, w Drzonowie, winnice z których dobre jest również to, że nowi w tym roku zaczynamy właśnie przecież słyną nasze tereny. członkowie zawsze mogą liczyć przygotowania do drugiej już W zeszłym roku zabraliśmy nana wsparcie tych bardziej do- edycji tanecznego uniwersytetu szych gości do niewielkiej winniświadczonych, którzy chętnie „Chance2Dance”. Nasi członko- cy niedaleko Zielonej Góry, mosłużą pomocą, podpowiedzą. wie mogą wybrać dowolny kraj gli popróbować lokalnego winZ kolei wymiany i konferencje i pojechać tam na 2 tygodnie wa- ka, skosztować przysmaków międzynarodowe bardzo poma- kacji w międzynarodowym gro- przygotowanych przez naszych gają nie tylko przy nauce języka nie za 120-200 euro, z noclega- gospodarzy, piekli kiełbaski na angielskiego w praktyce, ale tak- mi, wyżywieniem i całym pro- ognisku. Byli zachwyceni. Podoże pozwalają poznać rówieśni- gramem. Uczestnictwo w tego ba im się też spokój i bezpieków różnych narodowości, ich rodzaju imprezie jest naprawdę czeństwo Zielonej Góry, to że problemy, marzenia, codzienne niesamowitym przeżyciem, nie jest czysta, zadbana, zielona. życie. Pozwalają burzyć stereo- mogę tego nawet opisać, to po Najczęściej lokujemy ich w prytypy, otwierać się na nowe, to prostu trzeba przeżyć. Brać watnym akademiku przy Wy-

spiańskiego, który znajduje się w lesie, jest tak spokojnie, w ogóle nie czuje się jakby to było w mieście. AEGEE jest wpierane przez Komisję Europejską. Czy Waszym celem jest także promocja polityki Unii Europejskiej? Jednym z naszych głównych celów jest promowanie aktywnego obywatelstwa. Zarówno na poziomie lokalnym jak i europejskim. Dlatego w tym roku jednym z najważniejszych naszych projektów ogólnoeuropejskich jest „YVote 2009” – kampania skierowana do młodzieży zachęcająca do aktywnego i świadomego udziału w tegorocznych wyborach do Europarlamentu. Promowanie aktywnego, otwartego obywatelstwa jest jednym z naszych czterech podstawowych celów. Pozostałe to: promocja edukacji wyższej, pokój i stabilizacja oraz wymiana międzykulturowa. Opowiedz krótko o korzyściach, jakie studenci mają z działalności w AEGEE. A jakie są ich obowiązki? Korzyści zaczynają się już w momencie tworzenia projektów na poziomie lokalnym, uczenie się samodzielności, odpowiedzialności, naprawdę można rozbudować swoje CV. Poza tym udział w szkoleniach, zarówno lokalnych jak i zagranicznych. Jeżeli czujemy się na siłach, można też zacząć działać na poziomie europejskim, to że dzisiaj nie czuję się na siłach – nie szkodzi, to rzadko przychodzi od razu, zazwyczaj rozwija się powoli od działalności lokalnej. Rozmawiała Kaja Rostkowska


8

MARZEC 2009

Fot. www.sxc.hu

„OTO JA, SŁUŻEBNICA PAŃSTWA, NIECH MI SIĘ STANIE WEDŁUG USTAWY WASZEJ…” Jestem Kobietą. Mam uczucia i sumienie. Czy to, że nią jestem, stawia mnie na przegranej pozycji w kwestii samostanowienia o swoim macierzyństwie? Tak.

Nie ma żadnych wątpliwości, że kobiety w Polsce nie mają możliwości ani też prawa do decydowania o tym, czy chcą donosić ciążę, czy nie. Więcej na ten temat mają do powiedzenia mężczyźni, którzy niewiadomo skąd nagle wiedzą, co jest dla nas lepsze... Inkubator W roku 1993 weszła w życie ustawa „O planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności

przerywania ciąży”. (Tekst ustawy pochodzi ze strony: http:// www.federa.org.pl/?page=article&catid=782&lang=1). W art. 4a ust. 1 czytamy: Przerywanie ciąży może być dokonane wyłącznie przez lekarza, w przypadku gdy: 1. ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej, 2. badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nie-

uleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, 3. zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego 4. kobieta ciężarna znajduje się w ciężkich warunkach życiowych lub trudnej sytuacji osobistej. Podpunkt 4 utracił moc z dniem 23 XII 1997 r., uznany przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodny z konstytucją. Rozumie się przez to, że kobieta w ciąży ma obowiązek urodzenia dziecka bez względu na to,

w jakich warunkach życiowych lub w jak bardzo trudnej sytuacji osobistej się znajduje. Nie liczy się zatem życie, które już trwa od wielu lat, lecz ważniejsze jest życie, które dopiero się zaczyna. Kobieta staje się zatem inkubatorem dla płodu i musi zdać się na łaskę i niełaskę państwa bądź partnera. Ile razy dokonano aborcji? Rada Ministrów przedkłada Sejmowi corocznie, w terminie do dnia 31 lipca, sprawoz-


9

MARZEC 2009 danie z wykonywania ustawy oraz o skutkach jej stosowania. Sprawozdanie za rok 2008 przeczytamy dopiero w początkach sierpnia, natomiast mamy wiedzę na ten temat z wcześniejszych lat. I tak oto dowiadujemy się że: „W roku 2007 odnotowano 322 (w 2006 - 340) zabiegów przerwania ciąży dokonanych w zgodzie z obowiązującą ustawą, z czego 282 (w 2006 - 246) spowodowanych było wskazaniami medycznymi odnoszącymi się do płodu. Zagrożenie zdrowia lub życia kobiety przyczyniło się do przerwania ciąży w 37 przypadkach (w 2006 - 82), zaś trzykrotnie dokonano zabiegu, bowiem miało miejsce uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego (cztery razy mniej niż rok wcześniej”. (Dane pochodzą ze strony: http://www.federa.org. pl / ?pa ge=a r t icle & c at i d=871&lang=1). Nierealne statystyki Według organizacji pozarządowych m.in. Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, zabiegów usuwania ciąży w Polsce w podziemiach aborcyjnych dokonuje się od 80 do 200 tys. rocznie (dane pochodzą ze strony: http://www.federa.org. pl/kampanie/w ystawa-2002logo.htm). Ta liczba jest zatrważająca tym bardziej, że nijak się ma do 322 podanych przez ministerstwo. Oczywiście ta liczba to

legalne zabiegi, które są odnotowywane, gdzie prowadzona jest procedura oceny kobiet kwalifikujących się do przeprowadzenia aborcji. A co z tymi, które pokątnie usuwają ciążę? Ich w statystykach nie widać. Gdy wpiszemy w wyszukiwarkę internetową hasło „usuwanie ciąży”, znajdziemy stronę austriackiej kliniki w Wiedniu, która przetłumaczona jest na kilka języków. (http://www.gynmed.at/pl/index.php). Jestem wręcz pewna, że część naszego „podziemia aborcyjnego” dokonuje się właśnie tam. To podziemie to niekoniecznie odrapane piwnice, nędzne komórki przy domach. To przede wszystkim aborcje dokonywane na własną rękę przez kobiety, które szukają klinik w innych państwach gdzie mogą poddać się zabiegowi. 17 czy 40?

Zgodziłam się z nim kwestii antykoncepcji. Jednak dostęp do różnych środków jest w wbrew pozorom ograniczony, gdyż żadne z nich nie jest refundowane. Wokół tego problemu toczy się na scenie politycznej zażarta dyskusja. Jedno opakowanie tabletek w zależności od producenta, kosztuje od około 17 zł do nawet 47 zł (na miesiąc). To dużo. To nie są witaminy, które raz można wziąć, raz nie. Dlatego, aby chociaż w tych 99,9% uchronić się przed niepożądaną ciążą, należy dbać o regularność i systematyczność ich zażywania. Dla studentek, które oprócz wydatków na stancję, akademik lub jedzenie muszą ponosić wydatki związane z nauką, kwota kilkunastu złotych ma znaczenie. Czasami to partner ponosi te koszty, ale nie zawsze. Często jesteśmy zdane same na siebie.

Zapytałam się swoich dwóch kolegów, czy są za aborcją. Pierwszy odpowiedział, że to nie jest sprawa mężczyzn, więc nie będzie się na ten temat wypowiadał, bo same powinnyśmy o tym decydować. Drugi zaś powiedział mi, że nie jest, ponieważ nie można w sposób arbitralny określić, kiedy ktoś jest człowiekiem, po drugie powinno się kłaść nacisk na antykoncepcję i odpowiedzialność, a przysięga Hipokratesa składana przez lekarzy zawiera sprzeciw wobec przerywania ciąży.

Wybór Drogie Panie, zastanówcie się, czy na pewno chcecie skazywać inne kobiety na przymus donoszenia ciąży? Gdyby aborcja była zalegalizowana, wówczas mielibyśmy całkowity obraz tego zjawiska w Polsce. Dowiedzielibyśmy się, ile rocznie jest przeprowadzanych zabiegów i wtedy może te liczby byłyby bardziej do siebie zbliżone. To, że popieram aborcję, nie oznacza przecież, że się jej

poddam. Właśnie na tym to wszystko polega. Abym miała prawo decydowania o sobie, o swoim macierzyństwie, życiu, szczęściu lub też nie. Nie może być tak, że w dobie XXI wieku kobiety w Polsce są zdane na to, o czym zadecydują parlamentarzyści, którzy w większości są mężczyznami. Nie mam nic przeciwko nim. Pozwalając na taką ustawę, pozbawiamy siebie najzwyczajniej w świecie prawa wyboru. Prawa do samostanowienia. Na Dzień Kobiet Zbliża się 8 marca. Z tej okazji chciałam życzyć wszystkim Kobietom i również sobie, świadomości swojej kobiecości. Dążenia do szczęścia, realizacji swoich planów, celów, a przede wszystkim zabierania głosu. Byśmy nie bały się mówić, co nam leży na sercu, byśmy miały odwagę walczyć o prawa, które nam się należą. Zapraszam również wszystkich na MANIFĘ 2009 do Warszawy. Tam nie tylko walczy się o prawo do aborcji, ale także m.in. o prawo do rzetelnej edukacji seksualnej w szkołach i większej dostępności środków antykoncepcyjnych. Nie jestem feministką, jestem Kobietą przez duże K. Meg

Wszystkie materiały wykorzystane w artykule dostępne są do wglądu w redakcji „UZetki”.

OGŁOSZENIE

Jesteś uczniem, studentem, chciałbyś uzyskać informację na temat możliwości zatrudnienia oraz stażu na terenie Niemiec? Wojewódzki Urząd Pracy w Zielonej Górze organizuje seminarium pt. : PIERWSZA PRACA ZA GRANICĄ - MOŻLIWOŚCI ZATRUDNIENIA I STAŻU PRACY W NIEMCZECH. Seminarium ma na celu zapoznanie uczniów oraz studentów z możliwością odbycia stażu na niemieckim rynku pracy, przedstawienie możliwości i zasad starania się o zatrudnienie w rejonie przygranicznym po stronie niemieckiej, przedstawienie niemieckiego rynku pracy w regionie przygranicznym oraz warunków życia i pracy w Niemczech. Seminarium odbędzie się 4 marca 2009 r. w godz. 11.00-16.00 na Uniwersytecie Zielonogórski przy ul. Energetyków 2 w Zielonej G��rze WSTĘP WOLNY!


10

MARZEC 2009

nie musisz się tak starać

Jaka jest pozycja kobiet w innych cywilizacjach? Lepsza czy gorsza od naszej? Wystarczy poznać ich funkcjonowanie w innych miejscach na świecie i już jest jasne, że Ty, Polko, nie musisz tak się starać.

Fot. www.sxc.hu

Indie

Nawet w powiązanych cywilizacyjnie, społecznie i gospodarczo tzw. rozwiniętych społeczeństwach Zachodu pozycja kobiety jest bardzo zróżnicowana. Najlepsza jest bez wątpienia w Skandynawii, bo tam wskaźniki obecności kobiet w życiu publicznym, zawodowym, gospodarczym, kulturalnym i religijnym (np. dostęp do funkcji pastora, w Norwegii od 1930, Danii od 1948, Szwecji od 1958 roku) są najwyższe na świecie. Wynika to stąd, że pozycja kobiety w społeczeństwach skandynawskich jest najlepsza w Europie już od średniowiecza. Gdy kobiety w innych społeczeństwach tej epoki utraciły niemal wszelką podmiotowość prawną, w Skandynawii nadal miały bardzo silną pozycję. Jan Chryzostom Pasek w swoich pamiętnikach podaje wiele przykładów silnej pozycji kobiety w Danii również kilkaset lat później. W epoce nowoczesnej to właśnie od północnej Europy zaczęło się przyznawanie kobietom praw wyborczych (Finlandia – 1906, Norwegia – 1912, Dania i Islandia – 1915, Szwecja – 1921). Tymczasem we Francji doczekały się one tego w roku 1944, Włoszech w 1946, w Szwajcarii w 1971, Portugalii w 1974 roku. W zachodnim kręgu cywilizacyjnym zbliżoną do Skandynawii pozycją społeczną cieszą się jeszcze kobiety w krajach anglosaskich i w Holandii. USA jako jedyne na świecie osiągnęły stan całkowicie takich samych wynagrodzeń dla kobiet i mężczyzn na

Jednym z najwybitniejszych przedstawicieli ekonomii feministycznej jest indyjski ekonomista Amartya Sen, który twierdzi, że najłatwiejszym sposobem na rozwiązanie problemu przeludnienia jest kształcenie kobiet, a najprostszą drogą wyprowadzającą biedny kraj na ścieżkę długotrwałego, dynamicznego wzrostu jest aktywna polityka równouprawnienia kobiet.

wysokich stanowiskach menadżerskich i kierowniczych, do czego doprowadziła przede wszystkim lawina pozwów sądowych. W przypadku USA trzeba jednak brać pod uwagę, że jest to społeczeństwo, które podzieliło się bardzo wyraźnie na liberałów i konserwatystów, w wyniku czego istnieją dwa, niemal jednakowo liczne nurty w sprawie ustosunkowywania się do pozycji kobiety. Tymczasem we Włoszech do niedawna mężczyzna, który zabił żonę, bo go zdradzała, często nie szedł w ogóle do więzienia, co pokazuje, jak daleko mogą sięgać różnice między narodami tego samego kręgu cywilizacyjnego. Fot. www.sxc.hu

Cywilizacja Zachodu

Indie należą do państw, które podjęły bardzo aktywną politykę w kierunku równouprawnienia kobiet, w tym parytetowy system ich reprezentacji we władzach lokalnych, stanowych i ogólnokrajowych. Obserwuje się bardzo pozytywne skutki gospodarcze i społeczne tych posunięć. Choć oczywiście ze względu na niezwykle patriarchalne tradycje kraju powoduje to też istotne napięcia. Tak np. państwo zakazuje wypłacania posagu przez rodzinę panny młodej powyżej jakiejś minimalnej sumy (by wytępić zjawisko łowców posagów), jednak w praktyce przepis nie działa.


11

MARZEC 2009

Z drugiej strony występuje jednak powszechna tendencja do bardzo wyraźnego

Chiny Chiny zasłynęły jednym z najbardziej drastycznych przejawów upośledzenia pozycji kobiety: wiązaniem stóp małym dziewczynkom, by zahamować wzrost tej części ciała. Małe stopy u kobiety uważano tam niegdyś za piękne, podobnie jak kołyszący chód tak okaleczonej kobiety. Celem ukrytym, jaki miała w tych praktykach chińska kultura, było też zwiększenie przewagi mężczyzny nad kobietą, której samodzielność w wielu aspektach życia ulegała w ten sposób znacznemu obniżeniu. W XX wieku władze Chin wydały wojnę takim zwyczajom i dążyły do poREKLAMA

pogarszania się położenia kobiety w wielu krajach muzułmańskich. Afganistan jest tu jednym ze sztandarowych przykładów; sytuacja faktycznie nie poprawiła się tam zauważalnie po upadku reżimu talibów, którzy pozbawili kobiety wszelkich praw publicznych. Iran jest przypadkiem kraju, gdzie spierają się różne prądy: położenie kobiety jest złe (np. nie ma ona prawa wejść na mecz; gdy irańska telewizja transmitoprawy położenia kobiet. Udało się wiele zrobić, ale nierówność płci jest tak głęboko wpisana w strukturę chińskiej kultury, że pojawiły się w zamian nowe problemy. Na chińskiej wsi dziecko płci męskiej jest o wiele bardziej oczekiwane przez rodziny (ponieważ dziewczynka nie może przejąć dzierżawy ziemi po rodzicach). Odkąd Chiny prowadzą politykę kontroli urodzin i posiadanie większej ilości dzieci jest zakazane, płody płci żeńskiej są częściej poddawane aborcji, zdarzają się nawet zabójstwa noworodkówdziewczynek. Powoduje to nierównowagę demograficzną pomiędzy kobietami a mężczyznami najmłodszych pokoleń Chińczyków, co może za sobą w przyszłości pociągnąć istotne problemy społeczne. Źródło: www.wikipedia.pl

Fot. www.sxc.hu

W świecie islamu mamy obecnie do czynienia z dwoma równolegle zachodzącymi, przeciwstawnymi tendencjami. Z jednej strony mamy państwa takie, jak Tunezja i Turcja, które prowadzą aktywną politykę zmierzającą do poprawy położenia kobiet (dostęp do edukacji, pracy, prawo do decydowania o własnym małżeństwie). W tych krajach zachodzi wyraźna poprawa sytuacji. Niewielu ludzi wie, że Turcja przyznała kobietom prawo głosu wcześniej niż Francja i wiele innych państw w Europie. Jednocześnie jednak często, a im dalej od dużych miast, tym częściej, zachodzi zjawisko konfliktu między prawem zwyczajowym a stanowionym.

Fot. www.sxc.hu

Cywlizacja islamu

wała mecz piłki nożnej między reprezentacjami USA i Iranu, robiła to z kilkuminutowym poślizgiem, by w tej zakładce czasowej usuwać ujęcia widowni, na której siedziały kobiety), ale z drugiej strony w środowiskach intelektualnych jest podejmowana wyraźna krytyka tego stanu rzeczy (np. irańskie kino bardzo odważnie podejmuje ten temat). Dyskryminacja kobiet przybiera natomiast bardzo ostrą postać w muzułmańskich krajach Afryki. Przypadek Safiyi Yakubu Hussani z Nigerii, skazanej za cudzołóstwo na ukamienowanie przez sąd szariacki, jest jednym z przejawów tej tendencji. Tradycyjny islam przyznawał jednocześnie od wieków niektóre prawa kobietom, których były długo pozbawione w wielu krajach cywilizacji zachodniej – np. prawo do rozwodu w przypadku zdrady męża lub w przypadku jego niewydolności seksualnej.


12

MARZEC 2009

O wyższości niespodzianek nad spodziankami Która kobieta nie lubi dostawać kwiatów, czekoladek? Wyjątki od reguły są bardzo rzadkie, dlatego na potrzeby artykuły zostaną pominięte. Przyjmijmy, że wszystkie przedstawicielki płci pięknej uwielbiają być obrzucane prezentami. Co najmniej raz do roku mniej sprytni mężczyźni mają suszoną głowę. Zapomnieli kupić kwiatka z okazji Dnia Kobiet, tudzież urodzin czy rocznicy. Nie pomogą tłumaczenia. Wszystkie koleżanki dostały upominki, oprócz jednej kobiety. Pech trafił, że jest nią twoja Marysia. Co można zrobić w takiej sytuacji?

Histerycznie ratować sytuację wyjściem do kina czy na kawę. Ale to nie to samo. Lepiej byłoby wyciągnąć wnioski. Albo skorzystać z innowacyjnej metody – dawania kwiatków/czekoladek bez okazji w nierównomiernych odstępach czasowych, aczkolwiek nie rzadziej niż raz do roku. Wielu dziewczynom sprawia to większą przyjemność, bo nie spodziewają się żadnej niespodzianki w tym dniu. A i facetom jest łatwiej – nie muszą sobie kłębić głowy datami. Nawet jeśli by którąś zapamiętali i weszłoby im w nawyk coroczne obchodzenie w identyczny sposób Walentynek, to szybko by się to przejadło. Takie spodzianki są nudne. Lepiej stawiać na spontaniczność i zaskakiwać swoje damy serca. Powodzenia!

Aleksandra Kossowska

co on sobie myśli?

- Proszę nie zostawiaj mnie samej… - spojrzałam na niego błagalnie. Kiedy to wszystko się popsuło? W głowie huczało mi tylko to jedno zdanie: niech on mnie nie zostawi, no bo co ja wtedy zrobię? Okazało się, że mogłam zrobić i to bardzo dużo. Słodka wolność i niezależność bardzo uderzają do głowy, znaczy, zaraz po tym, jak odstawisz czekoladę i smętne komedie romantyczne, ale to etap przejściowy i nikt nie może za niego winić. Jak zaczarowana wpadłam w kołowrotek spotkań towarzyskich, kolacyjek, spotkań w kawiarniach, na zakupach i oczywiście randek. Zastanawialiście się kiedyś nad tym, co właściwie czuje ta druga strona kiedy wy, kobiety, szykujecie się do podboju wciskając się w najseksowniejszą kieckę jaką tylko macie w szafie? Nie? Nic dziwnego, bo kto w tym pędzie by się nad tym zastanawiał. A mimo to tym razem usiadłam naprzeciwko lustra i spróbowałam. Nie mówię tutaj o randce w ciemno, kiedy modlisz się, żeby to nie był jakiś obleśny typ z nieświeżym oddechem, takie w ogóle nie powinny pretendować do tego miana, ale o takiej, gdy już od ustalenia miejsca i daty snujesz słodkie plany. Jak ja bym się czuła w jego skórze? Po jakichś dziesięciu minutach uświadomiłam sobie, że nie mam bladego pojęcia, a przecież nie jestem ignorantką. Tylko jakie on może mieć dylematy? Przynieść kwiaty czy nie? Zastygłam ze szczotką do włosów. Może jaki krawat? Nie, to też nie to. Zdeterminowana postanowiłam rozwikłać tą odwieczna zagadkę, odwieczna od jakiegoś kwadransa, ale co mi tam. Chwyciłam słuchawkę od telefonu i wybrałam numer. - O czym myślisz kiedy szykujesz się na randkę? - wypaliłam jednym tchem nie czekając na grzecznościowe powitanie. Może i to jest tylko mój brat, ale powinien coś wiedzieć. - Odbiło ci? - Nie, powiesz mi czy nie? - czułam, że jeśli nie, to następnym razem, gdy go spotkam gorzko tego pożałuje. Poważnie wysłuchałam tego, co miał mi do powiedzenia i zrezygnowana odłożyłam słuchawkę. Tylko tyle? O tym myślał, gdy gdzieś po drugiej stronie miasta jego dziewczyna szukała odpowiednich perfum, butów i biżuterii? Poczułam ogromne rozczarowanie, tak duże, że postanowiłam w to nie uwierzyć i spróbowałam paru innych numerów. Niestety logika odpowiedzi była powalająca, a mój zawód ogromny. W pędzie godów i zabiegów nigdy nie przyszłoby mi to do głowy. Z zamyślenia wyrwał mnie zapach spalenizny. Cholera! Żelazko. A zaraz po nim dzwonek do drzwi. No nie, to nie możliwe, żeby była już 19! Podbiegłam do drzwi podciągając spódnicę i otworzyłam je zamaszyście szykując swój najbardziej urokliwy uśmiech. - Cześć – pisnęłam – zaraz będę gotowa. - Witaj. Nie spiesz się. Stanęłam jak wryta. No tak, przecież to faktycznie jest oczywiste. Przestałam się spieszyć. Nawet jeśli wyglądałabym niczym Angelina Jolie, to i tak już to pomyślał. Kobieta zawsze zakłada, że on się spóźni. Wezbrał we mnie śmiech, co uniemożliwiło mi pomalowanie ust. - Co cię tak rozbawiło? – zapytał z głębi mieszkania. - Jak obstawiałeś? - Słucham? - Sądziłeś, że ile czasu będziesz musiał na mnie czekać? Zamilkł, a ja triumfalnie spojrzałam w lustro: tak, tylko o tym myśleli, zanim przychodziła faza pytania drugiego: „prześpi się ze mną czy nie?”. Nawet gdybym została teraz sama, mam swoją odpowiedź, może nie za bardzo mądrą, ale ironicznie prawdziwą. Tylko, że nie jestem sama, idę na kolację i nurtuje mnie kiedy on zacznie zadawać sobie to następne pytanie. Bo może odpowiem mu bardzo szybko? Numiria numiria.deviantart.com


13

MARZEC 2009

kochanie, mam coś dla ciebie...

Na pewno? Na pewno już coś masz? 8 marca lada dzień...

Kulka do podejmowania decyzji to świetny prezent - i tylko troszkę ironiczny. YES, NO, MAYBE, FIRE SOMEONE, ASK MOM, BUY, SELL, GO FOR IT jak kobita wylosuje, tak zrobi. Każdej niezdecydowanej przedstawicielce płci pięknej należy się ten prezent!

Czy ktoś wie, o co chodzi z tymi świeczkami? Kobiety mają świra na ich punkcie. Kup na dzień kobiet świeczkę - kształt dostosuj do temperamentu. Zamiast kwiatów, podaruj świeczkę w kształcie kwiatu - zostaniesz doceniony na pewno. I koniecznie świeczka ma być pachnąca!

Lusterko to ryzykowana sprawa - ten podarek może zostać odczytany jako prezent - sugestia... :-) Ale już podusia, miękka, słodka, pluszowa... To śliczny prezencik dla każdej kobiety. Warto tylko pomyśleć nad kolorem - może akurat uda nam się trafić tak, aby pasowała do jej pokoju? ;-)

Scyzoryk? Też... Ale przede wszystkim pilniczek, perfumy, cążki... Składane cacko dla zwariowanej kobiety.

To prezent dla odważnych, bo w pierwszej chwili obdarowana pomyśli, że dajesz jej trochę nawozu... A to fasolka z wygrawerowanym napisem, która znajduje się w puszce. Wlewamy wodę i już po kilku dniach fasolka zaczyna kiełkować.

...a niech się czują bogate!... ;-P

Po co w ogóle obchodzić Dzień Kobiet? 1. Dawno nie było żadnej imprezy. 2. Zaoszczędzisz na lunchu. 3. Wycałujesz bezkarnie wszystkie ładne koleżanki. 4. Jeśli kiedyś odpadnie Ci guzik, któraś z koleżanek szybko Ci go przyszyje. 5. Usłyszysz, jak nazywa się najprzystojniejszy nauczyciel i najbrzydsza nauczycielka. 6. Dowiesz się wielu ciekawych rzeczy o swoich kolegach. 7. Dowiesz się jeszcze więcej ciekawych rzeczy o sobie samym. 8. Niewykluczone, ze zostaniesz zaproszony na kontynuowanie imprezki w mieszkaniu jednej z uczestniczek spotkania. 9. Zapoznasz się z nazwami najskuteczniejszych proszków

piorących, najlepszych podpasek i pampersów. 10. W przyszłości będziesz miał od kogo pożyczać cukier, kawę, herbatę, notatki… 11. Koleżanki chętnie przyjdą na każde party, które zechcesz zorganizować w domu. 12. W Dniu Chłopca fajne dziewczyny nie dadzą Ci żyć… A Ty będziesz zachwycony. 13. Gdyby kobiety przejęły władzę nad światem, po której wolisz być stronie? 14. Każdy zawód ma swoje święto, wiec czemu nie miałby go mieć najtrudniejszy zawód pod słońcem? 15. Bo TAK!


14

MARZEC 2009

...jest zdolna

ONA

fotoreportaż: Asia Ważelińska

...szaleje...

...lubi porządek


15

MARZEC 2009

...bywa samotna

...ma pasję

...jest piękna

Dzień Kobiet to coroczne święto obchodzone 8 marca, jako wyraz szacunku dla ofiar walki o równouprawnienie kobiet. Ustanowiony został w 1975 roku.


16

MARZEC 2009

suknie balowe i kaski

Szanowni Państwo, w dniu 30 stycznia 2009r. wspólnie bawiliśmy się na I-szym Karnawałowym Balu Wydziału Inżynierii Lądowej i Środowiska „Gala Inżynierów”. Impreza była niezwykła. Uczestniczyło w niej 230 osób, w tym: Pracownicy Wydziału (również Dziekan, Prodziekani, Kierownik Dziekanatu), Studenci wszystkich kierunków i lat studiów oraz Absolwenci i Przyjaciele Wydziału. Gościem Honorowym Balu był Rektor UZ prof. dr hab. Czesław Osękowski. Serdecznie dziękuję Wszystkim za przyjęcie mojego zaproszenia i liczne uczestnictwo w tej niecodziennej imprezie, zarówno bezpośrednie, jak i poprzez wsparcie naszych działań w formie darowizn, pomocy organizacyjnej i po prostu - życzliwości. Szczególne podziękowania kieruję do: Rektora UZ - prof. dr. hab. Czesław Osękowskiego i Kanclerza

Fot. Wojciech Waloch

Pierwsza „Gala Inżynierów” odniosła pełen sukces. Zaproszenia z sylwetką tańczącej pary w kaskach, bardzo aktracyjne nagrody, mnóstwo szalonych pomysłów i rewelacyjna zabawa - to i tak nie wszystko, co działo się wokół Gali. Reportaż z wydarzenia i zdjęcia możecie znaleźć na portalu UZetka.pl, a my zapraszamy do lektury listu, który przysłała do nas dr hab. Urszula Kołodziejczyk, prof. UZ, prodziekan WILiŚ.

UZ Franciszka Orlika za zgodę na organizację imprezy, życzliwość i wsparcie organizacyjne, Dziekana WILiŚ - prof. UZ dr hab. Jakuba Marcinowskiego, Dyrektora IB – dr inż. Marka Świderskiego oraz Dyrektora IIŚ - prof. UZ dr hab. Andrzeja Jędrczaka za wsparcie finansowe, mgr inż. Anny Asani, mgr inż. Bożeny Kuczmy i mgr inż. Krystyny Urbańskiej za pomoc organizacyjną (także zupełnie nieoczekiwaną), studentów - Sylwii Świątek i Tomka Stanisławiaka za całokształt i wybitny talent organizacyjny, firmy Hertz za bezpłatną

i profesjonalną ochronę, firmy „ToTu” za niezwykle udany catering, sponsorów imprezy, w tym m.in.; Cetko Poland S.A, Gedii Sp. z o.o. Nowa Sól, Izby Budowlanej w Zielonej Górze, Przedsiębiorstwa

„Martinez” Lubrza oraz Przedsiębiorstwa „Max Elektronic” Zielona Góra za znaczące dofinansowanie loterii fantowej, wielu uczestników balu za wyrazy wdzięczności i zadowolenia, wszystkich uczestników balu za niezwykle miłą zabawę i szczególną atmosferę, jaką stworzyli podczas imprezy, a przede wszystkim – dojrzałość i odpowiedzialność. Prodziekan WILiŚdr hab. Urszula Kołodziejczyk, prof. UZ Organizatorzy dziękują również Parlamentowi Studenckiemu Uniwersytetu Zielonogórskiego.

Była grupka śmiałków, lecz pesymistów wielu uda się, czy też padnie „GALA INŻYNIERÓW”? Oto Pani Prodziekan, Tomek i mała kobieta Studiująca, a jakże, na trzech fakultetach, Razem, wspólnymi siły, przy licznych oporach Przekonały sceptyków, a nawet REKTORA! Że obawy ich płonne, i że bal się uda, Bo nawet w czas kryzysu zdarzają się cuda! Dziś UZ-etka ten tytuł rzuci na okładkę „Sukces ma wielu ojców, ten jednak ma matkę”!


MARZEC 2009

List do redakcji w sprawie tekstu „Nie przeszkadza mi ona - takie słowa mogliśmy najczęściej usłyszeć z ust zielonogórzan. Zdarzały się także negatywne opinie” – to zdanie odbieram tak: Ekran na ścianie Galerii „Topaz” przy ul. Bohaterów Westerplatte w Zielonej Górze jest w porządku, ale zdarzają się jacyś maruderzy i narzekają. Według moich wiadomości prawda jest inna. Reklama bardzo przeszkadza. Raczej każdy zdrowo myślący człowiek może się tego domyśleć, nawet jeśli nie mieszka w sąsiedztwie ekranu. Ktoś zainteresowany problemem przyjdzie, popatrzy, zobaczy, jak to świeci i przekona się na własne oczy, że mieszkańcy mają ciężkie życie. Inny osoba przejedzie samochodem i pomyśli „Jak mnie razi, to jak mieszkańcy żyją...? Jedyne pseudopozytywne głosy to tych, którzy mają w tym interes, czyli „kasa za wszelką cenę”, tych którzy nie zdają sobie sprawy, jak to świeci, nie mieszkają obok bilbordu i nie wczuwają się, i tych którzy są złośliwi i chcą wyżyć się na innych złośliwymi komentarzami. Wątpię, żeby ktokolwiek chciał mieszkać w sąsiedztwie takiego światła (nie bez powodu mieszkania straciły na wartości 30 - 40%). Światło jest bardzo uciążliwe, reklamy błyskają cały czas, światło wpada do pomieszczeń mieszkalnych przeszkadza w dzień, a po zmroku w domu są gwiezdne wojny. Dalej w artykule UZetki „Wielki ekran razi” napisana jest wypowiedź Błażeja Krupy: „Jego zdaniem z biegiem czasu kierowcy i przechodnie przyzwyczają się do tej reklamy. - Do tej pory ekran był testowany. To dlatego natężenie światła mogło być dla niektórych za duże. Od niedawna założyliśmy specjalne czujniki, dzięki którym natężenie światła na billboardzie będzie zależne od tego jaką pogodę i porę

„Wielki ekran razi”

17

(www.UZetka.pl - 02.06.2009 r.)

dnia mamy - tłumaczył przedstawiciel firmy.” Nie jest prawdą, że ekran zmienia natężenie wraz z pogodą. Jak coś jest uciążliwe, to jest uciążliwe i nie da się do tego przyzwyczaić. A zmniejszenie natężenia oświetlenia moim zdaniem nie było z powodu testów. Wokół ekranu zagrzała mocno atmosfera i ściemnili go „na razie, żeby tablica nie była uciążliwa przyciemniłem”- Paweł Krawczyk z TVCity dla Gazety Lubuskiej 11 lutego. Więc na razie ściemnili, ale mieszkańców „ściemnili” (żeby nie było tak głośno). Ściemnienie i tak nic nie dało, w dalszym ciągu razi, przeszkadza! Jak pewnie każdy może się domyśleć, za tym ukryte są duże pieniądze, tacy ludzie nie liczą się z innymi (jak widać na naszym przykładzie, a także w innych miastach). Liczą się dla nich pieniądze i to pewnie cała ich filozofia w tej sprawie. Ekran jest potężną udręką dla mieszkańców i kierowców (wszystkim których znam ekran przeszka-

dza), stwarza niebezpieczeństwo na drodze, co może być powodem wypadku. Po „gałach” dostaje budynek na ul. Boh. Westerplatte, ul. dr Pieniężnego, ul. Chopina, budynek PGNiG i budynek MPiK. A także oczywiście kierowcy. Przed reklamą są dwa przejścia dla pieszych. Jest niebezpiecznie, szczególnie kiedy jest ciemno. Słabo widoczna jest sygnalizacja świetlna, kierowcy są mocno oślepiani, poprzez błyski z reklam. Pan Błażej Krupa w wypowiedzi nie pomyślał o sąsiednich budynkach, które wymieniłem wyżej. Prezes TVCity zielonogórzanin Władysław Bogdanowski w artykule dla „Gazety Wyborczej” powiedział: „Zielona Góra skorzystała w tym przez mój osobisty sentyment” (Gazeta Wyborcza 28 stycznia 2009). Myślę, że Zielona Góra to przede wszystkim mieszkańcy, a w imieniu swoim i sąsiadów budynku przy ul. Boh Westerplatte, ul. dr Pieniężnego, w imieniu mieszkańców przy ul. Chopina piszę jasno: RAKLA-

MA JEST DLA NAS UDRĘKĄ! Pan Bogdanowski nie pytał mieszkańców, czy chcemy reklamę. Do kogo w takim razie ten sentyment? Moim zdaniem to sentyment do pieniędzy. Prezydent miasta pan Janusz Kubicki w odpowiedzi na pismo (protest) w sprawie ekranu diodowego pisze m.in.: „Mam zatem nadzieję, że wszystkie podjęte do tej pory działania wyeliminują uciążliwości o których wspomina pan w swoim piśmie”. Nie będę już tego zdania komentował, bo brakuje słów. Szymon Wermiński

PEŁNY LIST MOŻECIE PRZECZYTAĆ NA PORTALU

www.UZetka.pl (Tytuł newsa: „ŚCIEMNIAJĄ EKRAN CZY MIESZKAŃCÓW?”).


18

MARZEC 2009

szarlatani z zielonego pokoju

Jarosław Mazuryk studiuje biotechnologię i chemię na UAM. Michał Szymuś, który pisze pod pseudnimem Robert Calm, jest studentem politologii na UZ. Dwudziestodwuletni przyjaciele wydali właśnie swój pierwszy tomik poezji. „Wszystkie kolory zachwytu” to 142 strony wrażliwości i piękna. Mocny tomik, który koi i... niepokoi. Autorzy proszą, by traktować ich historię zwyczajnie. A przecież, szarlatani, zrobili rzecz niezwykłą. Pamiętacie swój pierwszy wiersz? R.C.: Pamiętam swoje pierwsze próby literackie jako całość. Myślę, że wszyscy, którzy chcą tworzyć cokolwiek, zwłaszcza w młodym wieku, zaczynają od dość ogólnej tematyki, często raczej pesymistycznej: problemów miłości, smutku, życia i śmierci. Ze mną było podobnie, a może nadal jest. J.M.: Jakkolwiek sentymentalnie i cukierkowo to zabrzmi, mój pierwszy wiersz był walentynką. Skierowany był do kobiety – wtedy niedostępnej; traktował o miłości, zawierał wiele pytań o najwyższe uczucia, o życie. Stał się zaczątkiem – jak się później okazało – twórczości licealnej, bo był to właśnie okres szkoły średniej. „Wszystkie kolory zachwytu” to skutek tamtej walentynki. Choć pewnie za główny początek tomiku należy jednak uznać TO uczucie i ówczesny stan ducha. Wasz pierwszy tomik zatytułowaliście „Wszystkie kolory zachwytu”, a to także tytuł wiersza skierowanego do kobiety… Płeć piękna to Wasza główna inspiracja? J.M.: Zdecydowanie nie. Wgłębiając się bardziej w nasze utwory, można stwierdzić, iż są pogrupowane w pewien sposób, choć granica jest (i taki był zamiar)

bardzo prowizoryczna i płynna. Oczywiście, znajdują się tu i wiersze o tematyce miłosnej – trudnej, namiętnej, opisanej w sposób bardzo dosłowny. „Wszystkie kolory zachwytu” to, owszem, utwór o zachwycie kobietą i jej urodą, jak również tytuł tomiku. W naszych wierszach malowaliśmy obrazy różnymi kolorami, wiele z nich samym tytułem pokazują różne barwy. Myślę, że tytuł, który wybraliśmy pasuje idealnie – ukazuje niejako motyw przewodni utworów i jest zarazem tytułem wiersza traktującym o pięknie i zachwycie. Powierzyliście komuś swoje wiersze do krytyki przed wydaniem tomiku? J.M.: O pomoc (i krytykę również) poprosiliśmy pana polonistę z naszego LO, zresztą mojego byłego wychowawcę. Był to wybór o tyle przemyślany, co oczywisty, ponieważ jest On założycielem ogólnopolskiego konkursu recytatorskiego dotyczącej twórczości Mickiewicza, jest również propagatorem „pisania” w jakiejkolwiek formie wśród licealistów i nie tylko. Myślę, że Pan Maciej zadba o lokalną promocję naszego tomiku. R.C.: Przed wydaniem tylko w niewielkim stopniu, ponieważ nie wiedzieliśmy, jaki kształt będzie miał ostateczny projekt, co

nowego dodamy i co się wydarzy w trakcie pisania. Poza tym przyjaciele i znajomi (nie da się ukryć - nasi główni recenzenci), nie do końca zachowają obiektywizm emocjonalny. Natomiast już po fakcie krytyka jest jak najbardziej mile widziana. Włożyliście w to wydanie wiele energii i pracy, pewnie też pieniądze... Czy nie byłoby prościej opublikować wiersze w Internecie? Teraz poezja internetowa, np. na blogach, jest o wiele bardziej na topie. Dlaczego uparliście się na „papier”? J.M.: W przeszłości publikowałem w Internecie, jednak nie wspominam tego najmilej. Wydaje mi się, że poezja zamieszczana w sieci, ginie w tłumie innych utworów, sprawiając wrażenie twórczości masowej. Prawda, dobry wiersz obroni się zawsze, chociaż znaleźć go pośród tych słabych bywa niekiedy trudne. W Internecie można publikować zawsze i zawsze można do niego wrócić, a tom poezji wydany „na papierze” jest unikatowy. Pierwszy, własny tomik wydaje się raz w życiu, chciałem tego zasmakować i, przyznam - smakuje bardzo dobrze. R.C.: Oczywiście, że publikacje internetowe mają swoje zalety. Każdy może szukać zrozumienia wśród blogowo - poetyc-


19

MARZEC 2009 kiej braci, która rozrosła się do sporych rozmiarów. Papierowa forma to jednak coś materialnego, a nie zawieszone gdzieś w cyberprzestrzeni zbiory danych. Miło było otworzyć książkę i zobaczyć kawałek siebie na stronach kartek, a nie na ekranie monitora. Kiedyś w „Gazecie Wyborczej” przeczytałam, że poezję czyta milion Polaków, a piszą ją… dwa miliony! Ale Wy czytacie – w tomiku można znaleźć mnóstwo przypisów. Jak traktować te odwołania? R.C.: Rzeczywiście staramy się czytać poezję, nie tylko uznanych autorów, do której możemy sięgać, i którą można konfrontować z tym, co sami robimy. Czytamy zbyt mało, żeby czuć się pewnie w świecie wierszy, czy uważać się za znawców tematu. W przypisach odwołujemy się przede wszystkim do pozycji, które najzwyczajniej nam się podobają, które nas zainspirowały do napisania konkretnego tekstu czy już później w jakiś sposób go wzbogacają, rozwijają czy stanowią wyraźny kontrast, a może po prostu dobrze komponują się z naszymi własnymi przemyśleniami. J.M.: W jednej z recenzji naszego tomiku można znaleźć słowa traktujące nasze przypisy jako polemikę z innymi, ponadczasowymi twórcami – nie tylko polskimi. Myślę, że to prawda, choć też nie do końca. Moim zamiarem było między innymi skonfrontowanie, jeśli można tak powiedzieć, mojego wiersza z obrazem, który w jakiś sposób odpowiada tematyce, a który to również jest bezsprzecznie bardziej znany miłośnikom poezji. Gdyby ktoś jednak powiedział, że używając przypisów, a w nich słów Mickiewicza, Reymonta, Herberta itd., chcę się niejako „podeprzeć”, to należałoby to uznać za przesadę. Choć to żadna ujma czerpać od najlepszych. Myślę również, że cytaty znanych utworów to jedna z zalet naszego tomiku (jeżeli nie jedyna), gdyż niektóre z nich są naprawdę wspaniałe i przyjemnością było wpierw odnajdywanie tych cytatów, a następnie odniesienie się do nich. Oprócz wierszy tomik zawiera też Wasze komentarze. Nie wszystko da się wyrazić poezją…? J.M.: Komentarze do wierszy to był mój pomysł. Ich celem było nakierowanie czytelnika na tory, którymi podążał autor i choć wiem, że zakrawa to niejako na świętokradztwo w kwestii wolności interpretacji, to wiem również z własnego doświadczenia (jako czytelnika), że zrozumienie in-

tencji autora bywa niekiedy bardzo skomplikowane. W komentarzach staraliśmy się zawrzeć nasze spostrzeżenia dotyczące spraw widzianych z ławki na pekaesie czy z balkonu. Czy wszystko da się wyrazić poezją? Myślę, że i tak, i nie (to chyba najgorsza odpowiedź z możliwych…). Dowolność interpretacji poezji bywa czasami porażająca (i wtedy można wyrazić wszystko, a przynajmniej tak to wygląda), to jednak ta dowolność powoduje niekiedy kompletne niezrozumienie intencji twórcy. Proza w komentarzach to twarde stanowisko autorów

Młodzi poeci wydali swój tomik w zaledwie 13 egzemplarzach. - Może to dziwnie zabrzmi, ten tomik wydaliśmy nie dla jakiegokolwiek zysku, a tylko i wyłącznie dla siebie i przyjaciół, jako zwieńczenie pewnego etapu naszej twórczości - mówi Jarek Mazuryk. w pewnych kwestiach i w ten sposób powinny być odebrane. R.C.: Wszystko, co istnieje dookoła lub też tylko w umyśle człowieka, jest w jakimś stopniu warte opisywania w sposób, który opisujący uzna za stosowne. Co więcej, jestem zdania, że to wszystko jak najbardziej da się wyrazić za pomocą poezji. Poezja to przecież w zasadzie nic więcej jak tylko słowa. Komentarze w naszym zbiorze są dodatkiem do literackich wynurzeń w formie poetyckiej, dobrej jak każdej innej na uporządkowanie własnych rozważań o tym, o czym tylko można pomyśleć. Wrażliwość poety pomaga czy przeszkadza w życiu?

R.C.: Przede wszystkim trzeba byłoby zastanowić się, czy takie pojęcie istnieje w czasach współczesnych, kiedy „poetą” może być, i często jest, każdy. Wydaje mi się, że wrażliwość, owszem, jest czymś wartościowym, ale niekoniecznie musi być łączona z osobą poety. W poezji dozwolone jest wszystko: wrażliwość i niewrażliwość, cokolwiek to oznacza. Jest miejsce dla każdych zainteresowań, poglądów politycznych, uczuć i postaw życiowych, dla każdego języka i dla każdej estetyki. Jedyne, co może zweryfikować wszelkie próby poetyckie, to uznanie w oczach czytelnika, o ile oczywiście aprobata publiczności jest tym, do czego dążymy. Jakkolwiek rozumiana wrażliwość może zatem przeszkadzać lub pomagać w życiu w takim chyba stopniu jak myślenie. J.M.: Mi pomaga bardzo, widać to moich utworach. W życiu czasami trzeba się zatrzymać, wtedy „wrażliwość poety” pasuje idealnie – łapiesz głęboki, emocjonalny oddech – idziesz dalej. Intelektualiści skazani są na pracę umysłową, poeci – jako wrażliwi - na pisanie. Wystarczy to tylko połączyć. Wrażliwość to bardzo pozytywna cecha. Zebraliście swoje wiersze w jedną całość „spisaną na trzeźwo, by w zielonym pokoju żyć w miarę po swojemu”. Udało się? R.C.: To jest pewna całość, ale za sprawą zdrowych różnic w podejściu obu autorów całość złożona z wielu cech indywidualnych. To, co się udało, to z pewnością, tak jak planowaliśmy, zebranie w bardziej uporządkowanej formie własnych myśli, w sposób, który wydawał się nam najbardziej odpowiednim, czyli jak najbardziej „po swojemu”. J.M.: Na pewno tak. Całe „przedsięwzięcie” należy uznać za sukces, choć to nie brzmi zbyt skromnie. Skutek ekonomiczny to deficyt, jednak o nie oto w tym wszystkim chodziło. Żyć po swojemu, w TAKIM świecie, w jakim żyjemy, to sprawa bardzo trudna, można powiedzieć niewykonalna. Niektórym – trzeba to zaznaczyć – to się udaje. Czy nam się udało? Na pewno pokazaliśmy, że można zrobić COŚ, z czym będzie można się kiedyś utożsamić. Jeśli mogę zakończyć w dwóch słowach, to: róbmy swoje. Gratuluję sukcesu i dziękuję za wywiad. Rozmawiała Kaja Rostkowska


20

MARZEC 2009

bądź aktywny!

Cz.5

Media straszą nas wszechogarniającym kryzysem, który może być jednak bardzo korzystny dla studentów poszukujących praktyk. Firmy, tnąc koszty, wolą zatrudniać praktykantów. To obopólna korzyść: firma pozyskuje młodą, energiczną osobę oraz wizerunek dobrego pracodawcy, a praktykant zdobywa cenne doświadczenie. Dlatego warto uczestniczyć w programach praktyk studenckich. ▪ Dlaczego warto? Mitem jest, że praktyka studencka to wykorzystywanie przez firmę i „siedzenie” za darmo. Coraz więcej firm wynagradza swoich praktykantów. Pytanie, które możecie sobie zadać to: „Czy ja mam szansę?”. Pytanie bardzo dołujące i niepotrzebne - zamiast wyliczać możliwe niepowodzenia, trzeba działać i wysłać zgłoszenie na praktyki. ▪ Dla żółtodziobów i weteranów Do najbardziej znanych i prestiżowych programów praktyk należą „Grasz o staż” (właśnie ruszyła XIV edycja) oraz „Cień Menedżera” (startujący po raz dziesiąty). Oba przedsięwzięcia mają rozbudowane strony internetowe, za pośrednictwem których odbywa się rejestracja i pierwszy etap rekrutacji. Ale w sieci znajdziemy również wiele innych propozycji. Właściwie każda duża firma o ugruntowanej pozycji na rynku ma swój własny program praktyk. Łatwo to można prześledzić na przykładzie banków odwiedzając strony np. City Handlowy, Banku Zachodniego WBK, Millenium czy też Lukas Banku. Sektor bankowy poszu-

Fot. www.sxc.hu

Lokalnie czy globalnie? Przed takim wyborem stają studenci poszukujący praktyk. Jaki wybór jest właściwy?

Praktyki otwierają drogę do kolejnych praktyk, w coraz lepszych firmach i instytucjach. Warto dobrze złożyć swoje pierwsze podanie. kuje studentów i absolwentów nie tylko kierunków ekonomicznych. Swój indywidualny program praktyk „W gronie najlepszych” prowadzi firma, którą studenci pokochali na wieki wieków: Kompania Piwowarska. Zaprasza ona do swojej siedziby kilkudziesięciu praktykantów, którzy również mają szansę się wykazać, pracując w zespołach zadaniowych, a po skończonych praktykach mogą zostać zatrudnieni. Jednakże praktyki można również zdobyć w firmach produkcyjnych oraz związanych ze ścisłymi dziedzinami nauki, np. międzynarodowa firma ABB poszukuje studentów kierunków mechanicznych i elektrycznych, którzy będą gotowi spędzać w firmie minimum 16h/na tydzień. Warto wysyłać swoje zgłoszenia do kilku programów, a praktyki zrealizowane np. na trzecim roku studiów, traktować jako przepustkę do jeszcze bardziej prestiżowych praktyk na czwartym czy też piątym roku. Z krótkiej analizy internetowych ofert praktyk nasuwa się jeszcze jeden ważny wniosek: warto do-

skonalić swój angielski, gdyż jego znajomość jest wręcz oczekiwana w środowisku korporacyjnym. ▪ Jak wypełnić zgłoszenie? Wiele firm i programów ma internetowy system rekrutacji. Kluczem do skutecznego aplikowania na stanowisko praktykanta jest dobrze wypełnione zgłoszenie on-line (zazwyczaj przypominające bardziej lub mniej rozbudowanie CV). Dobrze wypełnione - to znaczy tak, aby czytający je specjalista ds. rekrutacji nie miał wątpliwości, że jesteśmy osobą, którą warto zaprosić na rozmową kwalifikacyjną. Niektóre firmy nie mając takich gotowych formularzy na stronie www, życzą sobie, aby przesłać CV i list motywacyjny drogą elektroniczną. Zwróćmy uwagę, żeby w CV nie pisać o wszystkich swoich osiągnięciach i doświadczeniach, ale wybrać te pasujące do profilu danej firmy, działu, stanowiska. Ale też CV wcale nie musi być krótkie - ważne, aby było przejrzyste dla czytającego.

Jeśli posiadamy doświadczenie zawodowe, to koniecznym jest oprócz nazwy firmy i rodzaju stanowiska, umieszczenie informacji o zakresie obowiązków. Jeśli są to nasze pierwsze kroki na rynku pracy, skupmy się na wykształceniu: pochwalmy się średnią, ukończonymi już przedmiotami, działalnością w kole naukowym. Pamiętajmy też o zdjęciu z naszą sympatyczną, uśmiechniętą buzią oraz o obowiązkowej klauzuli o zgodzie na przetwarzanie danych osobowych. List motywacyjny często nie jest w ogóle czytany, ale powinien być estetyczny i w zwięzły, ciekawy sposób podkreślać nasze umiejętności „miękkie” (otwartość, komunikatywność, odporność na stres, zdolności pracy zespołowej, negocjacji, sprzedaży, przywództwa itp). Życzymy Wam wiary we własne siły, aktywnego starania się o oferty pracy i przede wszystkim chęci praktykowania. To się naprawdę opłaca! Ewelina Zygmańska Sławomir Kozieł


21

MARZEC 2009

Wspomnienie 14 lutego

All you need is love… 14 luty… sama słodycz… All you need is love… …A dla osób, które ktoś zostawił w ostatnim czasie, to był tragiczny dzień. To był naprawdę tragiczny dzień. Otoczenie skupiało się na szczęśliwych, spełnionych, zakochanych… A pozostałych musiała dopaść znieczulica, by przeżyć – chyba że odcięli się od radia, telewizji, internetu i nie wychodzili z domu… Wszędzie totalne bombardowanie „miłością”… Nawet ta śnieżna zawierucha, która królowała za oknem pod wpływem tej miłosnej otoczki stawała się kolorową watą cukrową. All you need is love… A jeszcze miesiąc temu człowiek marzył, planował, kombinował, jak upiększyć ten dzień, jak sprawić, by był wyjątkowy… Jedna rozmowa i legła w gruzach nie tylko perspektywa walentynek, ale i cala wizja przyszłości z ukochaną. Love… I teraz cierp człowieku, który zainwestowałeś w związek, w którym kobieta daje ci powody do planów, po czym cały ten worek marzeń wydziera ci z serca i wrzuca do kubła z odzieżą używaną. Love is always... No… I najbardziej te słowa bolą właśnie w Walentynki. G.

PRZEMYŚLENIA PIERWSZOROCZNEGO Jestem studentem… Ale w sumie to już niedługo. Bo jak tu wytrzymać w gąszczu tych wszystkich kolokwiów, zaliczeń i egzaminów? A na początku było tak pięknie! Nowe miejsce, nowi znajomi, te wszystkie puby, kluby i spotkania integracyjne. Gdzieś po drodze jedno kolokwium, ale ogólnie to błogie studenckie życie, ze wszystkimi swymi przyjemnościami. A dziś w trakcie sesji? Powoli tracę siłę, ochotę i wiarę. Wiarę w sens mojego studiowania oczywiście. Ale co tam. Najwyżej wypiszą mnie z listy żaków. Spakuję wtedy mój skromny tobołek i wrócę do mojej rodzimej mieściny. A rodzicom powiem, że ten wstrętny profesor się na mnie uwziął (choć w rzeczywistości już od pierwszego wykładu, z uśmiechem na twarzy powtarzał, aby systematycznie zaglądać do tej lub owej księgi). No a u mnie z systematycznością - jak u każdego. Z drugiej jednak strony, może nie warto tak szybko się poddawać? Dlatego też, by w końcu odkryć sens

tej edukacji, zagłębiam się w owe tajemne księgi polecane przez profesora). Całkiem to ciekawe - stwierdzam, ale boję się, czy podołam ogarnąć cały ten materiał. Odmawiam więc z bólem serca wypadu z przyjaciółmi na jedną i drugą karnawałową imprezkę. Zarywam kilka (a może kilkanaście) nocek, pijąc przy tym hektolitry kawy. Wertuję kolejne strony akademickich podręczników i zaliczam kolejne kolokwia. Na trójczyny, czwórki ale też na piątki! W końcu nadchodzi godzina zero, czyli pora egzaminów. Z drżącym sercem przekraczam więc próg gabinetu prof. X. Kilka pytań, wpis do indeksu, wychodzę. Wychodzę i mam ochotę krzyczeć. Krzyczeć z radości, że żadne wyzwanie nie jest mi obce, wszak jestem studentem! Nadal jestem studentem! (Egzamin zaliczony na 4.5).

Paulina Łącka

Trzeba być, mieć i… umieć

Kiedyś, żeby być, wystarczyło być. Potem trzeba było jeszcze mieć. Ale świat idzie do przodu: teraz trzeba być, mieć i... umieć. O tym, że wypada potrafić czytać i pisać, nie muszę mówić. Liczenie (na kalkulatorze) w zakresie 100 też czasem się przydaje. Prawdziwym wyzwaniem jest nauczenie się pływania. Co roku tabuny dzieci są przymusowo zsyłane na basen. Po latach zostaje tylko nędzny dyplomik formatu A5. Bo z wiekiem człowiek robi się wygodny, a woda zbyt mokra, żeby się w niej... moczyć. Z jazdą na rowerze jest podobnie. Za młodu obcieramy sobie kolanka, spadając z rower-

ka. Potem okazje się, że całe poświęcenie nie było potrzebne, bo można już sobie pojeździć na stacjonarnym, na którym utrzymanie równowagi (w większości sytuacji życiowych) nie stanowi problemu. Niestety, konieczności znajomości języków obcych nie da się tak łatwo podważyć. Można by powiedzieć, że niektórzy lepiej mówią po angielsku niż po polsku, ale wcale tak nie jest. A nawet jeśli tak by było - na pewno nie świadczyłoby to

o wysokim poziomie języka angielskiego. Ale w zasadzie nie trzeba się starać, bo problem się sam rozwiąże. W XXII w. liczba języków na świecie spadnie z 6 tys. do 600. Jeżeli dalej będą one umierać w takim tempie, zanim zdążymy się porządnie zestarzeć, będzie jeden język i żadnych problemów z komunikacją. Rekordy popularności bije zdobywana z własnej woli umiejętność tańczenia. Taka moda. A z modą zwykle jest tak,

że wszyscy małpują. Ale nie ma w tym nic złego - spróbować każdy może. W końcu - nie ma złych tancerzy (pływaków, rowerzystów, językowców). Są tacy, którzy JESZCZE nie potrafią.

Monika Renc


22

MARZEC 2009

Opracowanie: Piotr Bronicki Lubuski Festiwal Muzyków Dobrze Rockujących - Rock Nocą to festiwal, który od 10 lat organizowany jest przez klub Cztery Róże Dla Lucienne i fundację Kombinat Kultury. W przeglądzie biorą udział zespoły z województwa Lubuskiego i nie tylko. Od października do maja w każdy poniedziałkowy wieczór na scenie klubu Cztery Róże Dla Lucienne prezentuje się jeden młody zespół. Na koniec eliminacji jury wybiera 5 najlepiej rockujących zespołów które następnie biorą udział w wielkim finale na Zielonogórskiej starówce. Nagrody za trzy pierwsze miejsca to między innymi występ na przystanku Woodstock, realizacja profesjonalnego teledysku, 30 godzin w studiu nagrań i wiele innych. Więcej o festiwalu na www.rock-noca.pl O zespołach występujących w eliminacjach usłyszeć możecie również w audycji Cztery Pory Rocka w każdy wtorek o godzinie 22.00 w Radiu Index na 96fm.

SYSTEM EWAKUACYJNY – Dobry Rock - Lubrza W obecnym składzie zespół gra od sierpnia 2007 roku. Pochodzi z miejscowości Lubrza, gdzie odbywa próby w Gminnym Ośrodku Kultury. Prędzej zespół istniał pod nazwą Golden Rock, gdzie grała część muzyków Systemu Ewakuacyjnego. Poszukiwania ludzi do nowego składu trwały około miesiąca i zaowocowały powstaniem Systemu Ewakuacyjnego w obecnej formie. Muzyka jest ich prawdziwą pasja dlatego „System” gra próby w każdej wolnej chwili jednak jak twierdzą muzycy ich codzienne obowiązki ograniczają im czas na twórczość. Mają na swoim koncie płytę demo pt. „Pierwsze Wejście”. Stylistyką, w jakiej porusza się „SE”, jest rock. W repertuarze znajdziemy zarówno mocniejsze utwory jak i spokojne ballady, zaś teksty zespołu to historie wzięte z życia zbuntowanych muzyków „SE”. www.systemewakuacyjny.pl Skład: Rafał "Kalin" Kaus - wokal, Ewelina "Efcia" Falkowska - gitara, Emil "Chomik" Chamarczuk - perkusja, Jakub "Sokół" Sekuła - gitara, Mateusz "Balus" Seińkowski - gitara basowa


23

MARZEC 2009

KAZETWU – Rock - Krosno Odrzańskie Powstało w 2005 r. Zespół gra w trzyosobowym składzie, ma na swoim koncie kilkadziesiąt koncertów, między innymi na różnych przeglądach i festiwalach (trzykrotnie wystąpił na festiwalu Rock Nocą oraz na festiwalu w Węgorzewie 2008). Jak twierdzą sami muzycy, grają najogólniej rzecz biorąc rock bez zbędnych etykiet i szufladek. Początkowo zespól występował w czteroosobowym składzie pod nazwą „The Jackas”, następnie po zmianach personalnych jako „Kozacy z Wybrzeża”. Ich inspiracje to muzyka lat 70, 80 i 90 a teksty pisane przez perkusistę inspirowane są głównie poezją Leśmiana i Tuwima. www.myspace.com/kazetwu Skład: Paweł Wywrocki - wokal, gitara, klawisze, Krzysztof Kwiatkowski - gitara basowa, Damian Łobacz - perkusja, sample.

5 RANO – Blues – Łagów Lubuski i okolice Historia zespołu rozpoczęła się jesienią 2004 r. Przez kilka miesięcy odbywały się intensywne próby. W maju 2006 r. 5 RANO została laureatem przeglądu zespołów podczas Festiwalu Miłośników Fortyfikacji w Boryszynie. W połowie 2006 r. zarejestrowano materiał demonstracyjny zawierający pięć autorskich utworów. W maju 2007 r. zespół został zauważony podczas Spring Rock Festival w Nowej Soli, gdzie zdobył trzecie miejsce. Pod koniec 2007 r. podczas dwóch sesji nagraniowych zespół zarejestrował swój materiał demo. W obecnym składzie 5 RANO występuje od jesieni 2006 r. www.5rano.rikos.pl Skład: Łukasz Łyczkowski - wokal, Łukasz Łabędzki - gitara, Rafał Siwak - bas, Szymon Szymkowicz - bębny, Arek Jurusz - klawisze.

DISREPAIR POTENTIAL – HC – Skwierzyna/Gorzów Wlkp. Zespół powstał w ubiegłym roku. Tworzą go członkowie takich zespołów jak: Last of the Mohicans i Electric Sheep, związani są ze Skwierzyną i Gorzowem. Kompozycje zespołu opierają się na połączeniu metalu, hardcore, metal-core. Inspiracją wszystkich tekstów jest życie, „piszemy o tym co nas wkurza, raduje, kręci”. Mocne brzmienie uzupełnione jest dwoma wokalami. W lipcu zespół nagrał swoje pierwsze demo. Cały czas tworzy nowe utwory i w przyszłości zamierza nagrać kolejny materiał, ciągle szukając nowych miejsc, aby zagrać koncert, jak również wytwórni chętnej do wydania ich materiału. Zaś na koncertach gwarantuje żywioł i prawdziwe szaleństwo. Skład: Jurek Baczyk – gitara, Robert Ochwat - bas, Kamil Jóźwiak – wokal, Rafał Borowski - perka, Remigiusz Zajdel - wokal.

Nie przegap! rock-noca.pl


24

MARZEC 2009

Liczy się, z kim chodzę...

UZetka: Kazałaś czekać na nową płytę cztery lata. Strasznie długo... Kasia Kowalska: Od pewnego czasu szukałam ludzi i jakiegoś pomysłu na kolejną płytę. Nie chciałam nagrywać jej z tymi samymi muzykami, nie chciałam podobnych piosenek. Chciałam zmian, a one wymagają czasu. Do tego doszły jakieś prywatne wzloty i upadki. Deklarujesz, że teksty na nowej płycie są szczególnie osobiste. Jak jest np. z „Anhedonią”, piosenką o cierpieniu? Płyta miała nosić tytuł „Anhedonia”, z czego się wycofałam, bo stwierdziłam, że nie jestem już chyba tą samą osobą. Szczególnie po urodzeniu drugiego dziecka poczułam, że oksytocyna, czyli hormon szczęścia, który się wydziela w momencie zakochania czy w momencie, kiedy się karmi, pomógł mi spojrzeć trochę na siebie inaczej i stwierdziłam, że anhedonia to niej jest ten stan, który mi towarzyszy. Zaczęłam mieć dystans, zaczęłam się pomału cieszyć z drobnych rzeczy. Wszystkie teksty powstawały w czasie ciąży. Kończyłam nagrywać płytę w dziewiątym miesiącu ciąży, także miałam różne stany emocjonalne i to pewnie dlatego tak zatytułowałam piosenkę. A poza tym myślę, że ona nie jest aż tak strasznie pesymistyczna. „Antepenultimate” miała być ostrą płytą. Niespecjalnie się udało... Na swoje usprawiedliwienie powiem, że wiele utworów nie dostało się na tę płytę, z racji tego, że ja już nie miałam siły i nie chciałam w wysokiej ciąży nagrywać takich numerów, bo

nie czułam, że one idą tak, jak należy i wycofałam się z wielu piosenek. Zamysły były różne, ale jak zwykle: wyszło jak wyszło. Jestem zadowolona, bo na tamten moment mojego ducha to oddawało fantastycznie mój nastrój. Teraz rzeczywiście z perspektywy miesiąca żałuję, że nie spięłam tyłka i nie wsadziłam jeszcze kilku mocnych piosenek, ale to wszystko jeszcze przede mną. Wrócę do tych kawałków. Ale nie za kolejne cztery lata? Myślę, że nie. Wydawało mi się, że macierzyństwo bardzo mnie przytłoczy i że będę miała taki nawał pracy i złe samopoczucie, że trochę się wycofam i ucieknę od grania, a o dziwo podziałało to na mnie zupełnie inaczej, mam dużo więcej energii i chęci do pracy. Jak jest w tej chwili z „piciem za trzech”, o którym śpiewasz w kolejnym singlu – „Miłość, trzeźwość i pokora”? Już od ponad roku w ogóle nie dotykam alkoholu i jest mi z tym bardzo dobrze. Dzięki temu myślę, że zaczęłam postrzegać inaczej samą siebie, muzykę i osoby, które mnie otaczają. Wybrałam taki mocny numer na singiel, bo mam dość wrzucania piosenek, które wypada po prostu puścić. Jeśli radio będzie to grać – świetnie. Jeśli nie – trudno. Faktycznie, może być ciężko. Zwłaszcza, że media postrzegają Cię jako osobę publiczną, ale niekoniecznie piosenkarkę. Niestety, takie są czasy. Ja wykonałam przy tej płycie ogromną pracę, tzn. nie podchodziłam do tego na zasadzie wy-

Fot. Maciek Kancerek

Macierzyństwo jej służy. Odstawiła alkohol, wypiękniała. Przed Wami pełna energii i wewnętrznego spokoju młoda mama – Kasia Kowalska. Opowiada o nowej płycie „Anteneultimate”, problemach z dziennikarzami i zmianach, jakie zachodzą w jej życiu.

Na zdjęciu Kasia Kowalska i nasza dziennikarka Marzena Toczek, jeszcze przed koncertem. biórczego traktowania mediów, tylko po prostu chodziłam wszędzie, bo chciałam się przypomnieć, chciałam pokazać coś, z czego jestem dumna, że udało mi się tę płytę po czterech latach wydać. Tak naprawdę na 10 pytań może jedno dotyczyło muzyki, bo muzyka to nie jest coś, czym ludzie w mediach żyją. Żyje się tym, z kim chodzę, a z kim kiedyś spałam, a ile coś tam kosztowało, a z kim mnie widziano. Ja też nad tym ubolewam, bo kiedyś było zupełnie inaczej, ale teraz tak jest i ja tego po prostu nie zmienię. Czy czujesz się kobietą spełnioną? Na pewno czuję się bardziej kobietą niż kilka lat temu, na pewno to poczucie spełnienia w jakimś tam stopniu dają dzieci. U mnie ten rozwój emocjonalny postępuje cały czas i małymi krokami próbuję osiągnąć spokój ducha, którego jeszcze nie mam i nie użyłabym jeszcze słowa, że jestem spełniona.

Mam nadzieję, że wypracuję sobie kiedyś taki stan, że będę mogła przynajmniej pięć dni w tygodniu poczuć to spełnienie. A mężczyźni z Twojego otoczenia dbają o to, byś czuła się wyjątkowo w Dzień Kobiet? Myślę, że mam taką rolę podłą, że jestem tak zwanym liderem i nie do końca widzi się we mnie taką kobitkę. Nie jestem osobą kruchą mimo postury i postrzega się mnie jako mocną psychicznie, a faceci unikają takich kobiet. Ale nie jest aż tak źle, nie są w stosunku do mnie jakimiś niegrzecznymi facetami, ale z drugiej stronie nie mieszczę się w ich fascynacjach, jestem zbyt oschłym i twardym typem, chociaż kto wie, trzeba było by się ich zapytać. Jak będzie w Dzień Kobiet? Zobaczymy, gramy wtedy koncert (śmiech). Marzena Toczek Maciek Kancerek


25

MARZEC 2009

Mission Impossible na Mazurach Walkiria – w mitologii nordyckiej, bogini odprowadzająca wojowników do raju przeniesiona do opery przez Ryszarda Wagnera. W rzeczywistości II Wojny Światowej Walkiria była planem zamachu na Adolfa Hitlera. Ciekawie było już podczas pracy nad filmem. Niemcy kręcili nosem na wiele posunięć amerykańskiej ekipy reżysera Bryana Singera („Podejrzani”, „X-Men”). Najpierw nie chcieli wpuścić taboru scjentologów podążającego do Berlina za Tomem Cruisem, potem wystąpił problem z zakazanymi w Niemczech swastykami (ostatecznie potraktowano je jako obiekt muzealny, a nie element scenografii), na koniec ktoś życzliwy wpuścił do YouTube film z natchnionym Tomem Cruisem podczas religijnej ekstazy. Ile w tym było zagrywek PR, nie wiadomo. Jeden z niemieckich

tu. Naszym zachodnim sąsiadom bardzo zależało na tym filmie. Dla nich Claus von Stauffenberg to męczennik II Wojny Światowej. ▪ Polowanie na Hitlera Pułkownik Calus von Stauffenberg 20 lipca 1944 roku podłożył bombę w kwaterze Adolfa Hitlera w Wilczym Szańcu. Cały plan o kryptonimie „Walkiria” polegał na zamordowaniu führera i przejęciu władzy w Berlinie przy pomocy czekających tam wspólników. Potem prawdopodobnie doszłoby do wywieszenia białej flagi i zwycię-

„Dla nas Niemców, Stauffenberg to Jefferson i Lincoln w jednym. Tom Cruise to świętokradztwo!”. zamach to głównie jego zasługa jest mocno naciągnięta. Na Hitlera polowano od początku wojny, wiadomo o kilku próbach zabicia wodza III Rzeszy (w tym o jednej w Warszawie). Stauffenberg był jednak najbardziej zdeterminowany i włożył Hitlerowi bombę prawie do kieszeni. W filmie jest jednak zbyt kryształowy, a wcześniejsze próby zabicia Hitlera potraktowano po łebkach. ▪ Czemu Tom Cruise?

dziennikarzy kipiał ze złości: „Dla nas Niemców, Stauffenberg to Jefferson i Lincoln w jednym. Świętokradztwo!”. Wreszcie niemiecki rząd wyłożył kilka milionów euro potrzebnych do zamknięcia budże-

stwa aliantów już w 1944 roku. Historia wciąż ocenia von Stauffenberga. Był chrześcijaninem i nie godził się walczyć w wojnie prowadzonej przez zwyrodnialców pokroju Hitlera czy Himmlera. Jednak teza, że kętrzyński

Tom Cruise przyjął tę rolę, bo podobno zauważył podobieństwo do prawdziwego von Stauffenberga. Przejętego rolą wyzwoliciela Niemiec gra przekonująco, dobrze oddaje klimat tamtego okresu. Reżyser kapitalnie pokazał współpracowników zamachu, których było tylko tylu, że wypełnili zaledwie jeden

pokój berlińskiego sztabu. Ulice miasta i plenery także są pokazane bez zarzutu. Ciekawie zarysowano biurokrację niemieckiego wojska i polityki i wzajemną zależność. „Walkiria” nie odbiega zbytnio od prawdy historycznej i bliżej jej do „Upadku” niż „Krzyżaków”. Reżyser oszczędził scen walk i to jest minus. Warto byłoby zarysować frontową przeszłość Stauffenberga, zamiast tego ograniczono się do jednej retrospektywy z Afryki. Solidna dawka historycznego dramatu nie dłuży się, a po zamachu akcja rozpędza się aż do końca. Studenci i pasjonaci historii przez dwie godziny trwania filmu nie powinni narzekać oglądając walkę z czasem jednookiego Toma Cruise’a. Kamil Kwaśniak k.kwasniak@uzetka.pl


26

MARZEC 2009

Wstydź się!

Bo w filmie nic nie jest oczywiste. Nie ma tak, że jak horror, to straszyć czy przerażać musi. Zawsze znajdzie się ktoś, kto postanowi zmienić kilka charakterystycznych cech gatunku, wzbogacając wyświechtane schematy czymś nowym. O tym jest dzisiejszy odcinek naszego cyklu, w całości poświęcony trylogiom spod znaku horroru i komedii. „Evil Dead” - Sam Raimi kręcąc pierwszą część „Martwego Zła” pewnie nie przeczuwał, jak wiele namiesza w filmowym światku. Ot, po prostu historia pracownika supermarketu, Asha, który na skutek zbiegu niesamowicie nieprawdopodobnych okoliczności staje do walki z demonami

z innego świata. W pierwszej odsłonie za pomocą „Księgi umarłych” Ash wraz ze swoją dziewczyna Lindą i grupką znajomych przywołuje stado demonów. Necronomicon, bo tak nazywa się księga, będzie towarzyszyć nam przez kolejne dwie części i będzie motorem nieprawdopodobnych wydarzeń. Na skutek zawirowań czasoprzestrzennych, w drugiej części Ash trafia do średniowiecza. W „trójce” musi stawić czoła „Armii ciemności” – bandzie kościotrupów, która pragnie ludzkiej krwi. Trylogia „Evil Dead” to horror komediowy pełna gebą. Mnóstwo tu czarnego jak kawa humoru, przedziwnych stworów oraz nawiązań do bohaterów kina akcji. Najbardziej kultowy film w swoim gatunku. Tak prosty i niesamowity, że ręce same składają się do oklasków.

Trylogia Obrzydliwości, czyli „Meet the feebles”, „Bad Taste” i „Martwica Mózgu” - kamień milowy, jeśli chodzi o połączenie horroru i komedii, autorstwa Petera „Władcy Pierścieni” Jacksona. Zanim Piotruś zajął się realizacją oskarożernych produkcji tworzył w rodzinnej Nowej Zelandii niszowe obrazy pełne obrzydliwości i specyficznego poczucia humoru. „Meet the febles” opowiada historię muppetów, które nie są tymi samymi miłymi stworzonkami jakie znamy z ekranów telewizorów. Pija, palą, uprawiają seks bez zabezpieczeń i korzystają z życia w myśl zasady „carpe diem”. Tragiczna historia hipopotamicy, szczura – reżysera porno oraz innych kolorowych gwiazd show biznesu.

„Bad Taste” to historia rodem z najlepszych odcinków „Z archiwum X”. Grupa agentów trafia do małego miasteczka w celu rozprawienia się ze złymi najeźdźcami z kosmosu, którzy postanowili ludzkie mięso przerobić na składnik kosmicznego fast

foodu. Prawdziwa jatka! „Martwica mózgu” to z kolei pełna goryczy opowieść o młodym Lionelu, który stara się uwolnić spod opieki swej zaborczej matki. Z nieoczekiwaną pomocą przychodzi mu małposzczur, a raczej wirus przez niego rozsiewany, który przemienia matkę głównego bohatera w zombie. Z jej „pomocą” transformacje przechodzi również ksiądz, pielęgniarka i członko-

wie gangu. „Martwica mózgu” to podaj najkrwawszy film w historii, ale nie brutalny. Wynika to z faktu olbrzymiej dawki humoru serwowanej przy każdej nadarzającej się okazji. Film wart polecenia ale nie każdemu, bo może zostać odebrany zbyt serio.

 Przepis NA FILM

Łukasz Michalewicz l.michalewicz@uzetka.pl

Jabłka w cieście

Składniki: - szklanka mąki - 1 jajko - ¾ szklanki mleka - jabłka -cukier, cukier waniliowy, cukier puder - olej 1. Jabłka obrać, pokroić w krążki i wydrylować. 2. Jajko, mąkę, mleko, łyżkę oleju i cukry wymieszać na jednolitą masę, jeśli będzie za gęsta dodać mleka. 3. Krążki z jabłek zamaczać w cieście i smażyć na patelni, na rozgrzanym oleju. 4. Jak już będą zarumienione, zdjąć z ognia, posypać cukrem pudrem lub waniliowym - i wcinać. Smacznego! Kornelia Kornosz Fot. Wojciech Waloch


27

MARZEC 2009

vitamina „uwaga! wymiotuję” Krążek wita głosem Piotra Kaczkowskiego, który niczym pediatra zaleca konsumpcję witamin. W tym przypadku Vitaminy. Dziennikarz Trójki jest uchodzi w Polsce za muzyczny autorytet, nic więc dziwnego, że Vitamina poprosiła go o otwarcie albumu. „Uwaga! Wymiotuję” to zbiór czternastu prostych rockowych numerów, uzupełnionych wspomnianym intro. Muzycznie blisko tutaj brit popu i indie rocka. Refren „Wiem na pewno” przy-

wołuje skojarzenia z ostatnimi płytami Iry. Z kolei tytułowy numer, a także piosenka „Kapitał” pokazują Vitaminę jako zespół inspirujący się Cool Kids of Death. Szminka na ekranie spokojnie mogłaby znaleźć się na dowolnej płycie Oasis. Jedynym warunkiem musiałby być tekst w ojczystym dla braci Gallagher języku. Jest też punkowo, jak choćby w „Silicon lady”. Członkowie Vitaminy deklarują, że wielką rolę w ich twórczości odgrywają teksty. Krzysztof

Janiszewski i Michał Maliszewski piszą o zmęczeniu komercjalizacją wszystkich dziedzin życia. Sprzeciwiają się marketom, wchodzeniu z butami w życie artystów i innym takim. Polska alternatywa ma się dobrze i coraz śmielej wychodzi z podziemia. Feel i Doda nie muszą jeszcze czuć się zagrożeni, ale w takim tempie za 20 lat rzeczywistość może się radykalnie zmienić. Maciek Kancerek

The roosters – guns up! Dziesiątki tysięcy rozsianych po garażach całego świata kapel marzy o nagraniu płyty. The Roosters są jednymi z tych, którzy mieli szczęście trzymać w łapkach własny krążek. Czterej z pozoru niechlujnie wyglądający kolesie w czapkach i z nieśmiałym – bo młodzieńczym – zarostem.W Anglii z takim wyglądem z miejsca trafiliby na okładkę „New Musical Express”. Nikt nawet nie przejmowałby się tym, co grają. Właśnie, co grają The Ro-

osters? Cudownie naiwną mieszankę punka spod znaku NOFX i hardcoru charakterystycznego dla chociażby Sick Of It All. Jeśli lubicie te kapele, możecie z czystym sumieniem sięgnąć po „Guns Up!”. Twórczość Roostersów jest prosta jak nogi od stołu, co – bynajmniej – nie jest wadą. „Guns Up!” to wulkan szczenięcej energii. Amerykańskie dzieciaki mogłyby słuchać tej płyty jeżdżąc na desce. Polskie mają trudniej, nierówne chodniki i ulice zmuszają do peł-

nego skupienia na jeździe. Za to The Roosters mogą sobie posłuchać w domu albo na koncercie, których kapela gra coraz więcej. Swoją drogą, ciekawe, jak wygląda ich koncertowy repertuar. „Guns Up!” to ledwie osiem kawałków, które w sumie trwają 25 minut. Wcześniej Roosters wydali jedynie EP-kę, więc materiału nie mają zbyt wiele. Maciek Kancerek m.kancerek@uzetka.pl

Wyśij sms na numer 71601 o treści UZETKA ROOSTERS albo UZETKA VITAMINA (koszt 1,22 zł) - wśród smsów wylosujemy trzech zwyciężców, którzy otrzymają zestawy płyt. Patronem obu wydań jest Radio „Index”.

KONKURS Wyślij do nas sms o treści UZETKA OSTR na numer 71601 (koszt smsa 1,22 zł) do 4 marca. Spośród odpowiedzi wylosujemy dwa bilety na koncert O.S.T.R. w Klubie Uniwersyteckim „Kotłownia” w Zielonej Górze. Koncert odbędzie się 7 marca o godz. 19:00.

REKLAMA


28

MARZEC 2009

DOBRZE ROCKUJĄCY

Bracia Holak od dziecka mieli styczność z muzyką. Ich ojciec w latach 80. był liderem kapeli „Malarze i Żołnierze”. Podczas jednej z prób basista zapytał małego Kubę, jak się nazywa? Bez zastanowienia odpowiedział - Kumka Olik. Te dwa śmieszne słowa, kilkanaście lat później zaczęły stanowić nazwę zespołu, który ma szansę podbić polską scenę rockową. Rozmowa z Mateusz Holakiem, wokalistą zespołu.

Swój pierwszy krążek wydaliście w piątek trzynastego. To rodzaj przekory czy może nadzieja, że w trakcie szału walentynkowych zakupów sprzeda się więcej egzemplarzy? Dobre pytanie! (śmiech) Przede wszystkim, nie planowaliśmy żadnych takich chwytów. Po prostu to już był ten czas, żeby wydać płytę, a dodatkowo data okazała się dość fajna. Raczej to wszystko wyszło od Justyny, naszej menedżerki. Debiutancka płyta jest wyzwaniem dla każdego młodego artysty. Jak pracowało się nad ,,Jedynką''? Nie traktowaliśmy tego jako coś, co musi stać się nowym nurtem muzycznym lub ma wprowadzić jakąś rewolucję. Piosenki złożyliśmy dużo wcześniej. Występując w Opolu była już przygotowana większość materiału, także można powiedzieć, że nagraliśmy po prostu to, co mieliśmy. Całość w studiu powstała dokładnie przez tydzień, nie produkowaliśmy niczego nowego. Zależało nam na tym, żeby brzmiało to bardzo garażowo, tak jak naprawdę gramy. Jesteś autorem tekstów piosenek, a zarazem najmłodszym członkiem zespołu. Czy Twój światopogląd, Twój punkt widzenia, by nie mówić punkt widzenia 17-latka, pokrywa się z tym, jakie przemyślenia ma

reszta zespołu? Wydaje mi się, że nikt nie traktuje mnie przez pryzmat tego, ile mam lat. Najpierw były piosenki, dopiero później ukształtował się zespół. Najpierw byli bracia Holak. Tak, na początku był… chaos. (Śmiech). „Jedynka” jako nazwa wskazuje pewien początek i aż się prosi, żeby nastąpiło coś dalej. Brzmi jak zapowiedź, że „to nie ko-

niec”. Planujecie rozpoczęcie pracy nad kolejnym materiałem płytowym? Jasne! Można powiedzieć, że prace zaczęliśmy jeszcze przed wydaniem tej płyty. Między nagraniem, a wydaniem minął prawie rok, w tym czasie przygotowywaliśmy nowy materiał. Na razie mogę obiecać, że kolejny album nie będzie nazywał się „Dwójka”.

Jako osoby publiczne musicie liczyć się nie tylko z pochwałami. Padają złośliwe komentarze, że Wasza muzyka może trafiać wyłącznie do małolatów. W kim widzicie potencjalnych odbiorców Waszych utworów? Przez występ w Opolu można sobie trochę dopowiedzieć, że nie zamykamy się na jakieś szczególne grono słuchaczy. Nikt z nas nie ma z tym problemu. Nie robimy muzyki pod publikę, robimy to, co nam się podoba.

Nadal mówicie o sobie: ,,jesteśmy zepsuci” czy realia polskiego rynku muzycznego zdołały Was utemperować i zdążyliście choć trochę spokornieć? Można powiedzieć, że nawet jeszcze bardziej zepsuci przez to wszystko, przez co musieliśmy przejść. Powiedziałbym nawet, że jesteśmy nie tylko zepsuci, ale także zdemoralizowani!

Jesteście zespołem alternatywnym, niszowym. Nie ciągnie Was do wielkiej, komercyjnej sceny? Ciężko powiedzieć, że jesteśmy zespołem alternatywnym, bo gramy tak, jak tysiące zespołów przed nami. Równie trudno powiedzieć, że jesteśmy niszowi, bo wydajemy płytę w największej wytwórni w Polsce. Nasza promocja jest nastawiona przede wszystkim na dużą sprzedaż płyt. Na pewno chcielibyśmy grać tak, jak sami to sobie wymyśliliśmy, bez sytuacji, kiedy musimy robić coś pod słuchacza. W związku z promocją płyty ruszacie w trasę koncertową. Kiedy i gdzie będzie można Was usłyszeć w najbliższym czasie? Na razie to jest dla mnie zagadką… Nasza trasa na pewno zacznie się od dwóch występów przed The Subways i trzech przed Myslovitz. Postaramy się także odwiedzić przynajmniej 12 największych miast Polski. Chcielibyśmy zagrać w jak największej ilości miejsc, ale prawda jest taka, że nie wszędzie jest jeszcze na nas popyt. Myślę, że jakieś konkrety wypłyną na początku kwietnia, a może jeszcze wcześniej (dokładne info na www.myspace.com/kumkaolik).

Rozmawiała Marta Paczkowska


29

MARZEC 2009

Myśl słowem pisana Poszukiwacz

Większość wiosnę, a z nas narzeka na zw c naliśmy si zy to aż takie ważn odzącą od dłuższ eg ę, że poez e ja potrafi , skoro nie jeden ra o czasu p rz e k a zy wać ciepło z przekoPozdrawia ? rackie (n m i czekam na Wa ie sz a także n koniecznie pisane e teksty litea w i sugestie wszelkiego rodzaju ierszem), . Przesyła opinie jc i.turzansk a@uzetk ie je na adres: a.pl

Wyjrzę przez okno i spojrzę na drzewa. Może trafi się jakaś wiadomość, jedwabna chustka między gałęziami, lub nagłe poruszenie wśród ptactwa. Zajrzę do kuchni. Ach, gdybym znalazł na stoliku kruszynę chleba, albo kropelkę miodu, upuszczoną przez mojego przyjaciela, który uciekł od wrogów i zaszedł w nieznane.

Iwona Tur zańsk

bzd

a

*** stoi na przeciwko udaje rzeczową nie wie że widzę ją na haku nie słucha gdy mówię coś na temat szynki najpierw w me ręce oddaje piersi pachnące przyprawą i korzennym dymem potem wybiera co lepsze mówi jeśli chcesz ja mogę więcej oboje czekamy kto oprzytomnieje i zmieści się w drugim

bzd

Ręka zraniona brodząca w krwi ręka moja a tak płynnie unosiła się zawsze do góry i sprawdzała jaka jest długa odmierzając centymetry między tobą a mną nawet nie wiem kiedy zupełnie straciłam proporcje

I.

W deszczu Deszcz płaszczyzna asfaltu lustro idziesz po powierzchni patrzysz przed siebie nie widzisz nic

Zagubieni Zapatrzeni w siebie przed siebie samotni z wyciągniętymi Dłońmi pustymi spragnionymi

drzewa uciekają obojętnie stoją nieruchome przeminęły

siedzą w tłumie ludzi obok siebie próbują złapać Ziarno piasku

pod stopami twoje stopy regularne stukotanie energiczny ruch

szastają słowami wyrzucają je z siebie giną w eterze

deszcz wywabione dżdżownice nieporadne

samotni na własne życzenie zaślepieni nadzy

spoglądasz w dół cień spogląda na ciebie zdziwienie nie jest tobą jest tobą czym jest deszcz

Bartosz Konopnicki

kolejny łyk piwa pozbawiony smaku lany w zapomnienie

Bartosz Konopnicki


30

MARZEC 2009

Wydawnicze nowości na Twoją kieszeń! John Grogan

Najdłuższa podróż do domu

Przypomnij sobie cudowne lata beztroskiego dzieciństwa, paczkę przyjaciół, smak pierwszego pocałunku i pierwszego papierosa. Przypomnij sobie wybryki i grzeszki ukrywane przed dorosłymi, ciągłe spory i konflikty z rodzicami oraz miłość, która trwa mimo wszystko. To wszystko staje przed oczyma Johna, gdy pewnego wieczoru odbiera telefon od chorego ojca i wyrusza w „najdłuższą podróż do domu”. Cena 29,90 zł na www.znak.com.pl

James Hopkin Zatopiona zima

Poszukujący, niespokojni, bezsenni... Joseph przyjeżdża do Polski, kraju, który zna tylko z opowieści. Wszystko jest dla niego obce - skuty lodem Kraków, szeleszczący język, twarze, dźwięki, zapachy. Nie zamierza się jednak poddawać, bo to kraj kobiety, którą kocha i dla której wszystko porzucił. Cena 27,20 zł na www.znak.com.pl

„znak” KONKURS Do wygrania książki - nowości Wydawnictwa „ZNAK” !!! Napisz do nas sms o treści: UZETKA ZNAK na numer 71601 (koszt smsa 1,22 zł). Na wiadomości czekamy do 20 marca. Spośród wszystkich smsów wylosujemy zwycięzców, którzy otrzymają książki - nowości Wydawnictwa ZNAK. W poprzednim numerze książki wylosowały:

Nina Kozłowska i Marlena Góra. Gratulujemy!


31

MARZEC 2009

Jak (nie) zadowolić zielonogórskiego kibica

Bez względu na to, czy drużyna osiąga dobry rezultat czy nie, czy w klubie są pieniądze czy ich nie ma, czy zespół jest silny czy też słaby, jedno się nie zmienia – zielonogórski kibic jest wiecznie niezadowolony.

Jaka była największa bolączka zielonogórskich kibiców speedwaya w lutym? Oczywiście kto zostanie trenerem drużyny. Wśród kandydujących do tego stanowiska nie było jednak nikogo na tyle kompetentnego, by zadowolić wybrednego sympatyka Falubazu. Dlatego nie należy się dziwić, że kiedy zarząd podpisał dwuletni (!!!) kontrakt z Piotrem Żyto, zewsząd posypały się gromy. ▪ O krok do przodu Najczęściej pojawiającym się argumentem przeciwko nowemu szkoleniowcowi był zeszłoroczny sezon i perypetie prowadzonego przez trenera Żyto Włókniarza Częstochowa. Włókniarza, który notabene przegrał walkę z ZKŻ - tem o brązowy medal. Trener został więc skreślony, zanim jeszcze rozpoczął pracę a zarząd, który teoretycznie już był na dnie w oczach kibiców, zaczął tonąć coraz bardziej.

Bo kibice w Zielonej Górze zawsze są krok do przodu i zawsze wiedzą więcej niż prowadzący drużynę. ▪ Rozpieszczony zielonogórski kibic Kibic żużla został w Zielonej Górze rozpieszczony. I nie mówię tutaj o infrastrukturze stadionowej, której problem urósł w tym mieście do rozmiarów przynajmniej wieży babilońskiej. Kiedy kilka lat temu ZKŻ balansował na granicy między ekstra a pierwszą ligą, a w klubie rosły długi, nie było prawie żadnego nacisku na władzę ze strony kibiców. Zarząd funkcjonował i robił co do niego należało, wliczając w to robienie długów. Od kiedy sytuacja uległa znacznej poprawie a klub stanął na nogi, kibice poszli za jego przykładem. Wspaniałe widowiska na meczach i współpraca z zarządem, który się na nich otworzył, sprawiły, że hierarchia w Zielo-

nej Górze uległa zmianie. Kiedyś najważniejsza była drużyna – teraz kibic sam postawił się na piedestale. Ale hasło „Bez nas nie byłoby żużla w tym mieście” jest tylko po części zgodne z prawdą. ▪ Komu władza, komu widowisko? Żużlowcy jeżdżą dla kibiców, a kibice chodzą na mecze po to, by ich oglądać i emocjonować się zawodami. Przynajmniej tak powinno być. Rola kibica w Zielonej Górze jest, w jego mniemaniu, inna. Można było to zauważyć w minionym sezonie. Zrozumiałe jest, że fani mają prawo wyrazić swoje niezadowolenie, ale… Wszystko ma swoje granice. Nie może być tak, że kibice chcą wywierać nacisk na zarząd, włączając w to obrażanie ludzi, tylko dlatego, że coś im się nie podoba. Rola obrażonego dziecka, które wszystko wie najlepiej, a inni są be, nie pasuje do kreowanego obrazu sympa-

tyka Falubazu. Kulturalny dialog jest pożądany, bo wnosi coś konstruktywnego. Wszystko inne powinno pozostać we własnej głowie. ▪ Dajmy szansę Przyznaję, że nowy trener budzi mieszane uczucia. Ocenianie człowieka zanim jeszcze coś w NASZYM klubie zrobił, jest jednak nie na miejscu. Poczekajmy na efekty pracy Piotra Żyto. A jeżeli zielonogórski kibic jest niezadowolony, to nic nie stoi na przeszkodzie, by sam zrobił kursy trenerskie i w przyszłości poprowadził naszą drużynę w idealny sposób.

Weronika Górnicka w.gornicka@uzetka.pl

Przepychanki zakończone sukcesem!

Nareszcie. Tym słowem można podsumować koniec konfliktu na linii prezydent Kubicki – prezes Wontor. Piłkarze Lechii Zielona Góra przystąpią wiosna do rozgrywek ligowych. Będą to nadal rozgrywki drugoligowe, bo warunkiem pomocy ze strony miasta było niewycofywanie drużyny z tej klasy rozgrywkowej. Problem braku wypłat został od- ćwiczyli indywidualnie, albo szu- który zrezygnował z gry na rzecz Teraz pytanie to pozostanie bez dalony do końca roku. Spełniło kali nowych klubów. odpowiedzi. Może to i lepiej. pracy zawodowej. się marzenie wielu kibiców i wy- Nie udało się zatrzy- Na decydującym spo- Zmartwień w ostatnim czasie płaty dla zawodników i szkole- mać Rafała Świtaja, który pod- tkaniu z władzami miasta zabra- było tyle, że chcielibyśmy choć niowców pokrywać będzie mia- pisał umowę z Górnikiem Po- kło prezesów Wontora i Materny na chwile skupić się na tym czesto. Mówi się, że to kwota ok. 40 lkowice, bliski odejścia jest także i być może ten fakt spowodował, go prawdziwy kibic oczekuje najtys. złotych miesięcznie. Michał Kojder, który cały okres że doszło do ugody. Bogusław bardziej, czyli dobrych wynikach Po deklaracjach ze przygotowawczy spędził w eks- Wontor nadal uważa, że cała ak- w spotkaniach o ligowe punkstrony miasta do zespołu powró- traligowej Arce Gdynia. Do dru- cja pomocy Lechii jest źle zor- ty. Ligowe emocje zaczną się już cił trener Jarosław Miś, a piłka- żyny powrócił Michał Zawadzki, ganizowana. Jego planem było niedługo. W pierwszym spotkarze wznowili treningi. Pytanie który po niezbyt udanej przygo- otrzymanie jednorazowej dotacji niu 14 marca Lechia podejmotylko, czy zdążą nadrobić braki dzie z Motorem Lublin rozwiązał ze strony miasta. Pozostaje tylko wać będzie na własnym stadiow przygotowaniach przed rundą kontrakt i dołączył do zielono- pytanie, czy wtedy piłkarze i tre- nie wzmocnioną Polonię Słubice. wiosenną? Przecież rywale ostro górskiej ekipy. Z nieoficjalnych nerzy mieliby zagwarantowane Kamil Kolański szlifują formę, grają sparingi, informacji wiadomo, że przejął comiesięczne wypłaty wynagrowww.sport.uzetka.pl a nasi piłkarze w tym czasie albo pensję po Krzysztofie Marczaku, dzenia?


32

MARZEC 2009

REKLAMA

Dania azjatyckie a architektura miast

Fot. www.sxc.hu

Czy dostrzegliście kiedyś pewną analogię między daniami azjatyckimi a architekturą swojego miasta? Mnie się to ostatnio zdarzyło. Niestety, z niemiłym skutkiem.

REKLAMA

Człowiek już nie może nawet wyjść na spacer. Do takiego wniosku doszłam już dawno, ale moja frustracja osiągnęła ostatnio apogeum. Nie mogę przejść chodnikiem, bo zewsząd otaczają mnie ludzie w czerwonych płaszczach, tudzież żółtych czapkach, wciskający przechodniom darmowe gazety i ulotki, w zdecydowanie nadmiernej ilości. Po uzbrojeniu się po zęby w cierpliwość postanowiłam nie przyjmować tych darów losu i podążać pewnym, acz lekko lanserskim krokiem dalej. Nic z tego. Mój nos nawet na spacerze nie może odetchnąć. Nie piszę tu o spalinach, bo te są niezbędne, jak tlen. Gdy ich brakuje, wtedy dopiero czuję się nieswojo. Mowa o aromacie frytek i wszelkich podobnych fast foodów. Te kebaby, hot-dogi czy inne dania na patyku są wszędzie. Ostatnio na jednej z budek spotkałam napis „Dania azjatyckie”. Niestety, nie była to reklama żadnej godnej polecenia restauracji, tylko „coś” pokroju kiosku, gdzie możesz nabawić się bólów żołądka, odchudzenia portfela, niemiłego oddechu i plam na koszulce. Słowem, ze spaceru nici. Pozostanę przy trasie kuchnia-salon. Aleksandra Kossowska

REKLAMA


UZetka nr 56 (marzec 2009)