Issuu on Google+

64 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

65 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

ADAM WIERCIŃSKI

ZA SZYBKIE PISANIE (43) Nie popisał się znajomością powieści Sienkiewicza znany prozaik, ceniony eseista i historyk literatury. I to poważny literaturoznawca, z dobrej szkoły naukowej. Czytelnikom codziennej gazety (kilkanaście tysięcy nakładu) wmawiał niedawno: Bo to przecież już Sienkiewicz w „Ogniem i mieczem” używał strasznego słowa „czerń”. Tym brutalnym porównaniem obcych – Kozaków, Ukraińców i muzułmanów – do insektów [sic!] zatruł naszą patriotyczną wyobraźnię na całe dziesięciolecia (Są takie teorie, że człowiek musi co jakiś czas zakosztować krwi. Barbara Szczepuła rozmawia z prof. Stefanem Chwinem, „Nowa Trybuna Opolska” 2016, nr 206, s. 14–15). Jaka szkoda, że dziennikarka nie powtórzyła za Kmicicem w odpowiedniej chwili: Kończ... waść!... wstydu... oszczędź!... Sienkiewicz „obcych” do insektów nigdzie nie porównywał, a Rusinów (wczorajszych Ukraińców) wcale nie uważał za obcych. Dla bohaterów Trylogii były to przecież dzieci eiusdem matris. A może uczony autor Sienkiewicza z Zagłobą pomylił? Ale nawet rubaszny szlachcic takich nieprzystojnych porównań nie czynił, martwił się o coś innego. Kiedy Basia przypatrywała się modlitwie Lipków: serce ściskało się jej na myśl, że tylu oto dobrych pachołków po życiu pełnym mozołów dostanie się wraz ze śmiercią w ogień piekielny, a to tym bardziej, że stykając się codziennie z ludźmi prawdziwą wiarę wyznającymi trwają jednak dobrowolnie w zatwardziałości. Pan Zagłoba, więcej z tymi rzeczami obyty, wzruszał tylko ramionami na pobożne Basine uwagi, mówiąc: – I tak by tych kozich synów do nieba nie puszczono, aby insektów plugawych ze sobą nie naprowadzili (Henryk Sienkiewicz, Pan Wołodyjowski, Warszawa 1977, s. 181). Tylko naiwny czytelnik mógłby pomyśleć, że z uwagami Basi i płaskim żartem Zagłoby mógłby utożsamiać się autor. Nikt w Ogniem i mieczem nie nazywa czernią ani Kozaków, ani muzułmanów. Czerń to rutenizm, w dawnej polszczyźnie tak określano, raz pogardliwie, kiedy indziej lekceważąco, motłoch, tłuszczę, gmin czy pospólstwo. Starszyzna kozacka tak nazywała pospolite ruszenie, chłopstwo, które przystąpiło do rebelii. Rozmowa Skrzetuskiego z Barabaszem: – Rebelię waszmość przepowiadasz?

– Nie przepowiadam, bo ją widzę, a Chmielnicki lepszy od Nalewajki i od Łobody. – A kto za nim pójdzie? – Kto? Zaporoże, regestrowi, mieszczanie, czerń, futornicy – i tacy ot! Tu pan Barabasz wskazał na rynek i na uwijających się po nim ludzi. Cały rynek był zapchany wielkimi siwymi wołami pędzonymi ku Korsuniowi dla wojska, a przy wołach szedł mnogi lud pastuszy, tak zwani czabanowie, którzy całe życie w stepach i pustyniach spędzali – ludzie zupełnie dzicy, nie wyznający żadnej religii – religionis nullius, jak mówił wojewoda Kisiel (Henryk Sienkiewicz, Ogniem i mieczem, t. I, Warszawa 1976, s. 26). Chmielnicki tłumaczy Skrzetuskiemu: Gdy i czerń, i Kozacy grodowi, i wszyscy uciśnieni w wierze i wolności tak się po mojej opowiedzą stronie, jako wojsko zaporoskie i miłościwy chan krymski... (Ibidem, s. 133). Opowiadanie o rabunku w Korsuniu: Rzucano się i na domy otoczone strażą, w których zamknięci byli znakomici jeńcy, zostawieni przy życiu dlatego, że spodziewano się po nich znacznego okupu. Wówczas Zaporożcy lub Tatarzy stojący na straży, odpierali tłum, grzmocąc po łbach napastników drzewcami od pik, łukami lub batami z byczej skóry. Tak było przy domu pana Skrzetuskiego. Zachar kazał ćwiczyć chłopstwo bez miłosierdzia, a mirhorodcy spełniali z rozkoszą rozkaz. Niżowi bowiem przyjmowali chętnie w czasie buntów pomoc czerni, ale pogardzali nią bez porównania więcej od szlachty. Przecie nie próżno zwali się: „s z l a c h e t n i e u r o ż o n y m i Kozakami!”. Sam Chmielnicki darowywał potem niejednokrotnie znaczną ilość czerni Tatarom, którzy gnali ją do Krymu i stamtąd sprzedawali do Turcji i Azji Mniejszej (Ibidem, s. 169–170). Czymże mógł Sienkiewicz zatruć naszą patriotyczną wyobraźnię na całe dziesięciolecia? Wszystko zależy od wrażliwości i kompetencji czytelniczej. Sienkiewicz nie jest wcale łatwym pisarzem. Nie bez przyczyny nieustające spory o jego powieści. Pisarz i wnikliwy czytelnik złożył kiedyś piękne i zaskakujące dla niektórych wyznanie: Bo mnie czułości do Ukrainy nauczył Sienkiewicz [...]. Nie wiem, jak to się stało, ale ten mesjasz naszego patriotyzmu

zostawił po sobie woskowe kukły czcigodnych Polaków i cudownych, ciągle żywych, porywających, namiętnych, wspaniałych, głęboko ludzkich Ukraińców, a także Litwinów czy Tatarów. [...] A posplatał rzecz tak misternie, że ani odróżnić, co w ukraińskim polskie, a co w polskim ukraińskie. I doprowadził do tego, że ta wielka nienawiść między Hajdamakami oraz Lachami utkana jest z samych nitek miłości, wzajemnej fascynacji, dziwnego, metafizycznego pociągu (Tadeusz Konwicki, Kalendarz i klepsydra, Warszawa 1976, s. 142–143). Dziwna to rzecz i godna zastanowienia. Historycy (zob. szkice i studia Władysława Czaplińskiego, Mariana Kukiela, Marcelego Kosmana, Adama Kerstena, Jaremy Maciszewskiego, Janusza Tazbira, Władysława A. Serczyka, Wiesława Majewskiego) częściej niż poloniści oddawali sprawiedliwość Sienkiewiczowi. Powtarzali znawcy literatury niechętne pisarzowi głosy Bolesława Prusa, Elizy Orzeszkowej, Stanisława Brzozowskiego, Wacława Nałkowskiego, Witolda Gombrowicza czy Czesława Miłosza. A wybitny historyk, Janusz Pajewski, który lepiej od nich znał historię XVII wieku (napisał znakomitą, wielokrotnie wznawianą książkę – Buńczuk i koncerz. Z dziejów wojen polsko-tureckich) wyjaśniał cierpliwie: Słyszy się czasem opinie, że jest to powieść nie tylko fałszywie przedstawiająca przeszłość, ale i powieść o nastawieniu antyukraińskim, budząca nienawiść narodową, podjudzająca przeciwko Ukraińcom. Nic bardziej mylnego. Wystarczy się dobrze wczytać. Pomijam już to, że Sienkiewicz bolał nad bratobójczymi waśniami, że osądzał je surowo, ale przecież jedna z najsympatyczniejszych postaci w „Ogniem i mieczem”, przedstawiona niesłychanie plastycznie, to nie kto inny tylko Bohun. [...] A pięknie zarysowane sylwetki innych Kozaków, choćby Zachara, Łobody... Są oczywiście inne postacie: rezunów, okrutników, pijaków, rozmaitego rodzaju tęgich rzezimieszków. Ale przecież i takich nie brakło i przedstawienie ich nie miało nic wspólnego z podjudzaniem – to historyczny realizm (Janusz Pajewski, Poza wczoraj. Wspomnienia, Poznań 1992, s. 228–229). O Sienkiewiczu, pogrobowcu dawnej Rzeczypospolitej, tak dobrze rozumiejącym niegdysiejszą wielość w jedności, pisał z podziwem Paweł Jasienica: Jesteśmy

„Wysokie Obcasy” 2016, nr 44, s. 5 Obcasy wysokie, ale język kapciowy. Uczona pani doktor (edukatorka) taki sobie język autora listu uznała za swój. A prof. Jan Miodek tyle razy pisał i mówił o tym plugawym słówku

„Tygodnik Powszechny” 2016, nr 44 (dodatek: „Dziady. Recycling”, s. 3) Po jakiemu to jest? Nie pasuje ta nowomowa dzisiejsza do Mickiewicza


Indeks (171-172) grudzień 2016