Page 32

62 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

kiedy zaś zawładnęła jego sercem, uczynił królową. To ona ocaliła Żydów przed okrutnym Hamanem. Postacie umieszczono wysoko, tuż pod kasetonowym sufitem. Kłaniają się, pochylają i gestykulują, odnosi się wrażenie, że zbliżają się do ołtarza, idą powoli w swoich powłóczystych szatach, wyróżnione nimbami i promieniejące blaskiem. Głowę Estery zdobi korona – identyczna jak diadem księżnej Matyldy Wirtemberskiej! ARCHITEKT Wychował się w słusznym niemieckim domu na przedmieściach Monachium (w pierwszych latach po wielkiej wojnie mieszkali tam artyści i podejrzani ludzie interesu). Jego matka prowadziła sklep z rękawiczkami. Zapinała koszulę na ostatni guzik, a w kołnierzyk wpinała odznakę z podobizną Lenina. Wyglądała na wiecznie niezadowoloną z życia. Kłóciła się z praczką i psioczyła na sąsiadkę z parteru, bo sadziła nagietki. – To kwiaty samobójców – szydziła. Projektant miał dwóch braci. Rudolf, chłopak o szerokim czole i rozmiarze butów 45, rzadko pokazywał się w domu. Chciał być żołnierzem. Może to wygląd wyznaczył go na wojaka, może do koszarowego życia popchnęły go wygolona głowa, wysunięta żuchwa i odstające uszy – w sam raz pod Pickelhaube? A twarz Ulricha była konkretna jak dźwig na budowie, jak ciężka maszyna, która porusza się w górę i w dół, czasem tylko zrobi obrót wokół własnej osi. Dziewczyny lubiły jego niebieskie oczy, bladą cerę zaróżowioną od słońca i lekki zarost. Ale on stronił od amorów, zaciskał usta i chodził naburmuszony, jakby szukał zaczepki albo planował zamach. Z trzech braci tylko architekt spotykał się z panną, jasnowłosą Sabiną o regularnych rysach, której brwi i rzęsy przybrały odcień bladej, niemalże przezroczystej cery. Nigdy ich nie czerniła, toteż odnosiło się wrażenie, że tęczówki wyłaniają się wprost ze skóry, są szarym akcentem policzków. Wszystko w niej wydawało się doskonałe: prosty nos, wąskie usta w kolorze wypłowiałej maliny, małe uszy i włosy zebrane w ciasny kucyk. A jednak czegoś jej brakowało. Listy pisała długie, najeżone treścią jak psi ogon dziadami. Donosiła mu o gramofonie, który oddała do naprawy, o wymianie tapet, klejeniu krzesła i obrusie podartym na ścierki. Liczyła wydatki na światło, spisywała worki z węglem, zbierała rachunki za pralnię i wizyty u dentysty, wspominała też o świecach na tort urodzinowy. – Niedługo skończę dwadzieścia pięć lat – przypomniał sobie. – Powinienem się ożenić.

63 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

OSOBLIWA Projektant nigdy nie widział fizjonomii tak różnorodnych, ruchliwych i ciekawych jak w Carlsruhe. Wydawało mu się, że się wyrwał z zakładu zamkniętego, z miejsca, gdzie żyli ludzie o twarzach wyblakłych i wypłowiałych albo przeciwnie – zaciętych i aroganckich. Miał wrażenie, że uciekł ze szpitala dla obłąkanych, gdzie personel nakazał pensjonariuszom nosić maski zrobione od jednego szablonu. Zobaczył ją nad stawem. Oparta o platan paliła papierosa. Czy była piękna? Wyrazista, osobliwa, jakby zmieszana z różnych kultur, zdawało się, że na jej twarzy wschód odszukał zachód, a północ – południe. Próbowała zrobić nadąsaną minę, ale kąciki ust uniosły się i dotknęły dołków w policzkach. W sukience z frędzlami wyglądała jak czarny motyl – Pasyn lucylla. – Sofia –przywitała się z udanym dworskim dygiem. – A pan musi być tym architektem. Spotykali się wieczorami. Opowiadała mu o nenufarach. – To znachorki – tłumaczyła – spalono je na stosie jako czarownice, ale wróciły. Unoszą się na powierzchni stawu, tańczą w swoich rozkloszowanych spódnicach, a woda próbuje im wynagrodzić śmierć w płomieniach, chłodzi płatki, zmywa popiół z ramion, studzi rozognione stopy. Dziewczyna znała łacińskie nazwy żuków, koników polnych i much, mówiła o zwyczajach ważek, tarantul i karaluchów, odkrywała przed nim tajemnice pająków, ważek i krabów. Przyglądał się jej palcom, jak prostowały źdźbła traw albo zwijały w trąbki liście, uczył się splatać sznurki z tataraków, wiązać węzełki i kokardy. Pewnego dnia zaprowadziła go nad rwący potok. Pływały tam ryby w paski. – Natura podzieliła je na dzwonka, przygotowała na talerz – wyszeptała niskim głosem. – Żyją naznaczone śmiercią – zamyślił się. – Jak Matylda. – Myślisz, że się otruła? – To ona ją zabiła. – Kto? – Ferdynanda. Wrzuciła ją do mrowiska – zaśmiała się nerwowo, chwyciła mężczyznę za rękę i pociągnęła w stronę pałacu. – Pokażę ci portret. Do obrazu księżna wybrała sukienkę z czerwonego adamaszku z haftami na rękawach. Deseń pogrubia materię, toteż sprawia ona wrażenie pofałdowanej, mięsistej jak skóra buldoga, natomiast naszyjnik z pereł zlewa się z szyją, całkiem białą, jakby rozjaśnioną sokiem z cytryny (a może pozbawioną krwi?). Matylda trzyma w dłoni pamiętnik, a z jej kolan zsuwa się czarny jedwabisty szal (szczęśliwa mężatka oczekująca potomka zasłania się kirem?). Obok matki stoją dzieci, blade jak ona.

Maria pozuje w przybrudzonym fiolecie, Eugeniusz zaś wystroił się w garnitur o kolorze głębokiego brązu. Tło jest zielone i grafitowe, zbudowane z drzew i nocy bez gwiazd. Karol Rothe namalował portret niedługo przed śmiercią księżnej. – Przeniosę barwy z obrazu do mojego kościoła – postanowił architekt. – Purpurowy kościół? – skrzywił się wielebny. – Pan chyba oszalał. Co ja powiem wiernym? Że zainspirowały mnie domy schadzek? – złościł się. – Wystarczy pretekst. A gdyby kościół otrzymał wezwanie Serca Pana Jezusa? – bazylika Sacre Coeur jest biała. – Widocznie francuskie serca są bezbarwne, nie to, co śląskie – ogniste i krwiste – wykłócał się młodzieniec. – Planuję też fiolety, brązy, granaty. I złoto. Ono wydobędzie blask z burgundów, ujarzmi je i zamknie w obramowaniu. – W niedzielę wygłoszę kazanie o sercu Zbawiciela – skapitulował ksiądz. RYBY W PASKI – Tiary nie odnaleziono – zaczęła opowiadać Sofia. – Podobno Matylda wymieniła ją za truciznę. To uczciwa transakcja – klejnot za wolność. A kto znał się wtedy na ziołach? Baby wiedzące. To one sadziły miętę i rumianek, zbierały kwiaty lipowe, suszyły driakwie wężów i szukały korzonków. Smażyły sadła zwierząt, przyrządzały wódki i nalewki. Przyjmowały porody, chłodziły gorączki, łączyły kości, łagodziły waśnie, studziły słomiane zapały, leczyły zaognione rany. I pomagały odejść. Moja babka była znachorką – wyjawiła. Babka malarki miała na imię Sofia. Urodziła się we Friedrichsthalu w 1902 roku, jako nastolatka pracowała w Carlsruhe, podobno czytała romanse niedowidzącej księżnej Aleksandrze (córce Eugeniusza i Heleny, którą pojął za żonę niedługo po śmierci Matyldy), wieczorami snuła gawędy o świetlikach i pszczołach ukrytych w dziuplach, o chrabąszczach, żukach i o rybach podzielonych paskami na dzwonka. – Pamiętam jej bajki o perkozach i kaczeńcach – wspominała Jolanta Golenia-Mikusz. – Czasem wracała myślami do pałacu, malowała słowami wnętrza i aurę tego miejsca. W kościele sadzała mnie na kolanach, ożywiała proroków i świętych, pewnego dnia wyjawiła, że Estera nosi diadem księżnej Matyldy Wirtemberskiej.

POSŁOWIE Kiedy jesienią zeszłego roku jechałam do Wiednia, w torbie podróżnej wiozłam też kartki świąteczne. Na jednej z nich znalazł się fragment fresku z aniołami. Kobiety o subtelnych twarzach klęczą na śniegu, ich poszarzałe suknie odcinają się od tła w kolorze bordo, natomiast gesty, skrzydła złożone równo, pióro do pióra, oraz złote nimby przypominają trochę „Opadającą noc” – dzieło Alfreda Rollera wykonane na otwarcie wiedeńskiej wystawy secesji w roku 1902. Kartka obudziła we mnie potrzebę poznania. Myślałam, że obraz odnajdę w stolicy Austrii. Przeglądałam przewodniki i albumy, ale wreszcie dałam za wygraną i zadzwoniłam do Jolanty Goleni-Mikusz – to od niej przyszły anioły. – Są całkiem niedaleko – zdradziła i zaprosiła mnie do Zagwiździa. Kościół Serca Jezusowego pochodzi z początku tamtego stulecia; budowniczy Franciszek Ogorek pasjonował się sztuką, upodobał sobie średniowiecze, ale cenił także secesję, szczególnie tę późną, pozbawioną ckliwych motywów, skupioną na prostej, niemal geometrycznej formie, ożywioną wyrazistymi kolorami. Po śmierci księdza, w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, czerwienie i burgundy zrobiono na szaro, przemalowano twarze świętych, odebrano blask pozłacanym świecznikom. Gzymsy pokryto szlagmetalem, zafarbowano postacie apostołów i proroków, zamalowano rysunek aniołów, zdarto nawet wieńce laurowe i skuto stylowe kasetony. Na długie lata secesja zniknęła ze świątyni. Wskutek rozjaśnienia urzekające niegdyś wnętrze straciło proporcje, wysmakowane detale zgubiły się pod grubymi warstwami farb i przygasły ornamenty, jakby ktoś z rozmysłem zacierał ślady frywolnej epoki. Proboszcz Alfred Skrzypczyk postanowił przywrócić dawny czar. Do remontu wybrał Jolantę Golenię-Mikusz. To ona poszukiwała oryginalnych barw, zaglądała pod lampiony, odsuwała ławki, szperała w niszach, wymiatała kąty. Pewnego dnia przyszli jej z pomocą złodzieje. Wtargnęli na parafię, splądrowali kasę pancerną i porzucili szkice. Przyglądając się rysunkom, malarka naprawiała zniszczone freski, mieszała kolory, upiększała rysunki świętych i porządkowała kolorystyczny zamęt. Układała linie, łączyła odcienie, wzmacniała, tłumiła, rozpalała barwy, jakby komponowała utwór muzyczny, pełen napięć i łagodnych przejść. I wreszcie przywróciła urodę wnętrzom z początku tamtego wieku. Odtworzyła klejnot.

Indeks (171-172) grudzień 2016  

Pismo Uniwersytetu Opolskiego (numer 171-172)

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you