Issuu on Google+

60 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

lisch). Kiedy do pałacu w Carlsruhe przyjechały siostry, Matylda leżała już na katafalku. Umarła 13 kwietnia 1825 roku, w dniu swoich dwudziestych czwartych urodzin. – Trudny połóg – tłumaczyły damy dworu, ale w folwarkach plotkowano, że poznała smak cykuty. – W geburtstag odchodzą samobójcy – krakały baby wiedzące. – Babom to się od razu marzy śmierć z miłości – psioczyli ogrodnicy. – Wątła była – pochlipywał chłopiec stajenny. – Nie wątła, tylko nadwątlona, zamęczył ją ten paskudnik – wykłócała się guwernantka (natychmiast ją odesłano, a dziećmi zajęła się córka Fryderyka Schillera). Księżne podwiązały Matyldzie szczęki, obciążyły talarami powieki i zapłaciły artyście, aby zdjął maskę pośmiertną. – Niedawno pozowała mi żywa – wycedził Karol Rothe. Poprosiły też Eugeniusza o diadem z różowymi rubinami. Od pokoleń należał do ich rodu, może któraś z nich pójdzie jeszcze za mąż? – Tiary nie ma – oburzył się wdowiec. – Pewnie nieboszczka zakopała ją w parku, utopiła w stawie albo położyła księdzu na tacę – mruczał. Przeszukał szafy w dworku porośniętym bluszczem (księżna częściej bywała w tym skromnym domu niż w pałacowych komnatach), przeorał świątynię Apollona, zaglądał do dziur, grzebał przy fundamentach, kazał nawet przenieść rzeźbę pięknego boga (może miała jakiegoś wspólnika? – zachodził w głowę). Ale klejnotu nie znalazł. Zniknął, rozpłynął się, przepadł. POTRZEBUJĘ ARMAT I GRANATÓW! W sejfie proboszcza nie było ani jednego diamentu. Złodzieje natknęli się tylko na rysunki i jakieś stare projekty. – To ma być ta fortuna! – żachnął się szef bandy. Porzucili znalezisko i uciekli. Pożółkłe kartki skrywają pomysły sprzed niemal stu lat. Są tam rzuty i przekroje, schematy nawy głównej i chóru, jakieś kolumny i cokoły, wzory drzwi i okien, finezyjne rysunki klamek i plafonów przypominających plastry miodu. Ileż tam zdobień i detali, łuków i podcieni; cała mapa świątyni, prawie pozbawiona kolorów. Gdzieniegdzie tylko prześwitują wypłowiałe plamy czerwieni – zapowiedź oryginalnego wnętrza. Szkice przywiózł chyba sam projektant. Może podróżował pociągiem do Oppeln, po drodze przysłuchiwał się dziwnemu językowi, jakim posługiwali się podróżni? Słowa polskie mieszały się tam z niemieckimi. Na dworcu czekał na niego wolant zaprzężony w oldenburgi, skarogniade. Długa to była droga, ze trzy mile

61 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

po dudniących szlakach i wyboistych drożynach. Koła zapadały się w bajorach, grzęzły w kałużach, chybotały się w rowach. Pomykali polami obramowanymi drzewami, mijali stawy, nakrapiane wysepkami jeziora i naraz wpadli do lasu. Zapachniało dziką zwierzyną. – Już niedaleko – zawołał kuczer, osłaniając się przed chlaszczącymi po twarzy baziami. – Na takim zagwiździu stanie moja budowla? – przestraszył się architekt. – Ten zakątek upodobał sobie król Fryderyk Wielki, zaglądali tu panowie Goethe i Weber – wydukał powożący. Pasażer zmieszał się i wypuścił z rąk teczkę z rysunkami. Zaczął przepraszać, chciał się wytłumaczyć, gdy usłyszał cichy i dobitny głos furmana. – W grudniu 1740 roku wojska pod wodzą króla Fryderyka II Hohenzollerna wkroczyły na Śląsk, zwycięska bitwa pod Małujowicami w kwietniu następnego roku przesądziła o przyłączeniu tej krainy do Prus. Krainy niekończących się lasów, leżących odłogiem pól i porośniętych perzem zagonów, gdzie chude krowy domagały się kiszonki, konie owsa, a buraki okopów. Jak nakłonić Brandenburczyków do przeprowadzki na te nieoswojone ziemie? – zastanawiał się monarcha. I wysłał na wschód poszukiwaczy bogactw naturalnych, potem z niecierpliwością czekał w Berlinie wieści. Kurierzy przybywali do zamku prawie codziennie i donosili o coraz to nowych odkryciach. W 1753 roku Johann Rehdanz, nadleśniczy z księstwa opolskiego, rozpisywał się o złożach rudy żelaza odnalezionych nad rzeką Segwitz. – Natychmiast postawić tam huty, świeżarki i odlewnie – zarządził władca – potrzebuję kul, granatów, pocisków i moździerzy. Dyplomacja bez armat jest jak muzyka bez instrumentów. Już w 1755 roku w kluczborskiej hucie rozpalono wysoki piec i wytopiono surówkę. W pobliskiej osadzie Friedrichsthal, tam gdzie stanie kościół, zamieszkali czescy husyci, Saksończycy, przesiedleńcy z austriackiego Śląska i ciekawi nowości z pobliskich Budkowic. Zacinał śnieg. Poruszali coraz wolniej, czasem tylko stangret świsnął batem, konie szły wtedy długim kłusem, aby po chwili wrócić do stępa. – Zawiozę pana do Carlsruhe. Zamieszka pan w dworku księżnej Matyldy Wirtemberskiej. Mówią, że się otruła – wyjawił powożący konspiracyjnym szeptem. ŚLĄSKI GBUR Projektant przybył z Monachium. Nie wiadomo, czy studiował w tamtejszej Kunstgewerbeschule (Szkole Rze-

miosła Artystycznego), ale z pewnością miał doskonałe wyczucie. Zatroszczył się i o bryłę, i o szczegóły, wprowadził odważne kolory, nie bał się czerni i brązów, róż przeplatał burgundem, złoto kładł obok srebra i śmiało łączył zieleń z czerwienią – jak to robili mistrzowie Średniowiecza. Wymyślił okrągłe okna ciągnące się wzdłuż nawy głównej. Kiedy spojrzeć na kościół z wysokości chóru, wygląda on jak okręt dryfujący na falach. Zanim światło wpadnie do środka, kręci się w bulajach ozdobionych witrażami pana Preckla z Kolonii, chwilę buszuje w ołtarzach bocznych, zdobi mozaiki bizantyjskie i sylwetkę Józefa (święty przypomina śląskiego gbura albo zagrodnika), dopiero po chwili rozprasza się w prezbiterium i przysiada w ławkach dla wiernych. Projekty zamówił ksiądz Franciszek Ogorek i chronił jak skarb. Nie rozstawał się z kluczem do sejfu, a tuż przed śmiercią dobrze go schował. Czyżby wiedział, że gdy tylko zamknie oczy, kościół w Zagwiździu zrobią na szaro? Znikną mocne czerwienie i brązy, pospadają złote wieńce, rozmyją się barwne kasetony i tylko pożółkłe kartki papieru będą świadczyć o budowli. Może ufał, że po latach ktoś zechce przywrócić świątyni jej koloryt i dotrze do planów? ZAGUBIENI Jolanta Golenia-Mikusz czekała na werandzie, w purpurowej sukni w motyle przypominała księżną. Skarciła wzrokiem wilczura, bo podskakiwał i kręcił się w kółko, chwalił się grubym głosem, ogonem i puszystą sierścią. Poskarżyła się na kozy, które chodziły luzem i niszczyły zieleń. – Zjedzą wszystko, wzięły się nawet za pończochy! – poskarżyła się i gestem zaprosiła mnie do domu. Salon na parterze wypełniły staroświeckie meble, lustra w złoconych ramach, kwadransiaki, pająkowate świeczniki i zasłony z adamaszku, zaś w pokoju na piętrze było jasno. Na dywanie drzemała pręgowana kotka, na ścianach wisiały zdjęcia, a w kącie czekali: Święci Pańscy! Chyba krzyknęłam, bo naraz kocica podniosła głowę i zamruczała groźnie. Stłoczyli się wokół „kozy” – wysokiej, zrobionej jeszcze przed wojną ze starej armaty. Wyglądali, jakby przyszli z daleka, głodni i zmarznięci, chcieli się pewnie ogrzać. Było ich dziesięcioro – świętych z drewna, zatrzymanych pomiędzy wczoraj i dziś, czekających, aż ktoś ich odczaruje, zdejmie klątwę, przywróci do życia, choćby pomnikowego.

– Każdemu świętemu czegoś brakuje – zaczęła malarka. – Franciszek zgubił aureolę, a Jadwiga koronę. – Dziwne fatum krąży nad okolicą – pomyślałam – ledwie zjawi się tu jakaś księżna, zaraz gubi klejnoty. Jak przywrócić młodość postaciom z lipowego drewna? – zastanawiała się artystka. Jakich użyć sztuczek: kwasów, botoksów, złotych nici i laserów? A może wystarczą skalpel i sporo cierpliwości, by centymetr po centymetrze odsłaniać dawne piękno? Nie znała wszystkich tajemnic; odkąd ukończyła krakowską Akademię Sztuk Pięknych, maluje wiersze. Teraz musiała usunąć farbę olejną nałożoną przez kustosza z bożej łaski i pod grubymi warstwami cielistego beżu znaleźć ładnie wykrojone usta Agnieszki, figlarne dołki w policzkach Barbary i piegi Urbana. Malarce przyszła z pomocą Beata Wewiórka – kustosz z Muzeum Śląska Opolskiego. To ona podpowiedziała, jak odkryć utracony powab, gdzie przyłożyć skalpel, by jak chirurg plastyk wygładzić zmarszczki, poszukać dawnych rysów, a które miejsca można natrzeć mieszaniną rozpuszczalników. Przepis na specyfik jest tajny. Konserwatorzy dzieł sztuki strzegą składu, jakby był on co najmniej balsamem doktora Bonaventury de Glavesa. Cudowny lek odszedł wraz z jego twórcą. Słynny medyk uzdrawiał nim kalekich i opętanych, ociemniałych i łakomych, pomagał w przypadku niepłodności i ratował od niechcianej ciąży. Ponoć na łożu śmierci – w roku 1774 – wyjawił składniki maści. Wielu przysięgało, iż posiedli tajemnicę. Nacierali i dotykali, masowali i roztaczali wizje szybkiego powrotu do zdrowia. Na próżno. Cudowny lek odszedł wraz z jego twórcą. Z HAREMU NA TRON Neobarokowy gmach świątyni powstał w ciągu roku. Budowała go cała wieś; mieszkańcy zaczynali pracę wczesnym rankiem, kończyli o zmroku, toteż zimą 1921 roku Franciszek Ogorek mógł dekorować wnętrza. Nie rozglądał się po sąsiedzku: architekta sprowadził sobie z Monachium, witraże zamówił w Kolonii, a rzeźbiarza znalazł aż w Heidelbergu. Długo rozmyślał o osobach, które zaludnią budowlę. W Starym Testamencie wyszukał światłych proroków, odnalazł królów – tych słynących z mądrości – Dawida i Salomona. Postanowił też przypomnieć niewiasty – nieprzeciętne i odważne. Znalazły się tam Ruta – prababka Dawida, i Sybilla – królowa Saby i wieszczka, podobno jeszcze przed naszą erą zapowiedziała ona nieszczęścia XX wieku. Jest też Estera. Król Persji Kserkses upodobał ją sobie, wziął do haremu, a potem za żonę,


Indeks (171-172) grudzień 2016