Page 26

50 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

Republiki Austriackiej na masce i wysiadło zeń dwóch elegantów we frakach. Jak się okazało, był to ambasador austriacki w Warszawie ze swoim sekretarzem. Konsul przyjął ich z wielką godnością. Włożył nawet na tę okoliczność połyskliwy frak z białą muszką i czekał przed wejściem do domu. Wiedząc wcześniej o tej wizycie, kazał pomalować zabrudzoną klatkę schodową i pociągnąć zieloną farbą sztachety na starym parkanie otaczającym zubożały dom. Opowiadano później w Krzemieńcu, że dyplomaci zaproponowali mu objęcie funkcji austriackiego konsula honorowego na wschodnim obszarze Polski – bez specjalnych obowiązków, z wysoką pensją miesięczną i dużym apartamentem w hotelu „Austria” we Lwowie. Były konsul c.k. odmówił jednak przyjęcia tego zaszczytu, bo – jak tłumaczył później w kawiarni kilku przyjaciołom – nie potrafił zmienić się z zajadłego monarchisty w republikanina. Wierzył, że monarchia habsburska jeszcze się odrodzi. Wycinał z gazet informacje o księciu Ottonie Habsburgu, urodzonym na dwa lata przed wojną potencjalnym następcy tronu. „Zobowiązania dyplomatyczne są w obecnych czasach lekceważone. Oto dlaczego nie chciałem przyjąć posady państwowej” – powiadał do żony jakby na usprawiedliwienie.

MAŚĆ „POŻEGNANIE Z KŁOPOTAMI” Do Krzemieńca od czasu do czasu przyjeżdżał z Ostroga dr Dowoyno-Sołohub, który pewnej srogiej wołyńskiej zimy wynalazł maść leczącą męską niemoc. Ten jego produkt miał być o wiele skuteczniejszy od sprzedawanego na odpuście ormiańskim w Kutach (co roku, 13 czerwca) proszku, mającego przywrócić mężczyznom sprawność miłosną. Na tej maści dorobił się dr Dowoyno-Sołohub dużego majątku i z parterowego drewnianego baraczku przeniósł swój gabinet do stojącego w pobliżu rynku murowanego domu, na którym umieścił pokaźny szyld z ogromną kobrą lekarską i napisem: „Maść Pożegnanie z kłopotami”. Z jego produktu korzystali głównie wojskowi, zwłaszcza starsi oficerowie z wyszwarcowanymi wąsami. Cudowna maść składała się z wyciągu z korzeni jałowcowych, lubczyku i tureckiego pieprzu, ale nikt nie znał jej dokładnej receptury, a klienci odwiedzali doktora Sołohuba wieczorami i nie chwalili się nikomu swymi wizytami.

51 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

Opowiadano, że po tej maści 75-letniemu kupcowi ze Zdołbunowa żona urodziła chłopca zdrowego jak rzepa. Fama, że po maści ustępowały wszystkie męskie słabości, niosła się daleko poza Ostróg, Krzemieniec, Zdołbunów, Równe i Horochów. Irytowało to bardzo księdza Doleckiego, który każdej niedzieli grzmiał na kazaniu, że „niektórzy zabłąkani zamiast chodzić do kościoła, zajmują się produkowaniem maści, mającej służyć rozpustnikom i obrazie Bożej”. Nie przejmowano się jednak opinią księdza Doleckiego, bo sam zażywny duchowny też nie był bez winy, przedkładając ziemskie przyjemności nad umartwiania i posty: namiętnie grał w wołyńskiego preferansa (przegrywając czasem duże sumy) i nie stronił od piołunówki, która ścinała z nóg nawet oficerów. Odnosząc sukcesy finansowe, dr Dowoyno-Sołohub postanowił wysłać dzieło swego życia – maść na męską niemoc do Francuskiej Akademii Nauk w Paryżu, chcąc uzyskać glejt na patent. Czekał miesiącami na odpowiedź, która jednak nie przychodziła. Codziennie zamęczał listonosza pytaniami, czy ma dla niego jakiś list z Paryża. Niezrażony lekceważeniem, pewnego dnia dowiedział się, iż do Równego przybyła francuska misja wojskowa. Udał się tam niezwłocznie, przypiąwszy do swego garnituru wszystkie swoje medale bojowe i wziął ze sobą kilkanaście pudełek maści, którą nazwał „Pożegnanie z kłopotami”. W Równem udało mu się dotrzeć do szefa misji i zainteresować go swoim „wiekopomnym wynalazkiem”. Dowodził, że może on mieć wielkie znaczenie polityczne: „Brak maści u ewentualnych naszych wrogów – przekonywał szefa misji – może skutecznie powstrzymać przyrost naturalny w tych krajach. I odwrotnie: powodować zwiększenie naszego przyrostu, co z punktu widzenia wojskowego nie jest bez znaczenia”. Nie jest moją intencją streszczenie całej powieści Paźniewskiego, a jedynie zwrócenie uwagi na jej oryginalność i urodę stylistyczną. Przywołałem zaledwie kilka z kilkudziesięciu legend, które znalazły się w „Krótkich dniach”. W większości powstały one w wyobraźni Paźniewskiego, który jest niewątpliwie jednym z najwybitniejszych kreatorów mitów i legend krzemienieckich, a w szerszej perspektywie – wołyńskich, podolskich i wileńskich.

PIOTR OBRĄCZKA

KRESOWE ŚLADY NA BYTOMSKIM TARGU Profesorowi Stanisławowi S. Niciei – wielkiemu miłośnikowi i znawcy Kresów

Rysunek Brunona Schulza „Pojazd – refraktor astronomiczny”

Powszechnie wiadomo, że Bytom jest – obok Gliwic i Wrocławia – najliczniejszym skupiskiem kresowian. Do dziś żyje tu wiele osób urodzonych na Kresach bądź też ich potomków. Znajdujemy tu również pochodzące z dawnych ziem polskich liczne ślady materialne, szczególnie na słynnych targach staroci, organizowanych w dzielnicy miasta – Szombierkach. Wiele pożytków przynosi również spacer po małym targu, znajdującym się w centrum miasta, przy ul. Wałowej. Spotykana tam bardzo często Danuta Skalska, „bytomianka ze Lwowa, lwowianka w Bytomiu”, niezwykle energiczna prezes bytomskiego oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, organizatorka czwartkowych spotkań w bytomskim Centrum Kresowym, twierdzi, że dzień bez odwiedzenia targu jest dniem straconym. Chodząc po wspomnianym targu (zwanym z lwowska szaberplacem), można się niekiedy natknąć na prawdziwe skarby. Przed laty wypłynął tu ołówkowy rysunek Brunona Schulza, będący szkicem do późniejszej, wykonanej tuszem ilustracji pt. „Pojazd – refraktor astronomiczny”. Ilustracja ta dotyczy sceny z tytułowego opowiadania Schulza z tomu „Sanatorium Pod Klepsydrą”. Nie znamy drogi, jaką rysunek przebył z Drohobycza do Bytomia. Sprzedający twierdził, że pochodzi z likwidowanego mieszkania po zmarłej nauczycielce z Drohobycza lub okolic.

Niekiedy można na bytomskim targu natknąć się na pochodzące ze zbiorów kresowych książki. Kiedyś zwróciłem uwagę na niepozorną książeczkę Stefana Żeromskiego – „O Adamie Żeromskim wspomnienie”. Było to pierwsze wydanie książkowe, które ukazało się w pierwszą rocznicę śmierci pisarza – 20 listopada 1926, w oficynie J. Mortkowicza i Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie. Książka miała niewielki nakład – 5 tys. 250 liczbowanych egzemplarzy, ten zakupiony na bytomskim targu posiada numer 0182. Z pieczątki na karcie przedtytułowej wynika, że egzemplarz stanowił własność urodzonego w Stanisławowie Mieczysława Romana Fraenkla (1889–1970). Po I wojnie światowej był dyrektorem kopalni nafty w województwie stanisławowskim. W latach 1932–1946 mieszkał we Lwowie, współpracując z producentami filmowymi jako recenzent i rzeczoznawca scenariuszy, a także z wieloma czasopismami warszawskimi i lwowskimi, w których publikował szereg artykułów na tematy literackie i kulturalne. Od 1931 r. był członkiem Związku Zawodowego Literatów Polskich, ogłosił dwie powieści, tom opowiadań oraz zbiór esejów. W 1946 przeniósł się na Śląsk i zamieszkał w Zabrzu. I jeszcze jedna książka z bytomskiego targu: tragedia Stefana Żeromskiego „Sułkowski”, wydana w 1923 roku nakładem J. Mortkowicza jako drugi tom serii „Utwory dramatyczne”, ukazującej się w ramach pierwszego zbiorowego wydania „Pism Stefana Żeromskiego”. Nie znamy nakładu książki, bytomski egzemplarz nosi numer 5 245. Książka dotarła do Bytomia z kresowego Sambora, ma bowiem kilka pieczątek Biblioteki Prywatnego Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego w Samborze – z pięknym herbem miasta z czasów II Rzeczpospolitej, przedstawiającym pędzącego jelenia z szyją przeszytą strzałą wystrzeloną z łuku przez królową Bonę. Na zakończenie jeszcze jeden akcent samborski: oprawa książki, jak wynika z naklejki, została wykonana w introligatorni W. Siwaka w Samborze. Habent sua fata libelli – i książki mają swój los!

Indeks (171-172) grudzień 2016  

Pismo Uniwersytetu Opolskiego (numer 171-172)

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you