Page 24

46 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

Głównym bohaterem powieści jest kilkunastoletni chłopiec (domyślamy się, że alter ego autora), spędzający wakacje nad brzegami Ikwy, w domu dziadków. Chłopiec poznaje dziwną krainę, chłonie opowieści dziadka, z którym wędruje po mieście i okolicy. Obserwuje rzekę, która „z szybkością dyszlowych koni pędziła na północ”, widzi dachy domów „zaciągnięte deszczową wilgocią”. Trafia do sklepu Izaaka Moszkowicza. Błądzi zakamarkami ulic, jarów, bezdroży. Fascynują go zapachy „kościoła łacińskiego, cerkwi i bożnicy, pozornie do siebie niepodobne”, które łączyła woń „zbutwiałych książek porzuconych na przepastnych strychach”. Przygląda się przypalonym przez słońce rudziejącym sierpniowym ogrodom oraz majestatowi gór, które otaczają pola i dalekie zakola rzeki. Walcząc z zadyszką, wdrapuje się na Górę Królowej Bony, by z niej kontemplować krajobrazy, którymi się nasyca, które rozbudzają jego bujną fantazję, pulsującą kolorami i emocjami. Bywa też w sklepie Soni Teichman i Miny Vogelbaum, w którym sprzedawano pocztówki Krzemieńca z białym gmachem Liceum Krzemienieckiego. Paźniewski pisze w swej powieści o krainie barwnych przestrzeni, o ulubionych ustroniach romantyków, tajemniczych zaułkach, o garbatych uliczkach, „fantazyjnie pokrzywionych drzewach”, „łysych grzbietach wzgórz otaczających Krzemieniec” i o „starym kurhanie”, zwanym Tatarską Górką, gdzie pogrzebano krymskich najeźdźców zabitych przez polskich husarzy w krwawej potyczce przed trzystu laty. Zapamiętałem ten pejzaż – pisze Paźniewski – zimą z wysokości wzgórz panujących nad miastem, w którego panoramie nasze liceum dryfowało niczym olbrzymi parowiec, zakotwiczony w szerokim jarze, z dwoma wieżami kościoła jak masztami. Nasz nauczyciel geografii biegał po ośnieżonych zboczach jak jakiś natchniony sztukmistrz. Przed białym dworkiem Januszewskich [dziadków Słowackiego – S.S.N] rosły fantazyjnie pokrzywione drzewa. Zapamiętałem ten pejzaż w marcu pod niskimi chmurami, kiedy drogi, zawiane śniegiem, prowadziły w niebieskawą wołyńską przestrzeń, po której echo niosło dalekie skuczenie psów. Od rana srożyła się rozchwieja i na przęsłach starego mostu królewskiego zakładano stalowe izbice, czyli łamacze lodu, chroniące słupy przed naporem kry. Oto rytm prozy autora „Krótkich dni”. Wołyń Paźniewskiego jest krainą wężowato wijących się rzek i zrujnowanych zamczysk na wzgórzach, siedzibą wojskowych garnizonów rozlokowanych po Zbrucz i za-

47 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

kola Dniestru, światem małych hoteli żydowskich w miasteczkach pogrążonych w letargu, ziemią zapomnianych mogił i krainą melancholii znaną z „Beniowskiego”. Jest siedliskiem wielu znachorów, m.in. sprzedających na jarmarkach „jedyną skuteczną” maść na odciski, wytapianą z kociego sadła. Wołyń to świat wielu języków, mieszaniny kresowej odmiany polszczyzny, języka Rusinów, Żydów tam mieszkających, inkrustowany językiem czeskim i rosyjskim. Jest to swoista wieża Babel z pomieszaniem dialektów. Mieszkańcy tych okolic wypracowali swój własny zakodowany szyfr zrozumiały dla wszystkich. Żyli tam obok siebie emigranci rosyjscy, Niemcy wołyńscy, Karaimi i Czesi, w tym sławni browarnicy, jak Wacław Zeman w Łucku i Józef Martinek w Krzemieńcu. Powieść kończy scena, w której Cyganka przepowiada chłopcu przyszłość, powtarzając ciągle: „Widzę wokół ciebie jakąś wielką podróż”. A mówi to na kilka dni przed 1 września 1939 roku. Dziś wiemy, że ta wielka podróż to zapowiedź tragedii, wywózek na Sybir, do łagrów sowieckich i kacetów hitlerowskich, na roboty przymusowe do Niemiec, a później ekspatriacji na ziemie zdobyte na Niemcach – na Śląsk, Pomorze i Mazury. Powieść „Krótkie dni” jest balladą o dawnym Krzemieńcu i jego okolicach. Święci w niej triumf sztuka barwnego opisu i pulsują młodzieńcze emocje. Poszczególne wątki rozlewają się szeroko w aurze jesieni – symbolicznego schyłku odchodzącego świata w atmosferze zbliżającej się apokalipsy: trzej straszliwi jeźdźcy egzekutorzy (hitlerowcy, bolszewicy i banderowcy) stoją już u bram Krzemieńca, choć jego mieszkańcy nic o tym jeszcze nie wiedzą.

SKLEP IZAAKA MOSZKOWICZA W Krzemieńcu, przed wybuchem II wojny światowej, było kilkadziesiąt sklepów – głównie żydowskich, co na Wołyniu było regułą. Znamy nazwiska ich właścicieli zapisane w księgach meldunkowych i telefonicznych. Nie ma wśród nich nazwiska Izaaka Moszkowicza, właściciela sklepu, któremu Paźniewski poświęcił bodaj najpiękniejsze i najdowcipniejsze strony swej powieści. Możemy się domyślać, że w fikcyjnej postaci kupca Moszkowicza autor skumulował wiele prawdziwych opowieści o krzemienieckich i wołyńskich właścicielach sklepów korzennych, bławatnych czy owocowo-warzywnych z bogatym

wyszynkiem. Ten legendarny, powieściowy sklep Izaaka Moszkowicza w Krzemieńcu wyróżniał się tym, że na jego wystawie wylegiwał się wypchany krokodyl, a szyld – wypisany koślawymi literami – głosił: „Artykuły kolonialne, bławatne i pozostałe”. Specjalnością sklepu Moszkowicza były fajki z drzewa czereśniowego, przepalane koniakiem w celu uzyskania odpowiedniego aromatu. Cieszyły się wielką popularnością i zjeżdżali po nie klienci nawet spod Łucka, Pińska i Lwowa. Leciwy ksiądz Kuczyński, namiętny palacz dobrego tytoniu, przyjeżdżał do Krzemieńca rozklekotaną bryczką i wchodząc do sklepu z wypchanym krokodylem w oknie wystawowym, oznajmiał: – Ty, drogi Moszkowicz, choć jesteś obcej wiary, na fajkach znasz się jak prawdziwy chrześcijanin i ten fakt zostanie wzięty pod uwagę na Sądzie Ostatecznym, co spraw, miłościwy Boże, amen. A teraz pokaż, kochanieńki, towar. – Nu – mówił Moszkowicz – przywiózł ja tytuń buczacki, nu, co ja mówię, to nie jest żaden tytuń, to jest rublowe złoto, nie tytuń. Takiemu klientowi ja go za darmo dam i jeszcze dopłacę. A ty wiesz, ksiądz? – pytał zniżając głos – że tytuń buczacki palili apostołowie, nie żaden warszawski czy lubelski, tylko buczacki. I święty Piotr palił tytuń buczacki, i święty Łukasz. Nu, jeśli idzie o Judasz, ten palił tytuń kijowski. Mówił mi o tym w Łucku pewien zakonnik posiadający bardzo starą księgę. – Oj, Moszkowicz, Moszkowicz – groził mu palcem ksiądz. – To jest interes, z którego każdy wychodzi ze stratą – powiedział Moszkowicz i zabrał się do przeglądania grubej księgi buchalteryjnej. Oto jedna z opowieści Paźniewskiego o rozmowach w sklepie Moszkowicza. Jest ich tam wiele i każda podobnie pyszna, jak zacytowana wyżej. Moszkowicz sprowadzał do swego sklepu bele pociętych na kawałki skórek tygrysich – do przykładania, gdy ktoś cierpiał na reumatyzm. Przyjeżdżali po te „skórki” klienci i spod Równego, i spod Kosowa Poleskiego, i spod Ostroga, płacąc po 2 złote od sztuki. Paźniewski kreśli w swej powieści taki m.in. dialog między sprzedawcą a klientami: – Drogo – krzywili się co poniektórzy. Na Matkę Boską Sienną kupowali my w Kowlu takie skórki po złotówce. – U Moszkowicza to jest prawdziwy bengalski tygrys – bronił się kupiec – w Kowlu to musiał być ufarbowany kot. Nu, otrzymał ja wczoraj list z Krakowa, w którym jeden pro-

fesor medycyny pisze: „A zwłaszcza proszę Szanownego Pana o przysłanie trzech kawałków skóry tygrysiej, bo reumatyzm dokucza, a wiadomo, gdy skórką tygrysią bolące miejsce wygrzejesz, to i rwanie przejdzie”. List przyszedł miesiąc po tym, jak najstarsza córka Moszkowicza – Tina, przygotowująca się do studiów prawniczych we Lwowie i dla rozrywki namiętnie czytająca wieczorem książki Dołęgi-Mostowicza – niespodziewanie pod koniec sierpnia uciekła z oficerem flotylli rzecznej do Pińska, zostawiwszy na ladzie sklepu swego ojca list złożony z jednego zdania: „Kochani Rodzice! Nie usiłujcie mnie szukać. Tina”. Kilka lat później pod krzemieniecki sklep Moszkowicza podjechała dorożka z piękną młodą damą, w kapeluszu z wielkim rondem i woalką, z muszkami na twarzy, w towarzystwie dwóch dziewczynek. Po wejściu do sklepu, wskazując na brodatego kupca z kopiowym ołówkiem za uchem, powiedziała do córek podziwiających wypchanego krokodyla na wystawie: „– Basiu, Alinko, podejdźcie bliżej. Ten pan za ladą to wasz dziadek. Powiedzcie mu grzecznie dzień dobry.” Tę scenkę kwituje Paźniewski stwierdzeniem, że tego dnia na drzwiach sklepu Moszkowicza pojawiła się kartka z napisem: „Kupiec przeprasza, kupiec musiał pojechać po towar do Łucka”. Moszkowicz słynął z tego, że potrafił sobie dać radę w każdej sytuacji życiowej i wychodził z różnych opresji. Gdy którejś jesieni dwóch młodych ludzi pikietowało przed jego sklepem, trzymając transparent z napisem: „Nie kupuj u Żyda”, kupiec umieścił w swojej witrynie napis: „Nie kupuj u Żyda – kupuj u człowieka Izaaka Moszkowicza”. I wtedy dwaj pikietujący zwinęli swój transparent i poszli.

MESJASZ PRZYJEDZIE ŻYDOWSKĄ FURKĄ Izaak Moszkowicz, po przestudiowaniu w Wiedniu pewnej starej księgi, nabrał przekonania o rychłym nadejściu Mesjasza, który ma zbawić ludzi. Zbawca miał przyjechać z Podola na Wołyń ubogą żydowską furką, ciągnioną przez chuderlawego konia. Miał być podobny do Kuby Leyba, jeżdżącego po wsiach i miasteczkach wołyńskich z nawoływaniem: „Szmaaaty kupuję, stare ubrania, żelazo!”. Wybawca miał pewnego dnia zatrzymać się przed sklepem z wypchanym krokodylem w oknie wystawowym i poprosić o bochenek chleba bądź o nocleg. Ponie-

Indeks (171-172) grudzień 2016  

Pismo Uniwersytetu Opolskiego (numer 171-172)

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you