Issuu on Google+

44 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

45 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

wany entuzjazm u czytelników i krytyków. U schyłku XX wieku trafił – by użyć określenia Czesława Ludwiczaka – „w szeregi gigantów polskiej eseistyki”. Nie jest to opinia przesadna, gdyż twórczość Paźniewskiego wpisuje się we wspaniały dorobek polskiej eseistyki, której poziom wyznaczyli tacy twórcy, jak Stempowski, Vincenz, Herbert, Miłosz czy Herling-Grudziński. Piotr Kuncewicz w swym erudycyjnym „Leksykonie polskich pisarzy współczesnych” (1995) stwierdził: „esejami Paźniewskiego byłem wprost olśniony i niewiele mniej mogę powiedzieć o jego powieści Krótkie dni.” Paźniewski uważa się za ucznia Henryka Elzenberga – filozofa, profesora Uniwersytetu w Wilnie i później w Toruniu. Głosi, iż obowiązkiem pisarza i intelektualisty jest „odsłaniać to, co ukryte, demaskować pozory i fałsze, tropić głupotę i wygodnictwo, zrywać maski, mieć odwagę głoszenia sądów osobnych, których zbiorowość nie przyjmuje do wiadomości”. Jest też Paźniewski wybitnym stylistą, który pierwszym akapitem potrafi porwać i na długo przykuć uwagę najwybredniejszego czytelnika. Jego twórczość jest zaprzeczeniem nudy, która często pleni się w polskiej literaturze, eseistyce i historiografii. Talent eseistyczno-publicystyczny autora „Europy po deszczu” przejawia się m.in. w tym, że Paźniewski potrafi odnaleźć związki między zjawiskami pozornie niemającymi ze sobą nic wspólnego, potrafi szokować i zaskakiwać oraz ma łatwość tworzenia oryginalnych, ładnie brzmiących tytułów i podtytułów (a tytuł to zawsze pół sukcesu wydawniczego), np: „Metafizyka dworców kolejowych”, „Biustonosz Marylin Monroe”, „Nike w wesołym miasteczku”, „Ślady stóp Herkulesa”, „Mefisto na mównicy”, „Zapach drzewek figowych”, „Biuro podróży metafizycznych”, „Niezapominajki w spirytusie”. Paźniewski zawsze dbał o stylistyczną urodę swoich tekstów. Gdy był redaktorem naczelnym wysokonakładowego „Dziennika Zachodniego” (1990–1995), w czasach zalewającej polskie czasopiśmiennictwo tandety i dziennikarskiej bylejakości pilnował poziomu literackiego tego największego wówczas na Śląsku periodyku.

„KRÓTKIE DNI” – KATALOG MITÓW Paźniewski, powszechnie uznany za świetnego eseistę, nie jest postrzegany przez szerszą publiczność jako prozaik, a tymczasem jest to autor jednej z najciekawszych

Włodzimierz Paźniewski prowadzi wieczór autorski Stefana Kisielewskiego w katowickim Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki, rok 1990 (zdjęcie z archiwum Włodzimierza Paźniewskiego)

polskich powieści drugiej połowy XX wieku, noszącej tytuł „Krótkie dni” (Warszawa 1983), w której mitologia Krzemieńca objawiła się w całej krasie i literackiej finezji. Powieść miała pecha, gdyż ukazała się w Polsce w złym czasie – w stanie wojennym i na dodatek w oficjalnym wydawnictwie (w PiW-ie), a wtedy do dobrego tonu należało publikowanie „poza zasięgiem cenzury”. Świat literacki i krytycy byli już podzieleni: na „reżimowych” i na „opozycyjnych”. Jedni i drudzy recenzowali już tylko „swoich” (obdarzając „swoich” dużą dozą taryfy ulgowej) – polskie przekleństwo polityczne. „Krótkie dni” (wydane w nakładzie 10 tysięcy egzemplarzy) dostały dobre recenzje m.in. Zbigniewa Bieńkowskiego („Nowe Książki”) i Pawła Kądzieli („Tygodnik Powszechny”), ale nigdy już później tej powieści nie wznowiono, choć miała swe edycje również w języku francuskim i ukraińskim. Wielka to szkoda, bo jest to powieść znakomita, a dla moich kresowych rozważań i poszukiwań mitycznych smaków – podstawowa. Pisać o Krzemieńcu i pominąć „Krótkie dni” Paźniewskiego, to jakby nie dostrzec źródła krystalicznej wody bijącego pod Górą Królowej Bony. Powieść, której tytuł zda się być aluzją do wiersza Czesława Miłosza – Tak mało powiedziałem. Krótkie dni. Krótkie dni, Krótkie noce, Krótkie lata. Tak mało powiedziałem, Nie zdążyłem. (...) I teraz nie wiem, Co było prawdziwe – wypełniona jest dziesiątkami krzemienieckich anegdot i legend, w większości powstałych w wyobraźni Paźniewskiego. Akcja powieści dzieje się na pograniczu Podola i Wołynia w ostatnich dniach sierpnia roku 1939. Na pierwszym planie jest Krzemieniec tuż przed wielką katastrofą, która wisi w powietrzu i niedługo unicestwi ten świat dziwnej wspólnoty Polaków, Rusinów, Żydów, Czechów, rosyjskich emigrantów i Niemców. Mieszkańcy Krzemieńca nie przeczuwali nadchodzącej zagłady – wszak tamtego lata naczelny wódz państwa polskiego oznajmiał z każdego plakatu, że „jesteśmy bezpieczni, zwarci, silni, gotowi”, „mamy solidne sojusze”, „nie oddamy nawet guzika”, „nikt nam nie zrobi nic, bo z nami jest marszałek Śmigły-Rydz”.


Indeks (171-172) grudzień 2016