Page 20

38 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

– Jeśli szukałabym ważnych momentów, które mnie ukształtowały, z pewnością byłyby to te bardzo osobiste, także związane z dzieciństwem, jak i takie, które były udziałem wielu osób. Doświadczeniem formującym były na pewno lata 80., chodziłam wtedy do I LO w Opolu i choć na krótko, to bardzo mocno zasmakowaliśmy wtedy powiewu wolności, żeby równie intensywnie doświadczyć jej zamrożenia w stanie wojennym. Ważnym czasem była dla mnie praca w szkole (liceum w Kędzierzynie-Koźlu, uczyłam języka angielskiego), kiedy stanęłam w obliczu ogromnych problemów, jakie niosą w swym bagażu nastolatki. Często te problemy związane są z sytuacją rodzinną, a czasami niestety potęguje je sytuacja społeczna. Pamiętam piekło, jakie w szkole przechodził np. chłopak gej, który, opowiadając mi o sobie, uświadomił mi sytuację swoją i osób jemu podobnych. A trzeba pamiętać, że ich położenie znacznie pogorszyło się w latach 2005–2007, bowiem homofobia została usankcjonowana jako norma przez samego ministra edukacji. – Napisała Pani wtedy list do ministra edukacji Romana Giertycha, który właśnie ogłosił pomysł dotyczący wprowadzenia zakazu propagandy homoseksualnej w szkołach, a dodatkowo w jego resorcie kwestionowano teorię ewolucji: „Szanowny Panie Ministrze, pragnę złożyć donos na samą siebie. Ucząc w liceum, przekazuję moim uczniom informacje i poglądy o równości osób homoseksualnych pod każdym względem. Staram się prostować stereotypy i krzywdzące poglądy dotyczące tych osób (…). Na swoje nieusprawiedliwienie dodam, że zgadzam się też z teorią Karola Darwina, o czym również informuję swoich uczniów”. Nie bała się Pani? – Po publikacji „Donosu na samą siebie” skontaktowało się ze mną mnóstwo nauczycieli, rodziców, znajomych, osób z różnych organizacji działających na rzecz praw człowieka i różnych mniejszości. Wszyscy deklarowali wsparcie i pisali o odwadze. Tymczasem ja nie miałam i nie mam do tej pory poczucia, że napisanie do ministra wymagało jakiejś szczególnej odwagi, zatem nie czułam też strachu. Czułam natomiast, jak niesamowicie wyzwalające jest móc powiedzieć: nie zgadzam się na to, co się dzieje, ja do tego ręki nie przykładam. Fantastyczne uczucie! Ale wtedy przyszło mi też do głowy, że skoro

39 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

gratulują mi odwagi, to znaczy, że jest się czego bać i nie chodzi tu o strach o siebie, ale o to, jak krucha i zagrożona jest polska demokracja, jeśli zwykłe napisanie listu, obywatelski i jakże konstytucyjnie uprawniony odruch, kojarzy się z ludziom z odwagą… Pracując w szkole, mocno zaangażowałam się w Amnesty International. Z uczniami zajmowaliśmy się problematyką mniejszości narodowych, etnicznych, w tym mniejszością romską, odkrywaliśmy w naszej okolicy ślady dawnych mieszkańców – Żydów… Widziałam, jak bardzo te działania zmieniają świadomość młodych ludzi, jak otwierają w nich pokłady wrażliwości, z której istnienia nie zdawali sobie sprawy. Zaczęłam prowadzić warsztaty dla nauczycieli i uczniów, co było efektem mojej współpracy z różnymi organizacjami. Z czasem poczułam potrzebę, żeby tę praktyczną działalność połączyć z refleksją naukową i kiedy pojawiła się możliwość pracy na uniwersytecie, postanowiłam spróbować. Zanim się to jednak stało, na różne sposoby podejmowałam, w czasie warsztatów, happeningów, spotkań czy debat z udziałem młodzieży, tematy, których znaczenie dzisiaj zostało niezwykle upolitycznione i wypaczone, i których dyskutowanie w szkole staje się coraz trudniejsze. – Niektóre słowa są dziś używane jak granaty: gender, homoseksualizm, feminizm, in vitro, aborcja… Co takiego się stało, że dyskusja o nich jest czasami niemożliwa? – Łączę to, co się dzieje wokół wymienionych przez panią tematów z rozbuchanym nacjonalizmem, który zawsze idzie w parze z odrzuceniem haseł równościowych, nietolerancją, adoracją ksenofobii i homofobii. Nacjonalizmu, który odżył u nas, jak zresztą w pozostałych krajach postkomunistycznych po 1989 r., kiedy próżnię po starych podziałach na Wschód i Zachód szybko wypełniliśmy nowymi, wyznaczanymi przez wzmożone poczucie tożsamości narodowej, dla której mniejszości stawały się ciałem obcym. Nacjonalistyczne nastroje pogłębiło jeszcze przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, kiedy akcesji towarzyszył lęk przed utratą tożsamości narodowej, potem jednak przez jakiś czas wydawało się, że zmory nacjonalizmów są daleko od nas. Ale pojawił się kryzys ekonomiczny na świecie, kryzys uchodźczy, który bardzo mocno napędza nastroje nacjonalistyczne… Nie

brakuje więc paliwa zasilającego nasz strach i obawy. W tej sytuacji wiele osób zaczęło znajdować ukojenie w mitach o wyższości własnej grupy narodowej z jej kulturą, tradycjami i wyłącznie świetlaną historią. Coraz częściej ze smutkiem i niepokojem myślę, że ostatnie dwadzieścia kilka lat naszego poczucia, że idziemy ku europejskim wartościom, wyznaczanym przede wszystkim poszanowaniem praw człowieka, że stajemy się otwarci i tolerancyjni to, niestety, nie był standard, ale odchylenie, nie norma, tylko wyjątek. Okazuje się, że pod powierzchnią żyło coś mrocznego, a teraz wypełzło na powierzchnię i krzyczy… – To czego, Pani zdaniem, tak się boimy? – Nacjonalizm musi karmić się figurą wroga i ona jest ciągle w publicznym obiegu obecna: wróg to obcy, a jego ostatnim wcieleniem jest uchodźca. Proszę przy tym zauważyć, że my, Polacy, doskonale obywamy się bez tego realnego obcego. Tak jak przez lata antysemityzm obywa i obywał się bez Żyda, a homofobia właściwie bez geja, bo iluż z homofobów, w codziennym życiu, ma kontakt z osobami homoseksualnymi? My nie potrzebujemy realnego obcego po to, by móc żywić nienawiść, a w najlepszym wypadku – niechęć. Uchodźcy, których w Polsce właściwie nie ma, są tego najświeższym przykładem. Aby to zrozumieć, wystarczy spojrzeć na Szwecję, którzy przyjęli jedną z większych tzw. kwot uchodźczych i mają do uchodźców zupełnie inny stosunek, ponieważ ich znają. Często, jak moi szwedzcy przyjaciele, z nimi mieszkają, goszcząc ich przez długi czas w swoim domu (i nie są wyjątkiem w tym szwedzkim mieście wielkości Opola)… Być może nie potrafią wyrecytować Dekalogu, ale odruchy serca ich nie zawodzą. – „W retoryce nacjonalistycznej często spotykamy się z mówieniem: nasze kobiety. W tej retoryce kobiety są bierne, a gdy chcą z tej bierności się wyrwać, zostają wykluczone” – mówiła Pani podczas majowej debaty „Kobieta a prawo wyboru”, zorganizowanej na naszym uniwersytecie… – „Naród to nasz wspólny dom” – to jest naczelne hasło nacjonalizmu, z którym pod rękę idzie, trzymając ją moc-

no, patriarchat. Bo w tradycyjnym domu, jak wiadomo, rządzi ojciec, a role są bardzo dokładnie podzielone: mężczyzna jest waleczny i tego domu broni, kobieta z oddaniem poświęca się – rodzi, karmi i wychowuje dzieci, w patriotycznym, a najlepiej nacjonalistycznym duchu. Trzeba powiedzieć, że każdy nacjonalizm, bez względu na geografię, wykorzystuje wizerunek kobiety, która jest ucieleśnieniem, symbolem narodu, oczywiście dopóki spełnia żywione wobec niej oczekiwania i tradycyjnie przypisane role. W każdym nacjonalizmie to element stały, tak jak stała jest towarzysząca mu kontrola kobiecych ciał, a zwłaszcza kwestii reprodukcyjnych, które to kwestie natychmiast pojawiają się w debacie publicznej, kiedy do głosu dochodzi nacjonalistyczna prawica. To nie przypadek, to logiczna konsekwencja pewnego sposobu myślenia o kobietach. Polski nacjonalizm dodatkowo dokłada do tych tradycyjnych kobiecych ról oczekiwanie specyficznego poświęcania się, którego „naturalnym” elementem jest cierpienie. Kobieta, która spełnia takie oczekiwania zyskuje symboliczną nagrodę w postaci czci i szacunku, dopóki robi to, do czego – według tego patriarchalnego modelu – jest stworzona. Natomiast kobieta realna, która domaga się konkretnych praw, czyli na przykład równej płacy i pracy, albo prawa do wyboru tego, co zrobić z własnym ciałem, albo ma ambicje wykraczające poza dom i wychowywanie dzieci, albo – co gorsza – w ogóle nie chce mieć dzieci, chce się realizować w inny sposób – jest kobietą nie do zaakceptowania. – A może, uchowaj Bóg, jest feministką… – To dziś obelga, a sam feminizm obrósł mitami, bo w Polsce nigdy nie było dla jego zrozumienia podatnego gruntu. Przez dziesiątki lat byliśmy pod presją dwóch, kompletnie różnych, ale wpływających na postrzeganie feminizmu sił. Z jednej strony był to wpływ Kościoła, który widział w nim zagrożenie dla patriarchalnej rodziny, z drugiej – ustroju, w jakim żyliśmy przed 1989 rokiem. W retoryce komunistycznej utrwalił się pogląd, że równość płci jest właściwie osiągnięta, nie ma o co walczyć. Przy czym należy pamiętać, że większość kobiet przed 1989 rokiem doświadczała jedynie tego, że ta oficjalnie deklarowana równość to pozór, bowiem oznaczała dla nich samych podwójne obciążenie – pracą zawodową

Indeks (171-172) grudzień 2016  

Pismo Uniwersytetu Opolskiego (numer 171-172)

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you