Issuu on Google+

34 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

35 /// INDEKS nr 7–8 (171–172) / Publicystyka, sztuka /

studia, tok indywidualny. Pisząc scenariusz, konsultowałem się z nim, z innymi kresowianami, z historykami. Zrobiłem ten film najuczciwiej, jak potrafiłem, ale zdaję sobie sprawę z tego, że jednak z mojego, polskiego punktu widzenia. Kiedyś, jeszcze na początku, pojawiła się idea realizacji tego przedsięwzięcia wraz z reżyserem ukraińskim, jednak – z kilku powodów – szybko zrezygnowałem z tego pomysłu.

że taka interpretacja przełoży się na tępą nienawiść, bo w każdym narodzie – i o tym także jest ten film – znajdzie się grupa, która szuka jedynie pretekstu, by taką nienawiść uruchomić i w odpowiedni sposób wykorzystać.

– Co, w wymiarze wewnętrznym, towarzyszyło Panu podczas pracy nad filmem?

– Dzieci, rzeczywiście, było sporo, i od początku wiedziałem, że praca z nimi będzie jednym z trudniejszych elementów. Najmłodsze z nich miało kilka dni, inne kilkanaście lat. Ta sytuacja wymagała podejścia indywidualnego. W trakcie prac dużo z dziećmi rozmawialiśmy, dysponowaliśmy pomocą psychologa, pomagali nam rodzice, miałem swoich asystentów. Istotne jest to, że dzieci pojawiały się również poza planem filmowym – tam, gdzie odbywała się charakteryzacja czy znajdowały kostiumy. W tych miejscach miały do czynienia ze sztuczną krwią, której obecność dość szybko i naturalnie zaakceptowały. Oswoiły sobie te przestrzenie, przyzwyczaiły się. To zasługa pracy psychologa, który zaczął pracę jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Wiele zależało od wieku poszczególnych dzieci i od ich wrażliwości. W takiej współpracy nigdy nie ma jednego modelu zachowań czy jednego rozwiązania, każdego młodego aktora trzeba traktować indywidualnie.

– Rozpoczynając, wyszedłem od okrucieństwa. Próbowałem znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego człowiek może być tak okrutny? Nadal tego nie rozumiem, jednak w trakcie realizacji istotne stało się dla mnie inne zagadnienie. Przyglądając się ludziom, którzy ocaleli z rzezi i po tamtych traumatycznych wydarzeniach musieli dalej funkcjonować, próbowałem zrozumieć, jak to jest żyć dalej i poradzić sobie z traumą. A więc skończyłem na pytaniu: jak żyć po końcu świata? – „Wołyń” to film, który w bolesny sposób dotyka złożoności kwestii polsko-ukraińskiej. Jak, Pana zdaniem, może on wpłynąć na te relacje? – Jeżeli jeden film jest w stanie zachwiać relacjami polsko-ukraińskimi, to znaczy, że te relacje nie są wiele warte. Zaznaczmy też, że inną kwestią są stosunki dyplomatyczne, wymiany listów, dokumentów, relacji pomiędzy historykami i tzw. elitami ukraińsko-polskimi (chociaż tu też są spore różnice w interpretacji faktów, dowodów; mimo upływu lat obie strony trwają przy swoich stanowiskach), a inną sprawą jest stan wiedzy o tych wydarzeniach wśród obywateli Polski, a zwłaszcza Ukrainy – zwykłych ludzi, którzy nie mają żadnej świadomości tego, co wydarzyło się na Kresach w latach czterdziestych. Owszem, teraz „Wołyń” dzieli, ale kiedy emocje opadną, za pół roku, za rok, może jeszcze później – wierzę, że rozmowy o naszej bolesnej historii wejdą na inny etap.

– W filmie są także dzieci. Nie bał się Pan o nie? Jak wyglądała współpraca z nimi na planie tego szczególnie trudnego filmu?

– Spróbujmy spojrzeć w sposób ogólny na Pana kino osadzone w historii. Jeśli powrócimy na chwilę do „Róży” i wspomnimy „Wołyń”, to okazuje się, że oba dotyczą szczególnego rodzaju czasu: momentu przejścia pomiędzy jedną okupacją a drugą, okresu zamętu, ale i przełomu. Czy to celowy zabieg?

– Jakieś obawy towarzyszyły Panu podczas realizacji?

– Jeśli w jakikolwiek sposób mogę podsumować swoje kino historyczne, to powiem, że zawsze bliżej mi jest do bohaterów, którzy próbują przetrwać wojnę, niż do tych, którzy na wojnie zabijają. Pewna Ukrainka po obejrzeniu „Wołynia” powiedziała, że dopóki bohaterami będą ci, którzy na wojnie zabijają, a nie ci, którzy wojnom zapobiegają, to świat nie będzie lepszy. Taka filozofia jest mi bardzo bliska.

– „Wołyń” jest zrobiony z ogromną wiarą w widza. Jednak wciąż towarzyszy mi lęk, że ta opowieść odebrana zostanie wprost: „Ukrainiec zły, Polak ofiara”. Boję się,

– Innym podobieństwem pomiędzy wymienionymi filmami jest kluczowa pozycja kobiet w całości fabularnej. Skąd taka perspektywa?

– Wiedziałem, jaką historię chcę opowiedzieć, wiedziałem, że te wydarzenia charakteryzuje wyjątkowe okrucieństwo. Uznałem, że pokazywane na ekranie zło należy zrównoważyć wątkiem miłosnym, emocjonalnym, a stąd prosty wniosek, że bohaterką została kobieta. „Wołyń” rozpocząłem weselem, bo jest to idealna figura ekspozycyjna, która na wstępie pozwala ukazać całą społeczność. – Jeszcze bardziej metaforyczna wydaje się ostatnia scena filmu. Jak ją interpretować?

– Co dalej wydarzy się w reżyserskim życiu Wojciecha Smarzowskiego? – Myślę, że teraz powinienem „wyjechać” z Wołynia. Moja praca wymaga świeżego spojrzenia na realizowany temat, i żeby mogła przy okazji sprawiać radość – potrzebna jest zmiana. Teraz chyba sięgnę po historię współczesną, a jeżeli nie, to na pewno skrajnie różną od przedstawionej w „Wołyniu”. Może wczesne średniowiecze? Zobaczymy. – Dziękuję za rozmowę.

– Przyznam, że zakończenie pojawiło się już w trakcie prac. Tworząc film, w sposób naturalny podążaliśmy za przedstawianą historią i za emocjami, które towarzyszyły zarówno filmowej Zosi Głowackiej, jak i mnie. Zrozumiałem, że potężną dawkę realizmu trzeba w pewnym momencie zneutralizować. Postanowiłem dać widzowi czas i możliwość na wygaszenie emocji. Na refleksję. To widz powinien zdecydować, czy dla niego finałowa rzeka to Bug czy Styks.

Wywiad jest efektem spotkania z Wojciechem Smarzowskim, które odbyło się 9 listopada 2016 roku w Muzeum Kinematografii w Łodzi. Gośćmi wydarzenia byli także współproducent Feliks Pastusiak oraz aktor Lech Dyblik. Autorka rozmowy z reżyserem, Agnieszka Wojcieszek, jest doktorantką Uniwersytetu Opolskiego.


Indeks (171-172) grudzień 2016